Prowincjonalne Theatrum Mundi 1

Stefan Andrzejewski

Jest wiosna 1990 roku. Już za miesiąc matura! Wszystkich trzydzieści czworo uczniów klasy czwartej humanistycznej miejscowego liceum zajmuje stanowiska bojowe przed mającą się rozpocząć lekcją języka polskiego. Uczniowie klasy humanistycznej mają poczucie misji i mocno zakorzenione przekonanie o swojej wyjątkowości. Wszak przed czterema laty, na pierwszej lekcji polskiego, Pani Polonistka zakomunikowała im tonem nie znoszącym sprzeciwu: «Wy, klasa humanistyczna, macie być elitą intelektualną tego miasta, od was będzie się wymagać więcej niż od innych!»

Trzydzieści lat poźniej, w Polsce Anno Domini 2020, tego typu stwierdzenie zabrzmiałoby śmiesznie. Ale wiosną roku 1990 w całym mieście wojewodzkim – dodajmy, iż stało się nim ono dzięki reformie administracyjnej towarzysza Gierka; dziś nie miałoby szans na taki status – było tylko jedno liceum ogolnokształcące. Trzeba będzie czekać jeszcze kilka dobrych lat, zanim każde Pierdziszewo Dolne dorobi się swojej wyższej szkoły zawodowej, w sąsiednim Pierdziszewie Górnym powstanie prywatny uniwersytet, zaś licea i technika zaczną hurtowo produkować maturzystów.

Na razie jeszcze uczniowie klasy czwartej humanistycznej podtrzymują przekonanie o swojej elitarności. Nie zmienia to jednak faktu, że prawie nikt nie jest dzisiaj przygotowany do zajęć. Trwają wszak kolejne Miejskie Spotkania Teatralne. Jako elita intelektualna tego miasta wszyscy humaniści mają przecież wykupiony karnet na cały tydzień teatralnego maratonu. Wczorajszy spektakl zakończył się późnym wieczorem, po nim odbyło się jeszcze spotkanie z artystami. Uczniowie mieszkający w okolicznych wioskach wrócili do domu grubo po północy, by rano o szóstej wsiąść do autobusu, który zawiezie ich do szkoły.

Na szczęście Pani Polonistka to też miłośniczka teatru i aktywna uczestniczka tego święta sztuki, które zawitało do prowincjonalnego miasta. Łatwo daje się więc wciągnąć w dyskusję wokół przedstawienia. Pani Polonistka robi dobrą minę do złej gry: udaje, że to nie ona dała się uczniom odciągnąć od ćwiczeń z fonetyki i fleksji, ale że sama narzuciła teatralny temat.

Dyskusja jest tak żywiołowa i pasjonująca, że prawie nikt nie słyszy dzwonka oznajmiającego przerwę… Uczniowie czwartej klasy, jako humaniści, niewiele mają do czynienia z naukami ścisłymi. Ale w takiej chwili uświadamiają sobie, na czym polega teoria względności, którą ich koledzy z klasy matematyczno-fizycznej mieszczą w jednym paluszku. Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że czterdzieści pięć minut fonetyki ciągnie się jak flaki z olejem, zaś tak samo długa lekcja o teatrze biegnie szybko i pozostawia po sobie niedosyt?

Tak wygląda cały szkolny tydzień. Z dnia na dzień, z przedstawienia na przedstawienie, energia, jaką przekazują twórcy poszczególnych spektakli, kumuluje się i gęstnieje.

Każdy uczeń i każda uczennica widzi już oczyma wyobraźni swoją przyszłość, oczywiście zwiazaną z teatrem. Jeśli nie aktorstwo, to reżyseria, albo przynajmniej teatrologia. Uczniowie klasy humanistycznej mają poczucie misji i mocne przekonanie o swojej wyjątkowości: już niedługo zdobędą rząd dusz!

*

Jest wiosna 2020 roku. Za miesiąc trzydziesta rocznica matury. Z trzydziestu czterech absolwentów klasy humanistycznej na zjazd rocznika dojechało, z różnych stron Polski i świata, około dwudziestu osób. Inni nie dotarli «z przyczyn obiektywnych», wśród nich piszący te słowa. Ale udało się nawiązać kontakty, niektóre przerwane na długie trzydzieści lat, odświeżyć szkolne przyjaźnie.

Piszący te słowa okłamałby Czytelnika, gdyby powiedział, że wszyscy odurzeni sztuką teatralną uczniowie klasy humanistycznej z roku 1990 poszli w kierunku, o którym przed laty skrycie marzyli. Chociaż… jest w ich gronie jedna producentka filmowa, dość dobrze znana w kraju, do którego wyemigrowała, są dwie osoby, które po ukończeniu teatrologii żyją z recenzji teatralnych. Przeważają w tej grupie jednak sami humaniści: nauczycielki języka polskiego, historii, języków obcych; jest wzięta pani adwokat, pan prokurator tropiący groźnych przestępców, jest kilku biznesmenow i jeden duchowny należący do dominującego w Polsce wyznania.

Ostatni z wymienionych, piszący te słowa, po ukończeniu szkoły chyba ani razu nie był już w teatrze; teatru telewizji nie licząc. Wiele mu jednak z tamtej fascynacji pozostało. Liturgia to też w pewnym sensie teatr – kombinacja słowa, gestów, światła, rekwizytów, muzyki, scenografii i kostiumów. To także podział na scenę i publiczność. Czasem to teatr jednego aktora, czasem monumentalne przedstawienie z dużym rozmachem. Niedoszły nasz aktor wie, że słowo, które wypowiada ze sceny, musi być słyszane nawet w ostanim rzędzie; że musi być zsynchronizowane z gestem; że jeśli «bierzcie i pijcie», to trzeba podnieść kielich w tym właśnie momencie, ani sekundy wcześniej, ani sekundy później.

Co jeszcze zapamiętał duchowny ze szkolnych doświadczeń z teatrem? Że trzeba zagrać swój spektakl tak samo dobrze dla wypełnionej po brzegi sali, jak i dla jednego widza. Owszem, czasem jest to nie tylko spektakl jednego aktora, ale też jednego czy dwóch widzów…

A rząd dusz? Chyba aż takich ambicji nie żywi nasz bohater: pamięta, że ma nad sobą Reżysera. Jemu pozostawia wgląd w ludzkie serca i sumienia.

Jednak zawsze staje nasz ksiądz ex-humanista przed publicznością z pewnym drżeniem. Bo wie, że słowo – ale także Słowo – ma wielką moc: może uleczyć, może też i zabić. Może dać nadzieję, albo jej na zawsze pozbawić.

*

Wielu rzeczy, trzydzieści lat po maturze, nasz bohater już zapomniał. Ale pamięta słowa wiersza, który często mu przychodzi na myśl, gdy ogarnia go zwątpienie w to, czy jego teatr jest jeszcze komuś potrzebny:

Ta drabina to schody do nieba,
a ta miska pod schodami to księżyc.
Tamten miecz to zwyczajny pogrzebacz,
a z garnków są hełmy rycerzy.

Ale kto w te czary nie uwierzy?

To jest teatr.
A teatr jest po to,
żeby wszystko było inne niż dotąd.
Żeby iść do domu w zamyśleniu,
w zachwycie.

I już zawsze w misce księżyc widzieć…

Dwadzieścia lat temu

Czy we wrzasku Bóg, Honor, Ojczyzna i tupocie butów podczas nacjonalistycznych marszy, w wojnie z lewacką zarazą i ideologią LGTB ktoś to jeszcze pamięta o tym przesłaniu?

Ewa Maria Slaska

Mea Culpa

Był chory. Cierpiał. W niemieckich mediach z regularnością odlotów i przylotów bocianów pojawiały się uwagi, że jest chory i najwyższy czas, żeby ustąpił, że może, powinien, musi ustąpić, że jest to w jego mocy, dlaczego więc nie ustępuje? Po jakimś czasie już nie tylko media, ale każdy w Niemczech zadawał to pytanie. Również moi niemieccy przyjaciele. Dziennikarze i nie-dziennikarze. Od końca lat dziewięćdziesiątych Niemcy “wiedzieli”, że Papież powinien ustąpić. Mój stosunek do tych wypowiedzi był ambiwalentny.
Był chory. Cierpiał. Gdy go widziałam w telewizji, cierpiałam wraz z nim. Serce mi się ściskało na myśl o jego cierpieniach.
Ale z drugiej strony… dlaczego akurat Niemcy z takim uporem zadawali to pytanie, które w gruncie rzeczy było przede wszystkim żądaniem? Przyznaję, nie była to myśl elegancka. Nie była też zgodna z regułami “political correctness”. Przypisywałam Niemcom zadawnioną niechęć do Polaków. Zakładałam, że gdyby Papież był Anglikiem, Włochem albo Francuzem, a nie Polakiem, prasa niemiecka nie stawiałaby takich pytań, a w każdym razie formułowałaby je oględniej. Ale moje rozmyślania szły dalej i – taką mam nadzieję – to “dalej” zgadzało się być może z jakąś częścią myśli samego Papieża. Czas, w którym żyjemy, wymaga od nas, żebyśmy byli młodzi, ładni, sprawni i, najlepiej, bogaci.  Ci, którzy nie pasują, niech znikają. Niech nie rażą oczu, uszu i wydelikaconych uczuć. Ten, kto “się przeżył”, ma dobrowolnie odesłać samego siebie na japońską górę Narajami. Im więcej słyszałam wokół siebie głosów, że ma odejść, tym bardziej wszystko się we mnie buntowało. Tym bardziej podziwiałam go za to, że nie reaguje na te głosy, choć na pewno musiał je słyszeć.
Dnia 12 marca 2000 roku wygłosił homilię Mea Culpa. Siedziałam przed telewizorem i płakałam ze wzruszenia. Zadzwoniłam do moich niemieckich przyjaciół dziennikarzy. Też byli poruszeni. Uznali, że jest to być może najważniejszy tekst w historii Kościoła. Zgodziłam się z nimi. I co? – zapytałam. – Co by było, gdyby ustąpił ZANIM wygłosił najważniejszy tekst w historii Kościoła?

Napisane w kwietniu 2005 roku, po śmierci Papieża.

