Książki, które ostatnio przeczytałam (2)

Ewa Maria Slaska

Bursztynowa Góra

Fragment:

XV
Bursztynowa Góra
(kartki z Terminarza)

Bursztynowa Góra to jedyny na Pomorzu rezerwat przyrody nieożywionej, zajmujący tak znaczną powierzchnię ponad pięciu hektarów. Powstał w latach pięćdziesiątych celem ochrony wyeksploatowanych wyrobisk kopalni odkrywkowej bursztynu. która działała tu już we wczesnym średniowieczu.

Tablica informacyjna, Zarząd Parków Narodowych i Rezerwatów Przyrody

Tę wycieczkę planowaliśmy od początku lata, ale mimo że Bursztynowa Góra była oddalona najwyżej o pół godziny drogi od naszego domu, zawsze coś stawało nam na przeszkodzie. Był to jeden z tych pierwszych nieskończenie długich upalnych dni, po których zapadały parne noce. To taki czas, kiedy ludzie czują się, jakby świat się dopiero narodził i wszystko było możliwe. U szczególnie wrażliwych jednostek stan euforii utrzymuje się przez dłuższy czas nawet po zachodzie słońca i nim uda im się zasnąć, długo przewracają się z boku na bok. Zdarza się, że taka letnia bezsenność przedłuża się i trwa nawet do równonocy jesiennej.
Ciepłe noce pełne były zagadkowych odgłosów. Kręciłam się po domu do późna, a zasypiałam dopiero nad ranem. Spałam gorączkowym, niespokojnym snem, a budziłam się późno, otumaniona dziwacznymi marzeniami sennymi. Jedno z nich udało mi się zapisać ze szczegółami:
„Lada dzień miał się odbyć ślub Mii. Nie wiem, skąd pewność, że właśnie o nią chodziło. W niczym nie przypominała mojej przyjaciółki, a najmniej z wyglądu. Jednak była nią bez wątpienia. Obiecałam zostać jej świadkową. Mia pragnęła, by wesele było uroczyste i romantyczne. Młodzi wynajęli pałac otoczony parkiem. Do ostatniej chwili trwały przygotowania do ceremonii, bo, jak to bywa przy takich okazjach, lista spraw do załatwienia była długa.
Osobiście brałam udział w organizacji, do czego jako świadkowa i przyjaciółka panny młodej czułam się zobowiązana. Goście weselni zaczęli się już zbierać w salonie, ale młodzi ciągle nie byli gotowi. W pokoju na piętrze Mia czekała na modnego fryzjera. Gdy w końcu się zjawił, robił wrażenie kogoś, kto nie został uprzedzony, w jakim celu tu przyjechał. Najwyraźniej myślał, że zaproszono go w charakterze gościa, bo nie przywiózł ze sobą narzędzi do pracy. Mia robiła dobrą minę do złej gry. Za wszelką cenę chciała, aby wszystko odbyło się zgodnie z planem, ale wciąż wychodziły na jaw jakieś mankamenty i niedociągnięcia. Zniecierpliwieni goście rozeszli się po parku, w pałacowej kaplicy układano kwiaty i zapalano świece. Matka Mii poprosiła mnie o wygłoszenie mowy weselnej w zastępstwie nieobecnego ojca, co było dla mnie niespodzianką. Mówiłam nieskładnie i przydługo. »Nigdy nie lubiłam ślubów« — wyznałam na koniec. Przyjęcie weselne okazało się kompletną klapą. Ktoś się upił i pobił rodzinę panny młodej. Nie pamiętam rozwoju wypadków, ale musiało wydarzyć się coś strasznego, bo Mię znaleziono martwą. Można było sądzić, że śpi, gdyby nie fakt, że unosiła się na powierzchni stawu, kurczowo trzymając w dłoni ślubny bukiecik konwalii. W otoczeniu lilii wodnych, w długiej, białej sukni z welonem wyglądała zjawiskowo. Szczegółowe dochodzenie policyjne nie zdołało ustalić, czy był to nieszczęśliwy wypadek, czy morderstwo. Potem sen przekształcił się w film fantasy. W tym samym stawie, przypominającym teraz błotnistą i smrodliwą kałużę, odkryto smoka. Jedyny śmiałek, który zdecydował się wejść do wody, od razu zniknął pod powierzchnią, a po chwili zamiast niego pojawił się monstrualny gad.”
Obudziłam się zlana potem. Sen byt wyjątkowo długi i pełen treści. ale nie wszystko zapamiętałam. Mimo to wciągnął mnie i trzymał w napięciu aż do samego końca. We śnie śmierć Mil nie wywarła na mnie większego wrażenia. Być może nawet poczułam ulgę —jak gdybym tego właśnie pragnęła.

