Blog w czasach corony (koty i inne tematy)

 

 

 

 

 

 

 

Tibor Jagielski, Comic Erna

Wahałam się długo, czy w czasach tak skomplikowanych, jak dzisiejsze, mam i ja pisać o kotach, bo przecież koty łażą po tym blogu i tak wszędzie – w czwartki wychodzi zza węgła czarny kot, nazywany przez autora Księciem Ciemności, w piątki są aż dwa koty Teresy, podobne jak dwie krople wody do kota z opakowań Whiskasa (ale jedzą, jak się zdaje, Shebę) – Salcia i Salomon, u mnie oczywiście w domu jest Rysia, młoda, ale już stateczna dama, która 5 maja skończy dwa lata i wtedy… Ale nie uprzedzajmy wypadków, jak mawiali autorzy groszowych powieści (i ich postmodernistyczni naśladowcy) i na razie powiedzmy sobie, że skoro nawet najpoważniejszy z nas – Tibor – przysłał mi właśnie rysunki i wiersz o kocicy Ernie (i o sobie, i o coronie), pomyślałam, że jednak pokażę te koty, które mi się zawsze zbierają, przychodzą nie wiadomo skąd, choć o tych akurat wiadomo, kiedy – koty, które przyszły w marcu. Nawet pomyślałam, że to w sam raz wpis na Prima Aprilis.

No ale potem w sieci zaczął krążyć taki rysunek i już przestało być tak do śmiechu. Choć z drugiej strony, czy to ważne, czy to był kot w laboratorium, czy zupa z łuskowca, czy pieczony nietoperz. Jak wszystkie inne epidemie w historii ludzkości, ta też przyszła z Chin, i czy jest to zemsta Ziemi, czy wirus, który uciekł z laboratorium, to chyba wszystko jedno. I tak jest to lepsza wizja, niż ta, którą wpisałam kilka dni temu w komentarzu, czyli niż spiskowa wizja dziejów. Bo wtedy to nie kot wypuścił wirusa na Chiny, tylko Chińczyk na koty i resztę świata (zob. TU, komentarz nr 6).

Tibor Jagielski

eindringlinge in neheimer str. 2

irgendwie bin ich mir sicher,
dass mit so einen dreckskerl wie ich,
kann nur eine gemeine, wie erna,
verweilen, aber kein gekröntes haupt.

***
Ten piękny ogród letni w szarościach, błękitach i zieleniach został namalowany przez Nikolaja Bogdanowa-Bielskiego. Okno na ogród powstało w roku 1940 i bardzo przypomina wcześniejszą o 10 lat, złocistą Wiosnę w Gościeradzu Leona Wyczółkowskiego. Ile razy jestem w Muzeum w Bydgoszczy, zastanawiam się, czy nie dałoby się tego obrazu wynieść.

 

 

 

 

 

 

Puste te pokoje, “państwo wyszło”, zostały tylko koty, fotele, kapelusze. U Bogdanowa-Bielskiego za oknem siedzi dziewczyna i czyta, u Wyczółkowskiego ten kto czytał, przed chwilą i na pewno tylko na chwilę opuścił pokój, skoro okno zostało otwarte, a książka leży na parapecie. Na obrazach Jarosława Łukasika zawsze jest pusto, ale zawsze widać, że przed chwilą jeszcze ktoś tu był. Ktoś już wyszedł, kot wciąż jeszcze jest. Kontempluje swoją samotność. Teraz, gdy patrzę na ten obraz, myślę, że ten ktoś być może odszedł na zawsze. Tego się nie robi kotu, ale zdaje się, że kot tego jeszcze nie wie.

O tym pisze Zbigniew Milewicz. O samotności w czasach corony. Pierwszy felieton z cyklu Z domowego aresztu

Pochwała samotności

Były naczelny redaktor „Dziennika Zachodniego” w Katowicach, srogi Bronisław Schmidt – Kowalski, u którego terminowałem w latach 70 ubiegłego stulecia jako szpunciarz, czyli zbieracz i autor informacji do kroniki miejskiej, był zagorzałym zwolennikiem zwięzłości treści. Mawiał, że absolutnie każdy temat dziennikarski można zmieścić na jednej stronie maszynopisu, przeciwko czemu buntowali się najczęściej publicyści, którym pozwalano wprawdzie pisywać dłuższe teksty, ale te nadmiernie rozgadane szły nieodmiennie pod gilotynę sekretarza redakcji. Wyjątek stanowiły pryncypialne materiały partyjne, pisane na zamówienie nieboszczki PZPR, ale to już inna historia. Gadulstwo nie wyszło jej na dobre, wiadomo, jak skończyła, a ja jeszcze żyję, bo mało gadałem i tego się będę dalej trzymał.

Zatem krótko: ludzie, przestańcie się nad sobą użalać, że z powodu korona wirusa siedzicie w domu, izolacja ma wiele zalet. W nieustannym, coraz większym pędzie po sukces, sławę i pieniądze, nie mieliście czasu na medytację, na zastanowienie się, po co ten cały stress. Szczurzy wyścig musiał wyhamować i niechcący dołączyliście do emerytów, od lat samotnie spędzających czas w swoich domach, do skazanych z wyrokami odsiadki, do chorych przykutych do łóżek. Zapytajcie ich, co czują, jak organizują sobie czas i dlaczego wielu z nich mimo wszystko zachowuje pogodę ducha i mogłoby swoim optymizmem obdzielić połowę świata? Paradoksalnie im jest teraz łatwiej, przyzwyczaili się do samotności, do swoich ograniczonych ruchów i duchowo sprawniej przyjdzie im przetrwać czas zarazy.

Kiedy okazało się, że wirus zbiera swoje śmiertelne żniwo zwłaszcza u ludzi starszych, zadzwonił do mnie mój młodszy syn i żartobliwie zapytał, czy sporządziłem już testament i nie zapomniałem tam o nim. Odpowiedziałem przecząco, w tonie równie lekkim. Zawsze – powiedział – mogę na niego liczyć, ale jak będzie ze mną źle, to mam wsiąść do auta i jechać po pomoc. Adresu niestety nie dostałem, sam go nie znał, więc póki co staram się dbać o zdrowie i chodzę na gimnastykę leczniczą do Eleny, która męczy się z moim stawem barkowym, oczywiście w obowiązkowej maseczce ochronnej na twarzy.