Ten tekst, opublikowany w książce Marii Kalczyńskiej i Leonarda Paszka, Jan Paweł II we wspomnieniach polsko-niemieckich, nabrał w ciągu 15 lat wielu nowych znaczeń. Przede wszystkim już, gdy to pisałam, następcą papieża Polaka został Papież Niemiec, Benedykt XVI (Joseph Aloisius Ratzinger, ur. 16 kwietnia 1927) – niemiecki duchowny rzymskokatolicki, od 19 kwietnia 2005 do 28 lutego 2013 papież. Nikt w Niemczech tego nie oczekiwał i nie żądał, ale jednak Benedykt to zrobił – w roku 2013 ustąpił. Jest emerytowanym papieżem, pierwszym od XV wieku, który dobrowolnie zrzekł się swojego urzędu.

Cóż, ironia losu! Myślę, że w międzyczasie niemieckie media zapomniały już “na śmierć”, że kiedyś oczekiwały, iż Papież Polak ustąpi. Ciekawe, że w przypadku Benedykta XVI właściwie nie wiadomo, dlaczego ustąpił, zwłaszcza że miał za sobą wybitnie krótki, siedmioletni, pontyfikat. W swoim oświadczeniu podkreślił, że jest w podeszłym wieku i odczuwa osłabienie sił fizycznych i duchowych. Jednak dziś, w siedem lat później, Ratzinger nadal żyje, ba nawet nadal pełni od czasu do czasu posługi kapłańskie. Jako emerytowany papież, cztery razy tj. 19 listopada 2016, 28 czerwca 2017, 28 czerwca 2018 oraz 5 października 2019 roku przyjmował w swojej rezydencji nowych purpuratów, którzy tego samego dnia otrzymali insygnia kardynalskie. W październiku 2019 roku papież miał 92 lata. Oczywiście podeszły wiek, ale czasy się zmieniły, wszyscy znamy co najmniej kilka osób, które są w tym wieku i wciąż jeszcze zachowują intensywny kontakt ze światem.

Jeszcze bardziej znamienne wydaje mi się, że owa wypowiedź – „milenijne mea culpa” – została całkowicie zapomniana. W internecie nie znalazłam jej tekstu, a i wzmiankowana jest tylko w nielicznych wpisach internetowych. Pomyśleć, że przed 20 laty oceniliśmy ją jako “najważniejszą w historii Kościoła” i że Jan Paweł II przeprosił za wszystkie grzechy, jakie w swej liczącej 2000 lat historii popełnił Kościół katolicki: nawracanie siłą na wiarę, krucjaty, inkwizycję, antysemityzm, nietolerancję, dyskryminację kobiet i godzenie w prawa człowieka.
Obserwatorzy pisali, że wierni zgromadzeni w kościele, ale również duchowni, biorący udział w mszy ekspiacyjnej, nie byli przygotowani na słowa Papieża. Na stronie pius.org czytamy:

Wydarzenia te zapoczątkowały nie kończącą się rzekę ceremonii pokutnych, podczas których episkopaty wszystkich krajów świata prosiły o przebaczenie za prawdziwe i urojone grzechy nie żyjących z reguły od co najmniej kilku wieków katolików. W Polsce „liturgia” taka miała miejsce 1 maja w Warszawie. (…): kardynał Glemp przeprosił Boga m.in. za akty kolaboracji niektórych księży w okresie w PRL, za życie duchownych ponad stan i uleganie nałogom oraz tolerowanie przejawów antysemityzmu. Osobiście Ksiądz Prymas przepraszał za „lęk” w okresie stanu wojennego oraz za to, że nie zdołał „ocalić życia ks. Popiełuszki, mimo wysiłków podejmowanych w tym kierunku”. Prymas prosił także Boga o wybaczenie grzechów społecznych, obecnych w życiu dzisiejszej Polski. Wśród nich wymienił na pierwszym miejscu brak powszechnego dostępu do pracy, brak zapewnienia dostatecznego bezpieczeństwa oraz brak dostatecznego poszanowania wartości moralnych w demokracji.

Ciekawe. Dokładnie 20 lat temu. Jak, w gruncie rzeczy, niedawno! Jak całkowicie zapomniana została w polskim kościele ekspiacyjna idea Papieża.

Ulisses Don Kichot Hamlet Szwejk

Dziś miały być wybory, a sposób w jaki je władza najpierw zamierzała przeprowadzić, a potem zadecydowała, że jednak ich nie będzie, przypomina zamach stanu. Dlatego pozwoliłam tu sobie zamieścić znaleziony na FB obraz Agnieszki Kann, zatytułowany Wybory. Ależ im się ta pandemia przydała.

A teraz w tył zwrot, do starej publicystyki ze “starych, dobrych czasów PRL”:

Andrzej Kijowski, zbiór felietonów publikowanych w Tygodniku Powszechnym w latach 1970-1971, książka wydana w roku 1988 (wydawnictwo Polskiej Prowincji Dominikanów W drodze, Poznań). Tekst sprzed pół wieku, ale niczego mu nie brakuje, jest współczesny, jakby go autor dziś napisał.

Nasza Wojna Trojańska

10 maja 1970

Dziś przed dziewiątą pobudzili nas ślepcy muzyką skrzypiec i harmonii. Drżący tenor odśpiewał Warszawskie dzieci pójdziemy w bój, Ten pierwszy marsz, Oto dziś dzień krwi. Słońce świeciło. Wyszliśmy na balkony w piżamach, w gatkach, w nocnych koszulach i rzucając monety niewidomym czciliśmy ćwierć wieku życia. Ćwierć wieku temu, chory na anginę, w gorączce, stałem kocem owinięty w oknie, patrząc poprzez gałęzie rozkwitających kasztanów na wojsko idące do rynku. Na karabinach kiście bzu. Płakać mi się chciało, że mnie tam w rynku nie będzie z wojskiem, z tłumem, gdy grają muzyki, dzwony biją. Wiosna beze mnie, pokój beze mnie, dzwony i trąby beze mnie. Wiła wianki i rzucała — śpiewali żołnierze. A ślepcy: Czy widzisz te gruzy na szczycie. Gardło boli.

Nasza wojna trojańska. Kto był jej żołnierzem, kto nią kierował, kto był więźniem, kto się przez nią tułał, kto jej się tylko przyglądał z ukrycia, komu wzięła dzieciństwo, komu je tylko zatruwają cudze wspomnienia o niej, wszyscyśmy coraz bardziej wobec niej równi, bo nas jednako od niej oddala czas, nikogo z nas wszakże nie uwalniając od zależności, jaką nałożyła naszym duszom. W całej Europie od Pirenejów po Władywostok nie ma człowieka, który by z nią, przez nią, lub przeciw niej nie myślał o świecie, o losie; żyjemy, oczywiście, nowymi problemami, ale zważcie, że wszystkie poważne między nami konflikty wzbudzają echa tej wojny już dawno minionej, jakbyśmy z niej, niby z ukrytej siłowni, wciąż pobierali prądy, wstrząsy, bodźce. Nie tylko o międzynarodowych konfliktach myślę, które wynikają z nie załatwionych do końca spraw politycznych, lecz także o konfliktach powstających z przeciwstawienia zasadniczych postaw wobec życia społecznego, wobec życia w ogóle. „Patriotyzm” i „kosmopolityzm”, „indyferentyzm” i „zaangażowanie”, „konsumpcjonizm” i jego — nie wiem jak je nazwać — przeciwieństwo, walczą z sobą w skali społeczeństw, i w skali rodzin. Gdy młodzież powstaje przeciw władzom, jak dwa lata temu we Francji i w innych krajach, albo gdy syn kłóci się z ojcem, co może zdarzyć się przy każdej kolacji, konflikt taki, jeśli nabierze rozpędu, powagi, zawsze, jakoś, którędyś, pokręconym swoim odgałęzieniem połączy się z tym, co się ćwierć wieku temu zakończyło.

„I poszli szaleni uparci” — śpiewają ślepcy, lecą monety w papierkach, dzieci je podnoszą i wtykają muzykantom w kieszenie. Ta wojna wydusiła z ludzkości (w Europie) maksimum cierpienia, wysiłku i dzielności, stając się miarą wszystkiego, co człowiek może. Z upływem czasu, gdy zaczynają siwieć najmłodsi jej żołnierze, miara staje się coraz bardziej mityczna, a więc tym bardziej absolutna. Podzieliła nas ta wojna na dobrych i złych, jakby była generalną próbą Sądu Ostatecznego, a zakończyła się przykładnym tryumfem Dobra nad Złem. Tak nam się przynajmniej dziś wydaje. Jak prosto było wtedy wybrać słuszną sprawę, i jak łatwo wierzyć w jej wygraną. Tak nam się przynajmniej dziś wydaje. Od trudności współczesnych uciekamy w mityczny czas wojny, jak w archaiczną, dziecinną epokę, aby w niej szukać wzorów dobra i męstwa. Cofamy się do niej jako do początku historii, jak do Troi cofali się Grecy, i jak każdy człowiek, przywołuje dziecinne, dawne swoje fantazmaty na pomoc, gdy mu ciężko podołać problemom dojrzałego życia.

