Joycearia (I)

Arkadiusz Łuba

Während der Coronapandemie habe ich Ewa Maria mit einem Virus angesteckt.

Ja, Ewa Maria hat meinen Virus geschluckt. Hat also angebissen.

Sie hat Interesse an Joyce gefunden. An Finnegans Wake, seinem letzten Buch. Ich lese ihr jetzt ab und zu Fragmente daraus laut vor, sie liest leise vorm Schlafengehen.

Sie ist in der polnischen Übersetzung letztens auf »durian« (FW 257.6), ein essbares Obst vom Baum gleichen Namens in Südostasien, mit einer harten, stacheligen Schale, einem stark aromatisierten, fleischigen Fleisch, Durio zibethinus aus der Familie Malvengewächse, bekannt für seinen abstoßenden Geruch, und auf »manga« (orig. »mongafesh«, FW 256.25) gestoßen und wollte wissen, ob Joyce etwas sowohl über die Frucht als auch über japanische Comics wissen könnte. Ich griff zu meinen schlauen Büchern und Kommentaren, schließlich beschäftige ich mich seit Jahren mit dem Autor und stellte fest:
1) »durian«, erscheint als Phrase »durian gay«, was – neben der Frucht – eine klare Hindeutung auf den Titelheld von Oscar Wildes The Picture of Dorian Gray ist.
2) etymologisch kommt das Wort aus dem Malaiischen und beschreibt eine seltene Frucht »duri« mit stacheliger Haut: duri Dorn + das substantivierendes Suffix »-an« = durian
3) In Flora of Great Britain and Ireland von Peter Sell und Gina Murrell kommt ein gewisses Hieracium duriceps vor (S. 394), ein Habichtskraut, beschrieben 1982 von F. J. Hanbury. Er beschreibt eine Yorkshire-Pflanze, die normalerweise sehr groß ist, lange, spitze Blätter und Deckblätter mit längeren Drüsenhaaren hat.
Abgesehen davon, dass Nora Joyce wie Molly Bloom eine „Bergblume“ genannt wurden (Hieracium kommt auch als alpinum vor), erklingt das Lied My Girl‘s a Yorkshire Girl (Mein Mädel ist ein Yorkshire-Girl), ein Edwardianischer Musichall-Song von C. W. Murphy und Dan Lipton, im Kopf von Blazes Boylan am Ende des zehnten Kapitels des Ulysses. Es kommt wieder in Circe vor, nicht nur, weil eine der Prostituierten sagt, sie sei aus Yorkshire, sondern weil das Lied selbst eine bösartige junge Frau betrifft. Für Boylan, der in ein oder zwei Stunden an Leopold Blooms Tür klopfen und seine Frau besteigen wird, hat das Lied eine noch offensichtlichere Bedeutung. Als Bloom Zoe Higgins fragt: „Woher kommst du? London?“, antwortet sie: „In Yorkshire geboren“ (S. 564). Viel später in Circe beginnen Gemeiner Carr und Gemeiner Compton, das Lied auf der Straße zu singen. Zoe hört sie und springt entzückt auf: „Das bin ich. (sie klatscht in die Hände.) Tanzen! Tanzen! (sie läuft zum Pianola.) Wer hat Zwopence?“ (S. 640). Sie bekommt zwei Pennys von Lynch, lässt sie in den Schlitz des mechanischen Klaviers fallen und spielt „in Walzerakt das Vorspiel zu My Girl’s a Yorkshire Girl“, während Stephen Zoe durch den Raum wälzt. Bald singt das Pianola selbst die Worte des Liedes, zusammen mit Zoe (S. 641). Boylans Yorkshire-Mädchen ist natürlich Molly, und der Roman wirft auf, beantwortet aber nicht die Frage: Wem genau gehört diese „Rose“ [Blume]?

Das Video zeigt The Shannon Colleens (Sinead Murphy und Darina Gallagher), die dieses Lied im Rahmen des Bloomsday Festival 2010 in Dublin im Bewley’s Cafe Theatre aufführen.

4) das erwähnte »mongafesh« ist ein Kalauer, zusammengebaut aus »monkfish« – also dem Meerengel, Squatina angelus, und dem »mangofish« – also einem essbaren indischen Fisch, »where fishngaman fetched the mongafesh« – „wo der »fishermenmonster« (nga: Birmanisch für »Fisch« und nga-man: Birmanisch für »Seemonster«) den Meermongster brachte“ (AŁ).
5) auch wenn Joyce die Durian-Frucht sowie japanische Mangas kennen konnte, geht es hier nicht um einen Comic, wie die polnische Übersetzung von Krzysztof Bartnicki wiederum suggeriert und was Ewa dementsprechend daraus herausgelesen hat: „gdzie rybanga mang ułowić taką mangelybę“ (S. 256.32-33). Verschwunden sind auch die Meeresmonster und die Fische. Dafür summt jetzt Bartnickis »w to mu durian graj« (S. 257.12).

Wie dem auch sei, zeigt diese kleine Analyse, wie reich an Bedeutungen Finnegans Wake ist und wie viele neue Bedeutungen es generieren kann.

In Folge der Recherche schrieb ich daraufhin zwei Limericks, auf Polnisch, mit »durian« (vielleicht übersetzt jemand ins Deutsche?!):
I
Pewnego pana Jarosława
obiegła po świecie niesława:
Że gardził Wilde’a Dorianem,
i śmierdział okrutnie durianem.
Ot owoc a polska sprawa.

II
Już na śmierć zapomniana
osoba owego waćpana.
Powodem zaś aktu tego
był zapach z usteczek jego –
jak zapach owocu duriana.

In Polen wird der Monat Mai der heiligen Mutter Gottes Maria gewidmet:

Dazu habe ich auch gedichtet:

Maj miesiącem kwarantanny,
wiedzą Ele, Julie, Anny.
Propaganda Maryjowa
tylko mąci w polskich głowach!
Jej słuchają głupie panny.*

*Anspielung auf die Biblischen „panny roztropne i panny głupie“ („kluge und törichte Jungfrauen“).