Dzisiaj jest to artykuł deficytowy, trudno dostępny na niemieckim rynku, jakiś czas temu zamówiła w Amazone trzy sztuki, do swojego prywatnego użytku, ale podała adres firmowy. Maseczki przyleciały z Hongkongu i… wylądowały w Urzędzie Celnym w Lipsku, który wystosował do Eleny pismo, że będzie musiała zapłacić cło za zamówiony towar i dopiero wtedy go otrzyma. Dokładnie w tym samym czasie media odtrąbiły wspaniałomyślny pakiet pomocowy niemieckiego budżetu dla gospodarki, dotkniętej pandemią koronawirusa. Pieniądze jeszcze nie zostały wypłacone, a już trzeba je zwracać, więc budżet za bardzo nie ucierpi, a Elena może. Twarda z niej jednak sztuka, wysłała odwołanie do Lipska i liczy na to, że może trafi na jakiegoś mądrego urzędnika. Mądrość urzędnicza jest jak legendarny potwór z Loch Ness, wszyscy o nim słyszeli, ale kto go tak naprawdę widział?

PS od Adminki: Od tego tygodnia poczynając będę co środę publikowała teksty, które z domowego aresztu będzie nadsyłał Zbychu, czyli Zbigniew Milewicz.

Ten kawałek sztuki ulicznej znalazłam na Facebooku, a podpisany był: academia-lorenense-de-letras-e-artes, Akademia literatury i sztuki w Sao Paulo, w Brazylii.

Tibor Jagielski, twierdzi, że TEN kot to Kot morski. No nie wiem, koty morskie to jednak małpki, o czym TU już kiedyś pisałam, a to ewidentnie kot.

 

Wśród kocich znalezisk są też trzy, które nie dają się nijak połączyć w jakąś myślową całość, ale dla porządku dodam je tu, bo inaczej będą się przez następne miesiące dopominały o swoje miejsce na blogu. Zresztą skarpetki są w końcu bardzo fajne.

O jednym z tych kotów pamiętajmy tak, jak na to zasługuje, jeśli rzeczywiście 10 maja Czytelnicy z Polski rzeczywiście będą mieli głosować. My, Polacy mieszkający i przebywający poza Polską, zostaliśmy wykluczeni już jakiś czas temu podczas głosowania w sejmie 28 marca o 3 nad ranem. Nie chcę nikogo do niczego namawiać, ale może warto by się zastanowić nad bojkotem tych wyborów. No, ale może Unia zmusi Polskę  do ich odwołania z powodu corony. Na razie przedstawiciele samorządów odmawiają ich zorganizowania. To słynne nieposłuszeństwo obywatelskie. Chwała im za to!
Zdjęcie szarego kota na szarej rzeźbie zrobił Elliot Erwitt, (właśc. Elio Romano Erwitt, ur. 26 lipca 1928 w Paryżu) – amerykański fotograf i filmowiec, słynący z ironicznych czarno-białych zdjęć przedstawiających codzienne życie. Tak pisze Wikipedia. Ale takie znowu codzienne to to zdjęcie nie jest.

Z lamusa

Tibor Jagielski

na razie internet znajduje się nadal w powijakach
ten oblepiony spamem bobasek wygraża nam piąstką hejtera
i oznajmia, że jak dorośnie, to nam dokopie,
bo nie ma większego filozofa niż google, a filozofki jak wikipedia
te dwie niańki to wektory w przyszłość kiedy to do okna zastuka drona,
uprzejmie ostrzeże, że w przypadku użycia fałszywej karty kredytowej zacznie natychmiast strzelać,
i uprzejmie zapyta
– kto zamówił pizzę, a kto fryty?

Wisława Szymborska

Der Hass

Schaut, wie er immer noch tüchtig,
wie gut er sich hält
in unserem Jahrhundert der Hass.
Wie leicht nimmt er die hohen Hindernisse.
Wie einfach für ihn – springen, zupacken.

Anders als die anderen Gefühle.
Gleichzeitig älter und jünger als sie.
Gebiert selbst Ursachen,
die ihn zum Leben erwecken.
Sein Schlaf wird nie Ewiger Schlaf.
Schlaflosigkeit nimmt ihm keine Kräfte,
sonern vermehrt sie.

Die Religion oder nicht
– in den Startlöchern zu knien, drauf kommt es an.
Die Heimat hin oder her
– Sturmlaufen, das ist es.
Und selbstgerecht von anfang an rennt er alleine.
Der Hass. Der Hass.
Sein Gesicht verzehrt durch Grimmase
einer Liebesekstaze.

Ah, diese anderen Gefühle
– schwächlich und lahmarschig.
Seit wann kann die Bruderschaft
auf die Menge rechnen?
Ist Mitleid jemals
als erstes ans Ziel angelangt?
Wieviele hat Zweifel mit sich gerissen?
Er reisst nur, der seins weiss.

Begabt, aufnahmefähig, emsig.
Braucht man darüber zu sprechen wieviele Lieder er schuf?
Wieviele Seiten der Geschichte er schrieb?
Wieviele Teppiche aus Menschen breitete er aus,
auf wievielen Plätzen und Stadien?

Belügen wir uns nicht:
er kann die Schönheit schaffen.
Prächtig sind seine Brände in der dunklen Nacht.
Ausgezeichnet das Gewimmel der Explosionen
in rostiger Morgendämmerung.
Es ist schwer den Trümmerrn das Pathos abzusprechen,
und den derben Witz, einer, ins Himmel ragenden, Kollonade.

Er ist ein Meister des Kontrasts
zwischen Lärm und Stille
zwischen rotem Blut und weissem Schnee.
Aber vor allem langweilt ihn nie
das Motiv der geplegten Häscher
mit seinen geschändeten Opfern.

Zu neuen Aufgaben immer bereit.
Wartet er mit Geduld.
Man sagt er sei Blind. Blind?
Er hat rege Augen eines Scharfschützen
und blickt brav in die Zukunft
– er allein.

aus dem Polnischen von Tibor Jagielski (1996)

 


Kongres owadów – W Francji nazywają nas Prusakami, w Prusach – Francuzami

naprawdę nie wiem, co mnie pozytywnie nastroi, może to, że żeby się zalogować tutaj, nie potrzebuję wieczności; może z tego powodu, że szelowska wieś (otoczona drutem z kolczastych bajkopisarzy – dorn 😉 ) pochrapuje nadal spokojnie (podczas gdy medialne haubice szeryfowej angeli po przeoraniu grecji, dobrały się do węgier), a jej prezydent czyta uśmiechając się łagodnie, a wręcz dziewiczo na tle zramolałej sceny politycznej zaścianka; polskiej lewicy nie pozostanie nic innego jak poprosić o azyl w chile

(chiny nie wchodzą w rachubę – nie ma gdzie się spowiadać), a najbardziej krewcy udadzą się, pod przywództwem millera, do boliwii, aby założyć tam rodziny z indiankami i plantacje koki

być moze dopiero tam, w cieniu andyjskich wulkanów i w słodkiej melodii fletów, narodzi się nowa lewica aby, najpóźniej za dwieście lat, obalić totalną dyktaturę happytalizmu; venceremos!

