Rejs andamański (opowiadanie zaduszne)

Ewa Maria Slaska

Dla Amulyii

W roku 1995 pojechałam z moim kilkunastoletnim synem do Nepalu i Indii. W Nepalu bardzo mi się podobało, podobały mi się wspaniałe góry, godni ludzie i cudowne niebo gwiaździste nade mną. Ale Indie to było paskudne doświadczenie, może najpaskudniejsze w życiu. Byliśmy latem, czyli w porze monsunów. Było potwornie gorąco. Jasne, powiecie, że przecież wiedziałam, dokąd jadę, ale nigdy przedtem nie byłam latem w tropikach i tak naprawdę, nie wiedziałam, jak tam będzie. Sztuka i architektura mnie nie zachwyciły, jedzenie było za ostre, wszędzie było brudno, a ludzie byli nachalni i zarazem uniżeni w stosunku do białych turystów, a w stosunku do rodaków zachłanni, agresywni i egoistyczni. Miałam wrażenie, że źle traktują każdego, kto stał niżej niż oni, mimo że ci, z którymi my, turyści mieliśmy do czynienia, z reguły sami wcale nie stali jakoś specjalnie wysoko. Przypisywałam to systemowi kastowemu, który wprawdzie oficjalnie nie obowiązywał, ale w rzeczywistości był mocno odczuwalny. Widziałam w tym też przejaw wiary w karmiczne przeznaczenie. To, co my, Europejczycy od ponad stu lat widzieliśmy o Indiach, to była wiara w czystą filozofię karmiczną. Czystą. Uprawiało ją zapewne w Indiach parę milionów osób, których jednak nie spotkałam. Reszta stosowała wiarę w karmę pragmatycznie. Karma była prawem do gardzenia każdym, kto był „gorszy”, bo „gorszy” był sam sobie winien. Jeśli dziś żyje w nędzy, to znaczy, że w poprzednim życiu był złym człowiekiem. Los człowieka to kara za dawne grzechy. Bez łaski i bez wybaczenia.


Do dziś jak myślę o Indiach, to ciarki mnie przechodzą.
Wiem, jestem niesprawiedliwa.
W pewnym momencie zrezygnowaliśmy z podróży po półwyspie indyjskim i polecieliśny do Port Blair na wyspach andamańskich. Było pięknie. Nasze doświadczenia byłyby czysto turystyczne, gdyby nie pewna sztormowa noc.

Wylądowaliśmy na lotnisku w Port Blair. Było to (wówczas, teraz nie wiem) jedyne lotnisko w całym archipelagu. Mieszkaliśmy w jakimś hotelu. Byliśmy też na jakichś innych wyspach, ale niestety nie pamiętam ich nazw.

Nota bene rdzenna ludność Andamanów jest żółta, to krewni Tybetańczyków. Hindusi byli i są tam okupantami.

Pomiędzy wyspami pływa się większymi i mniejszymi statkami albo tubylcy przewożą człowieka na chyżych wąskich łodziach żaglowych. Wypłynęliśmy z Port Blair małym, ale eleganckim statkiem z dobrze zaopatrzoną kawiarnią.

Na jednej z wysp widzieliśmy ogromne więzienie, dziewczynki i chłopców w angielskich mundurkach szkolnych i miasto pochłaniane przez dżunglę. Po ulicach miasta biegały jelenie.

Na innej wyspie mieszkaliśmy w małym domku tuż przy olśniewająco białej i całkowicie pustej plaży. Po ścianach i suficie domku biegały różowoszare gekkony, tak delikatne, że wydawały się przezroczyste.

Na innej wyspie w wiosce widzieliśmy czarną błotnistą sadzawkę, w której kwitły ciemnoróżowe lotosy. Na ścianie jednego z domów wisiał plakat ozdobiony czerwoną gwiazdą, sierpem i młotem. Wioska była portem, z którego statek miał nas zabrać z powrotem do Port Blair. Myślałam, że będzie to taki sam statek jak ten, którym przypłynęliśmy, nie zabrałam więc dla nas picia ani kanapek. Zresztą rejs miał trwać zaledwie trzy godziny, wypływaliśmy po obiedzie, a w Port Blair czekała na nas zamówiona uprzednio kolacja, którą podano by nam na ogromnym tarasie nad morzem, gdzie stoliki były od siebie oddalone o kilkanaście metrów.

