Rozmowy polskie jesienią 2020 roku

Ela Kargol i Ewa Maria Slaska

Rozmowa facebookowa 24 sierpnia po wycieczce do Szczecina. Urywany charakter rozmowy, powtarzanie się zdań i nieprzystawalność argumentów w dyskusji, bo w międzyczasie pojawiają się inne uwagi, należą do symptomów aktualnego stanu komunikacji międzyludzkiej, więc nie próbowałam tego zmienić tak, by nasza debata z Elą była jasna i czytelna. Proszę Czytelników o wyrozumiałość i podążanie za meandrowym sposobem komunikacji.

Ela: Byłyśmy z siostrą na placu Solidarności, obejrzałyśmy mural wykonany na 40 lecie sierpnia.

Ela: Byłyśmy też przy przygotowaniach do ponownego odsłonięcia muralu Iwaszkiewicza. Odsłonięty w czerwcu, po kilku dniach zamalowany czerwoną farbą, miał być odsłonięty dzisiaj i był (tylko w innej formie), bo w przeddzień został znowu potraktowany, tym razem czarną, farbą.
Ela: Mural z cytatem Iwaszkiewicza w Szczecinie zniszczony
Ela: https://images.app.goo.gl/fbVetjEsCeQrob5y8

Ela: To był ten oryginalny:

Ela: Inna sztuka pod trasą zamkową trzyma się dobrze.

Ewa: Gejowski list miłosny… oburzające akty wandalizmu i agresji anty wiadomo co. Ale z drugiej strony jest też pytanie o szacunek dla intymnych spraw innych ludzi. Ciekawe, czy Iwaszkiewicz by chciał, żeby ten list (i inne) w ogóle został opublikowany, a co dopiero z nazwiskiem jego i jego kochanka znalazł się na muralu…?
Ewa: On był dyskretny, ukrywał się ze swoim homoseksualizmem. Jak Tomasz Mann. Obaj mieli żony, dzieci, pozory normalnego życia.

Ela: O tym samym myślałam w czerwcu, ale potem było mi bardziej przykro, że go zniszczyli. Teraz to będzie już taka przepychanka.
Ela: Każda z nas pisała (chyba) listy miłosne.

Podwórko koło Café Berlin w Szczecinie

Ewa: No, ale nie wiem, czy bym chciała obejrzeć cytaty z moich listów na muralu.
Ewa: Z naszymi nazwiskami i zdjęciami i informacją, że mój kochanek był o kilkanaście lat młodszym gejem.
Ewa: Oboje się tego do dziś nie wstydzimy, ale czy to ma iść na mural?

Ela: No i trochę masz rację, że to prywatne sprawy, ale one były już publikowane.
Ela: Te sprawy nie wyszły na jaw na tym muralu.
Ewa: Dla naukowców nie, ale dla zwykłych ludzi na pewno.
Ewa: Rozumiem, że to jest element walki o tolerancję, ale czuję się z tą sprawą niedobrze.

Ela: Ale to wyznanie miłosne jest piękne, mnie się w sumie pomysł podobał.
Ela: Cytujemy cały czas, że ich tak nazwę, “wipów”

Ewa: Każde prawdziwe wyznanie miłosne jest piękne, ale jako mural wydaje mi się nadużyciem.
Ewa: Trzeba było zapytać np. “Michaśkę” Witkowskiego i jego kochanka, czy by dali wyznanie, nazwiska i zdjęcia na mural!?
Ewa: Albo Dehnela i jego męża

Ela: Do moich chłopaków (dużo ich nie było) pisałam: “a gdy będę zakochana, wyślę panu list i klucz”, może teraz cytowałabym Iwaszkiewicza.

Ewa: Dla naukowców nie było to nic nowego, ale dla zwykłych ludzi na pewno.
Ela: Zwykli ludzie nie będą szukać malunków pod trasą zamkową, choć teraz po tych kolejnych zamalowywaniach media nagłośniły sprawę.

Ewa: On był dyskretny, ukrywał się ze swoim homoseksualizmem. Jak Tomasz Mann, jak Marcel Proust, jak Federico Garcia Lorca.
Ela: Masz racje, tę dyskretność należałoby uszanować. Z tym szanowaniem pewnych zasad młodzi mają problem. Jest przyzwolenie na przekraczanie pewnych zasad, ale w tym przypadku nie widzę niczego złego. W dzisiejszych czasach on nie musiałby się ukrywać.

Ewa: Ale mógłby chcieć. Mam kilku znajomych, którzy to robią… Nawet w Berlinie.
Ewa: Oni nie mogą w tej sprawie sami o sobie zadecydować
Ewa: A my naruszamy ich intymność.
Ewa: Poza tym w Polsce jednak ludzie nadal się ukrywają.

Ela: Tak.

Ewa: Czy mogę zrobić wpis z tej naszej dyskusji o Iwaszkiewiczu?
Ela: Pewnie, że tak, podeślę Ci zdjęcia
Ewa: Super. Mogę napisać, że ty to ty?
Ela: Napisz, że ja to ja i że jestem za. Teraz przez to wszystko, co się stało i stanie, i jakie wipy mają w tym udział, cała rzecz się inaczej potoczy. Pomysł z chatem na komórce jest super. I tak jak chyba pisałam: sztuka, czyli te inne malunki pod trasą zamkową mają się dobrze. A jest ich dużo.

Ela: Otwarcie było w czerwcu i ja w ten dzień byłam w Szczecinie, ale o tym nie wiedziałam, no więc jak przeczytałam, że jest drugie otwarcie, chciałam zobaczyć. Do otwarcia nie dotrwałyśmy, bo siostra już nie chciała.
Ela: Jak o tym piszesz, że to zbyt osobiste… To wyobrażam sobie, że to ręka z zaświatów, albo ręce zamalowują chat, no bo inaczej nie mogą usunąć.
Ela: Ale spójrz na fb czy innego instagrama, ile tam jest treści osobistych, nie tylko naszych, wstawiamy zdjęcia dziadków, którzy nie żyją. Ja opowiadam o miłostkach moich rodziców, o tym, że za Niemca ojcu było lepiej, że dziadek budował Oświęcim… Nie wiemy, jak by Iwaszkiewicz postąpił w naszych czasach. Ten odstęp tylu lat pozwala nam inaczej na wszystko spojrzeć.
Ela: Teraz doczytałam, że wnuczka Iwaszkiewicza była też potem w Trafo (galeria, która zainicjowała namalowanie muralu o Iwaszkiewiczu – przyp. EMS). Z małej chmury duży deszcz. Teraz to już cały świat się dowiedział.

Ewa: Ale przecież o to chodziło!
Ela: Tak, tak, ale nie wiem, czy od początku o to chodziło, rozmawiałam krótko z Moniką Tichy (aktywistką LGBT w Szczecinie – przyp. EMS), pytając, co dalej. Jakoś tak krótko odpowiedziała, że sama nie wie, że wszystko potoczy się samo dalej i że to na pewno nie koniec całej akcji.