pozdrawiam
wiadomo kto 🙂

Sąsiedzi 16

Teresa Rudolf

Tęsknota…

Lesławowi trudno było wręcz uwierzyć, że dopiero dwa tygodnie minęły od jego wyjścia ze szpitala.
Nierealne poczucie innego czasu towarzyszyło mu każdego dnia. Znalazł się w dziwnym, swoim, ale jakby i nie swoim świecie.
Kiedy wszedł przed dwoma tygodniami, po dłuższej nieobecności, do swego mieszkania, podpierany przez dwóch mężczyzn z pogotowia, za którymi pewnie kroczyła Regina, Regina zachowywała się jak pierwsza i jedyna dama świata Lesława.
Pracownicy pogotowia zwracali się tylko do niej z formalnymi pytaniami, prawie zapomnieli, kto powinien podpisać druk, potwierdzający dostarczenie chorego do domu.
Lesław miał wrazenie, że wszystko dzieje się kompletnie bez jego udziału, jak w koszmarnym śnie, z którego nie można się wybudzić.
Przed oczyma przesuwały mu się różne postacie, obrazy, nakładając się na siebie. Szczególnie często w tym półśnie pojawiała się sąsiadka z drugiego piętra, Filomena, której nawet nie zdążył podziękować za częste i bardzo przyjemne odwiedziny w szpitalu.
Czuł jakiś żal do siebie, że jej nie zatrzymał w tym ostatnim tam dniu pobytu, wypuszczając  bezpowrotnie ster z rąk, na rzecz zaborczej Reginy, femme fatale, rujnującej nieustająco poczucie jego własnej wartosci.
Poprzez chwilowe inwalidzwo czuł się uzależniony od pomocy innych osób i nie miał zbyt wielkiego wyboru. Regina była profesjonalistką, pomyślał więc, że musi ją tak potraktować, jak każdą inną osobę wykonującą ten zawód, i ustalić z nią warunki jej pracy.
Z rozmyślań wyrwał go dźwięk telefonu.
– Panie Lesiu, to ja, Klara. Salomonowi jest u mnie bardzo dobrze, ale on tęskni za panem. Co moglibyśmy zrobić, byście się, choćby na krótko, zobaczyli? Czy mam z nim przyjść do pana?
Czy nie wchodzić i zostawić kosz przed drzwiami, uprzednio krótko dzwoniąc, a później wpadnę po niego? Obawiam się bowiem, że pana… hmmm, pomoc domowa, Regina, nie zapałała nagłą miłością do Salomona.
Lesio nie miał pojęcia jak zareagować. Chciał bardzo zobaczyć swego wieloletniego towarzysza życia, nagle uświadomił sobie, jak bardzo za nim tęsknił. Miał prawie łzy w głosie.
– Pani Klaro, przez tę “Coronę” nie mogę Pani tutaj wpuścić, bo jest pani sąsiadką, a nie współmieszkanką, sama pani rozumie, co się teraz dzieje, trąbią ciągle o tym w TV. Nie ma Reginy, może mogłaby Pani go przynieść pod drzwi, zadzwonić i wpuścić do mieszkania, bo sam nie będę mógł go wnieść?
Zastanowił się i po chwili dodał:
– Aha, ja tutaj przecież nic nie mam dla kota, więc zadzwonię odpowiednio, by o czasie zjadł swój posiłek znów u Pani. Zgadza się Pani?
– Dobrze, za 15 minut dzwonię do drzwi i czekam, aż pan doskoczy, ok?
Klara biegała po mieszkaniu za Salomonem, który na widok przenośnego kosza natychmiast zaczął uciekać i chować się po kątach.
-Kici, kici, kiciunia, wołała Klara, bez żadnego pozytywnego rezultatu.
Spocona jak po cieżkiej pracy, krzyknęła: – Jak nie, to nie, nie zobaczysz więc Lesia, zaraz do niego dzwonię.
W tym momencie, słysząc imię przyjaciela, Salomon wyszedł zza kanapy, sam wszedł do kosza, zwinął się w kłębek potulnie i czekał, aż Klara założy maseczkę i cienkie rękawiczki. Klara zaniosła dzielnie dość ciężki kosz na następne piętro.
Kot mruczał coraz głośniej i nie musiała już dzwonić, gdyż drzwi otworzyły się natychmiast. W drzwiach stanął Lesio, wspierając się na dwóch kulach.
Klara wypuściła Salomona, który wskoczył Lesiowi na ramię, głośno mrucząc i tuląc się.
Kiedy wzruszona odwróciła się, by iść już do swego mieszkania, usłyszała jeszcze cichutkie “dziękuję pani bardzo” i zamykające sie drzwi. Nagle, ni stąd ni zowąd, stanęła przed nią Regina, sycząc:
– A co się tu dzieje za moimi plecami, czego pani chce od Lesława?
Klara spojrzała na nią z pogardą i odpowiedziała:

– Za pani plecami jest ogromny świat, o którym się nawet pani nie śni, świat pełen kotów różnej maści, uśmiechęła się zagadkowo.

Spotkania z Księciem Ciemności 17

Ksawery Kopański

Jam jest Książę Ciemności!

Dziś, wraz z Księciem, spróbuję opowiedzieć o dwóch obliczach miłości. Dwóch spośród wielu możliwych. Miłości? Tak! Co prawda zeloci spod różnych sztandarów stwierdzą zgodnie, iż zwierzę – jako nie posiadające duszy – na miłość nie zasługuje. Ja mogę im jedynie odpowiedzieć: „Nadgorliwcy wy moi kochani! Spójrzcie w oczy psa. Zajrzyjcie w kocie źrenice. Nie widzicie duszy? Wasza strata – nie znam niestety adresu okulisty, który mógłby wam pomóc”. Im tak odpowiem, a Wam dalej, jakem obiecał, snuć będę klechdę o dwóch twarzach uczucia.

Można tak, jak moja Żona i ja. Czarnuch przychodzi do nas rzadko. Ma znacznie ważniejsze sprawy do załatwienia – zwłaszcza teraz, w czas kwietniowy. Całymi dniami albo patroluje swe włości…

…albo się wygrzewa w słonecznych plamach, na przykład na którymś z parapetów.

Przedwczoraj wieczorem moim oczom ukazał się taki oto, bajkowy i malowniczy, ensemble: głęboki mrok, na niebie błyszczy złoty sierp księżyca, na parapecie siedzi Książę, a na sąsiednim oknie przysiadła Tośka – brązowo-biała kotka sąsiadów; co prawda wysterylizowana, ale widocznie jej sex-appeal wciąż głośno rozbrzmiewa…

No to jakim cudem, w takich warunkach, Sierściuch mógłby znaleźć czas dla nas? A przecież znajduje! Przyjdzie, podje sobie godnie i widząc na fotelu słoneczną plamę, wskakuje, by się w niej wyspać.

Maciej Kot potrafi zadbać o swój interes, nie można jednak powiedzieć, iż jest egoistą: ileż uroczych chwil spędza tam również z Kropką!

Natomiast ostatnio rzadziej darzy względami moją Żonę (bo mnie, jak już wielokrotnie wspominałem, traktuje zasadniczo w kategoriach obsługi kelnerskiej). Po trosze dlatego, iż nie ma na to zbyt wiele czasu, ale jest też inna przyczyna: Żona posiada wyjątkowy talent do wyszukiwania i wyłapywania kleszczy, które kryją się pośród puszystego, czarnego futerka. Umie to robić – i robi to! Niestety, nie zjednuje tym aprobaty Księcia, który, mrucząc przejmująco, ucieka z Jej kolan, albo i w ogóle opuszcza mieszkanie. A Żona tak bardzo lubi te wspólne chwile tête a tête…

Narażamy się na jego wymówki, ratując go od pasożytów. Nie robimy niczego, co ograniczałoby jego wolność. Od małego easy rider, chimeryczny łazęga, pozostanie nim już do końca. A my akceptujemy taki układ. Czy to nie miłość?

***

Lecz można inaczej. Tak, jak czyni to, przywołany już niegdyś, mój Przyjaciel – belgijski prezbiter. Opowiedziałem o „Księciu Ciemności”, to teraz będzie o „Księdzu Ciemności” (taki żarcik, wynikający z uroczego przejęzyczenia naszej Adminki). Na plebanii w Ryżej Tafli – jak po trosze żartobliwie, a po trosze kreatywnie przetłumaczyłem nazwę miejscowości, w której ów zacny kapłan rezyduje – najważniejszą osobą jest Śnieżynka.

Nie zaznała w swym życiu poniewierki, od maleńkości otoczona czułą opieką Wielebnego. Nie zna szerokiego świata, nie opuszcza domu, choć może nawet i chciałaby nawiązać znajomość z kimś z zewnątrz.

Brak jej tej swobody, którą dysponuje Książę, ale jest bezpieczna. Co prawda nie przed kleszczami, bo te wnikną wszędzie – nie masz na tym świecie ucieczki od kleszczy! Jednak niebezpieczeństwa, na które narażony jest Czarnuch, jej w większości nie dotyczą.

