Wiersze

Teresa Rudolf

Ostatnio tak się składa, że obok mnie wokoło bardzo dużo ludzkiego cierpienia… w każdej formie.
I tym wszystkim ludziom poświęcam, jak i też poprzednio, moje wiersze…

Ból oporu…

Ból duszy niebywały,
w wyścigu przed
zmęczonym ciałem,

Ból ciała dzielnego,
strach przed bólem
tej gnębionej duszy.

Dusza zmartwiona
ciałem, czy starczy
jej sił pocieszania.

Splątane nadzieją
świętą i wzniosłą
ciało i dusza.

Dusza i ciało
siłą walki o to “tu
i teraz” związane.

Zaborczość
podłego najeźdźcy,
i opór czlowieka…

trzymanie kciuków.

Dziś dobry dzień…

Dziś dobry dzień,
ale podejrzliwość,
gdzie jakiś tu haczyk…

Dziś dzień dobry,
i ptaki głośniejsze,
niż krzyk mego bólu.

Dziś mam siłę być
zły na ciebie, a po co
gdy cię kocham?

Dziś mogę nosić
cię głośno w sercu,
niech też inni słyszą…

Dziś powietrze tak
czyste jak nigdy,
swieże oddychaniem.

Dziś, życie zamknięte
w jednym dniu, aż
do jutra i do jutra….

Będzie dobrze, do jutra.

Polskie Odziały Wartownicze przy Armii Amerykańskiej

Tadeusz Rogala

W Niemczech i w Europie

Przy okazji 75 rocznicy zakończenia II wojny światowej warto przypomnieć los Polaków po zakończeniu wojny i ich udział w odbudowywaniu zniszczonej Europy.

Po zakończeniu działań wojennych w strefach zachodnich Niemiec przebywało około półtora miliona Polaków. Byli to więźniowie obozów koncentracyjnych, obozów jenieckich oraz osoby przebywające na robotach przymusowych. Były też ludzie, którzy z różnych względów znaleźli się na tym terenie, jak np. Brygada Świętokrzyska, która w liczbie ponad tysiąca osób przeszła przez front do strefy amerykańskiej – w obawie przed represjami ze stony Sowietów – wyzwalając po drodze kobiecy obóz koncentracyjny w Holiszowie (Czechy), uwalniając około 700 więźniarek, w tym 167 Polek oraz ponad 200 Żydówek.

Wielu Polaków z terenów wschodnich Niemiec przedzierało się na Zachód, mając nadzieję na spotkanie się z Polskimi Siłami Zbrojnymi, będącymi pod władzą Rządu Rzeczypospolitej w Londynie i możliwość wstąpienia do tej formacji wojskowej. Ludzie liczyli, że istniejący stan rzeczy na ziemiach polskich ulegnie zmianie i wkrótce te ziemie będą wolne od okupacji radzieckiej. Inni Polacy przesuwali się na Wschód pragnąc jak najszybciej wrócić do domu. Wielu Polaków z kresów wschodnich nie miało jednak dokąd wracać.

Mocarstwa zachodnie uważały, że z chwilą przeprowadzenia w Polsce wolnych wyborów, także reszta Polsków wróci do kraju. Większość Polsków jednak takiej nadziei nie miała, wielu liczyło się niebezpieczeństwem nowych prześladowań ze strony władzy narzuconej przez Związek Radziecki.

Już w roku 1944 zawarta została między Główną Kwaterą Dowództwa Frontu Europejskiego SHAEF i polskimi władzami wojskowymi ogólnikowa umowa na temat użycia wyzwalanych jeńców Polaków i wyzwolonych robotników przymusowych w oddziałach Labor Service (służba pracy). Już wtedy brano pod uwagę, że w wyzwalanych stopniowo Niemczech mogą powstać zadania techniczne i wartownicze dla większej ilości ludzi godnych zaufania, a nie przygotowanych do objęcia służby wojskowej.

Wladze okupacyjne w Niemczech kierowały się tym, aby wszystkich uchodzców skierować do krajów pochodzenie, czyli ich repatriację. Nie przewidywano, aby taka ilość osób wysiedlonych (displaced persons, w skrócie DP, w powszechnym użyciu dipisi) miała możliwość pozostania. Dipisów umieszczono bądź to w dawnych obozach lub byłych niemieckich koszarach wojskowych. I tak np. w Ludwigsburgu w koszarach niemieckich i budynkach obozowych przebywało, w pewnych okresach do 14 tysięcy Polaków. Obóz ten istniał do początku lat pięćdziesiątych. Obozy były prowadzone przez UNRA, potem przez IRO. Wiele osób wróciło do kraju, czy poprzez repatriacje, czy też na własną rękę, jednakże duża część Polaków pozostała ze względu na sytuację politycznąj.

W pierwszych trzech latach po zakończeniu wojny praktycznie nie było możliwości pracy dla osób wysiedlonych. W tych niezwykle trudnych wyrunkach życia uchodzców i ich bezczynności należało czymś zająć dziesiątki tysięcy mężczyzn, zdolnych do pracy. Taką możliwość pracy dały im Oddziały Wartownicze. A wartownicy byli potrzebni, wojska okupacyjne wyjeżdzały z terenu Niemiec, natomiast pozostało dużo obiektów do strzeżenia, jak składy, lotniska, obozy internowanych. Koncepcja wojsk wartowniczych odpowiadała tradycjom Armii Amerykańskiej, która nie miała przymusowej służby wojskowej i chętnie posługiwała się personelem pomocniczym innej narodowości.

Podpisana wcześniej umowa przewidywała wypłatę wynagrodzeń dla Labor Service według skali dla Polskich Sił Zbrojnych w Anglii. Na podstawie tej umowy dowódcy armii amerykańskiej, 7 Armii w Heidelbergu i 3 Armii w Monachium,wydali rozkazy upoważniające do tworzenia oddziałów wartowniczych. Pierwsze kompanie wartownicze powstały już w maju 1945 roku. W praktyce odbywało się to w ten sposób, że dowódcy jednostek amerykańskich, którzy nie mogli wykonać zadań ze względu braki w ludziach, zwracali się do najbliższego ośrodka byłych jeńców polskich, wyszukiwali w nim oficera i zlecali mu formowanie kompanii wartowniczej, nie dając żadnych regulaminów i wskazówek co do zasad organizacji. Oficerowie dobierali sobie młodszych oficerów i podoficerów, i opierając się na znanych sobie regulaminach i wzorach organizacyjnych polskich, formowali od dołu formację typu wojskowego polskiego, a podlegającą dowództwu amerykańskiemu, które jednak nie wtrącało się do szczegółów i pozostawiało dużą swobodę dowódcom polskim.

Ponieważ sprawa uzupełnień i organizacowania nowych jedynostek nastręczała dużo trudności, z projektem powołania Głównej Sekcji Łącznikowej polskiej, wystąpił mjr Leopold Koziebrodzki, oficer łącznikowy przy dowództwie 7 Armii. Rozkazem z 3 listopada 1945 roku powołano do życia Polską Sekcję Łącznikową pod nazwą 8th Labor Supervision Area, na czele której stanął płk. Franciszek Sobolta. Podstawy regulaminowe dla Oddziałów Wartowniczych zostały ustalone dopiero w maju 1946 roku, zaś ostatecznie ujednolicone dla wszystkich jedynostek dopiero w maju 1947 roku.

Część jednostek pełniła służbę przy lotnictwie amerykańskich, jednostki te przemianowano na szwadrony wartownicze (Labor Service Squadron). W ramach Labor Service obok kompanii wartowniczych istniały kompanie pracy, wykonujące różne zadania techniczne oraz kompanie transportowe (Truck Co), szczególnie popularne, ponieważ dawały sposobność zdobywania umiejętności kierowania samochodami, a także ich konserwacji i naprawy. Istniały także kobiece Oddziały Wartownicze. W Käfertal utworzono pluton kobiet pod dowódctwem por. Ireny Markiewicz, zapoczątkowany przez 22 byłe członkinie AK, przybyłe z obozu w Burg. Liczebność tego plutonu dochodziła do 140 osób.

Pod koniec roku 1945 władze amerykańskie podały zapotrzebowanie na 25 tysięcy nowych wartowników. Oddziały wartownicze pilnowały obozów jenieckich, gdzie tylko w strefie amerykańskiej przeszło przez nie ponad dwa miliony jeńców niemieckich. Drugą kategorią były obozy dla przestępców wojennych. Poza tym istniały więzienia dla skazanych przestępców wojennych oraz więźniów śledczych, czekających na rozprawę przed sądem norymberskim. W procesie głównych przestępców wojennych służbę pełniła amerykańska policja wojskowa, która później została zastąpiona przez kompanie wartownicze bałtyckie i polskie. Niekiedy można było na kronikach filmowych zobaczyć naszywkę Poland na mundurach eskorty przestępców wojennych.

Innym ważnym zadaniem wartowników było strzeżenie obiektów wojskowych i mienia armii amerykańskiej. Nie było to zadanie wdzięczne. Z chwilą zakończenia wojny prawie wszystkie magazyny armii niemieckiej, wszystkie wojskowe i cywilne ładunki towarów kolejowych zostały przez miejscową ludność rozgrabione. Prawie cały przemysł niemiecki stanął, a dla ludności głównym źródłem zdobycia niezbędnych artykułów była grabież. Na wyprawy do amerykańskich magazynów szły całe zorganizowane bandy, nieraz bardzo dobrze uzbrojone. Obok rabunku występowały kradzieże dokonywane przez liczny personel lokalny, zatrudniony przy transportach, magazynowaniu, w warsztatach wojskowych itd. Musiały być też strzeżone obiekty wojskowe, mieszkania wojskowych i cywilnych przedstawicieli mocarstw okupacyjnych, parkingi, biura itp. Zamiarem władz okupacyjnych było ograniczenie armii okupacyjnej do możliwego minimum, a wszystkie zadania wartownicze miały przejąć nowo tworzone formacje wartownicze.

Zarówno polscy jeńcy wojenni, jak i byli robotnicy przymusowi, którzy nie decydowali się na powrót do kraju, chętnie zgłaszali się do Oddziałów Wartowniczych. Do roku 1950 nie było problemów z rekrutacją szeregowców i podoficerów. Dużą rolę odgrywało przywiązanie do munduru, ale motywowały też na ogół lepsze warunki bytu w kompaniach w porównaniu do życia obozowego.

