SI u fryzjera

Ewa Maria Slaska

Poszłam do fryzjera. W czasie pandemii to jednak wielki ewenement. Wyszłam ostrzyżona na Andę Rottenberg.

Strzygła mnie wspaniała polska anarchistka i pankówa, świetna berlińska cheerleaderka, a na dodatek fantastyczna wizażystka, która w maju będzie zdawała egzamin fryzjerski.

W Berlinie zbierało się na pierwszą wiosenną burzę z piorunami. Widok za oknem przypominał jakiś nieznany obraz Magritte’a.

Naokoło mnie cicho poruszały się jakieś ludzkie i nieludzkie istoty. Wszystkie miały blade twarze i ciemne włosy, niektóre były żywe, miały ręce i nogi, inne miały tylko głowy. Sztuczna inteligencja, pomyślałam, oto jest przyszłość, która nas czeka.

W książce Yuvala Noaha Harariego 21 lekcji na XXI wiek jest rozdział poświęcony sztucznej inteligencji, która będzie lepiej niż my wiedziała, jakie mamy wybrać studia, z kim się ożenić (lub za kogo wyjść za mąż) i jakiej chcemy słuchać muzyki. Ba, będzie nam tę muzykę komponowała tak, by to, co słyszymy, najlepiej nam odpowiadało (i, jeśli tego potrzebujemy) optymalizowało nasze nastroje (tak, byśmy zamiast cierpieć po odejściu ukochanej osoby, w pełni sił umysłowych i duchowych mogli poświęcić się w naszym miejscu pracy – jeśli jeszcze będziemy je w ogóle mieli – produkcji czekoladek – to opcja dla inżynierów lub techników, lub systemom filozoficznym programującym samochody autonomiczne – opcja dla filozofów). Tak czy owak nie będziemy sobie zawracali głowy takimi sprawami jak leczenie raka lub wybór fryzury do trumny, bo SI (Sztuczna Inteligencja) zrobi to za nas znacznie lepiej i sprawniej. Już w tej chwili możemy zdać się na komputer, po to, by algorytm ocenił naszą twarz i jakość włosów i wybrał nam optymalną fryzurę. Ale oczywiście, wszyscy to wiemy z filmów science fiction, sztuczna inteligencja na tym nie poprzestanie.

W miarę jak naukowcy będą pogłębiali wiedzę na temat sposobu dokonywania wyborów przez ludzi, pisze Harari (s. 81), pokusa zdania się na algorytmy będzie przypuszczalnie coraz silniejsza. Zhakowanie ludzkiego procesu podejmowania decyzji nie tylko zwiększy niezawodność opartych na big data algorytmów, lecz zarazem doprowadzi do tego, że mniej niezawodne staną się ludzkie uczucia. Gdy rządom i korporacjom uda się zhakować ludzki system operacyjny, zostaniemy wystawieni na potok precyzyjnie kierowanej manipulacji, reklamy i propagadny. Wpływanie na nasze opinie i emocje może stać się tak proste, że będziemy zmuszeni zdać się na algorytmy – tak samo jak pilot, który w czasie lotu dostał akurat zawrotu głowy, musi więc całkowicie zignorować to, co mu mówią własne zmysły i całkowicie zaufać aparaturze.

Podobnie jak możemy już dzisiaj uzyskać opinię algorytmu na temat naszej fryzury, makijażu czy diety, również już dzisiaj możemy się przejechać samochodem autonomicznym, zrobić zdjęcia naszej posiadłości dronem (oczywiście, jeśli “posiadamy posiadłość”) lub polecieć na Majorkę, doskonale wiedząc, że piloci siedzą tylko w kokpicie i patrzą na ekrany, a samolot prowadzi system pilotażowy zwany autopilotem. Możemy więc powiedzieć, ach co tam, po prostu to, co już znamy, udoskonali się, niedługo każdy z nas będzie miał idealnie dopasowaną do oczu fryzurę i każdy autopilot bez problemów wyląduje awaryjnie na rzece Hudson, co jeszcze w roku 2009 było uważane za niezwykły kunszt pilota Chesleya Sullenbergera. Ale, pisze dalej Harari, w niektórych krajach i niektórych kwestiach ludzie mogą nie mieć zupełnie wyboru i zostaną zmuszeni do podporządkowania się decyzjom algorytmów opartych na big data. Nawet jednak w społeczeństwach uchodzących za wolne algorytmy mogą zdobyć władzę, ponieważ doświadczenie nauczy nas ufać im w coraz większej ilości sytuacji i stopniowo stracimy zdolność samodzielnego podejmowania decyzji.

Znamy? Nic nas nie zaskoczy? To popatrzmy dokąd nas prowadzi przewidywanie Harariego. Z chwilą, gdy sztuczna inteligencja stanie się lepsza od nas w podejmowaniu decyzji w sprawie naszej kariery i naszych związków, będzie się musiało zmienić nasze pojęcie ludzkości, a nawet życia. Przywykliśmy myśleć o życiu jako o dramacie podejmowania decyzji. Demokracja liberalna i kapitalizm wolnorynkowy traktują jednostkę jako niezależny podmiot, który nieustannie dokonuje wyborów (…). Na dramacie podejmowania wyborów skupiona jest też teologia, która uzależnia wieczne zbawienie lub potępienie od naszych postępków, czyli wyborów. W świecie algorytmów to wszystko zostanie pozbawione sensu. Nawet nie będzie co czytać, bo stracimy rozeznanie, o co właściwie chodzi ludziom, o których czytamy, gdy targają nimi wątpliwości czy namiętności. Być, albo nie być? Co to za pytanie.

Ale i to jeszcze nie jest koniec wizji przedstawionej przez Harariego.

Już umiemy produkować samonaprowadzające się pociski i noktowizory, pozwalające odkryć ukryte w ciemnościach żywe istoty. Zabójcze roboty, skoro zostały wymyślone przez autorów SF, albo już naprawdę istnieją, albo zaraz zostaną stworzone, bo jak wiemy, wszystko, co człowiek pomyśli, inny człowiek może zrealizować. Uzbrojony w zabójcze roboty bezwzględny dyktator (s. 94) nie będzie musiał obawiać się, że jego żołnierze odmówią wykonania rozkazów. Roboty, twierdzi Harari, w zarodku zdusiłyby Rewolucję Francuską i Arabską Wiosnę Ludów. Jeszcze gorszy od zabijających maszyn będzie docierający wszędzie monitoring, czyli realizacja orwellowskiej powieści Rok 1984. Ale, ostrzega Harari, może się nam zdarzyć coś, czego nawet Orwell nie przewidział (s. 95) – reżim totalnej inwigilacji, który nie tylko śledzi nasze poczynania, ale będzie obserwował nasze wewnętrzne doznania. Bo np., co mógłby zrobić z użyciem takiej techniki reżim Kima w Korei Północnej. Każdy obywatel mógłby zostać zmuszony do noszenia bransoletki biometrycznej, kontrolującej wszystko, od kroku do toalety, po ciśnienie krwi. Jeśli więc u kogoś, kto spojrzy na zdjęcie dyktatora, czujniki wykryłyby charakterystyczne objawy złości – nazajutrz rano taki człowiek znalazłby się w obozie koncentracyjnym.

I tak dalej, jak w momentach, gdy wywód mógłby się stać rozwlekły i nudny, zwykł był pisać mój ulubiony autor, Kurt Vonnegut.

I tak dalej, kochani Czytelnicy.

Chodzenie po mieście. Paul Auster

Ewa Maria Slaska

Ten spacer odgrywa tu bardzo ważną rolę, spacer po Nowym Jorku, ale i po wyspie Baratarii. W opisie książki przeczytałam bowiem, że pierwsza część trylogii, Szklane miasto, charakteryzuje sie intertekstualnymi nawiązaniami do Don Kichota. Nie wiem, czy sama bym na to wpadła. Wybrałam tę książkę z uwagi na niezwykłe chodzenie po mieście. Ale skoro Wikipedia tak twierdzi, to możemy rzucić najpierw okiem na nawiązania intertekstualne do dzieła Cervantesa.
Przede wszystkim główny bohater tej części, Daniel Quinn ma inicjały swojego pierwowzoru. Ten aspekt oczywiście znika w tłumaczeniu, bo Quinn musiałby mieć po polsku nazwisko zaczynające się na K. Z drugiej jednak strony – czy rzeczywiście inicjały DQ na pewno muszą oznaczać nawiązanie do Don Kichota? No, ale z kolei jeden z bohaterów powieści, “Paul Auster pisarz” (nie mylić z Paulem Austerem autorem) pisze artykuł o tym, kto napisał Don Kichota, a pielęgniarka innego z bohaterów nazywa się Saavedra, nosi więc matrylinerane nazwisko Cervantesa, a jej mąż policjant w odległy sposób spełnia rolę boga z maszyny w tej opowieści.

Quinn dostaje zadanie śledzenia Stillmana. Ten wychodził z hotelu nie później niż o ósmej, zawsze w tym samym brązowym płaszczu, z dużym, staroświeckim sakwojażem. Powtarzało się to dzień w dzień przez dwa tygodnie. Krążył po okolicznych ulicach, bez pośpiechu, czasem tylko minimalnie posuwał się naprzód, przystawał, ruszał dalej, znowu przystawał, jakby musiał zważyć i zmierzyć każdy krok, zanim wyznaczy mu miejsce wśród sumy wszystkich kroków. Quinn źle to znosił. Przywykł chodzić szybko, więc całe to dreptanie, przystawanie, powłóczenie nogami zaczęło go w końcu męczyć, gwałciło jego naturalny rytm. Był zającem w pogoni za żółwiem i raz po raz musiał się hamować.