Don Kichot udomowiony

Nazbierało się po domu donkichotowych drobiazgów i trzeba je udostępnić publiczności.

Będą filmy (no, nie przesadzajmy – filmiki) i muzyka, której posłuchamy oglądając filmiki. Ale najpierw jeszcze Mrożek, Sławomir z książeczki wydanej 30 lat temu, a zatytułowanej najprościej jak można: Rysunki (Oficyna Literacka, Kraków 1990). Rysunki odkrył i przysłał Wiadomo Kto czyli Arkadiusz Łuba.

Don Kichot po polsku. Obok Hamlet, ale zostawiłam ich obu, to w końcu bracia, i duch ich łączy, i epoka ta sama. Warto o tym pomyśleć, że czas złota, walki, odkryć geograficznych, podbojów i królów, wydał też takich jak oni, niedopasowanych fantastów. W średniowieczu, jeśli udało im się uniknąć wypraw blisko i daleko i nie poginęli w krucjatach, zostawali trubadurami na dworach opuszczonych przez mężów-rycerzy pięknych dam, którym śpiewali o miłości. Dlatego po niemiecku nazwano ich Minnesänger, ci co opiewają miłość, Minne. Podobno zresztą byli stale na haju, tak jak zapewne cała ludność Europy, bo wszyscy jedli zboże zatrute sporyszem, z którego (jak wiemy) można uzyskać LSD.
W renesansie, kiedy zaczynał się już prawdziwy podbój świata, a nie jakieś średniowieczne wyprawy łupieżcze, Minnesängerzy zniknęli, ale świat nie może tylko produkować i ujarzmiać, świat potrzebuje również tych, co myślą, marzą i miłują. Tak pojawili się neurotycy i już nie zniknęli. Póki wy (my?) zajmujecie się czynieniem sobie ziemi poddaną, oni (my?), oddając się szaleństwu, sprawiają, że sztuczny świat sztucznych ludzi w ogóle jest zdolny do istnienia. Bo może nie wiecie o tym, ale jak to kiedyś w wierszu, dawno temu, napisał Leszek Szaruga: jeśli nie będzie poetów, nie będziecie umieli nawet wywieźć śmieci. Dziś, po 30 latach, wiemy że tak jest, za mało zwracaliśmy (zwracaliście) uwagi na szaleńców i nawet nie umiemy wywieźć śmieci.

 


KLICK (Tu jest cała płyta w streamingu)

Meditaciones Sobre el Quijote
na gitarze gra Giuliano Belotti
muzyka Francisco Fleta Polo, Erik Marchelie, Peter Toth. 

14. Sancho Panza na wyspie Barataria, komp. Fleta Polo


Filmiki nakręcili Konrad i Anton, używając aplikacji StopMotion z WhatsAppa. Obiektu, będącego ewidentnie Don Kichotem, dostarczył Wiadomo Kto.

Amarcord

Tibor Jagielski

raz, pamiętam kolacja po pracy, bruksela,
(siedem dań, kuchnia genialna, eleganccy kelnerzy, znakomite wina),
przedtem krótka mowa patrona:

cieszy się, że mógł z nami pracować i dziękuje nam wszystkim za zapieprz
wznosi kielich i mówi – na zdrowieI
i cała załoga czyni to samo,
serio, tak się wzruszyłam, że o mało nie rozlałam
s-bhf yorckstraße,
na dachu sześciopiętrowego domu,
wielkimi białymi literami na czerwonych dachówkach
NIE WIEDER DEUTSCHLAND!
na dole jest warsztat rowerowy, a obok knajpa

z gościnnymi stołami w ogrodzie,
gdzie rosną jabłonie, grusze i konopie;

w środku gwarnego miasta
nagle cisza 

brzemienna latem

 

Dwie siostry

Ewa Maria Slaska

Marii i Konradowi

Kiedyś już taki wpis zrobiłam, ale był na bloxie, a blox, jak może Państwo wiecie, rok temu po prostu nas wszystkich skasował. Dwa miliony, a może nawet dwa miliardy blogów zniknęły. Teoretycznie można się było przenieść ze swoim blogiem gdzie indziej, ale mnie się nie udało tego zrobić. I tak zniknęła legendarna KURA, czyli blog zatytułowany Jak udusić kurę, czyli co każda młoda panna po 30 wiedzieć powinna, a (dziwnym trafem) tego nie wie. Ciekawe, że blog zaczynał się od przepisu… jak udusić kurę, a potem w każdym wpisie (a był jeden wpis dziennie) był jakiś przepis kulinarny, ale kura z wpisu na wpis wstawała z martwych, nabierała życia, pokrywała się coraz piękniejszym lśniącym upierzeniem, oko jej błyszczało, czasem też towarzyszył jej kogut…

Czarny kogut, białe księżniczki… Siostry, co nas prowadzi już w prostej lini do tytułu tego wspisu.

Ludwika (Luise – to ta wyższa, po lewej, jest też starsza) i Fryderyka (Friederike) księżniczki von Mecklenburg-Strelitz. Siostry poślubiły dwóch braci Hochenzollern. Starsza, Luiza 24 grudnia 1793 roku wyszła za mąż za Fryderyka Wilhelma (wtedy był jeszcze księciem następcą tronu, ale już w roku 1797 został królem – z numerem III, ona zaś – królową), młodsza, Fryderyka, dwa dni później poślubiła królewskiego brata, księcia Ludwika (Luisa). Najwyraźniej rodzina miała niewiele imion do dyspozycji.

Rzeźba Johanna Gottfrieda Schadowa z roku 1795 (zdjęcie: Till Niermann). Altes Museum Berlin.

Gdy siostry pozowały rzeźbiarzowi były już mężatkami i miały 17 (Luiza) i 15 lat. Artysta wybrał suknie, w których księżniczki miały zostać uwiecznione. Ponieważ rzeźba była potem przez jakiś czas wręcz masowo kopiowana, odlewana w gipsie i wypalana z porcelany, znawcy twierdzą, że Schadow i obie młode księżne znacząco wpłynęli na berlińską modę kobiecą na przełomie wieków XVIII i XIX, utwierdzając kilkuletnie panowanie tzw. stylu greckiego. Zaiste rzeźbiarz bardzo starannie przedstawił te suknie, i to zarówno z przodu, jak i z tyłu, co w owym czasie należało do rzadkości.

Rzeźba budziła powszechne zachwyty.

