Ela Kargol
Cmentarze bez grobów, od kata do ofiary
Jest to komentarz do tekstu Matyldy. Tekstu o liczeniu kroków: (https://ewamaria.blog/2026/10/31/liczenie-krokow/#more-81526)
Jej wypunktowane pisanie zawsze czytam z zapartym tchem, wyczekując kolejnych skojarzeń i wędrówek w najróżniesze rejony. I nie chodzi tu wyłącznie o miejsca. Chodzi o łączenie faktów, odnośniki do nieznanych mi lektur, o zaskakujące porównania i opisy, tak sugestywne, że uruchamiają moje własne skojarzenia oraz wędrówki myśli. A że obie lubimy cmentarze i miejsca nieoczywiste, to zdecydowanie nam po drodze.
Daleko mi do pisarskiego kunsztu Matyldy, ale przecież nie każdemu Pan Bóg dał po równo.
Jadąc pierwszego listopada do Poznania na moje groby, doczytałam tekst Matyldy do punktu piątego. Resztę przeczytałam w Dzień Zaduszny, a drugą resztę jeszcze później.
Zaciekawiły mnie enerdowskie podeszwy Niemców liczących kroki na nieistniejących już cmentarzach w Gdańsku. O tych podeszwach pisze Matylda w punkcie pierwszym.
W gdańskim parku, pod zaopiekowanym trawnikiem, pod ich enerdowskimi podeszwami, są ciała. Przez wiele lat był tam cmentarz dla tych, których niektórzy z Polaków przezywali Lutrami. Licząc kroki od zachowanych ścieżek liczą, że a nuż, dojdą do tak mniej więcej gdzie znajdował się ,,ich’’ grób.
Skąd właściwie te enerdowskie podeszwy? Spojrzałam na swoje buty marki Skechers. Firma amerykańska, ale produkcja w Chinach, Wietnamie, czasem w Indonezji czy Kambodży. No cóż, ja także w takich światowych podeszwach będę przemierzać poznańskie nekropolie.
Matylda wprawdzie wyjaśniła później, dlaczego napisała o enerdowskich podeszwach:
Z jakiegoś powodu sobie wmówiłam, że do PRL wjazd mieli jedynie Niemcy wschodni, nie zachodni, a że szukałam synonimu, odwołałam się do NRD. Co oczywiście było nadużyciem, bo zapewne buty tam były z importu również.
Buty były z importu, ale również Niemcy, ci z importu przyjeżdżali do Gdańska w czasach PRL-u i stąpali po nieistniejących już cmentarzach.
Erhardt Greiser miał 14 lat, gdy zginął tuż przed świętami Bożego Narodzenia w roku 1939 w wypadku na przejeździe kolejowym pod Międzychodem. Jechał na święta do ojca Arthura Greisera, gauleitera NSDAP i namiestnika zajętego przez III Rzeszę Kraju Warty. Ojciec Greiser dopiero co zajął reprezentacyjną willę w Poznaniu przy Berwińskiego 5, przedtem wysiedliwszy z niej prawowitych mieszkańców. Może urządzał już pokój dla syna, podpisując w międzyczasie wyroki śmierci, planując deportację Polaków i Żydów. Był rok dopiero 1939. A plany Greisera były bezwzględne i okrutne. Niestety większość z nich udało mu się zrealizować.
Była noc. Zarówno światła samochodu, jak i światła pociągu były wygaszone z powodu obowiązującego zaciemnienia. Erhardt mógł przenocować u kolegi, ale spieszył się do ojca. Osobisty kierowca Arthura Greisera i jego adiutant zginęli wraz z Erhardtem w nocy z 20 na 21 grudnia 1939 roku na przejeździe kolejowym w Gorzyniu koło Międzychodu, pod kołami rozpędzonej lokomotywy. Początkowo próbowano przedstawić tragedię jako polski zamach. Ostatecznie jednak uznano ją za tragiczny wypadek.
Syna Greisera oraz pozostałych uczestników feralnej podróży, Theodora Heya i Hansa Schulza-Wiedemanna, pochowano z wielką pompą. Był wieniec od samego Hitlera, asysta wojskowa i bicie w werble. Podobno Erhardt, ubrany w mundur Hitlerjugend, spoczywał w trumnie ustawionej na lawecie armatniej. Kondukt przejechał ulicami Poznania, od Zamku na cmentarz ewangelicki św. Łukasza, w morzu flag ze swastykami.
Cmentarz ten został rozkazem Greisera przekształcony w reprezentacyjne miejsce pochówku, przeznaczone nur für Deutsche – Tannenbergfriedhof. Nazwa miała nawiązywać do zwycięskiej bitwy pod Grunwaldem, ale nie do tej bitwy o której myślimy. Zresztą ulica Grunwaldzka została przemianowana na Tannenbergstraße .
Po wojnie cmentarz dość szybko splantowano. Ekshumowano nielicznych. Gdyby dobrze poszperać w archiwach, zapewne dałoby się odnaleźć miejsce pochówku jedynego syna Arthura Greisera i jego towarzyszy.
Próbowałam. Po kilkunastu minutach jednak zrezygnowałam.
Zresztą po co?
Arthur Greiser po swojej śmierci zapewne rownież pozostał w tym mieście. Nie spoczął obok jedynego syna, choć takie było jego ostatnie życzenie, wypowiedziane tuż po ogłoszeniu wyroku śmierci.
W lipcu 1946 roku zawisł na stokach poznańskiej Cytadeli. Była to ostatnia publiczna egzekucja wykonana po wojnie. Ciało skremowano. Wiadomo gdzie. Ale gdzie rozsypano prochy, nie wiadomo.
Zapaliłabym znicz temu nastolatkowi, ale nie wiem gdzie. Niekoniecznie chcę wiedzieć. Może bardziej chcę nie wiedzieć niż wiedzieć.
Śmierć spotkała go jakby awansem. Za czyny, których mógłby się dopuścić. Albo za czyny ojca. Trudno oprzeć się takim myślom, choć równie trudno je zaakceptować.
W 1945 roku miałby zaledwie dwadzieścia lat. Gdyby dożył. Może byłby już współwinny. Może byłby poległym gdzieś na froncie wschodnim. Może zginąłby w ostatnich dniach wojny, rozstrzelany za dezercję albo poległby w szeregach Volkssturmu. A może dosięgłaby go jedna z bomb spadających na Poznań.
Tego nie wiemy. Wiemy tylko, że zatrzymał się na zawsze jako czternastolatek, w drodze do ojca.
No i stąpam tymi ścieżkami po cmentarzu zamienionym najpierw w Park Zwycięstwa, a teraz w park imienia Gustawa Manitiusa, zapadając się w miękką ziemię usłaną liśćmi. Wgniatam je podeszwami Skechersów, najprawdopodobniej made in China. Nie liczę kroków, bo wciąż nie wiem, w którym kierunku miałabym je liczyć.
Jedynym namacalnym śladem po cmentarzu są pompa i kaplica sąsiadującego z nim cmentarza św. Pawła. Pompę wyprodukowano na ówczesnych podpoznańskich Winiarach, w firmie Gottfrieda Schrage. Po likwidacji cmentarza przeniesiono ją na pobliskie ogródki działkowe. Stamtąd, stosunkowo niedawno, wróciła na swoje miejsce.
Czy na grobie Erhardta Greisera rosły jakieś rośliny? Nie wiem. Czy ojciec mógł je podlewać? Albo ustawiać świeże bukiety w wazonie, przynosząc wodę z tej właśnie pompy? Wątpię. Jeśli już ktoś to robił, był to zapewne adiutant.
A więc jest pompa, wyznaczone drzewami aleje i kruki (chyba są to jednak kawki). Przylatują do parku bez złych zamiarów. Nikogo nie chcą rozdziobać.
Przejeżdżając tamtędy tramwajem, zawsze myślę właśnie o nim. O nim w szczególności, pomijając tych wszystkich innych tam pochowanych. O niektórych mamy dziś prawo pamiętać. Gustav Manitius, patron parku, pastor ewangelicki zamordowany w Forcie VII przez pijanych wartowników, również nie ma grobu. Ma za to park nazwany swoim imieniem.








