Łucja, żaden autorytet (12)

Łucja Fice

Urywek powieści science fiction

W czasie czekania na obiad dalej rozmyśla:
– Żeby przygotowanie tego planu ochrony nie doprowadziło mnie do nerwicy lub jakiś natręctw. Nie! Nie poddam się. To przecież od naszej grupy zależy odwrócenie sytuacji. Tej walki już nie cofniemy. Musimy na nowo kupić nasz CZAS i emocje, zaangażować się w to, co widzimy i słyszymy. Boję się tak, jak kiedyś bano się śmierci, walczymy z Wielkimi. Z dawnego życia zostały tylko odpryski. Czas przywrócić prawdziwego człowieka.
Jest zadowolona, nawet szczęśliwa, że została wybrana do programu naprawy świata. Jeszcze nie ma pojęcia z czym i z kim będzie musiała się zmierzyć, jako jednostka. Myślami powróciła do śpiącego Gerarda, który od kilku dni nie wychodzi z pokoju.
– Czyżby zakupił super nowość i zamontował sobie komputer w źrenicy?
Okna wychodziły na północ i wionęło zimnem, pomimo pełni lata, ale blask zaglądał do okien, poszukując jakiegoś kształtu obleczonego w materiał, czy bladej gęsiej skórki śpiącego. Znajdował jednak tylko aparaturę laboratoryjną ze szkła i niklu. Szkło, nikiel. To z tych rurek i mikroskopów światło czerpało nieco chłodu. Chłód natrafiał na chłód. Marii to światło wydawało się lodowate, martwe, upiorne. Weszła do pokoju w momencie, kiedy Lila kończyła posiłek.
– Jesteś! To dobrze. Zrobimy sobie dzisiaj dzień wspomnień, ale najpierw przetoczymy ci krew, dostaniesz nową, czystą. Po transfuzji odzyskasz swoje wspomnienia – odezwała się spokojnym tonem, jakby Maria znała ją od zawsze, a przecież widzi ją po raz pierwszy. Lila wyciągnęła szufladę z tradycyjnej szafki, która należała kiedyś do jej praprababki i znalazła stertę zdjęć. Leżały w rozsypce. Usłyszały kroki na korytarzu, więc odruchowo zatrzasnęła szufladę.
W drzwiach stanął Gerard. Wpatrywał się przez moment w twarze dwóch kobiet. Na kilka sekund zapanowała cisza, którą przerwał.
– Sorry, że nie mogę cię objąć, ale zaraza wciąż panuje. Witamy.
Słowa nie pozbawione jednak tej czułości, z jaką witają się bliskie osoby. Odwrócił wzrok i spojrzał na Lilę, u której z mimiki twarzy wyczuł nutę zazdrości. Nie kochał już tej kobiety, chociaż jeszcze niedawno tyle ich łączyło.
– To ja przeprowadzę ci transfuzję – zwrócił się ponownie do Marii. Teraz napiję się kawy. Od jutra mamy dużo pracy. Czekają na nas zagadki i plany.
Rozsiadł się wygodnie na stworzonym przez własny umysł fotelu. Maria usiadła na zwykłym, a Lila podała kawę w filiżankach, stawiając je na tradycyjnym materialnym stole. Gerard zrobił gest ręką w momencie, kiedy Maria chciała otworzyć usta i zadać kilka pytań. Z telepatią miała problemy i nie wiedziała dlaczego. Na moment zapanowała cisza, która drażniła. Po chwili Lila odezwała się ze złością: – Nie baw się w telepatię, Maria jeszcze nie rozumie wielu rzeczy.
– Ja tylko mentalnie przygotowuje się do zabiegu, przecież wiesz, że to nie takie proste w naszych warunkach – odpowiedział szorstko.
– Ale nie niemożliwe – dogadała mu, odgarniając długie blond włosy. Był to rodzaj kokieterii, taki, który miał wymusił jego uwagę. Gerard przekręcił się na fotelu. Jego ruchy były elastyczne. Wyglądał sexy. Spodobał się Marii.
– Nie mogę na razie ci nic powiedzieć. Powiem ci później, kim jest ta kobieta na wózku – odezwał się do niej, odgadując celnie myśli Marii – ale powiem tylko to, co uważam za stosowne.
Miał dźwięczny bas, taki, co może zrobić wrażenie na kobiecie.
– Gerard jest tu szefem i musimy się wszystkiemu podporządkować – odezwała się Lila, przyglądając się intensywnie twarzy Marii, co ją nieco speszyło. No, ale była tu nowa, właśnie przybyła do tego tajemniczego domu. Nie miała wyjścia, mogła tylko czekać na wyjaśnienia, bo miała mętlik w głowie. Przede wszystkim nie wiedziała dokładnie, po co tu przyjechała? Ani skąd przyjechała? Wiedziała tylko, że jej wspomnienia zostały wymazane. Przez kogo? Nie wiedziała, więc trwała w niemym oczekiwaniu. Gerard przysłuchiwał się jej myślom i powiedział:
– Czekaj, mała, na wszystko starczy ci czasu.

Barataria czyli święto początku lata

Piotr Czerniawski

ze strony Polska w Dużych Dawkach (Facebook)

A za 💯 lat….(albo dłużej)

Panie profesorze, proszę opowiedzieć nam o dzisiejszym święcie początku lata.

Tradycja święta nawiązuje do wydarzeń z odległego roku 2020, kiedy świat nawiedziła zaraza koronowirusa, tego samego, który dziś stał się zwykłą chorobą sezonową. W tamtych czasach nie istniały leki przeciwwirusowe, nie było także szczepionki. Choroba zaczęła się w Chinach, następnie trafiła do Włoch. Z uwagi na brak wiedzy, niski poziom higieny ówczesnych społeczeństw, brak zrozumienia mechanizmów zakażeń, choroba rozprzestrzeniła się w Europie i na Świecie.

Dziś świętujemy idąc do parków z naręczami papieru toaletowego, którym obrzucamy się i przyozdabiamy drzewa. Dlaczego papier toaletowy?

Źródła archeologiczne wskazują, że ludność gromadziła wówczas olbrzymie ilości tego produktu…

Ale dlaczego?

Historycy nie są zgodni w tej kwestii. Przeważa opinia o magicznym charakterze rolek. Ich duża ilość miała chronić domostwo przed atakiem zarazy, był to więc rodzaj amuletu.

Trudno w to uwierzyć.

Proszę pamiętać, że były to czasy obskurantyzmu i ciemnoty, ludzie ufali najróżniejszym szarlatanom, w wielu krajach rządzili populiści, wiedzę czerpano z tak zwanych mediów społecznościowych. Nierzadka była wiara w płaską Ziemię, lub szkodliwość szczepionek. Na tym tle wiara w magiczną moc papieru toaletowego nie wydaje się tak dziwna.

No dobrze, a co z tradycją obdarowywania dzieci figurkami psów? Czy to także wiąże się z epidemią?

Jak najbardziej. Jak już mówiłem, nie istniały wtedy skuteczne leki ani szczepionki. Jedyną metodą walki z zarazą była ścisła izolacja społeczna. Ludzie spędzili całą wiosnę i początek lata w domach. Wyjścia były reglamentowane, możliwe wyłącznie w określonych wypadkach. Jednym z nich było wyprowadzanie psów na spacer. Nie wiadomo, gdzie dokładnie pojawiła się idea wypożyczania czworonogów za drobną opłatą, prawdopodobnie we Włoszech lub Hiszpanii, jednak szybko rozprzestrzeniła się na całym kontynencie. Psy przekazywano sobie z mieszkania do mieszkania. Pamięć o tamtych praktykach przetrwała w postaci sympatycznego zwyczaju dawania dzieciom figurek psów i czekoladowych zwierzątek.

Święto początku lata, to oprócz wyjść do parku i spacerów, także niezwykła tradycja kulinarna. Chyba wszyscy jako dzieci pamiętamy straszny…

… okropny makaron polany oliwą lub olejem. Trzeba pamiętać, że kwarantanna trwała wiele miesięcy. Zapasy stopniowo topniały, kończyły się warzywa i owoce. Na koniec ludność jadła kasze, ryż i makarony zgormadzone jeszcze w początkach epidemii. W czerwcu został tylko olej kujawski i makaron penne, stąd to niezwykłe danie, tak nielubiane przez dzieci. Na Kurpiach, skąd pochodzę, tradycja mówi, że makaron może być gotowany tylko z trzema ziarnkami soli. Sól także była niedostępna…

Okropność!

Ten rytuał prawdopodobnie dość wiernie odzwierciedla sytuację ludności z ostatnich tygodni kwarantanny. Spiżarnie były puste.

Z wyjątkiem papieru toaletowego.

(śmiech) Tak, tego mieli pod dostatkiem.

Dziękuję bardzo za rozmowę.

PS od Adminki: niemiecki urząd statystyczny podał 25 marca 2020 roku, że  popyt na papier toaletowy wzrósł 800 razy!!!

Polska proza spoza Polski (Austria)

Teresa Rudolf

Podróż…

Jechał pociągiem.

I rozmyślał sobie, że siedzi się teraz pewnie dokładnie tak samo jak w XX wieku, ale te kulisy dzwiękowe…
Te najróżniejsze melodie, dźwięki, sygnały dochodzące z komórek, te różnorakie języki, najintymniejsze wyznania, najważniejsze sprawy ludzkie latajace w powietrzu nad głowami jak insekty, wlatujące do uszu…
Taki zbiorowy tinitus na czas jazdy, myślał, wychodzi również z tobą na ulicę, do kawiarni, ubikacji, wszędzie. Nie możesz nic zrobić, nie możesz wyłączyć, wyciszyć, uciec do wewnątrz.
Nawet kiedy zamykasz oczy jak drzwi do pokoju, bo chcesz być sam, wdzierają się różne penetrujące dźwięki, namolne, natrętne, borujące aż do duszy.
Mieszają się sprawy zawodowe, prywatne, intymne, wszystko…
Ludzkość pokazuje sobie nawzajem goły tyłek prywatności na trasie Wiedeń – St.Pölten, Kraków – Wiedeń, Paryż-Lasek Buloński, Nowy Jork – Waszyngton, Kraków – Wieliczka.
Bezwstydność gadających, brzęczących komórek, omotuje, bierze w niewolę, wbija się w mózg, serce.
Kiedy tak sobie rozmyślał, nagle wpadł zamaskowany człowiek z pistoletem w ręku, wściekłością w oczach, krzycząc w językach całego świata rownocześnie: „wszystkie komórki na ziemię, bo strzelam!“
Zaczął je deptać, skakał po nich, niektóre wyrzucił przez okno. Nagle rozległo się świergolenie jakiejś komórki, która uchowała się w czyjejś torbie.
Mężczyzna znów krzyknął w językach caąego świata rownocześnie: „powiedziałem, że strzelam!“
I strzelił.
Z pistoletu wydostał się dźwięk jak syrena alarmowa, coraz głośniejszy, tak głośny, że zamarł cały świat, zwierzęta zaczęły wygrzebywać nory w ziemi, by się schować, zdezorientowane ptaki latały w kółko, ryby wypłynęły, a dno morskie zaczęło się kotłować, przygotowując się do tsunami…
Ludzie naiwnie zatykali uszy…
Głos syreny osiągnął nie znane światu natężenie…
Teraz był to już tylko jeden ton.
Na wszystkich mózgach świata pokazała się prosta linia EEG.
Monitor niebieski pokazał światu wyznaczoną linię śmierci!
W drzwiach wagonu pojawił się młody człowiek. Zdziwił go wyraz twarzy podróżnych, którzy z otwartymi ustami i oczyma wyglądali jak w jakimś strasznym zbiorowym śnie.
Spojrzał na stojącego nieruchomo jak figura woskowa mężczyznę, trzymającego w jednym ręku kartkę z napisem: “terrorysta samobójca”, a w drugim pistolet.
Nieśmiało wyciagnął swoją tabliczkę: “jestem głuchoniemy, zbieram pieniądze na aparat słuchowy.”
Nikt nie wrzucił ani grosza.

Ratując, co się da 4

A. M. Rosner

Wszystko jest zapisane

Roman Arbatov siedział w swoim wygodnym, wysokim fotelu i wertował życiorysy. Jeden, najbardziej obiecujący, opatrzony fotografią apetycznej brunetki, odłożył na bok. Praktycznie podjął już decyzję, zostały tylko formalności.

Szukał asystentki, czy jak nazwaliby to inni, sekretarki. Człowiek na jego stanowisku nie mógł poradzić sobie sam z nawałem pracy, o czym przekonał się boleśnie po odejściu ostatniej pomocy biurowej. Do tej pory nie opanował korespondencji z kontrahentami, miał problemy z obsługą faxu, a ekspres do kawy, na który wydał prawie tyle samo, co na siedmioletniego sedana, stanowił dla niego nieprzeniknioną zagadkę. Za każdym razem, kiedy miał ochotę na espresso, dostawał latte. Najwyraźniej maszyna wiedziała lepiej niż on, co powinien pić, a postępowanie zgodnie z instrukcją obsługi nie robiło na niej najmniejszego wrażenia.

– Chyba ta będzie najlepsza – powiedział do stojącego z tyłu mężczyzny.
– Powinna sobie poradzić, ale dla pewności zaproponuj jej okres próbny. Wolałbym kogoś starszego, z większym doświadczeniem, a ta jest bardzo młoda.
– Wyrobi się. Potrzebujemy poza tym kogoś, kto będzie wizytówką naszej firmy.
– Zgoda, zadzwoń do niej i zaproś na spotkanie, zobaczymy…

Rozmowę przerwało im chrząknięcie. Nie przypadkowe, lecz jedno z tych, które mają na celu zwrócenie na siebie czyjejś uwagi. Roman przez chwilę zastanawiał się czy nie zapomniał znowu o jakimś spotkaniu, tak jak dwa dni wcześniej, gdy jeden z japońskich biznesmanów czekał na niego ponad godzinę we włoskiej restauracji. Kosztowało go to intratny kontrakt i na samą myśl o podobnej wpadce, włosy stanęły mu na karku. Wspólnik do tej pory miał o to pretensje, a w ich sytuacji nie mogli pozwolić sobie na podobne sytuacje.

Młody człowiek, stojący po drugiej stronie biurka, nie wyglądał jednak na przedsiębiorcę ani inwestora. Nosił wyświechtane jeansy i spraną koszulkę, a w jego minie ani postawie nie było nic z zakłopotania. Emanował raczej butą i zawziętością. Roman nie przypominał sobie, żeby zatrudniał kogoś takiego. Jednak to nie jego mina czy samo pojawienie się zaskoczyło go najbardziej. Tym, co wywarło na Romanie największe wrażenie, był wygląd młodzieńca. Przez chwilę wydawało mu się, że ma przed sobą siebie samego sprzed kilku zaledwie lat.

– Przepraszam bardzo, ale musimy porozmawiać – odezwał się młodzieniec spoglądając raz na jednego, raz na drugiego mężczyznę.
– Tak? A był pan umówiony? – Roman wiedział jak idiotycznie w zaistniałej sytuacji musiało to zabrzmieć, jednak obecność wspólnika zmusiła go do szybkiej, nie do końca przemyślanej, reakcji.
– Nie. Powiedzmy, że nie mogłem się umówić.
– Wie pan, to poważna firma, do nas nie przychodzi się z ulicy…
– Spokojnie Romuś, może pan ma nam coś ciekawego do zaproponowania. Jestem Eryk Szalski, a to mój wspólnik…
– Roman Arbatov, wiem jak się nazywacie – przerwał mu młodzieniec. – Miło mi was poznać, ale jeśli pozwolicie daruję sobie te wszystkie urocze wstępy i przejdę do sedna. Nie mam dużo czasu, poza tym chyba będzie najlepiej, jeśli prosto z mostu wyłożę całą sprawę. Wiem, że opracowaliście technologię podróży w czasie. Wiem, że rozkręcacie firmę i chcecie organizować komercyjne wycieczki w przeszłość…
– Kto cię przysłał?! Dla kogo pracujesz?! – fuknął Roman.

Wstał powoli, wspierając się o biurko. Przez głowę przewijały mu się nazwiska ewentualnych konkurentów i współpracowników, którzy mogli widzieć projekt Czaso-Przerzucacza i dać się podkupić.

Eryk splótł ramiona na piersi i spoglądając raz na gościa, raz na Romana, rzucił:

– To zaczyna być ciekawe. Mów, młody, dla kogo pracujesz i skąd to wiesz.
– Ty mnie przysłałeś, z roku 2039 – skłamał, wskazując skinieniem głowy Romana. Decyzję o podróży i spotkaniu z ojcem podjął sam, za jego plecami. Staruszek nie był w stanie logicznie myśleć, nie po tym wszystkim, co się ostatnio wydarzyło. On zaś był zdeterminowany i wiedział, że musi przekonać go do swoich racji. Jedynym, co miał po swojej stronie, był czas. Jeśli bowiem nie udałoby mu się tym razem, próbowałby jeszcze raz i jeszcze raz… do skutku. Mógł w końcu wracać do 2013 tyle razy, ile tylko chciał, jedynym warunkiem był bezpieczny powrót do przyszłości, w której jeszcze raz mógłby uruchomić maszynę.

Roman opadł na fotel. Próbował zebrać myśli. Choć pozornie wszystko wskazywało na zdradę, wygląd gościa nasuwał inne możliwości.

Jeśli projekt wypali – pomyślał, – firma osiągnie sukces, możliwe, że rozmawiam z własnym synem lub wnukiem, który postanowił odwiedzić mnie w przeszłości. Przecież o to w tym wszystkim chodzi. Tak, istne szaleństwo, ale maszyna zadziała. Projekt jest sprawdzony, przetestowany. Odwaliłem kawał dobrej roboty.

– Nie możesz tego zrobić – wypalił nagle młodzieniec, wytrącając go z samozachwytu. – Najlepiej by było, gdybyś nigdy nie zbudował tej cholernej maszyny, ale jeśli już musisz to zrobić, zadbaj o bezpieczeństwo nasze i czaso-turystów.
– Czaso-turyści – powtórzył pod nosem. Spodobała mu się ta nazwa, postanowił wykorzystać ją w czasie wieczornej rozmowy z potencjalnym inwestorem.
– Tak, czaso-turyści. Wiesz o czym mówię. Nie możesz…
– Poczekaj… Po pierwsze nie stój tak nade mną, tylko łaskawie usiądź. Po drugie spójrz mi w oczy i powiedz jeszcze raz, że przybywasz z przyszłości. Wyglądasz jak ja, do tego mam wrażenie, że wiesz o czym mówisz, ale to dość nietypowa sytuacja. Skąd mam wiedzieć, że nie kłamiesz, że ktoś cię nie wynajął, żebyś przyszedł i opóźniał start projektu, dając jednocześnie czas konkurencji?
– Spodziewałem się, że mi nie uwierzysz. Jestem na to przygotowany.

Eryk przysiadł na parapecie i posyłając wspólnikowi uśmiech rzucił:

– Miło mi to słyszeć, prawda? Pewnie poznamy numer najbliższego lotka, albo dowiemy się kto wygra kolejny mundial.

Siadając młodzieniec powiódł wzrokiem po biurze, choć zdawało się, że najbardziej zainteresował go widok rozciągający się na zewnątrz budynku. Roman odniósł wrażenie, że sporo dziejących się za nim rzeczy było dla przybysza niezrozumiałych. Przyszłość, o której mówił, nie mogła być odległa, ale przy dzisiejszym tempie rozwoju technologii, w jego czasach mogło nie być już samochodów czy starego budownictwa.

– Jesteś moim synem? – spytał w końcu.
– Tak. Powiedziałeś mi, że mam przenieść się do tego właśnie dnia i przekazać ci, że…
– Jeśli się, jak to powiedziałeś, przeniosłeś, podróże w czasie są możliwe, a projekt maszyny jest dobry! Wszystko zadziała tak, jak powinno.

Zerknął na Eryka, który delikatnie skinął głową. Nigdy nie był gadatliwy ani wylewny, choć Roman wolałby usłyszeć od niego choć słowo wsparcia.

– Jest dobry – przyznał młodzieniec. – Zbudowałeś maszynę jako pierwszy, choć od 2034 masz silną konkurencję. To oni donieśli do Izby Kontroli Zaburzeń Czasu o tych wszystkich wpadkach z ochroną i braku kontroli czaso-turystów. Właśnie o tym chciałem z tobą porozmawiać.
– Zaburzenia czasu? Przerzucacz nie może nic takiego powodować.
– Może – odparł spokojnym głosem. – Problem polega na nieszczelnym systemie kontroli czaso-turystów, przekupności pracowników działu ochrony i rutyniarstwie. Początkowo wszystko szło zgodnie z planem, nic złego się nie działo, ale w pewnym momencie, kiedy czaso-turystyka stała się popularna, straciłeś nad tym kontrolę.
– To nie może stać się masowe! Maszyna wymaga zbyt wiele energii, to nieopłacalne! – Znów rzucił spojrzenie Erykowi, licząc na to, że jako autor planu zasilania raczy się odezwać. Ten jednak słuchał w skupieniu słów gościa i tym razem nawet nie kiwnął głową.
– W pierwotnej wersji może i nie, ale po ulepszeniach, dodaniu nowego systemu zasilającego, podłączeniu silniejszej turbiny i ulepszeniu systemu chłodzącego – młodzieniec wyliczał odginając kolejne palce – wszystko okazało się całkiem tanie. Na podróże nie stać wszystkich, ale nawet członkowie klasy średniej mogą pozwolić sobie na czaso-turystykę. Właśnie na tym polega cały problemem. Dopóki pozwolić sobie mogli na to tylko bogacze, wszystko odbywało się zgodnie z procedurami. Pierwsze raporty o problemach pojawiły się dopiero po obniżce cen. Podróż w prezencie ślubnym, na komunię, z okazji rocznicy… za dużo tego po prostu, zbyt wielu chętnych i za mało pracowników.

– Silniejsza turbina – mruknął pod nosem Eryk. Rozmowa schodziła na najbardziej interesujący dla niego temat. Wyjął z kieszeni marynarki długopis i zaczął notować coś na kartce porwanej z biurka Romana. Choć wyglądał, jakby zatracił się w obliczeniach, jego wspólnik wiedział, że słuchał dalej i nie należało spodziewać się z jego strony żadnych pytań. Przynajmniej na razie. To on musiał prowadzić rozmowę, jak zawsze.

– Jakie znowu, jak to nazywasz, raporty? Przecież udostępnienie takiej możliwości wszystkim ludziom to coś wspaniałego! Właśnie to, tak naprawdę, chcę osiągnąć!

Młodzieniec westchnął ciężko widząc upór swojego przyszłego ojca. Po chwili podjął spokojnym, nieco monotonnym głosem:

– Nie możesz pozwolić im wybierać sobie dowolnego miejsca i czasu, do którego chcą się przenieść i pozwalać robić tego, na co tylko mają ochotę. Wszystko, co wydarza się w przeszłości ma wpływ na przyszłość. Jeśli już musicie rozkręcać ten cały przeklęty interes zróbcie to tak, żeby mogli oglądać to, co ich interesuje, ale nie pozwalajcie im ingerować w przeszłość. Odkąd wycieczki stały się tak popularne, ludzie zaczęli przemycać różne rzeczy, spotykać się z ludźmi z przeszłości…
– Ależ przeszłość jest czymś niezmiennym, nie da się na nią wpłynąć. Mam ekspertyzy, które to potwierdzają. Prowadziliśmy badania dotyczące tego zagadnienia. Właśnie na tym polega geniusz naszego interesu. Wszystko jest już zapisane, ich podróże i to co robią w przeszłości też. Nasze życie idzie zgodnie z wielkim, tajemniczym planem – opowiadał, choć jego gość wyglądał, jakby słyszał to już wielokrotnie, – a ja tylko zgarniam kasę za coś, co i tak jest jego częścią. Dlatego nie interesuje mnie, że coś tam ze sobą zabierają. Chcą porobić zdjęcia, to niech je sobie robią. Jeśli zabierają aparat, to tak było zapisane w tym całym planie.
– Aparaty to nic, zdjęcia robili od zawsze, tak samo jak filmy. Próbowali też przywozić do naszych czasów jakieś przedmioty, ale nie możesz pozwolić im zabierać wszystkiego, co chcą przewozić. I to niezależnie od tego, czy wwożą to w przeszłość, czy przywożą do swoich czasów.
– Zrozum, historia, cała nasza historia, jest już napisana. Przeszłość i przyszłość są niezmienne. To, że podejmujemy jakiekolwiek decyzje, to tylko złudzenie. Postępujemy zgodnie z wielkim planem, który od dawna jest już ustalony. Oglądanie tego, co było wcześniej, nic nie zmieni. Co więcej, nawet jeśli ktoś przedostanie się do przyszłości i sprawdzi numery lotka z najbliższej kumulacji, a potem ją zgarnie, nijak nie zachwieje rzeczywistością. Wygrana jest zapisana, tak jak sama podróż i podejrzenie magicznych cyferek. Wszystko jest już zapisane. Wydałem fortunę na badania, które to potwierdzają, poświęciłem temu ostatnich kilka lat. Jestem pewien, że właśnie tak to wygląda. Podróże są bezpieczne.
– Nie są…
– Są. Wiesz, że w czasie bitwy pod Grunwaldem zaobserwowano na niebie dziwny, jasny obiekt? Jak myślisz, co to było?
– Co? – mruknął młodzieniec, który najwyraźniej nie miał pojęcia nie tylko o tajemniczej obserwacji, ale i o całej bitwie.
– To był ślad po podróżnych, po czaso-turystach jak ich nazwałeś. Wiadomo o tym, choć ta podróż jeszcze się nie wydarzyła. A taki Nostradamus? Myślisz, że wiedział to wszystko, bo był jasnowidzem? Nie, ktoś mu to wszystko opowiedział, pewnie po to, żeby zmienić przyszłość. Facet przepowiedział drugą wojnę światową, wynalezienie dynamitu i broni jądrowej, a nawet to, że będziemy mieszkać w domach ze szkła. Czy cokolwiek to zmieniło? Nie… – Odpowiedział sam sobie.
– Nie rozumiesz… – Sróbował mu przerwać. Bezskutecznie. Roman wierzył w to, co mówił. Należał do ludzi upartych i niechętnie zmieniających poglądy.
– To ty nie rozumiesz. Alchemicy oszukiwali królów używając sztuczek, których dziś uczy się na lekcjach chemii, w szkole podstawowej. Pewnie ktoś sprzedał im te sztuczki w czasie jednej z wycieczek. Czy uzyskali dzięki temu złoto z niczego? Odkryli tajemnicę nieśmiertelności? Nie. Nic takiego się nie stało. Ich prace są udokumentowane, można to sprawdzić. Fakt, niektóre z tych dokumentów są dziwne, ale wiadomo o pokazach i trickach, którymi omotywali władców. Nikt poza nimi nie wiedział co się dzieje, a dziś każdy może się tak bawić. To, że ktoś powiedział im, że osolona woda wrze w niższej temperaturze niż nieosolona, nie zniszczyło świata. Tak samo jak to, że zaczęli stosować naczynia z podwójnym dnem, czy barwić wodę jakimiś odczynnikami.
– Mylisz się. Nic z tego nie jest dowodem na niezmienność rzeczywistości.
– Rzeczywistość?

Zaaferowani rozmową mężczyźni nie zwracali uwagi na Eryka, który nie tylko przestał notować, ale od dłuższej chwili przysłuchiwał się im z uśmiechem na twarzy.

– Roman ma rację – powiedział w końcu – mówiąc, że istnieje taki plan. Wszystko co się dzieje, wszystko czego doświadczasz, jest jego częścią. Nieważne co ani jak, ważne jest tylko to, do czego nas to doprowadzi. Ten cel, punkt do którego zmierzamy, on jest określony i wiadomy. To, jaką drogą do niego dojdziemy, to tylko nieistotny szczegół. Ważne jest to, żeby go osiągnąć.
– Są dowody na to, że wszystko jest z góry ukartowane. Nic nie możemy zmienić, a co za tym idzie, podróże w czasie są bezpieczne – dokończył Roman zadowolony z tego, że Eryk w końcu raczył zabrać głos, a jednocześnie przestraszony tym, że znowu może dojść między nimi do spięcia na temat konstrukcji czasu. Wolał dyskutować z nim na ten temat w cztery oczy, najlepiej nad szklaneczką whiskey.

Młodzieniec spojrzał na przyszłego króla czaso-turystyki z politowaniem. Spodziewał się, że zadanie okaże się ciężkie, ale nie przewidział aż takiego uporu. Ojciec, którego znał, był znacznie rozsądniejszy i uważniejszy. Może lata doświadczeń z podróżami w czasie czegoś go nauczyły, a może była to kwestia dojrzałości.

Eryka znał od zawsze, ale dla niego był przyjacielem rodziny i współpracownikiem ojca. Wujkiem Erykiem, z którym nie rozmawia się o teorii podróży w czasie, tylko gada o dziewczynach, chodzi się po górach czy jeździ na koncerty. Facetem, który bezbłędnie rozstawiał namiot, miał prywatny samolot i od lat nie mógł zdać końcowego egzaminu koniecznego do wyrobienia licencji pilota.