W roku 1946 roku powołanow w Käfertal, w byłym obozie jenieckim, obóz jednolitego szkolenia dla Oddziałów Wartowniczych pod nazwą „Polskie Zgrupowanie Wojskowe” – Polish PWX-Camp Nr 1, który następnie przekształcono na „RAMP (recovered allied military personnel) Replacement Guard Center”. Do roku 1955 w obozie Käfertal uformowano ogółem 133 kompanie, wyszkolono 842 oficerów Oddziałów Wartowniczych, 3787 podoficerów i 26087 szeregowych. Ogółem przez szkolenie w obozie Käfertal przeszło 39 294 wartowników. Dowódcą obozu był ppłk. Juliusz Filipkowski. W okresach szczytowych ogólna liczebność kompanii wartowniczych dochodziła do 40 000 wartowników.

Cały czas po roku 1945 następowała emigracja Polaków do Anglii, Ameryki, Australii nie tylko z obozów przejściowych, ale także z Oddziałów Wartowniczych. Tylko od września 1948 roku do września 1950 roku z Odziałów Wartowniczych wyemigrowało ponad 10 000 Polaków. Ponieważ żołnierzom z Oddziałów Wartowniczych można było wypowiedzieć służbę natychmiastowo, a także wystąpić z nich bez wypowiedzienia, występowała cały czas rotacja. Przyjmuje się, że poprzez Oddziały Wartownicze przeszło około 200 tysięcy Polaków.

Szczególnie po reformie waluty w roku 1949 mieszkańcy obozów cywilnych patrzyli z zazdrością na wartowników, uważając, że mają dobre zarobki. Przed reformą waluty pracowano nie tylko w Oddziałach Wartowniczych, ale w ogóle w Niemczech nie dla uposażenia, ale dla otrzymania lepszych przydziałów żywności. Bolączką Oddziałów Wartowniczych było zagadnienie ubezpieczeń społecznych, początkowo sprawa ta nie była uregulowana. W końcu sprawę ubezpieczeń załatwiona została drogą objęcia wartowników jak i innych pracujących „osób wysiedlonych”, także tych przebywających w obozach dla wysiedlonych, przez niemieckie ubezpieczenia społeczne.

W latach 1945-1947 około 50% wartowników było zakwaterowanych w koszarach murowanych, 30% w budynkach cywilnych, a 20 – w barakach drewnianych. Zdarzało się, że zakwaterowani byli w namiotach.

Jak pisał w „Ostatnich Wiadomościach” z 1 stycznia 1949 roku płk. F. Sobolta:

Służba w Oddziałach Wartowniczych nie jest celem – jest środkiem do osiągnięcia celu. Oddziały Wartownicze składają się z ludzi, którzy powzięli indywidualną, nieskrępowaną żadnym naciskiem z zewnątrz decyzję pozostania poza krajem. W wyniku tej decyzji wstąpili oni dobrowolnie do organizacji, która umożliwiła im przetrwanie i przygotowanie się do właściwej emigracji w warunkach znacznie lepszych, niż te jakie miała pozostała część społeczności polskiej w Niemczech (…).
Podstawą tego zbiorowego wysiłku jest dobra służba wartownika stojącego na posterunku, wzorowa praca robotnika w kompanii pracy, sumienna jazda kierowcy w kompanii samochodowej. Tylko i wyłącznie tej uczciwej codziennej bezimiennej pracy Oddziały Wartownicze zawdzięczają dobre imię u swych pracodawców, wśród społeczności polskiej i u Niemców, w których kraju żyją.

Na egzystencję Oddziałów Watrowniczych wpływały dwa warunki. Z jednej strony rząd amerykański dążył do ograniczenia stanów liczbowym Armii Amerykańskiej, co przemawiało za tworzeniem i zwiększaniem Oddziałów Wartowniczych, a z drugiej – dążenie Rosji Sowieckiej do zlikwidowania za wszelką cenę polskich formacji w wolnym świecie, jeśli miały nawet w najmniejszym stopniu charakter wojskowy. W marcu 1946 roku warszawska misja wojskowa w Berlinie złożyła w Najwyższej Radzie Kontroli notę protestującą przeciw tworzeniu „oddziałów wojskowych”, które miały być podstawą dla „działalności emigracyjnych elementów faszystowskich”. W rezultacie Sowiety domagały się w tej nocie rozwiązania Oddziałów Wartowniczych.

Efektem tego był wydany w kwietniu 1946 roku zakaz noszenia jakichkolwiek odznak, uwidaczniających stopień oficerski lub podoficerski, a także zakaz salutowania. W praktyce zarządzenie okazało się niepraktyczne, dlatego już w czerwcu wprowadzono osobne oznaki oficerskie i podoficerskie. Istnienie umundurowanych i uzbrojonych formacji polskich nie podovało się też niektórym instytucjom niemieckim. Pod wpływem akcji sowieckiej, w pewnej mierze popartej przez instytucje niemieckie, doszło do przemundurowania Oddziałów Wartowniczych, a ściślej – przefarbowania zielonych mundurów amerykańskich na kolor granatowy.

Sprawowanie służby wartowniczej przez Polaków w Niemczech na terenie strefy amerykańskiej, a później także angielskiej miał różnorodny wpływ na stosunki polsko-niemieckie. Wartownicy byli częścią sił okupacyjnych. Polacy z różnej kategorii niewolników stali się współokupantami, a niejako częścią aparatu, sprawującego w Niemczech władzę. Polacy mieli to samo poczucie wartości i swojej władzy co armie okupacyjne, jednak nie było jej nadużywania. Pełnienie służby wartowniczej na terenie Niemiec podniosło w tutejszym społeczeństwie wartość Polaków. Jednakże były akcje i intrygi przeciw wartownikom, wychodzące od miejscowego społeczeństwa. Po okresie, gdy  ludność miejscowa biernie poddawała się okupacji aliantów, przyszedł okres reakcji, co skierowane zostało również przeciw polskim wartownikom. Najbardziej uwydatniło się to w roku 1947. Potem akcje przeciw wartownikom polskim ucichły. W Niemczech powojennych było dużo biedy, zwłaszcza w pierwszych latach. Nieraz można było widzieć czy to zbiegów ze Wschodu, czy inwalidów wojennych wyciągającego rękę do polskiego wartownika, a także znane były opinię, że od Polaka otrzymał prędzej jałmużnę niż od tubylca. Tam, gdzie wartownik w służbie czy poza nią spotykał się z ludnością miejscową, następowała poprawa stosunków.

Kompanie Wartownicze były dla Polaków nie tylko możliwością przetrwania trudnego okresu powojnennego, ale stanowiły swojego rodzaju szkołę życia. Trzeba przypomnieć, że na obczyżnie w Niemczech znalazło się wiele tysięcy polskiej młodzieży. Na roboty przymusowe wywożono osoby od czternastego roku życia. Przebywały na robotach przymusowych także całe rodziny.

Jeżeli kompanie wartownicze (…) nie są organizacjami, której byt zależy od takich czy innych ram formalnych – to tylko i jedynie dzięki temu, że stanowią one przede wszystkim szkołę wychowania. Kompanie wartownicze od początku swego istnienia mają równocześnie ambicję kształtowania poglądów wartownika oraz jego stosunku do ciążących na nim zadań i obowiązków człowieka i Polaka.

– pisały „Ostatnie Wiadomości” nr 2 z 6 stycznia 1948 roku.

W numerze 255 z 11 września 1946 roku czytamy

Dowódca każdej kompanii w obecnych warunkach życia na obczyźnie (…) posiada zwiększone obowiązki. Wynikają one z faktu, że podporządkowani mu ludzie są oderwani od ziemi ojczystej, że pozbawieni są nie tylko domu rodzinnego, ale i opieki oraz kierownictwa ze strony rodziców (…). Dowódca kompanii ludziom tym musi zastąpić ojca. W ten zaś sposób ponosi faktyczną odpowiedzialność za należyty rozwój duchowy i umysłowy powierzonej mu kompanii.

A z okazji obchodów Święta Żołnierza w 1946 roku „Ostatnie Wiadomości” piszą znowu:

Jesteśmy niejako przedstawicielami Polski na obczyźnie, a to zobowiązuje. Pracą i wzorowym postępowaniem winniśmy udowodnić, że w pełni zdajemy sobie sprawę z odpowiedzialności, jaka na nas ciąży. W tym leży sens emigracji, aby tu, na obczyźnie, jedynością woli i czynów, zdyscyplinowaniem i wysiłkiem utorować sobie i krajowi drogę do nowej, lepszej przyszłości.

Polacy skupieni w Oddziałach Wartowniczych starali się uzupełniać swoje wykształcenie, przerwane przez wojnnę, i rozwijać się intelektualnie. W Käfertal ukazywała się prasa, organizowano różne kursy dokształcające, nawet zorganizowano teatr. Dzięki życzyliwości dowódctwa amerykańskiego poza zwykłym szkoleniem wartowników, organizowano na dużą skalę kształcenie zawodowe, przekraczające wymagania i potrzeby kompanii. Przygotowywano kadry oficerów oświatowych, instruktorów, i pracowników świetlic.

Ważną rolę w pracy ogólno-oświatowej odegrała prasa. Na początku ukazywało się wiele pism. Po likwidacji obozu szkoleniowego w Käfertal jedynym pismem wartowniczym stały się „Ostatnie Wiadomości”. Poza tym istniał jeszcze specjalny dodatek dla wartowników w katolickim tygodniku „Słowo Polskie”, wydawanym w Monachium.

