Sierpień umarłych 1

Ewa Maria and Friends

Mojej Siostrze Kasi, bo mimo iż to ja to piszę, to jest to nasz wspólny wpis.

6 sierpnia umarł Jacek Mydlarski, malarz, fantastyczny partner rozmów, rzadko, zbyt rzadko, widywany przyjaciel, którego obrazy wędrowały ze mną niemal przez wszystkie moje berlińskie mieszkania, aby po 30 latach przenieść się z powrotem do Polski, do mojego siostrzeńca.

Miał 70 lat. Bardzo mnie poruszyła ta śmierć.
Tak się zaczął
Sierpień umarłych.

14 sierpnia umarła Ewa Demarczyk.

15 sierpnia umarł Henryk Wujec, jeden z najmilszych ludzi Solidarności, prawy, kochany, uczciwy, skromny, szlachetny. Człowiek, który nigdy nie zawiódł naszego zaufania.

To już nie były “zwykłe śmierci” (bo przecież zawsze ktoś odchodzi), to były po prostu Gorzkie żniwa. Tak jakby wszyscy na raz, powiedziała moja siostra, jakby wszyscy na raz postanowili opuścić Polskę, bo tu już się nie da żyć. W ciągu następnych kilkunastu dni umarli Wojciech Karpiński (18 sierpnia), Piotr Szczepanik i Andrzej Walicki (20 sierpnia), Józefa Hennelowa (22 sierpnia), Maria Janion (23 sierpnia). Nie nadążaliśmy z żałobą po każdej kolejnej stracie.

Były też rocznice, gorzkie, smutne, mimo minionych lat przejmujące poczuciem straty i tęsknotą.
18 sierpnia minęły 84 lata od śmierci Federica Garcii Lorki. To u nas w rodzinie ważna rocznica, bo Lorca był zawsze ważny, a potem, gdy Mama, Irena Kuran-Bogucka, zaczęła tłumaczyć jego wiersze, stał się wszechobecny.

Jacek Dehnel napisał na FB:

Osiemdziesiąt cztery lata temu, 18 lub 19 sierpnia 1936 roku hiszpańscy faszyści zamordowali jednego z największych poetów XX wieku. Kiedy ginął, zastrzelony przy drodze, był o dwa lata młodszy, niż ja teraz. Z wszystkiego, co napisałby później, zostaliśmy obrabowani, tak jak zostaliśmy obrabowani przez faszystów niemieckich ze wszystkiego, co napisałby później Baczyński.

Kiedy miałem szesnaście czy siedemnaście lat, nie mogłem nigdzie dostać kanonicznego – i jak dotąd najlepszego – przekładu jego wierszy, autorstwa Ireny Kuran-Boguckiej, więc pożyczyłem go od przyjaciółki i wklepałem w komputer. 375 stron, wiersz po wierszu, poemat po poemacie. Po blisko ćwierćwieczu, przenoszony z twardego dysku na twardy dysk, podróżuje ze mną nadal. Ze wszystkich miłości, które przeżyłem w życiu, którymi nadal żyję, ta jest jedną z najtrwalszych.

Federico Garcia Lorca (tłumaczyła Irena Kuran-Bogucka)
Nokturn martwego młodzieńca

O, pójdźmy w milczeniu nad rzekę skłębioną,
zobaczyć młodzieńca, który tu utonął.

O, pójdźmy w milczeniu poprzez brzegi wietrzne
zanim go do morza zniosą fale rzeczne.

Łkała jego dusza drobna i zraniona,
nad nią traw i sosen wznosił się aromat.

Z księżyca spływała z rozplecionym włosem
woda, sypiąc lilie na gór nagich zbocze.

Kameliami cienia zasypały wiatry
przytłumione światło ust smutnych i martwych.

Przyjdźcie jasnowłosi chłopcy z turni, z hali,
zobaczyć młodzieńca, co utonął w fali.

Przyjdźcie ciemni ludzie z góry i z doliny,
zanim go zaniesie rzeka w mórz głębiny.

Zanim go zaniesie w morze białogrzywe,
po którym wędrują wody woły siwe.

Ach, jak w Sil śpiewały i drzewa, i góry!
Lśnił księżyc zielony, jak krągły tamburyn.

Chodźmy szybko, chłopcy, niechaj nikt nie zwleka
bo oto już w morze porywa go rzeka!

Popłakałam się, jak przeczytałam ten wpis. A myślałam, że kiedyś wreszcie dorosłam i już nie płaczę…
Lorca był na pewno największą miłością w życiu Mamy.
21 sierpnia minęła 25 rocznica jej śmierci.
Zawsze nas przejmował fakt, że umarła w dwa dni po nim.
Grafika z cyklu Romancero Cygańskie 2 (ilustracje do wierszy Federica Garcii Lorki / Aresztowanie Antonia el Camborio na drodze do Sewilli)

Katarzyna Krenz (moja siostra) napisała:
21 sierpnia o godz. 12:59

Irena Kuran-Bogucka 1925-1995

Mama odeszła 25 lat temu.
Jej cień.
Wracają do mnie Jej kolory: zielony księżyc i granatowa noc. Czarny profil kobiety na złotawej desce drzeworytu. Zapach majowego deszczu i farby drukarskiej. Gwiazdy milczą. Ich milczenie przerywa krzyk Cyganki i tnie z szelestem białe płótno wiersza Federica. Zielony księżyc jest młody i zagięty jak rogalik. O byku nikt nie mówi, bo byk zawsze umiera. Rytmy posunięć dłuta i głębokiej pieśni płyną wspólnie po plastrze lipowego drewna przez otwarte okno ku nocy. Dzwony w kościele Najświętszego Serca Jezusowego na ulicy Czarnej wybijają godzinę pierwszą, drugą, trzecią… Dzwony na wieżach Kordoby wybijają swoje godziny

Ay, mój koniu niestrudzony! Ay, przecież śmierć mnie tu czeka, zanim dotrę do Kordoby
Kordoba samotna w dali.

