Babie lato ze słońcem

Teresa Rudolf

Babie lato…

Babie lato jakichś snów,
oplątało me serce,
gdzie już jesienne
liście odpoczywają.

Jeszcze czuję podmuch
leciutkiego zwątpienia
w porządek rzeczy,
wielce nieporządnych.

Tęsknota za przestrzenią
zagraconą dziś lękiem,
kiedyś pełną oczekiwań
na  błyskotki życia.

Czuję już srebrzysty chłód,
przedsmak niewiadomej,
tuż za białymi drzwiami
zimy, w błękitnej masce.

Kobieta i słońce…

Kiedyś czereśnie
inaczej smakowały,
pachniały, wyglądały
mówiła elegancka kobieta.

Kiedyś pomidory,
bardziej aromatyczne
były, delikatniejsze,
prawdziwe delikatesy.

Kiedyś przepiękne
jabłka wisiały zdobiąc
drzewa jak choinki
świąteczne, mówiła.

Kiedyś moje słońce,
było mniej złośliwe,
kiedy parzyło, szukałam
cienia, dziś spala wszystko!

Ot tak…
Bez ostrzeżenia,
Piroman!
Spaliło moje KIEDYŚ.

Dożynki, sukkot i 3 października

Ewa Maria Slaska

A poza tym nic na działkach się nie dzieje,
śpiewała Barbara Kraftówna.
Co niedziela działkowiczów barwny tłum,
Pośród kwiatów głośno dziecię się zaśmieje,
Bo wesoło, bo beztrosko jemu tu.
Nam też było beztrosko. Przyszliśmy na ekumeniczne święto dziękczynienia “na działkach”. Był przepiękny jesienny dzień. Wszędzie kwitły przepiękne kwiaty, dalie wielkie jak talerze, aksamitki, kosmee, cynie, róże, późne jesienne malwy i rodowa roślina rodu Slaskich czyli ślaz.
Nad jednym z sąsiednich ogródków powiewała flaga niemiecka – był 3 października i, niejako przy okazji, obchodziliśmy 30 rocznicę zjednoczenia Niemiec.

W rogu ogrodu ustawiono ołtarz dziękczynienia, pełen kwiatów, jarzyn i owoców. Każdy, kto przychodził, coś tam dostawiał. A to słoik miodu, a to konfitury, a to wspaniały ogromny chleb. Z boku na grillu ktoś smażył kiełbaski, a w budynku administracji, działkowiczki sprzedawały pyszne domowe ciasta.
Na trawie bawiły się dzieci, a pilnowali ich ojcowie. Matki siedziały przy stołach, piły kawę i rozmawiały. Dość często się to obserwuje w młodych rodzinach niemieckich. Rodzice umawiają się, kto kiedy ma dyżur przy dziecku i ojcowie bardzo poważnie traktują swoje obowiązki. Matka, nawet jeśli akurat nie wyszła na piwo albo na wykłady na uniwersytecie, nie wtrąca się w to, jak tata zajmuje się dziećmi.

 

Pastor, który odprawia nabożeństwo, nazwane jednak Andacht, czyli złączenie się w modlitwie, a nie Gottesdienst, czyli nabożeństwo sensu stricte, swoje krótkie wystąpienie poświęca życiu, bo życie to wdzięczność, życie to tragedia, życie to ciągłe zaskoczenie. W ostatnich dniach autorzy blogowych wpisów, Ela Kargol i Mietek Węglewicz, napisali, że życie to wolność, co mi bardzo odpowiada, ale nie sposób nie zgodzić się z miłym pastorem, że jest to (również) coś wspaniałego, za co musimy być wdzięczni, że życie wciąż nas zaskakuje i że, oczywiście, życie to też dramat. Dramat śmierci, niesprawiedliwości, kataklizmów, wojny, epidemii, ale też samotności, braku zrozumienia i porozumienia. Zapewne, przyznaję, dużo tu “dopisałam” do myśli pastora, ale to dlatego że jego wystąpienie “dało mi”, jak to mówiliśmy w szkole, “do myślenia”. Mottem kazania był cytat z książki Alberta Schweitzera, który, jako ewangelik, nie może zostać uznany za świętego, ale, powiedział pastor, gdyby ewangelicy uznawali świętych, to Schweitzer na pewno by nim został. „Jestem życiem, które pragnie żyć, pośród życia, które pragnie żyć”. To najsłynniejsze zdanie Schweitzera oznacza, że cześć dla życia wymaga szacunku dla ludzi, zwierząt i roślin. A może i dla Ziemi, myślę, przypominając sobie niedawne rozmowy z moimi bardzo młodymi przyjaciółmi o teorii Jamesa Lovelocka. Ziemia, czyli Gaja, też jest żywym organizmem.

I też nie możemy jej krzywdzić.

Dyskretnie sprawdzam w komórce, co każdy z nas powinien wiedzieć Schweitzerze. Urodził się w roku 1875 w Niemczech, zmarł w Gabonie w roku 1965. Był filozofem, teologiem, lekarzem, organistą, jednym z najlepszych znawców Bacha na świecie. Pacyfista, działacz społeczny, prekursor ekologii, laureat nagrody Nobla, jeden z najważniejszych myślicieli XX wieku.

Po chwili namysłu oceniam, że Lovelock, choć pastor o nim nie wspomniał, też jednak zasługuje na wspomnienie tu. Z głowy pamiętam, że ma 101 lat, wciąż jeszcze żyje, jest Anglikiem, stworzył teorię żywej Ziemi, jego wynalazki znajdują zastosowanie w rakietach kosmicznych, a obecnie zajmuje się sztuczną inteligencją.

Niezwykli faceci. Jak się o nich myśli, to może fakt, że w historii liczą się tylko biali starzy faceci, przestaje aż tak uwierać. Polski zespół Łąki Łan nagrał piosenkę o Lovelocku,

a tu Albert Schweitzer gra Jana Sebastiana Bacha.

I na zakończenie – 2 października 2020 roku się zaczęło, 7 się skończy – radosne żydowskie święto zbiorów, Sukkot.

