Liczenie kroków

Matylda Wikland

… bądź miejskie gusełka nadwiślańskie

śliną kota karmiłam bo krwią jeszcze bym nie umiała
zostawiłam otwarte drzwi żeby mógł uciec i przeżyć
wyrządzona dziś życiu rzecz jest niezatarta i trwała
świat i miasto nie dadzą wybielić się z plam i odświeżyć

Kijanowska, przeł. Pomorski / *** (śliną kota karmiłam…)

Mazury pruscy zapalają mocno w piecu, przystawią do pieca ławkę, ,,żeby umarli mogli się ogrzać”. Dla przekonania się, czy nieboszczyk w istocie wygrzewał się w nocy, posypują ławkę popiołem, rano zaś szukają na nim śladów umarłego i je zasypują.

Biegeleisen / U kolebki, przed ołtarzem, nad mogiłą

1

Usłyszałam to od zespołu kuratorskiego poprzedniej edycji festiwalu, przy którym robiłam wolontariat. Na gdańskich Siedlcach starsza wiekiem, jak i stażem mieszkalnym, kobieta powiedziała im: w latach sześćdziesiątych przyjeżdżali tutaj Niemcy. Przyjeżdżali, i chodzili po parkach, po ścieżkach betonujących w krajobrazie układ ciągów wyznaczony przez drzewostan zasadzony dłońmi stawiającymi umlauty i piszącymi rzeczowniki z majuskuły.

Teutońscy przybysze, udobruchany furor teutonicus, spowity nadmorską szarzyzną, odszukiwali miejsca styku ścieżek, spotkania alejek, i, licząc kroki, sunęli po trawie. Choć to już raczej moja literacka inwencja, ciążenie wyobraźni ku upodobnieniu do zjaw, upiorów, wyrzutów sumienia odzianych w powłokę nierealności. Idą ostrożnie patrząc pod nogi ci Niemcy, jakby ,,pierś znowu tchnęła, lecz pierś lodowata, / usta i oczy stanęły otworem, / na świecie znowu, ale nie dla świata; czymże ten człowiek? – Upiorem.”

Mniejsza z tym — niemieccy przybysze szli od styku alejki licząc kroki. W gdańskim parku, pod zaopiekowanym trawnikiem, pod ich enerdowskimi podeszwami, są ciała. Przez wiele lat był tam cmentarz dla tych, których niektórzy z Polaków przezywali Lutrami. Licząc kroki od zachowanych ścieżek liczą, że a nuż, dojdą do tak mniej więcej gdzie znajdował się ,,ich’’ grób.

Podwójnie martwi zmarli, cmentarz par excellence, obrazujący tezę Paula Ricoeura, konstatującą, iż ,,Przeszłość w istocie nie jest tylko czymś minionym, co miało miejsce i nie może już ulec zmianie, lecz żyje ona w pamięci (…).”

Pamiętana czy nie, — jednak przeszłość nie jest zwierzyną zabitą, a jedynie śpiącą, gotową kłapnąć paszczą, gdy kto podejdzie zbyt blisko. Na siedleckim cmentarzu Zbawiciela, co nie raczył ocalić od dewastacji i wyrównania terenu, pewnego listopadowego dnia 1953 roku, (oddajmy tu głos Gedanopedii) ,,przy próbie rozbrojenia znalezionego niewybuchu zginęło troje dzieci: Władysław Pipczyński (ur. 29 III 1946), Jerzy Pipczyński (ur. 17 X 1948) i Wojciech Łukaszewicz (ur. 1947), pochowanych na cmentarzu św. Franciszka.’’

Historia jako zwierz który śpi, drzemie, czyha, i nawet święta dłoń Franciszka jedynie ułagodzić może rany, ale nie im zapobiec. Anioł Historii Klee i Benjamina, który jednak pchany tymi tylnymi wiatrami, gubi pióra, a te spadają z miażdżącym hukiem, gdzieś o, gdzieś za nim. Anioł Historii już tego nie widzi, wszak jednym z jego głównych przymiotów jest wpatrzony konsekwentnie — niewolniczo? — wprost wzrok. Nigdy nie poczułam, żebym porządnie zrozumiała ten tekst.

2

Reklamę zauważam czekając na autobus na przytulonym do rynku przystanku tymczasowym. Poczet oferty otwiera to piwo, co mnie tak zbulwersowało przed kilkoma godzinami, gdy opartą o ścianę charakterytycznego budynku ujrzałam reklamę „Jadłodajni za Synagogą”, a zamyka ,,kurczak z Jaffy.” Możesz przejść obok starej Synagogi, przejść pod powieszoną nań polską flagą (zostaniemy biało-czerwone, / flagi święte, flagi szalone…), przemknąć tyłami nieistniejącego domu niestniejącej wspólnoty, i zjeść kurczaka z równie nieistniejącego miasta. Bowiem nie ma już miasta o nazwie Jaffa. Jest natomiast Tel Awiw-Yafo.