Wieczorem w telewizji film Bułata Okudżawy (kto nie widział, niech żałuje) o żołnierzu Małyszkinie. Pośmiewisko kolegów, utrapienie oficerów, nie może poradzić sobie z bronią ani z maszynerią katiuszy, ani z musztrą, choruje na czyraki, upija się jednym łykiem spirytusu, do dziewczyn zbliża się z lękiem i czcią, jak paź, i z tak wielkim pragnieniem miłości, że go od siebie pędzą z litością i śmiechem. Szwejk–poeta, Szwejk–Hamlet, Hamlet–Don Kichot, chudy, o wielkich, smutnych oczach, a z komiczną twarzą, skulony w kącie ziemianki lub ciężarówki, która go wiezie przez rosyjskie bezdroża, z szyją owiniętą brudnym bandażem, snuje sam sobie opowieść o swojej własnej, niepodobnej do prawdy wojnie bohaterskiej, o swojej miłości i o śmierci. Zmyśla sobie pechowe przygody, które kończą się zawsze szczęśliwie, gdyż ów Szwejk–Hamlet–Don Kichot–Bezuchow jest jednocześnie Ulyssesem — bohaterem wszystkich powieści, które przeczytał i które opowiada żołnierzom; jest dzieckiem 19-letnim, które z wojną razem poznaje świat, miłość, siebie. Może to była ostatnia wojna w Europie, może ostatnia, z której dało się wyjść z życiem. Do niedawna literatura o niej opowiadała. Kto ją przeżył, układa w literackie formy swoje względem niej kompleksy. Ale niedługo przeżycia oraz ich brak spadną na dno pamięci, którą zastąpi historia coraz obfitsza i coraz dokładniejsza. Wojna zstąpi w podświadomość poetów, którzy będą na jej temat coraz więcej i coraz śmielej fantazjować. Objawi nam się ona w nowych postaciach, rozpoznamy ją w różnych symbolach i alegoriach, i coraz cudowniejsze jej wersje będziemy czytać w powieściach i poematach. Literatura stworzy z niej jeden z tych wielkich mitów historycznych, które na wieki całe służą wyobraźni poetów za pole formowania się opowieści o człowieku próbującym swych sił w zetknięciu z nieprzyjaznym światem.

W filmie Okudżawy biegną żołnierze śnieżną równiną, krzycząc Urra–Urra, jak do szturmu, jak tyle razy w batalistycznych filmach. Podnoszą w górę pepesze, u ramion im powiewają pałatki — biegną wielkim mrowiem czarne sylwetki, jak uskrzydlone. Przed nimi morze — biegną do morza, jak Grecy na Anabasis. Aby się wykąpać!

„Z trzynastu cegieł, z cegieł trzynastu, zbuduję domek wielki jak miasto” — zaśpiewali ślepcy na zakończenie, po czym przysiedli na murku okalającym przedszkolny ogródek, aby przeliczyć dochód. Przebierali monety w palcach z głowami uniesionymi ku młodemu słońcu.

Reblog na Dzień Zwycięstwa

…żeby przypomnieć, że było niekiedy przerażające i że długo jeszcze trwało, zanim się na dobre zorganizowało i zawładnęło życiem (za onet.pl)

Aleksandra Czajkowska

Piekło na wodzie. Jak alianci zbombardowali ocalałych więźniów obozów koncentracyjnych.

Nigdy nie lubił rozmawiać o wojnie. Był zamknięty w sobie, ale nie wynikało to z charakteru. Michał Lech przeżył tortury w więzieniu gestapo i pobyt w dwóch obozach zagłady, jednak najbliżej śmierci był, gdy wojenny koszmar chylił się ku końcowi. 75 lat temu samoloty aliantów zbombardowały okręt “Arcona”, przewożący więźniów nazistowskich obozów. Spośród pięciu tysięcy pasażerów ocalało jedynie 350 osób.

Urodził się 31 sierpnia 1917 roku w Pełkiniach pod Jarosławiem. Zajmował się uprawą roli razem z rodzicami, siostrą i bratem. Był spokojnym, młodym chłopakiem. Kiedy wybuchła wojna miał 22 lata, ale dla niego rozpoczęła się ona rok później. Przez donos jednego z miejscowych kolaborantów Michał Lech został aresztowany 3 maja 1940 roku.

Początkowo więziony był w Jarosławiu. Tam brutalnie katowany przez Franza Schmidta, słynnego’’kata jarosławskiego’’, przetrwał sześć miesięcy. Na jego plecach zamiast skóry były widoczne kości. Dziury bez mięśni. Rozmaite tortury były specjalnością zastępcy szefa Gestapo w Jarosławiu. Okaleczanie, bicie, kopanie, wyrywanie paznokci to tylko niektóre metody stosowane przez niego przy przesłuchaniach więźniów. Schmidt był osobiście odpowiedzialny za śmierć kilkuset osób i skazanie kolejnych kilkunastu tysięcy.

3 listopada 1940 r. Michał został przewieziony razem z innymi więźniami do Tarnowa. Po 17 dniach, 20 listopada przyjechał do więzienia Montelupich w Krakowie, skąd 4 grudnia trafił do Auschwitz jednym z pierwszych transportów. Odtąd przestał być człowiekiem. Stał się więźniem politycznym nr 6 797.

Pierwszy dzień wiosny 1943 r. był ostatnim jego dniem w Auschwitz. Został przeniesiony do obozu Neuengamme niedaleko Hamburga, gdzie doczekał wyzwolenia. Nie wiedział jednak, że będzie musiał jeszcze raz walczyć o życie. W ostatnich tygodniach wojny Niemcy rozpoczęli likwidację obozu i ewakuację więźniów do portu w Lubece.

Pierwszy transport dotarł na miejsce 19 kwietnia 1945 r. Ostatni więźniowie trafili tam 1 maja. Do tego czasu czekali, nie wiedząc, w jakim celu zostali przewiezieni na statki i co ich spotka. W porcie były zakotwiczone trzy okręty: “Athen”, “Thielbeck” i transatlantyk “Cap Arcona”. Ostatni, największy zakotwiczony był pięć kilometrów od brzegu. Aby dostać się na pokład “Arcony” trzeba było przypłynąć tam za pomocą “Athen”. Załoga cywilna statków nie chciała wykonywać rozkazów SS, jednak została do tego zmuszona.

Na “Cap Arconie” znajdowało się pięć tys. więźniów, na “Thielbecku” trzy tys., a na pokładzie “Athen” dwa tys. Michał Lech znalazł się na pokładzie największego liniowca. Okręt nie przypominał luksusowej jednostki, za jaką uchodził przed wojną. Na statkach panowała ciasnota, w dwuosobowych kajutach tłoczyło się po dwudziestu kilku więźniów. W zaduchu, w oparach własnych fekaliów, przebywali tam przez kilka dni.

Piekło na wodzie

II wojna światowa zbliżała się do końca. 2 maja alianci zakomunikowali wszystkim jednostkom, że nazajutrz po godz. 14 rozpoczną bombardowanie statków. Nakłaniali do wycofania się Niemców, lecz nie wiedzieli, że na okrętach zamiast gotowych do bitwy żołnierzy przebywają wycieńczeni z głodu i chorzy więźniowie obozu. Wbrew rozkazom przebywającego na pokładzie dowódcy SS, kapitan statku “Athen” 15 minut przed rozpoczęciem ostrzału wywiesił białą flagę i zawinął do portu. Marynarz uratował życie dwóch tysięcy więźniów, ale pasażerowie pozostałych dwóch statków nie mieli tyle szczęścia.

SS-mani nie chcieli wywiesić białych flag ani oznaczeń czerwonego krzyża, które powstrzymałyby atak aliantów. 3 maja 1945 r. po godzinie 14 rozpoczęło się bombardowanie frachtowców. Samoloty wystrzeliły ok. 60 rakiet w kierunku “Cap Arcony” i “Thielbecka” oraz serie z karabinów maszynowych.

Michał Lech, ocalały ze statku “Cap Arcona”

Takiego wyzwolenia nikt z nich się nie spodziewał. Pierwszy zatonął “Thielbec”, a kiedy był już prawie zanurzony pod wodą, rozpoczął się ostrzał “Cap Arcony”. Przestraszeni i wycieńczeni więźniowie biegali po pokładach, Niemcy nie mieli nad nimi żadnej kontroli. Zaczęła się rozpaczliwa walka o życie. Wcześniejszy ostrzał spowodował pożar okrętu. Wokół leżeli zakrwawieni lub poparzeni więźniowie, martwi lub wyjący z bólu.

Kilkanaście minut trwało, zanim Michał Lech, stojący na płonącej części statku, zanurzył się w wodzie. Nie mógł wypłynąć na powierzchnię, ponieważ zimno sparaliżowało jego ciało. W końcu złapał oddech. Na “Cap Arconie” było więcej szalup ratunkowych niż na”Thielbecku”, ale nie były dostępne dla więźniów. Niemcy pospiesznie opuszczali szalupy płonącego już i w połowie zatopionego statku.

Kiedy uderzały z dużą prędkością o wodę, hitlerowcy wypadali z nich. To była jedyna szansa dla więźniów. Część z nich razem z Michałem przejęła jedną szalupę i walcząc o życie, jak najszybciej odpływała od reszty, która usilnie chciała dostać się na pokład łodzi. Znajdowali się 5 km od brzegu.

Więźniowie po pokonaniu kilku kilometrów w wodzie pod ostrzałem dopłynęli do brzegu, gdzie czekali na nich Niemcy, którzy dobijali ocalałych. Kiedy alianci zorientowali się, że zbombardowali statki z więźniami, natychmiast ruszyli na pomoc. Dopuszczający się zbrodni żołnierze niemieccy uciekli lub zostali aresztowani, pozostawiając przy życiu garstkę ocalałych.

Drugie życie w nowej Polsce

Z około 9 tysięcy 400 więźniów przebywających na trzech statkach przeżyło 2 tysięcy 400. Większość ocalałych znajdowała się na pokładzie nienaruszonego “Athen”. Z “Cap Arcony”, liczącej około pięciu tysięcy więźniów przeżyło 350, a z “Thielbeck”, na którym było około trzy tysięcy jedynie 50 osób.

To był koniec wojny, obozów i walki o życie. Alianci zapewnili leczenie najpierw na miejscu, a później w Szwecji. Michał został tam kilka lat, pracował w fabryce żarówek “Osram”. Po pięciu latach wysłał stamtąd pierwszą wiadomość do domu. Jego wojna trwała dokładnie pięć lat, od aresztowania 3 maja 1940 roku do wyzwolenia 3 maja 1945 roku.

Postanowił przyjechać do Polski, do mamy. Na promie został okradziony z dokumentów. Brak paszportu spowodował, że w Szczecinie został uznany za szpiega i aresztowany. Dopiero po interwencji Szwecji został wypuszczony, ale bez dokumentów nie mógł już wyjechać z Polski. Wrócił do Pełkiń, ożenił się, miał dwie córki. Jedna z nich to moja mama. Tak, to historia mojego dziadka, którego nigdy nie poznałam. Dziadek do końca życia miał ogromne problemy zdrowotne. Zmarł 9 listopada 1989 roku.

