Prowincjonalne Theatrum Mundi 4

Stefan Andrzejewski

Jest wiosna 1987 roku. Uczniowie klasy humanistycznej jedynego w mieście liceum ogólnokształcącego, przygotowują się do udziału w Miejskich Spotkaniach Teatralnych. Niewielka scena domu kultury gościć będzie, przez siedem kolejnych wieczorów, rozmaite zespoły teatralne z całego kraju. Spotkanie z nimi da mieszkańcom prowincjonalnego miasteczka na Ścianie Wschodniej poczucie obcowania z wielką sztuką, a przez to posmak przynależności do elity.

Podniecenie udziela się szczególnie redakcji nowego klasowego czasopisma, silnego niedawną fuzją dwóch rywalizujących do tej pory periodyków: podczas jednego z teatralnych wieczorów reporterzy gazetki mają udać się za kulisy, by przeprowadzić wywiad z twórcami wystawianego w tym dniu przedstawienia. Uzyskali już zgodę kierownictwa domu kultury i, co najważniejsze, aktorów grających w spektaklu.

Mimo sporej ilości godzin przegadanych podczas przygotowania tego wywiadu, w dniu spektaklu Redaktor Naczelna i jej Zastępca, piszący dziś te słowa, czują w głowie pustkę – nie są wszakże profesjonalnymi dziennikarzami. Mają po kilkanaście lat i, choć ambicji im nie brakuje, onieśmiela ich perspektywa rozmowy z aktorami znanej w kraju i utytułowanej krakowskiej sceny. Ponadto ułożone zawczasu pytania mogą okazać się bezużyteczne: nie wiadomo przecież, w jakim kierunku potoczy się rozmowa. Tym bardziej, że kierownik domu kultury naciskał, by trwała ona krótko. Na naszych Miejskich Spotkaniach Teatralnych istnieje bowiem tradycja, że po każdym spektaklu odbywa się spotkanie z Publicznością. A jej nie można kazać, by zbyt długo czekała na artystów. Zresztą i sami aktorzy, zmęczeni po przedstawieniu, też będą zapewne chcieli jak najszybciej udać się do hotelu na wypoczynek.

Kiedy Naczelna i jej Zastępca tuż przed rozpoczęciem przedstawienia zajmują miejsca na widowni, świadomość pustki w głowach jest już dojmująco odczuwalna.

– A może by zapytać, czy młody człowiek z małego miasteczka, takiego jak nasze, może zrobić aktorską karierę? – wyrywa się z ust piszącego te słowa.

Ten, graniczący z obsesją, kompleks prowincji u licealistów może dziś – w Polsce Anno Domini 2020 – dziwić. Przecież nawet pobieżna lektura biografii rozmaitych ludzi kultury wskazuje, że nie wszyscy spośród nich przyszli na świat w Warszawie, Krakowie czy Poznaniu. Prowincja od dawna zasilała wielkie ośrodki. Młodzi ludzie z małych miejscowości zawsze odczuwali presję, by skończyć studia i znaleźć swoje miejsce w wielkim świecie. Tego jednak nasi bohaterowie w roku 1987 nie wiedzą – i to nie tylko dlatego że nie mieli jeszcze dostępu do wszechwiedzącej wikipedii: trudno im to sobie wyobrazić także z tego powodu, że ponura codzienność mrocznych lat osiemdziesiątych w ich prowincjonalnym miasteczku, jest wyjątkowo przygnębiająca. Jedno liceum, jeden dom kultury, jedno kino… Wielki świat wydaje się tak odległy! … Dlatego też projekt pytania o możliwość wypłynięcia z naszej małej zatoki na szerokie morze wydaje się w pełni uzasadniony.

Zanim Naczelna zdąży odpowiedzieć, z rzędu krzeseł nieco bliżej sceny, odwraca się starsza pani i mówi:

– Oczywiście, że tak! Przykładem jest mój syn. W ubiegłym roku skończył łódzką filmówkę, obecnie jest aktorem Teatru Powszechnego w Łodzi.