Ważnym elemenen wychowawczym było wpajanie wartownikom idei spółdzielczości. Na bazie tego powstał Fundusz Kulturalno-Oświatowy Kompanii Wartowniczych przemianowany później na Fundusz Społeczny O.W. Przy jego pomocy realizowano zakrojoną na szeroką skalę pomoc charytatywną. Watrownicy poddali się dobrowolnie opodatkowaniu na Fundusz w wysokości 2% swoich poborów. Czy to z incjatywy dowódcy, kapelana czy z incjatywy wartownika szli z pomocą innym. Zbierano gotówkę, papierosy czy czekolady i oddawano to na potrzeby dla dzieci lub chorych w szpitalach, często też na potrzeby więźniów. Szczególną formą pomocy od samego początku istnienia Oddziałów Wartowniczych były szkoły, w których uczyli się sami wartownicy, ale także w których uczyli się Polacy w wieku od lat 6 do 40. Najwięcej kosztowała wartowników Wyższa Szkoła Techniczna w Esslingen, kształcąca polskich inżynierów. Szkoła ta powstała jeszcze w roku 1945 z incjatywy grupy polskich inżynierów. Istniała tam Staatliche Ingenieurschule Esslingen, której gmach, bogato zaopatrzony we wszystkie laboratoria, oddany został na potrzeby polskiej uczelni technicznej. Uczelnia przetrwała do roku 1947. Ponadto finansowano m.in. gimnazium w Regensburgu, Bratnią Pomoc w Stuttgarcie, Marburgu, Frankfurcie czy Szkołę Techniczną w Schrambergu.

W książce „Biała Księga Polskich Oddziałów Wartowniczych” Stanisław Łysiak pisze:

Powołano Fundusz Społeczny Oddziałów Wartowniczych, dzięki któremu wyszkolono spore zastępy doktorów, dentystów, inżynierów i wielu innych specjalistów i złagodzono nędzę wielu byłym wartownikom, w trudnej sytuacji socjalnej w rodzinie, na skutek braku opieki socjalnej. Polscy inżynierowie pracują przy budowie cmentarzy dla poległych żołnierzy Armii Amerykańskiej, pozostałych w Europie. Ci sami inżynierowie pracują przy zakładaniu instalacji wojskowych. Lekarze polscy zajmują godne stanowiska w szpitalach amerykańskich. Wartownicy pracują w warsztatach samochodowych i innych, a wielu pracuje przy obsłudze specjalnych maszyn elektornicznych.

W „Polsce Walczącej” nr 27 z 1947 roku Tadeusz Nowakowski tak pisze o akcji oświatowej wartowników:

Żołnierze polscy z amerykańskich kompanii wartowniczych fundują stypendia, zrzekają się papierosów (papierosy w tym czasie były najlepszym środkiem płatniczym – przyp. autora), składają wysokie ofiary pieniężne. Chłopcy z zapadłych poleskich i wołyńskich wiosek, sami bez szkoły, ciężko pracujący – daniną swoją umożliwiają młodzieży studia. Spracowana ręka chłopska i robotnicza dobrowolnie wyciągnięta – czyż trzeba lepszego symbolu i dowodu, jak dalecy jesteśmy na obczyźnie od nienawiści czy niechęci warstwowej. Jakże wysoki jest ten dług serdeczny młodej inteligencji polskiej w Niemczech i jak wyraźnie domaga się spłaty w przyszłości.

Z końcem 1946 roku władze amerykańskie przystąpiły do ekshumacji zwłok żołnierzy armii Stanów Zjednoczonych, pochowanych na cmentarzach tymczasowych i umieszczenia ich na stałych cmentarzach wojennych. Dal tego celu sprowadzono z Niemiec do Francji na dwa lata jedynostki transportowe Labor Service. Po nich wysłano następne kompanie do innych zadań. I to jeszcze przez wiele lat. I z tego zadania polscy wartownicy wywiązali się wzorowo. Niektórzy pozostali na stałe we Francji, zakładając tam rodziny.

Polscy żolnierze w Labor Service służyli przy Armii Amerykańskiej do końca lat osiemdziesiątych, przechodząc międzyczasie różne zmiany organizacyjne i umundurowania. Powyższy opis jest tylko zasygnalizowaniem historii Polskich Oddziałów Wartowniczych i ich wiekiego wkład w pomoc dla polskich emigrantów w Zachodniej Europie, szczególnie w Niemczcech, a także wielki wkład w stabilizację życia społeczności niemieckiej i europejskich po zakończeniu wojny i budowanie podwalin pod dzisiejszą Europę.


Na podstawie książki „Dziesięciolecie Polskich Oddziałów Wartowniczych przy Armii Amerykańskiej w Europie”, praca zbiorowa i z bezpośrednich rozmów z byłymi wartownikami z Oddziałów Wartowniczych.

Z wolnej stopy 2

Zbigniew Milewicz

Półrocze

Dokładnie pół roku 2020 za nami, można sporządzić bilans tego, co się udało do tej pory zrealizować i co nam nie wyszło, a z czym poradzili sobie n.p. nasi znajomi, przyjaciele, sąsiedzi albo wrogowie. Tylko że takie porównywanie budzi często gorycz porażki, której nikt przecież nie lubi, dlatego lepiej bilansować tylko we własnym imieniu. Mnie z planów noworocznych nie udało się jeszcze ograniczyć cukrowego łakomstwa, po staremu, jak widzę słodycze, to kwiczę, znowu nie pojechałem do Nowego Orleanu, dalej sam sobie prasuję koszule i sprzątam albo nie, ale żyję. Przynajmniej ten plan zrealizowałem w stu procentach, a może tylko w pięćdziesięciu, bo półrocze to nie cały rok, jednak cieszę się z tego, co mam.

Moja polska sąsiadka Marta martwi się, że idą złe czasy. Z youtube dowiedziała się, że pod koniec czerwca, albo na początku lipca ma wybuchnąć trzecia wojna światowa, że przyjdzie seria katastrof żywiołowych, które dotkną także Niemcy, bo pod wodą się znajdą. Tak przynajmniej wieszczy jasnowidz Jackowski i pewna Norweżka, a mąż Marty w to nie wierzy, mówi, że na takich przepowiedniach ludzie tylko robią kasę i dla niej je sporządzają. Im gorsza jest wizja przyszłości, tym więcej jest odsłon na youtube, w nich są różne reklamy i na nich taki wizjoner zarabia krocie. Jurek też uważa się za jasnowidza, bo przewidział n.p. upadek muru berlińskiego i nikt mu za to nie dał nawet złamanego centa, czy raczej wtedy jeszcze pfeniga. Nie dajmy się więc zwariować, mówi.

Nie wiem, któremu z nich wierzyć. Napiszę, że Marcie, to narażę się Jurkowi, poprę Jurka, wtedy podpadnę Marcie. Jeszcze bym chętnie pożył w niewojennym świecie i na suchym, bawarskim lądzie, więc na wszelki wypadek zaplanuję sobie szczęśliwe to półrocze i Państwu radzę zrobić podobnie. Co prawda, sceptycy twierdzą, że najłatwiej rozśmieszyć Pana Boga, opowiadając mu o swoich planach, ale myślę, że to tylko jakaś diabelska propaganda.

Spotkania z Księciem Ciemności 23

Ksawery Kopański

Jam jest Książę Ciemności!

Można powiedzieć Książę, że sam sobie strzeliłem w stopę. W poprzednim wpisie zawiesiłem poprzeczkę wysoko: świat uczuć, dusza, eschatologia niemalże. O czym napisać dziś, aby nie obniżyć lotów? Mam pewną ideę, ale grozi nam banał. I to taki, że aż zębami zazgrzytamy z zażenowania. Cóż jednak czynić – innych pomysłów brak! Trzeba spróbować…

Ludzie zastanawiają się – od kiedy tylko sięgnęli po umiejętność autorefleksji – dlaczego jest tak, jak jest: czemu jeden rodzi się w czepku, a innemu ktoś do kołyski napluł złośliwie. Czemu jednym życie układa się jak po maśle i jak pączki w masełku żyją, a inni „bez masełka po stópki” muszą ciągle włazić, upokarzać się, by na kromkę suchego chleba zarobić. Czemu jedni są wysocy, szczupli i z męską kwadratową szczęką, emanują urokiem i czar roztaczają, a inni… co dzień rano gapią się na mnie złośliwie z lustra w łazience. Czemu jednym zdrowie dopisuje, a po latach hulaszczo spędzonych gasną cicho i bez turbulencji po dziewięćdziesiątce, zaś inni cierpieniem okupując każdy oddech, umierają w męczarniach mając lat zaledwie kilka lub kilkanaście. Et caetera, et caetera, et caetera

Każdy o tym myśli, najtęższe łby parują, by zagadnienie rozkminić. I nic. Są pomysły, aby rzecz powiązać z pracowitością, zasługami, moralnym prowadzeniem się. Lecz to raczej ślepy zaułek. Los. Fortuna. Przeznaczenie. Tyche. Fatum. Karma. Ananke. Od czego zależy? Nikt nie wie. I się nie dowie.

Banał, aż zęby zgrzytają! Ale prawdziwy. Ludzie tak mają. Koty też. Od czego zależy, że jedne kocięta – ślepe i gołe – nie dostają szansy, by przeżyć kilka bodaj godzin na tym łez padole, inne są skazane na całe lata egzystencji śmietnikowej, w głodzie i strachu, a jeszcze inne…

Zaczęło się może nieszczególnie. Przypominam: przypałętało się toto niemal rok temu, małe, chude, wystraszone, wypłoszone, z wielką blizną na boku. Ale, jakimś zrządzeniem owego tajemniczego nieznanego, trafiło właśnie tu, do naszego domu. I teraz? Śpi codziennie gdzie indziej, u kogo zechce, a ma do dyspozycji kilka mieszkań: każdy z sąsiadów go lubi. Stołuje się, gdzie akurat lepiej dają jeść. Ten pogłaska, ów pomizia. Dobrobyt taki, że grozi małemu baszy kompletną demoralizacją. Naje się, pośpi w puchach, a jeszcze zacna Kropka czuwać będzie nad jego snem.

I dlaczego? Ani rasowy. Ani wybitnie piękny: owszem, bardzo ładny, lecz ileż równie uroczych kocurków i kici snuje się po wysypiskach! Charakter też nieszczególny: chimeryk i – po troszę – samolubek.

Ale pies mu mordę lizał! Niech ma! Niech korzysta. Nie warto odrzucać uśmiechów losu. Bo one się mogą nie powtórzyć.