A przede wszystkim śnieżynkowy Pańcio, kapłan, który wziął wszystko, co najlepsze, z nauk świętego Franciszka, kocha ją nad życie!

Na ten sposób, jak widać, też można. Inaczej, lecz równie prawdziwie. I tak jest dobrze.

Z domowego aresztu (5)

Zbigniew Milewicz

Sprawa Cywińskiego

W czasach mojej wczesnej młodości, w tak zwanym porządnym, śląskim domu za niewinne słowo pierona, można było dostać w pysk. Dzisiaj szkrab jeszcze nie chodzi, ale słownictwo ma już takie, że nawet szewcowi więdną uszy. Nie ma się co dziwić, klną na potęgę rodzice, ludzie z pierwszych stron gazet, internauci, nie tylko lumpy, i nikt ich za to pod żadnym publicznym pręgierzem nie stawia, a jak już trafi się czasem jakiś językowy lub moralny kaznodzieja, to go w społecznościowych mediach wyśmieją. Schamieliśmy jako naród, elity nam w czasie wojny wyrżnięto, z ocalałymi rozprawił się stalinizm, nie było od kogo uczyć się dobrych manier. Oczywiście upraszczam i narażam się na zarzut efekciarstwa, ale właśnie od niego zaczyna się ta historia, o której kiedyś opowiedział mi Tadzio Dyniewski, mój starszy kolega po piórze z katowickiego Wieczoru.

Ustawa o ochronie imienia Józefa Piłsudskiego, rzetelnie opisana również w Wikipedii, weszła w życie dnia 7 kwietnia 1938 roku. Miała zapobiegać naruszaniu czci zmarłego Marszałka i Naczelnika Państwa i była przejawem jego kultu w obozie rządzącym. Za uchybienie tej literze prawa groziła kara więzienia do lat pięciu. U podstaw obowiązującej ustawy leżała tak zwana sprawa Cywińskiego. Historyk literatury i docent Uniwersytetu im. Stefana Batorego, a zarazem dziennikarz, Stanisław Cywiński w recenzji propagandowej książki Melchiora Wańkowicza COP – ognisko siły*, opublikowanej 30 stycznia 1938 roku w endeckim Dzienniku Wileńskim, zawarł m.in. takie sformułowanie:

Wańkowicz /…/ daje szereg żywych obrazków tego, co widział, no i czego nie widział, ale co ma podobno powstać w czasie najbliższym, w tym sercu Polski, zadając kłam słowom pewnego kabotyna, który mawiał o Polsce, że jest jak obwarzanek: tylko to coś warte, co jest po brzegach, a w środku pustka.

Rzekomym kabotynem, czyli efekciarzem, liczącym na tani poklask, był ś.p. Pierwszy Marszałek II RP, tutaj nawet nie wymieniony z imienia i nazwiska. Wileńska cenzura dopuściła recenzję do druku i dopiero anonimowy autor, w artykule p.t. Plugastwo słowa, opublikowanym 13 lutego 1938 roku, w dwutygodniku Naród i Państwo, wskazał, że recenzent obraził Józefa Piłsudskiego. Kiedy tekst dotarł do inspektora polskiej armii w Wilnie, gen. Stefana Dąb-Biernackiego, ten wiedział, co należy do jego obowiązków. 14 lutego wieczorem grupa podkomendnych generała, w stopniach majorów i pułkowników złożyła wizytę w mieszkaniach Stanisława Cywińskiego oraz Aleksandra Zwierzyńskiego, naczelnego redaktora Dziennika Wileńskiego i Zygmunta Fedorowicza, jego zastępcy. Cała trójka została brutalnie pobita i skopana. Zwierzyńskiego i Fedorowicza nie było w domach, dostali swoje w redakcji, przy okazji ucierpieli też inni pracownicy gazety. Pomieszczenia redakcji zostały zajęte przez policję, a wszystkich trzech aresztowano, z oskarżenia o zelżenie Narodu Polskiego poprzez użycie obelżywego epitetu pod adresem jego Marszałka.

W Wilnie, w obronie aresztowanych, wyszła na ulice młodzież, a cała sprawa szybko trafiła pod obrady sejmu. Już 17 lutego jedna z posłanek z okręgu wileńskiego wystosowała interpelację do rządu, w której potępiła protesty młodzieży i zapytała, co władze mają zamiar uczynić z tą obrazą majestatu. W podobnym tonie zareagował Senat, senator Władysław Malski stwierdził:

[…] Honor służby nakazuje nam reagować bez względu na to, kto, gdzie i jak uwłacza imieniu Komendanta. Nie jest istotą czy mniej bili czy dużo bili […] reagować będziemy bez względu na to czy wymiar sprawiedliwości będzie działał sprawnie, czy mniej sprawnie. Serca nasze i honor żołnierski każą nam reagować natychmiast.

Rząd zajął się tematem może nie tak szybko, jak pułkownicy generała Biernackiego, ale już 15 marca przedłożył sejmowi projekt ustawy o ochronie imienia wybitnego wilnianina, która została przyjęta w trybie natychmiastowym i jednogłośnie. Kilka dni później przegłosował ją senat. Weszła w życie, lecz wobec Stanisława Cywińskiego nie mogła być zastosowana, zgodnie z zasadą, że prawo nie działa wstecz. Mógł być osądzony jedynie na podstawie przepisów obowiązujących w chwili rzekomego popełnienia czynu, czyli za przestępstwo publicznego zelżenia bądź wyszydzenia Narodu lub Państwa Polskiego, za które paradoksalnie groziła niższa, niż w przypadku ustawy, kara więzienia do lat trzech. Otrzymał najwyższy wyrok, ale Sąd Apelacyjny zmniejszył go do 18 miesięcy pozbawienia wolności, z czego szczęśliwie odsiedział tylko pięć.

Tadziu Dyniewski pisał w tygodniku Tak i Nie o archiwalnej sprawie Józefa Mrukwy ze wsi Studzionka, koło Pszczyny, który podpadł pod ustawę. Aresztowano go za opowiedzenie dowcipu o Piłsudskim i żartobliwe porównanie polskiego i niemieckiego potencjału militarnego, ale był to już marzec 1939 roku. W maju sprawa została skierowana do Sądu Okręgowego w Katowicach, Mrukwa miał odpowiedzieć za uwłaczanie czci Józefa Piłsudskiego i rozpowszechnianie fałszywych wiadomości, mogących osłabić ducha obronnego społeczeństwa. Mrukwa był prawdopodobnie jednym z niewielu Polaków, którzy powitali wybuch wojny z radością, bo do skazania już nie doszło. Poza jego sprawą ustawa została uruchomiona jeszcze tylko raz na przestrzeni ponad 30 lat jej istnienia. Tym razem zapadł prawomocny, skazujący wyrok; przed Sądem Okręgowym w Toruniu stali Zygmunt Felczak, redaktor Obrony Ludu i Kazimierz Klimczak, rysownik pisma, oskarżeni o obraźliwy artykuł i grafikę pod adresem Marszałka i prezydenta Ignacego Mościckiego, dokładnie w rocznicę jego prezydentury. Redaktor otrzymał karę 18 miesięcy pozbawienia wolności, rysownik sześciu. Czy wybuch wojny wpłynął na skrócenie ich odsiadki, tego nie wiem.


Sprawcy pobicia dziennikarzy byli w pełnym, oficerskim umundurowaniu i pod bronią, bili swoje ofiary po głowach kolbami pistoletów i kopali leżących butami, do nieprzytomności. Nigdy za to nie ponieśli konsekwencji, ponad rok po zdarzeniu ich zleceniodawca, gen. Dąb-Biernacki otrzymał order Legii Honorowej.