Zdjęcia: Ela Kargol

Budapeszt, fryzjer, węgierski chłopiec i korona (2)

Ela Kargol

Dzień drugi naszego trzydniowego pobytu w Budapeszcie był dniem deszczowym, niezorganizowanym, gubiliśmy się w mieście, pływaliśmy po Dunaju promem komunikacji miejskiej, od brzegu do brzegu, próbowaliśmy wejść do parlamentu, ale nam się nie chciało albo nie udało. Potężny Gyula Andrássy (https://pl.wikipedia.org/wiki/Gyula_Andrassy) na koniu i cokole, były premier królestwa Węgier i uczestnik powstania w latach 1848-1849, strzegł go dzielnie.

Stacje metra były na mapie, ale w rzeczywistości ich nie było. Wszystkiemu winna była palinka, wypita poprzedniego dnia w urodziny Kingi, Ludwika i Tomka. Palinka przypomina naszą rodzimą przepalankę,(https://pl.wikipedia.org/wiki/Palinka), a kuchnia węgierska bez palinki jest po prostu niestrawna. Trzeciego dnia Helcia i ja myślałyśmy już o pójściu do McDonalda, całe szczęście znaleźliśmy restaurację belgijską. I właśnie w ten deszczowy dzień rodzina zdecydowała za mnie: „Jedziemy na Csepel do Węgierskiego Chłopca”. Dokładny adres znalazłam na węgierskiej stronie internetowej, przekazałam Helci i jazda, dość długa, tramwajem, metrem i kolejką podmiejską skończyła się sukcesem. Była już późna godzina popołudniowa i krajobrazy mijanych pól, nieużytków i pozostawionych domostw z tektury, trochę niepokoiły. Wreszcie dojechaliśmy. Przystanek i Plac noszą nazwę świętego Emeryka, syna i następcy świętego Stefana, równolatka Bolesława Chrobrego, u którego w Gnieźnie Emeryk jakiś czas gościł. Na środku placu jest kościół rzymskokatolicki pw. Narodzenia Najświętszej Maryi Panny, wokół jest park z alejkami, którymi mieszkańcy skracają sobie drogi w różnych kierunkach. I wreszcie jest. On. Chłopiec z Pesztu, po węgiersku „Pesti srác”, choć brzmi to dość śmiesznie dla polskiego ucha. Niewielki postument chłopca z karabinem, taki sam, który w Szczecinie stoi na Jasnych Błoniach stanął w 2016 roku na placu Szent Imre w Csepel, dzielnicy robotniczej o tradycjach stoczniowo-portowych jak w Szczecinie. Csepel jest częścią wyspy o tej samej nazwie. Dzielnica, która mocno ucierpiała jesienią 1956 roku, dzielnica, dokąd mieszkańcy Szczecina wysyłali krew, lekarstwa, żywność, ubrania, a nawet zabawki. Cała historia tego zaangażowania szczecinian i pomocy mieszkańcom Csepla jest opisana na tablicach informacyjnych stojących na brzegu placu. Plac jest monitorowany, o czym mogliśmy się po kilku minutach pobytu na nim przekonać. Pomnika dotykałam i obchodziłam go z każdej strony, ustawiałam się do zdjęcia. Byłam szczęśliwa, że mój budapesztański plan się spełnia. Stan szczęścia przerwała głośna syrena i głos mówiący przez megafon po węgiersku, lecz dopiero, gdy ochroniarz ruszył w naszym kierunku, zorientowaliśmy się, że to wszystko nas dotyczy. Pędził prosto na nas, wymachując rękoma krzyczał: „Kamera!, Kamera!, Kamera!” Zorientowałam się od razu, pochodzę z czasów, kiedy nie należało deptać trawników, a „Pesti srác” stał na trawniku. Nie pomogły zapewnienia, że jesteśmy from Poland, ja nawet byłam na tę chwilę from Szczecin. Od pomnika musieliśmy odstąpić i podziwiać z należytej odległości, tak jak wszystkie pomniki na tym placu, pomnik Nepomucena, Emeryka, rewolucji węgierskiej i inne. Jedynie tablicom ze szczegółowym opisem pomocy szczecinian mieszkańcom Csepla mogliśmy przyjrzeć się dokładniej. Jestem pod wrażeniem. Co tam Jadwiga, co tam Jagiełło, Bem, Kinga! Bratanki nie muszą być królami, ani wodzami, ani świętymi. To zwykli ludzie, do szabli, szklanki, pomocy, przyjaźni.

Wracając do naszej dzielnicy na nocleg byliśmy świadkami tzw. „wystawki”, czyli wyprzątania mieszkań i piwnic z rzeczy niepotrzebnych niektórym, a poptrzebnych innym. Jak widać Marie Kondo wszędzie ma swoich sympatyków. Zapytany chłopak, szperający w kartonie z książkami opowiadał, że taka akcja przeprowadzana jest raz do roku na koszt miasta. Każdy przy tym znajdzie coś dla siebie, ludność biedniejsza zaopatruje się w ten sposób w meble, sprzęty gospodarstwa domowego, niektórzy biorą inne niepotrzebne rzeczy, by je na drugi rok znowu wystawić. Większość zostaje na ulicach do następnego ranka, kiedy wszystko zostaje posprzątane przez tutejsze firmy trudniące się wywozem śmieci. My również nie mogliśmy się oprzeć zabraniu kilku książek, które, wyjeżdżając, z ciężkim sercem zostawiliśmy w w naszym wynajmowanym mieszkaniu. Nikt z nas nie zna węgierskiego, nie przeczytałby więc „Zbrodni i kary” a tym bardziej „Fausta” Goethego w tym języku. Perłą wśród znalezionych książek okazał się prawie stuletni FOHASZ, modlitewnik dla żydowskich kobiet.

Im mniejsze państwo, tym większe pomniki, tak powtarzał często węgierski kolega Tomka. Gdy dojechaliśmy zabytkowym metrem do Placu Bohaterów, mogliśmy sami się o tym przekonać. Na środku wznosi się kolumna archanioła Gabriela, który według legendy podarował koronę pierwszemu kólowi Węgier, Stefanowi. Stał tu też pomnik Stalina, zniszczony podczas rewolucji w 1956 roku, a po nim Lenina. Archanioła Gabriela otacza półkolista kolumnada podzielona na pół, a w niej wszyscy ważni Węgrzy. Habsburgów po II wojnie światowej nie odrestaurowano, zastąpiono Węgrami, jednym wśród nich jest polski król Ludwik Węgierski.