O tym, że umarła Maria Janion dowiedziałam się z wpisu Justyny Sobolewskiej na FB:

Justyna Sobolewska
23 sierpnia, godz. 21:42

Wielki smutek. Zmarła profesor Maria Janion. Wielka humanistka i nauczycielka kilku pokoleń studentów. Ostatnio przypomniało mi się to zdanie Goethego, które interpretowała najpierw na naszym seminarium potem w książce „Odyseja wychowania” – najwyższym szczęściem dzieci ziemi jest jedynie osobowość. Tych ważnych zdań, które zostały, jest wiele. Pozostało mnóstwo książek – czasem białych kruków jak cykl „Transgresje” z gdańskiego seminarium. Wiele z nich miało swoje źródło w pracy podczas seminarium – „Bohater, spisek, śmierć”, „Niesamowita słowiańszczyzna”, „Kobiety i duch inności” czy „Płacz generała. Eseje o wojnie”. W tej ostatniej książce opisywała m.in. niebezpieczeństwa mitu bohaterskiego, który ma ładunek śmiercionośny i jednocześnie wielką siłę przyciągania. Widzimy to wyraźnie dzisiaj. Jej książki z lat 90 i dwutysięcznych badają życie pośmiertne romantyzmu, ale otwierają się na współczesność. Są przede wszystkim próbą przywrócenia zjawisk nie dość opisanych i zauważanych w kulturze. Zawsze chodziło jej o przekroczenie stanu świadomości polskiej, narodowej i symbolicznej uwięzionej w dawnych fantazmatach. Jej gigantyczny dorobek to próba przepracowania polskich traum i mitów. To była praca Syzyfa – w wywiadzie w Polityce w 2005 roku Janion mówiła, że cała moja ciężka walka o to, żeby paradygmat romantyzmu i historii przekształcić w paradygmat romantyzmu i egzystencji, nie powiodła się. Ale nie ustawała w wysiłkach. Pozostały ważne książki, do których zawsze będzie można wrócić, o które będzie można oprzeć kolejne projekty wolnościowe, emancypacyjne.

Fot. Agencja Gazeta

Tibor Jagielski przytoczył z kolei taki cytat: Dziś obserwujemy oczywisty, centralnie planowany zwrot ku kulturze upadłego, epigońskiego romantyzmu – kanon stereotypów bogoojczyźnianych i Smoleńsk jako nowy mesjanistyczny mit mają scalać i koić skrzywdzonych i poniżonych przez poprzednią władzę. Jakże niewydolny i szkodliwy jest dominujący w Polsce wzorzec martyrologiczny! Powiem wprost – mesjanizm, a już zwłaszcza państwowo-klerykalna jego wersja, jest przekleństwem, zgubą dla Polski. Szczerze nienawidzę naszego mesjanizmu.

Niestety tak, napisał Tibor, cześć jej pamięci.

Niestety tak, cześć ich pamięci.

***

Anna Krenz napisała przed chwilą na FB o kolejnej śmierci, o której pamiętamy:

Dziś mija rok…. / It has been a year today….
Longina Poterek-Krenz (16.2.1946-28.8.2019)
Moja najukochańsza Mama / my beloved Mom.

Jutro drugi wpis zatytułowany Sierpień umarłych.

Maki nad Odrą, dalie w ogrodzie

Ela Kargol

Przybyłam, zobaczyłam i wróciłam, tak można by sparafrazować słowa Juliusza Cezara. Veni vidi reveni, tak brzmiałoby po łacinie, jeśli córka dobrze przetłumaczyła i odmieniła ostatni czasownik.
Maki nad Odrą po słubickiej stronie kwitną najpiękniej. Chociażby po to, żeby je zobaczyć, warto było zadać sobie tyle trudu podróży spowodowanego pandemią i częściowym brakiem połączeń kolejowo-autobusowych między Berlinem a Poznaniem.

14 marca wszystko jeszcze funkcjonowało.

Od lat raz w tygodniu przekraczałam Odrę pociągiem i z okna wagonu Warsu podziwiałam szeroko płynące jej wody. Gdy jechałam z wnukiem, mieliśmy pewien dowcipny rytuał. Ja mówiłam spoglądając przez okno: „Patrz Magnus, Wisła!“, a on na to: „Babciu, to przecież Odra”. Ostatnio się zagapiłam i Magnus pierwszy odezwał się do mnie: „Patrz babciu, Warta!“ A to naturalnie była Odra.

Moja prawie 90-letnia mama mieszka z moją niepełnosprawną siostrą w Poznaniu. To do nich jeździłam, przytulałam, robiłam zakupy, płaciłam rachunki, układałam lekarstwa, prałam, sprzątałam, dawałam dobre rady, których i tak nikt nie sluchał. Ostatni raz byłam w połowie marca. Nie o wszystkim pomyślałam, nie wszystko załatwiłam. Nie odmówiłam wizyty księdza, który mamę co miesiąc odwiedzał i na początku kwietna znowu przyszedł. Nawet nie mogłam mu wiele zarzucić. Przed wejściem do domu zapytał się, czy mama i siostra go przyjmą. Przyjęły go z otwartymi rękami. Ale w sumie może wymodlił opiekę nad nimi u swojego szefa.

Minęły już ponad dwa miesiące odkąd nie byłam w poznańskim domu rodzinnym.