Sąsiedzi 17

Teresa Rudolf

Jestem wolna…

Filomena  delikatnie odsłoniła  firankę koloru lekko migdałowego, otworzyła okno i z niedowierzaniem patrzyła na pustą ulicę.
Jedynie gołębie swobodnie poruszały się po jezdni, licząc na to, że z góry z różnych okien spadną okruchy “z pańskich stołów”.
No i spadały…
Ciągle nie mogła uwierzyć w to, co słyszała przez radio, co widziała w telewizji. Przerażające wiadomości, błyskawicznie zmieniające egzystencję każdego, dochodziły w półgodzinnym odstępie.
Teraz już i Polska znalazła się w kwarantannie, czyli w zbiorowym, prawie światowym więzieniu, składającym się z miliona klatek, tak sobie to wszystko właśnie wyobraziła.
Z domu można było wyjść jedynie po zakupy żywnosci, których dokonuje się w masce na twarzy, w  bezpiecznym odstępie od drugiej osoby.

Ubieram się zaraz i wyjdę z domu, zrorganizuję sobie popołudniową orgię podniebienną, wezmę też listę od Klary, w większości na pewno znajdzie się na niej karma dla kotów, które już chyba na zawsze u niej zostaną, myślała Filomena.

Regina ostatnio z wściekłością odniosła Klarze kosz z Salomonem, wykrzykując, że podczas obecnej epidemii nie życzy sobie, aby ona, Klara, kiedykolwiek jeszcze przynosiła go Lesławowi, łamiąc tym przepisy. Klara nie jest członkiem jego rodziny, i kot (ha, ha) nie jest też jego dzieckiem, a to co Lesław o tym myśli i czego chce, nie ma tu żadnego znaczenia, bo to ona się nim opiekuje…

Filomena rozmyślając o tym, nagle poczuła jakąś apatię, wiedziała, że zakupy dla siebie nie dadzą jej odpowiedniej motywacji, (raczej myślała o nich ze swoistym sarkazmem), a do wyjścia z domu zmuszają ją jedynie zakupy dla kotów, bo zadanie to wzbudza w niej poczucie odpowiedzialności, “bo muszą  przecież coś jeść, no i nie są winne temu, co się w tym świecie akurat dzieje”.
Siedziała tak, zaciągając się papierosem i pijąc trzecią kawę tego dnia, a była przecież dopiero 12 w południe.
Stanowczo, nie była dzisiaj w swojej skórze, zżerała ją już od dawna (między innymi) ostra samokrytyka, zaobserwowała bowiem w sobie negatywną zmianę. Zrobiła się trochę grubiańska, prawie prostacka w sposobie wyrażania, a przecież “nigdy wcześniej taka nie byłam”, myślała.

Często, w duchu, nie tylko wyrażała się jak jakiś robotnik na budowie, lub przysłowiowy szewc, ale też same myśli formułowała agresywnie i wulgarnie. Zawstydziła się przed samą sobą.
Co się ze mną stało, rozważała, ooooooo Boże, muszę wreszcie iść po te zakupy, zreflektowała się i  zaczęła się szybko ubierać.

Klara odebrała telefon od Filomeny, która pytała, czy nie dopisać jeszcze czegoś do listy z zakupami, bo własnie już wychodzi.
Dodała więc jeszcze masło, cztery bułki i mleko, a do karmy dla kotów też suchy pokarm, zwany przez nią keksami.
– Pani Filomeno, bardzo dziekuję, że pani mi tak pomaga, pomyślałam też, czy pani rodzice w tej Rabce, też mają kogoś, kto im czasem pomoże, skoro pani akurat jest tutaj, czy wie pani coś o nich?
Z drugiej strony słuchawki zapadła krótko cisza, po czym Filomena odpowiedziała: – Dawno u nich nie byłam, a teraz akurat już nie mogę, myślę jednak, że może mógłby ktoś z młodszych sąsiadów, jeśli ich oczywiście nie zaczęli wykańczać tak jak wcześniej pani, teraz to jaśniej wszystko widzę, aż mi za nich wstyd i głupio. Przez telefon mówią  że wszystko jest w porzadku. No to co, już idę, zamelduję się z zakupami, na razie,zakończyła rozmowę.

Wychodząc z mieszkania, przekręcając klucz w zamku, Filomena usłyszała znany jej już, dziarski krok Reginy schodzącej z trzeciego piętra. Kiedy zaczęła już sama również schodzić, poczuła prawie potrącenie, kiedy tamta jak burza przeleciała obok niej, z lewej strony, krzycząc: – Gdybym wiedziała wczesniej, jakim niewdzięcznikiem stał się ten Lesław, nie zajmowałabym się nim teraz, zakończyła i było już tylko słyszeć trzaśnięcie drzwi wyjściowych z kamienicy.
Filomena pomyślała tylko, a rób sobie co chcesz, teraz to już naprawdę mi obojętne, pomęcz się z nim, a ja może miałam właśnie szczęście, że wzięłaś to na siebie.

Nagle poczuła przypływ dobrej energii i wyszła z bramy również pewnym krokiem, jak i już… była rywalka.

Zza chmur wyłoniło się nieśmiałe słońce, zrobiło się jakby jaśniej na zewnątrz i w sercu Filomeny.
– Jestem wolna, powiedziała do siebie tak głośno, że wymijający ją młody człowiek uśmiechnął się do niej  figlarnie.

Spotkania z Księciem Ciemności 18

Ksawery Kopański

Jam jest Książę Ciemności!

Mój Ty koci arystokrato – arystokrato ducha, nie krwi – boś ostatecznie dachowiec z urodzenia, nie zaś pers czy inny syjam! Żyjesz jak pączek w maśle. A ja? Z każdej strony ciosy, zewsząd upokorzenia! Już to Twoja Książęca Mość ignoruje mnie, traktując jak nadwornego podstolego, już to znowu jeden z mych przyjaciół pokazuje swemu koledze teksty o Naszych spotkaniach, reklamując je jako ciekawe próbki literackie. I otrzymuje cierpką odpowiedź, iż ma to tyle wspólnego z literaturą, co… no może pomińmy, ze względów estetycznych, dosłowne przytoczenie tego porównania. Jak żyć, Książę, jak żyć?!

Dość kabotyństwa! Powiedzmy szczerze: złośliwa uwaga wygłoszona przez kolegę kolegi trafiła w próżnię. Nie mam ambicji tworzenia literatury – moje miniaturki są li i jedynie impresjami z doznanych „chwil piękna ulotnych” – toteż i surowa ocena tych essays mnie nie obeszła. Piszę dla własnej przyjemności: jeśli ktoś odnajdzie podobną przyjemność w czytaniu, to cała przyjemność po mojej stronie. Jeśli zaś nie, to… ze względów estetycznych pomińmy określenie miejsce, do którego tego kogoś z przyjemnością bym skierował.

Słowa „przyjemność” z rozmysłem używam tak natrętnie, bo o nią właśnie tu idzie. Książę, wydaje Ci się, iż panujesz nad sytuacją. I zasadniczo masz rację. Ale nie do końca. Ty wykorzystujesz mnie, lecz ja Ciebie także: nikt nie odbierze mi przyjemności płynącej z Twego widoku.

Nie pretenduję, jako się rzekło, do miana literata. Toteż jestem zwolniony z konieczności starań o twórcze i oryginalne opisanie kociego piękna. Nie potrafiłbym tego uczynić, ale też i nie muszę. Mogę się zadowolić wyświechtanymi słowami-wytrychami: mistyka, tajemnica, klimat. I to wszystko prawda – odnajduję te cechy, patrząc na Twą miękką, proporcjonalnie zbudowaną, gibką – i silną jednocześnie – sylwetkę. Zwłaszcza, od kiedy utraciłeś zimową nadwagę, prezentujesz się naprawdę męsko i olśniewająco!

Jednak, żeby Ci się w czarnej dupce nie poprzewracało od nadmiaru uwielbienia, muszę Cię przestrzec, iż masz konkurencję.

Nie wiem, jak się nazywa ta czarująca panienka, która od czasu do czasu pojawia się na naszym podwórku. Gdym ostatnio wyszedł był na krótki spacer i rozpoczął z długiego dystansu sesję zdjęciową, pewność miałem, iż Ciebie fotografuję.

Jednak, w miarę zbliżania, dość szybko stwierdziłem, że tkwię w „mylnym błędzie”: te oczy! Mniejsze, bardziej skośne i zdecydowanie intensywniej zielone, niż Twoje, Książę. Głębsze skrywają tajemnice.

A z bliska da się dostrzec wyraźnie, iż Księżniczka figurkę też ma bardziej miękką i gibką, niż Twoja. Z nieporównanie większą gracją przeciąga się, by następnie czmychnąć w okoliczne zarośla.

Mam przeto dla Ciebie, Książę, dwie wiadomości: dobrą i złą. Zła jest taka, że nie możesz się czuć zbyt pewnie: są mistyczniejsi(sze) od Ciebie. A dobra? Nie przejmuj się, bo i ja się nie przejmuję. Nie warto: z Kobietą i tak nigdy nie wygrasz!

Z domowego aresztu (6)

Zbigniew Milewicz

Szlakiem kadrówki

Kończąc poprzedni odcinek, odczuwałem pewien niedosyt. Po pierwsze Sprawa Cywińskiego miała swoje polityczne tło, które pominąłem, a po drugie niewiele napisałem o jej głównych postaciach, koncentrując się na relacji ze zdarzenia i jego prawnych konsekwencjach.