Dla Quinna pozostawało tajemnicą, co właściwie Stillman robi podczas tych spacerów. Oczywiście widział wszystko na własne oczy i sumiennie zapisywał w czerwonym notesie każdy drobny fakt. Ale ich sens wciąż mu się wymykał. Zawsze miał wrażenie, że Stillman zmierza donikąd i nie bardzo nawet wie, gdzie jest. A jednak – jakby z rozmysłem – trzymał się skąpo wytyczonego terenu, którego północną granicą była Sto Dziesiąta, południową Siedemdziesiąta Druga, zachodnią Riverside Park, a wschodnią Amsterdam Avenue. I choć wędrował na pozór całkiem przypadkową, co dzień inną trasą, nigdy tych granic nie przekraczał. Precyzja ta zbijała Quinna z tropu, bo pod każdym innym względem Stillman zdawał się nie mieć celu. (…) czasem się schylał, podnosił coś z ziemi i uważnie oglądał, obracając w palcach. (…) Niekiedy po długich badaniach ciskał przedmiot z powrotem na chodnik. Przeważnie jednak otwierał torbę i ostrożnie chował znalezisko. Potem sięgał do kieszeni płaszcza po czerwony notes – podobny do notatnika Quinna, choć mniejszy – i z wielkim skupieniem pisał w nim przez parę minut. Kończąc tę operację, wkładał notes z powrotem do kieszeni, brał sakwojaż i ruszał w dalszą drogę. Na oko sądząc, zbierał przedmioty bez żadnej wartości: popsute, wyrzucone drobiazgi, niechciane rupiecie. (…) Quinn postanowił notować możliwie najwięcej. (…) Opisywał każdy gest Stillmana, każdy przedmiot wrzucony do torby lub ciśnięty z powrotem na ziemię, prowadził szczegółowy grafik wszelkich zdarzeń, a w dodatku z pedantyczną drobiazgowością odnotowywał zygzakowatą marszrutę, zapisując każdą ulicę, skręt i postój. (…)

Quinn postanawia przestudiować notatki, jakie napisał podczas śledzenia Stillmana.

Szło mu jak po grudzie, zwłaszcza na pierwszych stronach. Tam, gdzie w ogóle zdołał odcyfrować poszczególne słowa, rzecz wydawała się niewarta zachodu. „W połowie drogi między przecznicami podnosi z ziemi ołówek. Ogląda, waha się, chowa do torby… Kupuje w sklepie sandwicza… Siada na ławce w parku i czyta czerwony notes”. Brzmiało to jak stek bzdur. Bez wyraźnego powodu Quinn przewrócił kartkę i na czystej stronie naszkicował mapkę terytorium Stillmana.

Potem uważnie przejrzał notatki i zaczął nanosić długopisem trasę, którą starzec przebył w ciągu jednego dnia – tego właśnie, gdy Quinn postanowił dokładnie odnotować wszystkie meandry jego wędrówki. Wynik był następujący:

Rysunek ten przypominał Quinnowi ptaka, być może drapieżnego, szybującego w powietrzu z rozpostartymi skrzydłami. Lecz po chwili wydało mu się, że to nadinterpretacja. Ptak znikł i zostały tylko dwie abstrakcyjne figury, połączone mostkiem, który Stillman wstawił w środek, idąc na zachód Osiemdziesiątą Trzecią. Quinn zajął się kolejnym dniem, żeby zobaczyć, co to da. Otrzymał zupełnie inny wynik.

Diagram wyglądał trochę jak mapa urojonego stanu, który można by pewnie jakoś wklinować między dwa już istniejące na Środkowym Zachodzie. Tego dnia Stillman ruszył prosto do Riverside Drive, skręcił w stronę Harlemu, minąwszy jedenaście przecznic, zrobił w lewo zwrot i wszedł do parku, gdzie zaraz zawrócił na południe. Figura, którą nakreślił, byłaby prawie idealnym, wąskim prostokątem, gdyby pominąć nitkę między Broadwayem a Riverside Drive, parę lekkich zygzaków w parku oraz to, że kilkakrotnie okrążył pomnik żołnierzy i marynarzy, jakby stawiał kropkę nad – a raczej pod – I. Wrócił do hotelu prawym chodnikiem Riverside Drive.

Quinn oderwał się na chwilę od rysunku, żeby sobie uzmysłowić, co właściwie wyprawia. Bazgrze od niechcenia? Trwoni czas, jak pierwszy lepszy głupek, czy próbuje coś ustalić? Zrozumiał, że obie odpowiedzi są nie do przyjęcia. Jeśli po prostu zabija czas, to czemu w tak mozolny sposób? Czyżby do tego stopnia go zamroczyło, że nie ma już odwagi myśleć? A skoro nie gryzmoli dla zabawy, do czego naprawdę zmierza? Wydawało mu się, że szuka znaku, przedziera się przez chaotyczny labirynt wędrówek starca w poszukiwaniu iskry sensu. Wniosek mógł być tylko jeden: ten mianowicie, że Quinn uparcie nie wierzy w przypadkowość poczynań Stillmana. Chce nadać im sens, niechby najbardziej mętny. Już choćby to samo w sobie było nie do przyjęcia. Znaczyło bowiem, iż Quinn ośmiela się przeczyć faktom, a przecież dobrze wiedział, że nic gorszego detektyw zrobić nie może.

Postanowił jednak brnąć dalej. Nie było jeszcze późno, dochodziła dopiero jedenasta, a zresztą zaszkodzić te spekulacje na pewno nie mogły. Trzecia mapka ani trochę nie przypominała dwóch poprzednich.

Nagle Quinn wyzbył się wszelkich wątpliwości. Wydawało się jasne, że – pomijając wydreptane w parku esy-floresy – ma przed sobą literę E. Przyjąwszy, że drugi diagram to rzeczywiście litera I, można było bez wielkiego ryzyka uznać ptasie skrzydła z pierwszego za literę W. Nawet tylko te trzy ułożone w kolejności, w jakiej powstały, tworzyły już sensowne słowo, ale Quinn wolał wstrzymać się z wyciąganiem wniosków. Następny dzień zaowocował diagramem zbliżonym do litery Ż. Podobnie jak poprzednie, również i ten w części parkowej wzbogacały rozmaite nieregularności, przybliżenia i kunsztowne ozdobniki. Czepiając się resztek obiektywizmu, Quinn usiłował spojrzeć na rysunek tak, jakby wcale nie oczekiwał, że ujrzy literę alfabetu łacińskiego. Mówiąc uczciwie, niczego nie był pewien: diagram równie dobrze mógł być czystą abstrakcją. Może tylko zwidują mu się obrazki, tak jak w dzieciństwie, kiedy wpatrywał się w chmury? Lecz zbieżność była uderzająca. Gdyby kształt litery miała jedna mapka, a choćby i dwie, mógłby je zbagatelizować jako kaprys losu. Ale seria czterech takich przypadków? To już wydawało się mocno naciągane.

Kolejny dzień dał kanciaste A: podkowę przekreśloną w połowie, jak zwykle z całą masą rokokowych farfocli. Następnie pojawiło się B: dwa pudła stały krzywo jedno na drugim, a wierzchem sypały się wióry chroniące zawartość. Potem drugie A, trochę chwiejne, odrobinę drabiniaste, z malejącymi ku górze schodkami po bokach. I drugie B: w ryzykownym przechyle, perwersyjnie podparte w jednym tylko punkcie, niby piramida ustawiona na wierzchołku.

Quinn wypisał litery w porządku chronologicznym: WIEŻA BAB. Bawił się nimi przez pół godziny, dzielił je na różne sposoby, zmieniał szyk, aż wreszcie powrócił do pierwotnego i napisał: WIEŻA BAB. Rozwiązanie to trąciło taką groteską, że ledwie śmiał je uznać. Chociaż Stillman jeszcze nie skończył, odpowiedź wydawała się jasna: WIEŻA BABEL. (…)

A jednak istniały zarysy liter – nie na ulicach, na których powstały, lecz w czerwonym notatniku Quinna. Sam Quinn właśnie się zastanawiał, czy Stillman co wieczór obmyśla w swym pokoju marszrutę na następny dzień, czy też improwizuje w ruchu. Obie możliwości były prawdopodobne. (…) Myśl o literach przerażała Quinna. Wersja, zgodnie z którą Stillman wydeptywał właśnie litery, wydawała się tak pokrętna, pełna tak szatańskich niedomówień, że nie chciał jej uznać.

Postanowił się położyć; spał niespokojnie, zbudził się, przez pół godziny pisał w czerwonym notatniku, wrócił do łóżka. Tuż przed zaśnięciem zdążył pomyśleć, że ma pewnie jeszcze dwa dni, bo Stillman nie dokończył przesłania. Pozostały dwie ostatnie litery – E i L. Myśli Quinna rozbiegły się. Wylądował w urojonej krainie okruchów, ojczyźnie niesłownych rzeczy i niedorzecznych słów. Po raz ostatni pokonując senne odrętwienie, przypomniał sobie, że El po starohebrajsku znaczy Bóg.

Następnego dnia Quinn rozmawia wreszcie ze Stillmanem. Starzec przyznaje, że to, co robi, ma, jego zdaniem, doniosły sens.

– Codziennie wstaję skoro świt, mówi starzec. Muszę wychodzić bez względu na pogodę, stale być w ruchu, bez przerwy na nogach, co chwila pędzić z miejsca na miejsce. Niech mi pan wierzy, to człowieka po prostu wykańcza. (…) Widzi pan, świat rozpadł się na kawałki. A moja rola polega na tym, żeby go z powrotem poskładać. (…) szukam tylko najogólniejszej zasady, a to leży w zasięgu możliwości pojedynczego człowieka. Jeśli zdołam położyć podwaliny, samego dzieła odbudowy mogą dokonać inne ręce. Najważniejsza jest główna przesłanka, pierwszy krok w sferze teorii. A w tym niestety nikt mnie nie wyręczy. (…) Zrozumiałem, że muszę się ograniczyć. Pracować na terenie dość małym, żeby wszystkie wyniki były niepodważalne.

Stillman odtwarza spacerami tezy swojej pracy doktorskiej o tym, że Ameryka jest Nowym Światem i w swoich spacerach po Nowym Jorku, po tym małym wycinku miasta między Riverside a Amsterdam Avenue buduje ten świat jeszcze raz, tworzy jego dwie części, najpierw Raj, który był obietnicą szczęścia, a potem Wieżę Babel, która sprawiła, że raj się rozpadł. I jak Adam w Raju – podnosi pogubione przez przechodniow przedmioty i nadaje im nowe nazwy.