Niezamierzona najpewniej to ironia, że tak Fordon nad Wisłą, jak Jaffa, są dzielnicami większych, choć młodszych, miast, które przed drugą połową XX wieku prężyły się w samodzielnej miastowości. Żadnego porównania oczywiście nie ma do odnalezienia w powodach i okolicznościach ich wchłonięcia, jak i co do stosunku magistratu do dzielnicy-pasierbicy. Jest jednak owego wieczoru późno, a ja zmęczona, bo na historyczny spacer po mieście (sponsoring m.in. Bydgoskich Wodociągów, w ramach Festiwalu Trzech Kultur) w którym króluje bruk wzięłam bezmyślnie buty na obcasie i w ciągu dnia stałam się maszyną do obliczania optymalnego miejsca postawienia nogi, aby się nie wywrócić. Najgorsza jednak była ziemia cmentarna. Stanąwszy w miejscu, samoistnie wpada się w ziemię. Wszystko dąży do równowagi, również moje podeszwy, gdy stojąc obok męczenniczych grobów (przy płocie, bo tam tylko pozwolili hitlerowcy wyzbyć się ciał zastrzelonych wcześniej na rynku) obcas opadał spokojnym lotem jesiennego liścia, tyle że to nie liść, a but, nie jesień, a grząska cmentarna ziemia, ziemia w kilka dniu po ulewie, ziemia w której musiałam pozostać na chodzie, nigdzie nie stać dłużej niż kilka sekund.

Z radością przyjmuję, gdy społecznik-przewodnik machnięciem zaprasza nas do wyjścia zza cmentarnego płotku. ,,Teraz pójdziemy do dziewczyn z Powstania Warszawskiego,” mówi. ,,Czy wiedzieliście państwo, że mamy ich kilka, tutaj w Fordonie?”

Macie ich? Raczej ich kości. Jeszcze nie wiem, o co chodzi, ale już mogłabym się założyć, że w Fordonie te kobiety jedynie umarły. Jak to było ujęte na okładce tej kopii zbioru reportaży Krall, które mi dano kiedyś do czytania? Tutaj nie było początków, tutaj były jedynie końce? No to Fordon jest miastem końców, początków również, ale jakoś usilnie brakuje w nim tego, co pomiędzy.

Bez zaskoczenia. Sosnowy krzyż umocowano na pamięć zmarłym w Fordońskim więzieniu (jednym z takich budynków-dziwek, który po kolei wykorzystują zaborcy i reżimy, nic nie zmieniając) kobietom, dziewczynom, które trafiły tam, wyłapane w ruinach stolicy. Celowo używam sformułowania ‘‘na pamięć’’, z dwóch przyczyn. Po pierwsze, ciała więźniarek rzucano do masowej działki cmentarnej z dość małym poszanowaniem dokumentacji, i mimo niedawnych działań o charakterze ekshumacyjnych, dokładnej lokalizacji nie mamy. Po drugie, nawet i gdyby taka była, to i tak krzyż by stał tu, gdzie stoi, bo działka graniczącej z więzienną nekropolią luterańską zapewnia lepszą widoczność. Drzewny krucyfiks stoi więc nad ziemią żyzną pokoleniami ewangelików, co na tych ziemiach znaczy tyle co Niemców, i osoba cyniczniejsza ode mnie może i zauważyłaby w tym postawienie pogrobowej kropki nad powstańczym i, akt jakiejś pomieszanej triumfalistycznej goryczy.

3

Zgrabnie ujmuje to profesor Henryk Biegeleisen: ,,Obrzędy chrześcijańskie opłaca lud nasz girlandą ‘pogańskich’ wierzeń.” Akuratne do opisania wielu z rodzimych zwyczajów narosłych wokół świąt wywiedzionych z katolickiego kalendarza, zwłaszcza tych, których natężenie opisać można pewną sinusoidą — rozpowszechnionych w latach przed-modernistycznych, tak do, dajmy, połowy XX wieku, po czym nastąpił okres oczyszczania zeń polskiego raptularza obrzędowego, pewnej ogólnej homogenizacji ludu coraz bardziej gromadzonego w miastach, gdzie o tyle prościej o sterylną jednolitość; po krótkim stosunkowo czasie zapomnienia następnie dźwigniętych z niepamięci w ruchu neo-folklorystycznym? nowo-chłopomańskim? Jakimkolwiek, ostatnich lat, właściwie z jednej i pół dekady, tak na moje niewprawne oko.

