Memy XXI wieku: ciasteczko krzyk

Ewa Maria Slaska

Pierwszy raz zobaczyłam, co można zrobić z obrazem w korespondencji naszej autorki, Lidii Głuchowskiej, z Oslo.

4a-schreikuchen-2

4_schrei-kuchen

Oczywiście Krzyk Edvarda Muncha rozpoznawalny bezbłędnie, tu jako ciasto w muzealnej kawiarni. W komentarzu do tamtego wpisu zadałam pytanie, kto wymyślił coś równie okropnego, jak takie ciastka? Już sama nazwa jest dość przerażająca – Skrik Kake czyli ciastko-krzyk. Było to w owym czasie, rok 2012, stosunkowo nowe osiągnięcie marketingowe, bo w internecie niewiele było na ten temat, żadnych przepisów, kilka zdjęć zaledwie i dość jednakowych komentarzy, że straszne! Jak się przyjrzeć krzykom na tych zdjęciach, to widać, że jest to zwykły tort czekoladowy lub biszkopt z galaretką przekładany masą owocową.

  
Dziś, po kilku latach, ciastka krzyk pojawią się nie tylko jako produkt oferowany w kawiarni muzealnej, ale są też przepisy jak upiec je samemu. Jeśli to możliwe, ich domowa produkcja  jeszcze bardziej degraduje Muncha – to już nie produkt marketingowy, jakoś jednak związany z twórcą, lecz wypiek na zabawę haloweenową.

Co w memach jest zawsze najbardziej zastanawiające to fakt, że wystarczy schematyczny zarys najbardziej charakterystycznego elementu obrazu i natychmiast rozpoznajemy oryginał. Oczywiście Krzyk, namalowany w roku 1893, uważany za arcydzieło ekspresjonizmu, należy, obok takich dzieł jak Mona Lisa czy Słoneczniki van Gogha, do najbardziej znanych obrazów na świecie.

Zasadniczo, jak podaje Wikipedia, istnieją cztery wersje tego obrazu – ten powyżej, wykonany w technice mieszanej (olej, tempera i pastel na kartonie), znajduje się w zbiorach Galerii Narodowej w Oslo, jest też jeden obraz wykonany temperą i dwa pastelami. Jeden z pasteli należał do prywatnego kolekcjonera Pettera Olsena, który go w roku 2012 sprzedał za ponad 119 mln dolarów i w chwili finalizowania transakcji była to najwyższa kwota zapłacona za dzieło sztuki na rynku aukcyjnym. Ojciec Olsena był sąsiadem i przyjacielem Muncha. Artysta wykonał również litografię obrazu, ale oczywiście siła jej wyrazu jest zupełnie odmienna od barwnych dzieł malarskich. Twierdzi się, że obraz został zainspirowany erupcją wulkanu Krakatau 27 sierpnia 1883 roku. Popioły przykryły ziemię, a niebo podczas zachodów słońca przybierało ciemnoczerwony kolor.

W roku 1978 Jacek Kaczmarski napisał inspirowaną tym obrazem piosenkę, tytułowy utwór z płyty Krzyk. Płyta nie ukazała się na rynku, cały jej nakład miał pójść na przemiał, jednak pracownicy Polskich Nagrań zdołali ukryć jego część. Uratowane płyty pakowano w koperty do płyty piosenkarki Eleni i rozsyłano po świecie. Człowiek, który wstawił tę piosenkę na youtube, Storm Stormbringer, dostał taką płytę i to jest to nagranie.

Na jego stronie na Facebooku znajdują się głównie filmy nakręcone w Hajnówce i Puszczy Białowieskiej.

Miejsce mocy to obszar o pozytywnym promieniowaniu. Występują tu takie formy subtelnych wibracji , które są korzystne dla organizmu człowieka. Dzięki nim w miejscach tych ludzie czują się lepiej, wypoczywają i regenerują się siły witalne. Jest to szczególnie interesujący i zagadkowy fragment puszczy, ponieważ porośnięty jest dziwnie uformowanymi dębami, sosnami i świerkami. Jest tu również dużo głogów i dzikich grusz nie występujących w Puszczy Białowieskiej. Według niektórych jest to dowód że funkcjonowały tu okresowe obozy pasterzy wypasających w XIX w. bydło. W miejscu tym ułożone są różnej wielkości i kształtu głazy przypuszcza się że był tu też miejsce kultu dawnych Słowian. Legenda głosi że istnieją w Puszczy teren, na których gromadzili się wtajemniczeni i wykorzystując moc kamieni powstrzymywali złe duchy.

Stromberger zamieszcza również film-petycję do Premier RP beaty Szydło o zaprzestanie wycinki puszczy. Oczywiście dziś, po roku od opublikowania tej petycji, wiemy, że był to krzyk wołającego na moście.

26 stycznia – Australia Day

Lech Milewski

26 stycznia obchodzimy Australia Day – Dzień Australii. Konkretnie świętujemy rocznicę lądowania 26 stycznia 1788 roku pierwszej grupy zesłańców w miejscu obecnego Sydney – KLIK.

Korzystając z tej okazji przedstawię w skrócie główne wydarzenia wiążące się z tym świętem.
Uwaga: o Australii pisałem dość często, na kilku blogach, i sporo fragmentów tego wpisu może być już znanych moim czytelnikom. Mam jednak nadzieję, że z okazji święta wybaczą mi te powtórzenia.

Jak Australia została NIEodkryta.

1. Nieodkrycie Australii przez Aborygenów.
Aborygeni przybyli do Australii ponad 60,000 lat temu. Nie może to być jednak uważane za odkrycie gdyż:
a – nie mieli strzelb
b – nie mieli biblii
c – nie znali chorób zakaźnych
d – nie mieli flagi
e – nie mieli tytułów własności.
Do tego oszukali, gdyż prawdziwe odkrycie musi być dokonane ze statku, a oni prawdopodobnie przyszli tu w bród, korzystając z odpływu.

2. Nieodkrycie Australii przez Holendrów.
Zadziwiające, że Holendrzy nie odkryli Australii, gdyż odbywali częste podróże do pobliskiej Indonezji. Mało tego – odkryli Tasmanię, wyspę 111 razy mniejszą niż Australia, oddaloną od niej zaledwie o 400 km na południe. Nazwali tę wyspę najpierw Van Diemen’s Land, a potem na cześć kapitana-odkrywcy, Abla Tasmana, przemianowali na Tasmanię. W tych czasach bowiem (rok 1642) nie było w zwyczaju, by nazywać wyspę imieniem kapitana statku. Anthony van Diemen był w latach 1636-45 gubernatorem Wschodnich Indii (Indonezji). Usiłował zbadać wybrzeże Australii. W roku 1854 zmieniono nazwę wyspy na Tasmania.

3. Nieodkrycie Australii przez Hiszpanów (nazywanych czasem Portugalczykami).
Portugalczycy (nazywani czasem Hiszpanami) żeglowali po oceanach, nadając wszystkim wyspom imiona świętych. Gdy dotarli do obecnego Vanuatu, zabrakło im świętych, nazwali więc wyspy pospiesznie Ziemią Świętego Ducha (Terra Australis del Espiritu Santo) i wrócili do domu, aby uzupełnić listę świętych. To bardzo szczęśliwy zbieg okoliczności, gdyż Australia była kolejnym lądem na ich trasie i gdyby tu przybyli, musielibyśmy mówić po hiszpańsku (albo po portugalsku, jak nazywają ten język Brazylijczycy).

Jak Australia została odkryta.

W 1770 roku kapitan Cook został wysłany na Tahiti w celu obserwacji tranzytu planety Wenus. Jednak jedyne co kapitan Cook zaobserwował na Tahiti, to grupa miejscowych kobiet w spódnicach z trawy (a może i bez), więc pożeglował dalej.
Tak dotarł do Australii, a miał ze sobą:
– strzelby,
– biblię,
– choroby zakaźne,
– flagi,
– tytuł własności.

Na miescu spytał tubylców jak się nazywa ten kraj. Oni jednak byli czarnoskórzy i nie mówili po angielsku, w związku z czym doszedł do wniosku, że są Walijczykami i nazwał te tereny Nową Południową Walią. To właśnie wpisał w Tytule Własności.

Następnie popłynął na Hawaje gdzie miejscowa ludność w obawie przed Odkryciem poszatkowała go na kawałki. Na pamiątkę tego wydarzenia wyspy nazwano Sandwich Islands, która to nazwa przetrwała do czasu, gdy wyspy prawidłowo odkryli Amerykanie.

Kilku członkom załogi kapitana Cooka udało się powrócić do Anglii, gdzie wręczyli tytuł własności królowi Jerzemu III, który wkrótce po otrzymaniu tego dokumentu oszalał.
Jednym z głównych objawów królewskiego szaleństwa było opodatkowanie Amerykanów, co zapoczątkowało cały łańcuch tragicznych wydarzeń, które trwają do dziś.

Wszystkie powyższe informacje pochodzą z tej strony – KLIK.

Wrócę jeszcze do kapitana Cooka. Otóż odbył on swoja podróż na zlecenie Królewskiego Towarzystwa Geograficznego, w celach czysto naukowych, ale potajemnie otrzymał od króla Jerzego III tajną instrukcję, która polecała:
– sprawdzić czy są powody, aby sądzić, że na południe od szlaku żeglugi statku HMS Dolphin znajduje się ogromny ląd
– jeśli tak to: zbadać naturę gruntu i jego produkty – zwierzęta, ptactwo, ryby, minerały. Przywieźć próbki tych ostatnich jak również próbki nasion i owoców
– obserwować naturę i zdolności tubylców jeśli takowi się znajdą. Usiłować nawiązać z nimi kontakt i przyjacielskie stosunki.

Pierwszy punkt został wykonany pomyślnie – 19 kwietnia 1770 roku flota kapitana Cooka osiągnęła południowo-wschodnie wybrzeże Australii.
Punkt drugi – trochę po łebkach. 29 kwietnia 1770 statek Endeavour przybił do brzegu w okolicach obecnego Sydney. Dwaj botanicy – Józef Banks i Daniel Solander (uczeń Linneusza) zbadali miejscową florę. To na ich pamiątkę miejsce lądowania nazwano Botany Bay.
Punkt trzeci – pełna kompromitacja. Przybijający do brzegu statek Endeavour został przywitany groźnymi gestami i okrzykami miejscowych mieszkańców, na co załoga statku odpowiedziała ogniem muszkietów. Jeden Aborygen został ranny. Tak zakończyło się “nawiązanie przyjacielskich stosunków”.
Flota kapitana Cooka popłynęła wzdłuż brzegów Australii na północ. Dotarła w okolice północnego skrawka Australii a do wykonania pozostał jeszcze ostatni punkt tajnej instrukcji:
“…za zgodą miejscowej ludności wziąć w posiadanie, w imieniu króla Wielkiej Brytanii, dogodne pozycje w tym kraju“.
Co robić? Na horyzoncie pojawiła się niewielka wyspa. To była naprawdę ostatnia szansa. Wylądowali, wzniesiono brytyjską flagę, odczytano akt wzięcia w posiadanie wschodniego wybrzeża kontynentu, na którym kapitan Cook nie postawił nogi, oddano trzy strzały z muszkietów i tyle samo z dział na statku. Stosownie do okoliczności wyspę nazwano Possession Island – KLIK.
Najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że tajna instrukcja króla Jerzego była od samego początku nieważna, gdyż monarcha nie miał prawa robić żadnych zmian terytorialnych bez uprzedniej zgody parlamentu.

Kolonizacja.
O Australii przypomniano sobie dopiero 17 lat po jej odkryciu.
13 maja 1787 roku odbiła od brzegów Anglii flota pod dowództwem komandora Artura Philipa. Flota składała się z dwóch okrętów wojennych, trzech statków z zapasami i sześciu statków przewożących skazańców i ich strażników. W sumie zaokrętowano 1420 osób, w tym 789 skazańców, wśród nich 14 dzieci.
Podróż trwała ponad osiem miesięcy, w tym dwa dłuższe postoje w Rio de Janeiro i Cape Town. Ten ostatni był szczególnie istotny, gdyż przez następne dwa miesiące podróży nie było żadnego lądu. Panuje opinia, że była to jedna z bardziej udanych przepraw do Australii. Nie stracono żadnego statku, w czasie żeglugi zmarły tylko 43 osoby. W czasie podróży zesłańcom urodziło się 11 dzieci, a strażnikom 9.
Historia Pierwszej Floty tutaj – KLIK.