Spacer jako tworzenie świata, którego budulcem są wydeptane na ulicach słowa.

Cytaty z wydania Znaku (2012), przekład Michał Kłobukowski, rozdziały 8, 9

Don Kichot jest wszędzie

Tego, co się nagromadziło w zakamarkach mieszkania i blogu nie da się w żaden sposób usystematyzować. Ale tak to już jest, że Don Kichot jest wszędzie.

Ewa Maria Slaska

Skolwin (dla tych, co nie wiedzą – dzielnica Szczecina, odległa, na peryferiach, obrzeżach i skrajach) jest dla nas, Eli Kargol i dla mnie, nieustannym źródłem donkichotowych inspiracji. O Don Kichocie w Domu Kultury “Klub Skolwin” już donosiłyśmy TU i TU, a zapewne i w innych miejscach, bo obie wiemy, że pracujący w tej instytucji pedagogicznej szczeciński poeta Marek Maj jest na pewno nowym wcieleniem Don Kichota.

Dodam jeszcze, że kubek ze Skolwina stoi na mojej baratarystycznej półce.

Z tyłu za kubkiem stoi butelka po winie z Finki de la Vega w La Manchy, produkującej  wina spod znaku Don Kichota.

A obok hiszpańskich pomarańczy i wina z La Manchy leży powieść angielskiej pisarki Jane Gardam Robinsons Tochter (Córka Robinsona), historia kobiety, która kocha Robinsona Cruzoe i która kilkakrotnie na kartkach książki przyrównuje swojego starego przyjaciela do Don Kichota.

I jak już jesteśmy przy książkach, to znalazłam Don Kichota i to nader okazałego w Trylogii nowojorskiej Paula Austera. O samej książce napiszę w którąś z sobót w ramach cyklu Chodzenie po mieście, tu poruszę tylko aspekt donkichotowski. W opisie książki przeczytałam bowiem, że pierwsza część trylogii, Szklane miasto, charakteryzuje sie intertekstualnymi nawiązaniami do Don Kichota. Przede wszystkim główny bohater tej części, Daniel Quinn ma inicjały swojego pierwowzoru. Ten aspekt oczywiście znika w tłumaczeniu, bo Quinn musiałby mieć po polsku nazwisko zaczynające się na K. Z drugiej jednak strony – czy rzeczywiście inicjały DQ na pewno muszą oznaczać nawiązanie do Don Kichota? No, ale z kolei jeden z bohaterów powieści, “Paul Auster pisarz” (nie mylić z Paulem Austerem autorem) pisze artykuł o tym, kto napisał Don Kichota, a pielęgniarka innego z bohaterów nazywa się Saavedra, nosi więc matrylinerane nazwisko Cervantesa, a jej mąż policjant w odległy sposób spełnia rolę boga z maszyny w tej opowieści.

Najciekawszy jest jednak fragment w którym “Paul Auster pisarz” opowiada Quinnowi, udającemu “Paula Austera detektywa”, czym się aktualnie zajmuje:

DonKichot-SzklaneMiasto-TrylogiaNowojorska

Cytaty z wydania Znaku (2012), przekład Michał Kłobukowski, rozdziały 8, 9

No i jak zatoczymy koło i z Nowego Jorku, wyspy Robinsona i starej wesołej Anglii wrócimy do Berlina przez Szczecin, to znajdziemy w Szczecinie w kawiarni-księgarni Kamienica w lesie taki o to pejzaż, zapewne raczej holenderski niż hiszpański, no ale cóż, wiatrak, to wiatrak, już na zawsze zrósł się nam z postacią Rycerza o Smętnym Obliczu.

Co wynika z prowadzenia bloga (3)

Ewa Maria Slaska

Kobiety z bloga

Od razu powiem i niech mi Bogini Matrona wybaczy – kobiety na blogu są mniej “wierne” niż mężczyźni. Każdy kiedyś odchodzi do innych zajęć, zapomina, nie ma czasu, odechciewa mu się, ale kobietom zdarza się to częściej. Ileż ich już tu było, stawały się ulubienicami Czytelników i nagle znikały. Nie będę ich wymieniać, nie należy rozdrapywać ran, ani ugryzień komara. Ostatnio naprawdę wiernymi autorkami są Ela Kargol i Teresa Rudolf, które na szczęście piszą w miarę często, oraz Krysia Koziewicz i Monika Wrzosek-Müller, które piszą rzadko.

Z Elą znamy sie od kilku lat i znajomość zaczęła sie od bloga. Widujemy się często, wciąż mamy jakieś wspólne projekty, chodzimy na spacery, w czym uczestniczy również Krysia. Z Moniką jestem zaprzyjaźniona od 35 lat i widujemy się niekiedy nawet raz na tydzień, z Teresą nigdy się nie spotkałyśmy. W zeszłym roku w marcu miałam do niej jechać do Wiednia, a stamtąd do Moniki do Pragi. Ale w grudniu ktoś w Wuhanie kupił na targu i zjadł ślicznego pancernika, a może zresztą nietoperza, a może nie zjadł, tylko wyprodukował i nie na targu tylko w laboratorium, w każdym razie wirus przeskoczył z probówki albo z zupy na człowieka i do marca następnego roku (czyli zeszłego) dowędrował i do Wiednia, i do Pragi, i nie mogłam odwiedzić obu moich wiernych autorek.

Z Moniką chodzimy ostatnio co najmniej dwa razy na miesiąc na spacery do parku przy pałacu Charlottenburg, o czym pisałam TU, natomiast z jej tekstów przywołam ten pierwszy, ten, w którym po raz pierwszy spotkałam się z oryginalną techniką narracyjną Moniki, polegającą na swobodnej zmianie tożsamości, przechodzeniu z osoby pierwszej na trzecią i z powrotem. Bardzo ciekawe.

Nawet nie pamiętam, skąd przyszła Teresa? Chyba tak jak kilka innych poetek, po prostu przysłała wiersze. Nie pamiętam również, jak to się stało, że Monika zaczęła pisać na bloga? Z Krysią widywałyśmy się “od zawsze” na jakichś imprezach polonijnych, ale naprawdę poznałyśmy się podczas wspólnego wyjazdu do Opola. Krysia wygrała wtedy konkurs na opowiadanie o Polaków losie własnym. Ela z kolei pojechała z nami, ludźmi ze Stowarzyszenia Partnerstwo Miast Szczecin-Kreuzberg/Friedrichshain, kilka lat temu na wycieczkę z okazji Dni Morza i gdy wracałyśmy już do Berlina, zapytała, czy opublikowałabym na blogu stary tekst jej taty z lat 60. Odpowiedziałam tak, jak zwykle odpowiada redaktor(ka), że nie wiem i nie mogę obiecać, ale niech przyśle… I tak to się zaczęło.

Wszystkie cztery autorki mogę dokładnie umiejscowić na blogowej osi czasu (ale już nie odtworzę, kiedy Krysia pisała do mojego poprzedniego bloga).
Krystyna, 25 maja 2013, 41 wpisów.
Monika, 21 lutego 2015 roku, 73 wpisy.
Ela, 24 czerwca 2016 roku, 69 wpisów.
Teresa, 13 listopada 2018 roku, 83 wpisy.

W pierwszym wpisie Teresy znajduję notatkę następującą:
Teresa Rudolf twierdzi, że do napisania tego wiersza zainspirował ją autoportret Fridy Kahlo z czarnym kotem i małpką, znaleziony u mnie na blogu
A potem już są wiersze. Wiersze Teresy zawsze przychodzą ze starannie dobranymi zdjęciami, albo muzyką, albo filmikami. Jak to piszę, najbardziej zdumiewam się faktem, że od pierwszej publikacji Teresy na blogu minęły niespełna trzy lata. A głowę bym dała, że jest tu już od lat co najmniej ośmiu, a może nawet dziesięciu. Teresa jest poetką, jej wpisy to często wiersze, ale publikowała już tu i prozę, i publicystykę, a poza tym jest wierną komentatorką. Bardzo dobrze jest, gdy ludzie komentują i przyznaję, że nieodmiennie mnie zdumiewa, że na tym blogu dyskusje są w większości takie niemrawe, bo w poprzednich moich blogach to właśnie w komentarzach kwitło bujne życie, nierzadko bujniejsze niż skończony wpis, złożony, jak wiadomo, ze wstępu, rozwinięcia i zakończenia. A w komentarzach nieważne są zasady kompozycji i nie trzeba się przejmować budową przestrzeni tekstu, dopuszczalne są pomyłki i powtórzenia, nieważna jest jedność czasu i miejsca. Teresa robi, co może, pomagają jej w tym Tibor i Zbychu, ale “dzieje się” w komentarzach, jak na moje potrzeby, stanowczo za mało.

Z różnorodnych tekstów Teresy wyszukuję jeden – ten, w którym Teresa najpierw mi przysłała piosenkę, a potem do tej piosenki dorobiła małe opowiadanko. Bardzo to było interesujące przeżycie. Oto ono: opowiadanko było zatytułowane Sąsiedzi – miało dwadzieścia odcinków, każdy zakończony kolejną piosenką. Pierwsza piosenka nosiła tytuł Otchłań czeka (Na cześć księdza Baki) i podśpiewuję ją pod nosem do dziś – Otchłań nie je, nie pije i nie daje mleka, otchłań – czeka.

Krysia zaczęła wpisem o laurkach na Dzień Matki, a ze wszystkich jej wpisów uwielbiam po prostu wpis, który na własny użytek nazwałam Chałupa, a który naprawdę zatytułowany jest Gdzie jest ten dom. Podobał mi się też “nadtytuł” pewnego jej, bardzo nieregularnego, cyklu: Z obserwatorium zwykłej baby.

Ten wpis z tekstem Taty był pierwszym wpisem Eli i myślę, że koniecznie muszę go TU przywołać. Ciekawe, że jest w nim też stara drewniana chałupa, tak (i taka) jak u Krysi Koziewicz. Podobnie jak Teresa, Ela też publikowała już na blogu bardzo różnorodne formy literackie – wiersze, reportaże, relacje, wspomnienia, opowieści. Niedawno wpisem Artystka z Turmstraße Ela osiągnęła jeden z najlepszych wyników w historii tego bloga, bo prawie tysiąc wejść pierwszego dnia.