Nigdy więcej i again

Komunikat Stowarzyszenia ‘NIGDY WIĘCEJ’

Stowarzyszenie ‘NIGDY WIĘCEJ’ zostało partnerem wystawy malarstwa pt. ‘Again’ Ryszarda Szozdy, którą będzie można oglądać w galerii sztuki współczesnej Nanazenit w Warszawie.

W obozie koncentracyjnym Dachau wzniesiono w 1968 roku pomnik Narodów, na którym – jako przestrogę – w pięciu językach umieszczono napis ‘Nigdy więcej’. W tym samym roku siły zbrojne USA w Wietnamie osiągnęły 549 tysięcy żołnierzy, zastrzelono Martina Luthera Kinga, a w całych Stanach wybuchły zamieszki rasowe. W Polsce rozpoczęto antysemicką nagonkę, a Praską Wiosnę spacyfikowano czołgami. W wojnie pomiędzy Nigerią i Biafrą giną 3 miliony cywilów.

‘Again’ dokumentuje historię przemocy. Wystawa jak rollercoaster wiezie nas przez zamieszki i egzekucje, jest w bajkach i filmowych zapisach z wojskowych dronów. Obecna wszędzie przemoc oślepia – w końcu przestajemy ją widzieć, akceptujemy ją i kapitulujemy. Cykl zamyka się – jesteśmy skazani na wieczne ‘Again’.

Dzięki uprzejmości noblistki Olgi Tokarczuk, jako uzupełnienie do malarstwa Szozdy, na wystawie pojawi się fragment mowy noblowskiej pod tytułem ‘Czuły narrator’.

Wernisaż odbędzie się 27 czerwca o godzinie 18, a wystawę będzie można zwiedzać od 25 czerwca do 14 sierpnia 2020 (adres galerii Nanazenit: ul. Zwycięzców 15 w Warszawie).

Ryszard Szozda – urodzony w 1976 roku w Krakowie. Mieszka i pracuje w Warszawie. Absolwent Wydziału Grafiki Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie w 2001 roku. W latach 1999-2000 studiował na Wydziale Fotografii Uniwersytetu Duisburg-Essen w Niemczech. Do 2007 roku zajmował się przeważnie grafiką i fotografią, od 2012 skoncentrował się na malarstwie. W swoich pracach eksploruje tematy związane z symboliczną przemocą, zagrożeniem rasizmem i wojną obecną we współczesnej ikonosferze. Autor projektów: ‘Sig Sauer’ i ‘Wiza Amerykańska’ w 2000 roku w Galerii Otwartej prowadzonej przez Rafała Bujnowskiego i Wilhelma Sasnala. Współtwórca i reżyser filmu dokumentalnego ‘Don’t pay me’ o negacji konwencjonalnego priorytetu gromadzenia pieniędzy i dóbr. Współredaktor audycji ‘Ptaki i ornitolodzy’ o sztuce współczesnej w internetowym projekcie radiowym Radio Głosy. Autor wielkoformatowych obrazów do przedstawienia ‘Zew Cthulhu’ w reżyserii Michała Borczucha w Teatrze Nowym w Warszawie w 2017. Laureat nagrody głównej Arte Laguna Prize 2019 w Wenecji.

Stowarzyszenie ‘NIGDY WIĘCEJ’ jest założoną w 1996 roku niezależną, apolityczną organizacją ekspercką, która monitoruje zdarzenia na tle ksenofobicznym. Prowadzi również kampanie społeczne, m.in. ‘Muzyka Przeciwko Rasizmowi’ i ‘Wykopmy Rasizm ze Stadionów’.‎

Więcej informacji:
www.nigdywiecej.org
www.facebook.com/Respect.Diversity
www.twitter.com/StowNIGDYWIECEJ

Galeria sztuki współczesnej Nanazenit: http://nanazenit.pl

 

 

 

XXX

Kicia Kocia wiersze pierwsze

Wszyscy oczywiście wiedzą, że Kicia Kocia Rysia zniknęła. Zniknęła w dzień urodzin syna (mojego, ona syna nie ma), a odnalazła się w Bloomsday. Obie daty dla Kici Koci bez znaczenia, ale dla innych, Autorów i Czytelników – znaczące. Kici nie było 19 dni. Znalazłam Kicię na ulicy. Znawcy twierdzą, że zdarzyło się tak, bo Kicia postanowiła, że da się znaleźć.


Bazyli Kellersdorf-Szałas (z żoną Anną Szałas)
*

kicia kocia, mała psocia
zagubiła się na dachu
na dół zlazła, gdzieś polazła
tracąc z oczu locus gmachu

pańcia owej kiciej koci
bardzo zgubą się martwiła
i by kiciej dać, co kocie
jęła sypać karmę w milach

tak – naprawdę! całe szlaki
mniamkich kici-chrupków poszły
od okiennic domu Ewy
aż do den Haweli, Szprewy

był to wytrych czarownicy
wyszukany z ksiąg pradawnych
na to, jak namierzyć zwierza
który cni się do kobierza

prawdą jest, że inne miałczki
też poczuły się wezwane
i ruszyły, niczym tanem
w matnię kicio-kociej matki

taka oto liczna rajza
jęła wlewać się oknami
rzeka puchu – się zdawało
ranty ciał niknęły w fali

Ewa ledwo dech łapała
pod ciężarem spasłych maści
co, choć w drodze żarła miały
miast wdzięczności – “nachschlag!” piały

jedna tylko jakaś kicia
czyżby kocia? niemożebne
ale tylko jedna ona
w czas, gdy karmicielka kona

cicho siedzi na dywanie
“czy tej Pani coś się stanie?
pewnie tylko sobie leży
uliczników chce opierzyć!
może zrobi dywan nowy…
w każdym razie – problem z głowy”

Rysia! – pańcia ją poznała
i w te pędy się zerwała
siłą jakąś z innych światów
zdjęła z pleców puchu napór

biegnie, klęka i przytula
kipi szczęściem do kocura
a ten nieugięty stoik
niewzruszeniem wzrusza swoim 🙂


* Wiersz o Kici Koci Rysi przyszedł jako pierwszy, potem pojawiły się rozważania na temat pseudonimu.
Są bardzo śmieszne, dlatego je tu zacytuję w całości:

Muszę wymyślić pseudonim.
“Bazyli Kellersdorf-Szabas (z żoną Anną Szabas)”.
Albo Jan Rolnik.
Które lepsze?
A może Bazyli Kellersdorf-SzaŁas.
Połączenie dwóch światów.
Oczywiście z żoną, Anną SzaŁas.
Tak, to chyba będzie najlepsze.
Poproszę o pseudonim “Bazyli Kellersdorf-Szałas (z żoną Anną Szałas)”.
Żona w nawiasie, nie dlatego że gorsza, ale po prostu tylko robi korektę.
No i zachowała nazwisko panieńskie. Nie chciała być “Kellersdorfem”.
Za to mąż zdecydował się na dwuczłonowe.
Fajnie, z duchem czasu.
Myślę że nawet dobrze z nim wygląda, to znaczy dobrze się je czyta.
Jak Anna nie chce, to nie musi, nikt jej nie będzie zmuszał.

Prowincjonalne Theatrum Mundi 6

Stefan Andrzejewski

Jest wiosna 1988 roku. Trwają Miejskie Spotkania Teatralne, w których uczestniczą, jak co roku, uczniowie jedynego w mieście wojewódzkim liceum. Wśród nich szczególnie wyróżniają się słuchacze klasy humanistycznej. Wszak już na pierwszej lekcji języka polskiego, którą odbyli w murach tej szkoły, nauczycielka wmówiła im, że mają być elitą intelektualną swego miasta. A oni wzięli sobie te słowa głęboko do serca. Wielu z nich rozwija artystyczne ambicje. Do tego stopnia, że – może trochę na wyrost – kreują się na artystyczną bohemę swojego prowincjonalnego miasteczka.

Jak co roku repertuar Spotkań prezentuje się bardzo różnorodnie. Wśród zaproszonych zespołów teatralnych są zarówno przedstawiciele znanych scen warszawskich i krakowskich, jak też teatry prowincjonalne. Jedyne ograniczenie to niewielka i niedoposażona technicznie scena tutejszego domu kultury: nie posiadająca zapadni, nie dysponująca wystarczającą liczbą garderób i pomieszczeń technicznych. Trudno przeto wyobrazić sobie na deskach domu kultury monumentalne przedstawienie z kilkudziesięcioosobową obsadą czy z dużymi obrotowymi dekoracjami. Ale i tak, mimo ograniczeń, repertuar corocznych spotkań teatralnych daje mieszkańcom miasteczka możliwość obcowania z Wielką Sztuką, pozwala im zetknąć się ze znanymi w całym kraju artystami sceny.

W tym roku szczególne emocje wzbudza, oczekiwane niecierpliwie, przedstawienie warszawskiego Teatru Ochoty – zarówno ze względu na spektakl, jak i na jego obsadę. Ale także i sam teatr jest źródłem ekscytacji!

Teatr, założony na warszawskiej Ochocie przez Jana i Halinę Machulskich, to z jednej strony scena pod każdym względem profesjonalna, zaś z drugiej – przedsięwzięcie, można powiedzieć, rodzinne i spełniające specyficzną rolę. Małżeństwo Machulskich oddaje się bowiem pracy społecznej, propagując teatr poprzez prowadzenie ogniska teatralnego dla dzieci i organizowanie warsztatów artystycznych dla młodych talentów. Wielu późniejszych aktorów tej sceny to wychowankowie tych warsztatów. Niektórzy z nich nie ukończą nawet studiów aktorskich, zaś dla innych to właśnie ognisko artystyczne Państwa Machulskich będzie wstępem do nauki w profesjonalnych szkołach teatralnych.

Przedstawienie, którym Teatr Ochoty zaprezentuje się na Miejskich Spotkaniach Teatralnych, nie należy do łatwych ani przyjemnych. To adaptacja opowiadania Michaiła Bułhakowa zatytułowanego «Morfina»: opowieść o zmaganiach młodego, uzależnionego od narkotyków człowieka – morfinisty – jak nazywano ludzi dotkniętych tym nałogiem w epoce Bułhakowa. Smutna historia bez happy endu.