Flota przybiła 19 stycznia 1788 roku do Botany Bay, ale okazało się, że opis zatoki sporządzony przez kapitana Cooka zawierał wiele nieścisłości i zatoka nie nadawała się do lądowania dużej floty. Po kilku dniach poszukiwań znaleziono znacznie lepsze miejsce – Port Jackson – centrum dzisiejszego Sydney. Była tu niewielka zatoka, którą, ku czci ministra spraw wewnętrznych, Lorda Sydney, nazwano Sydney Cove.
26 stycznia 1788 roku statki pierwszej floty rzuciły tu kotwice. Dowództwo wyprawy zeszło na ląd, wciągnięto na maszt brytyjską flagę i oficjalnie ogłoszono prawo własności.
To właśnie wczoraj świętowaliśmy.
Dowódca Pierwszej Floty – komandor Artur Philip – został mianowany gubernatorem kolonii Nowej Południowej Walii.

Na początku wpisu podałem pięć warunków prawidłowego odkrycia. Jak dotąd nie wspomniałem dwóch z nich – biblii i chorób zakaźnych. To pierwsze nie było nigdy w Australii zbyt widoczne, co innego choroby.
W rok po lądowaniu Pierwszej Floty Aborygenów zaatakowała epidemia ospy. Do dzisiaj nie wyjaśniono dokładnie jej przyczyn. Ospa była plagą w Wielkiej Brytanii i znano szczepienia zapobiegawcze. Jest prawie pewne, że lekarze na statkach Pierwszej Floty wieźli ze sobą szczepionki przeciw ospie. Podczas podróży i po wylądowaniu nikt na ospę nie zachorował. Istnieje podejrzenie, że przez nieuwagę, a może celowo, ktoś wyrzucił butelkę ze szczepionką na ląd. Skutki były tragiczne.

Aborygeni.
Gubernator Artur Phillip otrzymał instrukcję, aby utrzymywać jak najlepsze stosunki z miejscową ludnością i dołożył sporo starań, aby tak właśnie było. Pierwsze utarczki między Aborygenami i białymi wynikały z całkowitego niezrozumienia zachowania drugiej strony i braku możliwości porozumienia.
Gubernator usiłował nawiązać kontakt z miejscowym plemieniem Eora, ale tubylcy ze zrozumiałych względów unikali kontaktu. Nie pozostało nic innego, jak złapać ich przywódcę i doprowadzić do spotkania na szczycie. Porwany nazywał się Bennelong. Umieszczono go w siedzibie gubernatora, gdzie starano się poznać jego język i obyczaje.
Po sześciu miesiącach uciekł, ale trzy miesiące później zaprosił gubernatora do siedziby plemienia. Tu wydarzyło się coś ciekawego – gubernatora zraniono w ramię ceremonialną dzidą. Tłumaczone jest to jako swoisty akt pogodzenia się – aby sprawiedliwości stało się zadość, muszę cię ukarać za doznane krzywdy, ale teraz już między nami zgoda. Najważniejsze, że gubernator Phillip tak właśnie to odebrał.
Bennelong utrzymywał stały kontakt z gubernatorem i poprosił nawet o wybudowanie mu domu blisko rezydencji gubernatora. Wybudowano, w Bennelong Point, gdzie obecnie znajduje się Sydney Opera House – KLIK.
Kolejnym akcentem dobrych kontaktów była prośba Bennelonga, aby jego żona mogła urodzić dziecko w rezydencji gubernatora. Był to w jakimś sensie symbol nawiązania rodzinnych więzi między kolonizatorami i plemieniem Eora.
W 1790 roku gubernator Phillip zrezygnował ze stanowiska i wrócił do Anglii. Bennelong popłynął razem z nim i został przedstawiony królowi. Po powrocie do Australii sytuacja się pogorszyła. Nowy gubernator nie miał dobrego kontaktu z Bennelongiem, a ten rozleniwił się i rozpił. Historia Bennelonga tutaj – KLIK.

Jak z powyższego widać, istniała wola polityczna, aby kolonizatorzy i Aborygeni żyli w zgodzie. Przeszkodziła ekonomia. Do Australii zaczęli przybywać “free settlers” czyli dobrowolni imigranci. Również wielu skazańców kończyło okres kary i odzyskiwało wolność. Jedni i drudzy otrzymywali od rządu ziemię do zagospodarowania. Prowadziło to do gwałtownych konfliktów z zamieszkującymi te tereny Aborygenami. Biali, którzy po odbyciu ciężkiej kary lub ciężkiej i ryzykownej podróży, chcieli zabrać się do gospodarowania na swoim, traktowali Aborygenów jak drapieżne zwierzęta. Aborygeni odpłacali w podobny sposób, czego skutkiem były karne ekspedycje wojska i policji. Aborygeni nie mieli szans.
Dlatego też świętowanie Australia Day z okazji lądowania 26 stycznia 1788 roku wywołuje pewne kontrowersje. Niektórzy nazywają ten dzień Dniem Inwazji. Zgłaszane są propozycje, aby świętować rocznicę powstania Australii jako samodzielnego państwa – 1 stycznia 1900 roku.
Fachowe informacje na temat Australia Day tutaj – KLIK.

Tegoroczne święto poprzedziły natomiast kontrowersje wywołane przez poniższe zdjęcie…

Australijki

To zdjęcie umieszczono na początku stycznia na plakatach reklamujących nadchodzące święto, jednak plakaty zostały zdjęte po kilku dniach, gdyż firma reklamowa otrzymała liczne telefony i listy z pogróżkami. W wyniku masowej akcji na internecie zebrano ponad $100,000, aby opłacić koszty umieszczenia tego zdjęcia na stronie internetowej i ponownie jako plakaty w przestrzeni publicznej. Szczegóły tutaj – KLIK.

W sumie jest to jednak radosny i beztroski dzień.
Środek lata, wakacje szkolne, sezon urlopowy. Formalne ceremonie są bardzo skromne. Większość ludzi celebruje święto w typowo australijski sposób: baranie czopsy na barbeque i piwo, dużo piwa…

Australia Day

Stuart 17

Ach ten Stuart! Tym razem wpasował się w aż dwie rocznice. Dziś 1500 wpis na blogu, pisałam o tym wczoraj, chcąc jednak zostawić Stuarta w jego stałym terminie, i, jak się okazało, słusznie, bo jutro… Oddajmy tu głos Lechowi Milewskiemu, naszemu Autorowi z Australii, który napisał już kilka dni temu: Mam nadzieję, że Stuart spędza dzisiejszy dzień – 26 stycznia – w Australii. Wszak świętują tam narodowe święto – Australia Day. Oficjalny wpis na ten temat opublikowany zostanie jutro. No to zobaczmy, czy Stuart spędza ten dzień w Australii. I, moi drodzy Czytelnicy, uwierzcie mi, ani Lech ani ja nie uzgadnialiśmy niczego z autorką!

Joanna Trümner

When your day is long
And the night, the night is yours alone
When you’re sure you’ve had enough
Of this life, well hang on
Don’t let yourself go
‘Cause everybody cries
And everybody hurts sometimes

Kiedy dzień jest potwornie długi
A nocą, nocą jesteś zupełnie sam
Kiedy jesteś pewien, że masz już dosyć tego życia
Nie poddawaj się, nie rezygnuj
Bo każdy czasami płacze i każdy czasami rani

Sometimes everybody hurts REM

Nowy Rok

Stuart wrócił do domu i zadzwonił do Meg z życzeniami noworocznymi. W zaśnieżonym Walton brakowało jeszcze kilku minut do rozpoczęcia Nowego Roku. Meg czekała na północ w swoim mieszkaniu w towarzystwie Einsteina i matki Stuarta. Odebrała słuchawkę po pierwszym sygnale, tak jakby nie mogła się doczekać tej rozmowy telefonicznej. „Gdzie byłeś na Sylwestra?” zapytała i w tym momencie Stuart poczuł ulgę na myśl o tym, że nie musi jej patrzeć w oczy. „Byłem ze znajomymi w knajpie. Kiedy w końcu przyjedziesz? Niczego więcej sobie w tym nowym roku nie życzę”, powiedział zmieniając temat i próbując opanować drżenie głosu. „Prawdopodobnie w połowie lutego, tutaj wszystko się powoli układa, to przecież tylko sześć tygodni, bardzo za tobą tęsknię”, powiedziała Meg, zaskakując go tym wyznaniem. Meg była do tej pory tak powściągliwa w okazywaniu swoich uczuć, że na myśl o nocy spędzonej z Tracy Stuart poczuł się jeszcze podlej niż przed rozmową ze swoją dziewczyną. „Ona nigdy nie może się o tym dowiedzieć” – pomyślał.

Dzień rozpoczynający rok 1980 był najdłuższym dniem w jego życiu, nie mógł znaleźć sobie miejsca w mieszkaniu, w marę mijających godzin coraz mocniej zdawał sobie sprawę z tego, jak bardzo jest samotny w Sydney. Wybrał się na Bondi Beach, żeby skorzystać ze słonecznego dnia na plaży i uciec od złych myśli, ale widok zakochanych i trzymających się za ręce par wprawił go w jeszcze gorszy humor. Kiedy odwracał wzrok od zakochanych widział grupy roześmianych młodych mężczyzn, rozmawiających ze sobą i leczących przez kąpiel w morzu kaca po wczorajszej imprezie. Patrzył na nich z zazdrością, bardzo brakowało mu przyjaciela, z którym mógłby podzielić wszystkie złe myśli, jakie się w nim zagnieździły i powracały jak bumerang. W drodze powrotnej do domu pomyślał: „To chyba najdłuższy i najgorszy dzień w moim życiu”. Nie mógł dłużej znieść ciszy w pustym mieszkaniu i po raz pierwszy od tygodni wziął do ręki gitarę. Kiedy śpiewał jedną ze swoich ulubionych piosenek Hanka Williamsa przy słowach: „I’ve never seen a night so long when time goes crawlin’ by, the moon just went behind a cloud to hide its face and cry (nigdy nie widziałem nocy tak długiej, kiedy czas tak się dłuży, a księżyc zaszedł za chmurę, żeby skryć swoją twarz i płakać), pomyślał: „To przecież o mnie”. Słowa tej piosenki opowiadały o wszystkim, co czuł w tej chwili – o samotności, zagubieniu i najgorszym, najbardziej bolesnym rozczarowaniu – rozczarowaniu samym sobą.

„Jak ludzie potrafią żyć bez muzyki? Przecież nic nie potrafi lepiej oddać naszych uczuć i emocji, które przed nami kiedyś ktoś już przeżywał. Może i on zrobił dużą głupotę i po napisaniu tej piosenki zrobiło mu się na duszy o wiele lżlej?” – pomyślał i poczuł, że zaczyna się wewnętrznie uspakajać. W oczekiwaniu na sen zaczął się zastanawiać nad tym, co może zmienić od zaraz, żeby jutro nie było tylko kolejnym dniem w kalendarzu, ale szansą na zmianę tego, co go dzisiaj tak bardzo bolało.

Wykorzystał tą szansę – kolejne tygodnie poświęcił pracy i poznawaniu miasta, które tętniło latem i życiem. „Jak dobrze, że świeci słońce, a ulice i parki pełne są szczęśliwych ludzi, cieszących się dobrą pogodą i latem” – pomyślał po kilku dniach chodzenia po Sydney z mapką w ręku i z ulgą stwierdził, że jego zły nastrój powoli przechodzi.