Więc girlanda pogaństwa, więc święto zmarłych. Grecy mieli Antesterie, czas gdy dusze ,,zmarłych, które od najdawniejszych czasów nosiły epitet „spragnionych” (mykeńskie di-pi-si-jo-i) – spragnionych wina – całym rojem zlatywały się do pitosów, otwieranych w pierwszym dniu święta, przede wszystkim właśnie dla nich. Toteż Parandowski mógł nazwać to święto swojsko brzmiącym mianem zaduszek. (…) Chodzi jednak o czas graniczny, kiedy martwota – ostatni raz – kontratakuje.” (Kolankiewicz, ,,Dziady’’). Kontratak umarlaków, których udobruchać trzeba jednak jadłem, pamięcią. Jeżeli pójść za Maurycym Halbwachsem i przyjąć że pamięć ramuje również społeczeństwo, zrzeszając wszystkich nas w nieuświadomionym cechu rzemieślników pamięci, w którego statucie wpisane jest pilnowanie wspomnień, aby ,,były zgodne ze zmiennymi warunkami społecznej równowagi”, tak więc, jeżeli pójść za tym francuskim socjologiem, to do udobruchania duch, dusz, duszyczek zabieramy się, ofiarując im, na chociaż jedną noc, i na ciągłość psychicznego jej powidoku, włączenie do zbiorowej pamięci, a i zatem do podglebia zbiorowej tożsamości.

Fragment lapidarium zorganizowanego na terenie cmentarza przy ulicy Cechowej, Stary Fordon, Bydgoszcz

4

Zatrzymujemy się przed wyznaczonym kostką czworokątem lapidarium. Tutaj już groby ,,czysto’’ ewangelickie, więc stoimy na parkowej ścieżce. [Cmentarz przy ul. Cechowej, na którym zapadałam się w glebę, był katolicki, zwyczajnie pozostawiony sam sobie na rzecz nowszej nekropolii, reaktywowany wraz z przechrztą byłego kościoła ewangelickiego na drugi katolicki, gdzie starsze nagrobki zgromadzono na poletku lapidarium]. Obcas mi się już nie zapada, utwardzony grunt, którego dotknęła modernizująca interwencja. Czy nagrobki wyrównano tuż po wojnie? — Nie, po tej legislacji cmentarnej w latach 50. — Pamiętam, te odległości takie były, że człowiek siedział na jednej płycie, koledzy na drugiej, i grało się w karty, dorzuca staruszek, stojący wśród spacerowiczów.

Nie wiem do końca, jak odpowiedzieć na to kulturalnie (Luter napisał, że tak jak naturą żmii jest kąsać, tak naturą człowieka jest grzech i grzeszenie — myślę jednak, że zbytnio zawęził, że człowiek również i kąsa). Kucam więc, aby przyjrzeć się tabliczce przed makabryczno-dostojną grządką nagrobnych łupinek. Polsko-niemiecka, lecz polszczyzny jest więcej. Jedynie Polak (bądź znającemu polski obcokrajowiec) wyczyta, że ,,lapidarium cmentarza ewnagelickiego, który znajdował się w tym miejscu do roku 1945, powstało z reliktów wydobytych z Wisły i zabezpieczonych (…) w lecie 2015 roku.” O tym opowiada nad moim schylonym ciałem przewodnik, o tym, jak przypadkowo przy pracach na Wiśle odkryli, że wykorzystane po wojnie do wzmocnienia nabrzeża nagrobki wciąż tam są, i obluzowują się.

Taki oto szkopuł. Nawet jak nie można wejść dwa razy do tej samej rzeki, to przecież jest to wciążże to samo koryto. Płynie toto tym samym kanałem w glebie, cokolwiek ‘to’ akurat znaczy w relacji do ‘tamtego’.

Skrócona notka niemiecka kończy się tak samo, jak rozwinięta polska. ,,W 500-lecie Reformacji, Bydgoszcz wrzesień 2017 / 500 Jahre Reformation Bydgoszcz September 2017’’.