– Twoja teraźniejszość może jeszcze być niezmieniona, ale ja żyję w tej, która została zdeformowana przez wybryki czaso-turystów – powiedział młodzieniec. Postanowił wyciągnąć asa z rękawa i, jak miał nadzieję, przedstawić rozmówcom skutki ich lekkomyślności. – Opowiem wam kilka rzeczy o moim świecie, sami zdecydujecie, czy rzeczywiście nic się nie zmieniło.

Nie doczekał się odpowiedzi. Roman zaszczycił go tylko lekkim skinieniem głowy. Protekcjonalny uśmiech, którego nienawidził całe życie, nie schodził z jego twarzy.

– Przeniosłem się tu z czasu, w którym przejąłem firmę. Przeczytałem raporty z wypraw, które nie poszły zgodnie z planem. Nie wiedziałem wcześniej, że cokolwiek jest nie tak, ponieważ moja rzeczywistość zmienia się i dostosowuje do każdej ingerencji w przeszłość. Dla mnie skutki tych wybryków są czymś, co po prostu się wydarzyło, o czym uczono mnie w szkole.

Młodzieniec musiał być jego synem, ten upór był dziedziczny. Roman dobrze o tym wiedział, to z jego powodu nie rozmawiał z własnym ojcem już ponad dziesięć lat.

– Mówię ci przecież, że to niemożliwe – wtrącił znużonym głosem.– Nie rób już takiej zniecierpliwionej miny, mów dalej. Co niby takiego twoim zdaniem, jak to nazywasz, zmieniłem?

Młodzieniec wyciągnął z kieszeni kawałek papieru i podpierając się zapisanymi na nim informacjami, powiedział:

– W 2028 roku wysłałeś w przeszłość człowieka do Londynu. Dał łapówkę kontrolerowi, a ten pozwolił mu wejść do maszyny z taką małą, podręczną gaśnicą. Mówi ci coś rok 1666? Mnie nic, bo w mojej rzeczywistości nic się tam nie wydarzyło. Pewnie ta gaśnica odegrała jakąś rolę, bo wrócił z opróżnioną. Nie mogłem znaleźć nic niezwykłego w historii tego miasteczka, bo i kto zajmowałby się badaniem jego przeszłości, skoro stolicę Imperium Walijskiego przeniesiono do Aberdeen w trzynastym wieku, a w szesnastym do Awinionu? Niemniej informacja o gaśnicy była jedną z najwcześniejszych, które wydały mi się istotne.
– Imperium Walijskie?
– No tak, tak się to nazywało. Jestem noga z historii, ale tyle jeszcze wiem. Drugim, moim zdaniem dość poważnym incydentem, był ten z 2030 roku. Jeden z czaso-turystów przemycił taką małą, składaną mapę.
– A co w tym złego? – wtrącił Eryk.
– W przemycie nic, poza tym, że to złamanie protokołu bezpieczeństwa. Problemem jest to, że wedle raportu sprzedał ją Hiszpanowi, Ernesto Vellonowi. W raporcie nie ma o tym słowa, ale uważam, że to nie przypadek, że w kilka lat po kupieniu mapy od naszego klienta Vellon przeprawił się przez Atlantyk i, jak podają podręczniki, odkrył nowe ziemie.
– A co z Kolumbem? To on odkrył Amerykę…

Roman spojrzał zaskoczony na wspólnika, lecz ten najwyraźniej postanowił dać gościowi dokończyć to, co miał do powiedzenia. Chłopak zamilkł na chwilę, przenosząc wzrok z jednego mężczyzny na drugiego. Po chwili przerwał ciszę:

– Z kim? Kolumbem? Pierwsze słyszę… A tej całej Ameryki też nie znam. Nowe ziemie nazwano na cześć odkrywcy Vellonią, ale to była jedna wielka pomyłka.
– Dlaczego?
– Jak to dlaczego? Nie wiesz o czym mówię? Jeśli tak, to znaczy, że ta mapa rzeczywiście mogła coś zmienić…
– Mów po prostu dlaczego uważasz, że to była pomyłka – wtrącił znów Eryk, bardziej zainteresowany historiami młodzieńca, niż jego dociekaniami o powodach zmian w jej biegu.
– Dlatego, że miejscowi, Tahuantinsuyu – rzucił z obrzydzeniem, – okazali się groźniejsi od Walijczyków i Seleucydów razem wziętych! Vellon wrócił, choć większość jego armii wybito na miejscu. Potem był odwet, drugi, trzeci… Nie dość, że nasi bronili się marnymi muszkietami, a tamci mieli broń maszynową, to jeszcze łupili nasze miasta przez następne dwieście lat. Łapali niewolników i wywozili na te swoje plantacje. Do tej pory stosunki między kontynentami są napięte, ale przynajmniej Tahuantinsuyu ograniczają się teraz wyłącznie do łupienia naszych statków.

Roman odwrócił się na krześle i posłał Erykowi pytające spojrzenie. Jego syn zawiesił na chwilę głos, spodziewając się pytań lub protestów. Podejrzewał, że niedopatrzenia o których mówiły raporty wpłynęły jakoś na historię, nie wiedział tylko jak bardzo, ani jak wyglądała ta jej wersja, którą znali mężczyźni.

– Mówię tylko, co znalazłem w twoich papierach. Podejrzewam, że ta mapa jakoś zmieniła rzeczywistość. Nie wiem czy to Vellon powinien tam płynąć, czy nazwano te ziemie tak, jak powinny się nazywać, czy może przez tę mapę wylądował nie w tym miejscu, w którym powinien. Wiem za to, że ta wyprawa rozpoczęła wojnę, w której zginęły miliony. Do tego w tym samym tygodniu, w którym tamten facet przemycił mapę, jakaś kobieta przeniosła się w lata sześćdziesiąte zeszłego stulecia. Okazało się, że też jakimś cudem przeniosła ze sobą odtwarzacz muzyki i spotkała się z jakimś producentem czy przedstawicielem wytwórni płytowej. Rozmawiała z nim o, jak sama potem powiedziała – znów zerknął w notatki – niebezpieczeństwie związanym z muzyką gitarową. Twierdziła, że to przywołuje jakieś demony, że zagraża życiu słuchaczy, powoduje choroby. Dziwnym trafem kilka miesięcy po jej wizycie zakazano tych instrumentów. Teraz wytwarza się je w nielegalnych pracowniach lutniczych, a grywa tylko w podziemiu. Jak do tej pory nikt nie zachorował, ale prawo obowiązuje już tak długo, że nie ma szans na jego zniesienie. Za posiadanie gitary grozi dożywocie, za wytwarzanie kara śmierci. Zupełnie, jakby to był jakiś alkohol czy coś takiego…
– Alkohol?
– Tak. No przecież za posiadanie tego świństwa grozi do dwudziestu lat, a za pędzenie kulka w łeb. Nie mówcie mi, że w waszej rzeczywistości jest inaczej.
– W mojej rzeczywistości, jak to nazwałeś, alkohol jest powszechnie dostępny. – Roman cedził słowa, jakby jednocześnie mówił i starał się zrozumieć to, co przed chwilą usłyszał. – Jest nawet w kosmetykach i chemii domowej. Można go kupić wszędzie i pić ile się chce. Gorzej z prowadzeniem samochodów po kielichu, ale nawet za to nie grozi nic więcej niż kilka miesięcy i parę punktów karnych.
– W takim razie na te przepisy też ktoś musiał wpłynąć. Mnie uczono, że tej śmiertelnie niebezpiecznej używki zakazano pod koniec dziewiętnastego wieku. Nieważne zresztą, znacznie gorsza była sprawa sprzed miesiąca i mam dziwne wrażenie, że znajdę gdzieś w archiwach notatki dotyczące tego całego incydentu z dinozaurem. Potrzebuję tylko więcej czasu, ale jakkolwiek dziwnie to brzmi, zaczyna mi go brakować.
– Jakiego znowu, jak to nazwałeś, incydentu z dinozaurem?
– Jakiś miesiąc temu taka nieduża jaszczurka zabiła kilkadziesiąt osób w stolicy Imperium Silezianum, Oslo. Jest tam jedno z przedstawicielstw naszej firmy. Okazało się, że system nie wykrył uśpionego zwierzęcia schowanego w plecaku czaso-turysty. Facet koniecznie chciał zobaczyć świat z okresu kredy, sprawa była bardzo głośna, bo pierwszy raz organizowaliśmy wycieczkę w tak odległą przeszłość. Początkowo wyglądało na to, że wszystko poszło dobrze, ale kiedy ludzie z ministerstwa zaczęli go przesłuchiwać, przyznał, że przemycił tego gada.

Młodzieniec sięgnął do kieszeni i wyciągnął z niej złożony w kostkę, przezroczysty materiał. Rozkładał go, aż do chwili osiągnięcia rozmiaru strony gazetowej, po czym podał Romanowi.

Eryk przysunął się bliżej i wraz z przyjacielem zaczął oglądać gadżet. Choć dziwny papier prawie nic nie ważył, najwyraźniej był czymś w rodzaju elektronicznego papieru. Gdy patrzyli nań z jednej strony, widzieli artykuł o ataku dziwnego stworzenia, po drugiej jednak materiał był w pełni transparentny.

Roman obracał go w rękach, starając się skoncentrować nie na tym, co o niedoróbkach systemu mówił jego syn, lecz na tym, czy rzeczywiście historia mogła się zmieniać. Z tego co wiedział, takie sytuacje nie powinny się zdarzać, najwyraźniej pojawienie się gada też było zapisane w wielkim planie. Miał przecież ekspertyzy. I to całkiem kosztowne.

– Podejrzewam, że niedługo i tak zamkną cały interes, ciebie wsadzą na długie lata do więzienia, Eryka pewnie też, a ja będę do końca życia tyrał na odszkodowania – rzucił młodzieniec. – Dlatego proszę, zrezygnujcie z tego projektu, albo wprowadźcie zaostrzone normy bezpieczeństwa. Zrujnujecie nie tylko moje przyszłe życie, ale i swoje. Ta maszyna to wielka odpowiedzialność, chyba zbyt wielka…

Przedsiębiorca przez chwilę milczał. Wiedział, że Eryk, tak samo jak on, zastanawiał się jak wyprowadzić z błędu dziwnego gościa. W końcu przemówił, siląc się na ton, jakim (jak podejrzewał), mógł mówić do swojego przyszłego syna w czasach, kiedy ten był dzieckiem:

– Jestem ci wdzięczny za te wszystkie historie i za to, że się tu zjawiłeś. Zaufaj mi i uwierz, że przeszłość i przyszłość jest już zapisana. Nie można ich zmienić. To, że tu jesteś, też zapisano. Uważasz, że przyszedłeś ostrzec mnie przed błędami i uczulić na wzmocnienie systemu zabezpieczeń. Wprowadzę te zmiany, bo tak najwyraźniej zapisano, a dzięki temu albo ty będziesz dorastać w takim samym świecie, w jakim żyję ja, albo przekonamy się, że te „zmiany” też są zapisane. Pamiętaj tylko, że nie ty na mnie wpływasz, obaj podlegamy temu, co już jest zapisane i zatwierdzone. Jesteśmy częścią wielkiego planu i choć możesz mieć wrażenie, że coś zmieniasz, w rzeczywistości tylko go realizujesz.
– Nie. Nie ma żadnego planu. Sam mi powiedziałeś, że się myliłeś – mruknął mając nadzieję, że pozbawiony doświadczeń wychowawczych ojciec nie zorientuje się, że kłamał. – Każda decyzja, każda akcja, niesie ze sobą zmianę.
– Cholernie jesteś uparty, młody – wtrącił Eryk. – Sam prowadziłem badania, z których jasno wynika, że nie tylko istnieje taki plan, ale dodatkowo wszystko, co się dzieje, ma na celu tylko i wyłącznie doprowadzenie do jego realizacji. Zastanów się choćby nad ewolucją. Małpy nie zaczęły w pewnym momencie chodzić z wyprostowanymi plecami dlatego, że miały takie widzimisię, ani dlatego, że pozwalało im to lepiej rozglądać się po okolicy. Miały stać się ludźmi, a to mogły osiągnąć tylko poprzez nauczenie się wyrabiania narzędzi. Nie da się ich wytwarzać ani używać, kiedy ręce służą do unoszenia ciężaru ciała. W planie zapisano, że ma tak być. To on wyznaczył cel, do którego ewolucja doprowadziła te małpiszony. Tak samo jak cel, do którego my teraz zmierzamy. Plan istnieje, wszyscy jesteśmy jego częścią i przybliżamy się do jego wypełnienia każdego dnia. Przeszłość jest zamknięta, wydarzyła się już i zrobiła to w konkretny sposób, narzucony przez plan. Tylko on się liczy, a nie sposób, w jaki dojdzie do jego realizacji.

Chłopak czuł się, jakby walił głową w mur. Próbując zebrać myśli, sięgnął po odłożony wcześniej na bok życiorys kandydatki na sekretarkę. Uśmiechnął się na widok znajdującego się u góry podania zdjęcia.

– Co cię tak rozbawiło?
– Nic. To podanie mamy. Zatrudnisz ją jako sekretarkę, zakochasz się i… zmienisz zasady bezpieczeństwa, mam nadzieję.

– Pokaż mi to.

Młodzieniec podał ojcu życiorys i zerknął na zegarek. Zsynchronizował go wcześniej z maszyną, dzięki czemu wiedział, że zostało mu niecałe piętnaście minut. Miał coraz mniej czasu i praktycznie żadnej pewności, że cokolwiek wskórał. Ojciec był uparty i przekonać go do czegokolwiek mogłaby chyba tylko rozmowa z samym sobą – starszym, mądrzejszym i bardziej doświadczonym. Problem polegał na tym, że nie chciał przenosić się do przeszłości i niczego sobie tłumaczyć. Zasłaniał się tym, że jeśli nie pamiętał takiego spotkania, nigdy nie miało miejsca, co za tym idzie nie było zapisane w żadnym planie i nie powinno się wydarzyć.

Zastanawiał się czy Eryk – ten którego znał całe życie, nie ten zarozumiały i pewny siebie facet z przeszłości – nie byłby skłonny porozmawiać z samym sobą albo z jego ojcem. Wcześniej przekonywanie go do tego nie przyszło mu nawet do głowy, teraz wydawało się całkiem kuszącym rozwiązaniem.

Z zamyślenia wyrwał go warkot maszyny, stojącej z boku biurka ojca.

– Co ty robisz?!
– Mówiłem ci już, wszystko jest zapisane – odpowiedział Roman, wsuwając życiorys swojej przyszłej żony do niszczarki. Patrzył na powoli znikającą i zmieniającą się w równe, wąskie paseczki makulatury kartkę. – To też nic nie zmieni. Urodziłeś się, jesteś jej i moim synem i będzie tak, nawet jeśli zniszczę jej podanie. I tak się spotkamy, tylko w innych okolicznościach niż miałem nadzieję. Nie zadzwonię do niej, nie zaproponuję tej pracy, ale i tak wszystko potoczy się dokładnie w taki sposób, w jaki to zapisano. Rozumiesz?

Podniósł wzrok, lecz fotel, na którym jeszcze przed chwilą siedział jego niespodziewany gość, był pusty.

– Gdzie on…
– Nawet się nie pożegnał, gnojek jeden – fuknął Eryk. – Maszyna ma programator pozwalający wrócić do niej po upływie określonego czasu. Pewnie ustawił ten mechanizm i zapomniał sprawdzić ile czasu mu zostało.
– Dziwne spotkanie.
– Od razu dziwne… Przynajmniej wiesz, że będziesz miał zaradnego i samodzielnego synka. Zadbaj tylko o jego edukację, bo coś mi się wydaje, że ma problemy z rozumieniem podstaw konstrukcji czasu. Wyślij go na kółko fizyczne, albo zafunduj dodatkowe lekcje. Poza tym, jeśli sam się przyznaje, że jest noga z historii…
– Wyślę go do ciebie na korepetycje – odpowiedział. – Swoją drogą nieźle zmyślał z tymi zmianami. Ma chłopak wyobraźnię.
– Czy ja wiem… tak naprawdę to, czy zmieniamy przeszłość czy nie, nie ma najmniejszego znaczenia. To, co było się nie liczy, ważny jest tylko plan i jego realizacja. Może rzeczywiście jest kilka ścieżek, którymi można do niego dojść, a nie tylko jedna, jak zakładaliśmy. Nie ważne, kto odkrył Amerykę i jak ją nazwano, ważne jest tylko to, że została odkryta.
– Czyli co? Będziemy musieli powtórzyć badania? Wiesz ile kosztowały, sponsorzy drugi raz nie dadzą na to kasy.
– Nie. Nie ma powodu, żeby cokolwiek badać. Co ma być, to będzie, a to co było nie jest istotne. To tylko historia, jaka by nie była i tak osiągniemy cel.

Roman nie miał pewności, czy Eryk miał rację. Choć opowieści jego przyszłego syna brzmiały niedorzecznie, zaintrygowały go na tyle, by sprawdzić nie tylko wyniki ekspertyz, ale na własną rękę przeprowadzić dodatkowe.

– Wezmę to na kilka dni, jeśli nie masz nic przeciwko – powiedział nagle Eryk zgarniając z biurka gadżet, o zabraniu którego zapomniał ich gość. – Może uda mi się rozpracować technologię, na jakiej to oparto. Warto by to opatentować zanim ktoś inny to zrobi.
– Bierz, bierz. Na pewno da się na tym zarobić, a na nadmiar kasy akurat nie możemy narzekać – odpowiedział wybudzając komputer ze stanu uśpienia. Otworzył skrzynkę pocztową i przeszedł do odpowiedzi, które nadsyłały kandydatki na sekretarkę.

Eryk, stojąc już przy drzwiach gabinetu, odwrócił się i spytał po chwili namysłu:

– Zadzwonisz do niej?
– Zastanawiałem się nad tym. Ekspertyzy są kosztowne, a dzięki tej wizycie mogę zrobić bardzo tanie badania. Jeśli zadzwonię do jego matki… jego przyszłej matki – poprawił się – postąpię zgodnie z planem, jeśli zadzwonię do jakiejś innej, plan będzie musiał dostosować się do mojego zachowania. Możemy sprawdzić, czy rzeczywiście dam radę zmienić przyszłość…
– Sprytnie, ale jest coś, o czymś zapomniałeś. Ta brunetka była najlepsza, zna języki, ma doświadczenie i coś mi podpowiada, że okiełzna ekspres. Zadzwoń do niej, nie mamy czasu na to, żeby dawać szansę dziewczynie bez doświadczenia.

Roman przejrzał jeszcze raz zgłoszenia, po czym wybrał numer dziewczyny, która miała być matką jego przyszłego syna.

Pieprzyć wielki plan – pomyślał. – Ona rzeczywiście nadaje się bardziej, niż pozostałe. Lepiej nie ryzykować i zatrudnić od razu kogoś, kto spełnia nasze wymogi.

To niestety ostatnie opowiadanie uratowane ze strony http://www.johnnydrake.pl. Szkoda. Ale niestety nie możemy w nieskończoność korzystać z tych zasobów wspaniałych piracko-fantastycznych opowieści – strona została już zlikwidowana. Ale szukajcie. A.M.Rosner wydaje książki…

Deszczowa delegacja 3

 

Mieczysław Bonisławski

– … chłopy same mu oddadzą tę całą, no…
– Przyjechał tu jako urzędnik. Będą szukać.
– … i gówno znajdą!
– Nie bądźcie takie pewne – od strony gazika doszły mnie pokrzykiwania inspektora z Mirocina, na którego ostro napierały obie baby w chustach.
– A bo co, bo my takie głupie, że nie potrafimy same?
– I tylko nam tu nie wyjeżdżaj znowu z tą swoją, no, co to wiesz…
– Oni sami lubią dopilnować tej swojej sprawiedliwości – słodko, szyderczo wtrąciła zupełnie spokojna, jakby nieobecna, pozostająca poza sporem Truda.
– Właśnie, z tą całą sprawiedliwością – podchwyciła jedna z bab.
– Same potrafimy. U nas też jest sprawiedliwość.
– Ale o co wam chodzi, baby? Czego wy w końcu chcecie? – rzucił jakby zrezygnowany, pobity Tadeusz.
– A jużci, same to zrobimy.
– Wszystko zostanie w Lesie, nikt się nie dowi…
– My tam wiemy, co komu się należy… Tylko ty, inspektor, zawróć te milicje.
– Ale co wam zaszkodzi milicja? Załatwią sprawę, bez kłopotu. Już oni mu nie odpuszczą,
nie obawiajcie się.
– Tego się nie boimy. On już i tak nam nie ucieknie, co by tam w mieście nie wymyśliły…
– O co inne idzie. Jak się znowu tu zjadą te ubeki, to naszych pobiorą, jak kiedyś, spokoju
przez lata nie będzie…
– Lepiej schować to między swojemi.
– A i w Lesie jeszcze co znajdą, albo po komorach co nie, dobrze mówię? – jedna z kobiet w chustach nagle zwróciła się do Trudy. Kasztanowłosa kierowniczka spoważniała jeszcze bardziej (o ile to było możliwe).
– Kto to wie…
– Kto, jak kto, ale już wy na pewno – druga z kobiet pozwoliła sobie na pełną poufałość. –
Szwaby wiedziały, czego pilnują w Lesie. Pociąg wjechał i nie wyjechał. A ktoś pilnować
przecie musiał…
– Już my wiemy po co żeśta naszych striłców do lasu zabrały – zaczęła jazgotać pierwsza – Nie zamydlicie nam oczu, my nie takie głupie ludzie, choć proste.
Truda spojrzała na Tadeusza.
– Chyba za późno. Milicja już wie. Dzisiaj przyjechała redaktorka z gazety.
Ale babom w chustach było mało. Jak już przemogły wstyd, strach, jak już przerwały
milczenie, musiały wygadać wszystko, od serca i spod wątroby, byle do końca. A Truda z Tadeuszem to było za małe audytorium do wyrzucenia z siebie tego, co je bolało. Pierwsza zrobiła kilka kroków w moją stronę, ku skórzanemu. Ale zagadnęła do mnie, obcej, nie do niego.
– Popatrz no tylko, ledwie wrócił, a już nowego trupa po północku znaleźli. I to gdzie, przy ceglanym moście… Rozumie Las swego…
– Stefanicha, co wy?! Przecież to właśnie pani redaktor! – krzyknęła ostrzegawczo Truda. – Miastowa, ona się kuma z milicją – starała się jeszcze dosadniej wyjaśnić grozę sytuacji.

Ale tu nie było dylematu poznawczego. Trafiłam w sam środek tajemniczej historii i nie
mogłabym już tego odpuścić. Tak, mój drogi Marku, tu się liczył czyn. I cel oczekiwanych
odpowiedzi. To nie była chwila na kawiarniane dysputy o stylu czy ideologii. Tu się
rozgrywało prawdziwe dziennikarstwo. Rdzawokasztanowa nie była w stanie mi
przeszkodzić. To nie były twoje progi, droga kierowniczko.
– A jak to się stało, że on tu przyjechał?
– A kto go tam wi… W powiecie się uchował, ale nie u nas w Kożuchowie, tylko w Żaganiu
znaczy się – połknęła haczyk Stefanowa baba i ani się obejrzała, jak trajkotała, zapominając o machającej do niej rękoma Trudzie. – I teraz, jak nie ma gminy w Broniszowie, a powiatu w Kożuchowie, to i cegielnia przeszła pod Żagań, a on pono przyjechał ją doglądnąć… Ale jaka tam prawda, to nie wi nikt, ino on sam…
Spojrzałam pytająco na Tadeusza.
– No i czego? – ofuknął mnie tylko i zaczął wsiadać do gazika. Drugiej babie pokazał miejsce z tyłu, gdzie siedzieli przedtem obaj skórzani, tak jakoś po środku, jakby pomiędzy nimi.
– Czy ona coś wie? – spytała go Truda, gramoląc się za babą na tył gazika (ile tam się ich
miało pomieścić? A podobno dla jednej Wiolety nie było już miejsca).
– Nie wiem. Pewnie tyle, co jej powiedział Demianiuk – wzruszył ramionami Tadeusz. –
Gadały jeszcze z administratorem.
– Że też ziemia takiego jeszcze nosi – rozeźliła się ta druga.
– A czemuż to? Co z tym administratorem? – szturchnęłam kumotersko moją Stefanichę w ramię. – Co, a gadajcież kumo.
Z tego co pamiętam, żywą stylizację wyśmiewali u nas w Zielonej Górze wszyscy, od Klema po Horowicza, ale Marek ją stosował. Klem nazywał to śmietnikiem. Chodzisz, i co, otwierasz klapę śmietnika. Myślisz, ze zainteresujesz ludzi jego wnętrzem? Nic bardziej mylnego. Ale Marek nie unikał oryginalnej gwary. Tyle tylko, że na kartkach. Na żywo, w akcji go nie widziałam. To, jak zagadnęłam mojego świadka, nazwałby czynem w słowach.
I umiałby określić cel, do jakiego dążyły oczekiwane przez mnie odpowiedzi. Coś, czego ja sama nawet w tamtej chwili bym nie potrafiła zrobić.
– Reinhard, ten esesman, to była swołocz sama w sobie. Ale ten nasz administrator, to
przechodzi nawet jego.
– Ten poczciwy Demianiuk?
– Demianiuk, to od paszy i nawozów i też ma swoje za uszami – zaoponowała ta druga. –
Chodzi o Sosińskiego, tego od pałacu.
– I co ten Sosiński?
– Jego tu przywieźli ubecy i pałacowym zrobili – niemal szeptem wyznała Stefanicha.
– To ubek?
– A kto go tam wi!
– Nie, wszystkie wiedzą, że nie ubek… To bandyta. On, w tej Zielonej Górze to wysadzać
miał mosty i fabryki. W takiej bandzie był.
– Ale, dzięki Bogu, ich złapali, zanim ludzi pozabijali. I on na UB wszystko powiedział,
przeciwko tym innym… I za to, zamiast do więzienia, przywieźli go tutaj. Lekką robotę mu dali, czystą, w cieple. Pewnie Żyd…?
– A może on w tej bandzie od początku dla zdrady był postawiony? Kto ich tam wi…
– Podziękować mu tak pewnie chcieli, zapłacić znaczy się za zdradę… Jako swemu, Żydowi znaczy się. W UB same Żydy…
– Cichojcie kobiety! – Truda wyskoczyła z gazika i złapała Stefanichę za rękę – Co tak
gadacie po próżnicy? Pani redaktor i tak nie słucha – po raz pierwszy zwróciła się do mnie bez tej pogardy i lekceważenia. – Nie były przy tym, gadają co na język przyjdzie, głupiego…
Tadeusz zapuścił silnik. Bez problemu wszedł na obroty. Zdjął nogę ze sprzęgła.
– Daj spokój – rzucił rozkazująco do Trudy. – Niech sobie pani redaktor posłucha. Tyle jej, co usłyszy.
– Co ty, Tadek?! – przeraziła się kierowniczka o kasztanowych włosach – Co ty?
Tadeusz żachnął się i jeszcze szyderczo spuentował:
– I tak nigdzie i u nikogo tego nie wydrukuje. Przecież wiesz, jak z tym jest i co…
– Ty tak poważnie? – głos Trudy zadrżał – Chcesz…
– Ja? Ja chcę? – zawisła na moment jakaś taka złowieszcza cisza. – Wsiadaj. Wsiadajcie
wszystkie, pora kończyć.
Nie wyłapałam, nie chciałam wyłapać złowróżbnego kontekstu, czającej się groźby w tym co powiedział… Właściwie w tym, czego nie dopowiedział inspektor w marynarce.
– I co z tym Sosińskim? To w końcu, kim on jest – naciskałam Stefanichę. Odpowiedziała mi jednak ta druga:
– Był sekretarz partii z tej nowej gminy i mówił, aby go przyjąć jak swego. Że to niby ofiara błędów i czegoś jeszcze…
– Tych, no, wypaczeń, czy jak… – dorzuciła Stefanicha.
– A jużci, że tak. Ale kto go tam wi, o co w tym się rozchodzi… Chłopy, co po wojnie na
naukę poszli do lasu, z Wasylem do Reinharda, znaczy się, krzywo patrzą na pałacowego.
Baliśma się na początku, żeby kto mu wideł nocą w plecy nie wbił…
– Pani – złapała mnie za poły płaszcza Stefanicha – a co to są te błędy? Pani wi? Bo to, człek może pobłądzić, no jasne. Wypije za dużo i zbłądzi. Jakaś wypruta szczęka może z tego być, albo i dzieciak na miedzy. Ale wysadzać, zabijać Bogu ducha winnych ludzi? To nie błąd… Krew na rękach. To grzech, zbrodnia… Czy nie tak?
– No, a te wasze chłopy? Przecie niektórzy byli pod Banderą, a potem u Wilkołaków. No i
jakże tak?
– Już my same swoich to potrafimy osądzić. Między swojakami to było. Tylko my i Las, a w Lesie to insze życie, insza sprawiedliwość. A oni o swoje, o nasze poszli do lasu. I bili tylko rusów komunistów i Żydów ubeków… O, Tadeusz też Żyd, ale on nasz, z tych porządnych znaczy się – zabrzmiało to jakby zaczęła się sumitować, chociaż nikt nie dał ku temu powodu.
– Cicho, na Boga! – krzyknęła Truda. – Co wy gadacie, chcecie kłopotów?!
– Inspektor zabiera panią do Lasu, to przecie też musi być nasza… – zdziwiła się Stefanicha, wskazując ręką na mnie.
Tadeusz tylko nieprzyjemnie zarechotał. Truda złapała się za głowę, jakby chwyciły ją jakieś boleści.
– Czy Wioleta jest bezpieczna z tym Sosińskim? – zupełnie poważnym głosem zaatakowałam mojego urzędowego przewodnika. – Inspektorze, rozumiem, że jest pan lojalnym i odpowiedzialnym obywatelem?
– Kto tu dzisiaj, po wczorajszym, może czuć się bezpiecznie? A ty, jesteś pewna, żeś
bezpieczna? – Po raz pierwszy usłyszałem od Tadeusza tak długie zdania. Pytając o Wioletę, chciałam ocenić właśnie swoją sytuację, a gdyby… To przynajmniej ją uchronić, ostatecznie to ja ją w to wciągnęłam… Popatrzyłam mu uważnie w oczy. Trochę prowokująco i bezczelnie. On jednak nie zamierzał iść na próbę nerwów. Szybko wrócił do swej skorupy.
– No, kobity, wsiadać! Raz, dwa. – Znowu zapuścił motor i szybko ruszył, nie oglądając się na wskakujące do wozu postacie – Jedziemy!
Poczułam wahnięcie wozu od tyłu. Jedno, drugie, trzecie. Wsiadły obie kobity a za nimi
wskoczyli dwaj skórzani. Nie wiedziałam, w co grał inspektor? Reagował przypadkowymi hasłami, na odczepnego, czy też pojął, o co mi chodziło i podjął przez moment słowne zapasy? Nie wiedziałam, ale nadszedł czas, kiedy należało to rozwikłać.
– Słuchaj no, Tadeusz – przyjęłam jego bezpośredni sposób kontaktu. – Albo jedziemy w
końcu do tej cegielni, albo – jak nie masz mi nic do zaoferowania – zawieź mnie z powrotem do pałacu… Ja nie mam czasu na takie różne dyrdymały…
– Nie mam nic do zaoferowania? – zaśmiał się znad kierownicy. – Panienka rozkazuje! To
co, cegielnia, pałac, czy…
Gazik właśnie przeskoczył dukt, ale nie skręcił ani w prawo ku wsi, ani w lewo, ku cegielni. Pognał jak szalony prosto, dalej starotorzem. Krzyknęłam (już nie pamiętam nawet, co).
Na linii horyzontu, nieco w górze, ponad ścianą lasu niesamowicie błysnęło, a po chwili
gruchnął przenikający do kości grzmot. Krzyknęłam jeszcze raz, przez ramiona i kark
przeszedł mi dreszcz. Skuliłam się i mimo woli, niemal bezwiednie, przywarłam głową do ramienia Tadeusza.
Gnaliśmy starą kolejką niemiecką wprost na spotkanie walących piorunów, w stronę gęstego, ciemnego lasu. Przed oczami stanął nagle mi mój Ojciec. Zobaczyłam Wioletę, Giżejewskiego, Horowicza (który nagle wydał mi się nawet zupełnie sympatyczny), Marka, Klema. Nade wszystko stanął mi przed oczyma Klem.