Wyruszyłam z berlińskiego domu 22 maja, dzień później niż zamierzałam.

Ponieważ pandemia trwa już jakiś czas, przepisy zmieniają się z dnia na dzień i nikt już nie wie, co można, czego nie wolno, co jest otwarte, a co zamknięte, czy możesz wyjść z domu, pojechać do innego miasta, ba, do innego kraju. Nie tak dawno protestowali mieszkańcy przygranicznych miejscowości, ci co mieszkają po jednej stronie, a pracują lub uczą się po drugiej. Protesty przyniosły „dobre zmiany“. Nie przeczytałam nigdy tych przepisów regulujących przyjazdy i wyjazdy przez granicę, coś tam usłyszałam w radiu, ktoś znajomy wyjechał, sąsiadka przyniosła formularz, który pracodawca miał wypełnić i wypełnił, ale nie było na nim żadnej pieczątki, więc równie dobrze mogłam wypełnić go sama. Wiedziałam, że w przepisach regulujących przyjazdy i wyjazdy przez już dawno otwartą unijną granicę są jakieś luki, niedopowiedzenia i możliwości wielorakiej interpretacji. Nie ustalono, o ile wiem, jak daleko od granicy należy mieszkać, pracować. No i jak tu ustalić swoje stałe i prawdziwe miejsce pobytu, gdy wielu z nas żyje w ciągłym rozkroku, nie tu i nie tam, nie tam i nie tu.

Od wielu lat mieszkam w Berlinie, sercem i duszą zawsze w Polsce. Pamiętam granicę niemiecko – niemiecką, niemożliwość wyjazdów do Poski, później przejazdy w zatłoczonych pociągach trwające godzinami. W roku 1984 moja kwarantanna trwała dwa lata, teraz dwa miesiące.

Mam zaświadczenie od pracodawcy, polski dowód osobisty, niemieckiego nigdy nie miałam, zameldowanie w Poznaniu, umowę o pracę, paczkę landrynek jako lek antystresowy, plecak na plecach i wychodzę z domu, i odczuwam lęk jak przed laty, gdy kontrole graniczne nie należały do przyjemnych. Jadąc do Frankfurtu zastanawiam się, skąd jestem, gdzie moje miejsce. Z całej mojej rodziny tylko ja nie zasymilowałam się do końca z mieszkańcami kraju mojej emigracji. Nie umiem powiedzieć dlaczego, czy kompleksy Polaka i to mniejsze poczucie wartości wzięły górę, czy mój charakter, bo na pewno nie światopogląd. Polska jest na wyciągnięcie ręki i mimo braku umiejętności prowadzenia samochodu jeździłam tam co tydzień. Trzy bardzo ważne miejsca, które odwiedzam, to mój dom rodzinny w Poznaniu, dom w Lachowicach w miejscu rodzinnym mojego ojca i ostatnio Szczecin z jego historią niemiecko-polską.

Uważam więc, że nawet bez „bumagi” mam prawo do wyjazdów za Odrę, w jedną i drugą stronę.

Rozglądam się wokół, patrzę na pasażerów w pociągu. Już dawno po karnawale, a my wszyscy w maskach. Łapię się na tym, że choć mam trzy maseczki lub cztery, zakładam najczęściej tę w biało-czerwone paski. Już to zestawienie kolorów powinno być wystarczającym biletem wstępu za Odrę. Są maski w kwiatki, kropki, gwiazdki, galaktyki, koniki i w koniczynki, motylki, pszczółki, maski z uśmiechem lub bez, z jakimś sloganem z nakrętką jak z butelki…

Pokaż mi swoją maskę, a powiem ci, kim jesteś!

Gdy wychodziłam z mieszkania w Berlinie, obejrzałam się za siebie, spojrzałam przychylnym okiem na mój bałagan, który zostawiam i do którego chciałabym wrócić, żegnam klatkę schodową w promieniach porannego słońca, maki, które wyrosły przed domem, nie wiedząc jeszcze, że będą moim towarzyszem podróży, maki. Na przystanku autobusowym na płytach chodnikowych odczytuję zamazany napis „Be Vegan” i myślę sobie, że mi to nie grozi. Nawet nie jestem wegetarianką, nad czym ubolewa jedna z moich córek.

Dojezdżam do dworca ZOO, przez długie lata był to dworzec, z którego odchodziły pociągi do Polski. Dworzec główny, Berlin Hauptbahnhof otwarto w 2006 roku. Mimo swoich niedoskonałości jego architektura mnie zachwyca.

Na peronie jest dość pusto. Pociągi do Warszawy nie są wykreślone z rozkładu jazdy. Ale ja wiem, że żaden pociąg nie przyjedzie i nie odjedzie, jeszcze nie. W pociągu do Frankfurtu jest nas sporo. Tuż obok siedzi dziewczynka w dzierganej na szydełku kolorowej masce. Na kolanach trzyma lalkę, też w szydełkowej masce.