Księżyc był prawie w pełni, a za placem, który nas przytłoczył swoją wielkością i monumentalnością połyskiwał w poświacie księżyca i reflektrów kolejny potężny zamek, który okazał się zabytkowym „Disneylandem” (https://pl.wikipedia.org/wiki/Zamek_Vajdahunyad). Zespół historycznych budynków, wybudowany ponad 100 lat temu w różnych stylach z różnych epok, jest konglomerat kopii znanych nie tylko węgierskich budowli, począwszy od średniowiecza, a skończywszy na baroku. Spacer prawie romantyczny przerwała wygrywana na skrzypcach melodia dość dobrze mi znanej „dzieweczki, co do laseczka szła”. Podeszliśmy bliżej, ja zaczęłam podśpiewywać, a skrzypek grał i grał. Potem koniecznie chciał nauczyć naszą córkę trudnej sztuki gry na skrzypcach. Mówił, że nie każdy urodził się Paganinim, ale bez pracy nie ma kołaczy.

Po chwili padły słowa, na które cały czas czekałam, o bratankach tych do szabli i do szklanki. Helci musieliśmy wytłumaczyć, że ten pan nie ma w Polsce bratanków, chociaż właściwie ma, tak samo jak my ich mamy na Węgrzech.

8 marca wracaliśmy do Berlina, po trzech dniach budapesztańskiej przygody. Zmierzono nam już na lotnisku temperaturę, odebrano słoiczek z ostrą papryką, a stewardesy przywitały nas w maskach.

Koronowanych głów niestety przybywało.

Nie znałam larendogry, ale nawet wikipedia poświęca jej krótką wzmiankę (https://pl.wikipedia.org/wiki/Larendogra), a inne strony piszą o niej jeszcze obszerniej. Larendogra, woda królowej węgierskiej, matki króla Węgier i Polski Ludwika Węgierskiego, nie tylko odmładza i jest kosmetykiem, jest również lekiem na całe zło, a więc lekiem, którego w dzisiejszych czasach należy spróbować:

Woda ta (a raczej nalewka) jest godna podziwu przeciw wszystkim przeziębieniom i powodowanym wilgocią chorobom głowy, apopleksji, epilepsji, zawrotom głowy, letargowi, paraliżowi, chorobom nerwów, reumatyzmowi, skazom, skurczom konwulsjom. Utracie pamięci, tępocie, śpiączce, senności, głuchocie, szumom w uszach, zaburzeniom widzenia, koagulacji krwi, bólom głowy powodowanym flegmą i humorami. Pokonuje bóle zębów, bóle i słabości żołądka, zapalenie opłucnej, brak apetytu i złe trawienie, obstrukcje wątroby, śledziony, jelit i macicy. Przyjmuje i konserwuje naturalne ciepło. Odnawia zdolności i funkcje ciała, nawet w starości (tak mówią). Niewiele jest remediów dających tak wiele dobrych efektów. Podawać wewnętrznie w winie lub wódce, przemywać nią skronie, wdychać nozdrzami.

(https://www.hajduczeknaturalnie.pl/tonik-larendogra-naturalny-specyfik/)

Budapeszt, fryzjer, węgierski chłopiec i korona (1)

Ela Kargol

O tym, że pojedziemy do Budapesztu, wiedzieliśmy już od kilku miesięcy. Był to prezent, trochę przypadkowy, od naszej młodszej córki Heleny, obejmujący wiele okazji, począwszy od Świąt Bożego Narodzenia przez Dzień Babci i Dziadka, skończywszy na Dniu Kobiet. Po drodze była jeszcze najważniejsza uroczystość, a mianowicie 60 urodziny mojego męża, Tomka.

Nasza starsza córka Marta spędziła w zeszłym roku kilka dni w stolicy Węgier i cała w zachwytach podarowała nam przewodniki, udzieliła wskazówek i rad typu: “Co musimy koniecznie zobaczyć!”
Czasu było dużo, więc można było się solidnie przygotować, tym bardziej, że żadne z nas nie jest ignorantem w sprawach poznawania nowych miejsc, innej kultury i innej, choć często wspólnej, historii.

Dwa dni przed planowanym wyjazdem zapytałam Tomka, czy zajrzał do przewodników. On na to, że w zasadzie wszystko wie, jest Buda i jest Peszt, a w pracy miał kiedyś kolegę Węgra, jakby to w czymś miało pomóc. Ja wspomniałam coś o Batorym i Jadwidze Andegaweńskiej, córka Helena, że nie wiadomo, czy w ogóle polecimy, bo zbliża się wirus korony i jeżeli dolecimy, to ona i tak nie wyjdzie z wynajętego mieszkania, najwyżej na krótki spacer w samotności.

Dla Tomka oprócz wspomnianych dwóch części miasta i kolegi Węgra najważniejsza miała być wizyta u fryzjera w Budapeszcie. Ten zwyczaj powstał wiele lat temu, kiedy to po raz pierwszy byliśmy w Stanach. Na pytanie “Jak było w Ameryce?” mój mąż odpowiadał: “Byłem u fryzjera”. Później już wszystkie wyjazdy dalsze i bliższe związane były z wizytą w salonie fryzjerskim.

Dzień przed wylotem do Budapesztu przypomniałam sobie o Węgierskim Chłopcu“, pomniku, stojącym na Jasnych Błoniach, w Szczecinie, mieście, które kocham, i odwiedzam w każdej wolnej chwili. Wiedziałam, że bliźniacza rzeźba stoi w Budapeszcie i chciałam ją koniecznie zobaczyć. Wprawdzie oba pomniki powstały w czasach autorytarnych rządów obu krajów, w roku 2016, ale nawiązują do historii z roku 1956, kiedy to „Węgrzy maszerowali pod poskimi sztandarami i z wizerunkami orła białego dnia 23 października 1956. Na transparentach widniały napisy: „Niech żyje odważna polska młodzież”, „Niech żyją polskie zmiany”, „Bem, Kossuth, Petöfi”. Marsz zakończył się pod pomnikiem bohatera Polski i Węgier – Józefa Bema odczytaniem listy żądań studentów. Studenci węgierscy skandowali hasło: „Polska ukazuje drogę…” Solidarnościowa demonstracja studentów węgierskich z protestami polskich robotników stała się przyczyną wybuchu Powstania na Węgrzech w roku 1956“ (https://pl.wikipedia.org/wiki/Stosunki_polsko-wegierskie).

Powstanie, nazwane później rewolucją węgierską, zostało krwawo stłumione przez wojska radzieckie. W wyniku walk zginęło po węgierskiej stronie 2500 osób, ponad 20 tysięcy aresztowano lub internowano, a około 200 tysięcy osób uciekło z kraju do Austrii i Jugosławii. Polacy, już po odwilży gomółkowskiej, a właściwie w czasie jej trwania, zareagowali natychmiast, zaangażowali się w pomoc narodowi węgierskiemu, przekazując krew, lekarstwa, żywność i artykuły pierwszej potrzeby. Dary ze Szczecina przekazano do robotniczego Csepel, dzielnicy na obrzeżach Budapesztu, w jego południowej części. O tej dzielnicy nie piszą przewodniki. Dojazd do niej z centrum Budapesztu był dość skomplikowany, ale to najważniejsze moje budapesztańskie życzenie zostało w pełni zrealizowane i spełnione.