Knajpiany gwar. Opary alkoholu (tak się mówiło, ale czy ktoś je kiedykolwiek fizycznie widział?) Przyciemnione światło (ależ mi wyszła figura stylistyczna!) Pochylone głowy (brzmi patetycznie)… nad śledzikiem i tatarkiem. Kto z was pomyślał, że jak patetycznie pochylone, to nad jakimś ważkim zagadnieniem? Ale faktycznie, to była istotna i głęboce intelektualna dyskusja.
– No tak, orkiestra rzecz ważna – rozciągając słowa, potwierdził racje przedmówcy Klem. – Ale czyż my już nie mamy orkiestry, przy fabryce metalowej?
– Jasne, a grać też można choćby i u was, w teatrze – poparł go Marian Szpakowicz, człowiek Klema od plastyków, z którymi Klem (sam przecież artysta) też działał i to ostro.
– A Hala Ludowa? Przecież funkcjonuje świetnie – nie pamiętam już, kto to powiedział.
Okazało się, że przedmówcą był Zdzichu Giżejewski, bo to on, jako następny mówca, stanął im wszystkim okoniem:
– To wszystko prawda, ale tu chodzi nie o to, aby móc od czasu do czasu gdzie zagrać. To ma być zupełnie nowa instytucja kultury. Mamy za małe miasto na operę, teatr muzyczny, nie ma tu zresztą takich tradycji. Ale jednak życie muzyczne musi się gdzieś wykluwać i toczyć.
– Jesteśmy jedynym województwem, nawet choćby bez filharmonii – przytaknął mu Horowicz. – Tak nie może być, w województwie musi rozwijać się życie muzyczne…
Nastąpiła chwila przerwy. Mężczyźni polali. Kobiety wypiły po pół kieliszka, popiły, podniosły się jakieś piskliwe śmiechy. Dwie aktorki, które przyszły ze Zdzichem, blondi z redakcji wiejskiej Gazety, maszynistka z działu kultury miejskiej rady i Halinka od Klema.
Klem wyciągnął fajkę, powoli ją nabił. Zapalił. Pyknął raz, drugi raz.
– Słyszałem, że tam u was, w Komitecie, macie nawet już pomysł gdzie?
Horowicz zaperzył się:
– Co w Komitecie, co, że jak taki problem, to tylko Partia…? Do brudnej roboty, to my, a ci co potem skorzystają, to postoją z boku i święci, nie ubabrają rąk?
Rozejrzał się wokół stołu. Wypatrzył Zygmunta Juny, kierownika Wydziału Kultury Rady
Miejskiej.
– Zygmunt, powiesz coś? Co na to miejska rada…?
Zyga Juny siedział jakby nieobecny, zapatrzony w zastępczynię Klema w biurze Wojewódzkiego Konserwatora, Halinkę Karpowicz. Mówiono, że się w niej kochał, a w kręgu Klema dodawano oczywiście, że w sensie erotycznym. Przy czym sama Halinka ponoć nic w tej kwestii nie obiecywała. Dała bym sobie rękę obciąć, że usłyszałam jak deklamował jej nad stołem kolejny swój wiersz, w ogóle nie słuchając Horowicza. To też było tajemnicą wszystkich, że kierownik pisał wiersze, które dyktował potem Halince, mówiąc jej, że tak szybko i bezbłędnie pisze. A ona przepisywała tę twórczość na maszynie, udając, że nie domyśla się adresata. Ktoś zauważył, że robiła to nawet z wypiekami na twarzy, ale czego to ludzie nie wymyślą.
– Ale czy to przejdzie? – zatroskała się któraś z dziewczyn. – Tu jeszcze jednak jest parafialna prowincja. Ludzie prędzej pójdą rzucić księdzu na tacę, niż kupią bilet na operę, czy koncert…
– I tak źle, i siak niedobrze.
– Jakby nie patrzeć, dogodzisz jednym, ubodziesz drugich…
– To jest koszt postępu, inaczej na zawsze zostaniemy takim zasranym zaściankiem…
Następna kolejka. Chwila ciszy. Jeden zakąsił, drugi głośno przełknął samą wódkę.
– A jak się ludziom nie spodoba? – Klem znów wziął fajkę – Można to tak robić dla ludzi wbrew nim samym?
Horowicz nie miał takiego dylematu:
– Społeczeństwem musi kierować ten, co ma świetlaną wizję. Inaczej nie będzie postępu.
– Czy postęp jest najważniejszy?
– To jest cel, do którego dąży każdy, kto mądry.
– Czy mądrość jest na tyle bezcenna?
Horowicz nie zdzierżył tej filozoficznej nuty:
– Cóż, błędy się zdarzają…
– Zatem trzeba próbować, tak aby móc je popełniać, bo to jedyna droga do postępu? – zadrwił Klem.
– Ale może nie takie jak przerobienie tabliczki na drzwiach Zespołu Chórów Ludowych na…
Klem rozłożył ręce:
– Wiem, wiem, „zespół chujów ludowych”, było, minęło. Muzeum Okręgowe ma już siedzibę, a sublokatorów szlag trafił, wynieśli się, o co zresztą chodziło… A ty, zastępca, coś sugerujesz? To całe radosne dochodzenie chyba jeszcze trwa… Nic straconego…
– Jak u nas, na wsi, chłop lub baba coś zbarłoży, to dadzą mu przez łeb lub wyśmieją, a zaraz potem zapomną. Ale obcym, władzy – nie wybaczą takiego samego numeru – złowieszczo podsumowała moja koleżanka z redakcji wiejskiej.
– Jak prostemu człowiekowi coś zabierasz, tylko po to, żeby dać coś w zamian, to zapamięta ci to, że mu zabrałeś, a nie to, że zabrałeś, aby dać to coś innego.
– Tak, to piękna w swojej prostocie reguła moralna – skwitował Zdzichu – ale chyba nadaje się tylko do takich bardziej ostatecznych i zasadniczych sytuacji. Oko za oko, śmierć za śmierć, krew na rękach to zbrodnia.
– Słyszałeś? – zaperzył się Horowicz. – To dotyczy tylko „tamtych”, nie „naszych”. Społeczeństwo trzeba edukować, aby stało się „nasze”, przestało władzę uważać za „tamtych”.
– Dlatego że władza ma rację? A jak nie ma…
– Władza ma zawsze rację, nawet jakby jej nie miała. Teraz relatywizują zbrodnie leśnych, wypuszczają z więzień, odcedzają krew od krwi, porównują krople z kroplą… A jutro będą bronić kruchty przed przerobieniem na filharmonię, gdy im pozwolimy tkwić w tym pańszczyźnianym marazmie… Nie wolno nam zgadzać się na zacofanie tych ludzi. Musimy ich wyciągać…
– Co to za porównanie?
– A słyszałem z ust świadka. Prokurator wojskowy – tu padło nazwisko – opowiadał mi o swoim dochodzeniu jeszcze w Gorcach. Co tam ludzie mówią o „Ogniu”…
– Rozmawiałeś o tym z prokuratorem – zaraz, to przecież moje nazwisko padło. Kto z mojej rodziny mógł być prokuratorem?
– Tak, to był rodzaj rozmowy kwalifikacyjnej. Wiesz, że on odchodzi z resortu ? Chce teraz to wszystko opisać. To wszystko co się zdarzyło ze Słowakami, z Łemkami, na Orawie, w Bieszczadach…
– Jakaś dziwna moda teraz nastała. I co postanowiłeś?
– Zamówiłem artykuł, ale o czymś bliższym, o czymś z miasta, z województwa. Po co mi ten „Ogień”, jakieś bandy UPA, jeszcze coś by z tego wyszło, wiesz ilu Ukraińców mamy w
terenie… Słyszałeś o tej grupie młodzieży, tak gdzieś sprzed pięciu, sześciu lat, co to mieli
wysadzać naszą bocznicę przemysłową, jakiś wiadukt… Sprawa Ostrowskiego…
Zaraz, zaraz! Przecieżo tym pisał mój Ojciec. Ale on nigdy nie był żadnym prokuratorem!
Ojcze, o co tu chodzi?
I wtedy go zobaczyłam, po raz kolejny tego deszczowego, mrocznego dnia. Stał na skraju lasu, w swoim długim, nieprzemakalnym płaszczu do wędrówek. Na głowę miał narzucony kaptur, ale poznałam go już z daleka. Gazik podskoczył na jakimś kamieniu, głowa wtoczyła mi się jeszcze bardziej pod ramię Tadeusza, na chwilę oczy zasłoniła mi jego marynarka. Gdy podniosłam wzrok, Ojciec stał już na stopniach gaza, z mojej strony. Stał pewnie, jedną ręką trzymając się burty. Jak on to zrobił, jak wskoczył w biegu, stojąc jeszcze przed chwilą ładnych kilka metrów od starotorza, pod drzewami? Nie zastawiałam się nad tym. Wiatr rozchylił mu poły płaszcza. Ojciec miał pod spodem mundur wojskowy. Nigdy go w takim mundurze nie widziałam! Wiatr znowu szarpnął płaszczem, zniecierpliwiony Ojciec, zsunął płaszcz z ramion i rzucił go na tył auta.
– Trzymaj chłopcze – rozkazał tonem generała komuś za mną.
– Ależ ty nie potrafisz wyłowić prawdy, tej najistotniejszej sprawy – zganił mnie. Poczułam się jak przed laty, w domu, gdy wracał ze szkoły, kiedy zrugała mnie nauczycielka. Albo z miasta, gdzie ktoś mu naopowiadał o moich wyczynach w ZMP.
– Zawsze muszę robić za ciebie. Czy kiedyś uwolnisz mnie od tego?
Nie wiedziałam co odpowiedzieć, jeszcze chwilę temu bardzo go potrzebowałam. Ale to już przeszło, lepiej by było, żeby sobie poszedł. Zeskoczył z gazika i już mnie tak nie strofował. Było mi z tym głupio, źle, co też mogły o mnie w tamtej chwili pomyśleć obie kobiety w chustach, Truda, skórzany?
– No, młody człowieku, na co czekasz? Mam ci zaaplikować coś na zachętę? – złowieszczym tonem żądał czegoś od kogoś, kto znajdował się za mną. I wtedy odezwał się skórzany, ten mój, od pieca Hoffmana i miłości do maszyn.
– Jedziemy teraz starym torowiskiem. Tu szła kolej z samej Zielonej Góry, przez Las i dalej. Na Kożuchów, Szprotawę, Żagań… Jak powiadają ludzie, zimą czterdziestego piątego Szwaby puścili tędy pociąg. Podobno wieźli nim z Poznania jakieś dokumenty, papiery. Niektórzy mówią, że zrabowane skarby. Pociąg jechał z Poznania na Zielona Górę, podobno do Szprotawy. Ale po co do Szprotawy, a jak tam, to czemu tędy? Może chcieli co ukryć w lasach, gdzieś pod lotniskiem? Tylko czemu pchaliby się tędy, przecież to już wtedy była taka bardziej zapomniana, zapyziała linia? A może właśnie dlatego, że tutaj nikt by nie wypatrywał takiego pociągu…?
Ludzie jednak powiadają, że z góry to wszystko było zaplanowane jeszcze inaczej. Tak, pociąg wjechał od strony Broniszowa do Lasu, byli podobno tacy, co to widzieli, choć to była ciemna, bezksiężycowa noc i wielka mgła. Nic nie było widać, ale ten pociąg ludzie zobaczyli. I tyle tylko, że nikt go już nie zobaczył, jak wyjeżdżał z drugiej strony Lasu. Tam następna wieś to Wichów, i tam, w Wichowie, nikt go nie widział!
To prawda, noc była ciemna, godzina policyjna, a stacja w Wichowie jest kawałek za wsią. Najbliżej jej do majątku, ale z okien dworu też jej nie było widać. Może to było to, co się nie miało zdarzyć tu, w Broniszowie, że ktoś go zobaczył, chociaż nikt nie powinien go widzieć? A w Wichowie odbyło się to jak należało – pociąg przejechał niezauważony
Ludzie jednak jeszcze mówią, że ten Werwolf, co to był w Lesie dwa lata po wyzwoleniu, to coś tu chował, czegoś pilnował. Ten Reinhard, co to go wczoraj poznali w cegielni…
– Przestań gadać! – krzyknęła Truda i uderzyła skórzanego otwartą dłonią w twarz.
Odwróciłam się ku nim i zobaczyłam jej wściekłość.
– Pociąg zostawił swój ładunek gdzieś w Lesie? – spytałam skórzanego.
– Ty też się zamknij – rzuciła mi wściekle Truda.
– Truda, to niemieckie imię? Pani jest autochtonką? Gdzie pani pracuje, czego jest pani
kierowniczką?
Poczułam za mną, jak Ojciec zeskoczył ze stopni gazika. Zanim spojrzałam w tym kierunku, jego obraz szybko rozmył się na tle drzew. Zdążył mi jeszcze tylko rzucić coś na kształt pochwały:
– No, to już, teraz, widzę, poradzisz sobie sama dziecinko.
Truda miała twarz czerwoną ze złości. Coś jeszcze chciała zrobić, czemuś zapobiec, ale
była bezsilna. Skórzany wyczuł, że może jej osobiście teraz dokuczyć, odpłacić za ten policzek, który od niej dostał.
– Tak, pani Truda jest autochtonką. Jej rodzina prowadziła gościniec kolejowy w Brunzelwaldau. To ten budynek z takim gankiem, na rogu, zamykający od strony pałacu plac gdzie staje osinobus. Ona tam i teraz mieszka. Przed wojną nazywali się Rose. Wiejska gospoda przechodziła z ojca na syna. Z całej rodziny została tylko pani Truda i kontynuuje tę tradycję. Kieruje teraz salą wiejską, którą my sami, po wyzwoleniu, przenieśliśmy koło kościoła, do dawnego szpitala Hrabiny. Taki długi dom z wielką rzeźbą od strony drogi.
– To pani pewnie coś wie? Widziała pani ten pociąg? Znała pani Reinharda?
– Reinhard mieszkał u nas w gościńcu, ale bywał rzadko… Drugie mieszkanie miał w Neudorf, u tej Reginy… – wysyczała pani Rose – A licencję na prowadzenie Gasthof zur Eisenbahn wykupił od Lenz u. Comp. Kleinbahn Grünberg-Sprottau AG stryj Bernhard, jak tylko przejął interes od dziadka Paula, jeszcze przed tamtą wojną… Na kolei zarabiali tu wszyscy miejscowi, to był taki dobry pomysł… A teraz… szkoda gadać…
– Co to było, ten gościniec kolejowy?
– Jak powstawała nowa linia kolejowa, to zawiadująca nią spółka kolejowa sprzedawała prawo do prowadzenia dla jej klientów gastronomii i wyszynku. Jakby takiej restauracji działającej przy kolei. Można było pobudować nową gospodę, albo takie prawo, licencję kupić dla gasthofu, który już funkcjonował. I to nie tylko o samo jedzenie chodziło, ale i o spanie i o obsługę przewozów drogami na kolej, i w drugą stronę. Jaki to był ruch w interesie! Ta, taka rozkraczona, przysadzista chałupa, pierwsza z prawej, przy wyjeździe z placu przy którym stoi gościniec. No, tam gdzie teraz staje osinobus, a jak przejeżdżaliśmy jadąc teraz tutaj, to trzeba ją było niemal omijać… To była wozownia. Ileż tam wozów zawsze stało, dopóki chodziła kolej…!
– A teraz można tylko kupić bimbru u Fräulein Rose i to z księżycowego zaciągu… – szydził chłopak. – U nas, w Broniszowie, nie ma gospody, sklep zamknięty, jak się człowiekowi chce napić, to musi drałować piechotą do baru, na krzyżówkę do Radwanowa lub na melinę do Trudy… Znaczy się na zaplecze tej sali wiejskiej, którą Fräulein Truda prowadzi pod kościołem. Jak to mówią na wsi, Truda daje od tyłu, ha, ha, ha! – wyjaśniał, wywołując coraz większy rumieniec wstydu na twarzy kobiety.
Przed nami znowu potężnie błysnęło. W świetle błyskawicy mignęło mi coś, co jakby przegradzało dalszą drogę. I znowu błysk. Ależ tak, teraz zobaczyłam go wyraźnie – ceglany wiadukt nad dawnym torowiskiem. Szybko do niego dojechaliśmy. Tadeusz zatrzymał gazik. To tutaj poprzedniej nocy kogoś zamordowano…
Skórzany był w coraz lepszym nastroju. Postanowił jeszcze bardziej dogryźć Trudzie.
– Na szkoleniu w Jeleniej Górze mówili nam, że Szwaby pochowali na Dolnym Śląsku swoje skarby w wielu miejscach. Potem, gdy wszyscy wyjeżdżali do siebie, do Reichu, zostawiali Strażników do ich pilnowania, żeby ruscy, albo nasi, tych skarbów nie odnaleźli. Może pani Truda też jest takim Strażnikiem, pasowałaby… Ona tu, z jednej strony, w Broniszowie, a z drugiej strony, w Neudorf – tamta Regina… U obu mieszkał Reinhard, który chował ten ładunek z pociągu. Pewnie obie przygotował do roli Strażniczek i dlatego obie zostały, gdy Szwaby wyjeżdżali…
Kierowniczka Rose z trudem opanowała wybuch. Z jej oczu tryskały iskry, gdyby mogła wtłoczyła by skórzanemu te słowa z powrotem do ust. Tak, aby nigdy nie padły, tak aby go skutecznie uciszyć.
– Wysiadaj panna! – rozkazał Tadeusz, gramoląc się z auta. Było to skierowane do mnie.
Zanim wysiadłam, udało mi się wyjaśnić jeszcze jedną niezrozumiałą dla mnie sprawę:
– Pierwsza wieś z tamtej strony Lasu, to Wichów. Co to jest zatem Neudorf?
– Nuedorf? – skórzany zdziwił się w pierwszej chwili, a zaraz potem roześmiał się – Neudorf, to taka wieś, której już prawie nie ma. Tu była – zatoczył ręką wkoło. – Tam – wskazał przed siebie, na południe – jakieś dwieście metrów dalej jest skraj lasu, tam były pierwsze zabudowania kolonii zwanej Friedrichsruh. To była duża wieś, przy samym Lesie, z kombinatem rolnym, gorzelnią…
– Była? To co, nie ma jej teraz? Co się z nią stało?
– Dawaj, panna – Tadeusz wyciągnął po mnie rękę – Trzeba nam iść.
Zaczął się wspinać stromą ścianą wąwozu ku górze.
Tory niegdyś biegły tutaj głębokim jarem. Wiadukt spinał dwie jego ściany ładnych kilkanaście metrów ponad naszymi głowami. Inspektor do spraw wypadków wchodził mozolnie do góry, ku sklepieniu wiaduktu. Nie wiem czy poddałabym się tak bez słowa jego żądaniu, ale stanęła za mną Truda i delikatnie popchnęła mnie w stronę Tadeusza. Obok niej, tuż za mną stanęła też Stefanicha. Wzięła mnie za łokieć i zaczęła już mniej delikatnie pociągać.
– No, idziemy, idziemy – jej głos brzmiał złowieszczo, a wyglądała niczym zła czarownica z jakiejś staroniemieckiej baśni braci Grimm.
Skórzany nie wysiadał. Dokończył tylko:
– Dziś za Lasem zostało tylko kilka domów. Resztę rozebrano tuż po wojnie. Był taki prykaz z powiatu. Mówią, że rozebrano wieś i kombinat na cegłę, dla odbudowy Warszawy. Ale jak teraz okazało się, że w powiecie na jakimś znacznym urzędzie schował się Reinhard… To może i on sam kazał rozebrać Neudorf, aby żadnego śladu tu nie zostawić. Może to też był ten szwabski plan w sprawie skarbu…
Rozejrzałam się. Jedyna osoba, którą mogła być mi bratnią duszą, nie przejmowała się rozwojem sytuacji. Skórzany rozsiadł się wygodnie na tylnym siedzeniu gazika i dłubał sobie gałązką w zębach. Przede mną była stroma ściana. Wyglądała, jakby nigdy się nie miała skończyć. W dole, na wąskim starotorzu stał po środku czarnego Lasu, na dnie zamykającego się ze wszystkich stron wąwozu, gazik, którym przyjechaliśmy.
Wokoło same drzewa, jakieś takie straszne, a do tego te ciemności, rozświetlone znowu przez błyskawicę. Nieprzyjemne otoczenie, a do kompletu dysząca nienawiścią rdzawowłosa Niemka i przypominająca złą czarownicę baba opatulona w chustę, obie jakby czuwające nad tym, abym nie zrobiła choćby kroku w tył, czy w bok. Takiego, który byłby moim własnym wyborem, ale niezgodnym z tym, co one mi same, bez mojej zgody i wiedzy, wyznaczyły.
Poślizgnęłam się na błotnistej glinie. Noga ugrzęzła zaplątana w paprocie i jeżyny. Zatrzymałam się w nadziei, że to coś zmieni, że stanę lub zawrócę. Lecz nie stanęłam naprawdę.
– Nie zatrzymuj się. Szybko – ponaglił z góry, ze złością w głosie Tadeusz. Spojrzałam na niego z dołu. Buty miał całe mokre, błyszczące od wody. Nogawki spodni powalane błotem, brudne, mokre i sztywne. Zaraz, zaraz, gdzie on naprawdę był przed naszym spotkaniem w biurze GS-u? Przecież nie wrócił by taki czysty spod tego wiaduktu, jadąc prosto z Lasu musiał by być uwalany tak jak ja, jak on sam teraz… Nie było aż tak różnych dwóch światów dla ludzi ulepionych z tej samej gliny… Nomen omen, gliny, tak.
Truda pomogła mi wyciągnąć nogę z pułapki. Stanęła obok, nieco niżej, podała mi ramię, na którym się oparłam i szarpnęłam pod jej dyktando całą sobą, choć wcale tego nie chciałam. Ta niechciana pomoc…
Straciłam od tego na moment równowagę i pacnęłam twarzą w mokre liście akacji. Upadłam na kolana a kark, ramiona i wszystko poleciało rozpędem dalej, do przodu i w dół. Zmoczyłam i pokłułam sobie całą głowę i ręce aż po łokcie. I to właśnie na nich, w ostatniej chwili, jeszcze jakoś się, na szczęście, podparłam. Dzięki temu, zaraz potem odbiłam się z nich i podniosłam z powrotem na nogi. A i tak nie wiem, jakby mi to poszło, czy nie utonęłam bym przedtem cała w błocie i liściastej brei, gdyby nie Truda. Znowu podała mi rękę, złapała moją dłoń i silnie podciągnęła. Mimo woli spojrzałam jej w twarz. Uśmiechnęła się? To przecieżbyło chyba niemożliwe…? Stanęła nade mną, nieco z boku. Wyprostowana niczym maszt na wietrze spojrzała w dół, tam gdzie siedział rozparty w gaziku skórzany. Rzuciła okiem na Tadeusza, który osiągnął już górną krawędź jaru i wyrównywał teraz oddech, na mnie, znowu na skórzanego. I chyba jednak się uśmiechnęła. Jakby do mnie, a przynajmniej w moją stronę. Oparła cały ciężar na wyprostowanej nodze, drugą podniosła nieco, ale nie zrobiła kroku. Zaparła się nią gdzieś na wysokości swoich bioder o ukośną ścianę jaru. Złapała równowagę i tak zamarła. Nie szła dalej, zatrzymała ten koszmarny karawan w połowie ściany. Dlaczego?
– Tu, pod ceglanym wiaduktem kolejka zielonogórsko-szprotawska miała przystanek w środku Lasu, tak zwany okazjonalny. – Truda nie popatrzywszy nawet na mnie, czy na Tadeusza, ledwie widocznym gestem pokazała mi, abym się ogarnęła, poprawiła włosy, przetarła z błota twarz, chwilę odpoczęła. Sama gadała jak najęta, wyrzucając z siebie informacje niczym karabin maszynowy kule. Przez cały ten poranek, jak tylko ją gdzieś usłyszałam, też mówiła szybko, zwięźle, rzeczowo. Ale w tamtej chwili, w jarze, przechodziła samą siebie.
– Wieś Neudorf nie miała stacji od samego początku kolejki. Murowany dworzec i boczny tor zbudowano dopiero po kilku latach. Od początku natomiast był peron z cegły tutaj, na południe od wiaduktu, na dole jaru.
Kątem oka zobaczyłam jak skórzany wyskoczył z auta. Podbiegł do miejsca, o którym chyba mówiła Truda, bo podniósł głowę i coś zaczął w moją stronę pokazywać.
– To nie była stacja, ani nawet przystanek – kontynuowała rdzawowłosa. – To się nazywało przystanek okazjonalny. Pociągi stawały tu tylko w niedziele i tylko na żądanie pasażerów.
Trzeba było zgłosić u konduktora… Jeździli tu ludzie z Grünberg, na niedzielne wyprawy na grzyby i jagody. Wysiadali tu, na tym peronie, którego już prawie nie widać…
– O zobacz, tutaj są ślady – skórzany wykopał czubkiem swoich oficerek jakieś czerwone
ułamki z zielska i gliny.
– Nazwali nawet tę kolej jagodową kolejką. W Grünberg też zresztą był taki przystanek, okazjonalny. Przy stacji towarowej Schützenplatz, raz w tygodniu, z rampy towarowej mogli wsiadać do pociągu jadącego w stronę Lasu ludzie, pasażerowie. Kupowali na jarmarku przy strzelnicy lemoniadę, jabłka, würsty i szli na rampę i jechali sobie na maibummel. Albo brali to wszystko z domu, kosze na grzyby, słoje na jagody…
Potem to zanikło… A tam dalej, na skraju lasu, zbudowano murowany dworzec i drugi tor i tak powstała stacja Neudorf…
Dalej nie podnosiłam już głowy, dokładnie wypatrując przed sobą wszelkich wykrotów i
zdradliwych pnączy. Usłyszałem więc tylko kolejny grzmot, nie widząc samej błyskawicy.
Było mi przenikliwie mokro, a od tej wilgoci zaczynało być też zimno. Tak samo czułabym się, gdybym wstała o trzeciej nad ranem, w pochmurną, deszczową noc. Latem by może już lekko zaczynało świtać, a przenikliwe zimno tym większy by wywoływało kontrast ze słonecznym ciepłem letniego południa. To była moja trauma, od dzieciństwa a potem ze studiów. Pamiętałam tylko jakieś przebłyski, jeszcze z czasów podstawówki lub wcześniej. Środek nocy, w oknie wiejskiej chałupy pierwszy brzask. Wszyscy śpią, a tu odgłosy krzątaniny. Kto wtedy wstawał, wychodził na zimno i deszcz?
Poranek był nawet rześki, ale to wyjście spod kołdry na zimno i pluchę, gdy wokół ciemno, było straszne. I ten wołający ku sobie, wstawający dopiero co dzień, który jakby
drwił z potrzeby dokończenia snu, w cieple, pod suchą, nagrzaną pierzyną… A tu nic z tego, czekała tylko pełna chłodu droga, może do szkoły w miasteczku, może na targ, może na pekaes, a potem dalej w świat. Obcy, zimny, pełen deszczu, obojętności obcych ludzi, obawy przed nieznajomymi miejscami… Widziałam to przed oczyma wiele razy, ale tak niewyraźnie, jak przez mgłę. Same kontury sytuacji. Kto, gdzie, kiedy i dokąd? – było to dla mnie nieodgadnione, trawiło jak gorączka w samym środku mojego ja.
A potem przytrafiło się to mnie samej, już fizycznie, na jawie. Tak wstawałam, wyrywana z objęć snu podczas praktyk w pegeerze pod Koszalinem. Trzeba było się zrywać na reportaż z nocnej zbiórki z pola, na jedyny poranny pekaes z Koszalina, gdzieś tam do mleczarni w Polanowie, na wyjazd tu, na wywiad tam…
To była dla mnie trauma, ale gdy tak ślizgałam się w tej glinie, wyszarpywałam metr zbocza za metrem, pchana nie chęcią, ambicją, czy troską, tylko strachem i przemocą, oddała bym wszystko za takie przebudzenie.
Dom, łóżko, nie ciemność burzy, ale ustępujący mrok nocy o poranku, wilgoć i ziąb rosy, a nie błoto po pas i w nosie. Mogliby mnie tak budzić i co drugi dzień, gdzieś wyciągać do
obowiązków, które bym szybko i od serca polubiła, byle to nie był ten wąwóz, ten las i te
baby wokoło mnie.
Niechby Klem wlewał mi wódkę do kieliszka i przekomarzał się, nawet sepleniąc jak nigdy dotąd, ze Zdzichem i Horowiczem o to, czy można na siłę ludzi uszczęśliwiać muzyką poważną w miejscu, gdzie dotąd ci ludzie z własnej woli spotykali się, by ustalić kto przyniesie jakie kwiaty na procesję Bożego Ciała. Zresztą, jak się przecież naprawdę skończyły wtedy te typowe przekomarzania przy wódce?
– …rozumiem, że już podjęliście decyzję. Nic was nie nauczył pięćdziesiąty szósty?
– To są Ziemie Odzyskane a nie klerykalno-inteligencki Poznań. Tu nie ma wielkoprzemysłowego lumpenproletariatu, tylko świadomy klasowo robotnik z zakładów przemysłu terenowego… – zaczął Horowicz.
– Jeszcze dodaj, że tu nie ma międzynarodowych targów, więc każdego prowokatora z zachodu od razu wyłapią zdrowe jednostki – spróbował zakpić Klem.
– A żebyś wiedział – zaperzył się sekretarz.
– A żebyś wiedział, że ja wiem – zgasił go Giżejewski. – Jednak naprawdę nic nas nie nauczył pięćdziesiąty szósty. Mówiłeś o tym wojskowym prokuratorze i o tym Ostrowskim. A wyobrażasz sobie czas, kiedy te fabryczki runą i bocznica faktycznie stanie, bo po prostu przestanie być potrzebna?
– No, nie bardzo. Jakby miało do tego dojść?
– I wtedy zrobimy z tej kolejki taki skansen. Osobową kolej turystyczną do Szprotawy. Wyobrażasz sobie?
Horowicz zapatrzył się milcząco w kieliszek. Nie mógł podnieść od niego wzroku. W sukurs poszedł mu więc Klem:
– Łatwiej mi to sobie wyobrazić niż to, że Zielona Góra ruszy w obronie jakiegoś klechy.
Zresztą Michalski tym razem na pewno nie zadrze z partią, poprze ideę filharmonii.
Giżejewski popatrzył na nich mocno przymglonym wzrokiem. Wódka, czy jakaś głęboka
refleksja była tego przyczyną? Nie sposób było to odgadnąć.
– Musiałby najpierw znać tę ideę. Musiałby ją znać jeszcze ktokolwiek inny, oprócz nas trzech. Czy nie masz czasami wrażenia Klem, że Michaś tu po prostu sobie nas prowokuje…? Taka propagandowa prowokacja.
– Co ty! Co ty, są różne koncepcje. Naprawdę… – obruszył się Horowicz.
Giżejewski pokiwał tylko głową.
– Z tej kolejki zostanie kiedyś tylko skansen, ale ludzie się rozwiną, nie skapcanieją, rzucą
nam w oczy, to co myślą…
– Jesteś mitoman – lekceważąco machnął ręką Horowicz i sięgnął po butelkę. Tak, jakby nalanie wszystkim nowej kolejki, miało załatwić całą sprawę.
– Wizjoner z ciebie wychodzi, Zdzichu – Klem spróbował bardziej pojednawczego tonu. – To jest tylko taka nasza, czcza gadanina przy kielichu albo zza biurka albo gdzieś z akademickiej katedry. Dobrze wszyscy trzej wiemy, jak będzie. Przyjdzie prikaz z Komitetu i nikt nawet nie piśnie. Tak samo kolejarze mogą spać spokojni o swoją robotę. Będą dowozić do Polskiej Wełny, tak jak my będziemy słuchać koncertów w filharmonii. Nic nie zakłóci tej monotonii jeszcze przez dziesiątki lat… Tylko my pod wódkę zakąsimy sobie taką teoretyczną socjologię…
– Nie spostrzegą nawet tego, jak przyjdzie im wziąć ostatnią szuflę węgla z tendra. Tak jak my nie wyobrażamy sobie jeszcze tego radiogramu z wołaniem o przyjazd dodatkowych jednostek ZOMO z Gorzowa czy innego Poznania, bo miejscowa milicja nie wystarcza. Co samo w sobie jest już niewyobrażalne.
Po stokroć wolałabym te puste i zupełnie bezpieczne, niegroźne, bo nieziszczalne rozważania o tym, czy władzy wypada czynić w imię postępu taki intelektualny gwałt na „zacofanym” społeczeństwie, zamiast namacalnego dylematu, czy potępiać leśnych walczących z władzą za zabicie w walce przeciwnika? Tamten kawiarniany relatywizm wydawał mi się po prostu słodki. Zwłaszcza, że był taki czysto teoretyczny. Te problemy nie miały się nigdy zmaterializować, zdarzyć w życiu. A konieczność skonfrontowania się z wiejskim relatywizmem, którą zbrodnię można dokonać i wybaczyć, a którą nie – wzbudzała we mnie fizyczny, realnie odczuwalny strach.
Dlaczego musiałam brać udział w tym eksperymencie? I to naprawdę, całym ciałem i duszą? Ja, sama, osobiście. Czemu nie mogłam znowu stać po prostu przed otwartą szafą i przekomarzać się sama ze sobą, dobierając do zapowiadającej się tak czy siak pogody, takie a nie inne rajstopy, apaszkę, buty…?