Był to jednak zupełnie inny statek, mały, zatłoczony, pełen pasażerów, którzy wieźli do stolicy kury, kaczki, worki jakiegoś jedzenia i kosze pełne homarów. Pasażerowie zalegali wszystkie kanapy w mesie, pili jakieś kolorowe napoje, żuli betel i palili, a dzieci biegały z ogromnymi torbami pełnymi jakiegoś popcornu pofarbowanego na żółto i różowo. Wszyscy cudzoziemscy turyści w sile ośmiu osób – dwóch Szwedów, czteroosobowa rodzina francuska i my – wycofali się z kantyny na pokład. Pokład był lekko pochyły i nie miał ani ławek ani nawet linek zabezpieczających. To informacje, które na początku rejsu nas nie obeszły, ale potem, niestety niemal zaraz po wypłynięciu z portu na morze, już tak. Zerwał się wiatr, który z minuty na minutę przybierał na sile. Gdy postanowiliśmy jednak schronić się pod pokładem, mesa była już całkowicie zarzygana popcornem na żółto i różowo. Zeszliśmy na dół po to, żeby natychmiast wycofać się z powrotem na pokład. Siedzieliśmy w najwyższym miejscu pokładu, oparci o ścianę mostku, czyli kabiny, w której był ster, skuleni, przytuleni do siebie i trzymając się pod ręce. Było zimno, mokro, wiał przenikliwy wiatr. I wtedy…

I wtedy załoga statku wypatrzyła w oddali miotany wysoką falą kuter rybacki. Okazało się i przyznaję, że nawet nie wiem, jak to się stało, że się tego dowiedzieliśmy, możliwe że Francuzi, którzy tu byli na placówce, znali język przynajmniej rudymentarnie. Tak czy owak dowiedzieliśmy się, że na kutrze zepsuł się silnik i nie jest w stanie o własnych siłach wrócić do portu. Na pokładzie się zaroiło. Cała załoga biegała od burty do burty, usiłując przekrzyczeć wiatr. Zmieniliśmy kurs i podążyliśmy ze statecznym turkotem w stronę kutra. A potem…

A potem zaczął się niewiarygodny trwający chyba dwie godziny taniec z liną. Załoga rzucała linę w stronę kutra, na kutrze ktoś próbował ją złapać, co mu się jednak nie udawało, nasi wciągali ją z powrotem na pokład i znowu rzucali. I tak od nowa, i od nowa. I od nowa. Setki a może tysiące razy. Nie wiem, bo w ogóle nie wiem, jak przetrwaliśmy te godziny na pokładzie. Aż wreszcie…

Aż wreszcie się udało. Ci na kutrze złapali linę, przywiązali się do holu, nasz statek obrócił się i popłynął w stronę Port Blair. Oczywiście obciążony dodatkowym ładunkiem posuwał się bardzo wolno. Nie wiedzieliśmy, gdzie jesteśmy, nie wiedzieliśmy jak daleko jest nasz port docelowy. Nie mieliśmy pojęcia, o której dopłyniemy, ale płynęliśmy. Powoli ale z uporem. Mijały godziny. A gdy zaczęliśmy mieć nadzieję, że ta udręka się kiedyś skończy, statkiem szarpnęło, przechylił się gwałtownie, my zsunęliśmy się prawie za burtę i…

I okazało się, że urwał się holowany przez nas kuter. Statek wrócił na szczęście do pionu, my wczołgaliśmy się z powrotem na nasze uprzednie miejsce, a załoga wyszła znowu na pokład. Marynarze coś sobie pokazywali, coś wołali, a potem…

A potem popłynęliśmy dalej, zostawiając kuter w środku nocy na oceanie. Zużyliśmy masę czasu na złapanie i przymocowanie do nas tego kutra, wywieźliśmy tych ludzi o wiele mil od ich portu macierzystego, a potem zostawiliśmy ich w środku nocy na pastwę losu…

Zostawiliśmy czterech rybaków na pastwę losu.

Nie wiem tego na pewno, ale myślę, że umarli.

Leave a Reply