Młodzi dziennikarze przytakują grzecznie starszej pani, dumnej ze swojego syna, pytają o jego nazwisko. Niczego im ono jeszcze wtedy nie mówi. Dopiero kilkadziesiąt lat później dowiedzą się, że ów aktor również jest absolwentem ich liceum: jego twarz stanie się w Polsce bardzo znana*. Ale w 1987 roku na młodego adepta sztuki aktorskiej, który wyrwał się z naszej prowincji w wielki świat, czeka jeszcze wiele pracy, nim zrobi on karierę.

Tymaczasem rozpoczyna się spektakl. Dziś na afiszu «Ławeczka» Aleksandra Gelmana, w wykonaniu pary aktorskiej z Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie.

Fenomenalne przedstawienie, zagrane brawurowo. Mimo że w obsadzie są tylko dwie osoby, od pierwszej do ostatniej minuty potrafią one skupić uwagę widza.

Czas mija szybko i nasi dzielni redaktorzy, po opadnięciu kurtyny, z duszą na ramieniu udają się za kulisy. Okaże się jednak, że lody zostają przełamane bardzo szybko. Pani Ania i Pan Krzysztof** to ludzie przystępni i serdeczni. Na szczęście Polska Anno Domini 1987 nie zna jeszcze pojęcia «celebryta»: licealiści prowadzący wywiad stykają się nie z rozkapryszonymi gwiazdami, ale z artystami, którzy, niezależnie od swojej wielkości, są ludźmi bardzo sympatycznymi i szanującymi rozmówcę. Nawet jeśli ten rozmówca to gówniarz z drugiej klasy ogólniaka.

Gdy pada fundamentalne pytanie o możliwość zrobienia aktorskiej kariery przez młodego człowieka z prowincji, pan Krzysztof odpowiada, że jest to realne: więcej – że on sam jest tego najlepszym przykładem. Wspomina swoje dzieciństwo spędzone w małej wiosce na Ścianie Wschodniej; mówi o rocznym epizodzie pracy w charakterze górnika przodowego w jednej z katowickich kopalń – był to wszak czas, gdy wielu «naszych» szukało szczęścia na Górnym Śląsku – w epoce «wczesnego Gierka» praca górnika cieszyła się prestiżem i zapewniała przyzwoite dochody. Wreszcie nasz rozmówca ujawnia swoje niezrealizowane marzenie o wstąpieniu do seminarium duchownego. Jako człowiek wierzący dodaje, że widocznie to Reżyser nie dał mu powołania do kapłaństwa, ale wybrał dla niego inną drogę.

Pani Ania uzupełnia:

– Nie rezygnujcie z waszych marzeń i aspiracji. To nie miejsce pochodzenia decyduje o tym, kim jesteście i co możecie osiągnąć. Liczy się praca i determinacja, oczywiście w przypadku zawodu aktorskiego, także i odrobina talentu.

Aktorzy nie sprawiają wrażenia zmęczonych ani zniecierpliwionych przedłużającą się rozmową. Wcześniejsze ustalenia co do długości wywiadu, wynikały chyba bardziej z nadgorliwości kierownika domu kultury, niż z sugestii samych artystów.

Trzy dekady później piszący te słowa nie pamięta już wszystkich pytań i odpowiedzi. Nie wie nawet, czy gdzieś tam, może w którymś zakamarku szkolnego strychu, znajduje się jeszcze jakiś pożółkły egzemplarz gazetki z owym pamiętnym wywiadem. Ale jeszcze dziś czuje emocje i atmosferę, jakie towarzyszyły rozmowie: serdeczność i otwartość rozmówców, lecz przede wszystkim ich nieoczekiwane podobieństwo do nas, młodych ludzi, żyjących na prowincji i mających wielkie marzenia. Im udało się te plany zrealizować, a przecież punkt wyjścia mieli wcale nie lepszy niż nasz.