Dużo czasu spędzał w największej bibliotece w Sydney – Bibliotece Stanowej Nowej Południowej Walii przy Macquarie Street. Tam znalazł wiele materiałów do przygotowania lekcji z matematyki, tam też przez przez przypadek poznał Toma. W poszukiwaniu książki do zadań z geometrii Stuart podszedł do półki z książkami i zobaczył, że oprócz niego ktoś inny w tym samym momencie sięga po tę samą książkę. Nieznajomy uśmiechnął się do Stuarta trzymając w ręku: „Geometrię dla każdego”, pachnącą jeszcze farbą drukarską książkę, która sprawiała wrażenie jeszcze nigdy przez nikogo nie używanej. „Widzę, że nie tylko uczniowie obchodzą ją łukiem”, powiedział Tom z uśmiechem. Tom pracował od siedmiu lat jako nauczyciel matematyki w szkole dla dziewcząt i w kilka dni później opowiadał Sutartowi przy piwie o swoich problemach z uczennicami. „Wierz mi, że ostatnie, co je w życiu interesuje to matematyka. Wymyślam różne zabawy, próbuję im wytłumaczyć, że ten przedmiot to nauka logicznego myślenia, które potrzebne jest potem przez całe życie – a one patrzą na mnie z niedowierzaniem tymi swoimi wielkimi oczami i w duchu wiem, że gdyby tylko program szkoły przewidywał taką możliwość, to natychmiast zrezygnowałyby z nauki tego przedmiotu. Nie chcę być takim nauczycielem, jakich my poznaliśmy, nie chcę traktować ich z góry, straszyć, kompensować kompleksów i decydować o przyszłości, ale powoli nie wiem, co jeszcze mogę zrobić, żeby je zainteresować”. Wracając po północy do domu ze spotkania z Tomem Stuart po raz pierwszy od dawna czuł się szczęśliwy na myśl o tym, że poznał kogoś, z kim będzie mógł dzielić swój czas, że skończyła się jego samotność i godziny, oznaczające tylko czekanie na przylot Meg.

Z mieszkańcami domu starców pożegnał się koncertem piosenek, które oni sami sobie wybrali. W kilka dni przed koncertem z uśmiechem czytał sporządzoną przez nich listę, na której znalazło się siedem zapisanych drobnym maczkiem piosenek – zapomnianych utworów, na szukaniu których spędził godziny w bibliotece. Dodał do tej listy kilka starszych piosenek i z zaskoczeniem obserwował podczas koncertu, jak jego słuchacze – ludzie, którzy w większości zapomnieli kim są, przypominali sobie poznane podczas świadomej części swojego życia słowa piosenek. Rozejrzał się po publiczności i zobaczył, jak siedzący obok siebie na wózkach inwalidzkich pani Sorkin i pan Blacksmith trzymają się za ręce. „Więc i tuż przed grobem może nasz spotkać miłość”, pomyślał, uśmiechając się do zakochanej pary na wózkach. Ostatnim utworem, który zaśpiewał razem z mieszkańcami domu starców była ballada „Waltzing Matilda” i kiedy grał na gitarze ostatnie nuty tej piosenki przyglądał się ze smutkiem swoim podopiecznym, myśląc, że za rok z pewnością połowa osób siedzących w tej sali umrze, a ci, którzy będą tu dalej mieszkali zapewne nigdy więcej nie będą mieli okazji do posłuchania granej na żywo muzyki.

„Dzień Australii” – święto narodowe swojej nowej ojczyzny spędził razem z Tomem na plaży. Wygrzewając się w słońcu myślał o tym, że w jego życiu wszystko zaczęło się układać, Meg potwierdziła przylot w połowie lutego, on sam za dwa dni zacznie pracę w szkole, a i na muzykę przyjdzie znowu czas. Australia Day przez przypadek był też dniem jego 30 urodzin, Stuart wcale nie był więc zaskoczony, że gdy wrócił do mieszkania, przed domem czekał na niego Ian z butelką szkockiej whisky w ręce: „Pozdrowienia od ojczyzny. No i ode mnie, to osiemnastoletnia whisky, trochę się wykosztowałem, więc nie obrażę się jak mi zaproponujesz kieliszek albo dwa”. Zanim Stuart zdążył otworzyć drzwi mieszkania usłyszał odgłos dzwoniącego telefonu: „życzę Ci pięknego dnia i nie zapomnij odebrać mnie z lotniska” – usłyszał głos Meg.

Patrzył na Iana z zaskoczeniem – nie widział po przyjacielu ani śladu przygnębienia albo rezygnacji, zginęło gdzieś wrażenie zagubienia, które miał na twarzy podczas ich ostatniego spotkania. „Chyba się po prostu pogodził z tym, co jest, sprawia w każdym razie wrażenie szczęśliwego”, pomyślał i zapytał Iana o życie rodzinne. Lakoniczna odpowiedź przyjaciela: „Innego życia nie będzie, jest mi tak wygodnie, że nie będe niczego zmieniał – nie mam na to ani siły ani ochoty”, zaskoczyła Stuarta. Ian nie miał do tej pory żadnego powodu, żeby się zmęczyć życiem, wszystko za co się zabrał, po prostu mu wychodziło. „On ma przecież zawsze tak wygodnie w życiu, zawsze miał kogoś, kto płacił jego rachunki, przedtem tatuś, teraz teść, nigdy niczego nie szukał i nie miał takich mało realnych marzeń jak ja”. Jednak w momencie, kiedy złapał się na tym, jak negatywne i nieprzyjaźnie ocenia przyjaciela, Stuart przeraził się swoich myśli. „Zanim zapomnę, masz pozdrowienia od Tracy, pytała, dlaczego nie pokazujesz się w ‘Red Lion’” – zwrócił się do niego z uśmiechem na twarzy Ian. „Dziękuję, nie miałem po prostu czasu” – odpowiedział Stuart i patrząc na przyjaciela wiedział, że on się domyśla, dlaczego kelnerka tak się o niego dopytywała. „A kiedy ty tam byłeś, ty, przyszły ojciec, nie masz przecież czasu na przesiadywanie po knajpach?” – próbował przejść do ataku. „Tracy nie o każdego się tak dopytuje” – odpowiedział Ian – „widocznie zapadłeś jej w pamięć”. Do późna w nocy przyjaciele popijali whisky i śmiali się wspominając ludzi, których wspólnie poznali przez ostatnie lata. „Dlaczego z nim nie da się tak zawsze rozmawiać?” – pomyślał żegnając Iana.

W dwa dni później Stuart stał przy tablicy w klasie i patrzył na twarze swoich uczniów, z nadzieją, że uda mu się odgadnąć, kogo z nich uda się zainteresować matematyką, z kim będzie musiał walczyć o odrobienie lekcji, a kto nawet nie będzie próbował zrozumieć. Miał przed sobą dużo pracy, pracy, na którą się cieszył.

Cdn.

Odrobina statystyki jubileuszowej

Zaczęłam wpisem 22 grudnia 2012 roku.

Dzisiejszy wpis ma numer 1499. Jutro kolejny Stuart Joanny Trümner; on sam ma numer 17, na blogu będzie wpisem numer 1500.

Z tej okazji postanowiłam wykonać kilka nieskomplikowanych obliczeń statystycznych. Jest Was jako Autorów na blogu bardzo wielu, ale to jednak mój blog i statystyka to wyraźnie podkreśla. Ewa Maria Slaska jako autorka, nie jako redaktorka i adminka, opublikowała 360 wpisów! Patrzę i nie mogę się nadziwić, bo choć wiedziałam, że będzie tego dużo, nie myślałam, że aż tyle. No, ale na swoje usprawiedliwienie powiem, że muszę przecież osobiście zatkać każdą dziurę, którą Wy mi beztrosko zostawicie, pisząc kiedy macie czas i ochotę. A ja, otóż nie, ja muszę coś wstawić codziennie w minutę po północy. Początkowo naiwnie wierzyłam, że Autor, który obiecał, że przyśle – przyśle, potem się nauczyłam, że trzeba mieć koniecznie coś w zanadrzu. Czasem są to moje własne teksty, czasem tak zwane reblogi. Reblogów było w ciągu tych czterech lat 130, większość zaznaczona w tekście jako materiał redakcyjny. Jako Redaktorka podpisuję zresztą nie tylko reblogi, ale i informacje o ważnych imprezach, w tym o organizowanych przeze mnie we współpracy z Christiną Ziegler z Regenbogenfabrik wieczorach autorskich “moich” blogowych autorów.

Czytały już (same kobiety)
Ja (byłam pierwsza, dlatego umieszczam siebie na pierwszym miejscu)
Aśka & Renka (razem 9 wpisów, Renia czyli Renata Borowczak-Nasseri sama 37)
Johanna Rubinroth & Tanja Krüger (Johanna sama 26 wpisów, Johanna & Tanja 3)
Dorota Cygan (45) & Lidia Głuchowska (41) – Lidia ponadto dostarczyła do bloga kilkanaście tekstów innych autorów, w tym Stanisława i Stanisława Karola Kubickich
Aleksandra Hołownia (alias Alexandra Fly 9)
Joanna Trümner (26) & Viki Korb (14)
Monika Wrzosek-Müller (37)
Sylwia Kubryńska (1) (w towarzystwie Alicji Molendy – 3)
Karolina Kuszyk (13) & Agnieszka Dębska (3)
Emanuela Danielewicz (2)

W tym roku czytali / będą czytali (dużo mężczyzn):
Katarzyna Krenz (38) (a raczej w zamian za nią byliśmy tam my: Christine Ziegler – 5 wpisów, Michał Krenz – 3 i ja, bo siostra nie dotarła jednak do Berlina)
Krystyna Koziewicz (23) & Roman Brodowski (54)
Zbigniew Milewicz (78 absolutny rekordzista!) & Andrzej Rejman (63) & Tomasz Fetzki (64) (jeśli przyjmie zaproszenie, bo jeszcze nie potwierdził) & Mieczysław Bonisławski (4) oraz Lech Milewski (47) z Australii, który być może nie zdoła przybyć i wtedy włączymy go przez skype’a.

Ciekawostką tych spotkań autorskich jest to, że często odbywają się w moje urodziny (ja, Karolina & Agnieszka, Sylwia & Alicja, a w tym roku pięciu panów blogerów wspólnie). Inną ciekawostką jest to, że czasem przychodzi dużo ludzi, a czasem niezbyt wiele (you can never tell, you know, Winnie the Pooh), ale zawsze jest super wspaniała atmosfera i nadzwyczajna publiczność.

Informacja, która mi się samej podoba – ponad 150 wpisów zapewniła mi moja własna wielopokoleniowa rodzina, poczynając od artykułu (mojej) prababci, a kończąc na opowieści (mojego) wnuka czyli w sumie sześć pokoleń. Oczywiście po części są to reblogi lub przedruki, w kilku wypadkach rodzina dostarczyła zdjęć, nagrań czy grafik. Wśród blogów rodzinnych jest 10 tekstów Kingi Szpuler po hiszpańsku o mojej mamie Irenie Kuran-Boguckiej.

W ogóle rodzina jest ważnym tematem, o rodzinie pisali między innymi: Ryszard Dąbrowski (24), Konrad Sałagan (2), Tomasz Prot (6). Dużo jest tekstów o podróżach – Kenia, Gruzja, Hiszpania, Iran (tu bardzo ciekawy Adam Slaski 13) i nieproporcjonalnie dużo o grobach: Tomasz Fetzki, Małgosia Płoszaj i ja, ale to dlatego, że mnie groby bardzo interesują. Jest więcej prozy niż poezji, niektórzy autorzy (Kasia Krenz, Łucja Fice, Roman Brodowski, Andrzej Filet Fikus) uprawiają oba gatunki sztuki.

Dwie osoby opublikowały nadzwyczaj mało – Konrad Sałagan 3, a Aleksandra Puciłowska 5, ale były to jednoznacznie ważne teksty. Dwie osoby z kolei właściwie same nic nie napisały ale stały się istotną inspiracją: Longina Poterek 3 wpisy i Maryna Over – 15. Niekiedy wpisy są czy były nietypowe – najciekawsza była chyba Gertraud Pohl, która przygotowała 26 wpisów o lalkach. Trzy autorki (Aleksandra Hołownia, Lidia Głuchowska i Renata Borowczak Nasseri) i jeden autor (Michał Krenz) podali mi do publikacji swoje filmy. Sporo miejsca we wpisach zajmuje muzyka (tu zwłaszcza teksty Lecha Milewskiego i Tomasza Fetzkiego). Są wreszcie autorzy, którzy piszą mało i nie wiadomo, jak ich przycisnąć, żeby pisali więcej, albo kiedyś pisali a teraz nie piszą – to wspomniany już Konrad Sałagan, Dorota Cygan, Julita Bielak i Anna Dobrzyńska oraz Tomasz Fetzki.

Trzy wpisy o nadzwyczajnej poczytności właściwie od roku nie uzyskały żadnej konkurencji. Był to film Jurija Gashaka wstawiony na blog przez Lidię Głuchowską – Kobieta i koń, mój wpis o Europejskim Centrum Solidarności (ten wpis miał też prawie 500 lajków, szerków i komentarzy na facebooku i jest pod tym względem absolutnym rekordzistą) i wpis Aleksandry Puciłowskiej i Kingi Chojnickiej o śmierci Kasi Bienias. Wszystkie trzy mówią poprzez tę poczytność całkiem sporo o współczesnej polskiej kondycji ducha.