Krysia i Ela chętnie fotografują, obie brały już też udział w różnych wystawach fotograficznych, w tym Krysia – w śmiesznej wystawie w Skolwinie (to dzielnica Szczecina), na płocie.

W roku 2020, w roku pandemii, wielokrotnie byłyśmy we trzy na spacerach, niekiedy któraś z nas o tym pisała, ale chyba najbardziej różnorodny jest wpis o Baratarii w berlińskiej dzielnicy Britz.

Były jeszcze dwie bardzo ważne autorki – Joanna Trümner i Viki Korb, ale obie umarły i nie mam siły o nich pisać.

Anette

Ewa Maria Slaska

Es ist 23. Februar 2021. Die Sonne scheint, der Himmel ist blau, der Winter-Frühling verzaubert ganz Berlin. Ich muss etwas an der Hasenheide erledigen und danach gehe ich in die Bergmannstrasse-Friedhöfe. Ich lade Yvonne von Friedhofsbüro zu einem kleinem Spaziergang, nach einer Weile ziellosen Gehens setzen wir uns auf einer Bank, dann kehrt sie zurück und ich schlendere noch, Mal hier, Mal da, Richtung Ausgang. Ich rede mit Jemandem am Telefon, daher achte ich überhaupt nicht darauf, wohin mich mein Fuß trägt. Plötzlich stehe ich am Grabe einer Berliner Oma (Charlotte Oppermann).

Tschüß sage ich ins Handy, da ich ein Foto knipsen will.


Ich sehe einen Zitronenfalter (Ende Februar!), folge ihn, bis er sich unweit auf einem Grabe setzt. Ich komme näher. Es ist das Grab von Anette.
Anette Schill.

Morgen hätte sie Geburtstag. Sie ist am 24. Februar 1957 geboren. Am 27. Oktober 2014 ist sie gestorben. Erst 57-jährig.

Ich wusste schon lange, dass ich über Anette schreiben will und soll, wir haben es mit Christine Ziegler vereinbart. Aus irgendwelchem unerklärlichen Grund hatte ich Schwierigkeiten, mit dem Text anzufangen. Hatte Anette mich gezwungen, mich zu ihrem Grab gezogen, damit ich endlich meine inneren Unfähigkeiten überwinde und das tue, was ich tun sollte und doch auch wollte?

Ist sie dieser Zitronenfalter gewesen?

Och, Anette, du hättest ausgelacht, die Dummheit, die ich hier aufgeschrieben habe. Plem plem, hättest du gesagt. Und wie gern habe ich gerade diesen gesundvernüftigen Fundament deines Charakters gehabt. Du warst so gradlinig, so bestimmt in deiner Meinungen und zugleich so em- und sympathisch. Somit hast du mir den deutschen Frauenmuster positiv geändert. Ich habe es dir mal gesagt und du wolltest mir nicht glauben.
“Aber doch Christine ist für dich die wichtigste”, sagte sie.
“Ja”, erwiderte ich, “klar, aber mit Christine war es immer so, dass ich sie nie als eine Deutsche wahrnahm, sie war eine Freundin, und dies ist eine Eigenschaft erhaben über alle andere.” Christine und Sieglinde, es waren Freundinnen. Aber im Allgemeinen hatte ich immer Angst von den deutschen Frauen. Sie waren durchaus so… so effizient, so patent, so kompetent, so groß, so barsch, so selbstsicher. So Stark, Stahl, Stein… Und Anette war so authentisch sympatisch. Galionfigur der Regenbogenfabrik, eines Hausbesetzungsprojekt, aus dem ein Nachbarschaftsprojekt wurde, in dem sich mit der Laufe der Zeit auch die deutsch-polnische Zusammenarbeit geborgen fühlen konnte.

Wann kam ich das erste Mal in die Regenbogenfabrik? Wann habe ich Anette kennen gelernt? Christine Ziegler erzählt immer, dass ich die Geschichte verkläre, weil ich behaupte, das erste Mal in Kontakt mit den Menschen aus der Regenbogenfabrik schon 1985 getreten zu sein, dh. gleich nach meinem Ankommen nach Berlin. Und das eben sie der erste Fabrik-Mensch gewesen ist, an dem ich mich erinnere. Laut Christine sei es unmöglich, aus einem einfachem Gründe, dass sie nicht in Berlin war. Bei Besatzung war sie natürlich dabei, so wie Anette. Sie 22, Anette 24. Aber dann fuhr sie nach England zu studieren und kam erst 1989 zurück. Na gut, aber 1991 wäre schon möglich. 1991? Vor 30 Jahren also? War ich mir immer sicher, dass wir uns schon eine Ewigkeit kennen.

Klare und sichere Punkte auf der Zeitleiste meiner Kontakte mit der Fabrik sind vor allem Kochtage (wann waren sie aber?!), Arte-Nova-Workshops ab 1995 und mein Praktikum im Jahre 2000, als ich mich bei der Akademie der Deutschen Wirtschaft zur Referentin Neuen Medien ausbilden ließ. Zu diesem Zeitpunkt kannte ich schon alle in der Fabrik und sie kannten mich und kennen mich bis heute, was mich immer wieder ins Staunen versetzt, dass sie mich alle noch kennen und sogar unter der pandemischer Maske sofort erkennen. Wie?

Über das erste Workshop schrieb mein Sohn, Jacek Slaski im WIR-Heft Nr. 5 (Arte Nova: Śródmieście – Innenstadt):

„… verdammte Literatur, um die es sich hier dreht (…). Worum geht es den Leuten hier, was wollen die? Wieso tun die das alles? Damit andere darüber reden? Für die Anerkennung, für ihr Ego oder nur, um die Langeweile zu bekämpfen. Ich weß nicht, ob es wichtig ist, es scheint genug Zeit da zu sein, um das hier alles ablaufen zu lassen, ob es Relevanz hat, sollen andere entscheiden. Es geht nicht um Verständigung, Völkerfreundschaften entstehen nicht über Kultur, sondern über hemmungslosen Alkoholkonsum und im besten Fall Sex.
Kultur bietet die Platform dafür, und das ist gut so, also denkt nicht, dass die Welt besser wird, wenn sich junge Menschen aus Deutschland un Polen auf dreckigen Hinterhöfen zusammensetzen und versuchen, sich zu verstehen. Ich weiß nicht einmal, ob es ein Beispiel sein sollte, ich weiß nur, dass diese Menschen es gemacht haben.“

Diese, wie Jacek es sagte, dreckigen Hinterhöfe, wo sich junge Menschen aus Deutschland und Polen zusammensetzen, sahen zu, wie sie sich Years and Years hier trafen, gemeinsam rauchten, Bier tranken und Literatur machten. Und was für welche! Und dann traten sie mit ihrer gemeinsamen Werke auf der Bühne und taten es so wunderbar, dass ich noch heute, ein Vierteljahrhundert später, ein Gefühl der Happiness habe, dass ich, dass wir, die Menschen vom WIR Verein und von der Regenbogenfabrik es ermöglicht haben, dass solche Momente entstehen konnten.

Ich liebe Regenbogenfabrik. Habe ich immer geliebt. Vor 21 Jahren, als ich hier mein Praktikum absolvierte, schrieb ich über das Projekt Regenbogenfabrik, dass es eine Mischung eines mittelalterlichen Klosters mit einem Kibuz ist. Eine pragmatische Utopie. Und Anette war für das Pragmatische in der Utopie. Dafür, dass alles funktioniert. Das liebe ich an der Regenbogenfabrik: Dass sie den Beweis lieferte, eine Utopie sei machbar. Die Zukunft ist jetzt. Und wenn nichts mehr hilft, hilft immer noch Humor und gesunde Selbstdistanz.

Anette war fantastisch. Sie könnte alles. Sie hatte Ausdauer und Ideen. Sie wusste intuitiv, was klappen wird und was keine Chancen hat. Hatte es aber Chancen, holte sie ihre stärkste Waffe: das tatkräftge Zupacken.

Von den Kinderbeinen war sie es gewöhnt, zuzupacken. War doch in einem Familienbetrieb, einer Wirtschaft, aufgewachsen. Gleich nach dem Abitur ging sie nach Berlin, um Erziehungswissenschaften zu studieren. Und schon während des Studiums engagierte sie sich in der Besetzungsszene. So fand sie sich in der Gruppe deren, die eine alte Chemiefabrik in Kreuzberg besetzte. Die Fabrik und die Häuser rumherum standen leer, die Gründezeitfabrik längst verlassen, die Erde verseucht. So waren sie alle, diese damals massenweise in Berlin besetzten Häuser – heruntergekommen und verlassen, absichtlich nicht mehr renoviert, damit man die verslumsten Gebäude billig erwerben könne.

Am 14. März 1981, eine Woche nach dem Frauentag war es soweit. Sie gingen in die Fabrik und ins Haus hin.

“Wie benimmt man sich in einem besetzten Haus, es war ja auch für sie das erste Mal”, fragt Gregor Eisenhauer in seinem Tagesspiegel-Nachruf.

Des ersten Nachts wurde in einer Erwartung der polizeilichen Räumung überhaupt nicht geschlafen. Es gab damals in Berlin, auf dem Gipfel der Besetzungswelle, eine juristische Möglichkeit, sog. 24-Stunden-Gesetz, der es erlaubte, innerhalb von ersten 24 Stunden eine Räumungsaktion zu unternehmen, ohne jedwedem Papierkram.