Na ten Nowy Rok

Mieczysław Bonisławski

Noc pana Tadeusza

Taksówka zatrzymała się przed elegancką nocną restauracją. Taryfiarz wyszedł i pogwizdując zaczął przecierać szmatką dach i maskę. Na dworze zmierzchało.

Z piskiem opon za pierwszym wozem stanął drugi. Otworzyły się drzwi od strony kierowcy.

– Nieźle popadało, co nie?

Taryfiarz przerwał wycieranie

– Ano, wycieram trochę. Taki tam wiosenny, ciepły deszczyk. Ale wóz nie może być mokry.

– No tak, zawsze podziwiałem tę twoją pedanterię… – skwitował cierpko przybyły i jakby stracił ochotę na dalszą pogawędkę. Pochylił głowę nad kierownicą i zaczął przeliczać w kasetce dzienny utarg.

Nad wejściem do lokalu rozjarzył się świetlisty neon. Szmata na chwilę znów znieruchomiała w dłoni taksówkarza. Kierowca rzucił okiem na neon, na znikającą na horyzoncie różową poświatę po słońcu i wrócił do swej czynności.

– Wcześnie coś dziś – mruknął pod nosem.

Chodnikiem przeszło jakieś rozbawione towarzystwo i zniknęło w wejściu restauracji. Samochody pędzące mokrą jezdnią zaczęły włączać reflektory. Naraz z nieba lunął drobny, ale intensywny kapuśniaczek.

– Niech to cholera – zrezygnowany taksówkarz zanurkował do swej gabloty, w pośpiechu zostawiając szmatę na dachu.

Oparł się piersiami na kierownicy i zapatrzył gdzieś przed siebie. Zrobiło się ciemno. Szeroka ulica zaczynała się i kończyła równoległą perspektywą latarni sodowych i różnobarwnych neonów po bokach. Mijające się samochody srebrzyście odbijały w blasku reflektorów kałuże i mokry asfalt.

– No, panie Tadziu, pierwsi dzisiejsi klienci, wyrwał go z zamyślenia męski głos.

– Ależ proszę, proszę, skoczył usłużnie otwierać drzwi.

– A co to za szmata? – Jedna z wsiadających kobiet roześmiała się na cały głos – Ach panie Tadzieńku, to i u pana też taki bałaganik już…

Pan Tadeusz bez słowa schował szmatę i zapuścił silnik.

– Do mnie, do mnie – ciesząc się nie wiadomo z czego krzyczała z tylnego siedzenia panienka w kusym futerku i czarnych rajstopach.

Niewysoki chłopaczek zrzucił napakowany plecak. Poprawił przetłuszczone, przydługie włosy i uśmiechnąwszy się szturchnął pakunek. We wnętrzu przyjemnie zadźwięczały butelki.

– Ile?

– Ewka już jest? – zignorował pytanie kumpla podchodząc do czeszącej się przed lustrem blondyny. Tamten jednak nie dawał za wygraną. Pomacał plecak.

– Ile przyniosłeś?

– Pięćdziesiąt, ale na razie zostaw! To na później.

– Czego się Mareczku tak boisz? – zafalowało obficiem kształtów, jako że blondyna odwróciła się od lustra. – I tak wypijemy, i tak.

– Klaudia! Gdzie jest Ewka, jest już późno..

W odpowiedzi zafurczały mocno pchnięte drzwi. W progu stanęła Ewa.

– O, cześć Igor, cześć Marek. Już jesteście…?

– Idziemy! – Marek energicznie zarzucił plecak i ruszył ku wyjściu.

– Zaczekaj na nas przed akademikiem…! – zdążyła jeszcze krzyknąć Klaudia i nie doczekawszy się odzewu, zagadnęła przyjaciółkę – Co wzięłaś na te nietoperze?

Ewa aż się wzdrygnęła:

– Sądzisz, że one tam naprawdę będą?!

Staruch podniósł krościatą twarz. Była chuda i nieogolona. Przyblakłe oczy wyrażały strach. Klęczał pochylony nad parkowym koszem na śmieci. Miast wyciągnąć z niego ręce i uciekać, zgarbił się i trząsł ze strachu.

Całą szerokość alejki zajęło pięciu podpitych młodzieńców. Najniższy z nich podszedł do starucha.

– Czego tam grzebiesz, nie wiesz, że bieda została zabroniona! Żarcia szukasz, nie? A zastanowiłeś się, po co takie rozkładające się gówno jak ty, chodzi w ogóle po świecie?

Staruch całym żylastym ciałem przywarł do kosza. Głowa mu prawie zniknęła w jego wnętrzu. Drugi z młodzieńców obszedł go wokół.

– Dlaczego wy nie zdychacie? Po cóż takie staruchy tymi trzęsącymi łapkami tak trzymają się tego życia? Na co ty, śmierdząca wszo, możesz jeszcze liczyć?

Staruchowi zdrętwiały nogi, przysiadł więc na piętach, wyjmując głowę z cuchnącego otworu. Nie ośmielił się jednak podnieść wzroku.

Młodzieńcy chwilę się naradzali.

– Zabijemy cię – oznajmił w końcu jeden – My, młodzi, nie mamy co jeść i nie możemy dopuścić, aby takie bezwartościowe trupy do cna wyżerały nam to co jeszcze w tym kraju pozostało.

– Ale damy ci jeszcze szansę – roześmiał się ten najniższy. – Jak nam pokażesz, że żresz faktycznie tylko odpadki, to ci darujemy jeszcze parę godzin, he, he, he. No, żryj – ścierwojady są nawet przydatne – wepchnął głowę starego z powrotem do kubła. Jego koledzy otoczyli kołem śmietnik i klaszcząc w dłonie poczęli skandować:

– Ścier-wo-ja-dy, ścier-wo-ja-dy!

Ale stary wyciągnął głowę i odwrócił się do nich.

– A więc zabijcie mnie, zabijcie już lepiej – wyszeptał.

– Cicho, on coś jęczy… Głośniej stary, głośniej…

– Nie będę żarł, zabijcie – zaczął histerycznie wrzeszczeć – Zabijcie, zabijcie, nie będę żarł, ja nie będę żarł !

Najniższy roześmiał się.

– Będziesz staruszku, będziesz – kopnął klęczącego starego z całej siły w twarz. – Nawet sobie nie zdajesz sprawy, jak będziesz…

Cała piątka poczęła systematycznie kopać wijący się kłębek ciała.

– Nie po jajach, nie przeceniajcie go – ktoś się śmiał ze swojego kawału. W końcu najniższy krzyknął:

– Starczy – pochylił się nad pojękującym staruchem – I co, chcesz jeszcze pożyć, będziesz żarł odpadki? – Podniósł go i rzucił na kubeł. Stary szybko włożył głowę do środka i po chwili jego barki zaczęły podrygiwać w rytm sięgania po kolejne kęsy.

Nagle młodzieńcy poczęli coś do siebie szeptać i szturchać się, a który tylko obejrzał się w stronę oświetlonej furtki przy wejściu do parku, biegiem uciekał w przeciwną stronę. Jeszcze tylko, już w pewnym oddaleniu, ośmielali się pourągać:

– Wariat, głupi, wariat…

Po chwili wokół chrząkającego we wnętrzu śmietnika starucha zrobiło się pusto.

Stary jakby coś wyczuł. Wychylił powoli głowę na wierzch. Rozejrzał się wokół, żując plastikowy pojemnik po homogenizowanych truskawkach.

– Jezu, wariat! – padł na kolana, podniósł jednak głowę, rozejrzał się jeszcze raz – To ty przegoniłeś to podłe nasienie ?

– Wstań z kolan człowieku. I podejdź tu do mnie – dały się słyszeć przejmujące słowa.

Stary jeszcze się wahał.

– Ale ty jesteś wariat, całe miasto o tym wie…

Usiedli na ławce. Przed nimi, po środku basenu fontanny, bieliła się w świetle księżyca mitologiczna grupa, wyżej skłaniały się wiekowe konary. Ławeczka stała w bladej poświacie latarni, nieco cofnięta od głównej alei.

Towarzysz starucha ściągnął z głowy kaptur. Był zupełnie łysy, połowę twarzy przysłaniały rude wąsiska. Ubrany był w buty rybackie, pelerynę i drelichowe spodnie. Kilkoma ciepłymi gestami uspokoił starego, wyjął spod peleryny jakieś zawiniątko i podał staremu. Ten zbliżył je do ust i począł jeść.

– No i co – wymamrotał pełnymi ustami – nic nie zrobiłeś?

– A nie znasz ludzi – co mogłem zrobić ?

– Mnie to tam takie nie pierwszyzna.

– A mnie to mierzi. I to dzisiaj: posłuchaj człowieku – przecież to byli moi studenci. Nie jacyś tam z marginesu.

– Twoi byli studenci, panie profesorku…

– Czemu starasz się człowieku być złośliwym?

– Wariat, istny wariat, he, he, he! – stary machnął lekceważąco ręką. – Masz co jeszcze? Dawaj.

Łysy wyciągnął jabłko, ale nie podał go. Podniósł je i zaczął się mu przyglądać. Stary się zniecierpliwił:

– Co tam tak wypatrujesz. Diabła tam. Nie dość, że wariat, to i filozof. Ja całe życie chlałem, to i jak syna wychowałem, musiałem odejść. On dziś wielki pan, ho, ho!

– Jesteś takim samym wariatem jak ja. No i co, że poszedłem wtedy do psychiatry?! Od razu musiałem być…

– No i to, żeś wariat…! Czy ja komu co robię, żem hołota ze śmietnika? Syna wykształciłem, ot co! – nagle stary coś wypatrzył. – Widzisz to, he – nietoperz. Patrzysz ptak, a to zwierzę, ssak jakiś, tak jak człowiek, he, he, he. Pomyślał by kto. Mój syn to ornitolog, profesor tera chyba już. Widzisz ptak – nie – ptak, ale tylko do nocy. A ja go kamieniem, pac – rzuca kamieniem w ciemność – A on nic. I w dzień nie wyleci, mówię ci, że nie wyleci, choć wie, że w dzień to nie dla mnie pora…

– O jest, jest! Jest pierwszy! – Klaudia przytrzymując jedną ręką spadającą czapkę, drugą próbowała chwycić wiszące u sufitu stworzonko.

Tuż za nią stał Marek. Wycelował latarkę w zwierzę, ostry snop światła przeszył ciemność lochu.

Znajdowali się w podłużnej, suchej niszy. Była ona na tyle szeroka, by Ewa przecisnęła się obok Klaudii.

– Patrzcie, porusza się! – krzyknęła osłoniwszy dłonią oczy.

– Czeka, aż jego temperatura zrówna się z otoczeniem – wyjaśnił Marek i roześmiał się. – Dotknij go, to zobaczysz jak się nagrzewa.

– Nie! Za nic w świecie – Ewa pisnęła cofając się za Klaudię.

Marek nie nalegał. Zmniejszył natężenie światła z latarki.

– No, pierwszy jest. To już czas – zaczął ściągać z pleców plecak. – A gdzie Igor?

– Igor? Igor? – spojrzały po sobie dziewczyny.

– Nie ma go, gdzież on znowu polazł – mamrotał chłopak rozwiązując troki plecaka, niezbyt zainteresowany problemem. Nastrój udzielił się Klaudii i Ewie. Nie zważając na ciemniejącą otchłań korytarza, puściły się nim kilkanaście kroków w głąb nawołując „Igor! Igor! Pijemy, mamy pierwszego nietoperza.”

Marek uporał się w końcu z plecakiem. Wyjął butelkę, odkapslował ją i rozejrzał się.

– Dziewczyny! Pijemy. Chodźcie szybko, bo zaraz zamykam bar i będziecie musiały czekać do następnego „toperza”.

Odpowiedział mu śmiech.

– Dobra, nie, to nie… – udał że się pochyla nad plecakiem i znieruchomiał. W korytarzu wybuchł nieludzki wrzask. Natychmiast odwrócił się, nim jednak zdążył wybiec z niszy, wpadły nań już obie dziewczyny, szamocząc się z włosami.

– Ała, cholerne ptaszyska.

– Precz, precz!

– To nie ptaki, to ssaki – trzeźwo zauważył wynurzywszy się tuż za nimi Igor.

Marka ogarnęły spazmy śmiechu. Podał Igorowi piwo.

– Czego one od nas chcą? – żałośnie rzuciła Ewa.

– Wyleciały na żer.

– No, chyba nie powiesz Igor, że pomyliły nas z jakimiś karaluchami! – Klaudia była wyraźnie zła na cały świat.

– A tak w ogóle, to co one jedzą? – zainteresowała się Ewa, dając już sobie spokój z włosami.

– No, kto wie, na co one będą miały po takim spotkaniu ochotę – zaśmiał się Marek i łyknął ostro piwa.

– No, ale nie… Tak poważnie!

– Poważnie to się krowa na wrotkach…

– O, patrzcie, znowu – Klaudia spojrzała w głąb korytarza i chwyciła się za głowę – uważajcie na włosy!

Igor odrzucił pustą butelkę, brzęknęło tłuczone szkło.

– Lecą na żer – puścił oko do Ewy – Ale faktycznie, po takich dziewczynach, nie wiadomo na co będą miały dzisiaj ochotę.

Pan Tadeusz wracał z peryferyjnej dzielnicy miasta, gdzie odwiózł trzy „dziewczynki”. Uspokajała go ta szeroka, pełna pędzących w te i we wte samochodów wstęga głównej ulicy. Z lubością zaglądał im w reflektory, omiatał wzrokiem, neony. Oto biuro podróży, skrzyżowanie przy sklepie nocnym i dom towarowy…

Z fantazją zajechał do zatoki postoju przy swojej restauracji. Na chodniku stał spory tłumek. Z zaciekawieniem wyjrzał z wozu.

– Powtarzam państwu, że nie ma powodów do niepokoju – grzmiał podpity rudzielec. – W mieście nie ma zarazy – zachwiał się szeroko gestykulując – nie ma! – stoczył się na blondynkę w srebrzystej sukni. Kobieta zauważyła taksówkę.

– Panie kierowco, panie kierowco…

– Co jest?

– Panie kierowco, pan pomoże mi z mężem… – bezradnie potrząsnęła opartym o nią rudym.

Pan Tadeusz kiwnął głową.

– Czemu by nie – otworzył od środka tylne drzwi. Wyszedł z wozu, obszedł go i wpakował klienta do środka. Kobieta usadowiła się obok ciała męża.

– Dokąd zawieźć? – rzucił taksówkarz, wróciwszy za kierownicę. Ruszył nie czekając, chwilę przyglądając się jeszcze we wstecznym lusterku falującemu tłumowi na postoju – Co tam się stało?

– Ach nic… Goździkowa siedem, to jest to zamknięte osiedle, gdzie się wjeżdża na hasło, wie pan..

– Tak, tak.

– No… A tam, to jakieś nietoperze, czy co tam, wleciały przez szatnie na salę i zdechły. Formalnie, padły na parkiet !

– Ha, ha, gacki?! – z niedowierzaniem roześmiał się Tadeusz.

– Nie wierzy pan? – kobieta wydała się urażona, ale momentalnie zmieniła ton – Ach, niech pan stanie, szybko !

– Co znowu? – dla fasonu zirytował się kierowca, zatrzymując wóz.

– Rzyga, rzyga, niech pan pomoże – kobieta wypychała wymiotującego rudzielca z samochodu.

– Ano dobra, ale to mnie nie obchodzi – pan Tadeusz splótł dłonie na piersi i odwrócił się do ulicy.

Jezdnią przejeżdżała inna taryfa. Poznał kumpla i machnął ręką, by się zatrzymał. Pisnęły opony.

– Ty słyszałeś…? – Tadeusz rzucił na powitanie, ale tamten nie dał mu skończyć:

– Nietoperze rzuciły się na gości w naszej knajpie! Ale były wściekłe i od razu padły. Nie wiem jeszcze czy są jakieś ofiary tego…

Tadeusz spojrzał przez ramię na meczącego się rudego.

– Szybciej, szybciej!

– Aaa…

– Co tam jest do cholery?!

Biegnący mężczyzni wyjęli z zawiasów tarasujące przejście lewe skrzydło bramki. Ciche parkowe alejki wypełnił momentalnie gwar.

– Z dzieckiem to do przodu…

– I dokąd teraz ?

– Dawaj pani te dzieci! Do góry…

Mężczyźni poczęli myszkować pomiędzy drzewami. Z alejek pozbiegały też dzieci i łamały teraz gałęzie, wieszały się konarów, kilka zaczęło się wdrapywać się na posąg fontanny.

– Dzieci proszę podawać na figury – ktoś komenderował – Tam ich szczury na pewno nie dosięgną. – Z dziesięć kobiet naraz poczęło wpychać na posąg swoje potomstwo. Dzieci spychały się nawzajem i wrzeszczały.

– Dorośli niech wezmą ławki i ustawiają mur wokół posągów – znowu dał się słyszeć ponad wszystkim ten sam głos.

– No złaź pan, no już! – gość w robociarskiej kufajce groźnie zaczął napierać na pochrapującego na ławce łazęgę. Staruch coś wymamrotał.

– Ustąp mu człowieku – łagodnie potrząsnął starego za ramię stojący obok łysy w przeciwdeszczowej pelerynie.

– Co mi pan będziesz… – zeźlił się staruch. Gramolił się już jednak z ławki.

– Czy mógłby mi pan objaśnić co się tu organizuje ? – spokojnie spytał robociarza łysy, biorąc starego pod ramiona.

– Wariat pan czy co! – ofuknął go zagadnięty zarzucając sobie na barki ławkę. Odwrócił się, popukał w czoło i odszedł.

– Przepraszam – skłonił się smutno w ciemność łysy.

– Niedojechane ich nasienie – zaklął staruch. – Panie profesorze – zwrócił się do łysego – masz pan jeszcze co do żarcia?

Basen fontanny zagracały już blisko z dwa tuziny ławek. Ludzie rzucali je bez ładu i składu na stos. Kobiety łamały gałęzie i podawały je na górę.

Wtem w ciemności rozległ się histeryczny krzyk:

– Aaaa ! szczur, szczur…!

Tłum zafalował. Chwilę stał sparaliżowany przerażeniem i nagle cała wielka zgraja jęła się wdrapywać na dopiero co usypane rumowisko.

– Ruszaj dupę, stara krowo!

– Boisz się, że ci się jaja obiją?

– Jezu, lecę…

– Gdzie depczesz sukinsynu?!!

– Zabieraj stąd kurwa te bachory…

– O Boże! – poczęły się mieszać okrzyki wspinających. Siedzące na samej górze dzieci poczęły się bawić, plując na głowy wrzeszczących poniżej ludzi.

– Szczur, szczur…! – na dole powracała tymczasem fala przerażenia. Niektórzy widząc, że się nie dostaną na zbawienne wzniesienie, zaczęli uciekać w głąb parku. Rozbijali przy tym latarnie, aby w zupełnej ciemności poczuć się pewniej.

Na szczycie zaczęto powoli opanowywać sytuację. Ktoś zajął się dziećmi, upychając je do środka kręgu dorosłych, inni uspakajali kobiety. Na krawędziach stromizny ustawiono warty z kijami w rękach. W końcu dał się słyszeć czyjś patetyczny tenor:

– Uspokójcie się już, bracia. Tylko pomagając sobie nawzajem, możemy przetrzymać to nieszczęście. To jest dla nas czas próby…!

Zanosiło się na dłuższą przemowę. Łysy wygodniej oparł się o latarnię. Rozejrzał się za starym, ale nie zauważył go nigdzie.

– Pan nas doświadczył – perorował dalej „kaznodzieja” – ale i zaświecił nam kaganek szansy. Nietoperze, które zjadły wściekłe szczury i napadły na grzeszników i nieskromnych zgromadzonych w tym nocnym przybytku szatana, ostrzegły nas, wybranych przez Pana…

Ktoś syknął w krzakach. Łysy obejrzał się, zrobił dwa kroki w tamtą stronę. Po chwili parsknął tłumionych śmiechem.

– Czekaj, zara ich ustawię – syczał stary, trzymając coś w rękach.

– My nie daliśmy zaskoczyć się zarazie, którą przywlókł do naszego miasta podstępny szczur…!

– Macie na myśli to zwierzę? – głos starego zabrzmiał w nastałej ciszy jak dzwon alarmowy. W ręku trzymał szamoczącego się nietoperza. Gacek miał uszkodzone, chyba jakimś kijem, błony lotne. Gdy stary położył go na ziemi, zaczął pełzać wokół jego stóp.

Ewa klęczała w rogu pieczary. Zbierała zwierzęta z klepiska i podawała Klaudii. Ta oglądała je w świetle trzymanej przez Marka latarki i odkładała bądź to na lewo, bądź to na prawo.

– Cholera by to wzięła – przeżywał śmierć nietoperzy Igor. Sięgnął po kolejną butelkę – Ale co im się mogło stać?

– Zostaw już to piwo. Musi być jeszcze dla nas – zauważył trzeźwo Marek.

– No, ale ty jesteś w ogóle bez serca! – wzburzyła się Ewa – Igor przeżywa…

– Ale nie musi wypijać mi piwa.

Klaudia podrapała się w czoło.