W 500-lecie Reformacji dźwignijmy z nurtu rzeki, nurtu historii (tandetny zabieg, wiem) pamięć o tych pochowanych członkach luterańskiej wspólnoty. Klamra. Pozornie, gdyż ciała same w sobie się nigdy nie ruszyły, jak w większości tych post-ewangelickich przestrzeni. Mało ma to oznak społecznej sprawy gardłowej — wraz z wykorzenieniem żywych, z wspólnoty równocześnie wykluczeni zostali ich martwi. Podwójna martwość Martwych. Tak jak pogrzeb sam w sobie służy w — przyjmijmy — równym stopniu zmarłemu jak i żywym (Szczepański w Sprawach ludzkich pisze, ,,Dopiero znacznie później uświadamiamy sobie, że nad trumną czy grobem rzadko płaczemy nad zmarłym, a płaczemy nad sobą i nad wyobrażeniem własnej śmierci, którą identyfikujemy z klęską ostateczną.’’), tak służy i nagrobek martwym i żywym, a gdy zabraknie żywych… no cóż, nasze nabrzeże wymaga umocnienia, a komunizm nadmiarem budulca nie grzeszy. Aż teraz, od kilku lat, ponownie są ci zmarli potrzebni do czegoś żywym. Te tabliczki, jak grzyby po deszczu, kropelki krwi perlące w linii świeżego nacięcia w skórze. Zapożyczam ten obraz.

5

Jest w tym pewien chichot losu, że Marcin Luter swoje Tezy przybił w dzień przedchrześcijańskich gusł grobowych. Narzuca się oczywiście myśl, że planował on dokonać pewnego rodzaju odprawienia ducha nieprawości, stęchłości z żywego ciała kościoła. Taki sam rodzaj chichotu to, jak ten, że Dejmek wybrał właśnie „Dziady” do wystawienia na pięćdziesiątą rocznicę rewolucji październikowej. Co prawda bardziej dla ładunku narodowościowego, lecz wciąż — na scenie odprawiono Dziady, a następnie odprawiono na granicy niechcianych obywateli. Odprawiono iluzje możliwości cichego życia w komunizmie. Odprawiono gusła, odprawiono iluzje, odprawiono podróżujących na wilczych paszportach.

W październikowym akcie Lutra, jak się zastanowić, to właściwie ile w tym czynie, niby dokonanym przez kleryka w celu klerykalnym, ukrytego jest pierwiastka starej, dobrej rytualności! Thesenanschlag ma niezaprzeczalne cechy rytuału pogańskiego wręcz, to wbicie gwoździ w drewno drzwi, to publiczne obwieszczenie. Być może stąd ponętność tego mitu, nie mającego zresztą większego prawdopodobieństwa realności.

Krzyż na cmentarzu przy ulicy Cechowej z widocznymi dziurami po kulach, najprawdopodobniej z okresu IIWŚ, Stary Fordon, Bydgoszcz

6

Ece Temelkuran porównuje żywotność starych dzielnic żydowskich w europejskich miastach, wypełniające je turystyczny gwar i artystyczne instalacje, do ,,krwi śpieszącej do rany. aby uleczyć.’’

Nie przeczytałam jeszcze jej tekstu, gdy byłam na Starym Fordonie, lecz gdyby tak było, niechybnie przyszedłby mi wtedy do głowy. Tyle jest bruzd w tym mieście, które by może nie rozpoznane zostały jako takie, wzgórkująca skóra zabliźnionej tkanki, gdyby i nie krwawy odczyn. Odczyn dziesiątek tablic, ku pamięci więźniarek, stalinowskich i hitlerowskich, ku pamięci wygnanych, Żydów i Niemców, ku pamięci zabitych, tutaj głównie już dość homogenicznie, Polaków.

Żyjemy na krajobrazie przeoranym grudkami tkanki blizny, tkanki falującej jak magma, jak lawa, zastygającej w skrzepie krwi, która kotłuje pod zbliznowaceniem, gotowa wytrysnąć. ,,Gdy zapytałem kiedyś na ulicy w Warszawie jedną czy drugą osobę, czy w ogóle wiedzą, gdzie było getto, odpowiedzieli, że dla nich to jakaś magma.” (Edelman w wywiadzie dla ,,Kontaktu’’, 2009).

A od magmy, zwłaszcza w dziady, krok jedynie i jesteśmy przy metaforze lawy.

7

Poetka Kasia Ioffe przywołuje w tekście z 2021 roku, że na terenach Białorusi ,,[n]a Dziady też czytano wiersz imitujący żebry, który pomagał dzieciom zapamiętać abecadło żydowskie: “Ach, bracia, gołąbki, dajcie glodnemu (sic) waszemu żebrakowi / chleba trochę. / Alef, bet, gimel, dalet, hej, waw, zain, chet, tet, / Jestem kaleką, łamagą, męczennikiem. Nie służę anijak panu. / Cokolwiek kupcie, / jud, kaf, lamed, mem, nun samech, ain, pe, cade, kuf / ratujcie szalonego tatusia. / Resz, szin, taw”.