Do czasu jednak, bo gdy mąż Luizy został królem, na dworze berlińskim całkowicie zmieniły się nastroje. O ile tata-król był człowiekiem pogodnym i skłonnym do zabawy, o tyle młody król okazał się ponurakiem, któremu wcale nie podobała się roznegliżowana, ba, frywolna, rzeźba przedstawiająca żonę i jej siostrę, zwłaszcza, że ta, mimo iż właśnie owdowiała, zaszła była w ciążę, jak głosiła pałacowa plotka – z własnym stryjem, i została w trymiga odesłana z dworu na prowincję. Podwójny portret księżniczek też został skazany na banicję i wylądował na sto lat w jakimś mrocznym pałacowym zakamarku. Potem rzeźba powoli wróciła do łask, a teraz jest wręcz kultowym dziełem, sprzedawanym we wszystkich sklepach z pamiątkami, jako figurki z gipsu, marmuru, a nawet czekolady.

Minęło jeszcze sto lat i w roku 1984 znany berliński malarz hiper realista, Matthias Köppel, odtworzył portrety obu księżniczek jako obraz olejny – portret dwóch innych berlińskich sióstr – Annette i Ingi Humpe, piosenkarek popowych. One też są bardzo swobodnie ubrane, a sportretowane zostały na tle parku Charlottenburg, czyli koło pałacu, gdzie mieszkali król Fryderyk i królowa Luiza i gdzie po śmierci pochowano ich w mauzoleum w tymże parku (mauzoleum widać zresztą w głębi alei parkowej).

A wczoraj znalazłam w komputerze na tzw. Second Life następną generację obejmujących się sióstr.

Dwie awatarki. Podobne, prawda? Niestety nie wiem, kto jest autorem stylizacji i zdjęcia. Nie wiem więc też i nie mogę nikogo zapytać, czy podobieństwo jest przypadkowe czy starannie obmyślone?

Kocim krokiem z nowym rokiem

Zebrałam obrazy kotów, które nadesłała mi ostatnio

Danuta Starzyńska-Rosiecka

Tytus Czyżewski (1880–1945)
„Akt z kotem”
1920
olej na płótnie
Muzeum Narodowe w Warszawie

Jane Crowther
Contemporary Artist and designer living in Nottingham, UK

Felix Vallotton
(Swiss, 1865–1925). Laziness (La Paresse), 1896. Woodcut. © Musée cantonal des Beaux-Arts de Lausanne.

In 1891 Félix Vallotton began making woodcuts, a practice that brought him recognition and a steady income throughout the decade. Inspired by Japanese ukiyo-e woodblock prints, which were popular in Paris at the time, Vallotton’s prints captured the many facets of city living.⁣

Franz Marc – Cats on a Red Cloth, 1910

Ernst Kreidolf (Swiss, 1863-1956)
Morgenidyll, 1893

Le chat aux poissons rouges – Henri Matisse

Karol Frycz, ojciec polskiej scenografii

Rzadko pojawiający się na blogu piewca Ponidzia, tym razem o wielkim człowieku teatru, którego ukształtowało piękno ponidzkich krajobrazów

Tadeusz Rogala

Z Cieszków do Krakowa

„W piątek 23 marca 1877 roku o godzinie 5-tej po południu we dworze w Cieszkowach przyszedł  na świat pierworodny syn Heleny i Kaźmierza Fryczów. Na chrzcie otrzymał imiona Karol Józef; pierwsze po pradziadkach Fryczu i Dąbskim, drugie po dziadkach Fryczu i Trzetrzewińskim. Chrzest chłopca odbył się 7 października 1877 roku, po raz pierwszy w rodzinie zgodnie z wyznaniem matki: w rzymsko-katolickim kościele parafialnym w Probołowicach, drewnianym, z barokowymi ołtarzami, wystawionym w 1759 roku na lekko wyniesionym wzgórzu przez Proboszcza księdza Jacka Kowalskiego” – pisze o Karolu Fryczu, późniejszym dyrektorze krakowskiego teatru im. Juliasza Słowackiego, Lidia Kuchtówna w książce Karol Frycz.

Rodzina Fryczów pochodziła z Niemiec, z Saksonii, pierwotne nazwisko to prawdopodobnie Fritsch lub Fritsche. Polska linia Fryczów osiadła w Polsce za króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. Pradziad Karola, Karol Bogumił, urodził się w roku 1773 w Lublinie, został ochrzczony w kościele kalwińskim w Piaskach Luterskich. Karol Bogumił ożenił się z Marią Bandtke, córką lubelskiego kupca. Rodzina Bandtków była wyznania augsburskiego, pochodziła ze Śląska. W roku 1814  Karol Bogumił zakupił dobra Schöbekirche koło Piotrowic (obecnie w Czechach).

Dwór w Cieszkowach, gdzie urodził się Karol Frycz; zdjęcie z lat trzydziestych, z prawej strony niższa przybudówka z dużymi oknami to oranżeria, w której Karol Frycz jako dziecko tworzył swój teatr

Dobra ziemskie Cieszkowy z przysiółkami Krzyżem i Grabówką w powiecie skalbmierskim, województwie krakowskim Karol Bogumił Fritsch nabył 31 sierpnia 1821 roku od barona Karola Larischa. Fritschowie do Cieszków przenieśli się z majątku na Śląsku.

W XVIII wieku właścicielami Cieszków byli Żeleńscy, przodkowie Tadeusza Boya- Żeleńskiego. Poprzez koligacje rodzinne dobra te przeszły w ręce Karola Larischa.

Karol Bogumił Frycz (używano już spolszczonej wersji nazwiska) zmarł 16 maja 1838 roku w Cieszkowach, dziedzicem dóbr został syn Józef, urodzony na Śląsku. Józef brał udział w powstaniu listopadowym, był porucznikiem pułku piechoty liniowej. Wcześniej studiował na Uniwersytecie Jagielońskim, osiadł w Cieszkowach i miał opinię znakomitego rolnika. W roku 1835 Józef poślubił Felicję Kalinowską, córkę Józefa Kalinkowskiego, w Księstwie Warszawskim kapitana pułku grenadierów, kawalera Orderu Virtuti Militari.
Z małżeństwa tego przyszło na świat dziewięcioro dzieci.

Grób Józefa Kalinkowskiego, dziadka Karola Frycza,
na cmentarzu w Probołowicach

W roku 1856 Józef Frycz rozbudował dwór w Cieszkowach według projektu architekta Stanisława Postawki z Gabułtowa, sąsiada i towarzysza z powstania. Wnętrza dworu udekorowano obrazami sławnych artystów – Józef znał się na sztuce. Dzieci dorosły, usamodzielniły się, a dobra Cieszkowy przypadły synowi Kaźmierzowi. W roku 1863 Kaźmierz bierze udział w Powstaniu Styczniowym. W roku 1875 zawiera związek małżeński z Heleną Trzetrzewińską.