Co?

Poczytajcie, obejrzyjcie… Zapraszam!

Tajlandia – kraj tysiąca uśmiechów (1)

Uwaga, pierwszy odcinek reportażu Zbycha z Tajlandii nie zawsze jest przyzwoity, proszę zatem Czytelników skromnych i wstydliwych, bądź małoletnich, by opuścili fragment zapisany na niebiesko 🙂

Zbigniew Milewicz

Słoń w butelce

zkonfucjuszemWłada poznaję w przedostatni dzień Starego Roku, w jednej z bocznych uliczek Walking Street. Stoi przed rusztem, na którym pieką się nadziane na drewniane szpikulce kawałki marynowanego kurczaka, pachną tak smakowicie, że też coś kupię. Teraz obydwaj rozglądamy się za najbliższym Family Markt, gdzie sprzedają chłodne napoje. Śpiewny angielski nieznajomego powoduje, że przechodzę na język zdecydowanie dla mnie łatwiejszy:

– Ja Zbyszek, a kak was zovut ?
– Wład – odpowiada.

Pieczętujemy znajomość dobrym, miejscowym piwem chang, co po tajlandzku znaczy słoń, na schodach nieczynnego już o tej porze banku. Bank, jak większość ważnych instytucji, prywatnych przedsiębiorstw i firm w tym kraju, jest tajlandzki. Zagraniczni są tylko turyści i ich w sumie duże pieniądze, które przywożą do Bangkoku, Phuket, Koh Samui, czy Pattayi, żeby je wydać.

Autor w świątyni Konfucjusza

Wład, pięćdziesięciolatek, ponad 190 cm wzrostu, słusznej wagi moskwiczanin, ma na ramieniu wytatuowany spadochron. Jest emerytowanym komandosem, w stopniu podpułkownika, brał udział m.in. w wojnie w Czeczenii i Ossetii Południowej, teraz pracuje w dużej, rosyjskiej firmie, na jednym z kierowniczych stanowisk. Z wojskowej emerytury – powiada – w przeliczeniu to około 200 euro miesięcznie, nie byłoby go stać na Tajlandię, a przyjeżdża tutaj czasem kilka razy w roku. Tym razem zdecydował się na Pattayę, najbardziej rozrywkowe miejsce w tym kraju i może na świecie. Ty rzeczywiście jesteś w Tajlandii po raz pierwszy? – upewnia się po raz kolejny. – To zapraszam na małą wycieczkę, dopiero dziś przyjechałem i pohulałbym, ale we dwóch milej.

walkingstreet

Po zapadnięciu zmierzchu

Też tak uważam, ale oczywiście nie wiem, kto zacz ten Wład, czy nie jakiś zbok, albo z rosyjskich służb wywiadowczych, zajmujący się werbowaniem polskich emerytów na niemieckich papierach, ale może jednak zwyczajnie przyjazny Słowianin, któremu raźniej iść na dziewczynki we dwóch. Wszak już w Kabarecie Starszych Panów śpiewano: jeżeli kochać, to nie indywidualnie… Jestem na zasłużonym urlopie, najwygodniej mi więc wybrać ostatnią opcję. W pierwszym klubie tabledance Rosjanin finansuje wszystko: drinki dla dwóch panienek, które w mgnieniu oka rzucają się nam na szyję i dla dwóch następnych, które śpieszą, by je zmienić. Jesteśmy póki co jedynymi klientami w lokalu, więc trzeba personelowi dać zarobić. Drinki są dwa razy droższe od naszego changa, któremu pozostajemy wierni, ale takie są obowiązujące tu zasady. Klient płaci za swoje piwo o połowę mniej, niż w hamburskiej Reeperbahn, ale dziewczynom się nie skąpi. Są przeważnie filigranowe, wszystkie uśmiechnięte, bo jesteśmy w kraju tysiąca uśmiechów, i bardzo pomysłowe w sprawianiu klientom przyjemności, choć poza pettingiem nie ma na co liczyć w lokalu. Jeżeli mężczyzna zapragnie seksu, po tajlandzku bum bum, płaci odstępne właścicielowi baru i zabiera dziewczynę do hotelu, gdzie za short time (w miejscowym języku jest to godzina) płaci się przeciętnie 1000 bathów, a za całą noc 2000, co w przeliczeniu daje około 25 i 50 Euro. Można oczywiście dać zarobić babciom, wynajmującym w Pattayi, po 200 bathów, pokoje na godziny, a jeżeli nie lubimy wyuzdania tancerek go go, pójść do jednego z licznych salonów masażu, gdzie za dodatkową gratyfikacją, wysokiej klasy masażystka zrobi wszystko, albo prawie wszystko, co klientowi się wymarzy.

narurze

Tajskie piękności

My z Władem idziemy jednak na razie do kolejnego lokalu, którego specjalnością są zabawki. Przy ich pomocy personel pokazuje gawiedzi, że np. potrafi celnie strzelać plastikowymi kulkami (nie powiem z czego) do balonów na widowni, albo wydawać różne muzyczne dźwięki, z wysokim „c” włącznie. Tam honorowo partycypuję już w kosztach wstępu i konsumpcji. Później Walking Street aż do przystani, z której nazajutrz mamy popłynąć na Koh Larn. Po drodze Wład pokazuje mi lokale nastawione na obsługę jego ziomków, m. in. słynne Galaxy i Rasputina, w których pracują głównie dziewczyny z byłej Wspólnoty Niepodległych Państw. Ponieważ do Tajlandii przyjeżdżają na ogół dobrze sytuowani Rosjanie, więc i ceny są tam do tego adekwatne. Wstęp na Sylwestra w skromniejszych, rosyjskich lokalach zaczyna się od 100 Euro na twarz.

boks

W większych lokalach jest i thaibox

Plaża w Pattayi jest mocno zaśmiecona. Ekipy sprzątaczy wprawdzie czeszą ją regularnie, ale zawsze można natrafić w piasku na kawałek szkła, albo zardzewiały drut i zepsuć sobie urlop. W wodzie pływają plastikowe torebki i tacki po tajlandzkich kulinariach, więc jeden pobyt tutaj mi wystarczy. Koh Larn ma być przeciwieństwem Pattaya Beach. Wład przychodzi na molo nawet trochę przed umówionym czasem, kupuję bilety na prom, po 40 bathów na osobę, zakładamy obowiązkowe, pomarańczowe kamizelki ratunkowe i idziemy na dziób, żeby móc podziwiać piękny, morski pejzaż. W Pattayi niebo było zachmurzone, ale kiedy po mniej więcej godzinie podróży dobijamy do wyspy, nie widzę ani jednej chmurki. Jest samo południe, za dwanaście godzin powitam Nowy Rok, temperatura w cieniu przekracza 35 stopni C.

plaza

Plaża w Pattayi, pozornie bez zarzutu…

Kierowca odkrytego jeepa Toyoty, rozwożącego gości po wyspie, pyta, dokąd nas zawieźć. Wład nie chce na najbliższą, chińską plażę, bo nie jest zbyt czysta, pojedziemy dalej, gdzie wypoczywają m.in. rosyjscy turyści. Wszystkie miejsca na pace są zajęte, siadamy na jedynym wolnym, obok kierowcy, dwa changi przy drobnym tajlandczyku, który żartuje, że teraz wyglądamy, jak prawdziwi siam bruder, czyli bracia syjamscy*. Plaża rzeczywiście, jak z reklamowego obrazka, woda czysta, drobniusieńki piasek, na którym ani śladu po źle wychowanych gościach. Siadamy pod parasolami, przy trójce młodych mężczyzn.

– Where you come from? – pyta standartowo Wład.
– America, North Carolina – odpowiada najbliżej siedzący. – And you?
– Russia, Moscow.
– And a Pole living in Germany – uzupełniam.

Po wstępnym, lekkim zadziwieniu, jaki to ten świat robi się mały, wymieniamy imiona, podajemy sobie dłonie, chwilę trwa small talk, po czym idziemy razem popływać w ciepłym Pacyfiku, czy, jak wolą Rosjanie – Oceanie Spokojnym. Woda jest mocno zasolona, lekko niesie człowieka, można się w niej umościć na wznak, jak w stogu siana. Na plaży czekają na nasz powrót sprzedawczyni chłodnego piwa i masażystka, która zajmie się nogami jednego z naszych amerykańskich kolegów. Piją piwo z wizerunkiem tygrysa na etykiecie, my z Władem pozostajemy wierni słoniowi. Do konfliktu na tle tych gatunkowych, ani systemowych różnic jednak nie dojdzie, wręcz przeciwnie. Wład, który trochę zna tę wyspę, proponuje wspólną wycieczkę do położonego na pobliskim wzgórzu instytutu hydrogeologii i solidarnie kupujemy ten pomysł. Instytut niestety jest zamknięty, więc wspinamy się wyżej, na platformę widokową, na której mogę tylko dziękować Stwórcy za to, że stworzył na świecie takie piękne miejsca, jak to.

Z tropikalnym słońcem należy zawierać znajomość stopniowo i ostrożnie. Po dwóch godzinach czuję, że mam już dosyć i uciekam w cień. Amerykanom chyba też plaża na dzisiaj wystarczy, żegnają się z nami mocnymi uściskami dłoni, może do zobaczenia kiedyś i gdzieś tam…

– Całkiem normalni, fajni goście – konkluduje w zadumie Wład.

Zanim i ja się z nim się pożegnam, w drodze powrotnej promem do Pattayi, nie pytany opowie mi trochę o swojej wojennej przeszłości. Zwłaszcza Czeczenii nie udaje mu się wyrzucić z pamięci, mimo upływu lat trauma trwa. Ciągle ma przed oczyma różne obrazy i to nie w pierwszej kolejności trupów, czy spalonych, zniszczonych osiedli, a zwykłej, żołnierskiej biedy egzystencji – oblepionych błotem butów, przemoczonego munduru, brudu, insektów, wiecznego niewyspania. Jako dowódca odpowiedzialny był za bezpieczeństwo swoich podwładnych, ich stratę zawsze mocno przeżywał, to też ciągle wraca. Dobrze, że w domu ma u swojego boku kochaną i mądrą kobietę, która nie pozwala mu wiecznie rozpamiętywać przeszłości. To chochołuszka, Ukrainka, rezolutna i energiczna kobieta, bez niej źle mogłoby się potoczyć jego życie. Oczywiście wie, że pojechał do Tajlandii trochę się rozerwać, w pełni to zaakceptowała, zuch dziewczyna.

Jedziemy jeszcze zobaczyć Wielkiego Buddhę, niedaleko Jomtien Beach, 18 -metrowej wysokości złotą statuę, będącą główną świętością Wat Phra Yai. Przybytek zbudowano na wzgórzu Pratumnak Hill, w 1940 roku, w czasie, kiedy Pattaya była jeszcze wioską rybacką. Jest to buddyjska świątynia, pielgrzymują do niej gromadnie zarówno wyznawcy kultu Przebudzonego, jak i ciekawscy turyści; jeżeli zignorujesz to miejsce, to nie byłeś w Pattayi – poucza mój przewodnik. Wielki Buddha wita nas promiennym uśmiechem i ma wyjątkowo smukłą sylwetkę; jego mniejsze egzemplarze są już typowe, brzuchate. Do jednego z kultowych pępków przybysze próbują wrzucić pieniążek, jeśli trafią, będzie towarzyszyło im w życiu szczęście. Nie jest to jednak proste, próbuje i Wład, też pudłuje. W sąsiedztwie Wat Phra Yai znajduje się chiński kompleks świątynny, ofiarowany Konfucjuszowi i Guan Yin (według oficjalnych statystyk 14 % ludności Tajlandii, czyli około 6 milionów, stanowią Chińczycy), głównej postaci chińskiego panteonu buddyjskiego, czczonej jako bogini miłosierdzia, litości i płodności.