Sytuacja polityczna w Polsce po zamachu majowym w 1926 roku przypominała z grubsza współczesną*, rządząca Sanacja, skupiona wokół Józefa Piłsudskiego, miała zaciekłych wrogów, przede wszystkim w obozie Narodowej Demokracji. Za jej trzyletnie rządy (1923 – 1926), kiedy to sekowani byli piłsudczycy, władza umiała się zemścić. Za nieprawomyślność, nawet z błahego powodu można było trafić do Twierdzy Brzeskiej, lub obozu koncentracyjnego w Berezie Kartuskiej, założonego w 1934 roku, według niemieckiego, nazistowskiego wzorca. Można się było tam dostać nawet na podstawie decyzji administracyjnej. Narodowcy padali również ofiarami zabójstw ze strony przedstawicieli władz, ale to już odrębny temat.
Natalia Olszewska, w artykule p.t. Trzecia władza w obronie Marszałka, zamieszczonym w pierwszym numerze Wiadomości Historycznych z 2018 roku, pisze m.in.:

Pojawił się nawet pomysł, aby umieścić Cywińskiego w Berezie Kartuskiej. Ostatecznie nie trafił do Berezy, a do aresztu śledczego, gdzie poczekał na proces sądowy w związku z oskarżeniem o obrazę Narodu. Władysław Studnicki, kontrowersyjny międzywojenny publicysta i polityk, miał pisać w liście do Edwarda Rydza-Śmigłego: „przeciwko Cywińskiemu […] ma być wytoczony proces o obrazę Narodu, proces bez należytych podstaw prawnych, bo trzeba chyba bizantyjskiego służalstwa sądu, aby uznać że obraza pamięci Piłsudskiego, jeżeli nawet miała miejsce, jest obrazą Narodu Polskiego”. Żadne słowa ani protesty nie mogły uchronić Cywińskiego przed odpowiedzialnością karną. Formą nacisku na sędziego była permanentna obecność na sali rozpraw wileńskich oficerów. Zresztą jak pisał w swoich wspomnieniach Stefan Glaser, sędzia Przybyłowski nie potrzebował żadnych form nacisku. Traktował docenta Cywińskiego, którego stan zdrowia był opłakany, w sposób wprost ohydny. Podobnie nieprzyzwoicie odnosił się do obrońców, mówiąc do nich zawsze podniesionym głosem i co chwila odbierając im głos. Zwłaszcza nie wolno było wspomnieć o fakcie bicia oskarżonych.

Mocodawca napadu na dziennikarzy, gen. Stefan Dąb-Biernacki, nie był wilniukiem. Pochodził spod Warszawy, z ziemiańskiej rodziny i miał rolnicze wykształcenie. Na studiach związał się z ruchem niepodległościowym, należał do Polskich Drużyn Strzeleckich, później była podchorążówka, zdobył odznakę oficerską, tzw. Parasol i poszedł na wojnę. Można powiedzieć, typowy początek kariery wojskowej legionisty. W I Brygadzie Legionów Polskich, walczących po stronie Austro-Węgier, dowodził kompanią, później batalionem 1 a następnie 3 pułku piechoty, I wojnę światową ukończył w stopniu kapitana. Od listopada 1918 roku służył w Wojsku Polskim; w wojnie polsko-bolszewickiej wykazał się dużą odwagą, miał sporo żołnierskiego szczęścia i wygrywał na polu walki, zyskiwał więc coraz wyższe uznanie w oczach przełożonych. Wojnę ukończył w randze pułkownika, na stanowisku dowódcy 1 Dywizji Piechoty Legionów. Za udział w walkach otrzymał Order Wojenny Virtuti Militari III, IV i V klasy, Krzyż Kawalerski i Krzyż Złoty. W ślad za tym przyszły następne awanse; po odbyciu kursu wyższych dowódców, w wieku 33 lat, został mianowany generałem brygady a po zamachu majowym Piłsudskiego w 1926 roku, w którym czynnie uczestniczył ze swoją dywizją, przeniesiono go do Generalnego Inspektoratu Sił Zbrojnych w Warszawie. Marszałek musiał pozytywnie ocenić jego stołeczną służbę , skoro w styczniu 1931 roku awansował go do stopnia generała dywizji i powierzył funkcję inspektora armii z siedzibą w Wilnie.
W GISZ generał Dąb-Biernacki miał wiele do powiedzenia m.in. w sprawie modernizacji polskiej armii. Ponieważ był zaciekłym wrogiem wszelkich nowinek z Zachodu, często skutecznie torpedował plany zakupu i produkcji nowoczesnych broni, nieodmiennie powtarzając, że polska piechota i kawaleria poradzą sobie z każdym wrogiem.
Po śmierci Józefa Piłsudskiego w 1935 roku, Generalnym Inspektorem Sił Zbrojnych został generał, a później Marszałek Edward Rydz-Śmigły, który o wojskowych kwalifikacjach Biernackiego musiał mieć równie dobre zdanie, co jego poprzednik, ponieważ latem 1939 roku powierzył mu największy i najważniejszy polski odwód – armię Prusy, liczącą 7 dywizji piechoty i 1 brygadę kawalerii. We wrześniu 1939 roku, na skutek nieudolnego dowództwa została ona szybko rozbita przez Niemców, a Dąb-Biernacki rejterował się ucieczką z pola walki, co miało miejsce 5 września pod Piotrkowem Trybunalskim. Dotarł do kwatery naczelnego wodza i przekonał go, że klęska nastąpiła nie z jego winy, a żołnierza, który …nie chciał się bić. Marszałek Rydz-Śmigły uwierzył mu i zlecił następne, odpowiedzialne zadanie, dowództwo Frontu Północnego, nowo powołanego związku operacyjnego. Decyzja ta była prawdziwym zaskoczeniem dla członków sztabu, uważali, że taki dowódca nie powinien dalej pełnić funkcji, tym bardziej na wyższym stanowisku, ale naczelny wódz postanowił inaczej. W dniach od 22 do 27 września miała miejsce bitwa pod Tomaszowem Lubelskim, w której Front Północny załamał się pod wspólnym natarciem wojsk niemieckich i sowieckich, a wróg wymusił kapitulację. Generał ponownie porzucił walczące oddziały, podpisanie kapitulacji zlecił jednemu z dowódców podległych mu armii, a sam w cywilnym przebraniu uciekł w stronę węgierskiej granicy.
Udało mu się przedostać do Francji, jednak generał Władysław Sikorski odsunął go, jak większość piłsudczyków, od wszelkich funkcji w Armii Polskiej na Zachodzie. Został umieszczony w obozie oficerskim w Cerizay, dla „nieprawomyślnych” i „sprawców klęski wrześniowej”, skąd po upadku Francji delikwenci ewakuowali się na własną rękę do Anglii. Umieszczono ich tam na wysepce Bute, u zachodnich wybrzeży Szkocji, w Samodzielnym Obozie Rothesay, który miał wśród wojskowych opinię karnego. W obozie agitowano przeciw generałowi Sikorskiemu, a przewodniczył spiskowi Dąb-Biernacki, za co w październiku 1940 r. stanął przed polskim Sądem Polowym w Londynie. Został uznany winnym popełnienia zbrodni kierowania spiskiem antyrządowym, za co zdegradowano go do stopnia szeregowca i skazano na cztery lata pozbawienia wolności… w brytyjskim więzieniu. Ze względu na rzekomy zły stan zdrowia po roku wyszedł na wolność i zajął się pszczelarstwem w Irlandii, później miał farmę w Walii, czyli wrócił do wyuczonego zawodu, na którym się pewnie lepiej znał niż na wojskowości. Zmarł w 1959 roku w Londynie i tam został pochowany.
W generalicji II RP miał na ogół złe opinie, acz nie negowano jego dużych zasług z wojny polsko-bolszewickiej, zarzucano mu jednak, że był bezwzględny i brutalny wobec podwładnych, zarozumiały i nadmiernie pewny siebie. Pycha i tupet szły w parze z zawziętością w zwalczaniu ludzi myślących inaczej, czym narobił dużo szkody w wojsku, bo usuwał z armii bardzo wartościowych oficerów. Nie był lubiany w wojsku, nierówny w stosunkach służbowych i nietaktowny, chętnie wykorzystywał stanowisko dla osiągnięcia korzyści materialnych.

Stefan Dąb-Biernacki miał dwoje dzieci, Zofię i Józefa. W czasie II wojny światowej obydwoje walczyli w szeregach Armii Krajowej. Zofia, ps. „Jagienka”, przeżyła okupację, „Józek“ poległ 8 sierpnia 1944 roku na Woli. Nie zawsze jabłka padają blisko jabłoni, jedni powiedzą, że szkoda, inni, na szczęście.

Wikipedia, Stanisław Cywiński opuszcza gmach sądu po rozprawie

O ofiarach Stefana Dąb-Biernackiego wiemy dużo mniej. Stanisław Cat-Mackiewicz, prawnik, pisarz i redaktor dziennika Słowo w Wilnie tak mówił o Stanisławie Cywińskim:

To był jeden z najszlachetniejszych i najbardziej krystalicznych ludzi, jakich znałem w życiu. […] Poznałem go, gdy byłem uczniem w gimnazjum Winogradowa w Wilnie, a on nauczycielem języka polskiego. Było to w roku 1911. Cywiński był niezdolny do żadnego kłamstwa. Był on hiperentuzjastycznie nastrojony do swej pracy, do swoich obowiązków patriotycznych. Pamiętam, jak kiedyś rozpłakał się na lekcji, gdy myślał, żeśmy nie docenili znaczenia nauki języka polskiego w gimnazjum rosyjskim.

W czasie wielkiej wojny, gdy Wilno znalazło się pod okupacją niemiecką, Cywiński pracował po 17 godzin dziennie. Był wtedy zastępcą dyrektora polskiego gimnazjum, prócz tego wykładał na zorganizowanych wyższych kursach. […] Wtedy Cywiński miał poglądy tzw. niepodległościowe i był zwolennikiem Piłsudskiego i Legionów. Pod koniec wojny jednak zmienił poglądy. Od czasu zamachu majowego stał się wyraźnym wrogiem Piłsudskiego.