Wysiadłam we Frankfurcie. Zapytałam panią w informacji o ostatnie pociągi do Berlina, a potem o przejście graniczne. Pani spojrzała na mnie wyrozumiale informując o pociągach i o przejściu, przez które nie przejdę. Autobusu nie mogę znaleźć, zresztą jest ich dużo mniej. Po co mają jeździć w kierunku zamkniętej granicy? Wiem, że ta podóż będzie wyjątkowa i wyjątkowo dużo będzie mnie kosztowała, a więc wsiadam do taksówki. Taksówkarzowi wyjaśniam, że chcę przejść i że powinno się udać. Życzy mi powodzenia, ale proponuje, że poczeka. Przed mostem stoją niemieccy policjanci. Pytam się, dokąd mam pójść: „Prosto, przed siebie, nas to nie interesuje, tam stoją polnische Kameraden.” Szukam w czeluściach plecaka dowodu i zaświadczenia, żeby mieć pod ręką i idę wolnym krokiem w kierunku mostu, mostu, który jest świadkiem wielowiekowej historii. Nie zawsze był mostem przyjaźni. Jak podaje wikipedia w Polsce jest tylko mostem granicznym, a w Niemczech nazywa się Stadtbrücke Frankfurt (Oder). Nie szłam chyba nigdy tym mostem, może raz jako nastolatka, wracająca z zakupów w enerdowskim Frankfurcie. Most, który łączy i dzieli miał dzisiaj łączyć. Zmierzono mi temperaturę, nie patrząc nawet na wynik. Przeszłam na drugą stronę z dowodem i zaświadczeniem z pracy. Ci, którzy sprawdzali bilety wstępu ledwo spojrzeli na moje papiery, a ja jeszcze niepewna swojego szczęścia przeszłam na makową stronę.

Maki nad Odrą po słubickiej stronie kwitną najpiękniej. Całe zbocza czerwienią się makami. Stoję i patrzę i przez chwilę nie chcę już dalej jechać, choć wiem, że muszę i chcę, do domu, do mamy.

Z taksówkarzem uzgadniam cenę podróży do Rzepina, mając nadzieję na szybkie połączenie pociągiem do Poznania. Jedziemy, taksówkarz miły, chwali rząd, który walczy z pandemią, nie to co w Szwecji, gdzie nikt niczego nie zabrania. Cieszy się, że w Lubuskim zniosą częściowo obowiązek przywdziewania masek: „Bo kto w tym wytrzyma, pani?” Nagle dostrzegam drogowskaz na Ośno Lubuskie. Uzgadniam następną cenę i jedziemy choć na chwilę pod budynek byłego Liceum Pedagogicznego, gdzie moja mama zdawała w 1951 roku maturę. Budynek z czerwonej cegły był kiedyś Królewskim Ewangelickim Seminarium Nauczycielskim, potem szkoła realną, teraz jest Młodzieżowym Ośrodkiem Socjoterapii.

Jestem w Rzepinie, na pustym dworcu, przy zamkniętych kasach. Jakiś entuzjasta przekonany o swojej misji wyjaśnia wszystkim, którzy próbują odczytać rozkład jazdy, że pociągi nie jadą, tylko niektóre i on wie które. Mój pociąg do Zbąszynka jedzie za trzy godziny, a tych państwa obok mnie z walizkami dopiero za pięć.

Postanawiam pójść w miasto, do banku, bo jak dojadę do Poznania, to już będzie za późno i nie zdążę nic załatwić. Pan, który wszystko wie, pokazuje mi drogę. Przy dworcu w Rzepinie stoi stara parowa lokomotywa, którą zawsze podziwiam z okien pociągu, wreszcie mogę jej prawie dotknąć. Mijam poniemiecki kolejowy budynek, w którego oknie łopocze biało-czerwona flaga. Niektóre sklepy są pozamykane, niektóre otwarte, ale puste. Mogłabym kupić córce drabinę, której potrzebuje, ale po namyśle rezygnuję. W banku załatwiam wszystko sprawnie i szybko wracam na dworzec. Przy dworcu właśnie po dwumiesięcznej przerwie otwarto bar-bistro z ogródkiem, piwem i pierogami. Przy stoliku siedzi para włosko-polska. To ci, którzy do odjazdu pociągu mają pięć godzin. Wyjechali w marcu do Włoch na karnawał. Jedenastoma pociągami przyjechali do Rzepina, spod Florencji. Przez znaczną część Austrii podróżowali taksówką. Ale o tym powiedziała mi dopiero polska żona włoskiego męża, gdy ten poszedł rozprostować kości: „Ja powiedziałam mężowi, że ten pan taksówkarz, to nas za darmo przewiezie, inaczej mąż by się nie zgodził. Do Austrii nas nie chcieli wpuścić i wtedy ten taksówkarz zaproponował pomoc. Ale za kurs to policzył sobie chyba potrójnie. Teraz mamy kwarantannę, jak dojedziemy do Warszawy, ale ja to się nawet cieszę.”

Do Afrykańczyka, siedzącego w innym kącie, podchodzę sama. Pytam, co tu robi, dokąd jedzie. Jest studentem z Warszawy, pojechał szukać pracy do Berlina, nie znalazł, wraca, ale dostał kwarantannę, nie wie dlaczego.

Opuszczam moich towarzyszy pandemicznej podróży, bo mój pociąg do Zbąszynka niedługo odjeżdża. Pamiętam Zbąszynek, na tyle, na ile dziecko może coś zapamiętać. Poniemiecki dom niedaleko dworca, zbudowany w latach 30 dla niemieckich kolejarzy, dom z dużym ogrodem. Na dworcu mam za mało czasu, żeby wyjść za perony.
Mama spędziła w Zbąszynku kilka lat, mieszkała w poniemieckim domu u polskiej już właścicielki. W poniemieckiej szkole uczyła polskie dzieci. A gospodyni gotowała w poniemieckich garnkach. Przyjaźń z polską właścicielką zbąszyńskiego domu z czerwonej cegły przetrwała lata. Pamiętam ganek, sad, poręcze wymalowane na ciemnozielono i mamę, która mnie tam zabierała.
Dworzec w Nowym Tomyślu i droga do miasta przemknęły mi szybko przed oczami, gdy siedziałam w następnym pociągu do Poznania. Nowy Tomyśl pamiętam lepiej, spędziłam tu kilka pierwszych lat życia, a następne lata przyjeżdżałam tu często w odwiedziny.