Wracam na ziemię, czyli na Walking Street, z buta to tylko około dwóch kilometrów i wyrzucam sobie, że tyle czasu spędziłem w miejscowych barach, wśród roznegliżowanych panienek, zamiast przeżyć go godziwiej. Pattayia oferuje wiele: można tu między innymi popróbować windsurfingu, polatać na spadochronie za motorówką, zobaczyć życie podwodnej flory i fauny przez szklane dno łodzi, rafy koralowe, albo hodowlę cudownych orchidei, pojeździć na słoniach i skorzystać z tysiąca innych rzeczy, a ja, jak ten typowy, niemiecki emeryt… Słoń tylko w butelce.

– Typowi niemieccy emeryci siedzą od rana do wieczora w tych samych barach, na tych samych miejscach i z nikim nie gadają, a ty jednak jesteś towarzyski łajdus i jeszcze dosyć ruchliwy – przypochlebia mi się fałszywie mój diabeł stróż. – Poza tym, aby dojść ze swojego hotelu nad morze, to czy chcesz, albo nie, musisz przeciąć Walking Street.

Stamtąd do Piyada Residence, gdzie mieszkam od prawie tygodnia, mam teoretycznie tylko około 20 minut marszu. Droga piechura w Tajlandii, zwłaszcza Europejczyka wiedzie jednak przez mękę i nigdy nie wiadomo, kiedy dotrze do celu i czy w ogóle, o czym napiszę oddzielnie, w korespondencji z Bangkoku, od której powinienem był zacząć swoją tajlandzką opowieść, ale wyszło inaczej. Grzeszne oblicze Pattayi, do której jeszcze zajrzymy, powinno złagodzić Krung Thep, czyli Miasto Aniołów, jak miejscowi nazywają Bangkok, tylko, czy tak będzie, to się okaże.

* To oczywiście aluzja do Siam, historycznej nazwy Królestwa Tajlandii.

PS adminki: Określenie bliźniąt syjamskich pochodzi od braci Chenga i Enga Bunkerów, urodzonych w Syjamie w 1811 roku. Bracia Bunkerowie przeżyli 63 lata, założyli rodziny i występowali przez lata jako jedna z atrakcji cyrku P. T. Barnuma, zdobywając majątek i sławę.

Barataria ciąg dalszy (2)

Właściwie to chciałam publikować Baratarię co tydzień, ale poprzedni poniedziałek trzeba było oddać koniecznie na inny wpis, więc niestety, tym razem, moi drodzy Czytelnicy, musieliście czekać (aż! aż?) dwa tygodnie. Ale za to informuję, że są już gotowe dwa następne odcinki, a ile ich razem będzie, nikt nie wie…

Ewa Maria Slaska

Tajemnicza kraina Barataria

W poprzednim odcinku ruszyliśmy przez skały i bagna w poszukiwaniu Baratarii. Zaczęliśmy od Cervantesa i zatrzymaliśmy się na dłużej przy powieści Krzysztofa Lipki, Pensjonat Barataria. Dziś ciąg dalszy z powieści Lipki, a potem, w poniedziałki kolejne odsłony poszukiwania tego, co tajemnicze, a zarazem tanie, zdradliwe i złudne.

Zanim jednak przejdę do Lipki chciałabym powiedzieć, że właśnie na naszych oczach powstała inna tajemnicza i nieistniejąca kraina czyli San Escobar. Kraj powołany do życia lapsusem językowym ministra Waszczykowskiego (podobno 10 stycznia spotkał się z dyplomatami San Escobar), nabrał życia dzięki inicjatywie internautów, coraz szerzej podchwytywanej i rozbudowywanej. Istnieje już mapa tego kraju, hymn, flaga, stolica, prezydent i jego piękna żona, słynni przedstawiciele, drużyna piłkarska, książki, filmy.

My jednak pójdźmy wszyscy do Pensjonatu Barataria

Przez cały niemal czas powieściowy na bohaterów opowieści spływa z góry wirtuozeryjnie grana na skrzypcach Chaconne Bacha, pisana przez autora jako Szakona, zawsze z wielkiej litery, bez cudzysłowu czy kursywy. Szakona, byt samoistny.

Czytając słuchajmy więc Szakony.

(strona 210, prawie sam koniec książki)

Wiele z naszych spotkań (z nianią Wiktorią, mamką Steina – przyp. EMS) to właściwie monologi w odpowiedzi na jakieś proste pytanie. Dzisiaj rano przyszło mi do głowy, by wrócić do tego, co swego czasu opowiadał na wykładzie lekarz na temat nazwy naszego pensjonatu i wypraw Steina do Zatoki meksykańskiej. Ku memu wielkiemu zdziwieniu Wiktoria doskonale zna ową historię, a co więcej opowiada ją zupełnie inaczej, niż przedstawił ją doktor Michaeli. Zderzenie tych dwóch opowieści wydało mi się tak fascynujące, jak liczne wersje tej samej legendy (…).

Wszystko miało miejsce pół wieku temu. Stein przedsięwziął pierwszą podróż za ocean z pobudek czysto muzycznych, był młody i zupełnie jeszcze nieznany, ale już zajmował się sprawami, które nie pociągały jeszcze nikogo innego. Wówczas jazz jeszcze nie dotarł do Europy, choć wiele się już o nim mówiło, Stein zafascynowany samym zjawiskiem zapragnął poznać je u źródeł. Kiedy dotarł do Nowego Orleanu, pierwsze co uczynił swoim zwyczajem, to zaczął z zapałem wertować mapę okolicy wyszukując wszystko, co w zasięgu ręki warte obejrzenia. (…)
Błądząc tak palcem po mapie Stein natrafił całkiem przypadkowo na nazwę Barataria umieszczoną w atlasie nieopodal miejsca, gdzie się znajdował i słowo to od razu przykuło jego uwagę. Nazwa ta tym bardziej go zainteresowała, że pewny był, iż już wcześniej gdzieś się z nią spotkał, choć nie umiał sobie przypomnieć gdzie i kiedy. Barataria – to czarodziejskie imię nie dawało mu spokoju, bezskutecznie przewertował wszystkie dostępne leksykony, odwiedził turystyczne agencje, przerzucał podręczniki geograficzne i słowotwórcze, wypytywał co bardziej wykształconych tubylców. Wreszcie miejscowe towarzystwo eksploracji miejscowych dorzeczy i akwenów udzieliło mu wystarczających wstępnych informacji. Stein dowiedział się, że w położonym u ujścia Missisippi stanie Luizjana rzeka formuje spore jezioro nazwane Barataria, wody tego jeziora znajdują ujście w Zatoce meksykańskiej, a u ich spływu wyrasta wysepka tego samego imienia, na której wzniesiono ufortyfikowany port dla niewielkich statków i okrętów. Stein bardzo zaciekawił ten – jak mu się wydawało – romantyczny opis, postanowił więc to miejsce osobiście spenetrować. Wybrał się do Balize, skąd trzeba było jeszcze ponad sto kilometrów podążać przez dzikie i zarośnięte tereny ze specjalnie wynajętym przewodnikiem. To jednak, co znalazł Stein u ujścia Missisippi, wynagrodziło mu wszelkie trudy z naddatkiem. Wysepka Barataria wywołała w nim tak potężny wstrząs, że wspominał ją odtąd zawsze w najważniejszych momentach życia, twierdząc przy tym, że dzięki tamtemu właśnie obrazowi został naprawdę artystą. Od pierwszego spojrzenia poruszył Steina kontrast krajobrazu ze wszystkim, co pod wpływem dźwięcznej nazwy wymarzył; jeżeli był tam romantyzm, to w najbardziej niesamowitym wydaniu dzikiej i wykutej w kamieniu natury.


Co wyobraźnia potrafi zrobić z rzeczywistością! Bagna Baratarii, które posłużyły autorowi jako materiał do stworzenia skalistego krajobrazu. No ale gdzie w końcu jak nie na trzęsawiskach mógł doznać objawienia artystycznego człowiek nazwany przez autora Pierre Stein, czyli Opoka Kamienna?

Wyspa jest maleńka, lecz odpychająca i nieprzystępna. Surowość pejzażu wydała się Steinowi, obznajomionemu już z podobnymi widokami, nieporównywalna z niczym innym na świecie. Wyludniony, na poły zburzony fort, nieprawdopodobnie ponury, wydawał się naturalnie zrośnięty ze skalnym podłożem, głównym budulcem tego zakątka świata. Spadziste, stromo urwane ściany ostro schodziły do wody, w której kłębiły się chmary ospałych aligatorów. Była to rzeczywistość zatopiona w ciężkim, niezdrowym klimacie, gdzie wszystkie barwy dwuznacznie opalizują, roślinność naskalna pnie się bujna lecz chora, woda stoi gęsta wydzielając kłęby lepkiej pary.

– Wydało mi się – powiadał potem Stein – że to Ziemia Obiecana potępieńcom, jakaś przerażająca Ultima Thule.

(…) Opowiadano, że tam właśnie, na maleńkiej wysepce, zatrzymał się postojem, już u progu swego odkrycia, Hernan Cortes. W tym samym miejscu ponoć krwawo rozprawił się z częścią zbuntowanej załogi, ze skał strącając swych przeciwników w wezbrane odmęty. Wiele później przebywał znowu na tej samej wyspie inny bohater wód tej strony świata, jeszcze bardziej dziki i złowrogi, najokrutniejszy być może z piratów, Nicolas Lafitte. I on także to zapomniane przez Boga miejsce obrał na załatwienie porachunków ze zgrają kamratów. (…)

Stein ponownie wybrał się na Baratarię i długo przyglądał się jej spadzistym skalnym progom. I tam dopiero, jakby wydobywając się z otaczającej czeluści, jakby parując z tyle tajemnic zawierającej toni, dotarła doń symboliczna wiedza zawarta w tej pięknie dźwięczącej nazwie Barataria, kabalistyczna magia ukrytych znaczeń i podtekstów. Przecież hiszpański przymiotnik barato oznacza tani, baratero zaś – złudny (…).

Wielokrotnie potem przyjeżdżał jeszcze na wyspę, godzinami stał bez ruchu na tej kamiennej ziemi i patrzył. Chodził, myślał, patrzył i przeżywał; i znów stał i patrzył. Aż w tym surowym i przerażającym świecie poczuł się u siebie. Wówczas przestał się zajmować sekretem tego miejsca, zdawało mu się, że dostatecznie nasiąkł klimatem Baratarii i tajemnica jej leży przed nim jak na dłoni. Wiedział już wszystko: tutaj właśnie w tym ponurym zakamarku ziemi odrodzono nowożytny Baratron, strącano ludzi ze stromej skały jak z tylnej ściany Akropolu, zrzucano ich za zbrodnię zdrady, zwaną w prawie morskim barateria.

(…)

Podczas jednego z pobytów na wyspie Stein dumał o tym wszystkim właśnie, kiedy zerwała się nawałnica. Cała przyroda wyła i huczała, wichry dęły dźwiękami trąb jerychońskich, muzyka żywiołu zagrała najpotężniejszymi burzami, jakie kiedykolwiek geniusz – wedle słów Steina – napisał na symfoniczne orkiestry, wydawało się, że to gigantyczne wieżowe dzwony waląc tuż przy uchu wieszczą miarowe podzwonne, że archanioł Michał dmie na Sąd Ostateczny, że grzmoty i pioruny wybrały skaliste wzniesienia na apokaliptyczne werble i kotły. Błyskawice rozświetlały niebo jak iskry ciskane przez ścierające się w kosmicznych katastrofach ciała niebieskie. W oddali gdzieś wybuchł pożar, czy też zawartość ognistą wyrzucił okoliczny wulkan, Stein ujrzał słup ognia unoszący się nad Baratarią na tle szafirowego nieba. To, co wówczas Stein odczuł nie było lękiem, lecz jakaś niewytłumaczalna siła z głębi ziemi czy z wnętrza samego dobyta, kazała mu paść na kolana i wymówić nieznane mu, nie wiadomo skąd płynące słowo tajemnej modlitwy: Excelsior…

Z tym oszałamiającym obrazem w oczach, z głową i sercem przepełnionymi tą kamienną muzyką sfer, Stein wyjechał z wyspy i nigdy już na nią nie powrócił. Od czasu wysłuchania tej podniebnej orkiestry, przepowiadanej przez średniowiecznych teoretyków harmonii mundi, stał się nowym, odmienionym człowiekiem. Odtąd zawsze szukał w dźwiękach, pragnął oddać muzyką tę pieśń, którą dla jego uszu zaintonowała natura; ilekroć w sali pełnej słuchaczy brał skrzypce do ręki, usiłował odegrać ten potężny hymn. Nigdy mu się to nie udało i stało się przyczyną jego natchnienia i początkiem jego choroby.