Kot, Don Kichot i pociąg do kultury

Ja, heute ist der 3. Oktober. Ja, vor 30 Jahren begann eine neue Zeitrechnung. In Kollwitzplatz wurde eine Utopia gegründet. Darüber aber erst morgen mehr…

Ela Kargol

Czując pociąg do kultury, wsiedliśmy w pewien upalny sierpniowy weekend w pociąg do kultury i pojechaliśmy do Wrocławia.

Zamieszkaliśmy na Szewskiej, tam gdzie kiedyś szewcy mieli swoje kramy, warsztaty, sklepiki, chociaż może nie, bo kiedyś ta ulica nazywała się Schuhbrücke i przecinała dawny teren książęcy, a więc może była tylko pomostem, dla szewców, którzy dostarczali swój towar księciu. Dopiero niedawno zamówiłam książkę Wolfa Kampmanna Schuhbrücke: Ein Breslau-Roman, wcześniej jej nawet nie znałam. Zamieszkaliśmy, to za dużo powiedziane. To było mieszkanie Airbnb na jedną noc. Blok socjalistyczny z ciekawym podwórkiem, tak mi się wydawało, do czasu, gdy rano w dzień wyjazdu nie spotkałam pana sikającego w bramie. Blok, który zajął miejsce zburzonego podczas wojny starego budynku. Tuż obok nas, w kamienicy, która miała więcej szczęścia, może dlatego, że jeszcze przed wojną nazywała się, jak się nazywała, a mianowicie Kamienica pod Błogosławieństwem Bożym na dole jest Antykwariat Naukowy, dość znany w mieście, dla mnie odkrycie. W antykwariacie mieszka kot. Wygrzewa się w witrynie sklepowej wśród książek. Podobno biblię Lutra upodobał sobie najbardziej. Jest następcą Dantego, upamiętnionego na zewnętrznym parapecie, myślę, zamiast krasnala, a może to jest koci krasnal.

A naprzeciwko, już po drugiej stronie ulicy, zardzewiały jeździec na koniu. Pomyślałam od razu o Don Kichocie. Nie, Tomek powiedział do mnie, spoglądając na jeźdźca bez rąk, patrz Don Kichot! To nie był Don Kichot, choć mógłby nim być, po potyczce z kotem. Bo co to za nazwa Koń 87, tym bardziej, ze najbliższa rzeźba Don Kichota stoi sobie w Jeleniej Górze (proszę zobaczyć – TU).
Z rzeźbą Koń 87, jeśli to prawda, co piszą w internecie, wiąże się bardzo smutna historia. Koń, ten prawdziwy, który pozował artyście (Zbigniew Frączkiewicz) nagle przestraszony, uciekł, a uciekając złamał nogę. Nie było w pobliżu zaklinacza koni, ani nikogo, kto by się podjął leczenia rumaka, a że rzeźba była na ukończeniu i koń nie był już potrzebny, nikt się nie zastanawiał. Został uśmiercony.
Niefart prześladował konia nawet śmierci, już tego konia z brązu.

Przy ustawianiu rzeźby operator dźwigu opuścił zwierzę z dość dużej wysokości. Koń ponownie połamał nogi. Artysta uczynił z tego sztukę i na rdzawym postumencie stąpa koń, niecały jeździec i konia nogi. Wypisz wymaluj Don Kichot, niecały. Również niecały Don Kichot, bo tylko sam Kichot bez Dona pojawił się we wrocławskim teatrze lalkowym. Widziałam na rynku plakaty.

***
Wystarczyłaby ulica Szewska, żeby zaspokoić nasz pociąg do kultury, ze swoją historią i tym co po niej pozostało.

Jednak kulturę i historię oferuje Wrocław na najwyższym poziomie i na każdym kroku. Wszędzie o niej głośno, wszędzie ją widać i wszędzie można o niej przeczytać, można jej dotknąć.

Oprócz kota i Don Kichota, i tych wszystkich miejsc pięknych i oczywistych, warto pójść na wrocławskie Nadodrze. Gdy się popatrzy na mapę, widać, że jest to wyspa otoczona zewsząd Odrą, a więc w pojęciu szerszym i węższym jest Baratarią Wrocławia. Wystarczy wejść do jednej z bram przy ulicy Roosvelta, a tym samym do świata malowanych podwórek.

Nadodrze to dzielnica, w którą mniej inwestują krasnale, dlatego postanowiły inaczej ją upiększyć. W byłej stolarni powstał Okap, Ośrodek Kulturalnej Animacji Podwórkowej, no i się zaczęło. Prawdziwi artyści i ci prawdziwsi zaczęli rzeźbić malować, projektować ku uciesze własnej i z zaangażowaniem mieszkańców. Że każdy jest artystą, mówił już Joseph Beuys. Jakim? Każdy innym, ale w każdym z nas kryje się potrzeba wyrażania swojej twórczości, bo sztuka to wolność. Podwórka tętnią życiem i sztuką, są autentyczne ze swoimi mieszkańcami, którzy w ciepły sierpniowy dzień wyszli z kamienic, usiedli na ławkach i murkach, przy garażach, trzepaku. Dzieci dokazują, mniejsze śpią w wózkach. Ci co nie wyszli, otworzyli okna na oścież i rozmawiają z tymi na podwórku. Samochody parkują, zasłaniają sztukę. Ale o to przecież chodzi. Te malunki nie nadają się do klasycznych galerii. One wraz z podwórkowym życiem są “galerią”, czasem zasłonięte, czasem ukryte, mniej wyeksponowane, ale wszystkie piękne, a gdy liście drżą na wietrze, a słońce próbuje się przez nie przedostać, malowidła ożywają i biorą udział w podwórkowym życiu. Dzieła tych wielkich, których zna wikipedia, takich jak van Gogh, Wyspiański, Chagall, Frida Kahlo, Mondrian i wielu innych, na nowo namalowanych, są tak samo ważne jak portrety mieszkańców, ich prace, jak malowidła ich dzieci.