Niezależnie jednak od mrocznej i przygnębiającej tematyki mieszkańców prowincjonalnego miasteczka elektryzuje obsada spektaklu. Na scenie domu kultury pojawi się bowiem, miedzy innymi, sam dyrektor teatru: Jan Machulski. Nasza licealna młodzież zna go już z wielkiego ekranu, ze wspaniałej roli gangstera Kwinty, którą stworzył w filmach wyreżyserowanych przez swego syna: «Vabank» oraz «Vabank 2 czyli Riposta». W ponurych latach osiemdziesiątych to tytuły, które elektryzują publiczność w całym kraju.

Kolejnym artrystą, który gra w przedstawieniu, jest Zygmunt Kęstowicz. Nasi dzielni humaniści są już cokolwiek «za duzi», by oglądać programy dziecięce, mają przecież ambicję na sztukę przez wielkie «S». Jednak, choć głośno się do tego nie przyznają, w każdy piątek niemal wszyscy z nich zasiadają przed ekranem telewizora, by oglądać «Piątek z Pankracym». Dla nich Pan Zygmunt jest osobą bardzo bliską, niemalże domownikiem, którego spotyka się regularnie.

I wreszcie artystą, odgrywającym rolę głównego bohatera spektaklu – zniewolonego nałogiem Polakowa – jest, wówczas trzydziestokilkuletni i bardzo sławny, Tomasz Mędrzak. Dla młodzieży Anno Domini 1988, to ktoś, kogo trzy dekady później można byłoby określić mianem «idola». Dzielny Staś Tarkowski z ekranizacji «W pustyni i w puszczy», później także reporter «Świata Młodych». Któż z naszych licealistów nie czytał wtedy tej gazety! Jeśli nie od deski do deski, to przynajmniej zamieszczany na ostatniej stronie komiks w odcinkach o przygodach Tytusa, Romka i A’Tomka. No i oczywiście reportaże Stasia, czyli pana Tomka Mędrzaka.

Nieodłącznym elementem spotkań teatralnych jest możliwość rozmowy z artystami bezpośrednio po przedstawieniu. Każdego wieczoru, po skończonym spektaklu, publicznosć i twórcy udają się do jednej z sal domu kultury na spotkanie, kiedy pojawia się możliwość zadawania pytań, czy dyskusji na temat wystawionej sztuki. Są to rozmowy, które ciągna się długo, a są przy tym nieraz bardzo żywiołowe. Zdarza sie często, że twórcy przedstawienia muszą wysłuchać krytycznych uwag. A co, publiczność prowincjonalna też umie być wymagająca! I jeśli trzeba, potrafi skrytykować: a to grę aktorską, a to scenografię, oświetlenie czy opracowanie muzyczne. Niejeden już raz dostało się różnym artystom od naszej małomiasteczkowej publiki!

Uczniowie klasy humanistycznej oczekują więc niecierpliwie nie tylko samego przedstawienia, ale także spotkania po jego zakończeniu. W tyle głowy każdy piastuje pytanie: jacy są naprawdę ci nasi, znani z ekranu, artyści? To ludzie przystępni, czy też może rozkapryszone gwiazdy? Czy Jan Machulski jest tak samo błyskotliwy i dowcipny, jak kreowany przez niego Kwinto? Czy Pan Zygmunt Kęstowicz jest równie serdeczny i zawsze uśmiechniety, jak grany przez niego opiekun psa Pankracego? No i oczywiście dziewczyny zastanawiają się, czy Pan Tomasz Mędrzak, po zdjęciu kostiumu i zmyciu charakteryzacji, jest takim samym przystojniakiem jak na ekranie?

Dość powiedzieć, że «Przystojniak» swoją rolę zagrał fenomenalnie. Odtwarzany przez niego głód narkotykowy, z towarzyszącym mu bólem fizycznym, były bardzo sugestywne. Na spotkaniu zadano mu pytanie, jak przygotowywał się do tej roli i jak udało mu się tak realistycznie oddać przeżycia człowieka uzależnionego. Pan Tomasz bardzo szczerze opowiedział o chorobie wrzodowej żołądka, z którą zmaga się od lat, o atakach bólu, które pomogly mu zrozumieć – choćby w przybliżeniu – cierpienia narkomana pozbawionego morfiny.

To wyznanie młodego aktora uświadamia naszym licealistom, że za każdą twarzą, znaną im z celuloidowej taśmy czy rozkładówki młodzieżowego pisma, kryje się człowiek z krwi i kości, dzieje się jakaś utajona ludzka historia.

Tematyka przedstawienia nie nastraja do zbyt luźnej i niezobowiazującej atmosfery podczas spotkania. Ale wszystko zmienia się, gdy oficjalna część dobiega końca i każdy może podejść do aktorów, by zamienić z nimi parę słow, lub poprosić o autograf. Ci, którym trema nie pozwalała zadać pytania publicznie, mogą to teraz uczynić w cztery oczy.

Pan Jan widząc, że otacza go chmara nastolatków i podlotków, uśmiecha się radośnie. Zaś błysk, który widać w jego oku, nie pozostawia żadnych wątpliwości: to człowiek, który kocha młodzież, a praca z nią jest jego prawdziwym powołaniem. Wiele lat później przyjaciel piszącego te słowa, aktor i absolwent łodzkiej «filmówki», student rocznika, którego opiekunem był Jan Machulski, potwierdzi to wrażenie autora.

Pan Tomasz również tryska serdecznością i nierażącym, niezmanierowanym luzem. Nie unika odpowiedzi na pytania o rolę Stasia, choć przecież zagrał ją wiele lat temu jako nastolatek, aktor jeszcze nieprofesjonalny. Choć ta rola trochę go zaszufladkowała na wiele późniejszych lat i miałby prawo unikać tego tematu, to jednak odpowiada na wszystkie pytania. Zdaje sobie przecież sprawę z faktu, że – chcąc nie chcąc – Staś Tarkowski i Tomasz Mędrzak bedą przez wiele dziesięcioleci stanowić nierozłączną parę.

Pan Zygmunt z kolei sam zbliża się do grupki onieśmielonej nieco młodzieży, wśród której znajduje się akurat piszący te słowa. Podchodzi z tym samym, co na ekranie, serdecznym i ciepłym uśmiechem. Zagaja rozmowę:
– Czy wiecie, że ja pierwszy raz byłem w waszym mieście w 1947 roku, z przedstawieniem teatru Ludowego Wojska Polskiego, w którym zaczynałem jako aktor?

Po czym rozpoczyna barwną opowieść o tym, jak zapamiętał nasze miasteczko z lat powojennych. Zadziwia nas jego fenomenalna pamięć, wszak jako aktor grający przedstawienia wyjazdowe, musiał takich – podobnych do naszego – miasteczek, przemierzyć setki w całym kraju! Ale daje się wyraźnie wyczuć, że to nie tylko efekt dobrej pamięci tego niezwykle miłego człowieka. To przede wszystkich otwartość, życzliwość wobec spotykanych ludzi i ciekawość świata.

Kiedy spotkanie z artystami dobiega końca, jest tak późno, że w domu kultury zostaje już tylko sprzątaczka, myjąca korytarze przed kolejnym dniem spotkań teatralnych. Z budynku wychodzą więc razem, jedynym pozostawionym jeszcze otwartym wyjściem, artyści i publiczność. Na widok pani myjącej podłogę, Pan Zygmunt podbiega do niej i szarmancko całuje ją w obie dłonie.

Pani protestuje:
– Nie trzeba, mam mokre ręce, dopiero co wyżymałam ścierkę!
– Nic nie szkodzi – odpowiada Pan Zygmunt – w imieniu całej ekipy chciałem podziękować za wspaniałe przyjęcie w waszym domu kultury. I życzę Pani dobrej nocy!

Jakże piękna to była lekcja kultury osobistej dla naszych licealistów w wykonaniu aktora «starej daty», który potrafił okazać szacunek wobec każdego. Stara, dobra, wileńska szkoła!

*

W chwili gdy autor pisze te słowa, nie ma już wśród nas Jana Machulskiego. Pozostały jego wspaniałe role, ale także wiele roczników polskich aktorów, którzy mieli szczęście spotkać go jako pedagoga: czy to w łódzkiej filmówce, czy też w studium przy teatrze Ochoty.

Pan Tomasz Mędrzak, po sukcesach filmu «W pustyni i w puszczy» oraz serialu «Dom», zniknął z małego i wielkiego ekranu. Ale oddał się z całą pasją pracy teatralnej. Nie tylko przez jakiś czas dyrektorował Teatrowi Ochoty, ale wciąż reżyseruje w nim wiele przedstawień: od lat wierny swojemu teatralnemu matecznikowi, stara się jak najlepiej kontynuować dzieło państwa Machulskich.

Na grobie Pana Zygmunta Kęstowicza na warszawskich Powązkach wyryto napis: «Kawaler Orderu Uśmiechu. Przyjaciel dzieci. Założyciel ośrodka Dać Szansę w Białymstoku, dla dzieci upośledzonych umysłowo».
Jego wielkie role – filmowe, serialowe i teatralne – pozostaną na zawsze w pamięci widzów. Ale ci, którzy pielęgnują pamięć o nim, postanowili na jego epitafium uwiecznić inne dokonania, zapewne dla niego samego o wiele ważniejsze, niż aktorska sława.

Piszący te słowa, spotkawszy go przed laty podczas bardzo krótkiej, ale serdecznej rozmowy z młodymi ludźmi, może tylko dać świadectwo – a świadectwo jego jest prawdziwe – że był to Wspaniały Człowiek. Przyjaciel dzieci. Przyjaciel ludzi.

Z wolnej stopy 1

Zbigniew Milewicz

Powstanie bokserów

Jak i po co powstał koronawirus? Teorii na ten temat, w tym spiskowych, jest już tyle, że jedna więcej nie zaszkodzi. Kiedy więc niedawno usłyszałem w radiu, że właśnie mija 120 rocznica wybuchu Powstania Bokserów w Chinach, które miało przepędzić stamtąd europejskich kolonialistów, ale zostało stłumione, to wymyśliłem sobie, że covid-19 jest zemstą za tamtą niedokończoną robotę. Chińczyk jest cierpliwy i z zemstą potrafi czasem długo czekać. Produkując wirusa sam się zaraził, ale szybko się z tego wykaraskał, i teraz śmieje się całemu światu w oczy, patrząc jak ten wije się jeszcze w chorobie i biedzie. Już sama nazwa powstania zastanawia. Wyobraziłem sobie Michalczewskiego, Adamka i Gołotę, jak na czele tłumu atletów idą na Belweder i dają czadu w imię sprawiedliwości, tylko w Chinach to wyglądało serio i zupełnie inaczej.