Inaczej rzecz się miała z życzeniami dalszych członków rodziny. Nasza córka nie została w mieszkaniu, które nazywało się obiecująco „Balzac apartament”, a było zwykłą kawalerką z całym zachowanym wyposażeniem z lat 80 ubiegłego wieku. Lot był tani, mieszkanie tanie, ale takie, że niekoniecznie chciałoby się spędzać w nim całe dnie. Helcia stwierdziła, że z „koroną“ jeszcze nie jest tak źle, a my sobie nie poradzimy bez komórek, tylko z mapą. Tomka plany też legły w gruzach, choć na naszej budapesztańskiej ulicy Balzaka było aż czterech fryzjerów. Jeden był zamknięty, drugi zbyt ekskluzywny, a u dwóch pozostałych trzeba było zawsze poczekać godzinę. Tomek w końcu stwierdził, że do fryzjera pójdzie w Lachowicach pod Suchą Beskidzką, dokąd mieliśmy pojechać wkrótce potem. Bądź co bądź trochę ponad sto lat temu były to Austro-Węgry, a moja beskidzka babcia śpiewała o Franciszku Józefie cesarzu Austrii i królu Węgier pochwalne pieśni.

Wylądowaliśmy w Budapeszcie 5 marca, na lotnisku Ferenca Liszta, w dniu urodzin mojego męża Tomka (1960), świętej Kingi (1234) i Ludwika Węgierskiego (1326), przyszłego króla Polski.

Mieszkaliśmy w Peszcie, ale pierwszy dzień spędziliśmy w Budzie, a wieczór w węgierskiej knajpie, nie pamiętam po której stronie miasta, gdzie świętowaliśmy potrójne urodziny.

Do Budy zaprowadził nas Most Elżbiety (żony Franciszka Józefa, czyli Sissi. Jest jeszcze dzielnica żydowska nazwana jej imieniem), wprost na Wzgórze Gellerta, wzgórze samych sprzeczności. Kiedyś zbierały się na nim czarownice i odprawiały sabat, potem przybył biskup Gellert, chcący nawrócić niewiernych, ale poganie poradzili sobie z biskupem, spuszczając go ze szczytu w drewnianej beczce. Pomnik Wolności na szczycie, postawiony w podzięce Armii Czerwonej, po zdjęciu czerwonej gwiazdy upamiętnia wszystkich, którzy polegli za Węgry. Nawet roślinność jest przeciwstawna, na stoku południowym śródziemnomorska, a na północnym prawie alpejska. Spojrzałam na Dunaj, a on piękny i modry tylko u Straussa i w fotoshopie, majestatyczny, dzielący i łączący miasto. Ruszyliśmy do zamku.

Najstarsze zachowane fundamenty Zamku Królewskiego w Budzie pochodzą podobno z czasów Ludwika Węgierskiego. Ludwik, król Polski w latach 1370–1382, nie posiadając męskiego potomka, przekupił szlachtę polską i łapówkarstwem załatwił dziedziczenie tronu swojej córce Jadwidze, właśnie tej Jadwidze Andegaweńskiej, która musiała poślubić Jagiełłę i zrezygnować z zaręczyn z Wilhelmem Habsburgiem. Setki lat Jadwiga wraz z Kingą czekały na kanonizację. No i wreszcie, po znajomości, się jej doczekały. Obie stały się świętymi i patronkami Polski za sprawą papieża Polaka. Pomnik Jadwigi i Jagiełły znaleźliśmy w Budzie przy Bramie Wiedeńskiej, dość nowoczesny, odsłonięty nie tak dawno, powstał z inicjatywy i na koszt Litwy. Żartując jeszcze z „korony”, dotykaliśmy koron obu władców Polski, Litwina i Węgierki, siedzących w dość dużej odległości od siebie, takiej jak odległy był ich związek małżeński i tak jak nakazuje dzisiejszy czas pandemii. W środku insygnia ich władzy, którymi w imię wyższej konieczności ich połączono. Pomnik samej Jadwigi, bez męża ustawiony naprzeciwko pomnika Kingi przy kościele śródmiejskim pw. NMP jest dużo radośniejszy. Nieszczęśliwy był też Batory, zmuszony do ślubu z 10 lat od niego starszą 53-letnią Anną Jagiellonką. Jego pomnik stoi w w dość nieciekawym miejscu, jakby opuszczony, małoważny. A przy jego grobie na Wawelu Węgrzy zawsze przystają i śpiewają hymn „Boże zbaw Węgrów” i wtedy Batory staje się ważny.

Jeśli już o pomnikach piszę, Budapeszt to miasto pomników, pomniczków, monumentów, postumentów, statui (tak się odmienia w liczbie mnogiej statua!), rzeźb na fasadach, na dachach, na stacjach metra, w bramach, parkach, mostach i na… cokołach jak przystało. Pomniki towarzyszyły nam wszędzie. Pan z psem, robotnik z młotem, człowiek z beczkami, Colombo z jamnikiem, maszkaron nad bramą, święty Stefan i święty Emeryk, ryczący lew przy zamku w Budzie, mityczny ptak Madziarów, turul, Węgierski Chłopiec i wiele innych postaci ważnych dla Węgrów, mnie zupełnie nieznanych. Największe jednak wrażenie robią na nas „Buty na brzegu Dunaju”. Pomnik przedstawia 60 par butów damskich, męskich, dziecięcych. Upamiętniają one ludzi, przede wszystkim Żydów, którzy zostali tutaj rozstrzelani, a ich ciała wpadły do Dunaju. Napis na tablicy pamiątkowej w języku węgierskim, angielskim i hebrajskim głosi: Pamięci budapeszteńskich ofiar rozstrzelanych nad brzegiem Dunaju przez uzbrojonych strzałokrzyżowców (było to faszystowskie ugrupowanie założone w 1935 roku, w czasie II wojny światowej kolaborujące z Trzecią Rzeszą).

W ten dzień byliśmy w synagodze budapesztańskiej, największej w Europie, choć przewodniczka, opowiadająca o niej, dodała, że tych największych w Europie jest kilka. Na dziedzińcu pomnik płaczącej wierzby, której metalowe gałązki i liście z wygrawerowanymi nazwiskami zamordowanych Żydów dźwięczą na wietrze, jakby chciały przypomnieć o Holokauście i skomplikowanej historii Węgrów.

Niedaleko dworca Kaleti, dworca wschodniego, wybudowanego w latach 80 XIX wieku, dworca, na który wjeżdżają pociągi z Polski, leży potężny, jak wszystko w tym mieście, cmentarz Kerepesi. Od 1855 roku Węgrzy chowają tutaj swoich zasłużonych artystów, polityków, dziennikarzy, architektów, no jednym słowem wielkich i ważnych ludzi. Grobowce wzbogacone są majestatycznymi rzeźbami. Nad wszystkimi góruje mauzoleum Lajosa Kossutha, wielkiego przywódcy walki o niepodległość z czasów Wiosny Ludów. Pomnik Józefa Bema, przyjaciela Kossutha, bohatera węgierskiego z tamtych czasów i nabrzeże jego imienia musieliśmy minąć idąc na wyspę Małgorzaty. Oprócz pomnika „ojczulka Bema”, jak go nazywali Węgrzy, znajduje się w tym mieście 14 placów oraz ulic noszących jego imię. Czyli chodząc dużo po mieście, być może stąpaliśmy po jednej z nich.