W wyniku napadu kadrówki Stanisław Cywiński stracił lewe oko i miał połamane żebra. Wileński intelektualista, który poza pracą naukową na Uniwersytecie im. Stefana Batorego, zajmował się publicystyką, zasiadł na ławie oskarżonych obok Aleksandra Zwierzyńskiego, naczelnego redaktora i wydawcy Dziennika Wileńskiego. Niestety, nie udało mi się dociec, który Sąd Okręgowy rozpatrywał tę sprawę, jedne źródła podają, że warszawski, inne optują za wileńskim. Trzeci z pobitych, dr Zygmunt Fedorowicz, zastępca naczelnego, uniknął sądu, po dwóch dniach pobytu w więziennym szpitalu został zwolniony do domu. Zwierzyński był znaną osobą, poza działalnością wydawniczą wcześniej, przez trzy kadencje zasiadał w loży poselskiej, piastował funkcję wicemarszałka Sejmu i należał do ścisłego kierownictwa Stronnictwa Narodowego. Podobnie Zygmunt Fedorowicz, w okresie tzw. Litwy Środkowej lud Wileńszczyzny wybrał go do Sejmu Wileńskiego. Został jego wicemarszałkiem i to przede wszystkim dzięki jego usilnym zabiegom ziemia wileńska, bez żadnych dodatkowych warunków została włączona w skład Państwa Polskiego. Był również dyrektorem Gimnazjum Zygmunta Augusta i kuratorem oświaty oraz radnym z ramienia Stronnictwa Narodowego.
Naczelny redaktor Dziennika Wileńskiego otrzymał wyrok uniewinniający od zarzutu zniewagi narodu polskiego, Stanisław Cywiński odsiedział podobno w sumie tylko pięć miesięcy z zasądzonych osiemnastu, ale niedługo cieszył się wolnością. Po zajęciu Wilna przez Armię Czerwoną w 1939 roku został aresztowany, po kilku dniach NKWD wypuściło go zmaltretowanego na wolność, po czym bolszewicy zabrali go ponownie. Był wtedy już w podeszłym wieku i mocno schorowany, zmarł w szpitalu więziennym w Kirowie, w marcu 1941 roku. Daleko do hodowli pszczół mieli także dwaj pozostali. Aleksander Zwierzyński – jeden z przywódców polskiego państwa podziemnego w czasach okupacji – był sądzony i skazany w moskiewskim procesie szesnastu, który odbył się w czerwcu 1945 roku. Po odbyciu kary wrócił do Polski i żył w wielkiej biedzie. Zmarł w 1958 roku. Natomiast Zygmunt Fedorowicz był podczas okupacji delegatem okręgowym rządu na kraj w Wilnie. W 1944 roku, po powtórnym zajęciu miasta przez bolszewików, został aresztowany i wywieziony do łagrów, spędził w nich wiele lat, ale przeżył. Wrócił do Polski w 1955 roku.


* Czytelników zainteresowanych porównaniem sanacji i obozu dobrej zmiany zapraszam do ciekawego artykułu Daniela Patrejki, z 31 marca b.r. w portalu Publicystyczny.pl: A czemu nie okólnik?

Mama, Rysia, Marx

Wenn es Pandemia nicht gegeben hätte…

Ewa Maria Slaska
Mein Leben kann man in
drei Phasen aufteilen, eine für Mama, eine für Marx und eine für Rysia.
Zufälligerweise sind sie alle drei am 5. Mai geboren: 1818 / 19
18/ 2018

– Mein Leben, sagte ich zu Marx, ist ganz genau der rechte Handschuh des Buches von deinem Freund, der Friedrich von Engels.
– Er war kein „von“. Ich war es. Und meine Frau.
– Egal. Er schrieb ein Buch, unter dem Titel: Der Ursprung der Familie, des Privateigentums und des Staats. Und bei mir war es gerade umgekehrt: Der Verlust der Familie, des Privateigentums und des Staats.

Kapitel Eins. Mama oder der Ursprung der Familie.

Du bist eine schreckliche Hexe, sagte meine Mutter, kein Mann wird dich je heiraten wollen.
Ich bin sechs. Verstehe kaum, was sie sagt, aber die Drohung ist unverkennbar.
Was habe ich getan, dass sie mir sowas sagte?

– Eee, sagt Rysia. Unwichtig. Einfache kolloquiale Übertreibung.

Der Tag liegt über 60 Jahre zurück. Es gab noch keine kleine Hexe namens Bibi Blocksberg, noch keine sympathischen Drachen, Vampire und Magier. Man brauchte noch Jahrzehnte, um die Kraft einer Hexe zu entdecken und sie zum Symbol der Frauenbewegung zu erheben. Ich war ein Kind. Eine Hexe war ein Schreck. Alles, wovon wir in der Märchenwelt umgeben wurden, war schrecklich, egal ob es die Gebrüder Grimm waren oder Andersen. Die kleine Sirene verliert lange Haare und Stimme, um die Liebe des Prinzen zu gewinnen. Die Hexe sagt ihr, dass sie zwar jetzt wunderbare Beine hat, aber mit der Liebe ist es so, dass man nie sicher sein kann, ob man geliebt wird. Und sie wird nicht geliebt. Sie steht im Schloss in einer dunklen Ecke und schaut zu, wie der Prinz eine Usurpatorin heiratet. Dich wird man nicht heiraten, kleine Sirene.
Und die Beine tun dir weh.
Deine Beine bluten.

Das Mädchen, das auf das Brot trat, ist auch von Andersen. Sie wollte tanzen gehen in ihren schönen roten Schuhen, und wollte sie nicht schmutzig machen. Sie musste durch einen Sumpf. Schnell holte sie das Brot aus ihrer Tasche, schmiss es in den Schlamm, und Hop, dachte sie, schon bin ich auf der anderen Seite. Aber nein. Sie versank in den Moorgrund und kam zur Moorfrau hinunter, die dort braut. Das sieht man, wenn die Wiesen im Sommer dampfen. Es ist schrecklich in der Brauerei der Schlammhexe, es ist eine stinkende Schlammgrube! Du wirst später selber eine Schlammhexe, Mädel. Man wird dich nie heiraten wegen deiner Füße in roten Schuhen.

– Hej, faucht Rysia. Schmeiß deine roten Schuhe weg.

Natürlich noch Aschenputtel. Beine, Füße, Schuhe, Blut, Prinz. Im Märchen wird er dich heiraten, aber im wahren Leben heiratet er eine von deinen Halbschwestern, die, die sich die Zehen abgehackt hatte, oder eh die, die ihre Fersen abhackte. Ihre Füße bluten, man wird dich nicht heiraten.

Och ja, klar, auch Rotkäppchen.

– Na, sagt Rysia, was sucht sie hier? Ihre Beine sind ganz in Ordnung. Und ihr Blut steckt ganz symbolisch im Rotkäppchen.

Man hackt auf dich ein, kleines Mädchen, deine Füße bluten. Du stehst in einer dunklen Ecke hinter dem Weihnachtsbaum und betest darum, dass dich niemand zum Tanzen auffordert. Du bist sieben. Deine Mutter hat dir ein Kleidchen gemacht, indem sie ihr Kleid grob abgeschnitten hat. Man sieht die Nähte ganz genau, jeder Stich ist so lang wie Mamas Finger. Mama hat sich mit der Nadel in den Finger gepiekt. Man sieht es nicht, aber auf dem Kleid ist Blut. Und du bist eine Hexe.
Hexe, Blut, Beine, Schuhe, Prinz, das wird gebraucht, um zu heiraten.
Aber siebenjährige Mädchen heiraten noch nicht.

Wir waren beide im Zimmer und standen neben dem Bücherregal. Mama in der Hocke, ich neben ihr stehend. Was habe ich damals getan, dass sie mir so etwas sagte? Seit Jahren versuche ich meine Unfähigkeit, mich daran zu erinnern, durchzubrechen, einen Schritt tiefer in die verlorene Zeit zu machen, nur eine Minute früher. Diese eine Minute.

Na, sagt Rysia. Lass die Minute sein. Es war eh eine Prophezeiung und keine Bedrohung. Du wolltest nie heiraten. Ja, wohl hast du es getan, aber dann biste weg, du warst weg, du wolltest es nicht und jetzt lebst du allein, das heißt mit mir, natürlich, und sagst immer selber, dass du so zufrieden bist, wie nie in deinem Leben.
Und rote Schuhe sind rote Schuhe. Und rote Socken sind rote Socken. Und eine Rose ist eine Rose.

Es gibt noch eine Frauengeschichte mit Blut. Eine Frauentag-Geschichte. Eine Frau sticht sich in den Finger. Die Frau bin ich, noch klein, aber in einer kleinen Frau steckt schon immer die zukünftige große Frau. Ich war acht Jahre alt, und ging zu einem Ballettkurs. Wir tanzten eine einfache Tanzszene. Zuerst gingen wir, Mädchen in weißen Ballettkleidchen, paarweise quer über die Bühne, als ob wir die Blumen sammelten. Dann kamen von der anderen Ecke Jungs in Leinenhosen und taten so, als ob sie uns erschrecken wollten. Wir liefen rum, die Jungs hinter uns, dann aber war klar, dass es nur ein Scherz war, wir bildeten einen Kreis, Mädchen, Junge, Mädchen, Junge, hielten uns fest an den Händen und tanzten im Kreis, schneller, schneller, schneller…

Einmal im Jahr tanzten alle Ballettkinder in der Oper, wir also mit unseren Wiesentanz auch. Der Ballettlehrer hat uns tausend Mal ermahnt, dass wir unsere Kleidchen schneeweiß waschen müssen und dann glatt und glänzend bügeln. Unsere Ballettschuhchen müssten auch schneeweiß sauber gekriegt werden, genauso wie Slips, die unter den kurzen Kleidchen hervorzulugen hatten. Es ist schwer zu begreifen, aber 1957, in der Volksrepublik Polen, war es fast unmöglich, diese Forderungen zu erfüllen. Es ist mir heut nicht klar, weshalb ich mich um mein Kostüm selber kümmern musste. War aber so. Plötzlich war es Frauentag und ich musste mich für die Matinee in der Oper fertig machen. Es geschah, wie es geschehen musste. Das Kleidchen war zwar vielleicht nicht schneeweiß, aber doch weiß, sauber und glatt gebügelt, die Schühchen waren ebenfalls eher eierschalen- als schneeweiß, aber irgendwie würde es gehen. Aber es gab KEINEN Slip! Keinen Slip! Keinen Slip! O Gott, was jetzt? Zur Erklärung: das, was in den Frühfünfzigern in Polen ein Mädchen an normalen Tagen trug, waren so genannte „Reformen“, Baumwollhöschen, meistens rosa. Zig mal getragen und ausgewaschen. Nirgendwo ein Slip. Nicht im Schrank, nicht im Wäschekorb. Dort aber finde ich weiße Nylonslips meiner Mutter. Sie sind ungewaschen, ja, und viel zu groß, ja, aber mindestens weiß und gleißend. Ich hole mir mein Nähzeug, und ruck zuck mit großen langen krummen Stichen nähe ich mir aus Mamas weißen Slips so etwas wie Mädchenslip für mich. Ich muss mich beeilen, es ist schon spät, gleich muss ich losrennen. Den letzten Stich ziehe ich durch meinen Finger! Ich reiße mich im Schreck hoch, zerreiße die Haut, Blut tropft auf… och… Gott sei‘s dank, Blut tropft auf den Fußboden und nicht auf meine hervorgezauberten Slips. Ich binde ein Taschentuch um meinen Finger, packe ein, binde mir ein weißes Tuch um die Haare und bin schon auf der Straße, laufend, so schnell ich kann.