Und Anette war schwanger. Im Sommer wurde ihre Tochter, Jenny, geboren. Das erste Kind (in) der Fabrik. Für Jenny war die Fabrik einzige Familie, die sie kannte. Der Vater erschien erst viele Jahre später. Es ist für ein Kind sehr gut, in einer großen Familie aufzuwachsen, weil wenn man mit jemandem nicht zurecht kommt, kann man sich locker andere Vertrauten aussuchen. Das betonen die Kulturanthropologen immer und ein Wunderbeispiel dafür ist altslawische Zadruga. War Jenny auch der Meinung? Ich weiß es nicht, habe sie nie gefragt. Vielleicht ließ sie Mal diesen Text und antwortet mir. Eisenhauer meint dagegen, dass es bei Erziehungskonflikten nicht ganz einfach war, musste sich doch ein junger Mensch mit einer ganzen Riege der Erwachsenen auseinander setzen und nicht blos mit einem höchsten zweien, wie es in “normalen” Familien der Fall ist. Nun aber denke ich mir, dass man in dieser Generation nicht miteinander streitet und die Eltern sagen einem nicht vom oben herab, was man zu tun hat. Über alles wurde diskutiert. Wie schrieb es der Eisenhauer über die Demokratie? “Klingt mühsam, ist mühsam, aber Hierarchie funktioniert auch nicht besser.” Das betrifft meiner Meinung nach auch die Erziehung.

Sie war eine Kämpferin, aber solche, der man auf dem ersten Blick das Kämpferisch nicht zumuten wird. Auf zweiten auch nicht. Wunderbare Täuschung, weil im Grunde war sie eine Kriegerin durch und durch. Sie wusste, dass wenn man sich stur anstellt, früher oder später wird man sich durchzusetzen.

Ich mochte es bei ihr, weil ich in Polen auch so war. In Berlin zuerst nicht, aber vielleicht war es mein unterbewusster Wunsch, zurück zu meiner wahrer Natur zu kehren und wieder so wie Anette zu sein. Harmlos und angenehm aussehende Frau, mit einem nettem Lächeln, die sich doch nicht klein kriegen lässt. Und für sich nicht immer, für andere aber wie eine Wahnsinnige kämpfen kann. Erfolgreich.

Sie war wie eine Raupe, sagte mir Mal Christine. Könnte sie nicht direkt ans Ziel, schlenderte sie um den Tor herum oder buddelte sich unter dem Zaun oder durch einen Mauerriss rein, um ans Ziel zu kommen. Und Gregor Eisenhauer pflichtete ihr zu: “Jeder spürte, dass es ihr ernst war. Sie war nicht nachtragend und nicht auftrumpfend. (…) Ihr Programm war Dialog. Auf andere zugehen. Auch auf den vermeintlichen Gegner. Wer Ergebnisse will, darf Begegnungen nicht scheuen. Sie hat immer wieder Spielräume ausgelotet. Das war ihre Stärke. Jeder hat einen kleinen Spielraum, auch ein Sachbearbeiter in seiner bürokratischen Zwangsjacke. Die Frage ist nur, wie man mit ihm umgeht. Ihm seine Möglichkeiten klarmachen, darin war sie stark. Andere so sein zu lassen, wie sie sind, und sie dennoch zu fordern.”

Heute, zu ihrem 40 Geburtstag startet die Fabrik auch ihren Geburtstagsblog. Willkommen, kleiner Bruder 🙂

Chodzenie po mieście. Królowa Luiza.

Ewa Maria Slaska

Monice

Królowa Luiza

Wielokrotnie podczas pandemii byłyśmy z Moniką Wrzosek-Müller na spacerze w parku przy pałacu Charlottenburg, czyli u królowej Luizy. Pałac jaki jest, każdy wie. Piękny, barokowy, paradny. Taki jak wszystkie, jak Wilanów, jak Wersal, jak Hattfield i Poczdam. Nawet francuskie i angielskie parki i ogrody wokół pałaców są podobne. Mają wielkie trawniki, wielkie drzewa i wielkie jeziora. Są piękne, ale po latach zlewają się w pamięci w jeden park. Gdzieś rośnie ogromny szpaler lip, gdzie indziej zaprojektowano labirynt cisowy, albo kaskadę na wzór Niagary. Udaje mi się zapamiętać pojedyncze elementy. To, co na pewno zapamiętuję z pałacu w Charlottenburgu to popiersie królowej Luizy ulokowane na maleńkiej sztucznej wyspie – jej wyspie. Podobno bardzo lubiła to miejsce. Ktoś przychodzi tu co kilka dni i ozdabia posążek gałązkami, kwiatami, zimowymi jagodami.

Była królową, którą Berlin zawsze kochał, ale zdziwiło mnie, że ta miłość dotrwała do dziś.

Nazywała się Luise (Louise) Auguste Wilhelmine Amalie, była księżną Mecklemburgii, a potem wyszła za mąż za księcia Fryderyka Wilhelma III, który w cztery lata później został królem Prus, a ona – królową. Urodziła się 10 marca 1776 roku w Hanowerze (za kilka dni minie 245 rocznica jej urodzin), umarła młodo, 19 lipca 1810 roku. Była piękna, a co chyba ważniejsze – czarująca. Lubiła ludzi i traktowała ich raczej jak emancypowana, demokratyczna mieszczanka niż jak wyniosła arystokratka. Ale to nie dlatego Berlin kochał i kocha swoją królową. Współcześnie porównuje się ją do Lady Di. Jej  życie upłynęło w czasach zażartej walki Prus przeciwko Francji pod wodzą Napoleona. Luiza okazała się królową dzielną i współczującą, taką, która potrafiła połaczyć obowiązki wladczyni, matki, żony, patriotki,  i to właśnie te przymioty sprawiły, że już za życia była postacią kultową, po śmierci zaś stała się wręcz legendarna. Do historii przeszła opowieść o tym, jak Luisa pojechała spotkać się z Napoleonem, by poprosić go o zmniejszenie ogromnej kontrybucji wojennej nałożonej na Niemcy po przegranej wojnie. Nic nie uzyskała, ale lud berliński czcił ją odtąd jak świętą patronkę. Drugi syn Luizy i Fryderyka przekształcił królestwo pruskie w Cesarstwo, co wyniosło zmarłą królową do rangi Matki Cesarza.

Książę Fryderyk Wilhelm poślubił Luizę w Wigilię 1793 roku, a w dwa dni później jego młodszy brat, Ludwik, poślubił jej młodszą siostrę, Fryderykę. Ludwika miała lat 17, Fryderyka – 15. Obie pary książęce  zamieszkały obok siebie w Pałacu Książąt (Kronprinzenpalais) i Pałacu Księżniczek (Kronprinzesinnenpalais) na ulicy Unter den Linden w Berlinie. Fryderyk i Ludwika mieli też do dyspozycji rezydencję letnią w zamku w Paretz koło Poczdamu. Mieszkali skromnie i prowadzili przykładne małżeństwo, również wtedy, kiedy Fryderyk i Ludwika zostali królem i królową. Mieli dziesięcioro dzieci, z których dorosłego wieku dożyło siedmioro, w tym dwóch książąt, którzy po kolei zostali królami, a drugi z nich w roku 1871 koronował się na cesarza. Najstarsza córka Fryderyka i Luizy, Charlotte, została carycą Rosji. Jako caryca nazywała się Aleksandra Fjodorowna, czego do końca nie da się zrozumieć, ale chyba nie musimy tego wiedzieć. Ważniejsze z mojego punktu widzenia jest to, że Luiza i Fryderyka zostały wkrótce po ślubach sportretowane przez Johanna Gottfrieda Schadow.

Ci, z moich Czytelników, którzy w miarę wiernie czytają tegto bloga, pamiętają być może, że portret księżniczek to moje ulubione dzieło sztuki. Pisałam już TU o obu siostrach. Nie po raz pierwszy zresztą, ale poprzedni wpis był na innym blogu i zaginął. Obie księżniczki są ze mną od jedenastu lat. Kupiłam je sobie jako odlew gipsowy, a okoliczności i motywacje owego zakupu wydają mi się dziś dość szczególne. Szłam bowiem do szpitala i czekała mnie ciężka operacja, która była wówczas na tyle rzadka, że nie tylko ja, ale i szpital się niepokoił, czy się uda. Szanse stały zapewne fifty fifty. Równie (nieo)ptymistycznie wyglądały prognozy co do tego, czy jeśli nawet operacja się uda, to czy ja jeszcze w ogóle będę na chodzie. Czyli – ciężko było. Kupiłam obie księżniczki z przyjemną myślą, że jeżeli wszystko pójdzie dobrze, to zamieszkają ze mną, a jeżeli pójdzie źle – to zabiorę je ze sobą do grobu. No i tak sobie do dziś mieszkamy 🙂

Lubię zatem Luizę i chętnie do niej “zachodzę” w odwiedziny. Próbowałam znaleźć w internecie jakieś wiadomości na temat tego, kto i dlaczego w parku Charlottenburg wciąż ozdabia kwiatami popiersie Luizy, ale nic nie znalazłam. Może ktoś z Czytelników coś wie?




Popiersie, pierwotnie marmurowe, wykonał Christian Daniel Rauch w kilka lat po śmierci królowej, w roku 1816, ale według modelu gipsowego, który młody rzeźbiarz wykonał jeszcze za życia Luizy. W brązie popiersie zostało odlane w roku 1822. W roku 1867 ktoś je ukradł, a gdy je odtworzono, w roku 1876 znowu zostało ukradzione. To, które Monika i ja odwiedzamy, zostało odlane w roku 1987.

Co wynika z prowadzenia bloga? (2)

Ewa Maria Slaska

Odpowiedź nr 2: Ludzie (mężczyźni)

W poprzednim odcinku tego czteroodcinkowego serialu napisałam o książkach, które powstały i ukazały się dzięki istnieniu tego bloga i jego Pramatek (używam tu “wielkiej” formy żeńskiej, bo o pierwszym mówiliśmy Kura, a o jego następcy – Qra i były to niewątpliwie kobiety). Dziś chciałam napisać o kobietach, które dzięki temu, że jestem blogerką, pojawiły się i zostały w moim życiu. Niestety nie zdążyłam. A wpis o mężczyznach był już gotowy. Dziś więc mężczyźni. Kobiety za tydzień.