Ciąg dalszy jutro

Wien im März 2017 / Wiedeń marzec 2017

Ewa Maria Slaska

Groby i muzyka / Gräber und Musik

für Deutsch bitte Bissl nach unten skrollen oder einfach die Blaueschrift verfolgen

Nie znałam tej piosenki, w życiu nie słyszałam o Wolfgangu Ambrosie, muzyka w Wiedniu to byli zmarły tajemniczą śmiercią Mozart, Haydn, stary i głuchy geniusz -Beethoven, mój ulubiony Franz Schubert, może jeszcze Johann Strauss, którego każdy zna, nawet jak nie lubi operetki, no i oczywiście Falco, którego akurat teraz wszyscy w Wiedniu przypominają, bo w lutym przyszłego roku minie 20 lat od jego tragicznej śmierci w wypadku samochodowym.

Tymczasem jednak opowieść o umarłych muzykach z Wiednia zaczynam od Wolfganga Ambrosa, a dlatego że świetny piosenkarz berliński, Andrzej Klukowski czyli Andy Klukos, podsunął mi na Facebooku linka do tej piosenki. Samym Andrzejem zajmę się kiedy indziej, tu tylko powiem, że jest autorem inteligentnych piosenek antyrządowych. Podczas protestu kobiet 23 października zeszłego roku na Warschauer Brücke Andrzej śpiewał Kto się boi czarnej baby, ale posłuchajcie też takich piosenek jak Ballada o Lechu, Mam dość czy Tu przyjdą za nami miliony.

Ich war in Wien auf dem Zentralfriedhof (endlich… seit Jahren wollte ich und immer kam etwas dazwischen) und schaute mir die Musikergräber an. Passend dazu beginne ich mit dem Lied von Wolfgang Ambros, Es lebe der Zentralfriedhof. Lustiges Lied… Ambros widmete es tatsäschlich dem Friedhof zu seinem 100. Geburtstag. Es war das Jahr 1975.

Es lebe der Zentralfriedhof, und olle seine Toten.
Der Eintritt is’ für Lebende heit’ ausnahmslos verboten,
weü da Tod a Fest heit’ gibt die gonze lange Nocht,
und von die Gäst’ ka anziger a Eintrittskort’n braucht.
Wann’s Nocht wird über Simmering, kummt Leben in die Toten,
und drüb’n beim Krematorium tan’s Knochenmork ohbrot’n.
Dort hinten bei der Marmorgruft, durt stengan zwa Skelette,
die stess’n mit zwa Urnen on und saufen um die Wette.
Am Zentralfriedhof is’ Stimmung, wia’s sei Lebtoch no net wor,
weu olle Tot’n feiern heite seine erscht’n hundert Johr’.
Es lebe der Zentralfriedhof, und seine Jubilare.
Sie lieg’n und sie verfeul’n scho durt seit über hundert Jahre.
Drauß’t is’ koit und drunt’ is’ worm,
nur monchmol a bissel feucht,

A-wann ma so drunt’ liegt, freut man sich, wenn’s Grablaternderl leucht’.
Es lebe der Zentralfriedhof, die Szene wirkt makaber.
Die Pforrer tanz’n mit die Hur’n, und Juden mit Araber.
Heit san olle wieder lustich, heit lebt ollas auf,
im Mausoleum spü’t a Band,
die hot an Wohnsinnshammer d’rauf.

Am Zentralfriedhof is’ Stimmung, wia’s sei Lebtoch no net wor,
weu olle Tot’n feiern heite seine erscht’n hundert Johr’.
Es lebe der Zentralfriedhof, auf amoi mocht’s an Schnoiza,
da Moser singt’s Fiakerliad,
und die Schrammeln spü’n an Woiza.

Auf amoi is’ die Musi stü, und olle Augen glänz’n,
weu dort drü’m steht da Knoch’nmonn
und winkt mit seiner Sens’n.

Am Zentralfriedhof is’ Stimmung, wia’s sei Lebtoch no net wor,
weu olle Tot’n feiern heite seine erscht’n hundert Johr’.

Der Wiener Zentralfriedhof wurde 1874 eröffnet und zählt mit einer Fläche von fast 2,5 km² und rund 330.000 Grabstellen zu den größten Friedhofsanlagen Europas. Er gehört aufgrund seiner vielen Ehrengräber, der Jugendstil-Bauwerke und des weitläufigen Areals zu den besonderen Sehenswürdigkeiten der Stadt Wien.

Allerseelen 1903, Friedhofsbesucher auf der Simmeringer Hauptstraße auf dem Weg zum Zentralfriedhof

Wikipedia, von der ich die obigen Zeilen geliehen habe, berichtet noch dazu, dass zu seiner Geburtsstunde der Zentralfriedhof häufig kritisiert wurde und bei der Bevölkerung nicht sehr beliebt war. Es wurde die Trostlosigkeit des Areals bekrittelt, da im Vergleich zu heute nur eine karge Vegetation vorherrschte, außerdem verzögerte sich die Errichtung der dazugehörigen Bauwerke. Friedhofsbesucher mussten eine lange und mitunter beschwerliche Anreise auf sich nehmen, da es zu dieser Zeit noch keine direkte Bahnverbindung zum Friedhofsgelände gab. Im Oktober 1874 fasste eine Wiener Zeitung diese Stimmung in der Frage zusammen: „Eine Stunde Fahrzeit, zwischen Schlachthäusern und Heide und Bauern, und wofür?“

Heute ist der Friedhof verkehrs-technisch sehr gut erschlossen, vor allem mit der berühmten Strassenbahn Nummer 71, und bietet dem Besucher ein einmaliges Erlebnis, einen Spaziergang durch ein groszügig angelegtes Areal mit den interessanten Bauwerke, üppigem Grün und faszinierender Geschichte der hier Begrabenen.

A więc groby muzyków (na więcej nie starczyło czasu)
Also die Musikergräber (fürs mehr reichte die Zeit nicht)

Oto lista, na pewno niekompletna / Hier die Liste, ohne den Vollständigkeitsanspruch

Ludwig van Beethoven 1770–1827
Johannes Brahms 1833–1897
György Ligeti 1923–2006
Arnold Schönberg 1874–1951
Franz Schubert 1797–1828
Robert Stolz 1880–1975
Johann Strauß (Vater) 1804–1849
Johann Strauß (Sohn) 1825–1899
Franz von Suppé 1819–1895
Hugo Wiener 1904–1993
Hugo Wolf 1860–1903
Joe Zawinul 1932–2007
Falco (Johann Hölzel) 1957–1998
Fatty George 1927–1982
Hans Gillesberger 1909–1986
Ferdinand Grossmann 1887–1970
Hermann Leopoldi 1888–1959
Peter Wehle 1914–1986
Carl Zeller 1842–1898

Oczywiście na wszystkich muzyków też nie starczyło czasu, a częstokroć i wiedzy; poza tym i tak pokażę tu tylko tych, których muzykę lubię.