W ramach reinterpretacji wstecznej, wyliczanka zyskuje charakter pieśni pustonocnej. Taki splot, taki węzeł, że ktoś wysiedlony ze swojej rodzinnej grodzieńszczyzny, mógł trafić do takiego, dajmy, Fordonu, dajmy, właściwie dość niedaleko Kaszub, gdzie śpiewają te puste noce, pierwotnie to był zwyczaj bałtosłowiański oczywiście, następnie staropolski, ale obecnie już raczej głównie mówić można o pustô nocy. Wracając, taki repatriant, wyobraźmy go sobie na głównej arterii Starego Fordonu, na Bydgoskiej, która zachowała swoją nazwę nawet gdy jest już Bydgoską w Bydgoszczy (taka Piłsudskiego musiała stać się Wyzwolenia, dajmy), więc stoi nasz repatriant na Starym Fordonie, po jednej stronie ma rzekę, jedną z tych, przy jakich Prusacy swoim zwyczajem lokalizowali miasta (stąd ostało nam się już polskie np. Nakło nad Notecią), niektórzy mówili o Fordon an der Weichsel, na pocztówkach z epoki czasem natrafimy na Fordon bei Bromberg, lecz mniejsza z tym, stoi nasz grodzieńszczyźniak na wybrakowanym bruku Bydgoskiej, na wysokości, dajmy, Więzienia Żeńskiego. Czas skondensowany tego wyobrażenia jest gdzieś w PRL, więc za grubą ścianą, pomiędzy nim a rzeką, siedzą recydywistki, kryminalistki, garść działaczek niepodległościowych (piszę garść, szukam w internecie, i muszę jednak się poprawić — tekst na stronie IPN informuje, że ‘‘Fordon stał się wówczas [lata 1945-1956] centralnym więzieniem dla kobiet skazanych przez sądy komunistyczne w latach terroru stalinowskiego. W nieludzkich warunkach przetrzymywane były wówczas członkinie AK, ROAK, NSZ, NZW, WiN, PSL oraz wielu organizacji młodzieżowych i harcerskich.’’). Po jego drugiej stronie kościół św. Mikołaja, gdzie wchodzi się przez drzwi, obok których na ścianie pielęgnuje się kilka odprysków farby z czcią zarezerwowaną dla stygmatów — to po nazistowskich kulach ślady, które, gdy już na wóz wrzucono i pod cmentarnym płotem zakopano burmistrza i resztę ‘zakładników’, ówcześni kustosze kościoła zdecydowali się zachować. Na upamiętnienie, na uświęcenie, na ten krzyk z Łukasza? Czy wołanie, zależnie od przekładu – kamienie bądź wnet wołać będą, bądź krzyczeć będą, jeśli ci milczeć będą, a tutaj milczenia jest trochę, choć może i nie, na odwrót, na wspak, gdzie powinno być milczenie, nad zmarłymi, nad pogrzebanymi, jest śmiech dzieci na placu zabaw, jest gwar ludzi w parku, jest grom głośników w kinie. Może to powrót jednak innego rodzaju, gusła, niezauważalne i niepilnowane dziady, rozbestwione obchody życia po śmierci, życia śmierci.

Fragment płyty nagrobnej wystawiony w zamkniętej Synagodze, Stary Fordon, Bydgoszcz

Stoi więc nasz repatriant, nieważne dla tego wywodu, kim konkretnie jest; jeżeli nie jest ślepcem, to kimkolwiek by nie był, jego wzrok wbity w koniec Bydgoskiej, będzie ślizgał się o przycupnięty przy tej ulicy krwawoceglany gmach. To magazyn odzieży ochronnej, w którym pachnie wciąż zbożem, którego magazynem był uprzednio. Kiedyś, nim jeszcze nasz repatriant znalazł się na tym drugim z wiślanych brzegów, magazynowano tu ochronę innego rodzaju, ochronę dusz nie ciał, ochronę dusz luterańskich. Nasz repatriant odwraca się w drugą stronę, ku Bydgoszczy, świat wiruje, więzienie, kościół, brukowane ulice, niebieskie niebo, niebieska gleba rzeki, umocnionej nagrobkami, białe ściani domów, z programi z macew. (Jeden taki przynajmniej na pewno, sama widziałam z opisem w lokalnym Domu Kultury). Obraca się, kręci, w drugą stronę, tyłem do magazynu-kościoła, między więzieniem a ścianą straceńczą, jeżeli przejdzie kilkanaście kroków, dojdzie do kina. W kinie powinni grać kadisz, ale nie grają, nie ma kto grać, nie ma kto nawet pamiętać — na masywie rynkowym, z wypisanymi imionami poległych i zabitych, wywleczonych z domów i umęczonych, widnieją ludzie z imienia i nazwiska, aż dojdziemy do nazwisk ewidentnie żydowskich, tam już tylko nazwisko i ‘‘3 osoby’’, ‘‘2 osoby’’; moja interpretacja była, że to Żydów brano jako rodziny, dlatego, ale społecznik-przewodnik ma teorię, że to dlatego, że nie było już nikogo, kto by pamiętał o tych ludziach więcej, gdy stawiano za wczesnego peerelu (1959) piaskowcowy masyw, stawiano tak dawno, że koronę orłowi trzeba było niezdarnie dorobić po ‘89, nie wiem kiedy dokładnie, zdjęcia archiwalne pozwalają stwierdzić jedynie, że dopóki zdjęcia są w monochromie, dopóty umieszczony w obłej wklęsłości orzeł nie ma korony, choć nie, choć lekka poprawka, w numerze pierwszym ,,Spotkań z Zabytkami’’ z 1997 roku (nr 119) odnajduję zdjęcie w kolorze, zdjęcie prezentuje układ rynku, i ile bym się nie wpatrywała w fragment orła, dojść do porządku ze sobą nie mogę, ale chyba ma on już tę koronę, chyba coś tam zakłóca piaskowiec nad orlą brwią. Mniejsza!