Po wojnie nastał u nas nowy, polityczny ład i ustawa nie była już stosowana, choć prawnie dalej obowiązywała, do archiwum zawędrowała dopiero w 1969 roku, wraz z innymi, przedwojennymi przepisami Kodeksu Karnego. Po 1989 roku nie została przywrócona, czego dzisiaj pewnie wielu polityków żałuje, bo można byłoby ją na bieżąco nowelizować i poszerzać o liczące się nazwiska (niepotrzebne by się skreślało), a jakie, to już pozostawiam czytelnikom do wyboru.


*Centralny Okręg Przemysłowy – okręg przemysłowy przemysłu ciężkiego o powierzchni 60 000 km² i zamieszkany przez 6 mln ludzi, budowany w 1936–1939 w południowo-centralnych dzielnicach Polski. Był jednym z największych przedsięwzięć ekonomicznych II Rzeczypospolitej.

Walk of Shame

Foto: Anton Lee Slaski, marzec 2020

Ewa Maria Slaska

Tak od kilku dni wygląda moje zdjęcie profilowe na Facebooku.
Walk of Shame to ruch, idea, myśl. Myśl o wstydzie.

MANIFESTO

We are citizens of Europe and we feel ashamed. Each of us witnessed that the European migration policies resulted in a systematic dehumanisation of people stuck at the borders of Europe. We are not pointing fingers at anyone. We believe this is on all of us.

It’s not that we have not tried. Some of us brought tents and food, some of us signed petitions and joined protests, some of us will continue to do so. But we have to face the fact that despite all our efforts, the situation has only gotten worse over the last years: there has been no European-wide attempt to solve the crisis since the European Relocation Decisions of 2015.

It’s time to acknowledge the fact that Europe has failed to uphold some of its values and no change is foreseeable in the near future. So we will acknowledge publicly and personally that we, as Europeans, have failed to act according to the European standards we have worked so hard to establish in the past. Let this be our protest and let it be known by people stuck in refugee camps, by family, friends and decision makers: a loud statement of the shame we feel. Nothing more for now, nothing less.

‘Walk’ with us in Shame. For we might feel powerless, but we will still connect. We might feel helpless, but we won’t stay silent. We cannot walk physically, as we planned earlier, due to the coronavirus pandemic, but we will Walk Together, Stand Together, Talk Together and Share Together. Be it online, as we do daily with friends, family and loved ones.

What can you do?

Share your Shame with us

Do you feel shame about the current situation of refugees in Europe? Share it with us. Write to us about the moments you felt shame, as specifically and personally as possible, to openly admit shame, restores justice and brings us closer to each other.

Join our Walk Of Shame Talks

Together we will have many conversations with friends who are stuck in refugee camps in Europe. We will create Walk Of Shame stories out of it, podcasts and videos. Some will turn these stories into art. Join our conversations, share the Talks.

Let’s rehumanise the relation between residents of Europe and people on the move – step by step, click by click – and as soon as the pandemic ends we will Walk. Together.


Czego się wstydzę?

Pierwsza, natychmiastowa odpowiedź brzmi: tego, że w ogóle o nich nie myślę, a, jeżeli, to z ulgą przyjmuję do wiadomości, że uchodźcy zostali TAM. TAM czyli za kordonem. Nie, to nawet nie jest myśl, nie jest sprecyzowana tak jak tu, nie jest zdaniem, nie ma wielkiej litery na początku, ani kropki na końcu zdania. To nie statement, to uczucie, ale jest i nic nie pomaga, że już w sekundę po tym, jak się pojawi, myślę z odrazą i nienawiścią o sobie samej i moich małych, mieszczańskich ideałach życiowych. Najbardziej przeraża mnie myśl, że w zakamarkach mojego nieświadomego ja czai się coś, czego się wstydzę, o czym JA świadoma wcalę nie chcę wiedzieć, nie chcę tak myśleć ani tak odczuwać.

Można by o tym nie pisać, po co, skoro w swoim świadomym życiu staram się robić to, co mogę, żeby pomóc, złagodzić, zlikwidować. Ale piszę, bo wydaje mi się, że trzeba najpierw spojrzeć na siebie, zanim się zrobi coś, co, chociażby pośrednio, jest krytyką tego, co robią inni. Bo jeżeli polityka w lutym 2020 roku szybko i z lubością skorzystała z możliwości zatrzaśnięcia bram Europy i zamienienia jej w twierdzę, przez którą zgromadzeni na granicy Europy uchodźcy się nie przedostaną, to nie dlatego że sama z siebie jest dziełem nieludzkich potworów, ale dlatego że politycy dokładnie wiedzą, co tkwi w człowieku, co tkwi w NAS. Polityka dobrze wie, iż pod werniksem nowoczesnego, uczciwego człowieka jesteśmy małymi zagubionymi istotami sprzed pięciu milionów lat, i właśnie zapaliły się lasy, w których mieszkamy, za co odpowiada jakiś potworny demon, i musimy uciekać, uciekać jak najprędzej, dopaść jaskini, schować się tam, zabić kamieniami skorpiony i skolopendry, wygonić żmije i zjeść króliki i szczury, które tak jak my, poszukały tu schronienia przed katastrofą.

My, nowocześni ludzie w XXI wieku, wciąż jeszcze, jak się robi choć tylko trochę gorzej, siedzimy znowu tam w tej strasznej jaskini, w której rodziło się człowieczeństwo. To jeszcze zwykła jaskinia, jeszcze nikt z nas nie namalował na ścianach i sklepieniach wspaniałych obrazów, nie zrobił ołtarzy, nie stworzył bogów, którzy mieli zastąpić stare demony. Minie pięć milionów lat, zanim w Grecji urodzi się mężczyzna o imieniu Platon i zobaczy, że na sklepieniu tej jaskini kłębią się idee i pojęcia, według których poza jaskinią budujemy świat. Platon uznał, że to jakaś siła wyższa tam te pojęcia umieściła, jako wzór dla nas, zwykłych ludzi. Ale to nieprawda, to są nasze ludzkie myśli. Mieliśmy pięć milionów lat, żeby skuleni w jaskini, chroniąc się przed ścianą lodu, huraganem ognia, lejącym się z niebios potopem, uciekając przed strasznymi zwierzętami, wyposażonymi w zęby, kły, rogi i pazury, wyobrazić sobie, jak byłoby dobrze, gdyby tego wszystkiego nie było.

Minęło jeszcze kilkaset lat. Pewien prorok w Izraelu zmartwychwstał, odrzucił kamień barykadujący wejście do tej jaskini i wyszedł, a potem wstąpił do nieba, siedzi po prawicy ojca, ale kiedyś przyjdzie w chwale sądzić żywych i umarłych, a królestwu jego nie będzie końca. Ale to zaledwie dwa tysiące lat temu. A to, co nas prowadzi przez codzienne życie, to strach nagromadzony przez pięć milionów lat.

Żadne z naszych ludzkich uczuć nie ma za sobą dłuższego życia niż to jedno: schować się w jaskini, nie widzieć niebezpieczeństwa, przeczekać, aż przeminie. Humanizm, patriotyzm, demokracja, współczucie dla innych, prawo i sprawiedliwość społeczna, ochrona tych, co są słabsi, umiejętność dzielenia się, opiekuńczość, niesienie ulgi… To wszystko są wymysły ostatnich dwóch tysięcy, dwustu albo dwóch lat. Ich moc wypływa z sumienia, serca i rozumu, może z miłości, ale ich siła jest niczym w porównaniu z pięcioma milionami lat w jaskini.