– Wiecie co zrobimy? – zawyrokowała – Mam świetny numer. Zadzwońmy do starego Marka, on jest szychą, i powiemy mu… Ha, ha, słuchajcie…

Blondyna była tak zmęczona, że nie zdjęła nawet srebrzystej sukni. Stanęła rozdygotana w drzwiach pokoju. Zrobiła trzy kroki i osunęła się na obity pluszem fotel. Od strony łazienki dobiegły chrapliwe odgłosy rzygania rudego. Kobieta porwała się na równe nogi, ze złością zatrzasnęła drzwi. Sięgnęła po słuchawkę telefonu.

– Halo, Nata? Przepraszam, że tak późno, ale wiesz, ten mój dyrektorek tak mnie kurewsko wnerwił… No wiesz? Jak świnia! Wyobraź sobie… A jak mnie szofer potraktował?! Co ja przeżyłam, za co mnie to spotyka… Ale mam numer taryfy, nie popuszczę mu, odpokutuje.. Co? Ależ ja… Wracam stamtąd, ale… W radiu? Czekaj, włączę…

Blondyna podniosła się z fotela, podeszła do segmentu. Opierając się jedną ręką o stolik, drugą namacała klawiaturę miniwieży. Wreszcie trafiła na właściwy przycisk.

…trwają czynności policyjne, mające potwierdzić, że przyczyną zdarzenia były prowokacje podburzonych przez…”

Otworzyły się głośno drzwi od łazienki

…elementów chuligańskich… Jak dowiadujemy się u dyżurnego lekarza, karetki reanimacyjne zostały skierowane już w rejon śródmieścia i Parku Kolei Szprotawskiej. Zaraz po ich powrocie będziemy mogli potwierdzić, że pogłoski o ofiarach były kłamliwe i była to nieudana próba wywołania paniki…”

Blondyna powróciła na fotel. Po drodze przytuliła się do stojącego w drzwiach rudego i wyciągnęła z barku puszkę ginu z tonikiem. Ujęła na powrót słuchawkę, zrobiła otwór w puszce i włożyła weń słomkę

– Mam Nata – wysepleniła ze słomką między zębami do słuchawki – O, teraz mówią, aby się uspokoić i nie wychodzić z domów i aby z wiarą w działania służb porządkowych samemu się pozamykać!… Ty słuchaj, co to za Komitet? Przecież słyszę, że do spraw równowagi ekologicznej, twój stary został powołany? Tak? Cholera, czekaj, mego muszę też tam napuścić…!

Dniało. Marek ostrożnie, tak by nie obudzić starych, włożył klucz do zamka. Przekręcił. Trzymając w ręku pusty plecak przekroczył próg mieszkania. Zdjął buty i kangurkę. Ujął plecak, wrzucił do swojego pokoju, a sam wyszedł do kuchni, zaparzyć sobie herbaty. Naraz stanął twarz w twarz z ojcem…

Stary był czymś wzburzony. Przytrzymując opadające spodnie od piżamy pił kawę. Marek dojrzał w kuchni również matkę.

– Przepraszam, że tak wcześnie – zaczął ostrożnie – ale skończyliśmy szybciej a do akademika głupie ciecie nie wpuszczają.

– Coś ty narobił… – odpowiedział mu spazmatyczny szloch matki.

Chłopak ze zdziwieniem spojrzał na rodziców.

– No, udał ci się kawał, nie ma co! – wycedził ojciec. – Zrobiłeś ze mnie durnia jak nikt! Trzeba było tam już zostać z tymi palantami na uczelni – wściekał się – i dalej odwalać kawały! Co, znudziło ci się już…?!

Marek postanowił poczekać póki nie dowie się szczegółów. Spuścił niewinnie oczy i sięgnął po czajnik z wodą.

Zgodnie z jego oczekiwaniami ojciec zaczął puszczać parę:

– Ja jak głupi dzwonię do pułkownika Warszawskiego i awanturuję się, bo synalek mi powiedział, że wojsko wystrzelało niewinne nietoperze w rezerwacie, a on mnie pyta, czy mam ochotę dokończyć tę noc u niego w areszcie?! Na taką bezczelność sobie pozwolił! I to przez kogo – przez twojego kochanego synalka – ostatnia uwaga została skierowana wyraźnie do milczącej w kącie matki.

– Trzeba go było od razu opieprzyć – Marek postanowił udawać na razie niewinne i skrzywdzone niesprawiedliwie a do końca lojalne dziecko swych rodziców.

– Ty słyszysz! – zaperzył się stary wciąż zwracając się do kobiety. – Ty głupku! – to było znów do syna – Nie wiesz, że to były tajne ćwiczenia sił bezpieczeństwa? Specjalnie wytresowane nietoperze wysłano do miasta i sterując je jakimiś tam infradźwiękami, poszczuto je na ludzi. Ktoś wpadł na genialny pomysł, że mogłaby to być wspaniała broń przeciwko strajkującym, demonstrującym czy w ogóle przeciw tej hołocie. No i gacki nie dały się, a do tego w mieście wybuchły rozruchy. Warszawski chodzi wściekły, komendant wściekły a ja, stary dureń, dzwonię do nich, że wojsko naruszyło rezerwat nietoperzy… Trzeba być skończonym idiotą, by w takiej sytuacji wyskoczyć z czymś takim do Warszawskiego! No i jestem skończony…

– Co ty, tato?! Za co…

– Sytuacja zrobiła się poważna. W Parku Kolei Szprotawskiej użyto przeciw demonstrantom jednostki antyterrorystycznej. A ci się nie pieprzyli – są zabici. W tym kobiety i dzieci. Prowodyrzy mają być jutro rozstrzelani. Jakaś stara łazęga i były profesor uniwersytetu na żółtych papierach… Nieźle to wymyślili…

– A co tu się właściwie w mieście stało? Przecież tam w rezerwacie prawie wszystkie nietoperze były martwe.

– Eksperyment się nie udał, mimo to w kilku punktach miasta pojawiły się nietoperze tam gdzie nie powinny i na oczach ludzi padły. To wystarczyło, wróg czuwa!… Szukają jeszcze szefa transportu terrorystów, rano powinni go złapać. Nowy dyrektor departamentu, ten taki rudy, widziałaś go u pułkownika – rzucił do żony – namierzył go jakoś… Jutro dostanie w czapę… Tak synu, jestem skończony. To była najgorsza noc mego życia !

Pan Tadeusz skończył ostatni kurs. Zgasił silnik. Zmęczony oparł głowę o kierownicę. Pół leżąc namacał prawą ręką wyłącznik radia i przekręcił go. W samochodzie zaległa cisza.

Z restauracji wyskoczyło biegiem dwóch mężczyzn w zgniłozielonych, jesiennych płaszczach. Twarze zakrywały im wielkie ciemne okulary, dłonie trzymali kieszeniach.

Z jakiegoś mieszkania doleciał sygnał porannej audycji radiowej. „Jest szósta…” – oznajmił spiker.

– Obywatel Tadeusz? – rzucił otwierając drzwi taksówki jeden z dwójki, która wybiegła z restauracji.

– Tak… Ale już nigdzie nie pojadę – taksówkarz powoli podnosił głowę. Wtem zesztywniał. Drugi z mężczyzn siedział już obok niego na przednim siedzeniu celując mu w głowę z pistoletu. Tymczasem pierwszy wyciągnął legitymację, machnął nią Tadeuszowi przed nosem i gramoląc się na tylne siedzenie oznajmił.

– Siły bezpieczeństwa… Jedziemy!

Superpełnia

Szanowny Adminie

Sprawa ma się następująco: kilka tygodni temu, w połowie listopada wyszedłem, jak wielu innych ludzi, oglądać superpełnię księżyca. Trochę mnie zawiodła, ale nie w tym rzecz. Stałem i gapiłem się w niebo, aż tu nagle, jak to mówią, błysło, świsło i coś, chyba meteoryt, spadło na ziemię bardzo blisko ode mnie, jakieś dwieście, trzysta metrów. Dymiło i ogieniek palił suchą trawę wokół, więc bez problemu znalazłem to miejsce, tym bardziej, że przecież superpełnia świeciła, więc nie było ciemno. W zagłębieniu leżał kamień. Gdy wziąłem go do ręki, parząc się dotkliwie, bo jeszcze nie ostygł, zobaczyłem, że wyryte są na nim jakieś znaki, słowa. Cały tekst. Przeczytałem, lecz nie bardzo zrozumiałem. To znaczy – zrozumiałem, ale nie ogarnąłem, a poza tym zrobiło mi się nieswojo. Pytałem różnych ludzi co z tym zrobić, nikt nie wiedział. Szukałem, szukałem, aż trafiłem na tego bloga. Chyba dobrze trafiłem, bo to tekst odrzucony (a nawet rzucony) i nikt go nie chciał. Może wy będziecie wiedzieli, co z nim zrobić? Kamyk przesyłam w załączeniu.

                                                                               Z wyrazami szacunku, Adam Nemo

Jestem na tyle blisko, że istnieje szansa, iż jak mocno rzucę, to doleci. Więc ryję co prędzej swoje przesłanie pazurem w kawałku bazaltu i za chwilę zamachnę się tym odłamkiem. Następna taka okazja będzie za osiemnaście lat. Jeśli ktoś znajdzie mój kamyk i na coś mu się on przyda, to dobrze. Jeśli zaś nie – drugie dobrze.

Zresztą „dobro” to puste słowo, na dobro już od wielu lat nie daję się nabrać. Ale z dawnych czasów pozostała mi jeszcze wiara w piękno. Siadam więc na brzegu mojego krateru – a jakże, gdzieś na Morzu Spokoju – opieram głowę o dłoń zaciśniętą w pięść, drugą dłoń opuszczam na kolano i pozuję na Myśliciela. Co przy moich chudych i suchych kończynach oraz torsie tudzież gębie porośniętych twardą szczeciną przynosi efekt raczej komiczny niż artystyczny, ale nic nie szkodzi: nikt tego nie widzi, tylko ja w imaginacji przywołuję statuę Rodina. I to mi wystarcza.

Siedzę i patrzę na Ziemię. Dziś jest wyjątkowo blisko, więc i wszystko świetnie widać: widać, że nic się nie zmieniło. Patrzę i czuję… chciałbym powiedzieć, że pogardę, ale to nieprawda. Pogarda mi już przeszła. Zostało chyba tylko politowanie. Spokojne, aż wieje od niego chłodem. Zaś pogarda jest gorąca. A tutaj bywa naprawdę zimno i nawet pogarda płomienna, taka, jaką kiedyś czułem, nie wystarczyłaby, aby ogrzać krew do tego stopnia, bym przetrwał w mrozach galaktycznej próżni. Więc krew mi już dawno wystygła. Właściwie to już jej nie ma. Zastąpiło ją coś, nie wiem dokładnie, co: płynny azot? Hel? Argon? Nie sprawdzałem, bo już od dawna nie potrzebuję szarpać sobie ani rozcinać żył. Nie wiem, co tam bulgocze w przeraźliwym zimnie, ale czy to istotne? Niech sobie bulgocze na zdrowie!

No i siedzę. I patrzę z politowaniem. Lituję się, trzeba to uczciwie wyznać, także nad własną głupotą. Po co było tyle lat się szarpać, żyły pruć, goryczą nasiąkać, zawał pielęgnować, kamyki żółciowe hodować? No po co, zapytuję!? Należało odejść natychmiast, gdy się zrozumiało, że człowiek człowiekowi – człowiekiem. Wilków nie obrażać, wśród wilków zamieszkać, z wilkami wyć do księżyca.

Co powstrzymywało przed dumnym porzuceniem drapieżnej, ludzkiej watahy? Siła inercji? Z pewnością. Strach przed nieznanym? Niewątpliwie. Zasiane w duszy zatrute ziarno nadziei? Niestety – tak. A może też szacunek dla piękna? Gdyż, jakimś cudem, ludzie tworzą piękno: namiastkę nieosiągalnego dla nich i niewykonalnego dobra. I to piękno na jakiś czas wystarczało: zamiast wyć po lasach, słuchałem namiętnie Sonaty księżycowej. Bo czym ostatecznie różni się ona od wilczego skowytu? Tylko rafinadą formy – treść i tęsknota są dokładnie te same.

Cóż, takie półśrodki starczały, ale do czasu. Przyszedł dzień – a jakże, wiekopomny – gdy nawet przyjaciel, w kilka dni zaledwie, zmienił się w szmatę, a otaczające mnie sobkostwo, przeniewierstwa i bezmyślność – a jakże, zadowolona z siebie, że hej! – takim głazem przywaliły pierś, że wyrwać się z niej mogło już tylko przeraźliwe charczenie.

Jak długo wyłem, tego nie pamiętam, ale gdym skończył, stwierdziłem, że jestem, gdzie jestem. I dobrze, bo dobrze mi tutaj. Powoli stygłem, schłem i porosłem rzadką sierścią. Źrenice z okrągłych zmieniły kształt na soczewkowate, kły urosły – normalna rzecz, nie szkodzi. Nie obchodzi mnie przecież nic, a własny wygląd to już najmniej.

Siedzę, błękitnej kuli na niebie litościwe ślę spojrzenie. A kąsajcie wy się sami! Zagryźcie się, jeśli taka wasza wola. Ja mam spokój.

I tylko czasem uporczywie przypomina mi się coś pięknego. Raz na jakiś czas na przykład, co ze względu na okoliczności dziwić nie powinno, w zimnej i mrocznej próżni lub w bladej poświacie nucę sobie Moon River. Nawet znalazłby się tutaj kandydat na „Huckelberry frienda”, ale niestety, pożytku z niego nie ma żadnego. Zaszedł daleko, mógł wiele, znał niedostępne sekrety. Spadł z wysoka, potłukł się dotkliwie, przeto męczy się i miota, ze swym stanem niepogodzony. I będzie się tak męczyć całą wieczność. Zwą go Twardowski – żaden materiał na przyjaciela.

Ja nie spadałem, to i się nie miotam. Mam spokój. Może i mroźny, ale za to głęboki. I, pełen tego spokoju, siedzę sobie i patrzę. Za osiemnaście lat też tak będę siedział. Tylko, że wtedy błękitna kula może już być całkiem zabarwiona czerwoną posoką. I rzucać kolejnego listu nie będzie dla kogo. Ale to już nie mój problem.

Lycanthropus

 

Akcja „Złoty wagon”

Mieczysław Bonisławski

WERSJA OGŁOSZONA OFICJALNIE

Wagon gospodarczy numer Z-20.
Pod takich hasłem figurował wagon przewieziony do Zielonej Góry w ewidencji PKP S.A. Oddział Gospodarowania Nieruchomościami we Wrocławiu wiosną 2015 r. Przedtem miał numer 41 i był „domkiem campingowym”.
Według Pawła Mierosławskiego, Andrzeja Paszke i Ryszarda Wiśniewskiego, członków komisji Polskiego Stowarzyszenia Miłośników Kolei, dokonujących oględzin wagonów w Ośrodku Wczasów Wagonowych PKP w Szczawnie Zdroju w dniu 12 czerwca 1992 r., wagony pełniły rolę „domków campingowych”.
Jak czytamy dalej w protokole, wagony nie miały już wtedy tabliczek firmowych i inwentarzowych, co uniemożliwiało ustalenie ich pochodzenia lub wytwórcy. „Według twierdzenia pracowników ośrodka” – czytamy dalej – „tabliczki zdjęto i zabrano jakoby na polecenie Muzeum Kolejnictwa na początku lat osiemdziesiątych”.
Jesienią 2015 roku dotarliśmy do jednego z członków komisji.
– Czytałem, że w 1992 podczas sporządzania opracowania, rozmawialiście z pracownikami, którzy wspomnieli, że pewne elementy wagonów zabrało Muzeum Kolejnictwa – zwróciłem się do Pawła Mierosławskiego.
– Nie rozmawialiśmy z żadnymi pracownikami – odpowiedział po ponad 23 latach od powstania wpisu w protokole członek komisji PSMK – O sprawie dowiedzieliśmy się w Muzeum. W gablotce wisiała kartka z informacją, że eksponowane tabliczki pochodzą m.in. ze Szczawna i Jedliny.
– Może Pan przybliżyć mi okres kiedy wisiała ta kartka w gablocie w Muzeum Kolejnictwa w Warszawie i przy okazji jakiej wystawy była ta gablota?
– Jakieś 15-20 lat temu widziałem wystawę tabliczek w Sochaczewie [filia Muzeum Kolejowego w Warszawie].
A oto jak opisano w protokole „domek nr 41”
Wagon towarowy, dwuosiowy, kryty, konstrukcji stalowej z oszalowaniem drewnianym. Konstrukcja francuska – wagon budowany na zamówienie w Kanadzie w okresie I wojny światowej.
Zestawy kołowe: szprychowy składany i oryginalny talerzowy. Maźnice typu „Nord”. Układ cięgłowo-zderzny kompletny. Stalowa konstrukcja pudła zachowana w stanie dobrym poza zastrzałami (jeden przecięty – brak płaskownika, drugi uzupełniony). Oszalowanie łatane. Wagon oryginalnie nie miał zasuw ładunkowych. W oszalowaniu ściany bocznej wycięte okno – przecięty zastrzał. Brak drzwi suwanych.
Producent: National Stell Car & Co Canada
Numer fabryczny: 207
Rok produkcji: 1915
Pochodzenie: kolej Nord
Seria i numer: nieznane
Podobny opis znajdujemy w załączniku do decyzji z dnia 22 marca 1993 roku Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków w Wałbrzychu, Andrzeja Kubika w sprawie wpisania dobra kultury do rejestru zabytków. Wagon Z-20 [domek nr 41] został doń wpisany decyzją nr 766/487/1-29. Obecnie, dzięki pomocy i zrozumieniu tematu przez wojewódzkiego lubuskiego konserwatora zabytków, Barbarę Belinis-Kopeć, wagon czeka na wpis do rejestru zabytków województwa lubuskiego, co pozwoli pozyskiwać na miejscu dodatkowe środki na jego renowację. Znając nieszablonowe, bardzo otwarte podejście pani Barbary, jak ją wszyscy nazywają, do ochrony zabytków (vide pierwsze w Polsce spotkanie archeologów z eksploratorami) perełka techniki zalśni blaskiem już niebawem.
W dniu 26 czerwca 2015 w wyniku przetargu ogłoszonego przez Centralę PKP S.A. w Warszawie, wagon kupiło Polskie Towarzystwo Krajoznawcze dla Muzeum Kolei Szprotawskiej w Zielonej Górze. Niewątpliwie udało się go odkupić do Muzeum, dzięki bardzo ważnej decyzji PKP o dopuszczeniu do przetargu tylko oferentów mogących wykazać się działaniami na rzecz ochrony zabytków. Zablokowało to jego zakup przez przedsiębiorców wykupujących do tej pory większość starego taboru w celu odsprzedaży z zyskiem na złom. W dniu 17 września 2015 r. wagon został przejęty przez Sławomira Fedorowicza i Mirosława Kłosińskiego i przewieziony do bazy ZGKiM przy ul. Zjednoczenia. Tu czeka na renowację i decyzję Marszałka i Konserwatora o wsparciu tej renowacji. Przewóz wagonu był połączony z przemieszczeniem innego, zabytkowego wagonu osobowego z Wałbrzycha do Jaworzyny (w ramach wzajemnej pomocy technicznej Muzeum zielonogórskiego i tego z Jaworzyny). Jego transport ulicami Wałbrzycha wywołał prawdziwą sensację i zainteresowanie mediów.
A co się działo z wagonem wcześniej? W Pikardii i Nord-Pas-de-Calais na francuskim „kleinbahnie” długo nie pojeździł. Z Francji został zabrany, zapewne jeszcze w trakcie wojny, jako łup przez Niemców, a potem, chyba w ramach reparacji wojennych (po kolejnej wojnie) – przekazano go do Polski. Paweł Mierosławski uważa, iż już w 1949 roku spoczął jako domek na wczasach wagonowych. W październiku 2015 r. w miesięczniku „Odkrywca”, na fali zainteresowania „złotym pociągiem”, znany eksplorator, autor i znawca regionu Dolnego Śląska, Tomasz Rzeczycki, opisał węzeł wałbrzyski, sporo miejsca poświęcając wczasowym wagonowym w Szczawnie. Według jego badań pierwszy turnus wczasów wagonowych ruszył tutaj jednak dopiero 1 czerwca 1956 roku a ostatni – w 1990 roku. Jak twierdzi Łukasz Romaniecki ze Stowarzyszenia Miłośników Kolei w Jaworzynie Śląskiej pod koniec lat 90 wagon przeciągnięto do stacji Wałbrzych-Szczawienko, a następnie do Jaworzyny Śląskiej. Tu, po 25 latach na kolejowym cmentarzu, doczekał swoistej reinkarnacji w 2015 roku.

Tyle wersja głoszona oficjalnie. A jak było naprawdę? Przypatrzmy się temu, co pomimo licznych i bardzo zaawansowanych operacyjnie prób ukrycia prawdy, udało się ustalić.

WERSJA PRAWDZIWA (SKRYWANA)

Była późna wiosna 2015 r.
Wyobraźmy sobie postmodernistyczny, prosty gmach zbudowany jakby z nałożonych na siebie klocków, bez okien i detali architektonicznych, stojący z boku osiedla kolorowych bloków mieszkalnych. Na dachu jeżą się pajęczyny anten telefonii, telewizji i wielu innych o nieodgadnionym przeznaczeniu. W niewielkiej, niewidocznej dla nie wprawionego oka przybudówce, przytulonej doń od strony parkingu i małego, zadrzewionego skwerku, w pomieszczeniu na I piętrze zadzwonił telefon. Jeden z kilku znajdujących się na zawalonym papierami biurku.
Mieczysław B. spojrzał na blat i oceniwszy na której linii będzie rozmowa niespiesznie, ale starannie zamknął drzwi. Przekręcił klucz w zamku i dopiero wtedy podniósł słuchawkę.
– Tak, słucham?
– Czy dodzwoniłem się do… Czy rozmawiam z panem B.?
– Tak, w czym mogę pomóc?
– Tu Mirosław K., przed laty współpracował pan z Urszulą M. w ZDZ. Ja też tam pracowałem i pamiętam pana… Nie wiem czy pan mnie kojarzy, ale to nieważne. Mieszkałem kiedyś przy Jaskółczej, za chłopaka czepiałem się wagonów, myszkowałem między torami, po garażach. To mnie fascynuje… Dobra robota… Chciałbym umówić się na spotkanie, musimy się koniecznie spotkać.
– W jakiejś konkretnej sprawie?
– Tak, opowiem jak się zobaczymy. Przekażę panu propozycję. To pana zainteresuje.
W ten sposób, pod koniec maja, doszło do spotkania, którego jeszcze miesiąc czy dwa wstecz nikt nie mógł się spodziewać. W drzwiach biura, opatrzonego napisami „Zarząd” i „Prezes”, stanął wysoki, szczupły mężczyzna o nieco ciemniejszej karnacji. Jego policzki pokrywał lekki, dwudniowy zarost, kruczoczarne włosy opadały na uszy i kark. Uroda przybyłego była taka, że gdyby nałożyć mu arafatkę lub biały turban, sprawiał by wrażenie rdzennego mieszkańca pustyni.
B. nie kojarzył go zupełnie. Nie speszyło to nieznajomego. K. odsunął sobie krzesło, usiadł, wyciągnął przed siebie brązowy, skórzany neseser ze złotymi okuciami i zamkami. Wiemy, że wzajemne poznawanie się obu panów nie trwało długo. Z uwagi na gorące, parne powietrze wokół obyło się nawet bez kawy i herbaty. B. wpisał prawdopodobnie od razu przekazany mu przez K. adres do wyszukiwarki google i z umiarkowanym zainteresowaniem oglądał zamieszczone w ogłoszeniu zdjęcia. Czy już wtedy rozmawiali o środkach niezbędnych do przeprowadzenia akcji, nie wiadomo. Czy B. dokonał wyboru jednej z czterech opcji, na które zwrócił mu uwagę K., czy nastąpiło to dopiero na kolejnym spotkaniu? O tym mieliśmy przekonać się dopiero za jakiś czas…

Czerwiec 2015. Wrocław. Siedziba dyrekcji kolejowej.
Zgodnie z przyjętym przeszło pół roku wcześniej harmonogramem, zatwierdzonym na wszystkich szczeblach, łącznie z centralą w Warszawie, ów dzień miał o wszystkim zadecydować. Potężny gmach z monumentalną kolumnadą wznoszącą się nad miastem stał się miejscem, gdzie kilkoro dopuszczonych do przeprowadzenia operacji ludzi, miało znacząco zmienić losy dziesiątków, a może nawet setek, jakże nie podobnych do nich, zupełnie inaczej myślących osób w całym kraju. Czy można było ich nazwać wybrańcami? Raczej nie, prędzej bezwolnymi wykonawcami woli powstałej daleko stąd i wymagającej od nich posłuszeństwa i ścisłego wykonywania instrukcji a nie zrozumienia lub osobistych emocji. Ich rozmowy zostały zapisane, ale stenogramy są opatrzone klauzulą poufności, a i oni sami woleliby, aby słów, jakie padły, nikt nie przypisywał do tych konkretnych ust, z których tego dnia wychodziły. Dlatego będziemy nazywać rozmówców Urzędnikami i ponumerujmy ich, począwszy od jedynki, a poszczególne zdania przytoczymy, oddając wiernie ich treść, ale na tyle zmienione, aby nikt nie zarzucił nam, iż wynosimy na zewnątrz świętą tajemnicę stenogramów.
– Przystępujemy do kolejnej sprawy – obwieściła Urzędniczka 1 i spojrzała po twarzach osób stojących wokół rozłożystego stołu. Na jego blacie leżały posegregowane na kupki zdjęcia, opisy, mapy i zaklejone koperty.
– Numer obecnej sprawy? – spytała Urzędniczka 2.
– Zet dwadzieścia – oznajmiła Jedynka po sprawdzeniu w segregatorze.
Wszyscy zaczęli przeglądać notatki. Urzędnik 3, który pierwszy się z tym uporał, spytał z samego końca stołu:
– Dodatkowe zabezpieczenia przedstawili wszyscy?
Jedynka poszperała w kopercie, którą przed chwilą otworzyła i potwierdziła, dodając:
– Żadni wszyscy. Jest tylko grupa Mieczysława B. I to dzięki K., wiecie…
Urzędnik 4, stojący obok Jedynki, przykrył zdecydowanym ruchem dłoni dokumenty i zgromił ją:
– Bez szczegółów. Jakieś pytania? – zwrócił się do pozostałych. Powiódł władczym wzrokiem po twarzach zebranych – A zatem, decydujemy…? – zawiesił znacząco głos, ale Urzędniczka 5, stojąca z nim twarz w twarz, po drugiej stronie stołu, wyłamała się z ogólnie przyjętej dyscypliny.
– Wprowadzenie dodatkowego zabezpieczenia, o którym wszyscy wiemy, zapewnia nam to, o czym tyle mówiono, ale w tym przypadku…
– Są jakieś wątpliwości do tej jednostki? – zdziwił się Czwórka i z nietajonym zarzutem zwrócił się do Jedynki – Wszystko miało być sprawdzone, zajmował się tym K., czyż nie tak? Co to ma znaczyć…?
Jedynka tylko rozłożyła ręce, ale szybko spuściła wzrok i nerwowo zaczęła przebierać w dokumentach.
– Wszystko jest w porządku… Zarejestrowali się… Są pieniądze… Zabezpieczenie… K. był zawsze wiarygodny!
Czwórka zdążył już opanować irytację. Spokojnie i rzeczowo zwrócił się z czytelnym żądaniem do pozostałych:
– Zastrzeżenia. Proszę, słucham.
– Te sprawy należały dotąd do jednostki Łukasza R, to jego obszar… – dosyć pewnie zaczęła Piątka, ale z każdym słowem jej odwaga słabła. Zakończyła prawie płaczliwie – Jest tym nadal zainteresowany…
– To odstąpi – zwięźle, rozkazującym tonem skwitował Czwórka – Ktoś jeszcze?
– Oni są niebezpieczni… – zaczęła dwójka.
– W jakim sensie? – zainteresował się Trójka.
– Niezdyscyplinowani… Mają swoje zdanie i metody… Nie osiągną celów…
Czwórka głośno uderzył w kopertę, leżącą przez Jedynką. Przykrył ją dłonią i odsunął na bok.
– To nie są nasze sprawy. Zet dwadzieścia dla Mieczysława B. A K. ma dalej się tym zajmować i przypilnować całości, tak aby nie stało się nic nieprzewidzianego. Odpowiada za to.