Państwem Środka od połowy XVII wieku rządziła obca, mandżurska dynastia Qing. Jak to często z władzą bywa, początkowo była bardzo kreatywna i ekspansywna, na północy włączyła do imperium tereny za rzekami Amur i Ussuri, podbito Mongolię, a na zachodzie granice wyszły poza góry Tien-Szan i cesarstwo Tybetu. Podporządkowano również politycznie Koreę. Zasięg imperium był największy w jego historii, jednak w końcu XVIII wieku zapanowała stagnacja, a niezmieniane od stuleci struktury polityczne, społeczne i gospodarcze można było włożyć tylko do lamusa. W XIX wieku były więc Chiny państwem wielkim terytorialnie i liczebnie, ale w porównaniu z krajami zachodnimi słabym gospodarczo i militarnie, czego skutkiem były przegrane wojny, m.in. z Wielką Brytanią i Francją. Jednocześnie imperium przeżywało ogromne problemy wewnętrzne; zacofanie chińskiej gospodarki (ciągle opartej na pracy setek tysięcy małych, niezmechanizowanych warsztatów rzemieślniczych) i społeczna bieda szły w parze z ogromną korupcją aparatu urzędniczego, co skutkowało coraz śmielszymi buntami poddanych, domagających się poprawy swojej doli. Największy z nich, powstanie tajpingów (1851–1864), miało wyraźny antyfeudalny oraz egalitarny charakter i niemal obaliło władzę pięciu milionów Mandżurów nad 400 milionami Chińczyków. Bunt został wprawdzie stłumiony przy pomocy armii mocarstw europejskich, ale przyszło za nią drogo zapłacić.

Za interwencję narzucono Państwu Środka niekorzystne traktaty, głównie o charakterze handlowym, które dzieliły jego tereny przybrzeżne na strefy wpływu państw kolonialnych, zainteresowanych eksploatacją chińskich bogactw naturalnych i handlem. Do Europy płynęły statki z drogocenną herbatą, jedwabiem, porcelaną i ryżem, zaś do Chin głównie z używkami, takimi jak opium, które Brytyjczycy sprowadzali ze swoich indyjskich kolonii.

Na mocy tych traktatów cudzoziemcy, nazywani przez Chińczyków „zamorskimi diabłami”, uzyskiwali rozliczne przywileje, takie jak np. ograniczenie ceł. Na wybrzeżu chińskim zaczęły powstawać eksterytorialne osady dla Europejczyków, w wielu ośrodkach, np. w Szanghaju, budowano istne miasta w mieście, zamieszkane przez tysiące białych osadników, posiadających własne szkoły, policję, firmy i urzędy. Przybyszów obowiązywały także inne, sprzyjające im przepisy prawne. Na domiar złego wybuchł militarny konflikt z Japonią (1894–1895), krajem sprzymierzonym z Zachodem, który do tej pory traktowany był w Pekinie jako młodszy brat lub uczeń, i Chiny tę wojnę z wielkim wstydem przegrały. Utraciły wtedy między innymi Tajwan i wpływy w Korei oraz musiały zapłacić wysoką kontrybucję. Szok wywołany klęską spowodował pragnienie zmian. Niestety młody reformator, pro japoński cesarz Guanxu, autor tzw. reformy stu dni, został zastopowany przez konserwatywną arystokrację mandżurską i odsunięty od tronu. Faktyczna władza pozostała w ręku jego ciotki, cesarzowej-wdowy Cixi, rządzącej faktycznie Chinami niemal przez pół wieku (1861–1908).

Cixi nie rozwiązała żadnego problemu Chin, toteż dwa lata później, w 1900 roku wybuchło tzw. powstanie bokserów. Organizatorzy powstania pochodzili z chińskiej, tajnej organizacji o nazwie Yihequan, “Pięść w imię sprawiedliwości i pokoju” (brzmi jakoś znajomo, prawda?). Była to jedna z grup wywodzących się z antymandżurskiego Stowarzyszenia Białego Lotosu. Nazywano ich bokserami, ponieważ trenowali sztuki walki i przykładali wielką wagę do sprawności fizycznej, wierząc, że silne ciało pozwoli im zdzierżyć wystrzelone pociski. Praktykowali oni także rozmaite techniki szamańskie, przed walką wprowadzając się w mistyczny trans. Kiedy pod koniec XIX wieku Chiny nawiedził szereg klęsk żywiołowych, takich, jak dwuletnia susza, kiedy wystąpiła z brzegów Żółta Rzeka, prorocy różnych buddyjskich i taoistycznych sekt uznali, że winni temu są cudzoziemcy, którzy zakłócili istniejącą harmonię natury, budując koleje żelazne i otwierając kopalnie. Klęski te spowodowały wielki wzrost przestępczości i chłopi w obawie przed rabusiami napadającymi na wioski, powierzali swoją obronę tajnym stowarzyszeniom, takim właśnie, jak Yihequan. Byli więc także gotowi na ich rozkaz chwycić za broń i dołączyć do powstania. Pierwsze rozruchy miały miejsce w prowincji Shandong, gdzie znajdowały się niemieckie koncesje. Mieli poparcie gubernatora Yuxiana i znacznej części lokalnych arystokratów, pragnących tego samego, co powstańcy, a więc wypędzenia z Chin wszystkich cudzoziemców. Aby tego dokonać, antymandżurska opozycja musiałaby przejść najpierw na stronę pekińskiego dworu, co z czasem stało się realne, bo cel jak wiadomo uświęca środki i łączy starych wrogów przeciw nowemu, choćby tylko na chwilę.

W listopadzie 1899 roku, pod naciskiem zagranicznych posłów, Yuxian został odwołany ze stanowiska, a w Shandongu pojawiła się chińska armia z rozkazem stłumienia rebelii. Gubernator wraz z oddziałami Yihequanów zdołał się jednak wycofać do innej prowincji. Po drodze do buntowników dołączali okoliczni chłopi, rzemieślnicy i biedota, co pozwoliło ostatecznie sformować ponad 100-tysięczne, regularne oddziały. Pod koniec maja 1900 roku ich pierwsze oddziały pojawiły się w okolicach Pekinu. Zaniepokojeni tym przedstawiciele mocarstw kolonialnych zaczęli wzmacniać obronę ambasad w stolicy; pod koniec maja dotarły posiłki, w tym grupa żołnierzy japońskich. Również Rosjanie rozpoczęli marsz w kierunku Pekinu, zajmując po drodze wiele miast w Mandżurii, z której później nie dało się już ich usunąć. 3 czerwca powstańcy przerwali linię kolejową z Tianjinu, zatrzymując kolejne posiłki. Na wezwanie z Pekinu, stacjonujące u chińskich wybrzeży cudzoziemskie oddziały połączyły się i w sile 2100 żołnierzy, pod dowództwem admirała Edwarda Seymoura, ruszyły na stolicę. Sprzymierzyły się również siły przeciwnika, oddziały cesarskie i bokserów wyruszyły wspólnie na spotkanie Seymourowi i pokonały go w bitwie pod Langfang. 19 czerwca interwenci, porzucając większość ciężkiego wyposażenia, zawrócili do Tianjinu.

Od dwóch dni wyjęci spod prawa powstańcy, na mocy dekretu cesarzowej Cixi, mieli urzędowy status chińskiej milicji i nazywali się odtąd Stowarzyszenie w imię sprawiedliwości i pokoju, czyli ze starej nazwy tylko pięść poszła w zapomnienie. Pięść może kojarzyć się z gwałtem, a stowarzyszenie przywodzi na myśl harmonię oraz ład i bardziej przystoi milicji. Zwycięstwo nad oddziałami Seymoura wywołało falę entuzjazmu w całych Chinach, więc kiedy na dwór cesarski dotarła wiadomość, że wojska kolonialne opanowały strategicznie ważne forty Dagu, Cixi wydała armii rozkaz ataku na broniącą się przed bokserami dzielnicę poselską.

Tego samego dnia, 19 czerwca, rząd nakazał cudzoziemcom , aby opuścili Pekin w ciągu 24 godzin. Rankiem następnego dnia bokserzy zastrzelili niemieckiego posła Clemensa von Ketteler, który zmierzał do ministerstwa spraw zagranicznych z oficjalną skargą. Mimo przedłużenia ultimatum o następną dobę, jeszcze tego samego dnia oddziały chińskie rozpoczęły ostrzał dzielnicy ambasad. 21 czerwca dwór Qingów poczuł się na tyle silny, że wypowiedział oficjalnie wojnę wszystkim ośmiu pastwom , które kolonizowały Chiny: Niemcom, Japonii, Rosji, Wielkiej Brytanii, Stanom Zjednoczonym, Francji, Włochom i Austro-Węgrom. Do rządów poszczególnych prowincji przesłano dekrety nakazujące wymordowanie wszystkich cudzoziemców, a oddziałom bokserskim dano wolną rękę w łupieniu nabrzeżnych koncesji. Za dostarczenie żywego cudzoziemca cesarzowa wyznaczyła nagrody: 50 taeli za mężczyznę, 40 za kobietę i 30 za dziecko. W odpowiedzi na oblężenie swoich ambasad mocarstwa zawiązały koalicję i podjęły decyzję o zbrojnej interwencji, ale zanim ta ruszyła minęło kolejne osiem tygodni.