Nas patrzących, zwiedzajacych, zachwycających się jest jeszcze stosunkowo mało, choć pani w oknie, którą zagaduję, mówi, że czasem przychodzą wycieczki i wtedy nie wie, co oglądać, czy telewizję, czy ludzi spacerujacych pod oknem.

Chciałabym tam wrócić, bo nie zobaczyłam wszystkiego, bo oprócz pani w oknie, nie rozmawiałam z nikim, chciałabym wejść do tych domów z ażurowymi schodami, chciałabym jeszcze raz się zachwycić.

Narażę się na pewno niejednemu, gdy powiem, co tam Aula Leopoldina, co tam Panorama Racławicka, co tam Stary Ratusz we Wrocławiu lub Sky Tower, dopiero te malowane podwórka oczarowały mnie tak samo jak widok śpiącego kota wśród baśni braci Grimm, wierszy Barańczaka, Listów Jamesa Joyce’a i innych książek w oknie antykwariatu na Szewskiej we Wrocławiu.


Przypisek Adminki: To ciekawe, jak niekiedy pewna myśl pojawia się na blogu dzień po dniu, tak jak ta, że sztuka i wolność… Wczoraj pisał TU o tym Mietek Węglewicz, dziś – Ela Kargol i umieszcza zdjęcie kartki (a może obrazu, który wygląda jak kartka), gdzie jakiś artysta uliczny to samo obwieszcza wszem i wobec…

Reblog: Wrześniowe wiersze

Mietek Węglewicz

napisał:

Cześć Ewo Mario, Koleżanko, Pielgrzymko,
sztuka to wolność, życie to sztuka, prawo do życia to prawo do wolności, do sztuki. Ani sztuka, ani wolność nie mogą odbierać prawa do życia. Nie mogą! Inaczej same sobie odbierają prawo…

z blogu morze żywe

Z pamiętnika jesiennej dziewczyny

Wrzesień przez miesiąc był wierny
Odszedł…
Przyszedł Październik..
Świt późniejszy,
zmierzch śmielszy
Ręce takie chłodne…
Ponad cztery tygodnie
złotem liści mamił
welon z mgły mi zakładał
A w końcu zostawił
Potem był Listopad
Bardzo smutny chłopak
Odszedł zimny jak szkło
…z taką jedną … Mgłą

Apel

Czytelniku
nie czytaj krytyków
U nich każdy przecinek się liczy
Wiadomo jak
to krytycy
i każdy zwróci drab
uwagę na każdy brak
Brodacze w okularach
nad wierszem pochyleni
na brak przecinka zaraz
uwagę zwrócą
jak Lenin
Pochylą się badacze
rozgadają gadacze
Rozpiszą się pismaki
że on taki a taki
Czytelniku
nie czytaj krytyków

Dzień Aptekarza

Rzadko się zdarza
Dzień Aptekarza
no może raz do roku
całymi dniami
mierzy, odważa
a w pracy musi mieć spokój
Dlatego rząd rozważa
świętować Noc Aptekarza
Ale aptekarz w nocy
też ma zajęty czas
bo w świetle księżyca wytwarza
azotan srebra
z gwiazd

26.09.2020

O wojskowych piosenkach

Na polach bitew świata
Żołnierz strzela i ginie
Trata tatata, trata tatata
Od Amazonki po Łydynię
Płynie też pieśń
Dopomóż Bóg
i chciej
w opiece mieć
Ty nasze kule wrogom nieś
a nad duszami świeć
Tu wróg,
tu wróg,
a z nami
Bóg
Broń ciężka
i ta pieśń
Ty nas w opiekę weź
i nasze
kule nieś
Słysząc to Bóg
zawołał
Bo miał otwarte okno
czy wreszcie ktoś by mógł
zmienić tę pieśń okropną!!

Ostrzeżenie

Gdy palą owocowe skrzynki
to noc ma zapach mandarynki
Gdy dla ogrzania palą zbożem
to jest za dobrze
będzie gorzej
Gdy teczki z policyjnych szaf
noc pachnie zdradą, cuchnie strach
ale gdy książki idą w ogień
to nic już nie rób
tylko w nogi

mój kot

mój kot jest zawsze niewinny
bo nawet jak coś zrzuci
to na innych

Tyle dróg

byłem na mieście
o mieście nie śnię
byłem w lesie
w lesie już jesień
leciałem lotnią
w lotni samotność
byłem u Ciebie
u Ciebie… w niebie

Teatr

Pięknie się bawi
jesień światłem
Zamienia się
miejscami
z cieniem
bo dla jesieni
to jest łatwe
co roku
na tej samej
scenie
akt pierwszy
mgły
w drugim
natchnienie
w trzecim powszechne zaziębienie
czwarty zaklęty
Wszystkich Świętych
między aktami
aspiryna
i różne smutki
że dzień krótki
i co? – i…zima
już na scenie
akt…
Boże Narodzenie

 

Z wolnej stopy 14

Zbigniew Milewicz

Pan Zbyszek

Ile mógł mieć lat, kiedy przyszły dowódca Luftwaffe posadził go sobie na kolanach i coś do niego powiedział po niemiecku? Chyba pięć, albo sześć. Hermann Göring przyjechał do Białowieży prywatnie, na polowanie, to była jego namiętność. Później też tam bywał, już jako dygnitarz III Rzeszy, na zaproszenie polskiego rządu. Hitlerowi zależało na tym, aby znaleźć w Polsce sojusznika przeciwko Rosji, dochodziło więc do różnych spotkań i rozmów na wysokim szczeblu, m.in. przy okazji polowań na wilki i rysie w Puszczy Białowieskiej. Tata pana Zbyszka zarządzał w Białowieży pałacykiem myśliwskim, zbudowanym jeszcze za czasów carycy Katarzyny II, dla dworskich polowań, i tam Göring się zatrzymał, a że syn wszędzie ojcu towarzyszył, to znał wszystkich gości.