W połowie sierpnia po Wałbrzychu i okolicy rozniosła się wieść o odnalezieniu „złotego pociągu”. Z każdym dniem rozprzestrzeniała się ona po całej Polsce i Europie niczym fala potężnego wybuchu. Doszła i do Zielonej Góry. Zanim jednak opowiemy o pewnym, tajemniczym spotkaniu o zmroku, prześledźmy, jak doszło do zainteresowania się całego świata niewyraźnym zapisem georadaru, skierowanego w podnóża wzniesienia przy zamku Książ. Sekwencja zdarzeń, jakie nastąpiły, jest bowiem niezwykle wymowna i – jak się okaże – miała zasadniczy wpływ na dalsze losy grupy sterowanej z ukrycia przez Mirosława K.
Najpierw dwóch mężczyzn zgłosiło się do władz lokalnego szczebla. Było to dwóch znanych w środowisku poszukiwaczy skarbów, osobników o nieprzekonującej reputacji. Już samo to zestawienie daje wiele do myślenia. Nie dość, że poszukiwacze skarbów w tej części Europy są traktowani przez wszystkich – oprócz archeologów i urzędników ochrony zabytków – z przymrużeniem oka, jako nieszkodliwi dziwacy, to tutaj pojawili się dwaj ich przedstawiciele o nikłej wiarygodności nawet w ich wąskim środowisku. Do tego zgłosili się do administracji lokalnej, która w takich sprawach nigdy nie kieruje się profesjonalizmem, za to szybko sprowadza każdy temat wprost do poziomu kabaretu. Nie inaczej było i tutaj.
Błyskawicznie lokalni dziennikarze i urzędnicy skierowali opinię publiczną na manowce rozważań, sugerując, iż odkrywcy tajemnicy zwrócili się do władz wyłącznie w celu otrzymania jak najwyższej nagrody. Z drugiej strony zaczęto dość prymitywnie i nachalnie lansować Wałbrzych na współczesne Dawson City. Gdy zamieszanie dotarło wyżej, z Wrocławia i Warszawy pojawiły się pierwsze, konkretne pytania. Dotyczyły tego… ile też trzeba będzie tej nagrody wyasygnować? Aby to rozstrzygnąć, ktoś wpadł na pomysł, aby w końcu zapytać obu panów, co też takiego oni odkryli? Zadano pytanie z typu, skoro Wałbrzych to Dawson, to który strumień odgrywa rolę Klondike – Pełcznica czy Szczawnik?
I tutaj rozsypał się worek pełen niespodzianek. Odkrywcy pokazali profil z georadaru, na którym widzieli zasypany w tunelu pociąg pancerny. Zaraz zabrali głos Niemcy, twierdząc, iż jest to pociąg, który wiózł zimą 1945 roku walory ewakuowanych mieszkańców Festung Breslau i to, co się w nim znajduje, należy natychmiast oddać ich spadkobiercom. Wywołało to reakcję Rosjan, którzy znaleźli dowody na to, że w pociągu jest „Bursztynowa komnata” i inne zabytki zrabowane z radzieckich muzeów. Nie trzeba było też długo czekać na głos z okolic prawdziwej Klondike – amerykański Żydzi stwierdzili autorytatywnie, iż w pociągu są zrabowane dobra łódzkich Żydów zamordowanych w polskim obozie w Auschwitz i w związku z tym Polacy mają natychmiast odkopać pociąg i zaplombowany oddać przedstawicielom WJC. Zalesione stoki Wilka zaroiły się od amatorów skarbów, co wywołało reakcję władz. SOK i wojsko weszło do lasu i teoretycznie przejęło teren pod kontrolę. Zamieszanie sięgnęło zenitu. We wrześniu środkiem wałbrzyskiego rynku można było przejechać starymi wagonami, a spod zamku Książ wywozić tirami cokolwiek by się na nie załadowało. Nikt by już na to nie zwrócił uwagi, cóż najciemniej jest pod latarnią… Czyżby o to właśnie chodziło inspiratorom tego cyrku?
Wiele na to wskazuje. W październiku zaczęto wyciszać sprawę. Amerykanie, Rosjanie i Niemcy sami się wycofali, znikając po angielsku, jakby przeczuwali, że sprawę zakończono i nic już tu nie mają do roboty. Opinię publiczną starano się przestraszyć, a gdy to nie wyszło – zohydzić jej osoby odkrywców i temat skarbów, a pociągu zwłaszcza. Najpierw postraszono, iż odkrywcy nie tylko nie dostaną znaleźnego, ale czeka ich sąd za nielegalne użycie georadaru. Gdy społeczeństwo stanęło w ich obronie, zaczęła się nagonka na wszystkich amatorów mających georadary i wykrywacze metali. W mediach nastąpił wysyp historii o tym, jak to amatorzy, którzy wyprzedzili archeologów, niszczą bezcenne zabytki. Konserwator – nomen omen – z Zielonej Góry urządził konferencję, na której miano godzić „nielegalnych” z archeologami. Przypadkowa zbieżność miejsca? Znana z kilku wpadek przy ratowaniu zabytków techniki lubuska konserwator, tak zaaranżowała dobór referatów, że większość wystąpień dotyczyła negatywnych doświadczeń z „nielegalnymi”. Media zostały zaproszone akurat na tę cześć konferencji, zaś wtedy gdy „nielegalni” referowali swoje sukcesy, loże prasowe świeciły pustkami.
Faktem jest, że w listopadzie nagle wszystko ucichło. Jeden z ostatnich oficjalnych komunikatów w tej sprawie definitywnie stwierdzał, iż georadary potwierdziły istnienie tunelu, ale… pustego, nie było w nim żadnego pociągu! Nie to jest jednak naszym głównym tematem. Powróćmy zatem do Zielonej Góry i do pewnego wrześniowego wieczoru.

Wrzesień tego roku był w Zielonej Górze ciepły, ale w dniu, na który Mieczysław B. wyznaczył spotkanie swojej grupy, od rana siąpił deszcz. Zmrok zapadł więc dużo szybciej niż należało się tego spodziewać. Miejsce było dobrane starannie i przemyślanie. Niewielki plac między kilkoma ulicami zbiegającymi się wokół, położonego kawałek dalej, ronda był zadrzewiony, podczas gdy pusta panorama wokoło, dawała pełen wgląd na całą najbliższą okolicę. Dodatkowo w samym jego środku znajdowało się wysokie metalowe ogrodzenie. Do wewnątrz tej klatki można było dostać się tylko przez zamykaną na klucz furtkę. Do furtki zaś prowadził tylko jeden, wyłożony polbrukiem chodnik. Naokoło była grząska, pełna psich odchodów, potłuczonych butelek i zapadających się kęp trawy łąka. Wielkie tablice reklamowe, stojące z boku i z przodu skutecznie zasłaniały obserwatorowi z zewnątrz widok na wnętrze ogrodzenia. Można też było przykucnąć, chowając się w ten sposób za semafor lub tarczę ostrzegawczą. Zresztą klatka z semaforem nie była oświetlona. Latarnie stały dalej, przy ulicach i ścieżce rowerowej, tak że stojący w klatce przy semaforze pozostawał cały czas w ciemności, widząc za to doskonale, gdy ktoś zbliżał się ku niemu, idąc od strony światła.
Śmietnik, ławka, chodnik małego peronu pełen pierwszych opadłych liści i świeżych śmieci, a wreszcie wspomniany zabytkowy semafor i tarcza ostrzegawcza, przed rokiem uratowane przed złomiarzami w Kłobuczynie, doskonale tłumaczyły cel tego wieczornego spotkania. Nikt nie mógł niczego podejrzewać, zwłaszcza że B. przyniósł worki na śmieci z nadrukiem ZGKiM i kilka grabi, które ostentacyjnie oparł o oparcie ławki. Trzeba było być ślepym, albo zupełnie niedomyślnym, aby nie rozumieć co tu robi ta grupka mężczyzn…
– Masz tę wiertarkę? – nieco zirytowany Mieczysław B. przywitał Sławomira F. pytaniem zadanym w mało sympatycznym tonie. Ten ostatni wiedział, że się spóźnił, ale rozejrzał się wokół i wiedział już też i to, że nawet spóźniony, był pierwszy. To mu dodało otuchy.
– Mam, a ty masz kabel?
– Nie, mówiłeś, że popracujesz z akumulatora.
– Tak mówiłem, i tak spróbujemy.
F. rozłożył się z całym majdanem na ławce. Przesunął worki na śmieci i rękawice, w ich miejsce położył wiertarkę, jakieś kable, wiertła i klucze. Zaczął montować rozłożone elementy. Od strony piaszczystej, ślepej uliczki podszedł chodnikiem Szymon S. A z drugiej strony jeszcze Wojciech W. B. podał im rękawice i nakazał opróżnić kosz na śmieci. Bez słowa zajęli się robotą.
– Na kogoś jeszcze czekamy? – F. stanął obok kosza z gotową do działania wiertarką.
– Tak. Powinni jeszcze być Bartek i Mirek. Bez nich nie zaczynamy.
– Jasne.
S. i W. opróżnili kosz. Chwilę się mocowali, aby wyjąć go z metalowej obudowy. Nieskutecznie.
– Czekajcie, spróbuję powiercić w środku… – F. włożył wiertarkę do środka i próbował jakoś dostać się do dna. – Nic nie widzę, poza tym, nie wiem gdzie mogę robić te dziury? Nie chcę przewiercić się przez ramę.
Za jego plecami nagle pojawił się Mirosław K. Mimo ciemności, rozświetlanych tylko oddalonymi latarniami ulicznymi, widać było tę charakterystyczną różnicę karnacji, rysów, inne włosy.
– Jak chcesz wiercić, musisz to wyjąć. – ochoczo zabrał się do pomocy – Poświecę ci latarką, a ty szukaj śrub. Kosz musi być nimi przykręcony do ramy, dlatego nie wychodzi.
Chwilę trwało, zanim kosz znalazł się na zewnątrz, obok ławki. K. zostawił resztę roboty F. a sam podszedł do B.
– Co robicie?
– Przy ławce stoi kosz na śmieci, ale tak go skonstruowali, że jak pada deszcz, woda ścieka na jego dno. Dalej nie ma jak, bo brak jakichkolwiek otworów, więc zalega a śmieci gniją. Taki smród się roznosi, że nie da się wysiedzieć na ławce, czy oglądać semafora. Zrobimy dziury w jego dnie, aby deszczówka ściekała na ziemię…
K. pokiwał z aprobatą głową. Nie wiadomo, czy dla pomysłu z koszem, czy z uznaniem dla takiego kamuflażu. Przywitał się z Bartłomiejem G., który właśnie nadszedł. I z pozostałymi.
W. z G. stanęli obok F. by przytrzymać odwrócony do góry dnem kosz, w którego dnie F. zaczął wiercić otwory. S. rozłożył na płytach peronu zielony worek i przy pomocy grabi i łopaty zaczął napełniać go śmieciami, poprzednio bez ładu i składu napchanym do kosza.
B. wziął worek w ręce i trzymał tak, aby S. mógł go wygodnie napełniać. Jednocześnie zaczął rozmowę, dla której tutaj wszyscy tak naprawdę przyszli.
– Mirek, tak jak było umówione, przyszły czwartek?
– O ile nic się nie zmieni… Ja mam ten termin zarezerwowany i drugi, za dwa tygodnie.
– Nie możemy tak działać, ludzie mają pracę, rodziny. Nie mogą tego rzucić tak z godziny na godzinę. Musimy być odpowiednio wcześniej przygotowani. Co jeszcze nie jest załatwione?
– Wozy mam. Oba. Jak będzie trzeba pojadę swoim. Muszę tylko jeszcze zdobyć te szyny, na których umocujemy wagon. Założenie ich na lorę to moment, jeden, dwa dni. Nie wiem też jeszcze co z łączeniem naczepy…?
B. odwrócił się od K. w stronę F.
– Kontaktowałeś się z Łukaszem? Wszystko jest umówione i dograne co do godziny?
– Zaraz – F. obrócił kosz pod światło latarki. Niewielki blask sączył się przez pięć otworków. – Dobre, co? Chyba tak może być?
– Czy dzwoniłeś do Łukasza do Jaworzyny i czy ustaliłeś dokładnie godzinę w Wałbrzychu i godzinę w Jaworzynie?
– Tak dzwoniłem. Oni będą gotowi już środę i sami przygotują w Jaworzynie tak jak trzeba.
– Wolałbym przy tym być…
– Nie wiem czy to się uda…?
B. wrócił wzrokiem do K.
– Jak z pieniędzmi?
– Na razie wykładam ze swoich. Przydało by się tak z….
– Nie było tego w preliminarzu. Spisuj wydatki, jak będą jakieś dodatkowe pieniądze, to rozliczymy.
Z kolei zwrócił się do W. i S.
– Wy jesteście gotowi? Rozumiem, że jedziecie, ty Szymon weźmiesz swój samochód? Bartek, u ciebie nic się nie zmieniło…?
– Jeżeli to jest w tym zaplanowanym terminie, to ja jadę, ale jeżeli za dwa tygodnie to będę tylko tutaj na miejscu.
– Ja dokładnie odpowiem w poniedziałek, muszę zobaczyć jak u mnie w robocie…
– Ja, tak jak mówiłem, nie dam rady.
K. pokiwał z dezaprobatą głową. B. zdążył jednak wyprzedzić jego wybuch.
– Sam Łukasz z Mirkiem i Sławkiem nie dadzą rady. Uzgadnialiśmy coś panowie, co się dzieje?!
– Dobra, Łukasz będzie miał swoich ludzi, na Wałbrzych i Jaworzynę starczy, aby tylko chłopaki byli w Zielonej Górze. – spróbował rozładować atmosferę F. Chciał też w końcu podzielić się pomysłem, z którym przyszedł na to spotkanie – Wymyśliłem, że zrobimy sobie takie jaja. Przygotuj kartki z napisami, że to jest wagon ze „złotego pociągu” i tak przejedziemy przez cały Wałbrzych… Wyobrażacie sobie reakcję ludzi na ulicach?!
B. spojrzał z przerażeniem na K. Powstrzymał go jednak nieznacznym ruchem ręki, gdy ten chciał zaoponować.
– Jak ja ci mam te kartki przygotować, nie da się tego zrobić ładnie i dobrze… Zresztą po co nam kłopoty? A jak jakiś policjant czy SOKista da się nabrać i na poważnie nas zatrzyma? Co wtedy zrobisz?
K. jednak nie dał rady zmilczeć, musiał się wtrącić.
– Wóz będzie zgłoszony, ale nie wiem tak do końca, czy możemy jechać za dnia? Ja wprawdzie przejechałem całą trasę, sprawdziłem ją, wóz ma stałą zgodę od wojewody na gabaryty, ale chyba potrzeba jeszcze pilota i osobnej zgody na przejazd dzienny. Pilotem ostatecznie będzie ktoś z nas, ale nie możemy czekać do nocy, musimy wracać w dzień. Wóz musi jechać zaraz dalej, specjalnie biorę dodatkowego kierowcę, aby nie było przerwy. Do niczego nie jest nam potrzebne dodatkowe ryzyko.
– Nie to nie – mimo pozornej zgody F. był zdegustowany taką odpowiedzią. Aż gotował się w środku. Tradycyjnie szybko musiał zmienić temat, aby nie wybuchnąć – Dawajcie, zmienię ustawienia ramion semafora. Bo to rzeczywiście śmiesznie wygląda…
B. odetchnął z ulgą.
– Mówiłem tym, co dzwonili, że to nieregulaminowe ustawienie ramion, to tylko do czasu remontu mechanizmów. Chyba zrozumieli, ale jak możesz teraz przestawić je prawidłowo, to próbuj. Nie wiem tylko czy on zadziała?

Mam przed sobą egzemplarz Gazety Wrocławskiej z 23 września 2015 roku. Dużymi literami redakcja obwieszcza czytelnikom hiobową wieść: „Zabytkowy wagon wywieziony z Wałbrzycha”. Dalej czytamy m.in. „Wiozą złoty pociąg? – dopytywali mieszkańcy Wałbrzycha, widząc zabytkowy wagon przewożony na lawecie ulicami miasta. (…) Przewożenie wagonu trwało dwa dni. – Najpierw wagon trzeba było przeciągnąć po ziemi, a następnie obrócić o dziewięćdziesiąt stopni by ostatecznie przepchać pod wiaduktem kolejowym linii Wałbrzych Główny – Kłodzko Główne. Ustawienie było prostym zadaniem w porównaniu z przeciągnięciem wagonu pod wiaduktem kolejowym. Wiadukt ma wysokość 3.50 metra zaś wagon 3.80 metra. Trzeba więc było wykonać podkop w nawierzchni drogowej – opowiada Łukasz R. ze Stowarzyszenia Miłośników Kolei w Jaworzynie Śląskiej. Dopiero po pokonaniu wiaduktu, wagon mógł trafić na lawetę. (…) Stowarzyszenie Miłośników Kolei w Jaworzynie Śląskiej dotarło do fabrycznych rysunków wagonu. Wnętrze wagonu jest oryginalnie zachowane… Chcemy podziękować miłośnikom kolei z Zielonej Góry za pomoc…”
Piękny opis pracy poszukiwaczy „złotego pociągu”, nie przekazujący nic istotnego czytelnikom. Zresztą jedyny opis. Ktoś się chyba wychylił, chociaż starał się nie otwierać drzwi do tajemnicy szerzej niż było wolno. Może zresztą w ogóle nie było wolno? Bo nikt, nic więcej, nigdzie. Tylko ten jedyny przeciek. Kto za tym może stać? Odpowiedzi oczywiście nie należy szukać w mediach, gdyż i tak jej tam nie znajdziemy. Tej udzieli nam tajna relacja z pewnego spotkania, jakie miało miejsce już wtedy, gdy oficjalnie zakończono poszukiwania „złotego pociągu”. Rzecz jasna nic nie znajdując, bo nic nie było. Oficjalnie.

Grudzień. Zielona Góra.
Wysoki pagórek, zadrzewiony tylko w szczytowej partii, który pozwala dokładnie obserwować, czy nie zbliża się ktoś niepowołany, gdy tymczasem nikt z dołu nie jest w stanie dostrzec kogoś schowanego między drzewami na szczycie. Do tego szczyt jest ogrodzony metalową siatką. Wejść tam można tylko w tych miejscach, gdzie stara siatka uległa zniszczeniu. Powierzchnia wierzchołka zryta licznymi dołami, pomiędzy którymi walają się większe i mniejsze bloki betonu. Na samym środku parę stopni, prowadzących w dół, między betonowe ściany. Z ich poszarpanych brzegów wystają końcówki prętów zbrojeniowych. Wejście prowadzi gdzieś w głąb…
Paweł L. z uznaniem spoglądał na wdrapującą się do niego Martę P. Pulchniutka odkrywczyni parowozu T3 z Torunia wyglądała rzeczywiście apetycznie w swojej, sięgającej kolan, zimowej kurteczce, rozchełstanej tam gdzie akurat falowały solidne piersi. Dłonie L. ześlizgnęły się po rajstopach P., gdy chciał ją podsadzić, aby przeszła przez dziurę w ogrodzeniu. Potknął się, a kawał fajnej dziewczyny wpadł wprost na niego. Oboje sturlali się po schodach ku wejściu do podziemi.
Z tego co było dalej, dla sprawy istotne jest tylko to, że gdy stanęli w końcu w środku bunkra, przy niewielkim otworze strzelniczym, akurat wpadło przezeń światło zachodzącego słońca.
– Popatrz uważnie – instruował dziewczynę L. – W tym kierunku masz widok na wzgórze w którym zarył ten meteoryt, o którym mówiłem. Ta góra, nazywa się Wilkanowska.
P. spojrzała uważnie, chwilę wpatrywała się z przejęciem.
– Tam coś jakby błyskało… – stwierdziła i zaraz dodała z niedowierzaniem – To wygląda jak… ale to przecież niemożliwe…
– Zobacz – L. wyciągnął kilka arkuszy brystolu, w którym były powycinane jakieś figury geometryczne. Przyłożył pierwszy do otworu – Teraz widzisz?
– Chyba tak… Skąd wiedziałeś jak to powycinać…? – w głosie dziewczyny zabrzmiała nuta podziwu połączona z rodzącym się uwielbieniem.
– To nic wielkiego. Pamiętasz zdjęcia kół wagonu, który przywieźliśmy z Jaworzyny do Zielonej Góry? Jedna oś, to były niby koła szprychowe, ale szprych nie odlano jako prostych, pojedynczych prętów. Każda z nich otrzymała taki rozwidlony kształt, niczym litera V. A druga oś, nie wiadomo czemu, ma z kolei koła talerzowe z nieregularnymi otworami… Pierwszy raz coś takiego widzę…
– Mieczysław pisał, że to unikalny okaz… Historycznie unikalny…
– Musisz mi pomóc. Nie produkowano takich wagonów. Nigdy i nigdzie.
– Ale ten istnieje.
– To jest jak zabawka z cyrku, nie można robić renowacji takiego wagonu.
– To co chcesz zrobić, zamienić koła na normalne, standardowe? Chłopaki Cię zabiją… Mieczysław znalazł ten artykuł o wagonie z „Odkrywcy”, korespondował z jego autorem, ściągnął opis badań wagonu od PSMK aż spod Warszawy, wybiera się do Jaworzyny i Szczawna. Chcesz to wszystko popsuć?
– Widzisz, bo tu nie chodzi o wagon. Ani o jego historyczny wygląd. Mietek sondował, co wiadomo poza nami na temat tego obiektu? Nie wiem tylko jeszcze, po co…
– Obiektu?
– Tak, obiektu. To nie jest wagon. To taka skrytka, jakby arka, dzięki której przechowano informację i klucz do kontaktu.
– Do kontaktu z kim? Jaka arka?
– Tak jakby Arka Przymierza, czy jakaś taka. Oba koła z tymi dziwnymi szprychami, to jakby dysk z zapisem informacji. A koła talerzowe, jak przystawisz do promieni słońca wskazują te miejsca, można się dzięki nim komunikować… z Nimi, Obcymi.
P. przyglądała się L. z rosnącym przerażeniem. Nie widziała już teraz, czy go podziwiać, czy się go bać. Co on wymyślił?
– Obcy byli Najeźdźcami albo Założycielami. Na Górze Wilkanowskiej mieli kanał przerzutowy. W marcu 1841 roku nie spadł tu zwykły kawałek kamienia z kosmosu, ale rozbił się cały wehikuł międzyplanetarny… A w środku byli Oni. Nie wiem jak dyski i matryca przedostały się do Kanady, ale tam powstała chyba ta arka, skrzynka do przechowania. – wyjaśniał rozemocjonowany L. I perorował dalej:
– Czym wytłumaczysz ten nieprawdopodobny zbieg okoliczności, że wagon dla lokalnej linii francuskiej produkowali aż w Kanadzie?! Pomyśl, przecież to musiał być zaledwie mały, lichy wagonik. Zrobili by go w samej Francji, no, ostatecznie, gdzieś w Europie… Tak naprawdę, pierwszy lepszy, większy warsztat by go zmontował.
– A ta cała historia później? Naprawdę uważasz, że Niemcy, którzy przegrali wojnę, zabrali wagon Francuzom, którzy tychże Niemców pokonali? Jeśli już, to na wojnach bywa odwrotnie, to zwycięzcy łupią przegranych… I gdyby tylko o to chodziło, to Francuzi nie zabrali by Niemcom nic nie wartego złomu, ale coś porządnego. Może nowoczesną cysternę do gazów bojowych, albo elegancki pullman, salonkę generała?
L. rozpalał się coraz bardziej. P. pozostawała nie przekonana, ale L. nie zwracał już na nią uwagi.
– Oni tu nadal są i dopilnowali, aby arka do nich wróciła. Wpadliśmy w kosmiczną pułapkę, musimy ratować ludzkość, bo nie wiem co jej grozi od Obcych. Wypisuję się z Klubu Miłośników Kolei i zakładam koc.
– Jaki koc, zimno ci…? Ja mogę cię okryć, chodź pod kurtkę… – P. rozchyliła jeszcze bardziej poły swojego palta, zafalowało gorącem, aż w powietrzu utworzyła się lekka mgiełka. Chyba tylko martwy nie skorzystał by z tej propozycji. L. pozostał jednak niewzruszony.
– KOC, Komitet Obrony Cywilizacji. Zapisał się już mój kumpel z Międzyrzecza, Krzychu R. Potrzebujemy jeszcze kogoś z Torunia, bo tam wiodą ważne tropy… Ty przecież szukałaś w Toruniu parowozu… A Mieczysławowi i innym nie można już wierzyć, ten złoty pociąg, ten nasz wagon, przetarg na PKP, zakup, renowacja pod okiem konserwatora i władz Zielonej Góry, to całe niby muzeum kolejowe – to tylko ściema, aby ukryć całą, wielką prawdę. A tu nawet nie wiadomo, czy Oni są Założycielami Cywilizacji, narodem wybranym, by szerzyć inteligencję w kosmosie. Może faktycznie są tu cały czas, aby nam pomagać? A jeżeli jest wręcz odwrotnie – i to są Najeźdźcy, którzy przybyli, by nas zniszczyć…? Tylko ty możesz nam jeszcze pomóc, potrzebujemy Ciebie…
P. okryła w końcu głowę L. swoim paltem. Przytuliła do piersi. L. zapadł w nie jak w otchłań czarnej dziury, czyhającej gdzieś na obrzeżach kosmosu… P. pochyliła nad nim swoją twarz i wyszeptała:
– Tak, jestem ci bardzo potrzebna… Bardzo…

Nowa polska proza z Australii (2)

Lech Milewski

Sygnał z Kosmosu

Był piękny wiosenny dzień. Przyćmione promienie słońca oświetlały dwie postacie siedzące przy pulpicie kontrolnym w Centrum Badania Inteligencji Kosmicznej.
– Żadnego sygnału? – spytał porucznik Ping.
– Cierpliwości – odpowiedział kapitan Ling – mamy jeszcze sześć godzin.
– Na pewno dostaniemy dzisiaj sygnał?
– Na pewno, sygnał przychodzi zawsze podczas wiosennego zrównania dnia z nocą.
Porucznik Ping zadumał się. Dwanaście lat temu otrzymano pierwszy sygnał z galaktyki Sin-Hai. Już od setek lat szukano śladów inteligentnego życia w kosmosie. Pierwszy problem to jak odróżnić logiczną informację od kosmicznego szumu? Rozwiązanie znaleziono w matematyce. Wybrano ciąg liczb Fibonacciego. Wysyłano w kosmos sygnały o częstotliwościach 2, 3, 5, 13, 89, 233, 1597, 28657, 514229 Hertzów. Czy ktoś w kosmosie zrozumie to pytanie? Bo jeśli zrozumie, to znaczy że umie myśleć i liczyć. I będzie znał odpowiedź. Odpowiedź nadeszła – jednosekundowy sygnał o częstotliwości 433494437 Hz. Był to dzień wiosennego zrównania dnia z nocą, 21 marca 358 roku EPR (Ery Panowania Rozumu). Od tego czasu naukowcy pracowali niezmordowanie nad ustaleniem zasad języka, w którym będzie można się porozumieć z nieznanymi istotami. Wysyłano w kosmos słowniki podstawowych pojęć i próbne teksty w różnych językach. Rok temu osiągnięto taki stopień porozumienia, że zdecydowano się wysłać do nieznanych istot teksty będące fundamentem cywilizacji ludzkiej. A więc: Republika Platona, Trzy zasady Sun Yat Sena i Statut Chińskiego Banku Światowego.

Kapitan Ling przeciągnął się i spojrzał na ekran wyświetlający aktualne wiadomości. Tłumy ludzi zbierały się na placu Wrót Niebiańskiego Spokoju – Tiananmen Guangchang.
– Święto radości – westchnął porucznik Ping.
– Radości wydawania pieniędzy – uzupełnił kapitan Ling.
Porucznik Ling spojrzał na niego uważnie. Kapitan Ping był jednym z najstarszych pracowników ośrodka. Wiadomo było, że miał bardzo gruntowne wykształcenie.
– Kapitanie, powiedzcie mi jak to było w dawnych czasach – poprosił.
– W jak dawnych?
– No, przed naszą erą.
Kapitan Ling zamyślił się. Przed naszą erą. To była era liczona w latach AD – roku pańskiego. Pańskiego? O jakiego Pana chodziło? Tego nikt dokładnie nie wiedział i nikt już nie chciał tego dochodzić. To była era chaosu i przypadkowości. Społeczeństwo rozdrabnione na zwalczające się grupy etniczne. Rozkład i dekadencja.
– Studiowaliście historię i filozofię kapitanie?
– Tak ale przerwałem we właściwym czasie.
Porucznik Ping odwrócił głowę. Niektórzy wspominali, że kapitan Ling spędził kilka lat w obozie reedukacyjnym. Ale to nie wymazało grzechów młodości. Od 20 lat nie awansował. Widocznie stopień kapitana był szczytem jego kariery.
– I teraz obchodzę święto radości wydawania pieniędzy.
– To logiczne. Bo radość wydawania jest napędem dla radości zarabiania.
– A radość zarabiania jest napędem do pracy.
– Pod troskliwą opieką Światowej Partii Chin!
– Amen – mruknął kapitan Ling.
– Co powiedzieliście kapitanie? – zapytał porucznik Ping.
– Co? Ja? Nic nie powiedziałem. Mam chyba czkawkę – odpowiedział kapitan Ling.
Obaj pogrążyli się w milczeniu. To był właśnie kłopot z kapitanem Ling. Te tajemnicze komentarze, w których można było wyczuć jakąś ironię. A co tu ironizować? Życie było proste i szczęśliwe. Na przykład dzisiejsze Święto Radości – przemarsz przed trybunami, na których siedzą wodzowie narodu. A potem każdy dostanie dodatkowy przydział Somy – pastylek radości. A radość zarabiania pieniędzy – porucznik Ping właśnie spłacił raty za wyposażenie mieszkania. Pozostał jeszcze dług za mieszkanie. Czy kapitan Ling ma jakieś długi? Pewnie nie. Ile on może mieć lat? Na pewno ponad 50. Bank Rządowy pilnował, aby obywatele spłacili wszystkie długi przed osiągnięciem wieku odejścia z pracy. Ludzie którzy kończyli pracę byli oddawani do dyspozycji Departamentu Spokojnej Starości. Tam oceniano, czy ich życie jest warte życia.
– Kapitanie Ling, kto wymyślił to powiedzenie: niekontrolowane życie nie jest warte życia?
– Starożytny myśliciel Sok-ha-teh.
Jednak w niektórych sprawach kapitan Ling był nieoceniony. Porucznik Ping zastanawiał się czasem nad tymi słowami i ogarniał go niepokój. A co jeśli departament uzna, że nie warte? Czy dadzą dodatkowe pastylki Somy? A może jakieś inne?