Natürlich die Zeit reichte gar für alle Musiker nicht, dazumal auch nicht immer das nötige Wissen vorhanden war; und sowieso zeige ich hier nur die, die ich mag.

Falco, ein Grab mit den Titeln seiner Hits wie Vienna calling, Komissar, Ganz Vien und Rock me Amadeus / Na płycie nagrobnej tytuły jego największych przebojów (koniecznie posłuchajcie! pierwszy porządny europejski rap!)

Pomnik Wolfganga Amadeusa Mozarta (grobu, jak wiemy nie ma) – do posłuchania Aria Królowej Nocy w wykonaniu Bogny Sokorskiej / Mozarts Denkmal (das Grab gibt es, wie wir wissen, nicht) – zum hinhören die Arie der Königin der Nacht

Franz Schubert – zapewne powinnam tu przywołać Pstrąga, ale zdecydowałam się jednak na Śmierć i dziewczynę. Pstrąg zaraz potem. / Das berühmteste Lied von Schubert ist zweifelsohne Die Forelle; ich entschied mich aber dafür, hier das Lied Der Tod und das Mädchen zu zittieren. Die Forelle folgt…

Johannes Brahms Wieges Lied / Kołysanka / Lullaby – najsłynniejsza melodia Brahmsa i jedna z najbardziej rozpoznawalnych melodii na świecie. Mój wnuk zaraz po urodzeniu dostał kaczuszkę, która grała mu tę właśnie kołysankę.

Ludwig van Beethoven

Cóż nie ma wyjścia, bo sprawa jest polityczna – Hymn Europy jako super Flash Mob (Oda do radości / Ode an die Freude). Łatwo się wzruszam, więc zawsze płaczę jak tego słucham… / Europa Hymne. TU słowa po polsku w przekładzie Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego / HIER der Text auf Deutsch

PS dla dociekliwych: Beethoven, Schubert, Strauss (ojciec) i inni umarli zanim powstał Cmentarz Centralny i ich groby zostały przeniesione /Beethoven, Schubert, Strauss (Vater) sind gestorben bevor der Zentralfriedhof gegründet wurde; deren Gräber wurden umgebettet.

Miasta poza sezonem: Gdańsk

Tekst napisany na dzisiejsze spotkanie z uczniami OLPI czyli Ogólnokształcącego Liceum Programów Indywidualnych w Oliwie. Dziękuję Katarzynie Bogdanowicz i Katarzynie Korolczuk oraz Piotrowi Bogdanowiczowi za (z)organizowanie dziś w OLPI wielkiego wiosennego święta wagarowicza i za wiele innych działań, pomysłów i inicjatyw 🙂

Ewa Maria Slaska

Niezwykłe nowe polskie budynki

Zanim okazało się, że Polska “jest w ruinie”, powstało w tym biednym, nieszczęsnym, zrujnowanym kraju kilka niezwykłych budowli – opera w Bydgoszczy, Filharmonia i Muzeum Przełomy w Szczecinie, Muzeum Polin w Warszawie, Muzeum II Wojny Światowej i Europejskie Centrum Solidarności w Gdańsku, stadiony w Gdańsku i w Poznaniu. Staram się je po kolei wszystkie obejrzeć. Nie zawsze mi się podobają, jak chociażby Europejskie Centrum Solidarności, nie zawsze podoba mi się ich przesłanie ideologiczne, jak chociażby to, co nam przekazuje o przełomowych momentach naszej współczesnej historii Muzeum Przełomy, ale nie zmienia to jednak faktu, że są to budynki oryginalne i niezwykłe założenia urbanistyczne. Tym razem przyjechałam do Gdańska z mocnym postanowieniem poprawy czyli decyzją, że tym razem wreszcie muszę dotrzeć do kolejnej niezwykłej budowli trójmiejskiej czyli Teatru Szekspirowskiego. Bo właściwie powoli było mi już wstyd, że jeszcze tu nie byłam.

Podobało mi się, że Teatr Szekspirowski powstanie (powstaje, powstał) w moim rodzinnym mieście, bo był to i jest zamysł szalony i niczym nieuzasadniony, co uwielbiam. Zaprojektował go Renato Rizzi, architekt z Wenecji. Teatr został otwarty 19 września 2014 roku. Na uroczystość przyjechał książę Karol.

Dopóki nie zobaczyłam teatru okiem własnym kilka dni temu, myślałam, że przymiotnik szekspirowski oznacza coś w rodzaju rekonstrukcji prawdziwego teatru szekspirowskiego czyli Globe, który był kolisty i drewniany, i nie miał dachu. Mamy w Berlinie taki teatr, nazywa się Monbijou czyli mój klejnot, bo takie miano nosił stojący tu ongiś pałac. Monbijou zawsze wystawia latem Szekspira, co też uwielbiam – pisałam już kiedyś o tym, że latem zawsze powinno się oglądać Szekspira na świeżym powietrzu.

Frances Yates, autorka wspaniałej opowieści o pamięci i metodach zapamiętywania (Sztuka pamięci) ryzykuje twierdzenie, że Globe był zbudowany jak model świątyni pamięci czyli biblioteki, która miała objąć WSZYSTKO.  Była to idealna kolista budowla, pełna jak plaster miodu małych komórek, zawierających każda jeden zrolowany (czyli w pewnym sensie kolisty) rękopis na temat jakiegoś wycinka wiedzy. W teatrze zamiast komórek z rękopisami były krzesła, w których siedzieli ludzie – każdy człowiek był więc zarazem i widzem, i aktorem, i wycinkiem pełni ludzkiej wiedzy.

Pełnia też jest kolista i kulista.

Kolisty teatr nazywał się jak kulisty ziemski glob i był całym światem. Wiemy oczywiście: świat jest teatrem, aktorami ludzie.

Wydawało mi się, że kolistość i kulistość powinny być najbardziej znamiennymi cechami tego budynku. Tak bardzo byłam pewna, że tak musi być, że nawet nie zadałam sobie trudu, żeby obejrzeć w internecie, jak ten teatr naprawdę wygląda.

Teatr szekspirowski w Gdańsku jest na zewnątrz dokładną odwrotnością tego, czym był (przynajmniej w moi wyobrażeniu) londyński Globe. Globe spłonął, teatr w Gdańsku przetrwa wszystkie żywioły. Jest kamienny, kwadratowy, kanciasty, czarny. Podoba mi się ta architektura. Jest zimna i wyniosła, poświęcona czemuś, co jest nie dla ludzi i bez nich się obywa. Przypomina babilońskie zikkuraty, zanim Semiramida posadziła na nich ogrody, i gotyckie katedry zanim obrosły sklepikami, kaplicami i górami śmiecia. Czyli zanim zimny kamień został rozmiękczony przez to co żyje, rodzi się, umiera, więdnie, gnije, jest nieczyste i brudne, ale pełne niepowstrzymanej energii. Zamiast idealnej świątyni wiedzy Rezzi wybudował idealną świątynię architektury. Piękną, zimną i nie dla mnie.