Zbigniew Michał Kowalczyk był urodzonym warszawianinem. Kiedy 30 sierpnia 1939 roku wrócił z obozu harcerskiego w Rumunii do rodzinnego domu, czekało już na niego powołanie do wojska. Otrzymał przydział do ochrony starostwa w Prużanie, stamtąd wraz z oddziałem ruszył dalej na wschód, aż doszły go wieści, że do Polski wkroczyła Armia Czerwona. Wtedy, wspólnie z wycofującym się ze wschodu oddziałem płk. Antoniego Kamińskiego i grupą nadleśniczych, żołnierze Kowalczyka schronili się w Puszczy Białowieskiej. Nie spodziewali się, że tam znienacka zaatakuje ich białoruska partyzantka, sojusznik wroga, liczebnie znacznie silniejsza od nich. Złożyli broń. Chłopi oddali ich w ręce NKWD i ponad 30 żołnierzy, wraz z dowódcami zamknięto w tzw. „więzieniu Białym“ w Słonimiu.

Warunki były trudne. W celach tłoczyło się po 50 – 80 osób, co kilka dni Kowalczyka wzywano na nocne przesłuchania i bito, dopóki się nie przyznał do przynależności do Ligi Obrony Powietrznej i Przeciwgazowej. To śledczym wystarczyło, aby odpowiedział za antysowiecką działalność. W ostatniej dekadzie czerwca 1941, po wkroczeniu Wehrmachtu do ZSRR, NKWD rozpoczęło w więzieniu masowe rozstrzeliwania. Oto relacja Kowalczyka na temat tamtych, dramatycznych wydarzeń:

„Byliśmy zupełnie otępiali, niewrażliwi na nic, tacy jacyś zupełnie myślowo mało działający, opóźnieni jakoś w sposobie myślenia. Potem wychodziliśmy na dwór, stawaliśmy pod murem naprzeciw wejścia. Pierwszy był pułkownik, drugi byłem ja, trzeci był Karol Kamiński, potem był kapitan nadleśniczy Urban z Białowieży – razem 32 osoby. Przypuszczam, że innym, tak jak i mnie odczytano wyrok śmierci. Po kolei przychodzili pod ścianę, pod mur więzienny. Potem przyszedł eszelon do rozstrzelania nas. Do tego momentu nie mieliśmy nic ogłoszonego, żadnego wyroku. Było to przygotowane do normalnej likwidacji, tak jak zostało wykonane w Katyniu.” *

Kiedy stał przed plutonem egzekucyjnym, niemieckie samoloty akurat bombardowały okolicę i jedna z bomb spadła na więzienie, burząc mur. To był dobry prezent od „wujka” Hermanna, tym bardziej, że nieoczekiwany. Gdy później, w 1944 roku, to samo lotnictwo obracało w zgliszcza i ruiny jego ukochaną stolicę, życzył mu dla odmiany pewnie wszystkiego najgorszego. O losach Zbigniewa Kowalczyka między 1941 rokiem i Powstaniem Warszawskim niewiele wiadomo. Tyle tylko, że w 1943 roku ukończył szkołę podchorążych Związku Jaszczurczego, a z początkiem 1944 roku otrzymał awans na stopień podporucznika Narodowych Sił Zbrojnych. Aresztowany przez Niemców, wylądował na Pawiaku. Nie wiadomo, w jakich okolicznościach opuścił więzienie.

W czasie powstania posługiwał się pseudonimami „Żbik”, „Żbikowski” i walczył na Starówce, w zgrupowaniu „Róg”, pod dowództwem kpt. Lucjana Giżyńskiego, ps. „Gozdawa“. W czasie walk awansuje do stopnia porucznika, jest trzykrotnie ranny. Po upadku powstania został wzięty do niewoli i wywieziony do obozu w Ożarowie, później do Lamsdorf i wreszcie do Murnau w Bawarii. Tam doczekał wyzwolenia przez Amerykanów. Kolejne etapy życia Zbigniewa Kowalczyka przypominają sensacyjny serial: wstępuje do Brygady Świętokrzyskiej, która stacjonuje w Bernardovicach, koło Pilzna, w strefie amerykańskiej, przechodzi szkolenie wywiadowcze, przybiera na stałe nazwisko Dziakoński i jedzie do Polski. Celem jego misji jest dostarczenie kryształków do budowy radiostacji szpiegowskiej. W drodze powrotnej ma pomóc przedostać się na Zachód ze strefy okupowanej przez zieloną granicę, grupie prominentnych osób, którym grożą aresztowania i śmierć ze strony funkcjonariuszy UB oraz NKWD. Wśród nich są żony czterech byłych ministrów Słowacji i osoby z polskiego establishmentu. Porucznik Dziakoński ma wspólnika – to oficer Sławomir Modzelewski „Lanc“ – którego zadaniem jest przemycenie do kraju książki szyfrów do nadawania meldunków przez radiostację. A w drodze powrotnej – wywiezienie z Polski na Zachód najbliższej rodziny gen. Władysława Andersa. Inicjatorem tych zadań jest dowództwo amerykańskie.

„Z końcem sierpnia 1945 roku Dziakoński, jako repatriant, przedostał się drogą Jerzego Kozarzewskiego „Konrada“ do Dziedzic na Śląsku – czytamy w pracy historyka i dokumentalisty, dr Łukasza Wolaka, “Ochotnik do Polski”**. Z tego samego kanału w tamtym czasie korzystali również żołnierze Zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość“ (WIN) a także wywiadowcy 2 Korpusu Polskiego, w tym rtm. Witold Pilecki. W kraju Dziakoński otrzymał komplet dokumentów, które umożliwiły mu swobodne poruszanie się po Polsce.” Z dalszej treści materiału wynika, że w międzyczasie nastąpiły pewne zmiany w planach. Prominenci, którym porucznik miał pomóc wydostać się z Polski, skorzystali wcześniej z innych możliwości wyjazdu, natomiast „Lanc” niedługo po przekroczeniu granicy został aresztowany przez bezpiekę i Dziakoński musiał dodatkowo przejąć jego powrotne zadanie. Mianowicie – przeprowadzenie przez granicę żony, córki i zięcia gen. Andersa.