Z Berlina wyjechałam rano, wieczorem dotarłam do celu podróży. Mama czekała już na mnie. Mimo ciepłego wieczoru siedziała owinięta swetrem na tarasie. Poznała mnie po głosie. Mamie przez te dwa miesiące, przybyło lat, urosły włosy, ubyło wzroku i pamięci. Mama ma prawie 90 lat, prawie nie chodzi, prawie nie widzi, prawie żyje, czuje, kocha i tęskni. Ja też tęsknię i dlatego tu jestem.

W ogrodzie nikt nie skosił trawy. Szkoda tylko, że mama nie dojrzy stokrotek, które się w niej ukryły i zakwitły, ani dmuchawców, które rozwiał wiatr. Nie zobaczy też niezapominajek rozsianych za sprawą taty po wszystkich możliwych miejscach. Nie posadził nikt georginii, które tata co roku na wiosnę sadził dla mamy pod tarasem. Biorę łopatę i wkopuję kłącza kwiatów które już wypuściły pierwsze pędy, w ziemię.

Myślę, że latem znowu zakwitną. A ja przyjadę i opowiem mamie jak wyglądają, kilka zetnę i włożę do wazonu.

Z domowego aresztu (9)

Zbigniew Milewicz

Szczęście Yanka

Piękny, majowy dzień, aż chce się iść do parku, władza zezwala na spacerniak, w Bawarii bez maski. My sme chlapcy od Żiliny, milujemy Katerinu… słyszę znajomą nutę, podchodzę do ławki, na ktorej siedzi mężczyzna bez nóg, z butelką piwa w ręce, obok wózek inwalidzki. Pytam po polsku, czy mogę się dosiąść, kiwa głową i dalej nuci półgłosem. Chyba mój rówieśnik, poorana zmarszczkami twarz, krępy, czupryna siwych włosów, oczy przesłonięte ciemnymi okularami. Zwrotek w tej piosence jest wiele, ale w pewnym momencie urywa i pyta, skąd jestem, mówię, że ze Śląska, a on spod Popradu. Lubię Słowaków, bo mają i charaktery, i język podobny do naszego, każdy mówi po swojemu, a można się dobrze zrozumieć.

Yanko jest szczęśliwy, bo przed południem odwiedził go syn – jedynak, który mieszka w Bochum. Wychował go praktycznie sam, żona zmarła na raka, kiedy Kubik miał 8 lat. Dziadkowie już nie żyli, więc kiedy był w tartaku, chłopakiem zajmowała się jego ciotka, ale po pracy wszystko było na głowie Yanka, lekcje dziecka, dom, gospodarstwo. Mieli krowę, kilka świnek, trochę owsa i gruli, ktoś to musiał oporządzić. Kubik brudny i obszarpany nie chodził, siostra żony prała jego rzeczy, prasowała, ale gotował zwykle Yanko, zrobił kociołek kwaśnicy, albo grochówki na cały tydzień, głodu chłopak nie znał. Uczył się dobrze, słuchał ojca, nie łobuzował za bardzo, chciał zostać stolarzem. Posłał go więc do szkoły zawodowej w tym kierunku, ukończył ją z dobrymi ocenami, ale tam koledzy nauczyli go palić i pić. Yanko też lubił sobie czasami po pracy wypić piwo, a od święta kieliszek jałowcówki i miał nadzieję, że i Kubik zachowa umiar.

Po szkole poszedł do wojska, kiedy z niego wyszedł, poszukał sobie pracy, tylko nie w wyuczonym zawodzie, a w popradzkim browarze , jako kierowca do rozwożenia piwa. Nie podobało się to ojcu, widział, że chłopaka ciągnie do butelki, a tam mógł po pracy pić bez ograniczeń. Zarabiał słabo, a pieniądze zawsze miał, dokładał się do wspólnego gospodarstwa, tu nie można mu było niczego zarzucić. Yanko czuł, że Kubik kombinuje z piwem, które rozwozi ciężarówką, ale syn się tego zawsze wypierał. Jak jeden sąsiad wyjechał do Niemiec i przysłał piękną pocztówkę, w której pisał, że jest mu bardzo dobrze, a później zrobił to inny, postanowił pójść w ich ślady. Miał papiery na pochodzenie, po swoim dziadku, przekonał Kubika i nielegalnie wyjechali do Monachium, mur berliński miał się wtedy jeszcze dobrze. Po kilku miesiącach tułaczki po różnych zbiorowych siedliskach dostali dwupokojowe, socjalne mieszkanie, ukończyli kurs niemieckiego, później ojciec poszedł do rigipsów w firmie budowlanej, a syn na taśmę w BMW i, póki co, za dużo nie pił.

Był z niego przystojny chłopak, zawsze podobał się dziewczynom, tylko na Spiszu nigdy długo nie wysiedział przy jednej. Na jakimś ulicznym święcie na Schwabingu poderwała go turystka z Westfalii, która mogłaby być jego matką. Poza tym damulka całkiem przyjemna, zaprosiła go do hotelu, w następną sobotę miał pracować, to wziął sobie wolne i pojechał na dwa dni do Bochum. Wrócił nie ten sam, jakby go zauroczyła. Jak tam w jej mieszkaniu ładnie, jak czysto, ile pokoi i bogactwa – opowiadał – prawdziwa Niemka, a furą jaką jeździ… Była właścicielką dosyć dużej restauracji w handlowej dzielnicy miasta i to Kubikowi też pasowało. Przyjeżdżała do niego do Monachium przynajmniej raz w miesiącu tym swoim srebrnym mercedesem-beczką, ale na Harthof, gdzie Yanko mieszkał z synem, nigdy nie zajrzała, Kubik wstydził się przed Kariną ich nory. Od kiedy się poznali, nigdy już inaczej nie nazwał tego mieszkania, w którym jeszcze do niedawna było mu dobrze. Yanko czuł, że syn jego też się wstydzi.