Ich komme als Letzte, eine der Mutter entdeckt meinen blutenden Finger, klebt mir ein Wundpflaster um, zupft am meinem Haartuch, und schon stehen wir hinter der Bühne und warten auf unseren Auftritt. Vor uns sind noch die Kindergarten-Kinder und Erstklässler, die einen dummen Zwergentanz tanzen, nicht so wie wir, schon große schöne Mädchen, die einen lieblichen schönen Wiesentanz tanzen werden… Schöne Prinzessinnen, leicht wie Elfen…

Jetzt tanzen wir … Wir beugen uns, um die schönen Blumen zu pflücken, irgendein Mozart fließt von oben auf uns, tin tin tin tin, tanzen wir auf unseren Satinpointe-Schuhchen, hier so eine schöne Blume, und da noch eine und mein Slip beginnt sich aufzulösen… Ich höre es durch den Mozart sehr deutlich … Auf dem linken Pobacken. Schon kommen die Jungs, wir laufen weg, tirlirirlilalallala, weg in den Wald, die Jungs kommen näher, hop hop hop, Mädels lauft, laufe du Schöne, laufe Fraulein, Schmetterlinge kommet näher… Wir drehen uns, lach lach lach lacht die Musik, lach lach lach lachen die Mädchen über den Scherz, lach lach, meine Slips knistern auf dem rechten Po… Wir halten Händchen und tanzen schneller, schneller bis meine Slips, schon total zerissen, mir vom Po nach unten fließen und ich stolpere um sie, falle mit der Nase auf den Boden. Shame auf meinen Po. Ich hoffe, ich sterbe. Dong! Der ganze Kreis zerreißt, mehrere von uns fallen auf den Fußboden. Vorhang. Ende Gelände. Ich werde nie wieder auf der Bühne tanzen, keine Primaballerina werden.

So verliert man die Familie und ist allein auf der Welt. Sie können heftig wie sie wollen auf mich wirken, sich um mich drängen, mich umarmen mit ihren Judasumarmungen, ich habe keine Familie, keine, die mir Halt und Hilfe versprechen kann im Angesicht der Gefahren der weiten großen, schrecklichen Weltbühne. Egal wie schön sie immer wieder Mozart spielen mögen, ich werde ihnen allen nie mehr glauben… Sie haben mich alleine gelassen. Sie taugen als Familie nichts. Ende des Kapitels Eins.

Oder nein, noch nicht. Noch eine Bemerkung. Daher habe ich ja auch keine gute, feste, ewighaltende Familie gründen können.

Jetzt aber. Ende des Kapitels Eins. Verlust der Familie.

Kapitel Zwei. Marx oder der Ursprung des Privateigentums.

Man hatte in Polen gar nichts. Ich noch weniger als die anderen, weil meine Eltern keinen Wert auf das Materielle legten. Das sagten sie immer wieder und waren stolz drauf, Grashüpfer sein, keine Ameisen. Das hieß in der Praxis, dass meine Freundinnen aus der Schule Mama und Papa fragen konnten, ob sie ihnen etwas kaufen. Eine Jacke, einen Rock, Schuhe. Ich nicht. Ich trug immer etwas von den Älteren, etwas Abgelegtes, Nicht-Gewolltes. Das letzte woran ich mich erinnere, das für mich gekauft und genäht wurde, ist eine wollene Jacke, gemustert Dunkelblau und Schwarz. Da bin ich vielleicht zwölf gewesen. Sonst nie etwas Neues. Nie. Einmal, fragte ich, ob ich neue Handschuhe bekommen kann, meine sähen nämlich schrecklich kindisch aus. Nein, sagt Papa, es gibt kein Geld für neue Handschuhe, nur weil sie schrecklich aussehen. Ich hab selber gar keine.

Das prägt für immer. 60 Jahre später, ohne darüber nachzudenken, bin ich sofort im Stande das Prinzip Zero-Waste anzunehmen und zu wissen, dass ich bis Ende meines Lebens NIE MEHR etwas kaufen werde. Das macht mir nichts aus. Ich lernte es, als ich zehn war. Die Handschuhe waren mein letzter Versuch. Seitdem werde ich nie mehr drum bitten, dass man mir etwas kauft. Ich wachse in dem zu langen Mäntel und den zu engen Schuhen auf, in schlecht angepassten Klamotten. Seit dem Vorfall mit dem Slip für den Ballettauftritt versuche ich auch nie mehr, etwas für mich zu nähen.

Nie werde ich von alleine Shopping machen. Klamotten sind ja in Polen auch schlicht miserabel. Also kein Geld da, wenn aber doch, dann gibt es sowieso nichts, was man kaufen wollte. Da ich aus Danzig komme, einer Hafenstadt, hatte ich (rein theoretisch) noch eine andere Option, an Klamotten zu gelangen, nämlich die von Seemännern aus dem Ausland mitgebrachte, was dem Neckermann-Katalog-Angebot der 70ger entsprach. Die Dinge kamen zu einem entweder unter dem Tisch oder in den gesetzlich zugelassenen privaten Läden, die Komis hießen. Im Komis nahm man die Ware nur zum Provisionsverkauf. Die Dinge waren sündhaft teuer. Nur eine meiner Schulkameradinnen hatte solche Klamotten, die ihr ihre reiche Tante kaufte. Aber eine reiche Tante war eine seltene Ware. Ich hatte zwar auch eine, die wohnte aber in Australien. Etwa zweimal im Jahr schickte sie uns große Pakete voller Kleider und der Tag wenn Mama, meine Schwester und ich die Pakete öffneten, war ein buntes Fest fürs Leben in der grauen Wirklichkeit des kommunistischen Polens, aber die Kleider selber taugten für Nichts. Riesige raschelnde Taft- und Tüllballkleider, grosse Strickjacken, Kostümchen für Mitvierzigerinnen, die um vier oder fünf Konfektionsgrößen grösser und breiter waren als ich.

Als ich in den Westen kam, wiederholte sich die Situation. Zuerst hatte ich kein Geld, und als ich endlich an Geld kam, waren erst alle Dinge nie so, wie ich sie tragen wollte. Dazu kam noch ein mulmiges Gefühl, eine Art Gewissensbisse, als ich das Geld für mich selber ausgab. Mindestens zehn Jahre dauerte es, bis ich endlich ohne Probleme in einen Laden gehen konnte, um mir ein Kleid zu kaufen. Allmählich waren die Klamotten auch angenehmer, sahen nicht so verdammt steif und kleinbürgerlich aus, es kamen Boho-Looks, Ethno-Looks, Second-Hand-Looks, Urlaub-in-Toscana-Looks und was auch noch alles, bald aber wurden sie durch Billigzeug aus Indien, Pakistan und China ersetzt. Tand, Tand, Tand ist das Gebilde von Menschenhand, schrieb Fontane. Tand, Tand, Tand. Aus dem Gefühl, dass alles Tand ist, erwuchs selbständig, unabhängig von Moden und Trends, die Entscheidung, dass die Klamotten für nichts taugen.

Sie sind mir zum Symbol geworden, Symbol für Alles, was man wollen könnte und nicht hatte, um dann festzustellen, dass man es auch nicht braucht. Haus – um Gotteswillen! nur zum weglaufen. Auto! Kein Führerschein, wie praktisch. Fahrrad – dito, nicht zu gebrauchen von Jemanden, der nicht Fahrrad fahren kann. Bücher – sind doch Bibliotheken da und Bücherstände auf dem Flohmarkt. Möbel, Tand Tand Tand ist alles von Menschenhand.

Und endlich ein Zitat, das zu mir passt. Das hilft unendlich. Was braucht ein Schriftsteller? Nicht viel, viel weniger als jeder andere, Bett, Tisch, Stuhl, Bücher vielleicht und ein bisschen Geld für Reisen, um die Welt zu sehen. Gott sei gedankt, dass ich eine Schriftstellerin bin.

Was für ein wunderbares Prinzip. Ja, Marx, im Allgemeinen geht es mir um soziale Gerechtigkeit, im Grunde aber, um das Prinzip, teilen zu können. Für Leute kann es schwer sein, zu teilen. Für mich nicht. Ich kann alles teilen, alles weggeben.
Was kann aber derjenige teilen, der nichts hat und nie den Sinn entwickelte, etwas zu besitzen?!

Ende des Kapitels zwei. Verlust des Privateigentums.

Kapitel Drei. Rysia oder die Entstehung des Staats.

Denken Sie bitte nicht, dass ich meinen Staat Polen verloren habe, als ich im Januar 1985 mit einem Koffer in einer Hand und mit der zweiten die Hand meines Sohnes haltend, einen Zug aus Danzig nach Berlin Ost bestieg.

Ich emigrierte, aber der Staat war da. Überhaupt und für mich. Ich wusste nicht, dass es so ist, aber jetzt weiß ich – solange ich mich für den Staat engagierte, hatte ich ihn. Sogar als PiS an die Macht gekommen ist, engagierte ich mich gegen diese Partei und dies bedeutete, dass ich ihn hatte, den Staat. Weil der Staat doch nicht die Regierung ist und nicht das Territorium. Nicht die Grenze und nicht die Leistung. Nicht Errungenschaften machen den Staat und sogar Fehler ändern nichts an dem, was er im Grunde ist. Der Staat, der dein ist, ist Liebe. Es sind Menschen mit denen wir gemeinsam unseren Staat lieben. Wir können auch stolz sein, dass muss aber nicht sein. Was sein muss, ist die gemeinsame Liebe. Je länger die Litanei der Verbrechen ist, die die Recht und Gerechtigkeit-Partei gegen die Demokratie verbrochen hat, desto schwieriger war diese Liebe, aber sie war da, immer noch war sie da. Oder mindestens – dachte ich, dass sie da war.