W środku jest drewno – ale nie jest koliste i mojego rozczarownia nic nie uśmierza.

Obejrzałam Teatr Szekspirowski w zimny wiosenny dzień (miasta poza sezonem!), kiedy to od dawna w nim nie było i długo jeszcze nie miało być żadnych imprez. Teatr był całkowicie bezludny i sterylnie wysprzątany. Był też przez fakt, że nic się w nim nie działo bezwzględnie absurdalny. Zobaczyłam krajobraz po bitwie, którą stoczyły armie uzbrojone w nihilatory życia. Nie ma aktorów, pozostał tylko teatr.

Jeszcze raz wiosna

Roman nadesłał kilka wierszy wiosennych, ja dodaję  zdjęcia z wiosennego pobytu w Güstrow. Pewnie to już ostatni blogowy wpis o wiośnie w tym roku, bo ile można…

aniol3 klein

Wiszący anioł (Schwebender Engel) – dzieło Ernsta Barlacha w nawie bocznej katedry w Güstrow. Anioł ma rysy twarzy słynnej artystki niemieckiej, Käthe Kollwitz. Rzeźba została wykonana w roku 1927 na zamówienie ówczesnego kaznodziei katedralnego, Johannesa Schwartzkopffa, jako pomnik pamięci o poległych w I wojnie światowej. Zawieszono ją uroczyście podczas obchodów siedemsetlecia katedry i dokładnie w dziesięć lat później, za czasów reżimu nazistowskiego, rzeźba, zaklasyfikowana jako dzieło sztuki zdegenerowanej, została usunięta z katedry i oddana na szmelc. Zachowały się jednak trzy odlewy oryginału, które dziś można oglądać w katedrze w Güstrow, w kościele Antonitów w Kolonii i w muzeum w Schloss Gottorf w Szlezwiku. 

Roman Brodowski

Syberyjska wiosna

Lubię patrzeć przed siebie,
Gdy zima odpływa obłokiem
Wystarczy rękę wyciągnąć
By złapać wiosnę w dłonie.

Lubię patrzeć przed siebie,
Gdy tajga do życia się budzi
Wystarczy podejść do sosny
By ujrzeć zmartwychwstanie.

Lubię patrzeć przed siebie
Gdy wokół wrzawa wiosenna
Wystarczy posłuchać wiatru
By słyszeć ptasie śpiewanie.

Lubię patrzeć przed siebie
W marzeniach tulić nadzieję
Wystarczy wspomnieć o domu
By poczuć zapach polskiego bzu.

Lubię patrzeć przed siebie
Bo za mną jest tylko rozpacz
Wystarczy głowę odwrócić…,
No właśnie – A ja chcę żyć.

Berlin 21.04. 2012

katedra front klein wiosna przed katedra klein

Katedra w Güstrow, typowa przedstawicielka północnoniemieckiego gotyku ceglanego, zbudowana w I połowie XIII wieku.

Ewangeliczna wiosna

Kolejny już raz nadeszła
Pora stwórczego przebudzenia
Śnieżnobiałe szaty snu
Podobne matczynej trosce
Pokryły kolory życia

A ostatnie świadectwa zimy
Niby flisacze rzemiosło
Powoli spływają nurtem
Leniwej o tej porze rzeki
Ku morskiej przystani.

Oceanem bezkresnego nieba
Do opustoszałych gniazd
Coraz śmielej powracają
Zwiastuny nowego urodzaju
Wędrowne polskie bociany.

Nawet przydrożne wierzby
Odziawszy nagość gałązek
Srebrnoszarym puchem
Witają nadchodzące płody
Noworodnej ziemi.

Tylko mój czas spełnienia
Wciąż jeszcze na uwięzi
Czeka wiosennego roztopu.
W bijącej arytmii serca
Śpi nadzieja lepszego świata.

Zmartwychwstanie.

renesansowe figury-klein

strusiepisanki kleinwnetrzekatedry klein

W katedrze. Renesansowy nagrobek ścienny, ręcznie malowane pisanki ze strusich i gęsich jajek oraz słoneczny krzak forsycji rozświetlający mroczne wnętrze.
Kobiety tu pochowane to pierwsza żona księcia Ulryka III Meklemburskiego, księżna Elżbeta Duńska (zmarła w roku 1576) i jego druga żona, Anna von Pommern-Wolgast (1554–1626), siostra księcia szczecińskiego Bogusława XIII i ciotka nadzwyczaj kochanego w Szczecinie Bogusława XIV.

Miasto Ottonów

2ewyEwa Maria Slaska

Magdeburg

zima-kwiaty

Co roku odwiedzam zimą co najmniej jedno nieznane lub dawno nie widziane miasto. Tak byłam przed kilku laty w Kopenhadze, a w zeszłym roku w Lund. Tym razem pojechałam do miasta Ottonów. Lubię Ottonów od zawsze, lubię historię o małym Bolku, który został zabrany od rodziców jako zakładnik i idzie po raz pierwszy spotkać się z groźnym cesarzem, co zostało pięknie opisane w Bolesławie Chrobrym Antoniego Gołubiewa. Lubię domysły Illiga o oszustwie, jakim było ukrycie w klasztorze w Quedlinburgu sfałszowanej wiadomości o tym, jakoby cesarzowa Teofanu, synowa Ottona I, miała być urodzoną porfirogenetką. Był to bardzo wyrafinowany zabieg. Teofanu, siostrzenica cesarza-uzurpatora, Jana I Tzimiskesa, była wykształcona, piękna, a też bajkowo wręcz bogata. Jednak najbogatsza oblubienica średniowiecznej Europy, dwunastoletnia dziewczynka z Bizancjum, nie pochodziła z “prawdziwego” rodu cesarskiego, a tylko taka żona dla syna przydałaby dynastii pierwszych cesarzy rzymskich narodu niemieckiego nimbu władzy danej od Boga… Lubię wyjaśnienie, że było to potrzebne dopiero władcom, którzy rządzili po upadku dynastii Merowingów. Ta bowiem pochodzić miała w prostej linii od Jezusa, a więc Boga, i nie potrzebowała żadnych innych sposobów potwierdzania, że sprawuje władzę w imieniu Boga. To wszystko przeczytałam w książce Święty Graal, Święta Krew Baigenta, Leigha i Lincolna.
A jeszcze jest historia syna Ottona II i Teofanu, czyli Ottona III, przyjaciela Chrobrego, szczegółowo opisana przez Bernatha w jego progejowskich powieściach o Teofanu i Ottonie. Na wiele lat dzięki powieści o Ottonie młodo zmarły cesarz stał się patronem niemieckich homoseksualistów.