Niewątpliwie pierwszym niezwykłym facetem wśród “ludzi z bloga” jest Lech Milewski, czyli Pharlap (co było imieniem pewnego słynnego australijskiego konia wyścigowego). Pojawił się jeszcze na Kurze (2010-2011). Znalazł nas przypadkiem i spodobało mu się to, co piszemy, ale chyba przede wszystkim zainteresowało go to, że jest nas kilkanaście i dobrze nam idzie wspólne tworzenie bloga. Napisał do nas, zapytał, czy go przyjmiemy i zadebiutował świetnym wpisem pt. Panicz potrafi usmażyć naleśniki. Tytuł nawiązywał do naszego ówczesnego (“kurzego”) zwyczaju, tytułowaniu siebie nawzajem słowem panna. Skoro więc zaproponował nam, że do nas przystanie, przybrał też odpowiednie miano: panicz. Pharlap napisał wiele wspaniałych tekstów, z których ja najbardziej lubię Bieg Wazów. Właściwie to chyba za mało powiedziane – lubię, czy najbardziej lubię. To po prostu bardzo dobry tekst.
Pharlap mieszka w Australii i nigdy się nie spotkaliśmy.

Równie niezwykły jest Tomasz Fetzki, którego różnorakich pseudonimów pod karą “ucięcia głowy przede wszystkim” nie wolno mi zdradzić. Pojawił się również za czasów Kury, bo szukał w sieci informacji o mojej… prababce. Zamierzał napisać o niej książkę i się habilitować, po czym jednak napisał książkę o pewnym francuskim pedagogu i (chyba) się (jeszcze) nie habilitował, ale za to w międzyczasie kilkanaście razy dostarczył nam wszystkim interesujących seriali wieloodcinkowych o tym i owym (Niemcy by powiedzieli “o Bogu i świecie”). O roli Tomasza w powstaniu mojej wydanej kilka lat temu powieści Lublinerowie piszę zarówno w samej powieści, jak i we wpisie o książkach “z bloga”. Tu chcę napisać o Tomaszu jako przyjacielu i Tomaszu jako blogowym autorze. Przyjacielem Tomasz jest i tu nie warto nic więcej dodawać. Ktoś albo jest przyjacielem, albo nie. Koniec.
Tomasz twierdzi, że jego pierwszy tekst na blogu był jego debiutem literackim. Przyjmuję tę informację z pokorą, bo skoro autor tak twierdzi, to jest to jego autorskie prawo tak uważać. Ale teksty Tomasza są zawsze tak doskonale skomponowane i tak bezbłędne, że wydaje mi się, iż w skrytości ćwiczył się do tego debiutu przez poprzednich dwadzieścia lat. Przypominam sobie tylko jedną sytuację, że poprawiłam mu jedno zdanie, a w nim właściwie jedno tylko słowo, a raczej nie słowo, jeno jego formę gramatyczną – nie cierpię bowiem strony biernej, która się ostatnio w Polsce zrobiła nader popularna, a która przyprawia mnie o dreszcze. Tomasz z powagą mądrca zgodził się na zmianę formy biernej na czynną, skrycie na pewno podśmiewając się z moich anachronicznych indiosynkrazji.
Z Tomaszem i jego żoną Agnieszką poznaliśmy się przez bloga, w międzyczasie spotkaliśmy się wielokrotnie, a kiedyś nawet odbyliśmy podróż w poprzek przez całą Polskę, z Lublina do Świebodzina, opisaną tu zresztą przez Tomasza bardzo pięknie w kilku odcinkach pod wspólnym tytułem: Subiektywny bardak na skos. Zapraszam do lektury, ale dla prezentacji Tomasza wybieram ów jego literacki debiut: Jaszkowice – reportaż poetyzujący.

Niedawno pojawił się jeszcze jeden pan, który znalazł mnie na blogu i, podobnie jak Tomasz Fetzki, odkrył, że piszę o mojej ciotecznej babce, Karusi, czyli Karolinie Lubliner-Mianowskiej. Marian Miszczuk jest harcmistrzem i zareagował na jeden z moich wpisów, gdzie napisałam, że Karusia była przez dziesięć lat, od roku 1930 do 1939, redaktorką Skrzydeł, miesięcznika wydawanego przez Komendę Główną Harcerek RP, miała tytuł harcmistrzyni i podczas wojny pracowała w Konstancinie w prowadzonym przez harcerki przytułku dla sierot wojennych. Napisałam też, że niestety nie wiem, jaka była droga Karusi do harcerstwa, a pan Marian napisał w komentarzu, że może będzie mi mógł odpowiedzieć na to pytanie. Marian Miszczuk jest autorem biogramów dla Harcerskiego Słownika Biograficznego i tworzy właśnie biografię Karusi (pisze o niej “Kara”, co mnie bardzo dziwi, tak jak jego dziwi moja “Karusia”). Przysłał mi też gotowy już wpis o Ewie Konstancji Grodeckiej, w którym cytuje świetny artykuł Karusi z roku 1924 z czasopisma Samowychowanie (Karusia miała wtedy 25 lat i była zastępową, zapewne więc jej droga do harcerstwa niedawno się zaczęła).

Szkoła, którą kończyłam, posiadała w swem gronie uczennic wyłącznie dzieci z zamożnych, mieszczańskich domów. W jednym z takich domów ja się urodziłam i wychowałam. Miałam takie same warunki domowe, przyzwyczajenia, zainteresowania jak wszystkie moje koleżanki. Innych dziewcząt nie znałam wcale i przyznam, nie zdradzałam żadnych chęci do ich poznania; nie myślałam nigdy o tem, jak wyglądać może znajomość obcowania z dziewczętami z „innych sfer“. (…) jednym z głównych braków mojego szkolnego i domowego wychowania była zupełna nieznajomość ludzi i ich życia. Jak większość maturzystek byłam zupełnie niedojrzała, nieprzygotowana do życia czynnego.

Karusia była botaniczką i podobno, zdaniem pana harcmistrza, to ona zachęciła warszawskie harcerki do zajmowania się przyrodą.

Skoro jesteśmy przy rodzinie, to powiem jeszcze, że kiedyś pojawili się też dwaj kuzyni, jeden “prawdziwy”, a jeden nie wiadomo, ale podejrzewamy, że tak jednak jest. Kuzyn autentyczny to Jan Kozłowski, a “podejrzany”- Witold Strumpf. Witold napisał niestety tylko jeden wpis i zniknął, a Janek napisał (lub pozwolił przedrukować) kilka świetnych wpisów (najśmieszniejszy TU) i, niestety, umarł. Bardzo mi go brakuje i myślę, że nasza znajomość zapowiadała się na wielką przyjaźń. O tym, jak to było z naszym poznaniem się, też się Czytelnik dowie z cytowanego tu wpisu.

O tym z kolei, skąd się wziął Andrzej Rejman piszę TU. Stąd się wziął, a potem przez rok czy dwa pisał piękne wpisy, o rodzinie, historii, dalekich wyprawach, polityce. Po czym zniknął z bloga, nad czym po dziś dzień ubolewam. Wielu autorów tak “ma”, piszą, chętnie, często, interesująco, a potem bach bach i przestają. Czasem, ale rzadko – wiem, co było przyczyną. Czasem takie osoby zakładają swoje blogi lub profile na FB. Czasem jednak naprawdę nie wiem, dlaczego. Ci, na szczęście, czasem wracają, jak dwaj panowie, o których piszę poniżej. Ale zanim opowiem o nich, skieruję czytelników do pierwszego wpisu Andrzeja Rejmana o jego pradziadku, Adamie z Raju.

Dwaj panowie, Zbigniew Milewicz i Roman Brodowski, pojawili się w polonijnych “okolicznościach przyrody”, zaprosiłam ich do pisania na blogu i w międzyczasie stali się nie tylko autorami, ale też dobrymi i wiernymi przyjaciółmi.

Zbigniew Milewicz jest jednym z najczęściej piszących autorów – ma na koncie ponad 140 wpisów, często łączących się w cykle. W czasie pandemii pisze już od niemal roku regularnie, najpierw w cyklu Z domowego aresztu, a teraz: Z wolnej stopy. Zaczął natomiast cyklem W górę rzeki, w którym pisał o swojej rodzinie: Pod prąd płynie się trudniej, niż z prądem, ale za to jaka radość z każdego przebytego metra, wiedzą o tym wszyscy, którzy biorą się za spisywanie wspomnień rodzinnych. Trzeci odcinek tego cyklu jest po prostu fantastyczny. Hampelbaude. Czytajcie.

Roman Brodowski natomiast przez wiele lat pisał dla nas zawsze w pierwszy piątek miesiąca. Czasem wiersze, czasem prozę. Był już doświadczonym autorem, a potem, nagle, stał się sławnym i wziętym bardem opozycyjnym. Trochę wtedy zapomniał o tym blogu, ale na szczęście potem sobie znowu przypomniał. I tak to jest, że z wpisów Romka muszę, ale po prostu muszę, przywołać aż trzy. Oto one: Górka, Nie oddamy naszej ziemi (to ten wpis, który mu przyniósł sławę i renomę) i Podróż wozem konnym przez Polskę.

Są też dwaj Mieczysławowie – Mieczysław Bonisławski (poznaliśmy się kiedyś osobiście, a było to tak: Juhuuu) i Mietek Węglewicz, z którym spotkaliśmy się lata temu podczas pielgrzymki do Santiago de Compostela, a potem, wiele lat później, odkryłam, że pisze świetne wiersze i że wciągnęła go… Barataria (np. TU).

Natomiast najdziwniejszym autorem, który pojawił się na blogu jest oczywiście Marek Włodarczak, czyli Tabor Regresywny. Już nawet ksywkę ma niezwykłą, i o dziwo nie pochodzi ona od Żiżka i taborytów, tylko od  tego, że Marek wędruje z taborem po polskich dróżkach, a ten tabor to budowane z odpadów przedziwne wozy i wózki, a że powstają z coraz mniejszej ilości materiału, to jest to tabor w stanie cofania się, czyli regresywny. Marek jest filozofem-wędrowcem. To bardzo mi bliski rodzaj człowieka. Nic więc dziwnego, że połączył nas przed przed czterema laty marsz do Aleppo. Byliśmy tego samego dnia w tym samym punkcie marszu, mianowicie pewnej zimowej nocy w morawskim Brnie. Spaliśmy w meczecie. Wcale się wtedy nie spotkaliśmy. Ja przyjechałam w nocy, on o świcie zabrał swój namiot na kółkach i odszedł. Ale jednak facebook odkrył, że możemy się znać i zaczął mi podrzucać przedziwne wpisy gostka o przedziwnej ksywce. Kiedyś zapytałam, czy mogę wziąć jeden taki na bloga. Pozwolił, wzięłam i tak to się zaczęło. Już w kilka dni później Marek przyjechał do Berlina, teraz, jak tylko zakwitną jabłonie, zamierza przyjść na piechotę, zbierając po drodze śmieci.
A TU ja o nim.