Spisał się na medal, choć był na krawędzi dekonspiracji. Za eksfiltrację rodziny generała Andersa został w Polsce zaocznie skazany na karę śmierci. Była to więc jego pierwsza i ostatnia polska misja.

Pisze o niej Adam Dyrko z Monachium, w swojej książce “Wygnańcze szlaki”***, traktującej losach polskich emigrantów i uchodźców w Niemczech. Narratorami poszczególnych rozdziałów są ich bohaterowie, m.in. Zbigniew Kowalczyk vel Dziakoński. Kontynuuje, co stało się później w jego życiu, jak znalazł się w oddziałach wartowniczych**** armii amerykańskiej w Dachau. W sumie jest to bardzo ciekawa opowieść, warta lektury, nie będę więc zdradzał jej wszystkich szczegółów. Wspomnę tylko, że miałem wielki zaszczyt i przyjemność osobiście poznać mojego imiennika i panią Renię, jego małżonkę, dzięki kochanej Marysi Mayerhöfer-Trzeciak, która od lat była z nimi rodzinnie zaprzyjaźniona.
Do spotkania doszło podczas ogniska świętojańskiego nad Isarą, zorganizowanego przez pana Zbyszka dla monachijskiej Polonii, parę tygodni po moim przyjeździe do Niemiec w 1988 roku. Nie zapomnę późniejszej, wspólnej wycieczki jego starym camperem do Kolonii, na jakieś polonijne święto, kiedy złapaliśmy gumę; jego spotkań z harcerzami ze szczepu Białe Orły, którym dowodził druh Waldek Nowakowski, jak w prostych słowach tłumaczył moim synom i innym dzieciakom, co to jest ojczyzna; ciepłej atmosfery mieszkania państwa Dziakońskich, przy Warngauerstrasse, w którym często gościliśmy z moją byłą żoną i dziećmi, pogody ducha gospodarzy, tego, z jaką klasą tańczyli walca na polonijnych balach oraz faktu, że zawsze każdemu i w każdej sprawie gotowi byli bezinteresownie pomóc; wreszcie tej naszej ostatniej, kilkuosobowej, wyprawy na biegówki nad Spitzingsee, gdzie nadal gibki w ruchach senior w pewnym momencie oświadczył, że chyba pora mu już skończyć z czynną karierą sportową i przejść na szkolenie młodzieży, zwłaszcza żeńskiej…

W lutym 2004 roku Zbigniew Dziakoński został awansowany do stopnia podpułkownika rezerwy WP. Zmarł 9 sierpnia 2006 roku w Polsce i spoczywa na warszawskich Powązkach, w Alei Zasłużonych. Wczoraj minęło właśnie stulecie Jego urodzin, z tej okazji o panu Zbyszku napisałem.

Panstwo Dziakońscy z wizytą u Marysi Mayerhöfer, na Blumenau, w 1971 roku. Najmłodszy to Jaś, syn gospodyni.
P.S. Nie lubił pozować do zdjęć. Mama Marysi lubiła natomiast komentować fotki różnymi uwagami…

Państwo Dziakońscy na wycieczce Polskiego Klubu Katolickiego w Monachium do polonijnego ośrodka harcerskiego w Alzacji, w okolicach Colmar, 2000 rok. Tutaj – w Strassburgu.


* Archiwum Ośrodka „Karta“, sygn.AW I/ 0148, Relacja Zbigniewa Dziakońskiego z listopada 1989 r.oku

** “Polska Zbrojna”, Historia, nr.1/2020

*** Oficyna Wydawnicza Volumen, 2007. Niestety nakład jest już wyczerpany, tylko autorowi książki zostało jeszcze nieco egzemplarzy; zamówienia proszę kierować na adres: adyrko@gmail.com

I jeszcze przypis od Adminki:

**** Akurat niedawno Tadeusz Rogala napisał dla Czytelników bloga wspaniały wpis właśnie o amerykańskich oddziałach wartowniczych, trzeba TAM koniecznie zajrzeć.

Rozmowy polskie jesienią 2020 roku

Ela Kargol i Ewa Maria Slaska

Rozmowa facebookowa 24 sierpnia po wycieczce do Szczecina. Urywany charakter rozmowy, powtarzanie się zdań i nieprzystawalność argumentów w dyskusji, bo w międzyczasie pojawiają się inne uwagi, należą do symptomów aktualnego stanu komunikacji międzyludzkiej, więc nie próbowałam tego zmienić tak, by nasza debata z Elą była jasna i czytelna. Proszę Czytelników o wyrozumiałość i podążanie za meandrowym sposobem komunikacji.

Ela: Byłyśmy z siostrą na placu Solidarności, obejrzałyśmy mural wykonany na 40 lecie sierpnia.

Ela: Byłyśmy też przy przygotowaniach do ponownego odsłonięcia muralu Iwaszkiewicza. Odsłonięty w czerwcu, po kilku dniach zamalowany czerwoną farbą, miał być odsłonięty dzisiaj i był (tylko w innej formie), bo w przeddzień został znowu potraktowany, tym razem czarną, farbą.
Ela: Mural z cytatem Iwaszkiewicza w Szczecinie zniszczony
Ela: https://images.app.goo.gl/fbVetjEsCeQrob5y8

Ela: To był ten oryginalny:

Ela: Inna sztuka pod trasą zamkową trzyma się dobrze.

Ewa: Gejowski list miłosny… oburzające akty wandalizmu i agresji anty wiadomo co. Ale z drugiej strony jest też pytanie o szacunek dla intymnych spraw innych ludzi. Ciekawe, czy Iwaszkiewicz by chciał, żeby ten list (i inne) w ogóle został opublikowany, a co dopiero z nazwiskiem jego i jego kochanka znalazł się na muralu…?
Ewa: On był dyskretny, ukrywał się ze swoim homoseksualizmem. Jak Tomasz Mann. Obaj mieli żony, dzieci, pozory normalnego życia.