Wzięłam chłodny prysznic i zeszłam na śniadanie. Nie mogłam się otrząsnąć. Naprawdę pragnęłam śmierci Mii? Adam obserwował mnie kątem oka.
— Co będziesz jadła? — zapytał, stawiając przede mną kubek świeżo zaparzonej herbaty. Próbowałam skupić się na tym, co do mnie mówi.
— Nie jestem głodna.
— To może zjemy na miejscu.
— Na miejscu?
— Zrobić kanapki na drogę?
Popatrzyłam na Adama nierozumiejącym wzrokiem.
— O czym ty mówisz?
— Nie pamiętasz? Dzisiaj zdobywamy Bursztynową Górę! — oznajmił, wstając od stołu.

Słońce stało wysoko. Na polanie na skraju lasu kobiety rozkładały koce na trawie i rozpakowywały kosze piknikowe, mężczyźni obsługiwali przenośne grille. Można było odnieść wrażenie, że w nieruchomym powietrzu brakuje tlenu. Jednak nie przeszkadzało to dzieciom, które jak gdyby nigdy nic biegały za piłką lub goniły się z krzykiem. W cieniu lipy stał wózek przykryty pieluszką. Gdy przejeżdżaliśmy, rozległ się płacz niemowlęcia. Przyśpieszyłam. Strzałka prowadziła w kierunku lasu. Teren byt pagórkowaty, a droga stale się wznosiła, co stanowiło dla nas pewną wskazówkę. W przesianym przez gąszcz liści półcieniu panował przyjemny chłód. Jednak wciąż nie wiedzieliśmy, gdzie tak naprawdę Bursztynowa Góra się znajduje. W końcu, gdy z naprzeciwka nadjechali w naszą stronę inni rowerzyści, zatrzymaliśmy się, żeby ich o to zapytać. Młoda dziewczyna zahamowała i oparła jedną stopę o ziemię. Ciemne plamy potu tworzyły nieregularne wzory na jej T-shircie, z trudem łapała oddech.
— Mnie się wydaje… że tej góry… to tak naprawdę wcale nie ma.
Wlepiłam w nią oczy z niedowierzaniem.
— Jak to nie ma? — zapytałam.
— No, nie ma. To znaczy… w pewnym sensie jest. Od godziny jeździmy chyba właśnie po niej. Tak przynajmniej wynikałoby z mapy.
— Na tablicy czytaliśmy coś o wyrobiskach kopalni odkrywkowej bursztynu… — zaczęłam, ale zanim skończyłam zdanie, dziewczyna wskoczyła na rower i po chwili zniknęła między drzewami. Szlak był dobrze oznakowany. Adam jechał szybciej i raz po raz znikał mi z pola widzenia. Przez pewien czas jechałam zupełnie sama. Kiedy znowu go zobaczyłam, rozmawiał z dwoma mężczyznami. Ich twarze przeorane latami ciężkiej fizycznej pracy miały charakterystyczne ostre, chłopskie rysy. Byli niemal identyczni. Nosili też podobne ubrania. Podjechałam bliżej. Adam pytał ich właśnie o drogę powrotną do domu. Odpowiedzieli mu prawie jednocześnie, używając tych samych słów i przerysowanych gestów. Gdy jeden zaczynał zdanie, drugi je kończył. Gdy jeden mówił, że droga jest daleka, ale na skróty będzie szybciej, drugi zakreślał w powietrzu szeroki łuk, obrazujący rozległość lasu i długość czekającej nas trasy. Widowisko było tak fascynujące, że chcąc je przedłużyć, zadałam pytanie, na które odpowiedź znałam:
— A gdzie jest Bursztynowa Góra?
— Toż pani na niej… — zaczął jeden. .
— ..stoi — dokończył drugi.