– Ty wiesz, że ja przed wypadkiem byłem u nich tylko jeden raz? – A później już w ogóle, do domu mnie nie zaprosili, tylko do jej restauracji – mówi.

Przyjechali z synem do Monachium w 1986 roku, cztery lata później młody zostawił pracę w BMW i zamieszkał u Kariny. Była wdową po przemysłowcu z branży metalowej, dała Kubikowi fundusze na uruchomienie firmy, zajmującej się kupnem i sprzedażą używanych samochodów, do czego się nadawał i interes prosperował dobrze. Karina miała z byłym mężem dwie córki, już usamodzielnione, jedna wyszła za mąż za bogatego Szwajcara, druga wyjechała do Stanów. Z aktualnym partnerem nie miała dzieci, ślubu również, tak jej odpowiadało; Kubik wprawdzie czasami coś przebąkiwał o małżeństwie, ale to ona w ich związku rozdawała karty. Od jego wyjazdu Yanko został sam, nie znalazł sobie żadnej kobiety do dalszego, wspólnego życia, bo dalej tęsknił za zmarłą żoną, którą bardzo kochał, poza tym uważał, że jest już za stary na nowy związek. Była tylko praca, dom, telewizor ze słowackimi programami z anteny satelitarnej, czasami jakieś piwo z kolegami z budowy i mecze jego ulubionego Bayernu. Z Kubikiem prawie się nie widywali, czasem, kiedy miał coś służbowego do załatwienia w Monachium, to odwiedzał na chwilę stare śmieci i zawsze bardzo się spieszył. Na Boże Narodzenie i Wielkanoc dzwonił do ojca i składał mu standardowe życzenia… po niemiecku. A kiedy Yanko dzwonił do syna i mówił po słowacku, to w odpowiedzi był także tylko język niemiecki, jakby Kubik wstydził się również ojczystej mowy.

Na rodzinny Spisz jeździł Yanko z potrzeby serca raz, dwa razy do roku, od kiedy przeszedł na emeryturę zdarzało się to częściej. Ostatni raz był w swoich stronach w czerwcu, sześć lat temu i wtedy doszło do tego nieszczęśliwego wypadku. Pojechali razem z synem na wesele jego kuzynki, a chrześnicy Yanka. Było bardzo radośnie i miło, oczywiście z góralską kapelą i zachowaniem wszystkich tradycji; syn, jak sobie wypił, to nie mógł się nagadać i naśpiewać do syta po słowacku, obyło się bez awantur, tylko ten nieszczęsny telefon z Niemiec, w poprawiny, wszystko zepsuł. Interesy wzywały syna do wcześniejszego powrotu, pierwotnie mieli jechać do Niemiec za dwa dni, jak alkohol wywietrzeje Kubikowi z organizmu, po rozmowie postanowił zrobić to szybciej. Już niczego nie pił, zamówił w hotelowej recepcji budzenie na czwartą rano i poszedł do pokoju spać, Yanko również. Daremnie perswadował synowi, że to głupota, co robi, że tak szybko człowiek nie trzeźwieje. To wracaj na własną rękę – usłyszał. Gdyby tak zrobił, chodziłby do dzisiaj. Niestety diabeł podkusił zawierzyć Kubikowi i pofolgować wygodnictwu.

Ujechali może pięć kilometrów. Na jednym z górskich zakrętów nowiutka bm-ka wpadła w poślizg i sturlała się ze skarpy. Yanko, który siedział obok kierowcy, stracił przytomność. Kubik uciekł z miejsca wypadku do lasu, w którym przesiedział do wieczora, dopóki nie poczuł, że faktycznie jest już trzeźwy. Do wraku samochodu, w którym mógł znajdować się jeszcze jego ojciec nie wrócił, tylko okrężną drogą dotarł do hotelu, gdzie właśnie sprzątano po weselnym przyjęciu. Wszyscy już wiedzieli o tym, co się stało, przyjechała policja, zabrała Kubika i poddała go rutynowej procedurze śledztwa w sprawie spowodowania wypadku drogowego z groźnym skutkiem i ucieczki z miejsca zdarzenia. Tłumaczył się szokiem pourazowym, a jedynym jego urazem był… złamany nos. Ojcu zmiażdżyło obydwa podudzia, gdyby nie ludzie mieszkający w pobliżu, którzy usłyszeli łomot na drodze i pospieszyli z pomocą, wykrwawiłby się w samochodzie. Amputowano mu nogi w popradzkim szpitalu, później helikopter ADAC przetransportował go do Monachium. Jak odzyskał przytomność w miejscowym szpitalu i doszedł trochę do siebie, przyjechała policja, żeby spisać jego zeznania w sprawie katastrofy. Słowem nie wspomniał, że syn pił na poprawinach, trzymał jego stronę, ale pozostali świadkowie zeznali inaczej. Dzięki pieniądzom i znajomościom Kubikowi udało się ostatecznie uniknąć odpowiedzialności karnej za przestępstwo, które popełnił, skończyło się na mandacie, za… przekroczenie dozwolonej prędkości w terenie zabudowanym. Ojcu, za jego okaleczenie, nie dał ani centa, Yanko jest honorowy i nawet gdyby tamten coś mu chciał wcisnąć, niczego by nie przyjął. Na budowie dobrze zarabiał, więc i emeryturę ma przyzwoitą, wystarcza na skromne życie.