Ela: O tym samym myślałam w czerwcu, ale potem było mi bardziej przykro, że go zniszczyli. Teraz to będzie już taka przepychanka.
Ela: Każda z nas pisała (chyba) listy miłosne.

Podwórko koło Café Berlin w Szczecinie

Ewa: No, ale nie wiem, czy bym chciała obejrzeć cytaty z moich listów na muralu.
Ewa: Z naszymi nazwiskami i zdjęciami i informacją, że mój kochanek był o kilkanaście lat młodszym gejem.
Ewa: Oboje się tego do dziś nie wstydzimy, ale czy to ma iść na mural?

Ela: No i trochę masz rację, że to prywatne sprawy, ale one były już publikowane.
Ela: Te sprawy nie wyszły na jaw na tym muralu.
Ewa: Dla naukowców nie, ale dla zwykłych ludzi na pewno.
Ewa: Rozumiem, że to jest element walki o tolerancję, ale czuję się z tą sprawą niedobrze.

Ela: Ale to wyznanie miłosne jest piękne, mnie się w sumie pomysł podobał.
Ela: Cytujemy cały czas, że ich tak nazwę, “wipów”

Ewa: Każde prawdziwe wyznanie miłosne jest piękne, ale jako mural wydaje mi się nadużyciem.
Ewa: Trzeba było zapytać np. “Michaśkę” Witkowskiego i jego kochanka, czy by dali wyznanie, nazwiska i zdjęcia na mural!?
Ewa: Albo Dehnela i jego męża

Ela: Do moich chłopaków (dużo ich nie było) pisałam: “a gdy będę zakochana, wyślę panu list i klucz”, może teraz cytowałabym Iwaszkiewicza.

Ewa: Dla naukowców nie było to nic nowego, ale dla zwykłych ludzi na pewno.
Ela: Zwykli ludzie nie będą szukać malunków pod trasą zamkową, choć teraz po tych kolejnych zamalowywaniach media nagłośniły sprawę.

Ewa: On był dyskretny, ukrywał się ze swoim homoseksualizmem. Jak Tomasz Mann, jak Marcel Proust, jak Federico Garcia Lorca.
Ela: Masz racje, tę dyskretność należałoby uszanować. Z tym szanowaniem pewnych zasad młodzi mają problem. Jest przyzwolenie na przekraczanie pewnych zasad, ale w tym przypadku nie widzę niczego złego. W dzisiejszych czasach on nie musiałby się ukrywać.

Ewa: Ale mógłby chcieć. Mam kilku znajomych, którzy to robią… Nawet w Berlinie.
Ewa: Oni nie mogą w tej sprawie sami o sobie zadecydować
Ewa: A my naruszamy ich intymność.
Ewa: Poza tym w Polsce jednak ludzie nadal się ukrywają.

Ela: Tak.

Ewa: Czy mogę zrobić wpis z tej naszej dyskusji o Iwaszkiewiczu?
Ela: Pewnie, że tak, podeślę Ci zdjęcia
Ewa: Super. Mogę napisać, że ty to ty?
Ela: Napisz, że ja to ja i że jestem za. Teraz przez to wszystko, co się stało i stanie, i jakie wipy mają w tym udział, cała rzecz się inaczej potoczy. Pomysł z chatem na komórce jest super. I tak jak chyba pisałam: sztuka, czyli te inne malunki pod trasą zamkową mają się dobrze. A jest ich dużo.

Ela: Otwarcie było w czerwcu i ja w ten dzień byłam w Szczecinie, ale o tym nie wiedziałam, no więc jak przeczytałam, że jest drugie otwarcie, chciałam zobaczyć. Do otwarcia nie dotrwałyśmy, bo siostra już nie chciała.
Ela: Jak o tym piszesz, że to zbyt osobiste… To wyobrażam sobie, że to ręka z zaświatów, albo ręce zamalowują chat, no bo inaczej nie mogą usunąć.
Ela: Ale spójrz na fb czy innego instagrama, ile tam jest treści osobistych, nie tylko naszych, wstawiamy zdjęcia dziadków, którzy nie żyją. Ja opowiadam o miłostkach moich rodziców, o tym, że za Niemca ojcu było lepiej, że dziadek budował Oświęcim… Nie wiemy, jak by Iwaszkiewicz postąpił w naszych czasach. Ten odstęp tylu lat pozwala nam inaczej na wszystko spojrzeć.
Ela: Teraz doczytałam, że wnuczka Iwaszkiewicza była też potem w Trafo (galeria, która zainicjowała namalowanie muralu o Iwaszkiewiczu – przyp. EMS). Z małej chmury duży deszcz. Teraz to już cały świat się dowiedział.

Ewa: Ale przecież o to chodziło!
Ela: Tak, tak, ale nie wiem, czy od początku o to chodziło, rozmawiałam krótko z Moniką Tichy (aktywistką LGBT w Szczecinie – przyp. EMS), pytając, co dalej. Jakoś tak krótko odpowiedziała, że sama nie wie, że wszystko potoczy się samo dalej i że to na pewno nie koniec całej akcji.

Zdjęcia: Ela Kargol

Tęsknoty młodości

Teresa Rudolf

Marzenie dziewczyny…

Tak marzy mi się tango,
mówiła do siebie,
przecież to żałosne,
skąd mam to?

Tango bez maski,
bez dystansu,
a ręce?…

A ręce mnie obejmują,
przytulają, przyciskają,
nienachalnie tańcząc
ze mną tango.

Tango zabronione
świata Coroną,
bez sensu.

Tango, właśnie z tobą,
tym facetem z pociągu,
w masce, oczy ciekawskie,
mówiłeś, że tańczysz.

Tango wymarzone,
nie tańczyłam,
nie umiem.

Tango, takie z filmów,
takie jakieś nagle moje,
dla mnie, jak nic innego,
… jestem młoda!

Proszę, proszę proszę,
póki jestem jeszcze
taka młoda…

Odczep się…

Napadasz na mnie tymi pomysłami!
Napadasz na mnie tymi
marzeniami…

Odczep się!