Park Gustava Manitiusa (dawny park Zwycięstwa, przedtem – cmentarz)
I chyba to jest więcej niż grób. Cały cmentarz ma pod sobą.

Te kwiaty też należą do parku.
Jadę dalej. Od kata do ofiary. Na cmentarz junikowski.




Cmentarz na Junikowie w Poznaniu, znicze dla nieobecnych, dla ofiar Katynia, dla Palestyny i dla Ukrainy
Jedna z ofiar, cudem ocalała i jej grób także cudem ocalał, choć od ponad czterdziestu lat nikt za niego nie płaci.
Na Junikowie nie muszę liczyć kroków. Wystarczy mapa w telefonie. Numery pól, kwater, potem rzędy i miejsca. Wszystko się zgadza, a jednak coś jest nie tak. Sprawdzam jeszcze raz.
Marianna Gunther. Bez umlautu, bo w polskich dokumentach go nie było. Mąż był Friedrich Wilhelm i miał umlauty (Günther). Po wojnie uciekł z Poznania. Marianna zmarła w 1968 roku. Przeżyła córkę o ponad dwadzieścia lat.
Wnuczki chyba nawet nie zdążyła poznać. Jeśli wierzyć internetowym przekazom, Maria Günther, córka Wihelminy i Antoniego Jagły zmarła po urodzeniu, w 1942 roku. Grobu brak. Antoni Jagła zginął jeszcze przed narodzinami córki w Auschwitz.
A Wilhelmina?
Wilhelmina Günther nie towarzyszyła matce w ostatniej drodze. Skazana wyrokiem i nieprawem między innymi przez Arthura Greisera a potem w kwietniu 1944 roku przez Trybunał Ludowy w Berlinie na karę śmierci, została ścięta w Berlinie Plötzensee.
https://polkopedia.org/wiki/Wilhelmina_G%C3%BCnther
Odliczam rzędy i groby. W końcu znajduję właściwe miejsce. Grób nie zarósł zielskiem ani nie zginął wśród chaszczy, choć po czterdziestu latach bez opłaty można by się tego spodziewać. Jakby ktoś wciąż pamiętał. Ktoś zadbał o starą kamienną płytę, na której czas niemal całkowicie starł wyryte imię, nazwisko i daty.
W wazonie tkwią wielkie sztuczne chryzantemy. Obok ułożone są małe krzyżyki z ukrzyżowanym Jezusem i wypalone znicze. Z dawnego grobu pozostały już tylko lastrykowe fragmenty.
Dodaję własnoręcznie pomalowany na zielono kamień, na nim datę urodzin, śmierci i napis Pamięci Wilki (czyli Wilhelminy).



Jedyny syn, jedyna córka
Kat i ofiara
I śmierć śmierci nierówna.