– Jest!!! – kapitan Ling podskoczył na fotelu i wbił wzrok w znaki pojawiające się na ekranie. Nacisnął guzik alarmowy powiadamiający kierownictwo i przerzucił tekst na wielki ekran na ścianie. Sala zapełnili pracownicy Centrum. Wszyscy patrzyli na niezrozumiałe znaki.
– Tłumaczenie, szybko – warknął pułkownik Dong.
– Identyfikacja języka – pojawiło się na ekranie – chiński, arabski, farsi, angielski, hiszpański… Nazwy najważniejszych języków przesuwały się na marginesie ekranu przy każdym ikonka z zasmuconą twarzą. Na sali zapanowała pewna konsternacja. Przecież poprzednim razem wydawało się, że osiągnięto porozumienie. Istoty z Sin-hai były w stanie zrozumieć wysłane im próbne teksty w języku chińskim, arabskim i angielskim. Dlaczego więc odpowiadają w jakimś nieznanym języku?
– Języki starożytne – łacina, staro-grecki, egipski … hebrajski. Hebrajski!? Tak! Na ekranie wyświetlało się tłumaczenie. Wygladało jak jakaś instrukcja:
1. Nie będziesz miał cudzych bogów przede mną.
2. Nie będziesz wzywał imiena Bożego nadaremno.
3. Pamiętaj dzień święty…
– Co to jest? Co to znaczy? – rozlegały się chaotyczne pytania. Przerwał je pułkownik Dong.
– Spokój! – zawołał donośnym głosem. – Spokój!
Nacisnął guzik na pulpicie kontrolnym i wielki ekran zgasł. Po sali przebiegł szmer zawodu.
– Spokój – powtórzył pułkownik Dong – to nie jest czas i miejsce na bezcelowe spekulacje. Tekst został przesłany do Urzędu Badania Myśli, właściwa interpretacja zostanie podana wkrótce do wiadomości publicznej. A teraz proszę wszystkich o opuszczenie sali, przypominam, że za godzinę rozpoczyna się Święto Radości.
Ludzie z wolna kierowali się w stronę wyjścia. Na sali pozostało tylko dwóch oficerów dyżurnych.
– Zrozumieliście coś z tego kapitanie? – zapytał porucznik Ping.
– No cóż, pułkownik Dong wykazał się jak zwykle doskonałym opanowaniem.
– Tak, ale mnie chodzi o ten tekst. Jak to było? Nie będziesz miał cudzych bogów przede mną? Gdzie to jest? – Porucznik Ping przesunął kursor aby odtworzyć poprzednią zawartość ekranu.
– Co do licha?
– O co chodzi poruczniku?
– Nie mogę wrócić do porzedniej sesji. O, dziennik całej konwersacji też jest pusty.
Na ekranie pojawił się nowy komunikat:
– Koniec dyżuru.
– A co z nasłuchem sygnałów z kosmosu? – zapytał porucznik Ping.
Zanim skończył te słowa, na ekranie pojawiła się odpowiedź:
– Projekt Badania Inteligencji Kosmicznej zamknięty. Sygnały z galaktyki Sin-Hai nie pochodziły od istot rozumnych. To był tylko kosmiczny szum.
– Kamienne tablice też zostały strzaskane – mruknął kapitan Ling.
– Co powiedzieliście? Co strzaskane?
– Co? Ja? Nic nie powiedziałem, mówiłem przecież, że mam dziś czkawkę.

Przypisy:
1. Ciąg Fibonacciego – KLIK.
2. Soma – pastylki radości – termin zaczerpnięty z książki A. Huxleya – Nowy, wspaniały świat.
3. Oryginalny cytat Sokratesa to: ὁ δὲ ἀνεξέταστος βίος οὐ βιωτὸς ἀνθρώπῳ. Polska wikipedia tłumaczy to na – Niezbadane życie nie jest warte życia. Preferuję wersję angielskojęzyczną: The unexamined life is not worth living for a human being. 

Zima, mgła, pociągi…

czyli kolej szprotawska po raz drugi:

Mieczysław Bonisławski

Wiadukt

1.
Miała być ładna, słoneczna pogoda. Tymczasem niebo, od nadodrzańskich lasów w dole, aż po wysoko nad głowami unoszący się pustacią horyzont na południu, zaścieliły ciemne, nieprzeniknione chmurzyska. Odtajała przed tygodniem, pokryta przygniłymi resztkami traw ziemia, znowu zabielała mokrym, nieprzyjemnym śniegiem. Był to najgorszy rodzaj śniegu, wodnisty, natychmiast rozpływający się czy to po ręce, czy po spodniach zimną wilgocią. Powodował przylepiające się do wszystkiego błoto, a ciągle, nadal jeszcze padając, zaślepiał nieprzywykłe oczy lub zamazywał szkła okularów.
Bartek, ten nasz najbardziej obyty w terenie eksplorator, archeolog, trwał z nosem przy zbitym w masę żwirze. Niełatwo było go zniechęcić, jak już coś zaczął, szczególnie gdy podchodził do tego z pasją, szedł w zaparte, aż do rozwiązania zagadki. Za to Paweł nie krył złego nastroju. Wstał z przyklęku, pomacał się po spodniach przejeżdżając dłońmi wzdłuż, tak od góry do samego dołu Nie wiem, chciał w ten sposób wyrównać kanty?
– No to idziemy na przyjęcie? – podchwycił ów gest również Zbyszek. Jego żart był ciężki i nierzadko irytujący, ale riposty miał szybkie i – niestety – żonglował nimi często, najczęściej nie w porę.
– Cholera. Co za pogoda – Paweł, jak przystało na dobrze zapowiadającego się polityka, nie słuchał tego co się wokół mówi. A jeżeli już coś usłyszał, to reagował poniewczasie – Na jakie znowu przyjęcie!
– No, nie wiem. Jakieś ważne, najważniejsze.
– Żadne przyjęcie. Pogoda jest do kitu. Nic tu dzisiaj nie zrobimy… Ja bym wracał…
– Ja mówiłem, że się rozpada…
Bartek westchnął, ale dalej grzebał łopatką, wgłębiając się w bebechy nasypu kolejowego. Nie zanosiło się jednak na jakiś szybki, powalający efekt tej grzebaniny, a że Bartek, prócz westchnienia, nie kwapił się do innej formy komunikacji, należało szybko coś powiedzieć.
– Z mapy wynika, że tu, o… Piętnaście, no, dwadzieścia metrów dalej był stary wiadukt.
Sto lat temu, gdy powstał ów nasyp, biegł on nieopodal niewielkiego miasta. Wokół, w dole rozciągało się zielone morze ogrodów i sadów. Gdzieniegdzie spośród tej feerii różnych odcieni zieleni przebijała intensywna plamka dachu. Małe, niczym wzięte z bajki domki przedmieścia, przypominały wówczas zapewne pąki czerwonych kwiatów rozsypane po łące…
Dokładnie w tym miejscu, z obu stron nasypu, zbiegały się wtedy u jego podnóża polne drogi. Infrastruktura kolejowa stanowiła w tej okolicy zupełnie obcy element, całkowicie zaburzyła harmonię opadającej ku północy, równej niczym stół sandrowej równiny. Jakieś dwieście metrów dalej na południe, kolejowi inżynierowie musieli wykopać głęboki jar w polodowcowej morenie, aby tory mogły jego dnem przebić się dalej. Tutaj jednak, w gąszczu owocowych drzew i ogrodów, wiły się po równym polne dróżki, prowadząc od jednego do drugiego, rozrzuconych daleko od siebie domków.
Nasyp kolejowy rozciął tę krainę, rozłożoną między wyniosłą górą a kilkukilometrowym nadrzecznym lasem, na dwie, odizolowane od siebie części. Niczym szeroka, rwąca rzeka. Od chwili powstania tej kolei, aby przejechać lub przejść z jednej strony na drugą, trzeba było szukać specjalnego przejścia. Na rzece, byłby to bród, tutaj – inżynierowie zaprojektowali wiadukt. Wszystkie dróżki, które przed budową biegły równolegle na zachód, musiały zmienić kierunek, skręcić tak, aby spotkać się w jednym miejscu, przed wiaduktem i razem przekroczyć tor. Po drugiej stronie rozchodziły się znowu, każda w swoją stronę, do tych miejsc, do których doprowadzały ludzi niezmiennie od lat.
Wiadukt nie był duży. Niedługo po wielkiej wojnie go zburzono. Obok zbudowano nowoczesną arterię i cały ruch przeniósł się tam. Polne dróżki stały się niepotrzebne, zaorano więc większość z nich i zbudowano nowy, betonowy wiadukt nad arterią.
Po latach, w miejscu starego wiaduktu biegł już tylko po prostu nasyp, niewprawne oko nie odnalazłoby w nim nawet najmniejszego śladu blizny po zasypanym przed pół wiekiem przekopie. Nieco dziwnie wyglądała tylko ulica, która w tym miejscu kończyła się ślepo u jego podnóża. Jedyna z wielu polnych dróżek, jaka zachowała się, była teraz w miarę szeroką, asfaltową ulicą, żaden bruk czy szuter. Jej początek albo koniec wyznaczony był przy starej, nieczynnej już fabryce, parę metrów od torów. Wyglądało, to tak, jakby w zamyśle planistów miała prowadzić tylko do niej, dalej już nie, a przecież naprawdę było zupełnie inaczej… Ale uwagę wszystkich przyciągała już od lat tylko arteria i nowy wiadukt.
Trzy postacie pochylały się teraz jednak nad tą starą i ślepą uliczką.
– Droga musiała iść prosto, tu gdzie jest teraz ten ogrodzony plac.
Komuś patrzącemu z korony nasypu w dół, na wprost, horyzont zamykała perspektywa ulicy, która zaczynała się siedemdziesiąt metrów od podnóża sztucznego wyniesienia. Była w tym miejscu brama przez którą można było wjechać na szczelnie ogrodzony plac o zniszczonej i zaniedbanej nawierzchni, przylegający do idącego górą torowiska.
– Sam plac chyba otoczono tą siatką i wylano później. Asfalt jest zupełnie inny, jakby świeższy – ocenił Zbyszek.
– Zejdziesz na dół? Wyznaczysz krokami linię dawnej ulicy, od bramy aż do nasypu. Pokażesz dokładnie gdzie był prześwit pod przęsłami wiaduktu.
Zbyszek zbiegł, ale zatrzymał się przed siatką ogrodzenia, która zaczynała się tuż, na dole.
– Nie potrzeba. Widzę stąd jak biegła droga – zamachał gdzieś przed siebie ręką, odwrócił się ku nasypowi i lekko pochylając całe ciało, drugą dłonią oparł się o ścianę wzniesienia. – O, tutaj był przejazd.
Ten jaskrawy brak inicjatywy nie mógł nikomu się spodobać. Nawet milczący dotąd Bartek, podniósł głowę i w końcu dał wyraz swojej, narastającej od paru minut, dezaprobacie:
– Daj spokój. Naprawdę nie możesz przejść takiego kawałka i wyznaczyć dokładnie miejsca, gdzie był ten prześwit?
– Nie będę skakał przez siatkę! Chcesz, to sam skacz – obruszył się Zbyszek i począł z powrotem wdrapywać się na górę. – Tu jest dokładnie to miejsce. Ja wracam.
Paweł spojrzał w dół, ogarnął, trochę nieobecnym spojrzeniem widoczną kawałek dalej arterię, nowy betonowy wiadukt, zniszczony plac. Sięgnął do kieszeni kurtki, z której wyjął papierosa. Przypalił zapalniczką. Wziął papierosa do ust, zaciągnął się. Ogarnął jeszcze raz spojrzeniem tę nazbyt szeroką, jak na prowadzone badania, perspektywę i rzucił nieco nie na temat:
– Tak popękany asfalt musi być co najmniej z trzy, cztery lata opuszczony. Ta trawa, która wyrosła w szczelinach, to gatunki wieloletnie, ale gdyby miała jeszcze więcej lat, to pokazałyby się też już i jakieś krzewy… Ładny plac, szkoda, że tak marnieje. Ciekawe czyja to własność? Wygląda, jakby ostatnio był to teren do nauki jazdy… Tam z tyłu, od głównej, był chyba kiedyś PZMot, nie wiecie, czy jeszcze tam jest? Może to ich plac?
Bartek wstał z klęczek. Otrzepał z błota łopatkę, stukając nią o szynę. Następnie zgarnął butem niewielki urobek do otworu, który wcześniej wykopał. Przydeptał. Ślady pracy zniknęły, za parę godzin lekki śnieg miał jeszcze wszystko przyprószyć, a później, po jego stopnieniu – wsiąkająca woda miała zrobić resztę.
Tory biegły tu prawie dziesięć metrów ponad powierzchnią. Nasyp wygięty był w długi, ale łagodny łuk. Jego korona była szeroka dokładnie na tyle, by pomieścić pojedyncze torowisko. Wydeptana obok szyn ścieżka, wiła się już częściowo rozdeptanym zboczem. A jednak w miejscu zasypanego teraz wykopu, Bartek mógł swobodnie stanąć, rozłożyć sprzęt. Obok zmieściłby się jeszcze pewnie Paweł lub Zbyszek. Na długości trzydziestu metrów nasyp rozszerzał się i biegł tutaj jakby podwójnym łukiem. Idąc szybko i nie rozglądając się specjalnie, zapewne jednak nie zwróciło by się na to uwagi. Aby dostrzec tę anomalię, trzeba było chcieć ją zobaczyć, dokładnie wiedzieć czego się szuka.
– I co, takie samo podłoże?
– Widzisz ten drugi otwór?
– No…
– Właśnie. I tam, między szynami, pod podkładami, i tutaj, na tym wyszerzeniu, do pół metra w głąb jest dokładnie ten sam materiał i układ warstw. Zresztą, o warstwach ciężko tu mówić, jest to praktycznie calec, bez żadnych fantów – machnął ręką Bartek. – Zasypiesz ten otwór na szynach?
Czemu nie? Robota ani ciężka, ani długa. Gdyby but przeciekał, była by mało przyjemna… Ale nowe buty nie miały prawa przecieknąć, zresztą sprzedawca wczoraj dawał Joannie takie różne zapewnienia, zachęcając do ich zakupu!
– Mógł tu być tor? – włączył się Zbyszek.
– Czyli drugi tor? Ale gdzie była zwrotnica, z której strony – od wiaduktu, czy od dojazdu? – zapalał się Paweł. – Zwrotnica na wiadukcie? Może to był jakiś obrotowy wiadukt, tak jak w MRU, a może tu była jakaś tajna bocznica…?
Bartek był już spakowany.
– To co, na dzisiaj się zwijamy… – jeszcze ostatnie klepnięcie butem i po drugim wykopie też już nie było śladu. Aż Bartek uśmiechnął się i aprobująco kiwnął głową. – Spotykamy się bez zmian. Powinien być już Sławek. Jakąś rewelację będzie mieć też Michał.
Zbyszek nagle ucapił torbę Bartka i bez ceregieli zajrzał do środka, wsadził łapę.
– Co tam zabierasz? – spytał, triumfalnie wyciągając z wnętrza jakiś szary, pokryty żyłkami kawałek gruzu albo drewna.
Bartek spokojnie odebrał znalezisko i powoli zaczął wyjaśniać, schodząc jednocześnie zboczem nasypu ku zaparkowanym samochodom:
– Wziąłem, jako próbkę sztukę takiego dziwnego gruzu, którego nie było pod szyną a tylko na wyszerzeniu. I woreczek, do którego wrzuciłem calec z wyszerzenia.
W połowie drogi zatrzymał się.
– Niby nic specjalnego w tych wykopach nie było. Ale na wyszerzeniu znalazłem jakieś kawałki, które mi tu nie pasują. Struktura i skład samego podłoża też wydają się w obu miejscach takie same i bez sensacji, ale… – ruszył dalej – Zaniosę próbki do naszego laboratorium, niech przebadają, sprawdzą kilka rzeczy.
Zatrzymał się przed autem. Otworzył drzwi. Nie wsiadał jednak.
– Na wyszerzeniu jakby bardziej to wszystko mokre, jakby poddawane było dłużej działaniu wody… Albo… Nie!, przecież nie może być pięć tysięcy lat starsze, niż podtorze znajdujące dwa metry obok…!

2.

To spotkanie miało się odbyć w lesie, rozciągającym się na południe od miasta. Północne stoki morenowego wału zajęły ulice i domy, spoglądające z delikatnie opadającej równiny ku szerokiej wstędze wody, rozlanej tuż za ciągnącym się jeszcze od rogatek nadrzecznym łęgiem. Przeciwstawny stok moreny oraz kolejną, wciśniętą między dwa ciągi wzgórz dolinę, porastał na przestrzeni kilkunastu kilometrów sosnowy bór. W wyższych miejscach, gdzie było nieco bardziej sucho, drzewa były wyższe, rzadsze a przez ich korony przebijało się, aż do iglastego, porośniętego jagodami poszycia słoneczne światło. Las był widny i sprawiał przyjazne wrażenie.
Z kolei w licznych zagłębieniach, na północnych stokach pagórków i wokół bezodpływowych, bagnistych zapadlisk pojawiały się liczniejsze, liściaste dęby i graby oraz niski, gęsty podszyt młodych olszyn. Tutaj było ciemno i ponuro, powietrze zalegało ciężkie i stęchłe od gnijących resztek roślin. Z panującego nawet za dnia mroku zionęło nieprzyjemnie czymś groźnym i wrogim.
Wąski, idący prosto, niczym wystrzelona strzała tor kolejki zagłębiał się zaraz za miastem w wilgotny, mroczny las. Jeszcze całkiem blisko ostatnich domów, a przecież jakby już w zupełnie innym świecie, pod zwisającymi ku samej ziemi, tworzącymi nieprzenikniony welon gałęziami, chowała się długa i wysoka rampa kolejowa. Ciągle mokry beton był omszały. Brązowy i zielony nalot pokrywający powierzchnię jeszcze bardziej maskował obecność rampy, która i bez tego słabo widoczna, niemal zlewała się z otoczeniem.
Krążyły przeróżne legendy i opowieści o jej dawnym przeznaczeniu. Od ponad pięćdziesięciu lat była nieużywana, dawno rozebrano boczny tor, który biegł przy niej, równolegle z torem szlakowym. Nikt z żyjących nie przypominał sobie, aby cokolwiek na jego oczach tutaj wyładowywano lub załadowywano. Potężną rampę zbudowano praktycznie pośrodku lasu, w miejscu mało dostępnym, z daleka od jakiejkolwiek, choćby leśnej drogi. Nawet te kilka młynów, które wykorzystywały bystry bieg spływających ze stoków moreny leśnych strumieni, dopóki jeszcze pracowały w kniei, stały w zupełnie innej części lasu niż rampa. Minęły lata, rozsypały się porzucone młyny, rozebrano tory linii kolejowej, nikt jednak nie ruszył rampy. Bodaj najbardziej niepotrzebnej, pierwszej w kolejności do rozbiórki. Dlaczego, w jakim celu ją tu pozostawiono?
Paweł łączył jej istnienie z nieopisaną nigdzie i nie zaznaczoną na żadnej z dawnych map, bocznicą wojskową prowadzącą do polowego lotniska. Działało ono do końca wielkiej wojny w pierwszej wsi za lasem. I Paweł usłyszał kiedyś tam, od kogoś tam, że ten ktoś pamiętał taką bocznicę. Jak dotąd nie udało się potwierdzić tego przypuszczenia…
Z innych opowieści, jakie udało się zebrać, wynikało że z drugiej strony dochodziła do rampy wąskotorówka. Miała ona prowadzić do istniejących przed wojną na peryferiach miasta zakładów produkujących kafle do pieców i do pokrywania dachów. Ostatnio nawet zgłosił się ktoś, kto odnalazł na dachu rozbieranego budynku dachówki z tej firmy. Poproszony o fotografie choćby jednej z nich, zamilkł jednak. I nie odezwał się więcej. Nie przynosiły też rezultatu, ponawiane co jakiś czas w terenie poszukiwania owej śródleśnej wąskotorówki. No dosłownie nic w tym lesie nie dało się odnaleźć! Nic, prócz tej rampy, tak solidnie wybetonowanej, że nie dotknął jej ząb czasu, a która wzięła się nie wiadomo skąd i nie wiadomo dlaczego ją pozostawiono?
W ostatnim tygodniu wszystkich zelektryzowała jednak wiadomość jaką przyniósł, Bartek. W jednym z tych trzech prawdziwie wiosennych dni, jakie przytrafiły się przed powrotem zimy, Bartek wybrał się z córką na spacer właśnie do lasu z rampą. Gdy tak szli wzdłuż dawnego nasypu w kierunku wsi przy lotnisku, jego uwagę zwrócił jakby drugi, równoległy nasyp. Było to na odcinku między rampą a wysokim mostem nad Potokiem Pustelnika. Kawałek za rampą zauważył on obok nasypu, pozostałego po torze szlakowym, wyraźne wyrównanie terenu. Szło ono wzdłuż trasy kolejowej, na nieco niższym wale ziemnym, tak jakby poniżej głównego toru biegł drugi. Przed mostem, ów drugi nasyp, jeszcze bardziej się obniżał, aż do poziomu wody i skręcał prowadząc…. w sam środek strumienia… Na drugim brzegu nie było żadnych podobnych śladów.
– Mówisz o tym wysokim moście nad Potokiem Pustelnika? – wiadomość jaką podał przez telefon nie mieściła się w głowie – On unosi się tak wysoko nad niewielkim strumieniem. Mówimy o tym samym miejscu?
– Tak. To wygląda na drugi tor, który schodził na sam dół, do potoku.
– Ile tam może być metrów w dół?
– Z dziesięć, piętnaście…
– Tak, to jest to miejsce. Tam nie było żadnego innego toru. Penetrowałem otoczenie rampy kilkanaście razy, z dokładnością do centymetrów. Nigdy nic tam takiego nie było.
Bartek milczał gdzieś przy drugim telefonie. Jak można mu było wytłumaczyć, że się mylił, że to co zobaczył, nie było tym co chciał widzieć?
– Dwa lata temu robotnicy rozryli nasyp szlakowy, bo w jego wnętrzu montowali rury kolektora burzowego, zrzucającego miejską deszczówkę do Pustelnika. Korzystali z mnóstwa ciężkiego sprzętu… To pewnie ślad po ruchu tych maszyn. Nic innego…
– Oglądałeś nasyp po tym, jak skończyli tę budowę?
– Jasne. Byłem zobaczyć, czy go nie zniszczyli.
– I widziałeś wtedy tę drogę wyjeżdżoną przez maszyny budowlane?
– Nie…
– To jest na pewno pozostałość po drugim torze kolejowym. To nie jest nic innego.
– Ale tam nigdy nie było drugiego toru! I nigdy nie było żadnego innego nasypu. Był tylko las.
– Może powinniśmy to zbadać? Wiosna za oknem, warunki dobre.
W takich oto okolicznościach powstał pomysł spotkania w lesie, do którego niestety nie doszło.

3.