Mijały lata i wydawało się Steinowi, że Barataria zniknęła już na dobre z jego życia; był to okres intensywnej pracy, podróży, koncertów, wykładów na zagranicznych uniwersytetach, międzynarodowych sesji i sympozjów. Nic na to nie wskazywało, by Stein mógł się jeszcze kiedykolwiek dowiedzieć czegoś nowego o Baratarii. Stało się jednak inaczej, spokój trwał dopóki któregoś dnia przypadkiem w chwili wytchnienia nie wziął do ręki Cervantesa. W dzieciństwie czytał oczywiście dzieło o przygodach Don Kichota, lecz szybko zapomniał jak zwala się wyspa, którą we władanie jako wieczysty wielkorządca objął dzielny Sancho Pansa. W czasach pierwszej lektury Stein był zbyt młody, żeby go już przyciągała melodia obcych nazw, a upłynęło zbyt wiele lat, by z tej nazwy pozostało w nim cos więcej ponad mgliste wspomnienie. Tak, to z tej książki kołatało się po jego świadomości wrażenie, że zna to piękne, tajemnicze imię – Barataria. To słowo brzmiące jak magiczne nazwy w ruinach stolic Inków czy Azteków, pachnące dziką, nieokiełznaną przyrodą i wbudowaną w nią sztuką wykwintną i surową. Barataria – czy było to słowo pierwotne, przedhiszpańskie, prekolumbijskie, autochtoniczne, bliskie równie tajemniczym, choć nie tak śpiewnym nazwom Machupicchu czy Tenochtitlan? Czy też narodziło się w europejskiej, lecz na wskroś indywidualnej wyobraźni dźwiękowej genialnego pisarza? Jaka była droga tej nazwy? Czy na początku było słowo? Skąd miałby usłyszeć Cervantes to geograficzne imię? Czy też to hiszpańscy żeglarze zawlekli za ocean nazwę zaczerpniętą z powieści tak słynnej w sto lat po Cortesie? Lecz jakże wytrawnymi czytelnikami musieliby być owi złowrodzy piraci, by nadać wysepce imię, które w ogromnej i przebogatej historii pojawia się mimochodem raz jedyny rzucone pośród licznych kart? Zafascynowany Stein prześledził historię władania wyspą przez Sancho Pansę. Służący Don Kichota otrzymał ją za darmo (barato) i tylko żartem (baratero), a władał tą wieczystą dzierżawą przez dziesięć dni. Ale żart stał się naraz groźny, gdy którejś nocy przerażonego władcę obudziły potężne dźwięki dzwonów, bębnów i trąb; gdzieś z góry zwaliła się na niego ta muzyka sfer: wojna, ogień, wróg! Mieszkańcy zwyciężyli bez tchórzliwego opiekuna, a ten poczuł się w obowiązku złożenia urzędu. I rzekł: „Muszę zmartwychwstać z obecnej śmierci!” Żart przemienił się w naukę, a poszukiwanie doczesnych korzyści okazało się źródłem odwiecznej prawdy. Chwilowy władca wiecznego królestwa został strącony ze skały nierealnych marzeń, którą to karę zadał sam sobie jako zdrajca własnego ludu… Stein analizował uważnie tę historię i znajdował tak nieświadome nici łączące różne wątki rzeczywistości w punkcie owej wysepki zagubionej na krańcu świata, że Barataria stała się dlań krainą symboliczną, terenem nie wymarzonego szczęścia, a wymarzonej sprawiedliwości, terytorium przemiany i miejscem odrodzenia. Wydawało się Steinowi, że Barataria jako owa chwilowa wieczystość w swym wymiarze metafizycznym i transcendentalnym wciąż istnieje, że jej nierealny świat można realnie odtworzyć, a całe jego groźne piękno i kruche szczęście będzie odradzać się jak Fenix. Wystarczy blok stromych skał, jakby spotęgowany i rozbudowany kamień filozoficzny, nad którym rozbrzmiewałaby wieczna muzyka, żeby nastąpiła w nim wieczysta, ostateczna przemiana, jak w każdym, który na tę symboliczną wyspę odrodzenia trafi. Ta idea go wręcz opętała. Postanowił stworzyć nową, własną Baratarię w górzystej kamiennej scenerii, gdzie nad skalistym, postrzępionym terenem górować będzie kamienne domostwo wybranych, a nad nim w jakimś cyrkularnym, pryzmatycznym wymiarze falować będzie wiecznie spekulatywna muzyka sfer. Odtąd szukał dogodnego miejsca, podróżował po kraju w tym jedynie celu, koncertował w najbardziej nieprawdopodobnych, odludnych miejscach, by tylko spenetrować okolicę; pieniędzy miał dosyć na zakup nawet ogromnego zamku. Wybrał jednak ten Pensjonat i zaraz potem zachorował.

Nasz prywatny rok Leśmiana

PiS odmówił uznania, że Bolesław Leśmian jest godnym Bohaterem Roku. Poecie nie jest z tym chyba źle, w końcu Tuwim też nie dostał się do pisowskiego panteonu Twórców Narodowych. Widocznie są obaj gorszego sortu, uczcimy go zatem w tym roku jak najbardziej prywatnie my – obywatele gorszego sortu. Dziś rocznica urodzin poety (22 stycznia 1877 w Warszawie, zm. 5 listopada 1937). Zaczynamy zatem!

Na urodziny Leśmiana, 22. 01. 1877 Maria Szewczyk proponuje:

Bolesław Leśmian – “Szewczyk”

W mgłach daleczeje sierp księżyca,
Zatkwiony ostrzem w czub komina,
Latarnia się na palcach wspina
W mrok, gdzie już kończy się ulica.
Obłędny szewczyk – kuternoga
Szyje, wpatrzony w zmór odmęty,
Buty na miarę stopy Boga,
Co mu na imię – Nieobjęty!
Błogosławiony trud,
Z którego twórczej mocy
Powstaje taki but
Wśród takiej srebrnej nocy!

(…)

Wśród takiej srebrnej nocy!
Dałeś mi, Boże, kęs istnienia,
Co mi na całą starczy drogę –
Przebacz, że wpośród nędzy cienia
Nic ci, prócz butów, dać nie mogę.
W szyciu nic nie ma, oprócz szycia,
Więc szyjmy, póki starczy siły!
W życiu nic nie ma, oprócz życia,
Więc żyjmy aż po kres mogiły!


Tadeusz Makowski (1882-1932), Szewc 1930, Muzeum Narodowe w Warszawie

Dzień Babci – rozmyślania o grobach, cmentarzach i trumnach

Ewa Maria Slaska (i reblog)

Nie, nie, Kochani! Jeśli myślicie, że odezwę się do Was jako osoba stojąca nad grobem, to otóż informuję, że wcale tego nie zrobię. Owszem, może być, że stoję nad grobem, jak każdy z nas zresztą, bo jak wiadomo mors certa hora incerta, ale ja nie o tym.

Dziś Dzień Babci, a ja, jak przystało na kobietę piszącą o cmentarzach i pasjonującą się grobami, nawet z tej okazji mam dla Was stosowne zdjęcie cmentarne.

babciaoppermann

Zdjęcie zrobiła Ania w czasie naszych licznych wędrówek po cmentarzach. Postać wydaje się nam ciekawa, szukam więc informacji w internecie, ale nic nie ma. Dziwne zresztą, bo wydawałoby się, że jest wszystko, jak mówi moja synowa, nawet żaba przez erzet. Babcia (bo to chyba ona) nazywała się Ch. Oppermann, urodziła w roku 1904, zmarła w wieku 80 lat.

babciaoppermannnapis

Niezła ta jej figura, zdecydowanie odbiegająca od cmentarnego kiczu. Ciekawe, czy zamówili jej taki nagrobek, czy po prostu mieli rzeźbę na składzie? A jak tak, to oczywiście ktoś z rodziny był rzeźbiarzem. A może ona sama? Piszę do znajomej dziewczyny, która pracuje na tym cmentarzu. Odpowiada niemal natychmiast. Nic z tych rzeczy. Była to starsza pani, dobrze znana na Kreuzbergu, która zawsze chodziła z plastikową torbą i tak też została uwieczniona. Rzeźbiar/z/ka podpisała się na pomniku jako EL84. Zmarła miała na imię Charlotte. Ile razy jej szukam w sieci, trafiam tylko na dwa moje własne wpisy.

Dobra, ale ja i tak nie o tym, tylko o grobach. Babcia jest mi tylko pretekstem. Bo oto piszę ostatnio do zaprzyjaźnionego redaktora gazety Polonia Berlin i tłumaczę się. Miałam mu wysłać bez zwłoki informację o naszej nowej książce. I na śmierć zapomniałam.

okladka1

Książkę wydało Stowarzyszenie Städtepartner Stettin e.V. Zdjęcie na okładce Anna Kuzio, opracowanie graficzne Michał Krenz. Książkę można zamówić u mnie w Berlinie (cena 5€ , koszty wysyłki 3€) lub u drugiego autora, Michała Rembasa, w Szczecinie.

Bez zwłoki i na śmierć. W jednej sprawie dwa sformułowania cmentarno-tanatalne. Jest tego w polszczyźnie więcej. I nie mam na myśli oczywistych związków frazeologicznych jak hiena cmentarna, pochować kogoś pod murem cmentarnym czy wyjść z domu nogami do przodu. Trzeba wiedzieć, znać zwyczaje i obyczaje, ale jak się wie, to się też wie dlaczego. Ale już park sztywnych. Tu po prostu trzeba wiedzieć i już. Trzeba czytać Wiecha Wiecheckiego, nie ma rady.

Jednak największą grobowo-cmentarną “zagwozdką” są  owe trumniaki (uwaga buty na zdjęciu to NIE są prawdziwe trumniaki, to żart!). Trumniakami nazywano kiedyś tekturowe buty do trumny, po Warszawie krążyły też opowieści o tym, jak chytry cwaniaczek z Pragi sprzedał naiwnemu chłopkowi trumniaki zamiast butów ślubnych, a potem padał deszcz i wiadomo… W przaśnych PRL-owskich latach 50 trumniaki to były przerobione na czarno tenisówki. Podobno pomysł słynnej i wspaniałej Barbary Hoff. Tak podaje Wikipedia. I w ogóle każdy wie…
A jednak nie do końca. I tu dla babć, które były młode w latach 50, czyli z pokolenia mojej Mamy, Teściowej i Ciotek, interesujący reblog na temat… Waszych trumniaków. A przy okazji, podobno każda z Was je nosiła, a w sieci nie ma ani jednego ich zdjęcia! Pomocy! W tej sieci NIC NIE MA! Ani babci Oppermann ani trumniaków.

Dominika Łukoszek

Polowanie na trumniaki

16 maja 2016

Kiedy przygotowywałam wystąpienie na konferencję w Oksfordzie w 2013 roku strona po stronie czytałam rubrykę Moda w Przekroju – od roku 1953 do 1989. Przekrój był tygodnikiem, więc prosty rachunek pokazuje, że trzydzieści sześć roczników razy (mniej więcej) 52 lub 53 numery rocznie to daje wynik…. wielu stron. Warto było, ponieważ mój referat tak się spodobał, że zostałam zaproszona, aby opublikować tekst o Barbarze Hoff w czasopiśmie Catwalk. The Journal of Fashion, Beauty and Style (Volume 3, Number 1, Spring 2014).

Przygotowując artykuł starałam się w tekstach Barbary Hoff publikowanych w Przekroju odnaleźć zdjęcia i opisy jej poszczególnych pomysłów z gatunku „zrób to sam”, które odnajdywałam w różnych artykułach lub wywiadach. Jej najbardziej legendarną poradą jest ta, w jaki sposób dziewczyny mogły przepoczwarzyć dostępne w sklepach tenisówki w modne baleriny: należało z tenisówek wyciąć część ze sznurówkami, powstałą w ten sposób balerinę obszyć lamówką, pomalować na czarno i proszę! Polska dziewczyna miała najmodniejsze buty, które ochrzczono następnie „trumniakami”, ponieważ przypominały kartonowe buty, w których kiedyś chowano ludzi w trumnie.