***

Wybrałam ten fragment powieści Sophie McTell z wielu względów. Oczywiście najprostsze wyjaśnienie narzuca się samo przez się. To nie tylko tytuł rozdziału, ale też tytuł całej książki. Czyli powinien coś wyjaśniać. Nie do końca tak się jednak dzieje. Na pewno i tytuł, i opis budzą ciekawość, ba, nieodpartą potrzebę pojechania do Gdańska i wybrania się na wycieczkę na tę górę pełną kiedyś bursztynów. Górę, która już przestała być górą, bo tak się właśnie dzieje z kopalniami odkrywkowymi – likwidują krajobrazy -, a zarazem górę, w której nie ma już bursztynów.
Nie ma więc góry i nie ma bursztynów, a geograficznie akcja książki wcale nie jest związana z tym konkretnym określonym miejscem, zwanym Bursztynową Górą.
To bardzo znaczące, bo w tej książce nic nie jest takie, jakie mogłoby się wydawać.
Jest to wreszcie rozdział na stronach plus minus 280, a ponieważ powieść liczy 480 stron, to wybrany przeze mnie fragment przeszedł już poza punkt kulminacyjny i jest tą częścią powieści, w której wątki zaczynają się już zwijać. A zatem, być może już coś rozumiemy.

Ale czy rzeczywiście? Czy w drugiej połowie książki coś rozumiemy? A czy po przeczytaniu wszystkich 480 stron coś rozumiemy? Coś zrozumieliśmy? Wiemy, o co w tej książce chodziło, ale to wiedzieliśmy, zanim jeszcze w ogóle się za nią zabraliśmy. Bo powieść jest o tym, o czym przeczytaliśmy w blurbie:

Opowieść o relacji dwóch kobiet, w której ambicja, emocje i niewypowiedziane żale stopniowo burzą pozorną równowagę. To historia o przekraczaniu granic, poszukiwaniu siebie i odkrywaniu prawdy, która nie zawsze jest wygodna.

Sofia, autorka i narratorka, i Mia są przyjaciółkami. Były przyjaciółkami. Może będą przyjaciółkami.

A pomiędzy były i (może) będą jest góra i otchłań. Zrozumienie i niezrozumienie. Prawda i oszustwo. Miłość, przyjaźń i nienawiść, zaufanie i zdrada. Na zmianę, raz sucha relacja i raport, a raz notatka, barwny opis lub oniryczna fantazja. A jednocześnie to przecież nie są dramaty szekspirowskie, choć dziewczyna ze snu Sofii, wygląda oczywiście jak Ofelia. W tej burzy emocji dzieje się zwykłe codzienne życie, pije się herbatę, uprawia seks, zarabia pieniądze, sieka pietruszkę do rosołu, jak to napisał kiedyś Tadeusz Kubiak.

To bardzo ciekawe, ten opis niezwykłych emocji, które gromadzą się pod codziennością, wybrzuszają ją, zmieniają w trudną do pokonania górę, a jednocześnie czasem promień słońca pada na przejrzysty bursztyn i wtedy, jak w Jaju węża Bergmanna, widać w nim zatopioną postać Obcej, Dalekiej, Wytęsknionej. Jej lub mnie.

Ciekawe, ciekawe… jeśli chcecie dobrze i głęboko porozmyślać o tym, co jest materią naszego codziennego życia, znaleźć w nim tajemnicze zakamarki i wydeptane ścieżki, pozornie nietknięte ludzką stopą, przeczytajcie Bursztynową Górę.

I jeszcze dostaniecie kilka dodatkowych radości, jakby to powiedzieli Marks i Wałęsa, “plusów pozytywnych” i wartości dodanych. Przede wszystkim szlachetnie poprawny język. Przyznam, że dawno nie czytałam książki, której język byłby tak czysty i poprawny. Myślałam już nawet, że nikt już nie używa pięknej polszczyzny, bez tych wszystkich pieniążków, ubieranych butów, bombelków, madek i innych nowości obowiązujących w tym temacie i na ten moment.

Ponadto przepiękny papier, tak piękny, że cały czas możnaby go gładzić. I jeszcze piękne szerokie marginesy, nieskąpe odstępy między wierszami, eleganckie czcionki.

Piękna książka.

Gratuluję autorce, i gratuluję wydawnictwu Sorus.



Leave a comment