„Kiedy panna Helena Trzetrzewińska – katoliczka, wchodziła do rodziny Kaźmierza, Fryczowie byli całkowicie spolonizowani, pomimo kalwińskiego wyznania męskiej lini rodu. Już nie wracali we wspomnieniach do niemieckiej tradycji. Ich korzenie wrosły mocno w szlacheckie gniazdo rodzinne w Cieszkowach na Ponidziu; w rozległy, pofałdowany krajobraz lessowy, i w modrzewiowy dwór stojący w cieniu potężnych lip. A w opowieściach rodzinnych przenoszonych przez pokolenia, kształtujących tożsamość narodową i głębokie przywiązanie do polskiej ziemi i polskiego narodu, kultywowano ofiarny udział przodków w kolejnych zrywach niepodległościowych” – psze Lidia Kuchtówna.

Resztki dawnej alei lipowej ze starymi drzewami, za aleją był ogród z jabłoniami, na których przesiadywał Karol Frycz jako dziecko

Mały Karolek dzieciństwo spędzał na wsi w Cieszkowach, wśród przyrody Ponidzia. A przyroda jest tu szczególnie piękna. Jak opisywał,  w tym czasie  czterdziestoletni Adolf Dygasiński, urodzony także w Niegosławicach na Ponidziu: „Nigdzie tak pięknie nie śpiewają słowiki ani skowronki, nigdzie bzy nie mają woni tak miłej, nigdzie róża rankiem nie przyozdabia świata cudowniej.” Karolkowi zostanie w pamięci piękny modrzewiowy dwór, za którym stał z tyłu zbór ariański, już wtedy przerobiony na lamus, stare aleje lipowe, pamiętające jeszcze innowierców w Cieszkowach – jak mówiono na braci arian – i sad jabłoniowy, rozciągający się na wschód od alej lipowych w dół do stawu rybnego. Z południowej strony sadu, na najwyższym wzniesieniu stał kopiec- kurhan z praczasów – a na nim rósł ponad dwustuletni wiąz. Zapewne pod nim bawił się mały Karlolek, a zimą zjeżdzał stąd na sankach, jak to robiły wiejskie dzieci. Sad słynął jeszcze potem, za czasów, gdy gospodarowali tu Bukowscy, ze smacznych śliwek, z których powidła były znane i doceniane w przedwojennej Polsce, w Krakowie. Sad przetrwał jeszcze do końca lat siedemdziesiątych, kiedy to władza ludowa wykarczowała stare drzewa i posadziła nowe. Teraz ten teren jest porośnięty dzikimi krzakami.

Poczwórna fornalka podczas bronowania na byłych polach majątku Fryczów, zdjęcie z roku 1943, brony pochodzą jeszcze zapewne z czasów gospodarowania Fryczów

Karol pierwsze nauki pobiera w rodzinnym dworze. Dla uzupełnienia nauki sprowadzono  nauczycielkę z Francji tzw. bonne supérieure. Bona tak opisywała wrażenia z polskiej wsi: „Zima była wyjątkowa, długa, poczwórne fornalki w końcu kwietnia borykały się, bronując, z zamarzniętą grudą, proboszcz parafii kwękał długo po przebytej hiszpance, a zawodowa stadnina harcowała po okólniku.  … Mając tu sto rozbieganych koni i stu służących, którzy jeżdżą konno nie spełniając żadnej poważnej pracy…”

Nauczycielka zapewne się z tymi końmi pomyliła. Nic nie wiadomo, aby w Cieszkowach hodowano tyle koni, natomiast w pobliskich Miławczycach w tym czasie Józef Trzebiński posiadał hodowlę koni wyścigowych, jedną z najlepszych w Królewstwie Polskim. W tych właśnie Miławczycach siedział kiedyś na dzierżawie Jan Chryzostom Pasek, a pierwsze dni dzieciństwa spędziła tu profesor Maria Dzielska. Można też przypuszczać, że gościńcem wsi Cieszkowy przejeżdżała latem starsza o dziesięć lat od Karola, Maria Skłodowska, jadąc ze pobliskich  Stawieszyc do  kancelarii notarialnej swego wuja Zdzisława Skłodowskiego do Skalbmierza. Maria Skłodowska spędzała na Ponidziu letnie wakacje.

Karol już jako siedmioletni chłopiec jeździł do Kielc i Krakowa. W wieku dzisięciu lat jest na przedstawieniu teatralnym w Starym Teatrze w Krakowie na sztuce „Rewizor petersburski” Gogola. Wygląd teatru z tego przedstawienia pozostał mu na długo w pamięci. Ogląda następne przedstawienia.

Dawny zbór ariański, z prawej stron widoczne stare lipy, o których wspominał Karol Frycz i fragment budynku szkoły, stojącej na miejscu, gdzie stał kiedyś dwór Fryczów

Po tych pierwszych przedstawieniach odrywa u siebie wielki pociąg do teatru. Po powrocie do domu  odtwarza role widziane w teatrze. Zamienia opustoszałą w lecie oranżerię na fikcyjny teatr, angażuje siostry i krewnych równolatków do gry w tym jego teatrze. Równocześnie ujawniają się zdolności rysunkowe Karola. W domu rodzinnym w Cieszkowach kultywowano tradycyjne patriotyczne i narodowe. „Wszystko, co zaznaczało się swoiście polskim charakterem, co miało jakieś cechy dodatnio wyróżniające nas orginalnością pośród rodziny narodów europejskich, a przede wszystkim słowiańskich, wszystko, co było znamieniem pewnej ciągłości narastających epokami formacji kulturowych czy obyczajowych, doznawało w domu troskliwej opieki. To była jakby kotwica wczepiona w ziemię ojczystą, zarówno w jej hojności, jak i w jej biedy.”

We wrześniu 1887 roku rodzice wysyłają Karolka do gimnazjum w Krakowie – nie chcą, by syn uczył się w Królewstwie Polskim w szkole rosyjskiej. Karolek okazał się się w tych początakach swojej edukacji niezbyt gorliwym uczniem. Klasę III, IV i V przerabia ucząc się w domu w Cieszkowach.

W tym okresie, podróżując z matką, zwiedza prawie całą zachodnią Europę, poznaje języki, do których miał wrodzone predyspozycje. Już w młodości władał niemieckim, włoskim, francuskim i angielskim.

Do Krakowa przyjeżdża tylko dwa razy w roku na egzaminy. W roku 1896 otrzymuje świadectwo ukończenia V klasy. Dalszą edukacje rozpoczął w gimnazjum w Bochni. W maju 1896 roku zdaje egzamin dojrzałości. Zawsze wspominał Cieszkowy, gdzie spędził dzieciństwo, czuł się Polakiem i Europejczykiem. Z maturalnym świadectwem powrócił do Cieszków. W rodzinie zastanawiano się nad dalszą jego edukacją – nie zdradzał bowiem szczególnego zainteresowania do żadnego przedmiotu. Było jednak wiadomo, że chętnie rysował.