In nicht mal einer Woche soll in Polen eine Wahl-Farce stattfinden. Man hat wegen der Pandemie Briefwahl konzipiert, die Post, der die Territoriale Militäreinheiten zu Hilfe stehen werden, muss austragen und soll damit unabhängige Wahlkomitees ersetzen.

Die Wahlen werden von PiS gewonnen. Der gängige Witz lautet: sag mal, mit wie vielen Stimmen wird Duda am 10. Mai die Wahlen gewinnen?
Im kommunistischen Polen wären es 99%, in PiS-Polen wird man sich mit 61% begnügen. Das reicht. Mehr braucht niemand. 61% und die Pandemie, die den Diktatoren in aller Welt wie ein Himmelsgeschenk in den Schoß fiel, werden reichen, um die Diktatur der Einzigwichtigen-Partei für die nächsten 20 Jahre zu festigen. Sie sind keine Idioten, die von der PiS-Partei. O nein, die sind die klügsten Köpfe, die wir jemals am Steuerrad des Staatsschiffes hatten. Klüger als Boleslaus der Mutige, der erste polnische König, klüger als Kasimir der Große, der Polen modernisierte, klüger als Wladislaus Jagiello, der den größten Sieg in der Geschichte Polen ausgekämpft hatte. Klüger als Bierut, Gomułka, Gierek und Jaruzelski, als Wałęsa, Mazowiecki, Kwaśniewski und Tusk. Sie haben ganz Polen, einen 40-Milionen-Staat unterjocht, ohne eine einzige Strassenschlacht, ohne jedweden politischen Gefangenen, ohne Zensurbehörde und Unterdrückungsapparat. Nur durch Propaganda und die alte Römische Regel divide et impera, regiere und teile (sprich: bezahle), haben sie die absolute Macht bekommen, haben Millionen aber Millionen Zlotys aus den Staatskassen auswandern lassen: für sich und eigene Sippschaft und für die Katholische Kirche.

Und dies alles bei wachsender Popularität. 61%.

Das erschreckt und lässt die übliche Liebe im Hals stecken.
Gestern fragte mich mein Kumpel, ob ich wählen gehe?
Nein, sagte ich, wozu auch?
Ich liebe diesen Staat nicht.
Ende des Kapitels 3. Verlust des Staats.

Mach dir keine Sorge, sage ich zu Rysia, dich liebe ich.

Z Florencji (2)

Maria Marucelli

Aż się boję pisać

Zaczynamy odbijać się od dna! Od dziś można wychodzić trochę więcej, mam nadzieję, że uda mi się wyciągnąć mojego męża na spacer! Będzie to niewątpliwie trudne, bo on jest jak niedźwiedź, który zaszywa się w swojej gawrze i chętnie robiłby to przez cały rok, tym bardziej teraz, a ja chciałbym się zamienić w jaskółkę, których jest już pełno. Tak, wiosna tu we Florencji jest już od jakiegoś czasu; zjawiła się, nie zważając na zakazy wychodzenia, chodzenia z karteczką deklarującą, że nie jest się zakażonym (zupełnie jak by się to wiedziało), że nie jest się na kwarantannie domowej i dokąd się idzie, i że to sprawa ważna, i tylko typu lekarz, apteka, zakupy, żeby jakoś przeżyć. Tych zakazów, notabene słusznych, było tak dużo, że okazało się, że samotna para staruszków zamknęła się w domu i starsui państwo nie wychodzili przez sześć tygodni, dopiero jak już zaczęli być wycieńczeni z głodu, bo zapasy już im się skończyły, zmarznięci z zimna, bo zepsuł im się piec gazowy, dopiero wtedy zdecydowali się zadzwonić na policję i poprosić o pomoc, którą to pomocą zostali natychmiast objęci.
Florencja po pierwszych urokliwych zdjęciach, że niby jak to pięknie, jak nie ma turystów, zaczęła wyglądać jak z makiety miniaturowych miast, koszmar, horror.

View of the square and church of Santa Maria Novella in Florence during lockdown emergency period aimed at stopping the spread of the Covid-19 coronavirus. Although the lockdown and full absence of people, the scenery of the Italian squares and monuments remain fascinating, Florence, Italy, 11 April 2020
(ANSA foto Fabio Muzzi)

Miasta muszą żyć, są nienaturalne, jak są zupełnie puste, to tak jak z nie wywołanymi zdjęciami Vivian Maier – właśnie po raz wtóry obejrzałam film o niej, jeżeli nie widzieliście, to bardzo polecam (tu link do Wikipedia o Maier https://en.wikipedia.org/wiki/Vivian_Maier), kobieta – geniusz fotograficzny, ale też ekstrawagancka; znaleziono setki tysięcy negatywów jej zdjęć, nigdy nie wywołanych.

Tylko natura nie zatrzymała się w miejscu, a ponieważ po prawie nieistniejącej zimie nastała bardzo, ale to bardzo wczesna wiosna. Gołębie grzywacze, które mają od lat gniazdo na drzewie laurowym, wchodzącym prawie na nasz balkon, właśnie szykują się do wysiadywania drugiego miotu potomstwa, to jest naprawdę strasznie wcześnie, normalnie zaczynały wysiadywać jajka po raz drugi pod koniec czerwca!

Ale wracając do Florencji to, co prawda w obowiązkowych maseczkach i na odległość metra, ale zaczynamy znowu żyć. Właśnie zobaczyłam zdjęcia z parku przy Florenckiej Fortecy, gdzie jak byłam ostatnim razem było zamontowane najdłuższe lodowisko w Europie, nawet na tym lodowisku, bardzo nieudolnie, jeździła rodzina mojej córki, a teściowa nakręciła kilka, równie nieudolnych, filmików. Dali mi ten materiał do zmontowania (w moim życiu zawodowym byłam montażystą filmów i bardzo mi ta praca odpowiadała), zmontowałem filmik, bardzo się rodzinie spodobał a ja miałam pół dnia nostalgicznej zabawy.

Podczas tych dwóch miesięcy życie “na powietrzu” koncentrowało się głównie na balkonie. Nawet ktoś powiedział że teraz mieszkania dzielą się na:
* bezbalkonowe – niestety takie mieszkanie ma moja Mama w Warszawie i to jest problem, bo nie ma zupełnie gdzie wyjść;
* z balkonem, ale tak malutkim, że możesz na nim zrobić jeden krok i koniec – takich balkonów jest pełno w popeerelowkim budownictwie, służyły one głównie w zimie (jak jeszcze były mroźne zimy) jako dodatkowa lodówka; we Włoszech chyba takich balkonów nie ma, bo one naprawdę nie mają najmniejszego sensu;
*z balkonem takim jak mam ja; jest wąski, chyba nie ma metra szerokości, ale za to bardzo długi. Taki balkon ma też moja córka i na nim jej trzyletni syn uczy się teraz jeździć na rowerze i hulajnodze.
Ja na moim balkonie normalnie mam sporo kwiatów, ale zostały mi tylko wieloletnie i pnący się od pani z parteru jaśmin, który za chwilkę zacznie kwitnąć!
(* przypis adminki: są ludzie, którzy mają duże balkony, a czasem nawet dwa, są też tacy, co mają tarasy, no i ci, co mają ogrody…)

Ale od poniedziałku będziemy mogli wychodzić nawet na spacery, już planujemy z mężem, do jakiego parku pójdziemy lub pojedziemy, byle nie za dużo ludzi wpadło na ten sam pomysł, bo zrobi się tłok i nie będzie można zachować odpowiednich odległości człowieka od człowieka.
Jest jeszcze jedna ciekawa perspektywa, otóż na razie nie można wyjeżdżać z regionu zamieszkania, czyli teoretycznie rzecz biorąc na wakacje będziemy, my mieszkający w Toskanii, “zmuszeni” pojechać nad morze w takie miejsca jak: Forte dei Marmi, Argentario, Castiglione della Pescaia, wyspy Elba, Giannutri, Gorgona, Montecristo i Giglio – a tu mała ciekawostka, to jedyna wyspa we Włoszech, gdzie przynajmniej do dziś nikt nie zachorował na koronowirusa – lub ewentualnie na Wybrzeże Etrusków; będziemy mogli również przechadzać się po Pizie, Florencji, Lucce, Livorno, Sienie lub Arezzo, po Chianti lub takich dolinach jak Val d’Orcia, Garfagnana, Casentino, Mugello, Maremma i dużo dużo innych pięknych miejsc. Mieszkamy w Toskanii, umiemy się zadowolić tym, co mamy.

Elba widok z Populonii

Wiersze i muzyka

Teresa Rudolf

Czekam

A dzisiaj  wszystko
takie jakieś leciutkie
takie jakieś tiulowe.

Małe dzwoneczki
dzwonią w uszach,
świetliki tańczą w oczach.

Wszędzie zielono,
jak oczy mego kota,
a i też niebieściutko.

Maleńkie białe kwiatki
pierwszokomunijnie
na trawniczku zielonym.

Chmurkami białymi
oblepione niebo,
patrzy na nas z góry.

To Universum dziś
robi wielki test Ziemi,
czy gotowa już na maj.

Zapamiętaj

Zapamiętasz moje imię,
pytała stara kobieta
w domu starców
starego mężczyznę.

Zapamiętam na pewno,
jak mógbym zapomnieć
imię pachnące dziką różą,
imię śpiewające ogrodami.

Zapamiętam na pewno,
jak mógłbym zapomnieć
imię oplatające serce
jak bluszcz, już tyle lat.

Zapamiętam na pewno,
jak mógłbym zapomnieć
imię wyszeptane nocami
zanim je wypowiedziałem.

Zapamiętam na pewno
jak mógłbym zapomnieć
imię, któremu powiedziałem
TAK, moja Ty Różo!

Różo, moja Różo,
czemu nic mówisz???