Przez dwa miesiące 43 obrońców dzielnicy poselskiej bohatersko i skutecznie odpierało ataki bokserów, chroniły ich grube mury, dobra taktyka walk i reglamentacja żywności (na koniec do zjedzenia mieli już tylko kucyki wyścigowe) oraz nieustająca wiara szturmujących w magię, która chroni od kul… Bronili blisko tysiąca cywili i żołnierzy korpusów cudzoziemskich oraz trzech tysięcy chińskich chrześcijan, którzy znaleźli tutaj schronienie. Głównie przeciw chrześcijanom szło bowiem to powstanie, przeciw misjonarzom i misjonarkom, masowo przyjeżdżającym do Niebiańskiego Cesarstwa łowić dusze oraz chińskim neofitom. Ci ostatni budzili w bokserach szczególną odrazę, gdyż nie praktykowali kultu przodków, nie posiadali konkubin, nie pracowali w niedzielę i nie mogli krępować swoim córkom stóp. Ponadto mieli status uprzywilejowanych, gdyż podlegali łagodniejszym przepisom prawnym, obowiązującym cudzoziemców, a więc jednocześnie stanowili obiekt zazdrości. Szacuje się, że w czasie powstania zamordowano około 240 misjonarzy i misjonarek, 30 tysięcy chińskich chrześcijan oraz 10 tysięcy cudzoziemców, którzy nie byli związani z kościołem.

Na odsiecz obrońcom pekińskich ambasad wyruszył korpus pod dowództwem Niemca, feldmarszałka Alfreda von Waldersee. Żegnając żołnierzy cesarz Wilhelm II Hohenzollern wygłosił swoją osławioną huńską mowę. Powiedział:

Tępić bez pardonu, nie brać jeńców, kto wpadł wam w ręce, niech ginie. Podobnie jak tysiąc lat temu Hunowie zdobyli sławę pod przywództwem swojego króla Attyli (…) tak niech zapisze się dzięki wam na tysiące lat w Chinach imię Niemców w taki sposób, żeby nigdy żaden Chińczyk nie odważył się chociażby krzywo spojrzeć na Niemca.

14 lipca 1900 roku wojska interwencyjne wylądowały w Tianjinie, odblokowując jednocześnie tamtejszą koncesję z miesięcznego oblężenia. Po spaleniu miasta dwudziestotysięczny korpus, składający się z żołnierzy japońskich, rosyjskich, amerykańskich, brytyjskich i francuskich, ruszył na Pekin. Chińczycy nie stawiali zorganizowanego oporu, wielu kluczowych dowódców qingowskich popełniło samobójstwo. Interwenci wkroczyli do Pekinu 14 sierpnia. Rozpoczęły się grabieże i gwałty, splądrowano m.in. Zakazane Miasto. Cesarzowa Cixi wraz z dworem zdołała uciec do Xi’anu. Zdobycie stolicy oznaczało faktyczny koniec powstania; opór był znikomy – w czasie marszu wojsk interwencyjnych całe wsie i dzielnice miast poddawały się bez walki, nie stawiając jakiegokolwiek oporu. Jednocześnie fanatyczni członkowie oddziałów Yihequan bronili się zaciekle do śmierci, wzbudzając zdumienie cudzoziemców. Powstanie zdołało objąć jedynie obszar północno-wschodnich Chin, ale karę za nie zapłaciło całe imperium.

Zgodnie z tzw. protokołem końcowym, panujący reżim zobowiązał się do wypłacenia interwentom w ciągu 39 lat gigantycznej kontrybucji, wartości 330 miliardów dolarów oraz do zamrożenia na dwa lata zakupów broni. Gospodarka chińska jeszcze bardziej uzależniła się od zachodnich mocarstw, stracono Mandżurię na rzecz Rosji, jedynym dobrym następstwem klęski było to, że rząd w Pekinie wziął się wreszcie za reformy. Dzięki nim m.in. zaczęto budować nowoczesną armię i system szkolnictwa oraz podjęto próby uzdrowienia aparatu urzędniczego, choć dni monarchii były już policzone. W 1911 roku przyszedł czas na republikę.

Francuski rysunek przedstawiający kolonialnych władców, dzielących tort w postaci Chin, 1898 rok (rys. Henri Meyer, domena publiczna)

Żołnierze bokserów (1900)

Starcie między bokserami i oddziałami angielsko-japońskimi.


Pisząc ten materiał, korzystałem z pracy Wojciecha Tomaszewskiego – Rewolucja Xinhai i upadek chińskiego cesarstwa oraz Wikipedii.

Wiersze gorszego sortu

Roman Brodowski

Polska To – My

Odnalazłem się wczoraj
Niby w domu a bezdomny
Odarty z wolności słowa
Zdobytej dramatem niemych ust
Ojczyźnianego aktu „Jestem“
Przytuliłem matczyny płacz

Tak niedawno szliśmy „My“
(Nie oni, tamci, inni, ale „My“)
Ciernistym żywotem ojców
Do ziemi wielobarwia Dusz
Szliśmy po nowy lepszy los
Dla dzieci, wnuków… “Nam”

W końcu doszliśmy zmęczeni,
Silni mocą polskiej wspólnoty
Nad brzeg rzeki zakrzepłej krwi
Płynącej losem przodków naszych
Do chłodnych ruin pustego gniazda
Do kolejnej szansy naszego “Być”

To gniazdo ponownie odzyskało blask
Powstało niby z zmartwychwstania
Z tradycji kultur, z wiar, z przekonań
Z szacunku innym z tolerancji
Polskiej Rzeczy jakże nam Pospolitej
Z żywej historii wielobarwna w “nas ”

Dziś ta mozaika wspólne dzieło
Obraz Ojczyzny dumnej i trwałej
Ta nasza jedność “My Nam i w Nas”,
Po raz kolejny w fekaliach tonie
W poklasku, w tanim populizmie
W faszyzmie w dyktatorskim “ja”

Nie dajmy więcej się podzielić
Z różnego ciasta może powstać chleb
Tęcza jest ponoć znakiem z nieba
Bożym przymierzem z ludzkim rodem
Nie ze mną, z Toba, lecz nie z nim…
Obudź się Polsko jednym sortem.

Sortem, co zwie się – “Jedność, My ”

W mojej kolekcji

Wczoraj kupiłem
Czyjeś sumienie
Za bezcen
Leżało przecenione
W starym koszu
A na nim napis
Towar przeterminowany

Zbędny przedmiot
Pomyślałem
Wkładając nabytek
Do starego plecaka.
Z zapałem zbieram
Zużyte wartości
Człowieczego “wczoraj”

W mojej kolekcji
Mam ich wiele.
Zagubioną prawdę
Namiastkę empatii
Zużytą tolerancję
I młodzieńczą życzliwość
Do rozdania

Nikt jednak nie chce.
Dziwny świat z lamusa
Jakże już niemodny
Komu potrzebna
Ludzka słabość
Minionej epoki…
Nadszedł “lepszy” Dla “silnych” czas

09.11.2019

Nadzieja odchodzi ze mną

Odnalazłem pożółkłą
Obleczoną w przeszłość
Pamięć zapisaną
Młodzieńczym tekstem

Usłyszałem siebie
W nocnym seansie
Niemego kina snów
Podczas pierwszego – ach!

Kilka prostych rymów
W intymności serca,
Romantyczne kocham
Pachnącej ekstazy

Dziś znów imię miłości
Powróciło tęsknotą
Wnętrze płacze cicho…
Mefisto – dlaczego?

A Ona wiernie czeka
W mroku przemijania
Moja wielka… no właśnie
Zegar wybija kolejny rok

Nadzieja?

22.03.2020

Przyrzeczenie

Obiecałem Ojczyźnie i sobie
Że się w nowym roku zmienię
Bo i szronu przybyło na głowie
I społecznie mniejsze przyzwolenie.

Dziś po latach walki z PiS dyktatem
Walki w sprawie polskiej Konstytucji
Zrozumiałem czego chce nasz naród
Kasy, wódy, politycznej prostytucji…

Znów historia zatoczyła koło
Kiedyś były “Bar” i “Targowica”
A obecnie? – sorty – lepszy, gorszy
Władza PiS-u, dyktator, ulica.

Niepotrzebne są moim rodakom
Praworządność, jedność, demokracja
Dla nich ważne są treści z ambony,
Polityka dyktatu, populizm, dewiacja.

Żal mi naszej polskiej tożsamości,
Krwi ofiary przodków naszych…
Dziś historię nową pisze PiS-u władza
Dumnie kroczy nacjonalizm, faszyzm

Obiecałem Ojczyźnie i sobie
Że się w nowym roku zmienię
Gaśnie we mnie dusza romantyka
Pozostają gorycz i … łzawienie.

15.02.2020

Mojej Liluszce

Moja Żoneczka jak przed laty
Gdy ją ujrzałem po raz pierwszy
Uśmiechem kusi mnie codziennie
Więc nie żałuję dla niej wierszy.

Z ochotą biorę pióro w dłonie
W myślach przytulam mą Liluszkę
I piszę strofy, tylko dla niej
Bo ona jest mym dobrym duszkiem

Ona jest mamą mej córeczki
Płomykiem ciemnej duszy mojej
Jest tym kto sens nakreśla życia
Mojego życia… za nas troje.

Chociaż nie zawsze świeci słońce
Czasami wieje wiatr mi w oczy
To wiem że “jutro” będzie lepsze
Bo ona śmiało przy mnie kroczy.

Moja Liluszka jak przed laty,
Gdy ja ujrzałem po raz pierwszy,
Niezmienna treścią swoich uczuć
Miłością… wartą także wierszy.

13.04.2019

Z cyklu Apokryfy Broma

Apokryf XXXVIl

Wiatr znów nam
Wieje ze złej strony
Znów nie tę prawdę
W purpurze niesie
Zmienia się wiara
Ginie przeszłość
Nastał czas rządu
Dla nierządnych

Naród się ubrał
W czas pogardy
Ruszyła przed się
Myśl prostacza
Przewodnik powiódł
W otchłań bagien
Na horyzoncie
Widać strach

Dzwony na alarm
Biją żałośnie
Nikt nie chce słuchać
Ich wołania
Kupionym duszom
Dziwnie dobrze
A ja się boję
Wściekłość i żal

Dziś “dobra zmiana”
Jutro? Nie wiem
Nie wiem czy będzie
Dla nas jutro
Brunatny sztandar
Wciąż powiewa
I polskie krzyże
Na nich… Nikt

Na mojej starej
Polskiej ziemi
Jedność narodu
W błocie tonie
Nienawiść, kłamstwo
Płoną w ofierze
Nowemu Bogu
Smutny to dar

A ja wciąż szukam.