W październiku 1896 roku rozpoczął studia na politechnice w Monachium na wydziale architektury. W czasie studiów młody student architektury doszedł do przekonania, że nie interesuje go architektura, lecz historia sztuki. W roku 1898 został wyrzucony ze studiów i powrócił do rodziców. Już zdecydował, że chce podjąć studia w Szkole Sztuk Pięknych w Krakowie.

Nie spełniła się nadzieja ojca Kaźmierza, że jedynak przejmie majątek rodzinny. Karol nie wykazywał żadnego zainteresowania rolnictwem. Rodzice nie sprzeciwiali się wyborowi studiów malarskich. W tej sytuacji Kazimierz Frycz około roku 1898 sprzedał Cieszkowy swojemu siostrzeńcowi, Felicjanowi Mieroszewskiemu i przeniósł się z rodziną do Lublina. I tak kończy się przygoda rodu Fryczów z Cieszkowami na Ponidziu.

Karol Frycz do końca życia będzie z nostalgią wspominał Cieszkowy. „Mając dwadzieścia lat – pisał w jednym z listów – opuściłem pewnego dnia stary, modrzewiowy duży dwór, w którym od dziecka mieszkałem, w którym urodził się mój ojciec, dziad i pradziad, w którym nagromadziły się graty i pamiątki, jak wspomnienia, od piwnic do strychu. Moim  ‘sadem wiśniowym’ były trzechsetletnie lipy, ocieniające stary zbór ariański w głębi parku, pielęgnowany przez moją rodzinę.”

Do Krakowa wyjechał już z Lublina. Zaczął studia w  matejkowskiej Szkole Sztuk Pięknych. Po śmierci Jana Matejki uczelnią zarządzał wybitny akwarelista – Julian Fałat. Karol studiował pod kierunkiem Alfreda Rollera, który później został scenografen Opery Wiedeńskiej.

Frycz od samego początku wyróżniał się wśród krakowskich studentów malarstwa. Jego profesorami byli m. in. Leon Wyczułkowski i pejzażysta Jan Stanisławski. Karol interesuje się życiem kulturalnym i naukowym w mieście, które gromadziło wówczas znakomite  nazwiska i świetne talenty.  Nadal utrzymuje żywe kontakty rodzinne, szczególnie z Żeleńskimi, z Stanisławem Gabrielem, Edwardem i Tadeuszem. Równolegle do studiów malarskich  w roku 1902 Frycz zapisuje się na Wydział Filozoficzny Uniwerytetu Jagielońskiego, na kurs historii sztuki.  Spotyka się wtedy m. in. z Wyspiańskim i z Jackiem Malczewskim.

Karol Frycz nie kontynuuje jednak studiów na Akademii, lecz zapisuje się do rządowej Szkoły Przemysłu Artystycznego w Wiedniu, gdzie kształci się w kierunku dekoracyjno-przemysłowym. W czerwcu 1903 Frycz roku zalicza w Kunstgewerbeschule rok szkolny 1902/1903 i powraca do Krakowa. Współpracuje z pismem satyrycznym Liberum Veto, a jesienią pojawia się a Akademii na prawach wolnego słuchacza. Wiosnę 1904 roku Karol Frycz spędza w Anglii, dokąd wybrał się w podróż studyjną. Ten wyjazd zamyka lata jego studiów.

W kwietniu 1904 roku Frycz osiada w Krakowie. Jest tu już znany. Kontynuuje współpracę z Liberum Veto, interesuje się teatrem, uczestniczy w życiu kulturalnym Krakowa. Pokrewieństwo z rodziną  Żeleńskich ułatwiało mu wstęp do najlepszych krakowskich salonów. Intelektualiści Młodej Polski spędzają wiele czasu razem – w salonach, kawiarniach, za kulisami teatru. W cukierni Michalika spotykają się malarze, dziennikarze i poeci. Tu, przy wspólnym stoliku powstała myśl powołania kabaretu artystów, wzrorem podobnych przedsięwzieć w Europie Zachodniej. Tak powstał Zielony  Balonik. Od początku działał pod zarządem komitetu w składzie: Edward Żeleński, brat Boya, Nosakowski, Boy, Frycz, Trzciński i Sierosławski. Pierwszy wieczór kabaretowy odbył się 7 października 1905 roku.

Karol Frycz odwiedza często Stanisława Wyspiańskiego, kiedy ten jest już ciężko chory.  Gdy Frycz wyjedzie z Krakowa na pogrzeb stryja, po powrocie nie spotka już przyjaciela – Wyspiański już nie żył.  Fryczowi powierzoną oprawę plastyczną pogrzebu artysty.

W wieku trzydziestu lat Frycz jest już wziętym malarzem, cenionym grafikiem, uznanym dekoratorem teatralnym i wybitną postacią krakowskiego życia kulturalnego. W roku 1906 Ludwig Solski, dyrektor krakowskiego Teatru Miejskiego, daje mu szansę zadebiutowania w prawdziwym teatrze. Frycz przygotowuje scenografię do sztuki Peleas i Melissanda Maeterlincka. W latach 1907-1912 Karol Frycz działa w Krakowie z dużym zaangażowaniem i intensywnością, uprawia plakat, karykaturę grafikę, ilustracje książkowe, malarstwo sztalugowe. Włącza się w ruch Wielkiej Reformy Teatru, proponując tworzenie nowej oprawy plastycznej dla każdego przedstawienia i odejście od konwencjonalnych rozwiązań.

W roku 1912 Frycz przenosi się do Warszawy do otwieranego przez Arnolda Szyfmana Teatru Polskiego, gdzie zostanie zatrudniony jako scenograf.

Okres pierwszej wojny światowej Frycz spędził w Sandomierzu, gdzie w katedrze Narodzenia Najświętszej Maryi Panny odrestaurował średniwieczne freski.

Odzyskanie przez Polskię niepodległości przyniosło artyście nowe wyzwania. Polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych zorganizowało w 1919 roku misję dyplomatyczną, której celem było nawiązanie kontaktów z admirałem Aleksandrem Kołczakiem, jednym z dowódców Białych i przeciwnikiem bolszewików, który kontrolował znaczne obszary Syberii. Delegacja wyjechała statkiem z Francji przez Kanał Sueski i dalej przez Ocean Indyjski do Chin. Misja nie powiodła się. W Chinach delegaci dowiedzieli się, że bolszewicy rozbili wojska Kołczaka, a jego samego rozstrzelali. Zadaniem Frycza w Azji była także promocja nowopowstałego kraju, poprzez upowszechnianie jego kultury. Frycz jeździł po Chinach i Japonii dając wykłady i spotykając się z politykami i prasą. Już przed wyjazdem Frycz nawiązał kontakty z gazetami, dla których pisał także reportaże z podróży. Powrócił do kraju po dwóch latach, a do końca życia przyrosło do niego przezwisko „Chińczyk”.