Fajne historie, prawda? To pamiętajcie, moi kochani Czytelnicy (i Czytelniczki), i Wy możecie zostać  ludźmi z bloga. Wystarczy coś napisać.

Co wynika z prowadzenia bloga? (1)

Ewa Maria Slaska

Odpowiedź nr 1: Książki

To pytanie w tytule postawione tak śmiało zajmowało mnie już raz lub dwa razy, kiedy próbowałam znaleźć odpowiedź na pytanie, co się dzięki temu blogowi wydarzyło, jaką więc miał siłę sprawczą?

Trudno mi się tu teraz wdawać w rozważania o tym, że formuła tego bloga zachęciła do pisania kogoś, kto nigdy nie pisał, komuś może przywróciła wiarę we własne działania, komuś zapełniła pustkę… To zbyt subtelne i niesprawdzalne. Niekiedy to, co tu pisaliśmy, zostało przedrukowane. Zawsze mnie to cieszy, zawsze daje satysfakcję, ale mimo to nie ma to jak książki i kontakty międzyludzkie. To najbardziej wzrusza, fakt, że czasem zgłasza się ktoś i to spotkanie zmienia bieg zdarzeń.

Zacząło się od tego, że moja siostra, Katarzyna Krenz i Julita Bielak, dwie autorki z poprzedniego mojego bloga, czyli słynnej Kury…, (ale i tu, bywa, piszą) wspólnie napisały książkę, do której punktem wyjścia był taki fragment mojego tekstu na owym blogu:

Była druga w nocy…

520 lat temu, 12 października 1492 roku marynarz z “Pinty”, jednego ze statków Kolumba, Rodrigo de Triana, jako pierwszy zaoczył z bocianiego gniazda brzegi nowego świata. Urodził się 1469 r. w Sevilli, miał więc 23 lata! Był pierwszym Europejczykiem od czasów Wikingów, który zobaczył Amerykę, a dokładniej wyspę Guanahani (San Salwador, dziś wyspa Watlinga) lub może wyspę Samana Cay. Zakrzyknął (ponoć) to, co zawsze się chyba woła w takich okolicznościach: ¡Tierra! ¡Tierra!
Była druga w nocy.

I choć wiem, bo widziałam na własne oczy, to jednak wcale nie wiem, jak to się stało, że ten cały wpis o nocnym odkrywaniu nieznanego świata dwie moje współautorki, Katarzyna Krenz i Julicta Bielak, skróciły do zdania Była druga w nocy, a ono zainspirowało je do napisania wspólnej książki? I to ja byłam Pierwszą Przyczyną! – napisałam już na tym blogu (TU) w dniu, kiedy książka się ukazała. A tak naprawdę nie ja, tylko mój blog, na którym w komentarzach obie zaczęły żartobliwie budować sytuacje wokół tego jednego zdania, złożonego zaledwie z czterech wyrazów. Była druga w nocy.

To również jeszcze na “tamtym blogu”, czyli na owej Kurze…, pojawiła się kiedyś Wirginia Węglińska, która pracowała wtedy w Muzeum w Stutthofie i dzięki naszym wpisom odnalazła rodzinę Wiktora Lublinera-Ostrowskiego. Doprowadziło to do wydania jej książki o Wiktorze, wznowienia jego książki pt. Warszawiacy w Stutthofie oraz wydania opowiadań jego córki o ojcu, ale i o rodzinie w ogóle, a nawet jeszcze szerzej, o spotkaniach, podróżach, ba, nawet psach. A więc Wirginia Węglińska, Wiktor Ostrowski i Janina Kowalska.

Potem pojawił się Tomasz Fetzki, bez którego nie powstałaby moja książka o rodzinie Lublinerów.
Ewa Lubliner, Lublinerowie.

Książka ukazała się wprawdzie dopiero w 2018 roku, ale zaczęłam ją pisać wiele lat wcześniej. Tomasz wprawdzie sam zamierzał napisać książkę o Eugenii Lublinerowej, czyli tej ślicznej osobie ze zdjęcia na okładce, która zasługuje na wielkie uznanie, gdyż była pierwszą w Polsce (we wszystkich zaborach) osobą, która (w roku 1906) założyła szkołę dla dzieci upośledzonych umysłowo (przedtem istniał tylko ewangelicki ośrodek opieki nad takimi dziećmi). Eugenia była moją prababcią, babcią Cioci Janki czyli autorki Białej apaszki i mamą Wiktora.

W trakcie pisania Lublinerów napisałam kolejną książkę opartą o wpisy na blogach, Nie umarłem / Ich bin nicht tot. Została ona wydana nakładem Stowarzyszenia Partnerstwo Miast ze Szczecinem przy finansowym wsparciu trojga członków Stowarzyszenia: Anne i Folkera Schmidtów oraz Wolfganga Hahna. Książka miała wyjaśniający podtytuł: Groby polskie w Berlinie i groby niemieckie w Szczecinie, a wydana została po polsku i po niemiecku. Część berlińską napisała Ewa Maria Slaska (czyli ja), część szczecińską Michał Rembas.

Teraz zaraz, za chwilę, ukażą się dwie następne książki “z bloga”. Ich autorkami są Joanna TrümnerElżbieta Kargol i Krystyna Koziewicz. Już TU o tej publikacji pisałam. Polska wersja książki o Murze Berlińskim znajduje się właśnie w drukarni. Wersja niemiecka została już przetłumaczona i czyta ją recenzent. Potem pójdzie jeszcze do grafika i korektora, po czym też zostanie odesłana do drukarni.

Tym razem wydanie tych książek sfinansowało około stu przyjaciół zmarłej kilka miesięcy temu Joanny.

Osiem książek przez wiele lat pracy nad tym blogiem i jego poprzednikami, ale też zarazem osiem książek w pięć lat – pierwsza z nich ukazała się w październiku 2015 roku.

Odpowiedź nr 2: Ludzie ukaże się za trzy dni, 28 lutego

Hanau

Vorgestern fand ich diese Bilder am Eingang zu meiner U-Bahn-Station Paradestraße. Ich wusste nicht, wer sie sind und worum es geht, aber ich wusste, dass ich im Internet selbstverständlich eine Erklärung finden werde. Am abend hatte ich keine Zeit, am nächsten Tag (dh. gestern) musste ich früh raus und auf Hermannplatz fand ich schon mehr.

Ach ja, natürlich, Hanau. Hanau vor einem Jahr.  Mein Handy hat sich ausgeladen, ich nehme die Plakate vom Zaun ab und mit nach Hause. In der U-Bahn lese ich sie.

#HanauWarKeinEinzelfall
Hanau. 1 Jahr nach dem rassistischen Terroranschlag
WIR GEDENKEN 19. Februar
KALOYAN VELKOV
FATIH SARACOGLU
SEDAT GÜRBÜZ
VILI VIOREL PAUN
GÖKHAN GÜLTEKIN
MERCEDES KIERPACZ
FERHAT UNVAR
SAID NESAR HASHEMI
HAMZA KURTOVIC

Erinnern heißt kämpfen, Erinnern heißt verändern!

Hanau war kein Einzelfall. Der Anschlag an die Synagoge in Halle, der Mord an Walter  Lübcke in Kassel, die Morde und Anschläge des NSU – das alles waren kein Einzelfälle.

Rechte Terrornetzwerke werden von der Polizei, Justiz und Verfassungsschutz gedeckt oder unterstützt, oder sind schon Teil des Staatsapparates.

Polizei und Staat werden uns nicht beschützen!
Das können nur wir selbst.
Deshalb organisieren wir uns gemeinsam in unseren Kiezen und Nachbarschaften gegen Faschismus und rassistische Gewalt.

MIGRANTIFA                    WIR FORDERN ERINNERUNG GERECHTIGKEIT AUFKLÄRUNG KONSEQUENZEN

#RassismusTötet @migrantifabln    V.i.S.d.P.:M. Cayan, Karl-Marx-Str. Berlin

Na ja, das erklärt Einiges, denke ich mir. Diese angesprayte Bilder in der UBahn, Plakate an den Zaunen und Wänden angeklebt mit Tesafilm und Post-Klebeband.

Ich komme nach Hause und finde, dass Büro der Berliner Ausländerbeauftragten mir (natürlich nicht nur mir) eine Erinnerung an Hanau auf dem Facebook zugeschickt hatte. Klar, die hartformulierten “Ausdrücke” von oben fehlen, bei dem Spot heisst es: Struktureller Rassismus, aber der Tenor…

Tag danach (dh. heute) gehe nochmals hin zu Hermannplatz und diesmal mache ich ein paar Fotos. Es sollte auch eine Demo statt finden, gibt sie aber nicht…

Rozmowy polskie zimą 2021 roku

Ewa Maria Slaska

Książka i ci, co o niej rozmawiają

Rozmowa o książce odbyła się na zoomie w dniu 8 lutego 2021 roku. Brali w niej udział sami utytułowani naukowo ludzie i ja. Moderatorka, Iwona Dadej, zaprosiła czworo autorów (ten polski rodzaj niemęskoosobowy! trzy autorki, jednego autora!) i czworo czytelników (to samo 3+1). Byłam w tym gronie jedyną osobą pamiętającą dobrze PRL. Ale ponieważ jestem stara, to pamiętam nie tylko PRL, ale również czas, kiedy rozmowa oznaczała, że spotykają się ludzie i ze sobą rozmawiają, a to oznacza, że ktoś coś mówi, a ktoś inny już niecierpliwie wierci się na krześle, bo chciałby na to odpowiedzieć, ktoś przerywa, ktoś coś wtrąca niby na boku, ale tak, żeby wszyscy słyszeli, ludzie nawiązują ze sobą kontakt, myśli latają jak trzmiele na wiosnę, a moderator to nie jest Władca Czasu i Dostępu do Mikrofonu, tylko człowiek, który ma przedstawić kolejnego rozmówcę (a bogdaj to, sami możemy to zrobić!) i zadbać o wypełnienie luki, gdyby nagle się okazało, że nikt nic nie ma do powiedzenia i zapada głucha (głupia) cisza. Choć i tak trzeba przyznać, że nasza regentka robiła, co mogła, żeby jej władza była jak najmniej dokuczliwa. Tym niemniej i ona nie mogła nic zdziałać przeciw “reżimowi” takiej rozmowy AD 2021.