Listopad 2017 – 29. 04.2020

O jeden strach za dużo

O tym strachu
Co większy niż mój
Już powstały
Ballady i wiersze
Więc napiszę
Ja także
A niech tam
Nie ostatnim
Wszak będę
Nie pierwszym

Widać coś się
W przyrodzie zmieniło
Jakaś nowa
Zależność powstała…
Więc strach większy
Lub mniejszy
Jest teraz
W zależności
Od rozmiarów
Ciała

Nasz dyktator
Jest przecież
Niewielki
Nosi z sobą
Tę swoją drabinkę,
Więc go straszy….
Strachem Jego większym
Pożałujmy Jarka
Odrobinkę

Strachów mamy
W kraju dziś
Dostatek
Obrodziły latoś
Ponad miarę
Zaś strach
Sortu najlepszego,
Ten strach PiS-u
Jest ponad wymiarem

Ja nie równam
Tu mojego strachu
(Bo moj strach, strachem hołoty)
Z wielkim strachem
Jaśnie Kaczyńskiego
Jego strach jest Potężny
Wręcz złoty

Strachów mamy
W kraju dziś bez liku
Nikt nie może
Zaprzeczyć to fakt,
A kaczyści tworzą
Nam wciąż nowe
Więc empatii
Na kaczy strach
Brak

12.06.2020

Jezus czyli ten Idiota Don Kichot (Barataria)

Współczucie jest najważniejszym, a może jedynym prawem istnienia całej ludzkości.
Fiodor Dostojewski, Idiota, s. 256, przekład Jerzy Jędrzejewicz

Czułość jest najskromniejszą odmianą miłości.
Olga Tokarczuk, Wykład noblowski, str. 24

Ewa Maria Slaska

Prefiguracje i naśladownictwa

Czytam sobie tę książkę, Structure and Theme. “Don Quixote” to James Joyce Margaret Church, amerykańskiej literaturoznawczyni, ale, jak to w nauce anglosaskiej – piszącej przystępnie i zrozumiale. Church stawia tezę, że Don Kichot, pierwszy prawdziwy bohater powieściowy na świecie, był prefiguracją wszystkich ważnych, uniwersalnych bohaterów literackich. Z całą pewnością, twierdzi autorka, był wzorem księcia Lwa Nikołajewicza Myszkina, tego bożego pomyleńca, epileptyka, który ogląda świat oczami dziecka, widzi zatem, że król jest nagi.

No cóż, nie ma wyjścia, trzeba sięgnąć do Idioty, co jest właściwie całkiem interesującym zadaniem, bo nie czytałam tej książki ze 40 lat i oczywiście niewiele pamiętam. Albo nic. Oprócz tego, iż wiadomo było, że stłucze wazę. I stłukł.

Pewnego dnia książę pisze niespodziewanie liścik do swojej kuzynki, Agłai Jepanczyn.

Kiedyś zaszczyciła mnie Pani swoim zaufaniem. Może teraz Pani o mnie całkiem zapomniała. Jak się to mogło stać, że piszę do Pani? nie wiem: ale uczułem nieodparte pragnienie, żeby przypomnieć Pani o o sobie, właśnie Pani. Tak często wszystkie trzy panie były mi potrzebne, ale ze wszystkich trzech widziałem tylko Panią. Pani mi jest potrzebna, bardzo potrzebna. Nie mam nic do napisania o sobie, nic do opowiedzenia. Zresztą nie o to mi chodzi: strasznie bym chciał, żeby Pani była szczęśliwa. Czy Pani jest szczęśliwa? Tylko to chciałem Pani powiedzieć.

Brat pani ks. L. Myszkin.

Przeczytawszy ten króciutki i dosyć bezsensowny liścik. Agłaja nagle się zarumieniła i zamyśliła. Trudno by było odtworzyć bieg jej myśli. Między innymi spytała siebie: “Czy pokazać komukolwiek?” Było jej jakoś wstyd. Na koniec zresztą z drwiącymi i dziwnym uśmieszkiem wrzuciła liścik do swego stolika. Nazajutrz znowu go wyjęła i włożyła do grubej, oprawnej, z mocnym grzbietem książki (zawsze tak robiła ze swoimi papierami, żeby je w razie potrzeby móc szybko znaleźć). I dopiero po tygodniu przypadkiem spostrzegła, co to była za książka. Był to Don Kichot z La Manczy. Agłaja strasznie się uśmiała – nie wiedzieć czego.

Str. 212

Ale już kilka stron dalej Agłaja Jepanczyn potwierdzi i to w obecności wielu osób, w tym samego księcia, że i ona, i wielu innych widzą w nim uosobienie Don Kichota, a zarazem puszkinowskiego Biednego rycerza, który zresztą, co tu dużo gadać, jest Don Kichotem.

Aleksander Puszkin

Żył na świecie rycerz biedny
tłumaczył Julian Tuwim

Żył na świecie rycerz biedny,
Małomówny, prosty, twardy,
Z twarzy chmurny był i szpetny,
Duchem śmiały i otwarty.

Miał on kiedyś przywidzenie
Ponad rozum i pojęcie
I głębokie zachwycenie
Tkwiło w sercu i pamięci.

Od tej chwili duszą spłonął,
Na kobiety patrzeć przestał
I do żadnej, aż do zgonu,
Już się słowem nie odezwał.

Szyi szarfą nie okręcał,
Lecz różańcem, a przyłbica,
Gęstą kratą nasunięta,
Osłaniała jego lica.

Cudownemu wierny snowi,
Tchnąc miłością czystą, jasną,
A.M.D. na tarczy swojej
Rycerz krwią nakreślił własną.

I w pustyniach Palestyny,
Gdy po piasku i kamieniach
W bój pędzili paladyni,
Sławiąc damy swe z imienia,

– Lumen coeli! Sancta Rosa! –
Krzyczał dziki, opętany,
Gromem wpadał w bój i groza
Z nóg waliła muzułmany.

Gdy w rodzinne wrócił strony,
Wiódł surowe dni jak więzień,
Wciąż milczący, wciąż strapiony,
Aż samotnie zmarł w obłędzie.

Sceny z czasów rycerskich, 1835

Cóż, możnaby domniemywać, że książę uważany jest za Don Kichota dzięki owej, wynikającej z choroby, dziecinnej naiwności, jaką kieruje się w życiu, ale nie, bo na przykład na str. 313 jeden z bohaterów powieści, mówi, iż wszyscy wiedzą, że książę kieruje się w życiu rycerskimi poglądami co do obowiązków honoru i sumienia. O ile jednak książę sam kieruje się szlachetnością, to jednocześnie potrafi zrozumieć wszelkie ludzkie zachowania, każdą podłość, niegodziwość i słabość. Wszystko zrozumie, wyjaśni i wybaczy. Wdzi człowieka na wylot, i słowa, i czyny, i kłamstwa, i prawdę.

Zamiast niezwykłych przygód z owczarzami, pokutnikami i galernikami, księciu przydarzają się dziwaczne i niepojęte przygody z ludźmi, z których każdy chce go oszwabić lub wyśmiać, a prędzej czy później będzie zabiegał o jego przyjaźń, miłość i wybaczenie. Każda z tych historii kończy się podobnie: książę rozumie intencje szalbierza, wybacza je, ba, sam prosi o wybaczenie, robi to jednak niezręcznie, a może nawet wręcz obraźliwie i w końcu gotów jest za niezręczność tego przebaczenia zapłacić, przy czym te pieniądze są równie nierealne, co cięgi, jakie zbierają Don Kichot i Sancho Pansa. Jest to gruncie rzeczy ciągle ta sama opowieść, szkatułkowa i lustrzana. Renesansowa opowieść o przygodach ostatniego błędnego rycerza jest parodią traktowanych całkiem na poważnie średniowiecznych przygód króla Artura i jego rycerzy i powtarza się w Don Kichocie w kilkudziesięciu wersjach. Podobnie przygody księcia Lwa Nikołajewicza Myszkina w XIX-wiecznej Krainie Oszustów są wciąż i od nowa tą samą opowieścią, tylko że XIX-wieczni rozbójnicy zabijają plotkami, intrygami i machlojkami. Obu bohaterów dzieli 300 lat i… kobieta. Jest ona w renesansie zaledwie symboliczną figurą, w XIX wieku stanie się jednak złowrogą animą wszelkich poczynań. Jest młodą i piękną nierządnicą, prostytutką, kobietą lekkich obyczajów, utrzymanką, a jej siła polega na tym, że potrafi opanować nie tylko lubieżników, ale przede wszystkim – uczciwych, szlachetnych i inteligentnych mężczyzn. Andreas Leverkühn zostaje na całe życie zarażony syfilisem przez prostytutkę Esmeraldę hetaerę, Swann traci dziesięć lat życia dla Odetty, kobiety, którą każdy mógł mieć, ale która jego właśnie nie chciała. I nawet, jak to sam sceptycznie przyznaje, właściwie wcale mu się nie podobała. Rosa Fröhlich, czyli Błękitny Anioł doprowadza do upadku profesora Unrata. Szlachetny i naiwny książę Myszkin staje się ofiarą manipulacji ze strony Nastazji Filipowny, i tak dalej, i tak dalej…

Inne jest też uwikłanie księcia Myszkina w uczucia dwóch kobiet, tej jednej – dobrej i porządnej, acz złośliwej, i tj drugiej – nierządnicy i obłąkanej. Książe kocha je obie i obie traci. Obie kochają w nim to samo – dziecięcą uczciwość i szlachetność. Agłaja Jepanczyn uświadamia to sobie, czytając na głos, w salonie, przy ludziach wiersz Puszkina o biednym rycerzu. Nikt podczas tego pierwszego głośnego czytania nie uświadamia sobie, że to wiersz proroczy i że wszystko już zostało w nim powiedziane.

Gdy w rodzinne wrócił strony,
Wiódł surowe dni jak więzień,
Wciąż milczący, wciąż strapiony,
Aż samotnie zmarł w obłędzie.

Tak będzie i z księciem, który chory wyjedzie z powrotem do Szwajcarii i tam umrze.