Cała ta rzecz powstała dla tego jednego fragmentu: Idzie nasz repatriant ulicą, w tle szumi mu Wisła, za nim magazyn, przed nim kino, jest szczytem trójkąta miejsc kultu, ogniskuje się nań tryptyk synagoga-kościół-kircha, a on pod nosem może nuci z dzieciństwa śpiewkę, może uchodzi wraz z parą oddechu w pomorskie powietrze “Ach, bracia, gołąbki, dajcie glodnemu waszemu żebrakowi / chleba trochę. / Alef, bet, gimel, dalet, hej, waw, zain, chet, tet, / Jestem kaleką, łamagą, męczennikiem. Nie służę anijak panu. / Cokolwiek kupcie, / jud, kaf, lamed, mem, nun samech, ain, pe, cade, kuf / ratujcie szalonego tatusia. / Resz, szin, taw”.

8

Staczamy się już tutaj z lekka w świat schopenhauerowski — świat z istoty zły, zło jest weń wiecznie obecne, dobro nie jest niczym jak jego chwilowym brakiem, a właściwe to jedynie momentarnym zawieszeniem w człowieku. Wszyscy jesteśmy berbeciem w wózeczku staczającym się wyboiście w dół odeskich schodów.

Ece Temelkuran twierdzi, że ,,nawet jeśli czujesz się dzisiaj w domu czasie i przestrzeni, wiesz, że już jesteś w żałobie wobec przyszłej utraty wszystkiego, co jest piękne. To się zdarza po raz pierwszy, że ludzkość jest w żałobie w czasie przyszłym. Również i przyszłość nas ubezdomnia [is unhoming us].’’ (tłum. aut.)

Na marginesie, ciekawe, że nie mamy bodajże w polszczyźnie czasownika na żałobę. Oczywiście możliwe jest skonstruowanie czasownika ,,żałować’’, lecz wydaje się, że w procesie lingwistycznego przekręcania wyżemnięto zeń ładunek emocjonalny. Opłakiwać natomiast jest już zbyt ciasno powiązane z czasownikiem. Żałobić? Bić żal, wybijać z siebie z każdym łaknieniem i wypędzonym z krtani jękiem. Nie ma czasu, trzeba gryźć, przecież póki ona czuć będzie, gryźć będziem.

,,Morze’’, relief ceramiczny z 1976 autorstwa Jacka Krenza, Deptak Pomorski, Gdańsk

9

Kilka dni później, inna dzielnica w innym mieście. W drodze na przystanek eskaemki moją uwagę przykuwa relief wbity pomiędzy pawilony.

Ceramiczna falującorzeźba błyszczy i migocze, rozpływa się na krańcach i spływa wodą. Pada, wręcz leje, jest ciemno, i wariuje mi astygmatyzm. Nazywa się to ,,Morze’’ i pomalowane jest w szachownice odcieni błękitu, co jednak nie jest jej stanem naturalnym, stanem założonym artystycznie. Takim jest rdzawa czerwień glinki, z której uformowano płytki gdzieś w latach 70., bodajże. Glinki, która faluje kolejnymi plastrami, spływa składnymi w swojej nieregularności wybrzuszeniami i wklęsłościami.

Może odwrócić Arystotelesa, może to na glinie pamięci odciska się człowiek, nie na odwrót. Co znaczyć ma tyle, że jeżeli ktoś nieumiejętnie użył patyny, jeżeli ktoś spartaczył obsługę pieca wypaleniczego, to odchodząc od ściany ma się odsłoniętą skórę zbroczoną zrywkami gliny.