4groby

To wszystko kłębi mi się w głowie, gdy przyjeżdżam do Magdeburga i biegnę do katedry, żeby zobaczyć grób Ottona. Jest pięć po czwartej. Katedra jest zamknięta. Tak to jest, jak się zwiedza miasta poza sezonem… Od listopada do marca katedra otwarta jest od 10 do 16. Nie wiem, czy zdążę rano, bo nie pamiętam, o której mam pierwszy wykład w szkole…

2koscioly

Wracam do hotelu już spokojnie. Nie muszę nigdzie pędzić – wiem, że jak zdążę rano, to obejrzę grób Ottona, a jak nie to nie, i nic tego nie zmieni… Dopiero teraz widzę miasto, w którym jest coś więcej niż katedra z grobem, pierwsza gotycka budowla w Niemczech. Oglądam kilka innych kościołów, stary klasztor przerobiony na salę koncertową i muzeum z oknami z luster, i wreszcie różowy dom zaprojektowany przez Stowodę czyli Hundertwassera, zwany zieloną cytadelą. Różowy dom zwany zieloną cytadelą… Ładne.

rozowozielone

Spaceruję o zmierzchu, a potem już we wczesnym grudniowym zmroku i odnotowuję wszechobecność rzeźb ulicznych przedstawiających nagie ciała. Zdumiewająca, powszechna dostępność metalowych i kamiennych biustów, bioder, pośladków i penisów. Chyba nigdy nie widziałam w jednym mieście takiego nagromadzenia nagości.

fontannafaunow

3pupy 2pupyGdy rano idę do szkoły (ale zdążyłam najpierw do katedry!), stwierdzam że nagość dotarła i tam. Nagi, metalowy, kanciasty mężczyzna ze sterczącym penisem to praca jednego z uczniów kółka plastycznego, wystawiona dumnie tuż koło wejścia do biblioteki. Ciekawe, jakby to było z tą nagością, gdybyśmy się znaleźli w mieście pod władzą PiSu?

fiut

Berlin leuchtet

Tomasz Fetzki

Berlin świeci. Berlin zaskakuje. Mieni się kolorami. Drga iluminacją. Przez kilkanaście październikowych wieczorów najważniejsze stołeczne gmachy odsłaniają zupełnie nowe, świetliste, chciałoby się rzec, oblicze. Właśnie trwa Festiwal Świateł! W tym roku odbył się już jedenasty raz. Viator skłamałby i zaparł się samego siebie, gdyby stwierdził, że nie lubi piwa. Ale prawdziwy Oktoberfest to właśnie Festiwal Świateł. Złocistym napojem można się delektować gdzie indziej i kiedy indziej. Zaś TAKĄ berlińską katedrę można zobaczyć tylko w Berlinie i tylko w październiku. Viator i Viatorka wraz z Ewą Marią oglądali ją w ostatnią sobotę. A tym, co zobaczyli, chcą się podzielić.

Braki profesjonalizmu fotografii wyrównuje z nawiązką siła autentyzmu… Nieprawdaż?

Miasta poza sezonem. Brema / Bremen

Ewa Maria Slaska

Dla Harriet i Karen / Für Harriet und Karen

Oto zdjęcia zrobione w zeszłym tygodniu na słynnej Böttcherstraße w Bremie, obiekty raczej przyziemne, wystawy sklepowe i okna. Jest styczeń i jest wcześnie rano, nikogo nie ma, nie tylko turystów nie ma, po prostu nikogo, jeden bezdomny i ja, chodzimy, patrzymy.

boettcherstr (1)x Wejście na Böttcherstraße.  Lichtbringer / Nosiciel światła. Relief Bernharda Hoetgera.

Aus Wikipedia: Die Böttcherstraße ist eine etwa 100 m lange Straße in der Bremer Altstadt, die aufgrund ihrer Architektur zu den Kulturdenkmalen und Touristenattraktionen in Bremen zählt. Die meisten Gebäude sind in der Zeit von 1922 bis 1931 entstanden und hauptsächlich Ludwig Roselius, einem Bremer Kaffeekaufmann, zu verdanken, der Bernhard Hoetger damit beauftragte, die künstlerische Gestaltung zu übernehmen. Die Straße und ihre Gebäude sind ein seltenes Beispiel für die Architektur des Expressionismus. Von den Häusern können mehrere dem Stil des Backsteinexpressionismus zugeordnet werden. Die Böttcherstraße steht seit 1973 als Gesamtanlage unter Denkmalschutz.

boettcherstr (2)x1Böttcherstraße znajduje się na starym mieście w Bremie. Ta stumetrowa uliczka została przebudowana i zabudowana w latach 20 i 30 w stylu ekspresjonizmu niemieckiego (tzw. ekspresjonizm ceglany) na zlecenie zamożnego kupca handlującego kawą i mecenasa sztuki, Ludwiga Roseliusa. Autorem koncepcji urbanistyczno-artystycznej był Bernhard Hoetger. W roku 1973 Böttcherstraße została wpisana na listę zabytków.

Wystawy sklepowe na Böttcherstraße proponują nowatorskie rozwiązania jeśli chodzi o styl życia. A więc – jak się mamy ubierać w roku 2015?

boettcherstr (9)x4Prostota. Niewątpliwie.

Wystrój naszych mieszkań w Berlinie jest pełen kiczu typowego dla modnej dzielnicy Friedrichshain. Berlińskie rokoko jest pełne ozdóbek. Tymczasem w Bremie w witrynach sklepowych królują wyroby rękodzielnicze, których nie wyprodukowano dla nas w Chinach…

boettcherstr (4)x6Klasyczna elegancja z czasów fundatora. Tu sklep z herbatą fryzyjską.

boettcherstr (6)x9Prostota designu z lat 50.

boettcherstr (7)x5Pamięć o czasach świetności.

boettcherstr (13)x8I niespodzianki. Sklepy były zamknięte. Nie wiem, czy można te ryby kupić. Ale na ulicy na pewno robią wrażenie.

boettcherstr (19)x3Tyle od waszej korespondentki z chłodnych miast Północy. Prosta spódniczka, sweterek z golfikiem i, gdy pada deszcz – koniecznie lampa nad głową:

boettcherstr (3)x7

Miasta poza sezonem. Lund

Było już kilka takich wpisów. Odpowiednikiem zeszłorocznej Kopenhagi jest w tym roku Lund.

lund-katedraW okolicach katedry (po lewej): trzeba zadbać o zwiedzających, w kadrze z katedrą zawsze pojawi się też strzałka do toalety. Po prawej przypomnienie średniowiecznych obyczajów: mały labirynt, ta najmniejsza pielgrzymka, pąć dla ubogich, dlatego i muszle są małe, mniejsze niż muszle jakubowe.

lundpbrazowy

Uniwersyteckie miasto Lund, zbudowane z brązowej cegły.

lunddrzewalundciekawostki
Ten po prawej to Linneusz, już przez troskliwych studentów ubrany na zimę. Po lewej, jako odbicie w szybie – ja.