Tak, nic z zakładanych planów nie wychodziło. Zamiast słońca, które miało wysuszyć błoto, pozostałe po – zapowiadanym jako ostatni tej zimy – mokrym śniegu, pojawiła się śnieżyca, jakiej nikt nie pamiętał. Śnieg, który nagle sparaliżował całą okolicę, spadł praktycznie w ciągu połowy nocy. Zasypał wszystko, co stało na drogach i chodnikach, ciężko było odróżnić gdzie przedtem był trawnik, ławka, przy czym stała latarnia. Silny, wyjący za oknami przez kilka nocnych godzin wiatr utworzył zaspy, w niektórych miejscach sięgające połowy okien co pomniejszych, parterowych chałup. Wszystko było białe. Przykryte tą powłoką miasto, przestało miasto przypominać. Ustało wszelkie życie, okna domów były ciemne i ślepe, w ich wnętrzach ogarnął wszystkich sen przeczekania.
Nad przypominającą pofałdowaną wydmami pustynię równiną unosił się szczelny płaszcz grubych, ciemnych chmur. Śnieg już nie padał, wiatr nieco ucichł, jednak od rana panował sprawiający przygnębiające wrażenie półmrok. Powietrze przypominało oblepiającą policzki watę, miało się wrażenie, że można je ciąć nożem. Nie był to śnieżny puch, który mogłyby unosić podmuchy wiatru, nie była to też mgła. Czort jeden wiedział co to było! Było ciemno, nic nie można było w tej mgle-nie-mgle zobaczyć dalej niż na sto metrów.
Przejście pod ledwo widoczną gdzieś w górze, wąską kreską wiaduktu równało się przekroczeniu bramy do innego, nieznanego świata. Improwizowaliśmy tej niedzieli. Dlatego staliśmy przed „bramą czasu”, pomimo tego, że ta wyprawa w czasie, a nie w przestrzeni, miała się odbyć później. Pierwszy zaryzykował Paweł. Nie skradał się jednak tak jak Zbyszek, który ostrożnie, niemal lękliwie, przesuwał się przy samej ścianie przyczółka. Nasz polityk wchodził w nowy, inny czas raźno i bez zastanawiania się, czy za granicą światów, czeka nań „świetlana” przyszłość, czy „mrok” przeszłości? Wybrał dla siebie sam środek drogi, zupełnie ignorując obowiązujące zasady. Tym razem intuicja, ów słynny „nos”, go jednak zawiódł…
Dźwięk dzwoneczków, parskanie koni i łoskot sunących szybko po śniegu sań zbiegły się z głośnym przekleństwem. W mgnieniu oka Paweł leżał na plecach w głębokim śniegu a pod wiaduktem przemknęły ogromne, czterokonne sanie i zaraz rozpłynęły się w mroku i mgle.
Zbyszek i Bartek przebiegli pod wiaduktem i doskoczyli do nie wstającego ciągle z zaspy Pawła. Powiał silniejszy wiatr i sypnęło śniegiem. Wiadukt, który pozostał z tyłu, rozmywał się już zupełnie. Zapłonęły latarnie. W ich świetle, charakterystycznym dla blasku gazowych latarni, z mlecznej, nieprzeniknionej perspektywy wynurzył się Sławek, a chwilę po nim – Michał. Nie spieszyli się. Z nieukrywanym dystansem, podszytym ironią, spojrzeli na chłopaków próbujących pomagać Pawłowi.
– Cholera, skąd się tu wzięły te sanie? – denerwował się poszkodowany, wstając w końcu na nogi.
– A co my tu robimy? – pytanie Zbyszka wyrażało irytację i szyderstwo jednocześnie. – Nie powinniśmy być w domu?
– Tak jak każdy normalny człowiek dzisiaj – poparł go Sławek.
Nastało nieco niepokojące, mogące za chwilę zdemobilizować wszystkich, milczenie.
– Dobrze panowie, przez te nocne zaspy, nie poszliśmy do lasu, na ten dodatkowy nasyp Bartka. Ale jakoś szczęśliwie dotarliśmy wszyscy tutaj… Nie traćmy zatem ani chwili, zimno, straszno, nie wiadomo gdzie jesteśmy…
– Za wiaduktem, na śniegu, zamiast w chałupie, przy piecu – Zbyszek nadal nie mógł się pogodzić z sytuacją.
– Sądząc po tych saniach, jest gdzieś rok-dwa przed wojną. Pierwszą, oczywiście – roześmiał się Bartek.
– Michał, w którym roku była wtedy najsroższa zima?
Wysoki blondynek w okularach, najmłodszy z grupy, był historykiem, archiwistą. Jako że zaczął dopiero co pisać doktorat, podchodził do takich pytań jeszcze bardzo konkretnie.
– Jedną pamiętam dokładnie z opisu z kronik kolejowych. Szóstego lutego 1929 roku było 38 stopni mrozu i parowozy nie odpaliły… Cała kolej stanęła…
– Ale w tym czasie, to powinny jeździć już samochody a nie sanie i konie – zaoponował trzeźwo Sławek.
– Nie wiem tak dokładnie. Może wtedy jeździły już i samochody i jeszcze – konie? – Michał zaczął analizować niczym rasowy historyk, ale szybko wszedł mu w słowo Bartek:
– Mnie zastanawia co innego. Stoimy tu już tyle czasu na samym środku drogi i tu nic w ogólne nie przejechało. Czy to nie dziwne?
Zamyślony Michał potarł kaptur opatuloną w rękawicę dłonią. Przez jego twarz przeszedł grymas niezadowolenia, ze dwa razy cmoknął, aż w końcu wydusił z siebie:
– Nie opamiętam tego dokładnie, ale chyba podobna zima zdarzyła się też w roku 1913…?
– O, i to by się zgadzało, wiadukt miał już dwa lata… – zaczął Paweł.
– Jaki wiadukt, widzicie tu jakiś wiadukt? – roześmiał się Zbyszek, któremu w końcu poprawił się nastrój.
Śnieg prószył coraz gęstszy. Wiatr zawiewał go falami w oczy. Wiadukt zniknął. Nie było widać drogi powrotu do własnych czasów.
– Niby prawda – wszedł w tę myśl Michał – nie ma wiaduktu, bo nigdy go nie było. Przejrzałem wszystkie dostępne mapy i plany. Wiadukt koło browaru, tak jak mówiliście, bliźniaczo podobny do tego, niby tutaj, jest na większości z nich. Praktycznie na każdym z tych dokładniejszych.
Wzrok wszystkich skupił się na mówiącym. Tylko Sławek, niby to słuchając, niby zainteresowany, odszedł nieco w bok i zaczął grzebać butem w śniegu. W pewnej chwili pochylił się, jakby coś znalazł.
– Na każdej z tych map, które oglądałem, zaznaczono wiadukt nad drogą na Kożuchów, Freystetter-Chausee. A ten tutaj – obrócił się, pokazując ręką w jakimś bliżej nieokreślonym kierunku – jest tylko na jednym, jedynym. Może to tylko błąd w druku, pomyłka zecera albo kreślarza. Może jego w ogóle nie było?
– Chodźcie, zobaczcie, tu są jakieś szyny – zawołał nagle Sławek – Czekajcie, za chwilę odkopię podkłady…
– Mam! – krzyknął Michał – na takim jednym, roboczym schemacie sieci torowisk, który datowałem na okres budowy linii lub zaraz po nim, jest tutaj, dokładnie w tym miejscu, zaznaczona przerywaną kreską jakaś odnoga. Chyba planowano tutaj lub zaczęto już wtedy budować odchodzący stąd w bok tor… O ile jest to faktycznie rok 1913 a nie ten dwudziesty dziewiąty…
– Nigdy nie widziałem tu toru… To jakaś bzdura – sapał, kopiąc dalej w śniegu Sławek, nasz pasjonat historii kolejnictwa, jedyny specjalista od tych spraw w całym gronie.
– Nie mogłeś widzieć. Nikt tu potem o żadnym torze nie wspominał… To pewnie jakiś niezrealizowany projekt, no, na tym planie Michała.
– Mówisz okres budowy linii lub zaraz po nim – wtrącił się Bartek – zatem to gdzieś będą lata między 1910 a 1914. Te sanie, ta zima, ten zaczęty i nigdy nie dokończony tor… Przenieśliśmy się panowie do 1913 roku, naprawdę…
– … i tylko ciekawe, jak stąd wyjdziemy… – rzucił w swoim stylu Zbyszek.
– No, faktycznie, pada i wieje, że nic nie widać. Nie wiedzieć w którą stronę jakiś krok postawić – nie na żarty zasępił się Paweł. – Bartek, a tobie żona nie kazała, tak przy niedzieli, posiedzieć przy córce, zamiast szukać nigdy nieistniejących bocznic i wiaduktów?
Bartek machnął ręką, uciekając w nastrój rozbawienia, w jaki miała go niby wprowadzić uwaga Pawła.
– Ona już przyzwyczaiła się do tego, że mi ostatnio wszystko kojarzy się z zapomnianymi torami.
Sławek przestał grzebać w zaspie. Stanął przy Michale i Bartku. Zbyszek nagle spuścił głowę i w końcu zamilkł. Paweł chciał coś jeszcze dodać, ale zrezygnował i wsunął się między Bartka a Sławka. Zapadło milczenie. Bo i co tu było gadać? Szczególnie, że każdego coś podobnego gryzło. Nie na każdego wprawdzie czekała w domu żona, ba, nie na każdego nawet czekał dom. Ale byli jeszcze jacyś bracia, jakieś siostry, matki. Obowiązki lub zobowiązania wobec siebie i innych.
– Nie macie wrażenia, że ostatnio coś nam przeszkadza? Albo, tak jak to było z Bartkiem, pojawia się coś zupełnie nowego, co nas rozprasza i burzy harmonogram… Albo, tak jak dzisiaj, spadnie nagle taki śnieg, że nie można nic zrobić.
– Tak, ja to też zauważyłem – ożywił się Paweł – I wygląda to tak, jakby te przeszkody pojawiały się w dokładnie zaplanowanym przez kogoś momencie, tuż przed rozwiązaniem tajemnicy.
– Jasne – zirytował się zawsze, aż do bólu racjonalny Sławek – Jacyś nieznani Strażnicy budzą się i ingerują z zaświatów. Bo my akurat tutaj, badając starą, nieczynną od 50 lat kolejkę, natrafiliśmy na tajemnice kosmitów albo świata duchów…!
– Co by zrobiła twoja żona, gdybyś nie wrócił kiedyś z takiej podróży w czasie? Dała by sobie radę z dziećmi?
Bartek żachnął się.
– Nie byłoby tak źle. Zajęliby się nią teściowie, może miała by nawet lepiej?
– A co słychać u Szymona? – spytał nagle Paweł – Nie pokazuje się ostatnio.
Szymon, szef grupy, niedawno się ożenił i coraz bardziej niecierpliwe oczekiwał wtedy, bliskich już, narodzin pierwszego dziecka. Wszyscy o tym wiedzieli.
– Chcesz powiedzieć, że tylko on po nas wszystkich zostanie? – to był Zbyszek.
– Szukamy wiaduktu, którego być może w ogóle nie było. Gdzie nie spojrzymy, czy to na spacerze z córką, w drodze do pracy, w wolną niedzielę, przechodząc sto lat w przeszłość, wszędzie znajdujemy bocznice, których nie powinno być… Zaczynam tęsknić do swojej stacyjki pod Chrzypskiem.
– I ty to mówisz?
Sławek, w trakcie swoich historyczno-kolejowych wypraw, natrafił kilka lat temu na uroczą stację kolejową na Pojezierzu Sierakowskim, blisko Puszczy Noteckiej. Od tamtego czasu snuł romantyczną wizję tego, jak ją wyremontuje, zamieszka w niej i urządzi małe muzeum kolejowe i centrum kolei drezynowych.
Rzeczywiście, miałby tam święty spokój i mógłby się bez reszty oddawać swoim pasjom. Póki co, opiekował się nią mimo kłopotów. A na przeszkodzie stał mu brak pieniędzy i niechęć ze strony władz do oddania mu tego małego dworca. Tylko dlatego był jeszcze tutaj i zajmował się wiaduktem.
Ale Sławek prowadził też przecież sprawę Ostrowskiego.
– I ty to mówisz, a sprawa Ostrowskiego?
– Dobra pany, wracajmy już do siebie. Ja miałem mieć w poniedziałek spotkanie w sprawie konferencji prasowej, muszę wracać. Mam kupę roboty w realnym czasie.
– Wrócimy, bez żartów…
Gdzieś z oddali dobiegł głos dzwonka. I taki odgłos, „szuru, szuru”, ślizgania płóz po śniegu.
– Jeszcze do końca nie zwariowaliśmy. I damy radę. Słyszycie, wracają sanie. Stamtąd.
Popatrzyli za wyciągniętą ręką. W ich oczach tliło się oczekiwanie na dobrą zabawę, którą zakończą ten nieudany dzień. Na figiel, żart, który zastąpiłby im mocną puentą wynik poszukiwań, na który liczyli tej zmarnowanej niedzieli, a którego nie osiągnęli, którego zabrakło. Taki, który na nowo natchnął by ich nadzieją, dał wiarę, że warto i że się uda. Może już jutro, może za tydzień… To była nadzieja na wyjście z tej pułapki, na powrót… Wiatr znowu zaczął cichnąć, powietrze stawało się bardziej przejrzyste. Z zanikającej ni to zadymki, ni to mgły, na powrót wyłoniła się, ciemniejsza od otoczenia, kreska wiaduktu. W perspektywie prześwitu między przyczółkami, zamajaczyły sanie. Chyba były to te same, które o niemal rozjechałyby Pawła. Wracały?
– Zobaczcie, wracają sanie. Niech to będzie nasza kapsuła czasu, przy ich pomocy wrócimy do teraźniejszości. Jak tylko wjadą pod wiadukt, my przebiegamy w drugą stronę.
Stanęli tak jak sprinterzy stają w swoich blokach na starcie. Przed nimi czaiła się czeluść prześwitu wiaduktu, do której z drugiej strony, zbliżały się czterokonne sanie.
– Uwaga, teraz!
4.

Sprawa Ostrowskiego przedstawiała się tak.
To było w maju lub w połowie kwietnia. W tamtą słoneczną i ciepłą niedzielę od rana otworzyliśmy stare, szerokie odrzwia dawnego magazynku kolejowego, aby obwieścić całemu miastu, że oto powstało Muzeum Czasów. Wydawało się nam, że niewielkie pomieszczenie, zbudowane w technologii sprzed wieków, z muru pruskiego, stwarza doskonały klimat do podróży ze współczesności w przeszłość. Wprost z nowoczesnego, szeroko rozciągającego się parkingu wielkiego marketu, wchodziło się przez rozsuwane wrota do małej, ciasnej groty zawalonej mechanicznymi kasami i drukarkami do biletów, lampami na naftę, pożółkłymi mapami pisanymi gotykiem. Ze słonecznego przestworza do mrocznej niszy, gdzie pomiędzy stuletnimi szpargałami były tajemnicze schody i maleńkie drzwiczki, których nikt nie otwierał od zakończenia wielkiej wojny. Nawet my sami wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy dokąd one prowadziły…
Muzeum Czasów. W epoce opanowywania przez ludzkość kolejnych ograniczeń, pokonywania kolejnych barier natury, takie podróże w czasie mogłyby pomóc nie popaść w szaleństwo, odnaleźć każdemu samego siebie, własną tożsamość i cel w życiu. Pierwsze Muzeum Czasów na kontynencie…
Gdy już przebrnęliśmy przez wywiady udzielane dziennikarzom i oficjalne rozmowy z politykami, na sam koniec pojawił się staruszek. Część oficjalna była skończona, Włodek wyciągnął więc i rozpalił grilla a Paweł otworzył pierwsze piwa. Zbyszek dokładał węgla i smażył kiełbaski.
Staruszek przyszedł od strony Parku, jakoś tak nagle wynurzył się spomiędzy drzew i – znalazł się tuż przy grillu. Nikt nie pamiętał jak długo tam stał, zauważył go w pewnym momencie Włodek.
– Dzień dobry panu, zapraszamy na wystawę. A może zje pan z nami kiełbaskę…?
Staruszek udawał zmieszanego.
– Nie, dziękuję za kiełbaskę, nie chcę sprawiać kłopotu… A ta wystawa, to o kolei, panie Włodzimierzu?
Nasz siwowłosy nauczyciel siatkówki zamarł na moment. Spojrzał uważnie na staruszka. Włodek uczył w mieście od 40 lat i pół miasta, to byli jego znajomi, byli uczniowie lub ich rodzice. Staruszka jednak z nikim takim nie kojarzył. Gdy wielokrotnie potem analizowaliśmy ten moment, starając się rozwikłać skąd się wziął staruszek i kim był, Włodek zarzekał się, iż na pewno go nie znał. Kilka razy nawet coś mu świtało w głowie, już z kimś go kojarzył, ale ostatecznie zawsze kończył stwierdzeniem, że nie, że jednak to nie może być ów on, ten o którym Włodzio przez chwilę myślał.
Staruszek tymczasem uznał, iż zadość uczynił już obowiązującym konwenansom i przeszedł do konkretów.
– A, skoro panowie tak proszą… To może jedną, taką najmniejszą. Tylko aby dla panów na pewno starczyło…!
Zbyszek wybrał kiełbaskę, podał razem z bułką i tacką. Paweł otworzył piwo. Staruszek i piwem nie pogardził.
Usiadł na ławeczce. Zagryzł, popił i zaczął swoją opowieść:
– Tu była dawniej kolej – wyciągnął przed siebie rękę i pokazał na parking i market. – Pamiętam dokładnie. Pociągi jeździły, do miasta jechało się z wioski. Na targ albo do magistratu co załatwić. Niektórzy to do roboty, do fabryki jeździli, a przedtem do szkoły, na przyuczenie do zawodu.
– Pan też jeździł?
– A jakże, ale do miasta to rzadko. Ja jechałem do swojej dziewczyny, co mieszkała w drugiej wsi, za rzeczką. Pociągiem było bliżej i szybciej niż szosą, co to prowadziła wokół lotniska, aż tam hen, przez taką inną jeszcze wieś… Ale bywało, że i do miasta, po jakiś gościniec dla niej, albo i z nią na zabawę jaką większą, jakie bywały w mieście.
– Do kiedy te pociągi jeździły? Mówi się, że zaraz po wielkiej wojnie tory rozebrali?
– A to ja wiem dokładnie. Z wojska właśnie wracałem i napisałem do brata, ze śniło mi się, jak pociągiem zajeżdżam do naszej wsi. I że, w tym śnie, cieszyłem się, jak patrzyłem z tego pociągu na miasto, a potem na las i te nasze pagórki, że już wracam do domu. I on mi wtedy odpisał, że chyba to był tylko sen, bo właśnie przyjechali kolejarze i zaczęli rozbierać tory i że za miesiąc już żaden pociąg nie pojedzie…
– To w taki razie da się dokładnie ustalić rok – ucieszył się Paweł. – Pamięta pan kiedy był w wojsku?
– A jakże. Ten list mam też gdzieś na strychu.
– To może go razem poszukamy?
Staruszek pokiwał potakująco głową. I wtedy przejął inicjatywę Sławek, w którym zagrała krew kolekcjonera:
– To może ma pan stare bilety? Jakąś szynę na pamiątkę? Zdjęcia z przejazdu pociągiem? Jak wyglądała taka podróż do miasta?
– Do miasta? Najpierw był las. Potem… – staruszek zaczął opisywać znany nam ogólnie przebieg dawnej linii. Najciekawsze i zupełnie zaskakujące było jednak samo zakończenie:
– …i tu gdzie teraz siedzimy, była niby ta stacja. Ale tu nikt nie wysiadał, co najwyżej baby na targ. Wagony jechały dalej. Najpierw był ten, tu, przejazd – pokazał ręką na skrzyżowanie ulic na skraju Parku – potem wiadukt, co to nim droga szła w górze, znowu przejazd, mały taki wiadukt, z drogą pod nim – a potem już prosto do stacji głównej. Ale ludzie wysiadali już przy tym małym wiadukcie, bo tam była fabryka dywanów, a zaraz za nią mleczarnia, skład węgla, rzeźnia… A ludzie do roboty tam jechali, to i tu wysiadali…
– Zaraz, zaraz. Koło fabryki dywanów był wiadukt? – przerwał zaskoczony Paweł.
Wszyscy spojrzeli na Sławka, ale ten pokręcił przecząco głową:
– Ode mnie na ten temat nic się nie dowiecie. W moich notatkach nie ma nic o jeszcze jednym wiadukcie.
– Czekajcie, czekajcie. Coś sobie przypomniałem. Tak, chyba w gazecie czytałem o jakimś człowieku, który zaraz po wojnie był oskarżony o zamiar wysadzenia wiaduktu koło fabryki dywanów… To jest jakiś ślad!
– Jakby był wiadukt, to bym coś słyszał. Choćby od wujka-kolejarza – upierał się Paweł.
– To by była zupełna sensacja – spokojnie ocenił Sławek – ale takie sensacje się nie zdarzają…
– Kiedy ten artykuł się ukazał? – zainteresował się Włodek, mający widocznie jakieś własne przemyślenia.
– Nie pamiętam, chyba nie dalej niż rok temu. Gdzie nasz gość?!
Staruszek korzystając z naszej kłótni zniknął. Zbyszek pokazał na brudną od musztardy i tłuszczu tackę i pustą butelkę i parsknął śmiechem.
– Ulotnił się, ale był. Po wiadukcie nie ma śladów, ale po nim zostały. Zabieram je i trzymam jako bezcenny dowód!
Zdarzenie ze staruszkiem okazało się brzemienne w skutkach. Zbyszek jeszcze tego samego popołudnia, chowając grilla do środka, zauważył świeże ślady tłustego błota i wapna prowadzące do maleńkich drzwi na końcu tajemniczych schodów. Był to jedyny, budzący naszą niechęć, a jednocześnie najbardziej fascynujący zakamarek Muzeum Czasów. Okazało się, że ślady te mogły zostawić buty… staruszka. Błoto i wapno wskazywały na to, że był tu ktoś, kto wyszedł z Parku, w którym właśnie zasilano wapnem tłustą ziemię rabatek.
Michał z Włodkiem postawili sobie za punkt honoru odnaleźć w bibliotece gazetę z artykułem o wyroku za próbę wysadzenia wiaduktu. Przewertowali wszystkie numery do pięciu lat wstecz. Bezskutecznie…
Nie przyniosła też skutku próba odnalezienia staruszka. Tamtej niedzieli wspominał o tym, że mieszkał tuż przy torach, że z okna swojego pokoju oglądał w dzieciństwie przejeżdżające pociągi. W wiosce za lasem dawna stacja była zlokalizowana na skraju lasu, praktycznie w pewnej odległości od właściwej zabudowy wsi. Cztery domy, sąsiadujące z dawnym dworcem tworzyły osobną kolonię.
Przepytaliśmy z Bartkiem wszystkich mieszkańców tych czterech budynków o staruszka, o rodzinę, w której mogli być opisywani przez niego bracia, o miejscowego, który być może ożenił się z dziewczyną z drugiej strony rzeczki. Dostaliśmy tylko na wpół legendarną opowieść o młodzieńcu o nazwisku Werdermensch lub Werdermann, który jechał pociągiem do swojej dziewczyny za rzekę w tym dniu, kiedy zawalił się mostek między wioskami. To była wielka tragedia, zginęło kilka osób. Ów Werdermensch jednak nie był jedną z tych ofiar. Na pewno wsiadł do pociągu, ale jego ciała nie znaleziono na miejscu katastrofy. Nie było go też wśród pasażerów, którzy przeżyli… Najbardziej podobno opłakiwał go brat, z którym łączyła go specjalnie głęboka więź.
Sprawa wiaduktu najbardziej poruszyła Michała i Sławka. Pierwszy z nich nie mógł się pogodzić z porażką, jako archiwista i historyk, drugi – jako znawca kolei, szczególnie jej wyposażenia i infrastruktury. Ale to nie u nich zadzwonił na początku września telefon…
– Dzień dobry, czy to Szymon? Pan jest szefem Klubu?
Nasz kustosz przez dwa dni przypominał bombkę atomową w momencie, gdy rozpoczęła się w jej wnętrzu reakcja jądrowa.
– Wiecie kto to mnie zadzwonił? Pewnie, że nie wiecie. Na najbliższe spotkanie do „Caramby” zaprosiłem gościa o nazwisku Ostrowski. Mój numer dostał od redaktora Tomasza. Wiecie co to znaczy? Nie wiecie…
Co dwa miesiące w pizzerii „Caramba” na osiedlu organizowaliśmy otwarte spotkania z ludźmi, którzy wspominali swoje przeżycia związane z koleją. Ostrowski, to był ów człowiek, skazany za próbę wysadzenia wiaduktu przy fabryce dywanów. Jak twierdził, dowiedział się gdzieś, ze go szukamy w sprawie owego wiaduktu. Poprosił o pomoc redaktora Tomasza, który opublikował niegdyś w gazecie ten wywiad, który czytałem. Wywiad, którego nie sposób było później odnaleźć w bibliotece.
Opowieść Ostrowskiego o czasach groźnych i tragicznych sprawiła duże wrażenie na wszystkich. Niewiele jednak wniosła do sprawy wiaduktu. Okazało się, ze nie miał on żadnego zdjęcia. Miał dokumentację swojej sprawy, którą dostał z Instytutu Pamięci, ale nie było tam fotografii.
Michałowi wydawało się to dziwne.
– Jak to? – pytał wszystkich po kolei – Takie poważne śledztwo i ani jednego zdjęcia obiektu, wokół którego wszystko się toczy? Czy to w ogóle jest możliwe, aby w śledztwie nie sfotografowano głównego dowodu?
I napisał do Instytutu list z prośbą o ustalenie, czy w archiwach jest choćby jedno zdjęcie wiaduktu.
A Sławek umówił się z Ostrowskim, aby przyjść do niego do domu i zrobić fotokopie wszystkich posiadanych przez niego dokumentów. Skoro nie było zdjęć wiaduktu, to chociaż nasze Muzeum wzbogaciło by się o same opisy tej historii.
Wziął adres i po jakimś czasie poszedł.
I tylko Bartek zwrócił uwagę na pewien szczegół:
– Słuchaj, czy ten Ostrowski, kogoś ci nie przypomina?
– Myślisz o tamtej niedzieli? Faktycznie, jakiś podobny…
Bartek pokiwał potakująco głową a na jego twarzy pojawił się charakterystyczny łobuzerski uśmiech.

5.

Przykucnęliśmy przy barierce nowego wiaduktu. Z tyłu było miejsce, gdzie być może przed wiekiem był inny, mały wiadukt a tuż za nim tajemnicza rampa… donikąd? W przedzie, kilka metrów poniżej snuł się sznur kolorowych samochodów.
– …Kiedy upadł ten meteoryt wilkanowski? – chciał wiedzieć dokładny jak zwykle Michał.
– Wiosną 1841 roku…
– To równo 70 lat przed budową linii kolejowej – trzeźwo zauważył Paweł – Po tylu latach szukali by materiału budowlanego wśród gruzu sprzed dwóch pokoleń…?
– Analiza chemiczna wskazała, że jest to krzemian łańcuchowy, czyli piroksen i jakiś inny, podobno zwany oliwinem. Tego drugiego jest znacznie więcej, a całość ma bardzo zasadowy odczyn… – mozolnie wyliczył Bartek. – Coś ci to przypomina?
– Te astrofizyk… – zaczepnie rzucił Paweł, odkładając pustą butelkę po piwie.
– Skład składem, ale te charakterystyczne skupienia kryształków… Pokaż Bartek jeszcze raz to zdjęcie.
Na dużym wydruku z komputera był kawałek wykopany przez Bartka z nasypu, oczyszczony z błota i osadów. Błyszczące drobinki skupiały się kuliście tworząc promieniste linie rozchodzące się po całej bryłce. Przypominało to zarówno gąbkę, jak i mapę rozgwieżdżonego w nocy nieba.
Ekipa nie miała jednak zbyt wiele do powiedzenia w tej sprawie.
– Popatrzcie, takie ułożenie kryształków nazywa się chondrem i jest charakterystyczne dla meteorytów. Takie skały nie powstawały na Ziemi.
Paweł w milczeniu pokiwał głową. Michał z kolei, w charakterystyczny sposób podrapał się w czuprynę.
– Dziewczyna z laboratorium, która wykonała mi badania, powiedziała, że taki sam skład chemiczny mają perytodyty. – Bartek schował zdjęcie i tajemniczo się uśmiechnął. – A perytodyty przekształcając się w serpentynity powodowały przemianę dwutlenku węgla w związki organiczne, które według niektórych teorii dały początek życiu…
– Coś chrzanisz… Nic z tego nie rozumiem – zdegustowany Paweł sięgnął po kolejne piwo, odkapslował, ostro łyknął.
Bartek dalej uśmiechał się. Miał taki łobuzerski uśmiech, z którego wprawdzie nie dało się odczytać czy za chwilę nas za coś objedzie, czy też zaskoczy jakąś sensacją. Jednakowoż był to bardzo intrygujący a i demoniczny uśmiech.
– Ty, popatrz na to… – Sławek dał mocnego kuksańca Michałowi.

Zbyszek wdrapywał się na nasyp od strony nowego wiaduktu. Ruchy miał nieskoordynowane, sapał nadmiernie. Gdy podszedł, uciekał gdzieś z oczami, odwracał twarz. Był podpity.
– Słyszałem, Bartłomieju, że odkryłeś, iż nasyp główny jest pięć tysięcy lat młodszy od nasypu gdzie szła bocznica od wiaduktu… – wyraźnie czepiał się naszego archeologa.
– To nie do końca tak – ten nie dał się sprowokować – Urobek z nasypu sprawia wrażenie kilka tysięcy lat starszego niż urobek z wyszerzenia. Ten ostatni ma zasadowy odczyn, stąd kawałki drewna i kamyki sprawiają wrażenie o wiele młodsze, niż te z urobku obok. Wszystko było by jasne, gdyby nasyp był kwaśny.
– …ale nie jest…? – domyślnie rzucił Paweł.
– U mnie też kicha – wszedł w słowo Sławek – Byłem pod tym adresem, co go podał ten Ostrowski, ale tam go nikt nie zna. Nie ma takiego numeru bloku, pytałem sąsiadów, bo może numer pomyliłem, czy źle zapisałem…
– Zadzwoń.
– Nie ma numeru. Szymon miał go w komórce, ale chyba przez pomyłkę wykasował…
Bartek złapał za ramię Pawła. Pokazał coś ruchem głowy. W dole, ulicą wjeżdżała pod wiadukt czterokonna kolaska.
– To ze stadniny w parafii, tej za campusem – pośpieszył z wyjaśnieniem Michał. – Ale za to wiem, że ta planowana i niedokończona bocznica, była nie tutaj, ale przy starym przejeździe na Krosno. A te szyny, zostawili budowniczowie ścieżki rowerowej.
Zbyszek wyciągnął butelkę czeskiej wódki.
– Wiecie, mam doła. Kto się ze mną napije?
Bartek pokręcił z dezaprobatą głową. Odszedł nieco w bok, kiwnął ręką aby podejść.
– Wiesz co znaczy po niemiecku Werder? Taka wyspa na rzece, po polsku – ostrów. Werdermensch, to człowiek-ostrów, Ostrowski po prostu.
Czyżby pomieszały się nam czasy. Kiedy była katastrofa z udziałem Werdermenscha – po wojnie, czy przed wojną? A może UB zabrało go wtedy prosto z pociągu za sprawą śledztwa? Obaj i Ostrowski i Werdermensch zniknęli przecież nagle i niespodziewanie, nikt o nich nic nie wiedział przez długie lata… Werdermensch to Ostrowski a UB wymyśliło aferę, aby zamknąć Niemca, który tu pozostał…?
– Myślałem o tym wiadukcie i o wyszerzeniu. To wygląda jak śluza czasowa i łoże wyrzutni…
Czeska wódka Zbyszka była jakaś silna. Jakby zamroczyło po niej.
Spod małego, starego wiaduktu wyszła na polną drogę smukła dziewczyna. Długie włosy były jasne, nie blond, ale jakby ze śniegu. Zbyszek wstał, zawołał… Kogo on wołał, Iwona, jego Iwona była niska i włosy miała kasztanowe… Nie żyła już od dwóch lat… Paweł zaczął rozmawiać ze swoją matką, ha, ha, tłumaczył się, że nie przyszedł pomóc w roznoszeniu listów… Ale z kim on gada?
Śnieżnowłosa zaczęła zaplatać warkocz. I szeptać. Co ona szeptała?
– Obserwowałam to co robisz. Możesz pójść ze mną, pokażę ci to czego szukasz.
– Sam nie wiem czego szukam.
– Nie chcesz wiedzieć, jak to było?
– Chcesz mi to pokazać, jak?
– Przecież od dawna tego się domyślasz. My nie pojawiamy się skądś, jesteśmy stąd. Ty żyjesz w Zielonej Górze, a ktoś w Poznaniu. Ty żyjesz w 2012, a ja – nieco później. Wszystkie wymiary oddzielają nas tak samo.
– UFO to MZK za sto lat? Zmienił się model autobusu, ale trasa „ósemki” dalej wiedzie ze Wzgórz Piastowskich na Pomorskie?
– Tak. Ty sam jeszcze nie potrafisz przenieść się do początków, ale my już to potrafimy. Wezmę cię ze sobą.
Bartek rozmawiał z Ministrem o dotacji na nową chatę w skansenie łużyckim w Wicinie.
Sławek właśnie rozjechał drezyną urzędnika sprzedającego nieruchomości PKP.
Śnieżnowłosa zaplotła warkocz.
– Wiadukt to tunel czasoprzestrzenny, a szerszy nasyp – pas startowy?
– Tak. Ja mogę go otworzyć, z mojej strony, wy nie.
– Tam w lesie, nasyp, to też ślad po wizycie wehikułu?
– Wy nie widzicie transformacji, czasem tylko taki ślad, niczym cień…
Michał dał Promotorowi zredagowany przez siebie Rocznik Muzeum Czasów.
Miało być słońce, a znów padał śnieg. Bartek tkwił z nosem w żwirze. Kopał. Obok siebie położył szary, pożyłkowany kamień, oblepiony błotem. Podszedł Zbyszek, wziął kamień do ręki.