Napadasz ma mnie tymi
ideami!
Napadasz na mnie tymi
snami…

Odczep się!

Napadasz na mnie tymi
kaprysami!
Napadasz na mnie tymi
wyrzutami…

Odczep się!

Zostaw mnie w spokoju,
jestem młody,
chcę wreszcie żyć
przestać tylko marzyć…

… o normalności!
Więc się odczep!
Mrzonko o przyszłości!
Proszę…

Nauki przyrodnicze a nauki humanistyczne

Tabor Regresywny

Przepaść między humanistyką a naukami przyrodniczymi wyznaczają dwa rodzaje znaków – ślady i komunikaty. Śladem jest plamka na kliszy w miejscu, gdzie padł promień światła, odcisk kopyt końskich na miękkiej ziemi czy guz po uderzeniu głową w ścianę. Oczywiście śladami zajmują się nauki przyrodnicze. Jerzy Kmita, logik, ślady określał jako znaki autonomiczne. Z kolei komunikatami nazywam znaki, które, jak mówił prof. Kmita, są nastawione na interpretacje. Są to znaki kulturowe – dzieło pisarza, obraz czy gest wykonany na powitanie. Komunikaty nie są znakami autonomicznymi, wymagają nadawcy i odbiorcy. Proszę nie mylić komunikatów z informacjami np. klepnięcie szablą w ramię, którym mianuje się na stopień oficerski jest komunikatem, czyni kadeta oficerem, gwiazdki na pagonach informują stopniu oficerskim.

No, ale do rzeczy.

Zbliżał się wieczór. Wiatr powoli przygasał. Pakowaliśmy nasz dobytek na jedyną łódź, jaka została w porcie. Była to szalupa okrętowa, znaleziona przez jakiś statek na pełnym morzu, prawdopodobnie zgubiona przez inny statek. Trafiła do Gdańska, a stamtąd zbiegiem okoliczności – do mariny „Wdzydzki Kąt”. Jako masztu użyliśmy żerdki sosnowej leżącej za śmietnikiem, żagiel lugrowy zrobiłem z resztek podartego foka. Wiedząc, że w tych warunkach pogodowych nie mamy szans dopłynąć do naszego ulubionego miejsca na wyspie, poprosiłem Ewę Marię by czuwała nad wiatrami i w razie czego czyniła, co do niej należy. Z portu wypłynęliśmy „na śrubkę”, a jak w końcu chwyciliśmy wiatr, zaczęła się ruletka – dopłyniemy czy nie. I prawie się udało, gdyby nie to, że na drodze do naszej zatoczki stanęło przewrócone drzewo wystające z brzegu. Widać było, że tego drzewa nie ominiemy, zabrakło wiatru, choć niewiele brakowało. I wtedy przyszedł niespodziewany lekki powiew wiatru, takie muśnięcie, które delikatnie przeniosło nas do naszej cichej zatoczki. Czy Ewa Maria miała z tym coś wspólnego czy też był to szczęśliwy zbieg okoliczności?

Wieczorem przy ognisku Kol Nze spytał o antynaturalizm Kmity i jak się on miał do fizykalizmu. Wyjaśniłem, że antynaturalizm to pogląd, że przepaści między humanistyką a naukami przyrodniczymi nie da się zasypać ze względu na odmienne rodzaje znaków, będące przedmiotem zainteresowań obu tych dziedzin. Jerzy Kmita był antynaturalistą i przeciwnikiem fizykalizmu czyli przekonania, że tę przepaść można zasypać od strony fizyki, co dobitnie wskazywałoby na wyższość nauk przyrodniczych nad humanistyką i usprawiedliwiało lekceważący stosunek fizyków do literatów.

W pewnym sensie fizykalistą był Ezaw, gdy sprzedawał swoje pierworództwo Jakubowi za miskę soczewicy. Śmiał się w duchu, bo myślał, że pierworództwa nie można sprzedać. Albo się jest pierworodnym albo nie i nic tego nie zmieni. Jakub też był świadomy, że w wyniku transakcji nie stał się pierworodnym, natomiast nabył prawo do błogosławieństwa Izaaka czyli czynności nastawionej na interpretację – komunikat. Nie pierworództwo czyli fakt należący do przyrodoznawstwa, a błogosławieństwo ojcowskie czyli znak kulturowy, zadecydowały o ich dalszych losach.

Nie lekceważyłbym literatów.

No ale do rzeczy, czyli Kursu Sztuki Żeglowania (KSŻ), przypowieść druga, choć chronologicznie pierwsza.

Przypadkowa uczestniczka KSŻ miała 12 lat i znalazła się u mnie na jachcie wraz z rodzicami w ramach krótkiej wycieczki wokół wyspy Glonek. Druga rodzina płynęła z Jackiem. Wyszli z portu wcześniej i mieli silnik na wypadek. gdyby zabrakło wiatru. Nie miałem szans, by ich dogonić, nawet po to, by w razie ciszy przyholowali nas do portu. Powiedziałem tej małej 12-letniej czarodziejce, jak może mi pomóc, sprowadzając wiatr. I sprowadziła. Jak wyjaśniłem Jackowi, co się stało, napisał mi: „Miała taką moc, że zostaliśmy daleko w tyle”.

Przypadek, czy jest coś na rzeczy?