Oczywiście fakt, że ten strach trwał pięć milionów lat, tylko wyjaśnia, dlaczego tak się dzieje, natomiast w niczym nas nie usprawiedliwia. Bo wokół nas są ci, których nawet pięciomilionowy strach nie sparaliżował.


Foto: Dorota Cygan, kwiecień 2020
Czasy zarazy – ja w mojej jaskini.

Pięć milionów lat.

Gdy się nad tym zastanawiam, nie mogę się nadziwić, że jednak czasem udaje się nam coś zrobić, że udaje się pokonać to dziedzictwo, że pojawia się śliczna, słodka, szczuplutka Ania Alboth, z tym swoim pięknym mężem i dwoma niezwykłymi córeczkami, i coś robi. Że w ogóle ktoś coś robi. Że Ania płacze na widok bombardowanego szpitala pedriatycznego w Aleppo, a w trzy miesiące później z lotniska Tempelhof wyrusza marsz tych, co chcą zaprotestować. W marszu weźmie ogółem około pięciu tysięcy osób, niektórzy jak ja – przez kilka dni, inni od początku do końca, przez osiem miesięcy i w końcu dojdą do granicy z Syrią, tylko do granicy a nie do Aleppo, bo dalej nie wpuści ich polityka.

Przez kilka dni maszerowałam z Anią. Nie, nie ma mnie na tym zdjęciu, ale jednak gdzieś jestem na jakichś zdjęciach. Robią wrażenie, bo akurat przedzieramy się przez skute mrozem, owiane zamiecią polne drogi na trasie między Brnem a Wiedniem. Nie wiem, ile kilometrów tym razem pokona Ania, nie wiem, ile ja z nią przejdę, przede wszystkim oczywiście nie wiemy, kiedy skończy się kryzys i pandemia, ani, i to najważniejsze, co się zdarzy w obozach dla uchodźców po drugiej stonie murów, którymi się otoczyła Europa.

Meeting Walk of Shame podczas pandemii

To wspaniale, że jeszcze są ludzie, którym się chce podejmować wysiłek rehumanizacji Europy. Ja sama niczego nie wymyślę, a jak czasem nawet coś bym wymyśliła, jakieś małe maleńkie myślątko, to nie ma we mnie tej siły, która pozwoli je zamienić w myśl, a myśl w działanie. Nie jestem przywódczynią. Gdyby nie było tych innych, pewnie zawsze tylko bym siedziała na ławce i karmiła wróble. No, ale skoro są, to jak się skończy pandemia, to wstanę i pójdę, a na razie przyznaję się do własnego wstydu.

Jeśli macie ochotę, napiszcie, co o tym sądzicie, co sądzicie o ruchu walk-of-shame, co o jego przyzczynach? Czy Europa powinna się wstydzić? Czy my powinniśmy się wstydzić? Co możemy zrobić, co powinniśmy, co zrobimy?

Mój znajomy, Don Kichot

Było ich już kilku, dziś kolejny…

Roman Brodowski

Drodzy rodacy, opozycyjni przyjaciele i szanowni adwersarze,

kiedy w latach osiemdziesiątych pisałem paszkwile przeciwko ówczesnej, komunistycznej władzy, kiedy udawało nam się (mi i moim przyjaciołom) mimo strachu rozwiesić na ścianach kopalń czy obiektów publicznych napawające otuchą nasz naród, patriotyczne (dla władz antypaństwowe) wiersze, byłem szczęśliwy. Wówczas wiedziałem, że to ma sens. Nawet wtedy, gdy musiałem w 1987 roku uciec przed organami SB z kraju, nie wątpiłem, że warto było walczyć słowem poezji, gdyż naród był jednością, był jedną wielką doświadczaną przez tragiczny los rodziną.

Gdy w 1989 roku nad naszym krajem zaczęło powoli świecić słońce suwerenności, kiedy zapachniało wolnością słowa, poglądów, przekonań, kiedy ludzie bez względu na swoje orientacje, wyznanie etc. zaczęli się do siebie zbliżać, by wspólnie budować lepszą przyszłość dla siebie i swoich dzieci, płakałem i dziękowałem za łaskę nieznanej mi dotąd siły.
Czułem się, jak wielu moich rodaków, spełnionym, wolnym i dumnym członkiem naszej wspólnoty, wspólnoty, która nazywa się Polska.

Zza “miedzy” obserwowałem rozwój naszej ojczyzny, odzianej w nową rzeczywistość. Cieszyłem się, gdy Polska na arenie światowej powoli, krok za krokiem zaczynała nabierać zarówno politycznego jak i gospodarczego znaczenia. Łzy cisnęły się do oczu, gdy kraj nasz wstępował do NATO , do Unii Europejskiej, do strefy Schengen.
Szlag mnie (za przeproszeniem) trafiał, gdy rząd nasz podejmował błędne decyzje, gdy pojawiały się afery, gdy władza dbała bardziej o interesy własne, aniżeli narodu.
Mówiąc językiem sportowym, kibicowałem raz jednym, raz drugim. Kiedy trzeba było, stałem po stronie rządu, a kiedy rząd nie miał w czymś racji, wspierałem opozycję.
Oczywiście moje zdanie nie miało ni znaczenia, ni wpływu na to co się w kraju dzieje. I słusznie. Tak mi się przynajmniej wydawało.

Dopiero rok 2005 i przejęcie w Polsce władzy przez PiS wywołał we mnie jakiś nieznany, obcy mi niepokój. Obserwując polityczne poczynania tego ugrupowania, sztucznie tworzone afery, podsłuchy, brutalne eliminowanie politycznych przeciwników z gry, próby gloryfikowania jednostki, początki tworzenia policyjnego reżimu etc., zauważałem wiele analogii do opisu początkowej fazy powstawania niemieckiego faszyzmu.
Niektóre decyzje ówczesnego rządu, a przede wszystkim jego premiera, porównywałem do tego, co przeczytałem w książce “Mein Kampf” i do rozważań filozoficznych, zawartych w dziele Machiavellego “Książę”.
Już wówczas niektórzy politycy, tacy jak np. pan A. Leper przestrzegali naród przed kaczystami.

Niestety nasz naród wolał siedzieć cicho .
Co prawda po skróconych wyborach nie dał pisowskiej partii kolejnego mandatu, ale jednocześnie nie wyciągnął wniosków z okresu rządzenia PiSu w latach 2005 – 2007.

Kolejny rząd, rząd PO, także nie wyciągnął konsekwencji w stosunku do politycznych przestępców, poprzedniego rządu. Mało tego, pozwolił pisowskim satelitom wślizgnąć się w struktury koalicji i powoli organizować tzw. afery jak np Amber Gold, spółki finansowanej przez pisowskie SKOK-i, czy też sprzedaż stoczni, sprzedanej przez PiS pod egidą PO.
Tych afer było więcej, to prawda. Ale mimo to, właściwie prawie wszystko, co dzisiaj posiadamy, powstało właśnie za czasów PO.
Kiedy zadaję ludziom pytanie, co zrobił PiS dla Polski, w odpowiedzi słyszę, że dał 500+, trzynastkę dla rencistów, rozliczył z afer PO-wską bandę i zabezpieczył kraj przed ewentualną agresją Rosji, sprowadzając na stałe NATOwskie wojsko do kraju.
Natomiast kiedy pytam inaczej, prosząc o konkrety, jak np. ile przedszkoli powstało za rządów PiS, ile kilometrów autostrad, ile boisk, placów zabaw? w odpowiedzi zapada cisza.
Kiedy pytam ile znaczących inwestycji powstało w Polsce za rządu PiS? Cisza.
Ilu przestępców PO-wskich afer siedzi w więzieniach? Cisza.