– Całe szczęście, że mieszkam na parterze i nie ma żadnych schodów do pokonania, bo inaczej musiałbym po wypadku szukać innej nory – śmieje się Yanko. – Pierwszy raz od sześciu lat mnie syn odwiedził, powiedział, że nie miał czasu wcześniej i butelkę dobrego wina mi przywiózł z Bochum w prezencie, ale łobuz nie przeprosił za te nogi, może zapomniał. Ludzie dzisiaj tak szybko żyją, że o wielu sprawach zapominają niestety, ale dziecko, to dziecko, nawet jak zrobi coś strasznego, to dobra matka i dobry ojciec zawsze mu wybaczą. A ty skąd znasz Spisz?
– Jeździłem w swoim czasie na Rzepiska, do rodziny Malców.
– Znam, to po polskiej stronie, wiesz, że Józek nie żyje?

Są ludzie, a Yanko do nich na pewno należy, dzięki którym gdziekolwiek by człowiek nie był, zawsze poczuje się, jak w dobrym, ciepłym domu.


PS od Adminki.

Wzruszający tekst o ojcu. Wczoraj był polski Dzień Matki, niemiecki był już jakiś czas temu – świętuje się go zawsze w drugą niedzielę maja, polski Dzień Ojca jest podobno już od lat 60 w dniu 23 czerwca, ale w życiu o nim mnie słyszałam, tymczasem o niemieckim słyszałam i owszem bardzo dużo. Nawet go słyszałam, a nie tylko o nim, bo w Niemczech Dzień Ojca to dzień wolny od pracy i bardzo specjalna okazja. W tym roku przypadł akurat tydzień temu w czwartek. Jest to ruchome święto, obchodzone zawsze w dzień Wniebowstąpienia Jezusa. Tego dnia niemieccy tatusiowie na piechotę, na rowerach lub z wózkami czy nawet wozami konnymi udają się gromadnie do lasu, wędrują, śpiewają i raczą się obfitym jadłem, i jeszcze obficiej popijają je z piersiówki, która jest nieodłącznym rekwizytem takiej wyprawy. Jak się można łatwo domyślić, owe wyprawy bywają nader głośne.

A skoro już świętujemy na blogu Dzień Ojca i Dzień Matki, pozwolę tu sobie dołączyć bajkę arabską, którą autor mi przysłał już jakiś czas temu, opatrując ją dopiskiem – zrób z nią może coś z okazji Dnia Matki. No to dołączam ją do Dnia Ojca, bo to po prawdzie identyczna historia.

Serce matki

Hassan kochał swoją matkę z wielką czułością, a swoją żonę, Leilę z wielką namiętnością. Jednak Leila nie kochała matki Hassana, o którą była szaleńczo zazdrosna. Bezustannie zadręczała męża żądaniami. „Gdybyś mnie naprawdę kochał, nie zniósłbyś tego, by inna kobieta dyktowała mi swoje prawa pod naszym dachem”.

I Hassan wygnał matkę z domu.

„Gdybyś mnie naprawdę kochał, nie odwiedzałbyś już więcej tej kobiety, która potajemnie mnie oczernia”.

I Hassan, chociaż bardzo cierpiał, już nie składał wizyt swojej biednej matce. Zazdrość Leili nie miała jednak granic. I pewnego dnia zażądała od Hassana najbardziej okrutnego dowodu miłości:

„Gdybyś mnie naprawdę kochał, zabiłbyś tę kobietę, która mnie dręczy dniami i nocami, i przyniósłbyś mi jej serce”.

Hassan wziął więc nóż, poszedł do swojej matki i wyrwał jej serce. A kiedy, płacząc, niósł je do ukochanej, potknął się o kamyk i serce upadło na ziemię. Wtedy z zabrudzonego przydrożnym kurzem serca wydobył się cichy głosik, który zapytał:

„Hassanie, syneczku, czy nic ci się nie stało?”

Ginkgo

Ewa Maria Slaska

Das Haus, in dem ich ab und zu arbeite, ist riesig groß. Im Laufe der Jahre belegten wir schon Zimmer in seinem verschiedenen Teilen. Diesmal, und es ist erst seit ein paar Wochen, befinden sich unsere Fenster direkt gegenüber Hochschule der Künste. Davor wachsen zwei wunderbare Ginkgobäume, die jetzt der hohen goldenen Flammen gleichen. Ich habe es schon seit Tagen mit Freude beobachtet, aber erst heute ist mir eingefallen, dass ich gerade diesen Baum schon vor fast 20 Jahren beschrieben habe. Ich war mir nicht sicher, ob ich den Text überhaupt finde, aber doch – hier ist er:

Ginkgo oder Ich mag Goethe nicht

Den Oktober verbrachten wir in Griechenland. Die Pracht von Blau und Weiß. Die Rückkehr nach Novemberberlin gleicht einem Schock. Es regnet. Alle Menschen in der U-Bahn sitzen mürrisch herum, schweigen und glotzen vor sich hin. Ihre Mundwinkel sind alle nach unten gesenkt, in einer grimmigen Grimasse von Unzufriedenheit, Neid und Verbissenheit. Die Berliner Fratze.

Es regnet die ganze Woche lang. Alles ist grau und kalt.