Uczyłem fizyki w klasie kucharzy małej gastronomii. Na pierwszej lekcji powiedzieli mi – nas nikt niczego nie nauczył, panu też się nie uda. Pomyślałem sobie – to świetnie. W tym samym czasie czytałem „Część i całość” Heisenberga. Opowiadał, jak to Niels Bohr skarżył się po wykładzie z mechaniki kwantowej dla filozofów z Koła Wiedeńskiego. Bohr uznał, że źle tłumaczył, bo nie było żadnych pytań, wszyscy zachowywali się tak, jakby wszystko rozumieli, a tego nie da się zrozumieć. Opowiedziałem o tym kucharzom małej gastronomii i zaproponowałem wykład z mechaniki kwantowej. Jak nic z tego nie zrozumieją, to będzie znaczyło, że dobrze tłumaczę. Wydawało się, że zrozumieli, o co mi chodzi i się zgodzili. Po lekcji poszli do wychowawczyni i się poskarżyli, że źle tłumaczę, bo oni nic nie rozumieją. Tylko Krystian zorientował się, o co chodzi i stanął w mojej obronie. Lilka, ich wychowawczyni, powiedziała mi, że rozumie, że w tej lekcji właśnie chodziło o to, by nie rozumieli i poprosiła mnie, bym powtórzył tę lekcję, ale tak, by zrozumieli. Próbowałem jej wytłumaczyć, że nikt tego nie rozumie. Ale tłumacz to kobiecie, w dodatku polonistce. Ja swoje, a ona swoje – ty sobie poradzisz, wytłumacz im. I tak powstała lekcja pt. “Optyka kwantowa w klasie kucharzy małej gastronomii”.

Jeśli moje rozumowanie jest poprawne, zarówno Ewa Maria, jak i mała czarownica mają władzę nad zjawiskami pogodowymi. Jeśli moje rozumowanie jest poprawne, to przepaść między przyrodoznawstwem a humanistyką można zasypać od strony humanistyki i przejąć władzę nad pogodą i nie tylko.


Komentarz Adminki: O!

Wiersze o miłości inaczej…

Teresa Rudolf

Tyle chcę ci powiedzieć… 

Tyle chcę ci wciąż jeszcze
powiedzieć, wytłumaczyć,
wymilczeć, wyśpiewać.

Patrz, to jest ptak,
lata, śpiewa swe pieśni
o odlocie, odejdzie daleko.

Patrz, to twoje uszka
a to twoje pazurki,
na razie takie niewinne.

Patrz, to twoje oczy,
w nocy będą bystre
w ciemności wszelkiej.

Patrz, to jest nora,
zawsze możesz wskoczyć
do niej, szybko uciekając.

Patrz, to jest twoje
rude futerko, uważaj,
bo ktoś może ci je zabrać.

Patrz i teraz uciekaj,
to czlowiek, on chce się
w ciebie lub we mnie ubrać.

Mama szeptała coś szybko
małemu dziecku liskowi,
i wtedy padł strzał…

Już czuł,  i już wiedział,
mamę zabrał czlowiek,
najgorszy wróg zwierząt…

To człowiek, a ja lisek…
cichutko po lisiemu płakał,
z żalu i ze strachu.

 

Patrz i ucz się…

Patrz i ucz się mówiła
matka swemu dziecku,
tak się sznuruje buciki.

Patrz i ucz się, to jezdnia
auta są zawsze mocniejsze
od ludzi, przechodź uważnie.

Patrz, w zimie szalik
okręć, przeziębisz się,
ostatni raz mówię.

Patrz, dzieci się uczą,
masz wyrosnąć na kogoś,
obijasz się, ja się staram.

Patrz, masz znów
szlaban na wszystko,
po co ci to mówiłam.

Inne mamy są inne,
i ona kiedyś też była…
zamknął się w szafie.

I już wiedział, tam jest
życie, szkoła, a tu mama,
płakał z żalu i ze strachu…

Z wolnej stopy 13

Zbigniew Milewicz

Bądź mi zdrów, Krakowie
Blajb gezunt mir, Kroke

Diabeł czasu Holocaustu pracował ściśle według planu, jak to typowy Niemiec. „Problem żydowski“ rozwiązywał  skrupulatnie odmierzonymi  krokami, daty lubiły się powtarzać. Dokładnie 79 lat temu wykonano pierwsze egzekucje w komorach gazowych Auschwitz. Rok później, również 23 września, zlikwidowano getto żydowskie w Szydłowcu, a w 1943 roku, w ten sam dzień, zaczęła się zagłada getta w Wilnie. Mordechaj Gebirtig – znakomity, żydowski poeta z Krakowa, świadek i ofiara Holocaustu, pisał z rozpaczą:

 

 

 

 

Tworzył w jidysz, języku żydowskiego proletariatu, jego sztetli i naprawdę nazywał się Markus Bertig. Mieszkał na Kazimierzu, w znanej żydowskiej dzielnicy, miał podobno zaledwie elementarne wykształcenie i materialnie wiódł bardzo ubogie życie, a należał do najważniejszych postaci międzywojennej elity intelektualnej tej diaspory miasta Krakowa. Kiedy zdecydował się przyjąć nowe nazwisko, użył niemieckiej pisowni Gebürtig, od słowa Geburt – narodziny, jakby sugerując, że oto narodzi się ktoś nowy:

Tłumaczem utworów Mordechaja Gebirtiga na język polski i autorem wyżej zamieszczonego wiersza jest poeta i autor tekstów piosenek, Jacek Cygan. Jest on również jednym z autorów wstępu do książki o żydowskim bardzie z dawnego Krakowa, która od kilku dni leży u mnie stole. Oprawę muzyczną do swoich wierszy Gebirtig układał głównie sam, ale często przyciągały one również uznanych kompozytorów. Na przykład Manfreda Lemma, niemieckiego kompozytora, który napisał muzykę do tytułowego wiersza Blajb gezunt mir Kroke, czyli Bądź mi zdrów Krakowie:

Jego pieśni znane były nie tylko na Kazimierzu, śpiewała je ulica we wszystkich galicyjskich osiedlach i miasteczkach żydowskich. Były dowcipne, romantyczne i lekkie, opowiadały o zwyczajnym życiu, ale były też pełne zadumy, smutku. Najbardziej znana jest ekspresyjna S`brent, Pali się, skomponowana jako odzew na pogrom w Przytyku, który miał miejsce w 1936 roku. Uznaje się ją za pieśń proroczą, zapowiadającą nadejście Zagłady. Była ona hymnem gett na okupowanych ziemiach polskich, dzisiaj dalej śpiewanym przy okazji rocznic związanych z Holocaustem:

Es brennt… Pali się nasz sztetl