W latach 1921-31 działał w warszawskim Teatrze Polskim, realizując ponad 70 projektów.  W roku 1933 Frycz został  ściągnięty przez Juliusza Osterwę z powrotem do Krakowa, do Teatru im. Juliusza Słowackiego. A za dwa lata sam objął stanowisko dyrektora teatru, był też profesorem krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. W roku 1939, po wkroczeniu wojsk niemieckich, zamknięto Akademię Sztuk Pięknych, a teatr Slowackiego zamieniono na scenę impresaryjną dla zespołów III Rzeszy. Frycz spędził wojnę, pracując w bibliotece.

Po wojnie został pierwszym dyrektorem Teatru im. Słowackiego. Dyrekcja stała przed trudnym wyzwaniem, pracownie i magazyny zostały rozgrabione, także aktorów pozostało niewielu. Fundusze na działalność były niewielkie. Przy teatrze powstało Studio Aktorskie, które stało się zaczątkiem późniejszej Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej. Po przejęciu dyrektorstwa teatru przez Osterwę Frycz był dziekanem wydziału scenografii krakowskiej ASP. Wśród jego uczniów znaleźli się Tadeusz Kantor, Andrzej Stopka, Józef Szajna. Frycz kładł nacisk na logikę myślenia, konsekwencję, wyczucie materii teatru. Jego wychowankowie określani są jako przedstawiciele krakowskiej szkoły scenografii.

Pod koniec życia Frycz ciężko chorował. Zmarł w piątek 30 sierpnia 1963 roku w wieku 86 lat. Pochowano go na cmentarzu na Salwatorze w Krakowie, sam wybrał sobie to miejsce pochówku dwa lata przed śmiercią. Spoczął w pobliżu Osterwy, Rostworowskiego, Tadeusza Białkowskiego, Mariana Niżyńskiego. W pogrzebie uczestniczył duszpasterz środowisk twórczych – biskup Karol Wojtyła, także m.in. wiceminister Kultury i Sztuki Zygmunt Garstecki, Balicki, Szyfman, Władysław Daszewski, Andrzej Stopka.

***

Przy pisaniu autor korzystał z książki Lidii Kuchtówny Karol Frycz. Zdjęcia pochodzą ze zbiorów Tadeusz Rogali.

Słowo na Nowy Rok (Barataria)

Don Quixote – Mural znaleziony w sieci
Foto htomek (Tomasz Hanarz)

Do napisania tego tekstu skłonił mnie ostatni listopadowy numer berlińskiego magazynu TIP.

Czy pójdziemy do nieba, jeśli nie będziemy już latać samolotami? pyta Philipp Wurm. Redakcja opatrzyła tekst podtytułem i nadtytułem – Moral, moralność. Moralność, takie ważące słowo, sięgające do sedna naszych problemów ze światem i ze sobą. Jesteśmy mało moralni, żyjemy, jak chcemy i tak, żeby nam było jak najwygodniej, mało się przejmujemy innymi i mamy poczucie, że wszystko nam wolno, tymczasem najważniejszym słowem 2019 roku było szwedzkie ‘Flygskam’ – ‘wstyd przed lataniem’.

Chcemy pójść do nieba, chcemy być moralni i chcemy jednak, by dało się to jakoś pogodzić z miłym wygodnym życiem, jakie my, Europejczycy pędzimy od kilkudziesięciu lat. Co powinniśmy zrobić dla klimatu, żeby zrobić coś, bo bezczynność zbyt obciąża sumienie. Trzeba więc zrobić coś. Czy wystarczy, jeśli rzucę palenie?, pyta jeden z dziennikarzy w Polsce. Czy jednak trzeba czegoś więcej i nie powinniśmy już latać samolotami?
Każdy z nas, ludzi obciążnych sumieniem, coś robi, czymś się zatem pociesza. Nie jemy mięsa, rzucamy palenie, sortujemy śmieci, nie kupujemy nowych ubrań, unikamy plastiku, a wyspa śmieci na Atlantyku i tak rośnie.

Każdy nowy etap w życiu Europy oznacza wołanie nie tylko za nowym, wspaniałym światem. To nie wystarczy. W nowym wspaniałym świecie muszę przecież mieszkać nowi ludzie. Co mówi Miranda w szekspirowskiej Burzy?

O cuda! Ileż pięknych stworzeń widzę!
Jak pełny wdzięków ludzki ród na ziemi!
Jak jest szczęśliwy świat nowy, co żywi
Takich mieszkańców!

Człowiek renesansowy był na pewno Nowym Człowiekiem. Nowego Człowieka tworzy każda prawie utopia, prawdziwa czy wymyślona. Awangardowi twórcy sprzed stu lat, gdy skończyła się wojna i upadły mocarstwa, podkreślali przy tym, że Nowy Człowiek to nie byt abstrakcyjny, lecz Nowa Kobieta i Nowy Mężczyzna.
Nowymi Kobietami były sowiecka traktorzystka i amerykańska dziewczyna tańcząca charlestona. Istniała też nowa kobieta hitlerowska – wysportowana, sterylnie higieniczna eugeniczna blondynka.

Wojna zmiotła je wszystkie z powierzchni, Nowa Przaśna Kobieta peerelowska w ogóle nie miała szansy na zaistnienie. Wydawało się, że po prostu żyjemy, czy, jak to w PRL-u, walczymy o przetrwanie.
Tymczasem, proszę Państwa, przyjmijmy do wiadomości, że my też jesteśmy Nowymi Ludźmi i to w co najmniej trzech wydaniach. Najpierw nasz status nowości brał się z hippisowskiej schedy – z tolerancji i wolności jednostki. Wtedy też zaczęliśmy palić marihuanę, ale za to powoli odchodziliśmy od jedzenia mięsa.
W ćwierć wieku później byliśmy nowi, bo musieliśmy stworzyć nowy świat, globalny i cyfrowy, a w roku 2019 staliśmy się po raz trzeci w ciągu jednego ludzkiego życia innymi, można by rzec – nowymi, Nowymi Ludźmi, ludźmi postawionymi wobec Katastrofy Klimatycznej.