No więc nie było rozmowy, tylko wystąpienia i statementy. Szkoda, bo ja bym chętnie porozmawiała tak naprawdę, szczerze i od serca z autorami tej książki. Powiedziałabym, co myślę i tak długo bym ich dręczyła, aż bym wymusiła na nich sensowne odpowiedzi i nie musiałabym się zadowalać akademicką gładką nowomową, wygłaszaną przez ludzi, którzy połknęli kij (no, nie wszyscy – pani Barbara na pewno nie połknęła kija) i przez to zapomnieli, jak się uśmiechać, przejmować i angażować w temat. Tak się zachowywała tylko mieszkająca (przebywająca) w Szwecji Białorusinka – Olga Sasunkiewicz. Ale tak poza tym było tak, jak zawsze, już od dawna, a nie tylko w czasach pandemii, był akademicki dyskurs, w którym wszyscy wszystkich chwalą i wszyscy są z siebie zadowoleni.

Przygotowałam sobie uprzednio notatki, na wypadek, gdybym zapomniała języka w gębie. Nie były mi potrzebne, pamiętałam dobrze, co chcę powiedzieć, powiedziałam znacznie mniej niż chciałam i dostałam następującą odpowiedź zbiorczą, wygłoszoną cztery razy, bo udało mi się zadać cztery pytania: mieliśmy inne założenia, nie chcieliśmy tego uwzględniać, ale może szkoda, bo może dobrze by było. Aha. W dwóch wypadkach odpowiedź uzupełniło stwierdzenie: nie mogliśmy tego uwzględnić, bo nie ma na ten temat badań!
Jak to nie ma badań?! Czy ośmioro naukowców nie odczuło wstrząsu po takiej wypowiedzi? Nie ma badań! To trzeba je było zrobić, albo odważnie sformułować tezy-hipotezy bez badań cząstkowych. OmG, nauka była kiedyś cudowną przygodą myślącego umysłu, który mógł się zająć wszystkim, czym chciał, a teraz jest żmudnym zbieraniem materiałów, mrówczym przeprowadzaniem badań, kolekcjonowaniem punktów i wymuszonym (!) odpisywaniem od innych. Bo jak inni nie zrobili badań, to nie ma czego cytować, a zatem nie możemy na ten temat pisać?

Nie pierwszy to raz, że rozpacz mnie ogarnia w obliczu tego, czym stała się nauka. Już o tym pisałam. Na przykład TU. Albo TU. I TU. I nie pierwszyto raz, że sama siebie z zachwytu klepię po ramieniu, że udało mi się uniknąć pułapki, jaką jest wysoka nauka akademicka. A mogłam byłam była (bymbyłabyła), pracowałam na uczelni, rozpoczęłam pisanie pracy doktorskiej i… ogarniało mnie przerażenie na myśl, że teraz TAK będzie wyglądało moje życie.
A przecież 45 lat temu nauka była jeszcze cudownie wolna w porównaniu z tym, czym się stała dzisiaj. Bo cóż tak naprawdę ograniczało naukowca w Polsce w pierwszej połowie lat 70?

Tylko Komuna! Phi!

Niech żyje nauka niska! nauka z rozmów i przemyśleń, tradycji i intuicji, odwagi i samodzielnego myślenia! A oto moje notatki, sporządzone przed spotkaniem zoomowym. Nie obejmują one wszystkich zagadnień, w końcu wiadomo było, że to spotkanie potrwa dwie godziny, a na pewno będzie musiało się wpowiedzieć osiem osób i ewentualnie jacyś słuchacze:

Co mi się podoba, to fakt, że powstało kompendium, obszerne, napisane wartkim językiem, interesujące. Gratuluję!

Podoba mi się też wyjściowa teza, że obraz sytuacji kobiet w PRL stworzony po roku 1989 był uproszczony i pełen luk.

Ale niestety to, co Państwo stworzyliście, jest też uproszczone i ma braki. A szkoda, bo przez następne kilkadziesiąt lat Wasza książka będzie czytana i cytowana wszędzie na świecie, gdzie badacze się zajmują sytuacją kobiet w PRL, a brakuje w niej wielu ważnych spraw i ludzi.

Posłuchajmy tej listy nazwisk:

Maria Janion
Agnieszka Holland
Krystyna Janda
Wisława Szymborska
Kora Jackowska
Magdalena Abakanowicz
Ewa Demarczyk

To były najważniejsze kobiety PRLu! To były nasze wzory zachowań, wyglądu, walki, odwagi cywilnej. Nie Zofia Grzyb, tylko Janion, Holland, Janda! Tych kobiet nie ma w tej książce. Listę można wydłużyć: nie ma Nałkowskiej, Dąbrowskiej, Kuncewiczowej, nie ma rysowniczki Mai Berezowskiej, która zmieniła nasze widzenie erotyki kobiecej. Nie ma pisarek z okresu transformacji, które zapoczątkowały tzw. literaturę menstruacyjną w Polsce i które opisywały widzianą przez kobiety rzeczywistość PRL, a zatem nie ma też jednej z nich, czyli Olgi Tokarczuk.

Nie ma Krystyny Jandy, której rola w filmie Człowiek z marmuru (1977) stała się wzorem wszystkich młodych nowoczesnych kobiet. To od niej uczyłyśmy się bezkompromisowej postawy, która już kilka lat później okazała się tak potrzebna podczas strajków 1980 roku.
Ale nie ma też filmu Agnieszki Holland Kobieta samotna (1981), która ukazała tak straszny ciężar bycia kobietą w PRL, że każda z nas skłonna była na klęczkach dziękować za to, że ją spotkał jednak inny los.

To mogłoby nie mieć znaczenia w pracy naukowej, gdyby nie fakt, że sami Państwo piszecie, że sięgacie do „tekstów kultury popularnej, filmów, przedstawień plastycznych, beletrystyki“ (str. 16 i 17). I gdyby nie fakt, że akurat TE kobiety były wzorcami dla kolejnych pokoleń Polek w PRL. Nie piszecie o nich, nawet ich nie cytujecie!

Nie piszecie o religii i roli kościoła, no bo… nie piszecie.
To samo o problematyce homoseksualnej – bo nie.

Uzasadniacie to tym, że każdy rozdział książki jest propozycją autorską i że te braki to wasze „przemyślane decyzje“ – w trakcie rozmowy dowiedziałam się jeszcze, że… nie ma badań!

Niestety te braki świadczą albo o nieznajomości sytuacji w PRLu, albo (choć nie chce mi się w to wierzyć!) o podporządkowaniu Waszej wizji, obowiązującym założeniom współczesnej narracji historycznej AD 2020. Bo jak inaczej wytłumaczyć nieobecność choćby tych czterech najważniejszych kobiet z mojej listy: Janion, Holland, Janda, Tokarczuk? Czy to przypadek, że akurat wszystkie cztery są, czy były, twarzami protestu obywatelskiego przeciwko kolejnym decyzjom obecnej władzy?

To jednak niestety nie wszystkie braki:

1/ Z rozdziału o aborcji czytelnik nie dowie się nawet, od kiedy aborcja w PRL była legalna (a była legalna w latach 1956 – 1993). I oczywiście szkoda, że nie ma tu odniesienia do tego, jak dramatycznie problem aborcji wygląda w roku 2020 i 21.

2/ Brakuje rozprawienia się z popularną na Zachodzie teorią, że w Polsce nie było tzw. drugiej fali feminizmu w latach 60 i 70 – konieczna byłaby konkretna teza – była druga fala, tylko się tak nie nazywała!

3/ Przesadnie opieracie się na badaniach anglojęzycznych, które mówią o Europie Wschodniej i Polsce w kontekście Związku Sowieckiego.

4/ Nie ma osobnego rozdziału o kobietach jako inspiratorkach, twórczyniach i odbiorczyniach kultury.

5/ Zbyt intensywnie omówiona została Liga Kobiet, co zmienia w oczach Czytelnika jej funkcję w życiu społeczno-politycznym PRL.

6/ Niejednolity język – zwłaszcza w sprawie feminitywów i neologizmów

7/ Wspaniałe wprowadzenie nt. gender, ale dlaczego nie ma tam ani jednego słowa nt. tego, co w Polsce się stało z tym terminem i w jaki wstrętny sposób został wykorzystany? I to akurat w czasie, kiedy Państwo pisaliście tę książkę.

8/ No i dwa zwyczajne głupstwa:

Napisaliście, że internowane w Gołdapi chwaliły sobie internowanie, bo mogły odpocząć!
No halo!? Naprawdę?

I na koniec perełka bezsensu z rozdziału “Uroda”: twaróg produkuje się z serwatki!

Nie proszę Państwa, twarogu NIE produkuje się z serwatki, serwatka jest produktem ubocznym produkcji twarogu! I każdy człowiek zajmujący się PRL musi to wiedzieć, bo twaróg był obok ziemniaków i cebuli jednym z najważniejszych środków spożywczych w Polsce! I każdy w PRL-u umiał domowym sposobem wyprodukować twaróg ze zsiadłego mleka (teraz się nie da).

Powiecie – nieważne głupstwo! Tak, zapewne, ale jeżeli w takim głupstwie nie wiecie, o czym naprawdę piszecie, to dlaczego mamy Wam wierzyć w sprawach poważniejszych niż twaróg i serwatka!?

W worku jest ser biały, czyli twaróg, w garnku to, co odciekło, czyli serwatka 🙂