Moim zdaniem rozdawać pieniądze nie inwestując, jest najłatwiej, zwłaszcza, gdy czyni się to, zadłużając kraj na konto przyszłych pokoleń…, zwłaszcza, gdy czyni się to z pobudek ideologicznych, a taką bez wątpienia pobudką jest kupowanie narodu dla utrzymania się przy władzy.
Kwestie ściągania obcych wojsk w celach zabezpieczenia się przed (moim zdaniem wyimaginowanym) wrogiem Polska już przerabiała i to dwukrotnie. Po raz pierwszy, gdy Konrad Mazowiecki sprowadził Krzyżaków do kraju i po raz drugi, gdy Targowiczanie poprosili Carycę Katarzynę o pomoc i wojska. Czym się to skończyło?
I teraz nie będzie inaczej. Tym razem jednak, przy ogólnej radości Amerykanów, którym to wreszcie ktoś płaci za bazę, a nie odwrotnie, i śmiechu międzynarodowej opinii…, z tego samego powodu.
Widząc, w jakim kierunku zmierza obecny rząd Kaczyńskiego, jakie niebezpieczeństwo grozi naszej tak ciężko zdobytej demokracji, i ja postanowiłem włączyć się w nurt walki po stronie opozycji. Po raz kolejny moja romantyczna dusza zabrała się za krytykę tego, co PiS czyni z naszym krajem.
Miałem nadzieję, że naród nasz, zwłaszcza opozycja, zjednoczy się i tworząc wspólny program, wspólny konstruktywny front przeciwko bezprawiu, łamaniu przez kaczystów naszej konstytucji, tworzeniu państwa policyjnego, kontrolowanego w każdej sferze przez narodowo-katolicke struktury dyktatorskiego reżimu PiS.

Niestety po pięciu latach doszedłem do wniosku, że w naszym państwie rządzi nie tylko PiS, ale rządzi się własnymi prawami polityczna walka wewnątrz opozycji, walka każdego z każdym.

Dzisiaj Ojczyzna przypomina mi biblijną Chrystusową szatę, rwaną na kawałki, o którą grano w kości.
Tak, wydaje mi się, że dzisiaj nikomu chyba nie zależy na przyszłości naszego kraju. Rząd, opozycja i skłócony polski lud powoli staczają po równi pochyłej naszą Ojczyznę w przepaść i to zarówno gospodarczą jak i kulturową.

Dlatego, dopóki w naszym kraju, naród nie będzie walczył o jedność, nie zrozumie, że dobro narodu, tworzy nasze dobro, dopóki nie zacznie walczyć o Ojczyznę, a nie tylko o zaspokojenie swoich potrzeb, i dopóki naród będzie za cenę własnej historycznej i rodowej tożsamość kupował swoje pięć sytych minut od pozbawionych skrupułów despotów, dopóty nie zrobię już nic.

Tak, przestałem widzieć sens w mojej patriotycznie, opozycyjnej znaczonej piórem donkichoterii.
To przykre, ale brak mi już sił. Życzę moim rodakom, aby zbudowali lepszą przyszłość swoim dzieciom, przyszłość w narodowej, tolerancyjnej, praworządnej i jednoczącej Polsce.

Berlin 20.04.2020

Sen?

Ten czas powoli umiera
Mój świat, moje wczoraj
Moja prawda przebytej drogi
Zasypia zmęczona w śmietniku

Na nagrobkach pamięci
Ktoś napisał nową historię
Zgniłym, brunatnym tekstem
Zamazał przeszłość narodu

A nad ojczyźnianym “Jestem ”
Krąży niby sęp widmo “byłem”
Czekając chwili swojej chwały
Lepszego przymierza z ludem

Gdzie jest mój kraj, moje gniazdo
Obraz romantycznej przygody?
Tonie w krwi sprawiedliwej przodków
W boleści historycznej prawdy

Modlitwa zamieniona w pustosłów
Śpiewana przy każdej okazji
Straciła moc uzdrawiania dusz
Zagubionych w gąszczu bezprawia.

Naród ulepił sobie nowego pana
Cielec rozdaje mamonę wiernym
Za jeden jedyny pokłon wiary
A oni nie widzą w nim szyderstwa

Kolejny już zmierzch wolności
W rytmie faszystowskiej pogardy
Spokojnie tuli się w objęciach
Dyktatorskiej władzy szaleńca

Jak dobrze, że to tylko sen

Berlin, 16.04.2020

 