Patrzę na płytki ,,Morza’’. Nasuwa mi się wbrew mnie ten obraz, ta interpretacja, ta przemoc, której dokonuje na beztroskiej tematyce, że to falująca, migocząca, efemeryczna tkanka pamięci, przeszłości, może wręcz czasu samego w sobie, w którego koleinach, o którego grzbiety ociera się człowiek, mięsem i kością, staczając się w poprzek, mięsem i kością miotając się na powyginanej planszy.

I tak trwa, a w tym trwaniu czasem i zawoła : „Thýraze, kéres, ouket’ [lub: ouk éni] Anthestéria!”

10

Za drzwi kery, skończone Anthestéria. Takimi słowy ,,ostatniego dnia święta, zwanego Chytroi, Dniem Garnków, karmiono i przepędzano duszyczki zmarłych’’ (Kolankiewicz). Grecy, nie mający jeszcze świętego krzyża do widzenia, zdawali się na Hermesa Chtonicznego. Kery są tutaj duszyczką, jak i uosobieniem w pewnym sensie, indywidualnego losu człowieka. Dominikanin Grunau opisując prusko-litwiński obrzęd uczty kozła, relacjonuje, że ,,wierzono, że im głośniejszy był krzyk, tym więcej grzechów wybaczą im bogowie.” (cyt. z Hanuszewicz, ,,Czy obrzęd dziadów rzeczywiście wywodzi się od staropruskiej ‘uczty kozła’?”) Plącząc lekko gusła, im głośniej wybrzmi Thýraze, kéres, tym więcej umysłowych punktów pamięci (tj. nory lieux de memoire) rozpłynie się w mgle jutrzenki, tym więcej glinki przeszłości wyschnie i odpadnie od skóry organizmu społeczeństwa.

11

Skończone Anthestéria? Za drzwi? Drzwi wyważył niesiony przez podmuch anioł historii. Wykrzyczał coś, co brzmiało jak prośba o ratunek, albo może adres zrzutki na gofundme, ale zagłuszył go szloch z filmików cierpiących bardziej, które oglądaliśmy akurat na telefonie. Jego oczy rozszerzone były w zwierzęcym wręcz przerażeniu, takim, które z oczu czyni lustra, rzuciliśmy za nim więc torebkę ziołowej herbatki i zwinięty w rulonik plakat o alarmach RCB1. Po chwili namysłu zakrzyknęliśmy, heja-ho, heja-ho Angelus Novus, jak mamy wypędzić kery za popękane drzwi zgruzowanej skorupiny mojego domu? Skończone Anthestéria!

Zbiór motywów nagrobnych, lapidarium na cm. przy Cechowej, Stary Fordon, Bydgoszcz

12

Gdybym tej wczesno-jesiennej nocy, wracając z Starego Fordonu, nie wysiadła na swoim przystanku a pojechała do końca trasy autobusu, z jego zabrudzonych okien odmachnęłabym ujmującemu dłonie w witającym geście Jezusowi zrobionemu na modłę rzeźby Thorvaldsena. Rzeźba będąca taką nieodprawioną kerą, zaczepioną na placyku przed portykiem XIX-wiecznego kościoła projektu berlińczyka Heinricha Seelinga. Obecnie Zbawiciela, wcześniej Chrystusa, od pozostałych kirchów bydgoskich, które po 1945 roku i spadku udziału protestantów w ludności miasta z ponad 70% do jakiś nędzarskich promili, stały się przechsztami katolickimi, więc go od nich odróżniło w tych kluczowych miesiącach zainteresowanie duchownego Ryszarda Trenklera, występującego o budynek z ramienia Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego RP. Tak oto budynek pozostał luterański, a w 1947 roku przygarnął z likwidowanej wówczas pokaźnej nekropolii protestanckiej wspomnianą rzeźbę. Odratowany więc cmentarny Jezus stanął przed kościołem, swoimi zielonkawym obliczem przypominając o losie współwyznawców (na samym tylko ,jego’ cmentarzu, 80 tys ciał do dzisiejszego dnia pod parkiem im. Witosa).