Każdy z tych etapów stawiał nam jako Nowym Ludziom nowe wymagania i na każdym ponosiliśmy porażki. Przede wszystkim dlatego że nikomu nie udaje się osiągnąć stanu idealnego. Za dużo wymagań, za dużo “no-gos”. Próbuję policzyć, nawet nie kusząc się o hierarchię ważności:

Nie palić
Nie kupować rzeczy zbędnych
Nie kupować tego, co wytworzone zostało w niewolniczych warunkach
Używać do całkowitego zniszczenia
Co się da produkować / naprawiać samemu
Nie używać plastiku, zwłaszcza jednorazowego
Nosić ze sobą własny kubek i własne sztućce
Oszczędzać
Chodzić i jeździć na rowerze, używać komunikacji miejskiej
Angażować się
Nie pić? Hmmm, nie wiem, ja nie piję, ale to obowiązuje, czy nie?
Dzielić się i pomagać
Nie latać
Nie jeździć samochodem
Ograniczyć potrzeby
Korzystać z ekologicznych źródeł energii
Angażować się, współczuć i wczuwać się
Nie produkować odpadów i śmieci
Nie marnować zasobów od kromki chleba po kopalnie uranu
Szukać nowych rozwiązań indywidualnie i społecznie; płacić tym, którzy ich szukają na skalę globalną
Zbierać śmieci
Nie jeść mięsa (być jaroszem)
Nie jeść mięsa i ryb (być wegetarianinem)
Nie jeść jajek, mleka, nabiału (być weganinem)
Być tolerancyjnym
Nie poniżać innych
Nie uprawiać lookizmu
Nie być rasistą
Zdrowo się odżywiać
Nie kupować ciętych kwiatów
Nie kupować kwiatów w doniczkach
Bezwzględnie przestrzegać norm demokracji i społeczeństwa obywatelskiego
Siać rośliny tam, gdzie dziś rosną góry śmieci
Uśmiechać się
Czytać
Chodzić
Gotować samemu
Jeść owoce i jarzyny
Myśleć, co jeszcze dałoby się zrobić

Nikt z nas nie realizuje wszystkiego. Ale podobno lepiej, żeby wszyscy realizowali niedoskonale pewne konieczne dziś ideały, niż gdyby nikt doskonale nie realizował niczego.

Cóż, jak wiemy, nobody is perfect. Nawet w tych sferach, gdzie udało się nam osobiście zastosować do normy Nowego Człowieka, zdarza nam się odstępstwo. 40% wegetarian czasem je mięso – bo babcia przygotowała, bo się zagapiliśmy, bo zostało po gościach, a przecież nie wolno wyrzucać jedzenia, bo tak zapachniało pieczonym kurczakiem z budki na rogu, że nie można się było powstrzymać.

Nie da się być ideałem. Nie wiadomo, how to be good. Chcieliśmy dobrze, ale wyszło jak zawsze. Tu nie spełniamy, tam nie wypełniamy, tu odstępujemy, tam nie dajemy rady. Oszukujemy sami siebie. Staramy się też, by cena, jaką zapłacimy za uspokojenie wyrzutów sumienia, była jak najniższa.
Barato to po hiszpańsku oszustwo i taniocha.
Na imię mi Barataria.

Incredible paintings… (reblog+)

Yes, I know, you’ve seen it already. All those murals. Last year they were everywhere on Facebook. But then they vanished, as everything on Facebook. And now Kairos (a very very proper moment) for looking again at that murals come. And please, do not forget “our” mural in Stettin-Skolwin 🙂 or “our” mural in Berlin-Kreuzberg (foto Anne Schmidt)

15 Incredible Before & After Street Art Transformations

Hmmm.. actually they are first after and then before, but I do not change the serie. Never mind, bored panda – you are superb!
Yours
EMS

For those individuals among us who possess a talent for art, opportunities to create something beautiful can be found all around us. Everywhere you look, there are empty walls that are just crying out to become something more beautiful, if only someone would take the time. Thankfully, there are plenty of incredibly talented street artists out there who are doing just that, turning drab public spaces into explosions of color and creativity.

1. “Knowledge Speaks – Wisdom Listens,” Athens, Greece

2. “Juliette Et Les Esprits,” Montpellier, France

3. 3D Mural in Poznań (Śródka), Poland

4. “Renaissance,” Le Puy en Velay, France

5. Giant Starling Mural in Berlin, Germany (Star Haus Neheimer Str. 2 – 6, Tegel)

6. “Au Fil De Loire,” Brives Charensac, France

7. Photorealistic Mural, Glasgow, Scotland

8. An entire town was painted over, Palmitas, Mexico

9. Full Moon Hostel, Bristol, UK

10. “Topart,” Budapest, Hungary

11. Tiled Steps, 16th Avenue, San Francisco, California

12. Diving Dog Mural, Mechelen, Belgium

13. “Porte Des Lavandières,” Aurec Sur Loire, France

14. Racoon Mural made of trash and found objects, Lisbon, Portugal

15. “Let’s Keep The Plants Alive,” Białystok, Poland (“Dziewczynka z konewką”, Aleja Piłsudskiego 11/4)

A tu dodatek spoza listy światowej, ale przecież równie dobry. Pokazała to właśnie na Facebooku Danuta Starzyńska-Rosiecka. Słoń prehistoryczny na Skierniewickiej w Warszawie (Wola), namalowany na pamiątkę… wykopalisk archeologicznych. Podczas budowy metra na ulicy Płockiej znaleziono szczątki słonia sprzed 130 tysiący lat.

And here, ach…

W oczekiwaniu na cud

Autor nie mógł wiedzieć, co napisałam we wpisie świątecznym, bo było jeszcze kilka dni przed świętami i właśnie zaczynała się Chanuka, gdy przysłał mi taką propozycję… W każdym razie pisałam, że zdarzył się cud. Dziękuję, Tiborze!

Tibor Jagielski

…jak chcesz, a kiedy – będziesz wiedziała sama
podczas oczekiwania na cud
pozdrawia

tibor

Autor: Tibor Jagielski
Mozart Don Giovanni Finale

WIERSZE  DNI ZAMACHU STANU

nasz krzyk
milknie
bogowie
przechodzą obok nas
obojętni
(16)

słońce tańczy na soplach wiszących z okapu
krople spadają na parapet
rozlewają się i zamarzają natychmiast
cisza
(17)

48

w nocy
po bezskutecznej rewizji
wzięli mnie

– wsadzimy cię do celi z pedałami
to ci dadzą popalić
ty dupo

mówili
wspierając dłonie na przytroczonych do boku kaburach
(a ten “dobry” pozwolił wziąć szczoteczkę i fajki)

jak było
pytali mnie potem
– hujowo normalnie
(18)

z cyklu “krzyk ryby”,*)
szczecin, 1981/12/20


*) wydany w opozycji do  stanu wojennego z 13/12/1981
w ilosci ok. stu egzemplarzy
tomik wierszy;
wydawałam wtedy także  moje obrazki,
powielałam (głównie techniką linorytową) i wieszałam w środkach masowej komunikacji

najlepsze rysunki i wiersze umieszczałam na ścianie mojego pokoju, ale z tej pożogi niewiele ocalalo,
może jeden napis na murze berlińskim, parę zdjęć i powyższy rysunek.