Historię o opublikowaniu pomysłu na trumniaki w Przekroju opowiedziała sama Barbara Hoff w wywiadzie z Włodzimierzem Halickim dla Wysokich Obcasów w 2012 roku (KLIK). Skoro pani Hoff pisała teksty dla Przekroju od 1954 roku (na początku wspólnie z Janiną Ipohorską, również pracującą w Przekroju), to w tym roczniku poszukiwałam projektu trumniaków. Przeczytałam każdą kolumnę Moda i … nie znalazłam. Za to trochę się zdenerwowałam. Przejrzałam wszystkie egzemplarze po raz drugi, sprawdzając, czy aby na pewno biblioteka ma wszystkie numery z 1954 roku. Biblioteka miała wszystkie numery, trumniaków nadal nie znalazłam. Ok, pomyślałam sobie, pamięć lubi płatać figle, poszukam – na wszelki wypadek – w 1953 i 1955 roku. Tym razem strona po stronie, sprawdzając ponownie, czy są wszystkie numery tygodnika i czy aby projekt trumniaków nie został opublikowany na stronie innej niż Moda. Rysunku nadal nie było, mnie chciało się płakać. W jednym z numerów z 1955 roku znalazłam informację o tym, że wiele dziewczyn nosiło trumniaki podczas Światowego Festiwalu Młodzieży i Studentów, który miał miejsce w Warszawie. No to wiedziałam przynajmniej tyle, że trumniaki musiały pojawić się wcześniej. Tylko nadal nie miałam tego cholernego rysunku. Jeszcze raz przeczytałam felietony z 1954. Trumniaków nie było.

Wyrysowane baleriny podpisane „trumniaki” znalazłam w książce ,,Jak oni mają się ubierać” napisanej przez Barbarę Hoff i Jana Kamyczka (pseudonim Janiny Ipohorskiej). Niestety (niestety dla mnie) książka została wydana w 1958 roku, a trumniaki istniały już wcześniej. Trumniaki mnie pokonały, a w artykule zamieściłam jedynie informację, że były one jednym z najsłynniejszych pomysłów Barbary Hoff. Nie napisałam jednak, że – jak wspominała pani Hoff w wywiadzie – pojawiły się w Przekroju, bo się nie pojawiły. Artykuł został wydrukowany w wiosennym numerze czasopisma Catwalk… w 2014 roku, ale poczucie klęski w sprawie trumniakowego śledztwa było dojmujące.

I teraz skaczemy dwa lata do przodu, do mokrego majowego poranka w Krakowie anno domini 2016, gdzie ma miejsce dzień drugi konferencji Krzyk mody. Zjawiska, przemiany i kierunki badawcze (KLIK). W pierwszej sekcji dwa świetne wystąpienia w zakresie „moda w PRL”, czyli prezentacje dwóch Magdalen: mgr Magdaleny Pasewicz-Rybackiej oraz Magdaleny Dudki. Obok mnie siedzi Joanna Regina Kowalska, jedna z kuratorek wystawy „Modna i już! Moda w PRL” (KLIK). Myślę sobie „ok, zapytam o te trumniaki, może one dotarły do tego rysunku, może się okaże, że coś pominęłam” – jakkolwiek ta ostatnia myśl była co najmniej bolesna. I pytam, czy może któraś z pań znalazła ten rysunek trumniaków w Przekroju, bo przeryłam te numery i nie znalazłam, więc może….

… co za ulga! Okazuje się, że Panie miały tę samą zagwozdkę: szukały, czytały i nie znalazły. I jak to wątpiące badaczki: uznały, że może jednak nie doszukały, może jednak gdzieś są (wcześniej niż w książce „Jak oni mają się ubierać”, bo ta publikacja też była im znana). I wspólnie ustaliłyśmy, że nie ma, że pomysł trumniaków pojawił się u Barbary Hoff, ale nie został opublikowany w Przekroju. Gdzie zatem się pojawiły, jeśli nie w Przekroju? Rzucam nam wszystkim to wyzwanie. Może ktoś z Was wie?

Przy tej okazji chciałam też zwrócić uwagę na fakt, że wspomnienia to jedno, a zachowane teksty to drugie. Jeśli tylko jest taka możliwość, warto (trzeba!) konfrontować wspomnienia z tekstami (zwracała na to uwagę Aleksandra Boćkowska podczas piątkowego spotkania „Jakim językiem pisać o modzie?”).

Udało nam się podczas konferencji uzgodnić wspólną wersję dotyczącą trumniaków i braku ich obecności w Przekroju, a tym samym ten wpis jest pierwszym tekstem, który dotyczy tego wątku. Dziękuję Magdzie Pasewicz-Rybackiej i Joannie Reginie Kowalskiej za wspólne zrzucenie z ramion tego poczucia niedoszukania informacji. Nasze niezależne badania nad poszukiwaniami trumniaków zaprowadziły nas do wspólnego wniosku. Cóż, wielkie umysły myślą podobnie 😉

Sprawa jednak nie zostaje zamknięta. Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie, gdzie został wydrukowany rysunek pani Hoff pokazujący jak przerobić tenisówki na baleriny jest proszony o kontakt. Dozgonna wdzięczność badawcza, jak i stosowne uhonorowanie Autorki bądź Autora tego znaleziska w publikacjach gwarantowana.

I dla takich chwil warto jeździć na konferencje.

Billy really silly (a sort of a reblog or whatever)

Za czasów Komuny był jednym z naszych idoli, stawiał się władzy i to tak, że nie mogła go ugryźć. Jego piosenka Żeby Polska była Polską była naszym hymnem. Jan Pietrzak.

I cóż teraz? 13 stycznia, sfotografowany na tle regałów Billy (własnych czy redakcyjnych?) zachował się doprawdy silly. Pietrzak był gościem programu Aktualności Dnia Radia Maryja. Były kabareciarz mówił m.in. o katastrofie smoleńskiej i politycznej opozycji.

Oni nie chcą żeby Polsce się udało, mówi Pietrzak o opozycji parlamentarnej i pozaparlamentarnej. Ktoś nad tym od dawna pracuje.

Ale uprzedzam, nie słuchajcie tego, można dostać zawału. 15 minut wazeliny, jakiej nawet z czasów Komuny nie pamiętam. Sprzedawczyk nie wart uwagi. Tylko naszych młodzieńczych fascynacji żal. Może mógłby zostać konsulem w San Escobar, to nie musielibyśmy się z nim użerać na miejscu?

19 stycznia 1888 roku

Lech Milewski

Conrad w Australii

Osoba, którą zatrudniłem, to Mr Conrad Korzeniowski, posiadający uprawnienia kapitana statku. Ma dobre referencje z kilku statków, na których wypłynął z tego portu. Ustaliliśmy wynagrodzenie £ 14 na miesiąc licząc od dnia przyjazdu do Bangkoku. Na statku ma mieć zapewnione wyżywienie i wszelkie potrzebne przybory nawigacyjne. Jego przejazd z Singapuru do Bangkoku będzie opłacony z kasy statku. Również po przybyciu do Melbourne, jeśli jego kontrakt nie zostanie przedłużony, właściciel statku opłaci mu kabinę na statku do Singapuru.

Henry Ellis – Kapitan Portu Singapur – 19 stycznia 1888 roku
Źródło – Zdzisław Najder – Joseph Conrad: A Life.
Tłumaczenie wszystkich cytatów – autor tego wpisu.

W roku 1888 31-letni Joseph Conrad miał za sobą 15 lat żeglugi jednak nigdy dotąd nie pełnił funkcji kapitana statku.

Już w wieku lat 13 zamieszkały wtedy w Krakowie Józef Korzeniowski wyraził chęć pracy na morzu. Intelektualnie chłopiec był rozwinięty ponad swój wiek, jednak słabe wyniki w nauce nie rokowały dużych szans na uzyskanie wyższego wykształcenia, i jego opiekun – wujek, Tadeusz Bobrowski – uznał że kariera marynarza, być może połączona z prowadzeniem jakiegoś byznesu, jest dobrym rozwiązaniem.
W roku 1874 16-letni Józef został wysłany do Francji gdzie przez cztery lata pływał na statkach, głównie na trasach do francuskich kolonii na wybrzeżu Ameryki (Martynika, Haiti). Po trzech latach okazało się, że jako obywatel rosyjski musi posiadać specjalne zezwolenie konsulatu Rosji na pracę we francuskiej marynarce. Ponieważ był w wieku poborowym, było pewne, że takiego pozwolenia nie dostanie.
Nie pozostało nic innego jak przenieść się do Anglii (czerwiec 1878) i ubiegać się o obywatelstwo brytyjskie.
W Anglii kontynuował pracę na morzu przechodząc kolejno wszystkie stopnie kariery żeglarza (1880 – drugi oficer, 1884 – pierwszy oficer, po zdaniu egzaminu poprawkowego) i ostatecznie zyskujac uprawienia kapitańskie (listopad 1886, również dopiero za drugim podejściem). W sierpniu 1886 roku uzyskał obywatelstwo angielskie. Jednak na objęcie funkcji kapitana musiał jeszcze poczekać.

Tylko młodzi miewają takie chwile. Nie mówię o bardzo młodych. Ci w ogóle nie dostrzegają poszczególnych chwil. Przywilejem wczesnej młodości jest sięganie poza teraźniejszość – cudowna ciągłość nadziei, nie znającej przerw ani zagłębiania się w siebie. Ledwo zamkniesz za sobą furtkę dzielącą cię od wieku chłopięcego, a już wkraczasz w zaczarowany ogród. Nawet cienie jarzą się tu od obietnic… A czas biegnie, biegnie, aż… dostrzeżesz smugę cienia ostrzegającą, że krainę wczesnej młodości również musisz pozostawić za sobą. To okres życia, w którym takie chwile o jakich mówię mogą nadejść. Jakie chwile? Chwile nudy, znużenia, niezadowolenia. Chwile nierozwagi. Mam na myśli chwile kiedy młodzi są skłonni popełnić nieprzemyślane czyny – ożenić się nagle, porzucić pracę bez powodu.

Joseph Conrad – Smuga Cienia

Taka chwila przytrafiła się Conradowi nie raz. Chyba najbardziej dramatyczna jeszcze we Francji – nieudana próba samobójstwa w wielu 20 lat.

W styczniu 1888 roku Conrad miał już prawie 31 lat, a jednak po przybyciu do Singapuru na statku Vidar, na którym pełnił funkcję pierwszego oficera, bez podania powodu złożył rezygnację.
Zamieszkał w Domu Oficera i czekał na okazję powrotu do Anglii. Bardzo niechętnie uległ prośbom przyjaznego mu kapitana i zajrzał do Biura Portu, Tam otrzymał ofertę stanowiska kapitana na niewielkim żaglowcu Otago…

Ship! My ship, jak piękna dziewczyna, absolutnie moja (*). Była moja, bardziej moja niż cokolwiek na świecie; przedmiot odpowiedzialności i poświęcenia. Czekała na mnie, zaklęta, niezdolna wykonać ruch, wydostać się na świat (dopóki ja się nie pojawię), jak zaczarowana księżniczka. Jej wezwanie przyszło do mnie z jakby chmur. Nigdy nie podejrzewalem jej istnienia, nie wiedzialem jak wygląda, ledwie usłyszałem jej imię a przecież byliśmy nieodwracalnie złączeni na jakiś czas naszej przyszłości, płynąć lub utonąć razem!

Joseph Conrad – Smuga Cienia.

Natychmiast wsiadł na statek do Bangkoku. Wpływając do portu miał okazję zobaczyć swoje przeznaczenie – żaglowiec Otago…

Otago bark 1869

Na pierwszy rzut oka zobaczyłem, że była statkiem wyższej klasy, stworzeniem harmonijnym w konturze ciała, w proporcjach wysokości. Jakikolwiek jej wiek czy historia, zachowała ślad swego pochodzenia. Była jednym z tych stworzeń, które dzięki projektowi i wykończeniu nie będą nigdy wyglądały staro. Pomiędzy towarzyszami przycumowanymi do molo, wszystkie większe od niej, wyglądała jak stworzenie lepszej rasy – Arabska klacz pomiędzy końmi pociągowymi.

Joseph Conrad – Smuga Cienia.

Żegluga do Singapuru (800 mil morskich) trwała aż 3 tygodnie.
Dlaczego tak długo?
Po pierwsze formalności przekazania statku nowemu kapitanowi gdyż poprzedni poprzedni kapitan, John Snadden, który był równocześnie współwłaścicielem statku, zmarł podczas ostatniego rejsu. Zajęło to prawie 2 tygodnie. Po drugie stan zdrowia załogi. Kilku marynarzy było chorych na malarię i potrzebna była wymiana. Po trzecie wreszcie bardzo słaby wiatr.