Frauenblick: Prag 5

Monika Wrzosek-Müller

Der Golem aus Prag – Geschichte eines großen Helfers

Seit Wochen sind wir nun in unserer Abgeschiedenheit gefangen, verbarrikadieren uns in häuslicher Quarantäne und hoffen heil aus dem Schlamassel rauszukommen. Jeder improvisiert sein Leben und stellt bisherige Gewohnheiten auf den Kopf. Für viele wird das Lesen und Tagträumen zum Ausweg aus der Monotonie und manchmal auch aus der Langeweile der Einsamkeit.
Ich sitze alleine in Prag, ausgerechnet in einer Stadt, die im Massentourismus fast unterzugehen drohte, in der uns tausende Museen, Ausstellungen, Kirchen, Paläste mit ihren Interieurs lockten, jetzt steht man vor geschlossenen Türen überall; ich betrachte die leere Karlsbrücke und andere Plätze, die noch vor ein paar Wochen voller Menschen waren, die Leere ist bezaubernd und zugleich beängstigend. Ich denke, was für ein Wahnsinn, wie schnell ändert sich alles, was werden wir daraus lernen, wie physisch und vor allem psychisch heil da herauskommen?
Ich lasse meine Gedanken schweifen und da geht mir Herbert Grönemeyers Lied „Siebter Sinn“ durch den Kopf, in dem vom Prinzip Hoffnung die Rede ist. Daraufhin mache ich mich auf die Suche, woher dieser Begriff wohl käme, und ich erinnere mich daran, dass ich ein Buch mit diesem Titel bei uns im Regal habe stehen sehen, nämlich das Werk des deutschen Philosophen Ernst Bloch. Er schrieb es im amerikanischen Exil, zwischen 1938 und 1947, und er muss dort wohl viele dunkle und hoffnungslose Tage durchlebt haben. Doch das Buch, vor allem die Kapitelüberschriften von „ Das Prinzip Hoffnung“, scheinen mir wie geschaffen für unsere Tage hier in den Zeiten der Coronavirus-Pandemie. Kapitel eins: „Kleine Tagträume“; Kapitel zwei hat einige Unterkapitel, die sehr gut passen: „Die Kategorie Möglichkeit“ oder „Das Dunkel des gelebten Augenblicks“; Kapitel drei: „Wunschbilder im Spiegel“, Kapitel vier: „Grundrisse einer besseren Welt“ und das fünfte und letzte Kapitel: „Wunschbilder des erfüllten Augenblicks“. Hoffen wir alle, der erfüllte Augenblick kommt bald und einige Maßnahmen werden aufgehoben, weil die Zahlen der Infizierten, der Kranken und der Toten zurückgehen werden. Ich habe das Buch mehrmals in der Hand gehabt, doch leider gelesen habe ich es nicht. Aus den Besprechungen entnehme ich einige Fetzen und Leitgedanken, was für ihn das Prinzip Hoffnung hätte sein können. Zunächst mal ist die Hoffnung für Bloch eine „konkrete Utopie“. Aus Wünschen, Tagträumen und Wunschbildern der Menschen entstehen reale Möglichkeiten, an denen alle arbeiten sollen. Sein Hauptprinzip der Hoffnung ist wohl die Erwartung, eine vollkommene Geborgenheit in einer Welt zu finden, in der man arbeitet, um zu leben und nicht lebt, um zu arbeiten, und so eine Welt begreift er dann als Heimat. Ich vermute stark, dass es ein Buch sein könnte, dem man sich jetzt widmen sollte.
Eigentlich wollte ich über etwas anderes aus Prag erzählen, und zwar über die Legende vom Golem; er wurde auch als Hoffnungsträger geboren oder aus Lehm geschaffen. Wir erschaffen uns immer wieder kleinere Hoffnungsschimmer, um mit verschiedenen Situationen fertig zu werden. So waren die Juden, die seit eh und je in den europäischen Städten in Ghettos lebten, mehr schlecht als recht, dazu verleitet, sich Techniken auszudenken, um mit schwierigen Situationen umzugehen. In diesen Zusammenhang gehört auch die sehr alte Geschichte von Golem; sie tauchte schon im Mittelalter auf, doch die bekannteste Erzählung über die Erschaffung eines unförmigen, kräftigen und übergroßen Ungeheuers mit menschlichen Zügen aus Lehm stammt aus dem Prag des 16. Jahrhunderts. Der Hof Kaiser Rudolfs II. war von Alchemisten und Gelehrten verschiedenster Couleur bevölkert. Der Kaiser zögerte auch nicht, Rabbiner nach ihrer Meinung zu fragen und mit ihnen zu disputieren. Die Prager jüdische Gemeinde war zu dieser Zeit eine der größten in Europa; ihr Rabbiner Judah Löw, den es wirklich gegeben hat und der ein Philosoph, Talmudist und Kabbalist war, kümmerte sich um seine Gemeinde und wollte sie gegen Beschuldigungen des Ritualmordes an christlichen Kindern schützen.
Woher kommt das Wort Golem? in der hebräischen Sprache bedeutet es: Puppe oder Larve, aber auch alles Formlose, Unfertige; im heutigen Ivrit wird es für dumm, hilflos, naiv benutzt.
Bevor ich die Legende vom Golem nach Isaac Bashevic Singer erzähle, hier kurzer Überblick über die vielen literarischen Bearbeitungen des Themas. In der deutschen Romantik befassten sich mit dem Mythos Golem E.T.A. Hoffmann, Theodor Storm und Anette von Droste-Hülshoff. Wohl das bekannteste Buch über den Golem war der 1915 erschienene Roman von Gustav Meyrink; er gilt als Klassiker und Paradebeispiel der phantastischen Literatur. Sogar unser polnischer Science-Fiction Schriftsteller Stanislaw Lem schrieb 1981 einen Roman: Golem XIV. Die Symbolik vom Golem wurde auch in vielen Theaterstücken benutzt; das Drama von Karel Capek R.U.R ist in Anlehnung an den Mythos von der Erschaffung des Golem geschrieben. Selbst das im Stück benutzte Wort Roboter kann man darauf zurückführen. Diesen Faden könnte man noch weiter spinnen; die Erfindung der künstlichen Intelligenz nebst Robotern, die Beschäftigung mit Computern und Zahlenkombinationen beim Programmieren haben vielleicht ein und dieselbe Quelle. Auch die sehr beliebte Jugendautorin Miriam Pressler befasste sich mit dem Thema in ihrem Roman: Golem stiller Bruder.
Zurück zur Legende vom Golem, der aus dem Prag des goldenen Zeitalters, die von Singer 1982 aufgeschrieben wurde. Er widmete „dieses Buch den Verfolgten und Unterdrückten überall in der Welt, den Alten und Jungen, den Juden und Nichtjuden – in der Hoffnung wider alle Hoffnung, dass die Zeit der falschen Beschuldigungen und böswilligen Erlasse eines Tages enden wird.“
Die Legende spielt also in den Zeiten von Rabbi Löw in Prag. Ein wohlgeborener Edelmann namens Bratislawski ist durch Spielschulden in größte Geldnot geraten und versucht einen Ausweg aus dem totalen Bankrott zu finden. Er bedrängt den Bankier Reb Eliezer Polner im Ghetto, ihm Geld zu geben. Als dieser Versuch scheitert, denkt sich der Graf einen teuflischen Racheplan aus. Er lässt den Juden festnehmen und beschuldigt ihn, seine kleine Tochter Hanka entführt und vielleicht umgebracht zu haben. Es folgt ein Gerichtsprozess und der Jude verliert, weil der Graf zwei Zeugen stellt. Der Graf behauptet, seine Tochter sei umgebracht worden, um auf diese Weise an ihre Aussteuer (sprich Geld) heranzukommen. Rabbi Löw sorgt sich um das Schicksal seiner Gemeinde und besonders um Reb Eliezer. So erschafft er, einer Eingebung folgend, aus Lehm den Golem und trägt ihm auf, das Kind zu finden und zum nächsten Prozesstag als Zeugen zu präsentieren. Als die ganze jüdische Gemeinde beschuldigt wird, dass sie, um Matzen zu backen, frisches Christenblut benutze und dafür die kleine Hanka umgebracht habe, erscheint der Golem mit dem Kind des Grafen auf dem Arm. Nun endet der Prozess mit der Verhaftung des Grafen und der falschen Zeugen und die jüdische Gemeinde kann in Ruhe das Passahfest feiern. Die Nachricht von dem Riesen verbreitet sich und der Kaiser lädt Rabbi Löw und den Golem auf den Hradschin vor; und beschwört den Rabbi, dass der Golem keinen Tag länger als nötig existieren dürfe. Doch hier kommt Rabbi Löws Frau Genendel ins Spiel, die dem Golem auftragen will, einen Felsblock an der Moldau zu verschieben und den Schatz, der dort angeblich vergraben sein soll, zu heben. Sie will das Geld an die Gemeinde verteilen. Nach langem Überreden ist der Rabbi einverstanden, doch der Golem weigert sich diesen Befehl auszuführen. Dem Rabbi wird bewusst, dass er langsam die Gewalt über dem Golem verliert und dass er immer menschlichere Züge annimmt. Zwar stellt er eine große Hilfe für die Gemeinde dar, zugleich aber auch eine Gefahr für die Stadt. Es passieren ihm immer wieder Missgeschicke; er läutet z.B. den ganzen Tag die Glocken oder zertrampelt die Marktstände auf der Suche nach Essbarem. Als sich der Golem in ein Mädchen namens Miriam verliebt, beschließt der Rabbi ihn zu beseitigen. Dazu kommt noch der Befehl, dass er in die kaiserliche Armee eingezogen werden soll. So überredet der Rabbi Miriam, den Golem zu überlisten und zum Schlafen zu bringen. Sie soll ihm viel Wein verabreichen und ihn betrunken machen. Währen dieser schläft, tilgt der Rabbi den heiligen Namen von der Stirn (entweder Schem oder Emeth) des Golems und verwandelt ihn wieder in einen Klumpen Lehm. Doch das Mädchen Miriam verschwindet; sie wird in Prag nie wieder gesehen.
Die Moral aus der Geschichte ist kompliziert und vielfältig, auf jeden Fall ist der Golem aber ein Symbol für Hoffnung in Zeiten großer Not. Sie lehrt uns aber auch, dass man nicht übertreiben und alles ausnutzen, sondern sich mit weniger zufrieden geben soll. Und auch wenn wir manchmal jetzt mit unseren Gesichtsmasken und Sonnenbrillen, wie die kleinen Golems aussehen, müssen wir das eben aushalten, um der Pandemie die Stirn zu bieten.