Redaktor Naczelna gazetki klasowej i jej Zastępca wyszli ze spotkania pokrzepieni na duchu i uskrzydleni. Za kilka lat każde z nich, jak również pozostali uczniowie klasy humanistycznej, opuszczą rodzinne gniazdo, by realizować swoje marzenia, aspiracje, a może tylko zwykłe plany zawodowe.

W każdym jednak przypadku wszyscy oni zapamietają te ważne słowa, które padły na spotkaniu w garderobie domu kultury:

– Nie rezygnujcie z waszych marzeń i aspiracji. To nie miejsce pochodzenia decyduje o tym, kim jesteście i co możecie osiągnąć.

* Robert Rozmus – aktor, prezenter telewizyjny, artysta kabaretowy.

** Anna Sokołowska i Krzysztof Jędrysek – aktorzy Teatru im. Słowackiego w Krakowie.

6 thoughts on “Prowincjonalne Theatrum Mundi 4”

  1. Są tacy, którzy osiągnęli wymarzony Grand Mond. Inni, z rozmaitych powodów, kontentują się życiem prowincjonalnym. Spełnienie można chyba uzyskać i tu, i tam: ważne, by wybrać “świadomie i dobrowolnie”. Nie ja te mądrości wymyśliłem; warto przypomnieć choćby “Strukturę kryształu” Zanussiego. Pozdrawiam wszystkich spełnionych😎.

  2. Alez oczywiscie Drogi Viatorze. Czyz mozna sobie wyobrazic prowincje bardziej prowincjonalna niz moja belgijska wioska? Choc wybor nie byl do konca “swiadomy i dobrowolny”, bo w mojej branzy zalezy on od zwierzchnikow sluzbowych bardziej niz ode mnie, to jednak jak sam Pan wie czuje sie spelniony.
    Mimo ze moje miasto rodzinne spelnia wszystkie kryteria by zdefiniowac je jako prowincjonalne, to przeciez wychowalem sie na trzepaku pod blokiem z wielkiej plyty, wiec chocby z tego powodu zmiana byla dla mnie bardzo radykalna.
    Nigdy nie rozumialem do konca dlaczego to akurat diabel mowi dobranoc w tak odleglych od swiata miejscach.
    Tutaj jednak co wieczor mowia mi dobranoc moje piekne kurki i kotek. Korekta: mowia mi oczywiscie “Bonne nuit”.
    To tez daje mi poczucie spelnienia.

  3. Myślę, że to nie miejsce daje uczucie prowincjonalności, tylko wewnetrzne odwartościowanie go często , mimo świadomosci wielu jego ogromnych zalet.
    To patrzenie bardzo “wysoko” na tę wielkomiejskość innych, daje uczucie miernoty własnej i nieosiągalności czegoś innego.
    Myślę, że im więcej pozna się wyjątkowość, i niepowtarzalność miejsca , w którym się żyje, tym bardziej, nie patrzy się już porownawczo tak wysoko, bo nie ma już po co:
    nie można bowiem porównywać np. olowiu z wodą, to dwie, kazda inna, wartościowa w sobie inaczej, kategoria rzeczy.

    Podoba mi się bardzo to ambitne miasteczko.z powyższego opowiadanka Ks.Stefana.
    I nie jest ono (miasteczko) mniej ciekawe, fascynujące, jak jakieś inne wielkie miasto, gdzie może takich ambitnych ludzi, dbających o jakość tego co robią, jest tam znacznie mniej, ale do tego trzeba dorosnąć…

  4. C.d., zdania, które mi się jakoś tak obcięło:
    .”…ale do tego trzeba dorosnać”…
    by tak mysleć z całym przekonaniem.
    Tamci młodzi ludzie, być może wszyscy wiedzą, jak wspaniałe jest to, ich małe “miasteczko X”. Pozdrawiam

  5. Tak jest Drogi (moze Droga?) T.Ru.
    Wszyscy w koncu tam wracamy z sentymentem, chocby do naszych rodzin, ale tez do miejsc z czasow mlodosci, “do znajomych drzwi, pukac myslac czy, czy nie stanie w nich czasami ta dziewczyna z warkoczami”….

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.