W Smudze Cienia nad statkiem ciąży fatum poprzedniego kapitana, który w napadzie szału najpierw wyrzucił za burtę swe skrzypce, a gdyby mógł pogrążyłby swój statek na dno. Przeszkodziła mu w tym śmierć, lecz teraz nęka statek i jego załogę absolutnym brakiem wiatru i malarią.
W książce na malarię rozchorowała się cała załoga prócz kapitana i stewarda, którzy nadludzkim wysiłkiem doprowadzają statek do Singapuru.

Gazeta w Singapurze podała nazwisko kapitana jako Korgemourki.

7 maja 1888 sydneyski Morning Herald powiadomił o przybyciu statku: Otago, 345 ton, kapitan Konkorzentowski.

Właściciel statku zdecydował zatrzymać Conrada jako kapitana i 7 lipca Otago pożeglował z ładunkiem pszenicy do Melbourne.
Tu nastąpił przymusowy 4-tygodniowy postój spowodowany dysputą miedzy związkiem zawodowym marynarzy i stowarzyszeniem właścicieli statków.

Australijskie związki zawodowe – nie mogę powstrzymać uśmiechu 🙂
Wzmianki (bardzo krytyczne) o ich sile i akcjach napotykam we wspomnieniach wielu słynnych osób, które odwiedziły Australię. Poczynając od Conrada, poprzez Paderewskiego, na Arturze Rubinsteinie kończąc.

Następna podróż to żegluga na Mauritius z ładunkiem nawozów, mydła i łoju.
Tutaj Conrad, być może mając w pamięci niezdane egzaminy, postanowił wypróbować swoje umiejętności nawigacyjne – zaproponował właścicielom, że zamiast standardowej trasy – na zachód wzdłuż południowego wybrzeża Australii – popłynie na północ a następnie przez Cieśninę Torresa na Ocean Indyjski. Była to trasa dłuższa i bardziej niebezpieczna, ale szybsza. Właściciele wyrazili zgodę. Podróż minęła bez większych przygód, ale trwała dłużej niż oczekiwano. Na Mauritius dopłynął 30 września 1888.

Pobyt na wyspie przedłużył się do dwóch miesięcy z powodu trudności ze znalezieniem odpowiedniego ładunku.
J. Conrad relacjonuje pobyt na Mauritius w książce A Smile of Fortune. Wspomina tam o zainteresowaniu głównego bohatera młodą dziewczyna – Alice – córką agenta portowego Jacobusa, posiadacza pięknego ogrodu różanego…

Uwielbiałem oglądać jej powolne ruchy, pozwalające docenić zgrabny kształt ciała, obserwować tajemnicze spojrzenie jej wspaniałych czarnych oczu, pół zamkniętych, kontemplujących pustkę. Była jak istota zaczarowana z czołem bogini koronowanym przez zaniedbane wspaniałe włosy cygańskiej włóczęgi. Nawet jej obojętność była kusząca. Czułem do niej rosnące przywiązanie połączone z nierealnym pożądaniem, bo głowa mówiła – dość.

Joseph Conrad – Uśmiech szczęścia.

Rzeczywiście w Port Louis był dom z różanym ogrodem, mieszkał w nim agent okrętowy z córką – Alice (Shaw), ale to nie ona zainteresowała Conrada.

Doskonała znajomość francuskiego otworzyła mu drzwi wielu domów zamieszkałych przez elitę wyspy – głównie potomków dawnych francuskich kolonizatorów…

…potomkowie dawnych kolonizatorów: wszyscy szlachetnie urodzeni, wszyscy zubożali, pędzący marną egzystencję w stanie nudnego, dostojnego rozkładu.

Joseph Conrad – Uśmiech szczęścia.

Tam spotkał panny Renouf. Rodzina Renouf przechowała odpowiedzi Conrada na pytania w żartobliwej ankiecie. Ankieta była zredagowana w języku francuskim. Conrad, być może z przekory, napisał odpowiedzi po angielsku:
– Quel serait votre rêve de bonheur (jaki byłby twój sen o szczęściu)?
Nie śnię, chcę rzeczywistości.
– W jakim kraju byś zamieszkał?
Nie wiem. Może w Laponii.
– Gdzie mieszkałaby osoba zaprzątająca twoją uwagę?
W zamku w Hiszpanii.
– Co jest twoją ulubioną rozrywką?
Gonienie dzikich gęsi.
– Myślisz, że już kochałeś?
Odmawiam odpowiedzi.
– Twoja dewiza.
— brak odpowiedzi–
– Twoje imię?
J.C.K.

Ta odmowa odpowiedzi może być tłumaczona jako swego rodzaju deklaracja. Słusznie. Kilka dni przed opuszczeniem Mauritius Conrad zwrócił się do starszego z braci Renouf, Gabriela, z prośbą o rekę jego siostry Eugenii. Dziwne, że nie wiedział, że Eugenia była już zaręczona z miejscowym aptekarzem.
Po otrzymaniu odmowy nie odwiedził już domu państwa Renouf, zamiast tego napisał uprzejmy list do Gabriela Renouf, powiadamiając, że nigdy nie wróci na Mauritius i że w dniu wesela jego myśli będą z nowożeńcami.

Starał się o rękę zaręczonej panny?
Jedyne wytłumaczenie jakie przychodzi mi do głowy, to jakaś bariera między ludźmi morza i kobietami.

A jak to wygląda w Uśmiechu Szczęścia?
…pierwszy pocałunek jaki złożyłem na jej ustach był gwałtowny jak ukąszenie. Nie opierała się a ja nie poprzestałem na jednym pocałunku… jej duże, czarne, szeroko otwarte oczy patrzyły w moje oczy bez oznak gniewu lub satysfakcji lub jakiegolwiek uczucia. W tym spojrzeniu, które wydawało się bezosobowo obserwowac moje szaleństwo, mogłem wyczuć pewne zaskoczenie, nic wiecej. Zasypywałem ją pocałunkami i mogłoby się zdawać, że będzie to trwało bez końca… wyślizgnęła się z moich objęć i wybiegła z werandy, niezbyt wdzięcznie, wydawało się, że nieco kuleje…
… w drzwiach do pokoju stał Jacobus (ojciec). Jak długo tu był… może ta niezgłębiona dziewczyna usłyszała go i uciekła w porę…
…patrzył uparcie na podłogę. Podążyłem za jego wzrokiem. W absolutnej ciszy patrzyliśmy na pantofelek, który dziewczyna zgubiła podczas ucieczki.

Joseph Conrad – Uśmiech Szczęścia

Kopciuszek?

Dyrektor firmy czarterującej Otago wspomina Conrada:
Nieco poniżej średniego wzrostu, o silnych i bardzo mobilnych rysach przechodzących bardzo gwałtownie z delikatnosci do graniczącego z gniewem podniecenia.

Otago z ładunkiem cukru opuściło Port Louis 22 listopada i dotarło do Melbourne 5 stycznia 1889 roku. Tu zastał list od wujka (T. Bobrowskiego), który wspomina o swoim kiepskim stanie zdrowia i nalega na intensyfikację starań o pozbycie się rosyjskiego obywatelstwa, co było koniecznym warunkiem przyjazdu w rodzinne strony.

Następne dwa miesiące Conrad spędził prowadząc Otago na krótkich rejsach u wybrzeży Australii, a 26 marca, po doprowadzeniu statku do Adelajdy, zrezygnował z pracy.

Zanim Joseph Conrad opuści Australię rozejrzę się za jego śladami.
Brak. A w książkach?
Też nie. Wspomnę więc jego relacje o dwóch Australijczykach.

Pierwszy to kapitan statku Patna…

Wy, Anglicy, wszyscy jesteście łobuzy – ciągnął mój patriotyczny Australijczyk z Flensborgu (chodzi zapewne o Flensburg na granicy niemiecko-duńskiej), czy może Szczecina. Naprawdę nie pamiętam, jakiż to szlachetny port na bałtyckim wybrzeżu splamił się będąc gniazdem tak cennego ptaka.

Joseph Conrad – Lord Jim – tłumaczenie Michał Filipczuk.

Drugi to przedsiębiorca szukający nadzorcy na atolu bogatym w guano…

– Człowiek za burtą – odezwał sie za mną czyjś głęboki głos. Odwróciwszy się ujrzałem faceta, którego trochę znałem, Australijczyka z Zachodu, nazywał się Chester…
Mam zamiar zaproponować mu dobrą forsę… kompletnie nic do roboty, pas z dwoma sześciostrzałowcami… chyba nie będzie się bał, że tych czterdziestu kulisów wytnie mu jakiś numer – mając dwie pukawki i będąc tam jedynym uzbrojonym człowiekiem… Chcę żebyś pan pomógł mi go przekabacić. – Nie – krzyknąłem… z taką wściekłością, jakby domagał się ode mnie udziału w morderstwie.

Joseph Conrad – Lord Jim – tłumaczenie Michał Filipczuk.

2 kwietnia 1889 (22 marca według rosyjskiego kalendarza) Senatskiie Viedomosti w Petersburgu podały informację: Ministerstwo Spraw Wewnętrznych zwolniło syna polskiego literata, kapitana w angielskiej marynarce handlowej, ze statusu rosyjskiego poddanego.

Przez kilka miesiecy Conrad żył z oszczędności. Wujek T. Bobrowski podwyższył mu nieco pensję. Próby znalezienia zatrudnienia były nieudane. Jego osiągnięcia zawodowe nie były imponujace. Większość żeglarzy w jego wieku dowodziło znacznie większymi statkami. Wygląd i silny obcy akcent nie pomagały.

Jesienią 1889 roku znalazł sobie inne zajęcie – zaczął pisać swą pierwszą książkę – Szaleństwo Almayera.
Nie mogąc znaleźć pracy w Anglii Conrad postanowił spróbować szczęścia na kontynencie. Pierwsze kroki skierował do Belgii. Tu poproszono go o cierpliwość. Wreszcie była możliwość odwiedzenia rodzinnych stron.
Po pokonaniu wielu trudności w uzyskaniu rosyjskiej wizy, w lutym 1890 roku Conrad, przybył do Warszawy, a stamtąd pojechał do rodzinnej Kazimierzówki.

29 kwietnia wrócił do Brukseli wstrząśniętej wiadomością o śmierci duńskiego kapitana Johannesa Freisileben, dowódcy parowca Florida, zamordowanego przez tubylców w Kongo…

… usłyszałem, że powodem kłótni było nieporozumienie w sprawie dwóch kur. Tak, dwóch czarnych kur. Fresleven – takie było jego nazwisko, Duńczyk – uznał się za oszukanego i zszedł na brzeg gdzie zaczął tłuc kijem szefa wioski. O, wcale mnie nie zdziwiło gdy usłyszałem jednocześnie opinię, że Fresleven był najdelikatniejszym, najspokojniejszym stworzeniem, jakie kiedykolwiek poruszało się na dwóch nogach. Bez wątpienia był, ale już dwa lata spedził tutaj, w służbie szlachetnej sprawy, rozumiecie, i zapewne poczuł potrzebę potwierdzenia w jakiś sposób szacunku dla samego siebie. Dlatego tłukł starego Murzyna bezlitośnie, otoczony przez oniemiały tłum, dopóki ktoś – powiedziano mi, że syn szefa wioski – na próbę dziabnął białego człowieka dzidą – a ta oczywiście przeszła całkiem gładko między jego łopatkami.

Joseph Conrad – Jądro ciemności.

Conrad dostał propozycję zajęcia jego stanowiska.
Znowu dowództwo statku, i znowu jest to statek, którego kapitan zmarł.
Ale to już zupełnie inna historia.

(*) The ship – moja dziewczyna. W języku angielskim statek (ship) jest rodzaju żeńskiego. Z cytowanych tekstów J. Conrada widać, że bardzo słusznie. Szczególnie w odniesieniu do żaglowców.

Źródła:

Zdzisław Najder – Joseph Conrad: A Life.
Joseph Conrad – The Shadow-Line – Smuga Cienia.
Joseph Conrad – A Smile of Fortune – Uśmiech szczęścia
Joseph Conrad – Lord Jim.
Wikipedia – Joseph Conrad – KLIK.
Wikipedia – Joseph Conrad’s career at sea – KLIK.