Samstag. Endlich blauer Himmel und Sonne. Kalt ist es immer noch, aber nicht mehr grau. Ich gehe spazieren, möchte goldene Bäume sehen. Auf dem Bayerischen Platz endlich ein paar Birken. Golden. Es ist kalt. Alle Straßen sind menschenleer. Die Bundesallee. Samstag früh – der Berliner will sich einmal ausschlafen. Vor mir ein großer goldener Baum. Ein Ginkgo. Groß, prächtig. Ein Baum, der von Goethe berühmt gemacht wurde. Daß ich eins und doppelt bin, schrieb er. Wie der Ginkgoblatt. Es ist ein Liebesgedicht. Goethe dachte dabei an sich und eine um 60 Jahre jüngere Frau.

Ich sammle ein paar Blätter. Als ich mich nach unten beuge, sehe ich ein paar Meter weiter einen anderen Goldbaum, unter dem sich zugleich drei Menschen, etwas pflückend, beugen. Chinesen, stelle ich fest. Drei Chinesen unter einem Ginkgo-Baum an einem menschenleeren Samstag. Der Baum dort ist kleiner. Die Chinesen arbeiten, das sieht man ihnen an. Es ist etwas zielbewußtes in ihren Bewegungen, rauf und runter. Jeder hält in der Hand eine durchsichtige, orangenfarbene Plastiktüte. Sie stecken das, was sie vom Boden heben, in diese Tüten. Ich bilde mir ein, daß sie die goldenen Blätter sammeln, um ein Zimmer mit den Ginkgo-Blättern zu tapezieren, damit ein schöner Meditationsraum entsteht. Einmal habe ich so ein Zimmer in einem fernöstlichen Haus gesehen, dessen Wände mit Magnolienblüten bedeckt waren. Es klingt romantischer als es aussah. Magnolienblüten mögen fabelhaft am Baum aussehen, aufgeklebt, sind sie schmutzigweiß. Ich hätte es lieber mit Ginkgo-Blättern gemacht.

Fest entschlossen, die Chinesen unter dem Baum gerade so ein Ziel vor den Augen haben und erpicht, ihnen zu helfen, gehe ich auf sie zu und behaupte, da, unter „meinem“ Baum, seien die Blätter schöner, beständiger, und in größerer Menge.

Es sind zwei Männer und eine Frau. Sie schauen mich mitleidig an und lachen. „Wissen Sie“, sagt die Chinesin und sie sagt es gerade so, wie die Chinesen sprechen, mit dünnem S, die durch eine dünne, kindliche Stimme fast komisch verändert wird. „Der Baum da, der ist ein Mann, der taugt nicht“.

„Und?“ – frage ich. „Dies da ist eine Frau und hat Früchte“. Sie zeigen mir kleine, rosiggelbe Beeren. Hilflos suche ich mir ein paar Früchte zusammen und schnupfe an ihnen. Sie riechen unangenehm, nicht schlecht, aber gerade so – unangenehm, nach Hundepisse. Die Chinesen essen doch alles, erinnere ich mich plötzlich. Ich bin keine Chinesin, für mich sind diese Früchte weder eine Bereicherung langweiliger europäischer Nahrung im Exil, noch ein Stück ferner Heimat an einem kalten Tag. Es sind ganz einfach kleine Beeren, die unangenehm riechen. Etwas ist in mir verlorengegangen, obwohl ich es nicht genauer weiß, was.

Mir kommt es vor, als ob ich wüßte, der Ginkgobaum sei männlich und weiblich. Ich bringe es nicht über mich, die Früchte zu kosten. Ich mache mir ein schönes herbstliches Gedeck. Ein paar weibliche Beeren mit zwei männlichen Blättern. Aber essen möchte ich davon nicht.

Der Ginkgo, der dank einem Dichter zum Symbol der Einigkeit zweier sich liebenden Menschen avancierte, ist in Wirklichkeit für uns, die wir keine Sachkundigen sind, eine Seltenheit – ein Baum, der entweder weiblich oder männlich ist. Geteilt. Fern von einander. Auf ewig und immer. Bis auf Gott sie verbindet.

Und der Mann, der taugt nicht.
Berlin im November 2000.


PS vom 16. Oktober 2019:

Die Ginkgobeeren werden geröstet und sollen eine Delikatesse sein, die man gern in China während einer Hochzeit serviert. Zwei Leute aus meiner Familie haben vor 10 Jahren geheiratet. Eine Rosenhochzeit wäre es, ist aber anders geworden… Trotzdem wünsche ich den beiden, dass sie glücklich sind. Auf Polnisch sind die Namen anders und sie ändern sich – als ich jung war und meine Eltern 10. Jahrestag ihrer Hochzeit feierten, hieß es “żelazne wesele” – Eiserne Hochzeit. Heutzutage ist es Aluminium oder Zinn. Und wiederum die Eiserne Hochzeit ist in Deutschland Name für den 65. Jahrestag der Ehe…


Und noch Goethes Gedicht (falls man sich nicht an Anhieb daran erinnert)

Ginkgo Biloba

Dieses Baumes Blatt, der von Osten
Meinem Garten anvertraut,
Gibt geheimen Sinn zu kosten,
Wie’s den Wissenden erbaut.

Ist es ein lebendig Wesen,
Das sich in sich selbst getrennt?
Sind es zwei, die sich erlesen,
Dass man sie als eines kennt?

Solche Fragen zu erwidern
Fand ich wohl den rechten Sinn.
Fühlst du nicht an meinen Liedern,
Dass ich eins und doppelt bin ?

Johann Wolfgang von Goethe 1815
(1749 – 1832)

Dieses Gedicht, schrieb der Homepageautor, wo ich das gefunden habe, hat Johann Wolfgang von Goethe für seine späte Liebe Marianne von Willemer geschrieben.

Das Ginkgoblatt wird darin als Sinnbild für Liebe und Freundschaft beschrieben.