Sąsiedzi 15

Teresa Rudolf

Filomena, Regina i Coronavirus

Filomena wyszła od pani Klary. Zbliżając się do swoich drzwi słyszała ciągle głośną muzykę Presleya dochodzącą z mieszkania Lesia.
Siadła przy stole w pokoju, zapaliła papierosa,  zaciągnęęęęęła się, podniosła filiżankę czarnej kawy do ust i poddała się przedziwnemu, bolesnemu, ale też i wzruszającemu rozważaniu.
Co to za siła przyciąga ludzi tak nagle do siebie, by kiedyś równie mocno ich od siebie odepchnąć, myślała, tak bylo u mnie, tak było u Lesia… A co to własciwie znów z tą  Reginą jest teraz? Czy oni się kochają, czy nienawidzą? Czy i to, i to, równocześnie? Ta historia między nimi nigdy nie była zakończona, w czymś takim ani na chwilę nie ma sensu dłużej siedzieć, muszę zacząć powoli odwykówkę, a jeśli będzie mi tak szło jak z papierosami, to mam załatwione dożywocie, skwitowała gorzko swą sercową sytuację. Nie doszła na razie jednak do tego, co jest własciwie jej nałogiem: Lesio jako mężczyzna i “to coś”, czy też znów te motylki w brzuchu i to że czuje się atrakcyjną kobietą, że rano ubiera się wymyślnie, szminkuje, by się komuś podobać, a to przecież widziała już w jego oczach…
W tym momencie zadzwonił telefon. Była to pani Klara, która jak z dubeltówki strzeliła:
– Niech Pani szybko włącza TVP1, kończę…

Filomena właczyła telewizor i zobaczyła przerażające wiadomości.
W Chinach ciągle panowała epidemia, mnóstwo zmarłych, brak miejsc w szpitalach dla chorych.

Do tych obrazów z  bardzo dalekich Chin przyzwyczaiła sie już… Choć podobno to najgorsze, jest już  za tym krajem.

Nagle usłyszała i zobaczyła, co dzieje się we Włoszech, właśnie to, co tak powierzchownie obiło się jej o uszy u Klary.

Poczuła gęsią skórķę na myśl, że ta dziwna infekcja dotarła już do Europy. Zobaczyła Wenecję, Florencję , dziwnie mniej ludzi na ulicach, poruszających się jednak jak gdyby nigdy nic, ale te miasta miały już dla niej jakieś piętno tajemniczej tragedii. One nie były już też tak daleko jak Chiny. To wszystko dzieje się naprawdę i już u nas w Europie, dziwiła się.
Ale co dzieje się tak naprawdę? Podobno niektórzy turyści polscy, powracający stamtąd też się pozarażali, a w polskich szpitalach nie wiadomo, jak się do tego zabierać, rodziny ich są odizolowane, nie wolno się im z nikim komunikować, i nie wiadomo ciagle, co to jest ten Coronavirus, jakaś grypa, czy jeszcze coś całkiem innego?????
Czuła jakieś osobiste zagrożenie, wynikające z niedoboru wiadomości. Co to do cholery jest? Trzeba się już bać, czy może przejdzie bokiem, Polska to nie Włochy, nie ma tu przecież tylu turystów?

Mówi się o myciu rąk,  jakby się tego nie  wczesniej nie robiło, toż to oczywiste, normalne.
Chyba pójdę się przejść, żeby zebrać myśli, pomyślala.

Ubrała się z powrotem do wyjścia, zgasiła telewizor, wyszła z mieszkania. Schodząc schodami w dół, natknęła się znów, już po raz drugi w tym dniu, na Reginę, która czekała z ogromnymi torbami przed windą. Kobiety popatrzyły na siebie, jakby się nigdy w życiu nie widziały. Filomena poczuła bardzo nieprzyjemne uczucie niechęci, które tak często towarzyszyło jej kiedyś, przy spotkaniach z pania Klarą. No coś takiego, będę musiała teraz ciągle widywać tę rudą małpę, pomyślała, a mogło się już tutaj tak spokojnie mieszkać, zanim ta tu przyjechala, wszystkiemu winien jest ten babiarz, Lesiu, czy ja na głowę upadłam? Czegóż to ja oczekiwałam?
Idąc tak dalej, zamyślona, ulicą Szewską, przystanęła przed wystawą sklepu z butami, z którego wyszła niespodziewanie, prosto na nią, Krycha.
– Melcia, coś takiego, znów się spotkamy, jak na zamówienie, mówiła Krycha szybko i rzuciła się do ściskania dawnej, szkolnej koleżanki.
Filomena stała sztywno, jak gdyby połknęła przed sekundą miotłę Harrego Pottera i szykowała się właśnie do odlotu…
Jak zacznie mnie całować, przysięgam, że dam w mordę, nie wiadomo, gdzie się toto po świecie szlajało, myślała.
Na szczęście Krycha poprzestała na uściskach, mówiąc bez przerwy: – Melcia, mówię ci, co za zbieg  okoliczności, jutro przyjeżdża do Krakowa akurat Wacek, ten twój dawny wielbiciel, mówię ci, niewiele się zmienił, nawijała dalej, nie powiem mu jednak nic o tobie, bo już w szkole byłam o niego i ciebie  zazdrosna, a nie widziałam go już od dziesięciu lat. Podobno jest znów singlem, z odzysku, jak ty i ja, no, cześć, pożegnała zupełnie ogłupiałą Filomenę, która weszła jak automat po schodkach do sklepu.
Usłyszała w jego wnętrzu z radia dość głośno nastawionego, znów informacje o tajemniczej epidemii, która zaczęła wycinać Włochy i zaczyna powoli “molestować” też  i inne kraje.
O Boże, Lesio, ta Krycha, Wacek, dżuma, malaria, cholera, syfilis… a teraz jakiś Coronavirus, pomyślała i zwróciła się do ekspedientki: – Czy ma Pani 38 numer tych beżowych butów, wyglądają na dość wygodne?
Z radia sączyły się jakieś stare szlagiery.

Spotkania z Księciem Ciemności 16

Ksawery Kopański

Jam jest Książę Ciemności! Mroczny, tajemniczy i złowrogi. Nieujarzmiony, chadzam – jak kotu przystoi – wyłącznie własnymi drogami. Wolność cenię nad wszystko i za nic jej nie oddam.

Jestem dziki i nieprzewidywalny, w moich żyłach krąży, gotuje się i śpiewa krew przodków: pustynnych i leśnych drapieżników. Ze mną nie ma żartów, zapamiętaj to sobie dobrze!

Ostatni czterodniowy gigant Księcia przyprawił mnie o lekką depresję, ale na jedno- czy dwudniówki już dawno nie zwracam uwagi: po prostu Czarnuch z arystokratyczną dezynwolturą wykorzystuje przynależną mu swobodę.

Gdy wraca pozwala się, po wielkopańsku szczodrobliwy, ugościć. I jakiś czas – cztery, pięć godzin – odsypia swe łazęgi. Zazwyczaj robi to w kąciku, na koszu z wypranymi ubraniami, osłonięty różnymi kartonami i innymi przedmiotami – musi tak czynić, bo Kropka, mając w nosie wielkoksiążęcy ceremoniał, dość natrętnie domaga się wspólnej zabawy.

Ale czasem jest tak umęczony, iż pogrąża się w głębokim śnie na fotelu. O! Właśnie zasnął. Popatrzcie, zwinął się w kłębuszek.

Ciiicho, podejdźmy bliżej. Oto czarne Półdiablę śpi jak aniołek. Opadły zeń, zniknęły gdzieś dzikość i mrok.

Czuły Barbarzyńca…