Machając z autobusu temu Jezusowi, miałabym w torbie tomik poezji, zakupiony niewiele wcześniej w księgarni co kiedyś nosiła nazwę Nurt, bo to Gdańsk, bo to repozytorium nawiązań. Tomik jest Marianny Kijanowskiej, przełożył go z ukraińskiego Adam Pomorski, a we wkładce wewnątrz opisuje się go następującymi słowami: ,,Książka poetycka Marianny Kijanowskiej to nic innego jak współczesne dziady.” Tomik nazywa się ,,Babi Jar na głosy’’ i opowiada o masakrze, w której naziści w ciągu dwóch wrześniowych dni rozstrzelali w masowej mogile przygotowanej przez procesy melioracyjne, w tym jarze na obrzeżach Kijowa, blisko 34 tysiące Żydów (ostateczna liczba zabitych, w kolejnych dniach i miesiącach, włączając inne grupy, sięgnie 100 tys. ciał). Czysta masakra ta masakra. Ostatnio ktoś, aby zaakcentować dojście do porozumienia, powiedział ,,bomba’’, a ja aż się prawie wzdrygnęłam. Co na to ta teza Brodskiego, że estetyka poprzedza etykę? Saturacja, saturacja — ostatnimi dniami na przystankach w Gdańsku porozwieszane wciąż są plakaty zapraszające na rocznicę rozstrzelania obrońców poczty. Tymi słowami.

Wobec tego wszystkiego dziwnie mi myśleć o tych wygnańcach, nie z raju, a z Danzig, od których rozpoczęłam ten tekst. Odpowiedzialność zbiorowa, dobrze, wygnani niehumanitarnie, jasne, ale, ale, ale— ,,Każdy z nas płacze ogromnej mogiły, / która w swem łonie cały naród kryje, / naród, co w grobie ma otwarte żyły / i jak okropny upiór, w grobie żyje, / a chociaż powstać zmartwych (sic) nie ma siły, / w ciał zmartwychwstanie wierzy – i nie gnije, / a czasem z trudem wznosząc się ku górze, / wstrząsa grobowca drzwiami, strasząc stróże.” To fragment z Żuławskiego ,,Karceru”. Niby pozytywista, a upioruje narodem w najlepszym mickiewiczowskim guście. No tak, jeszcze Słonimski płaszcza Konrada nie miał okazji zrzucić.

Pachnie tu jakaś irredenta, we współczuciu Niemcom liczącym kroki wśród parkowego gwaru (licentia poetica, jest to park lekko na uboczu i niezbyt gęsto uczęszczany). Wokół nich domy zapełnione repatriantami, większość w gestach i zwyczajach nosząca kaganek traumy dla przyszłych swoich pokoleń. Odprawiająca dziady nie od święta, a jako dzienną praktykę, jakby słońce było jedną świecą wystarczająco jasną, aby ochronić przed tym złem.

13

Z pierwszej strony gazetki Polskiego Towarzystwa Ewangelickiego w Bydgoszczy (,,Ogniwo’’) 15 maja 1927 roku w swojej misji ewangelizacyjnej przypomina autor podpisujący się X. W. G.: ,,Nietzsche wołał kiedyś: ‘Bardziej na zbawionych wyglądać muszą chrześcijanie, abym uwierzył w Chrystusa’”. Bardziej na zbawionych wyglądać muszą luteranie… Przedwojenny etnograf i historyk literatury Henryk Biegeleisen notuje panujący w okolicach Krasnegostawu zwyczaj ,,palenia pościeli po zmarłych.” Zmarli, po drugiej stronie granicy — zbyt duża bieda na tych ziemiach, zbyt dobrze wychowała w nas traumy, by robić coś tak marnotrawnego, jak pościeli palenie. Zresztą pościel już i tak lepka od mazutu.

CHÓR. Bierzcie, czego której braknie, / Która pragnie, która łaknie.
GUŚLARZ. Czas odemknąć drzwi kaplicy; / Zapalcie lampy i świécy! / Przeszła północ, kogut pieje, / Skończona straszna ofiara (…)

Za drzwi kery, skończone Anthestéria!

14

Patrząc inaczej, czy te dziady, odprawiane pół-głębkiem nad tymi licznymi ,liczącymi kroki’ nie toną słusznie w kakofonii innych, prawdziwszych, w pewnym sensie? Moralnie czystszych, może tak, wydarzeń ociosanych do samego krwawiącego rdzenia. Czy nie miejsce ich w rozwichrzonej pianie na bezkresnej toni uderzającej o brzeg w rytmie jęku, w rytmie ciszy, w rytmie—

jest jar a w tym jarze rozstrzela nas hans
są łuski po kulach strzelano tu w nas
są karabinów maszynowych i nóg ślady
hans się zmęczył nie daje rady
wszystkich na jeden raz

Fragment wnętrza starej Synagogi fordońskiej, obecnie w trakcie adaptacji na Dom Kultury, Bydgoszcz

1 Alert RCB (skrót od Rządowe Centrum Bezpieczeństwa) to oficjalny, polski system ostrzegania SMS, który informuje o zbliżających się zagrożeniach pogodowych lub innych sytuacjach kryzysowych (przyp. adm.; inf. od SI)

Leave a Reply