Barataria ciąg dalszy (2)

Właściwie to chciałam publikować Baratarię co tydzień, ale poprzedni poniedziałek trzeba było oddać koniecznie na inny wpis, więc niestety, tym razem, moi drodzy Czytelnicy, musieliście czekać (aż! aż?) dwa tygodnie. Ale za to informuję, że są już gotowe dwa następne odcinki, a ile ich razem będzie, nikt nie wie…

Ewa Maria Slaska

Tajemnicza kraina Barataria

W poprzednim odcinku ruszyliśmy przez skały i bagna w poszukiwaniu Baratarii. Zaczęliśmy od Cervantesa i zatrzymaliśmy się na dłużej przy powieści Krzysztofa Lipki, Pensjonat Barataria. Dziś ciąg dalszy z powieści Lipki, a potem, w poniedziałki kolejne odsłony poszukiwania tego, co tajemnicze, a zarazem tanie, zdradliwe i złudne.

Zanim jednak przejdę do Lipki chciałabym powiedzieć, że właśnie na naszych oczach powstała inna tajemnicza i nieistniejąca kraina czyli San Escobar. Kraj powołany do życia lapsusem językowym ministra Waszczykowskiego (podobno 10 stycznia spotkał się z dyplomatami San Escobar), nabrał życia dzięki inicjatywie internautów, coraz szerzej podchwytywanej i rozbudowywanej. Istnieje już mapa tego kraju, hymn, flaga, stolica, prezydent i jego piękna żona, słynni przedstawiciele, drużyna piłkarska, książki, filmy.

My jednak pójdźmy wszyscy do Pensjonatu Barataria

Przez cały niemal czas powieściowy na bohaterów opowieści spływa z góry wirtuozeryjnie grana na skrzypcach Chaconne Bacha, pisana przez autora jako Szakona, zawsze z wielkiej litery, bez cudzysłowu czy kursywy. Szakona, byt samoistny.

Czytając słuchajmy więc Szakony.

(strona 210, prawie sam koniec książki)

Wiele z naszych spotkań (z nianią Wiktorią, mamką Steina – przyp. EMS) to właściwie monologi w odpowiedzi na jakieś proste pytanie. Dzisiaj rano przyszło mi do głowy, by wrócić do tego, co swego czasu opowiadał na wykładzie lekarz na temat nazwy naszego pensjonatu i wypraw Steina do Zatoki meksykańskiej. Ku memu wielkiemu zdziwieniu Wiktoria doskonale zna ową historię, a co więcej opowiada ją zupełnie inaczej, niż przedstawił ją doktor Michaeli. Zderzenie tych dwóch opowieści wydało mi się tak fascynujące, jak liczne wersje tej samej legendy (…).

Wszystko miało miejsce pół wieku temu. Stein przedsięwziął pierwszą podróż za ocean z pobudek czysto muzycznych, był młody i zupełnie jeszcze nieznany, ale już zajmował się sprawami, które nie pociągały jeszcze nikogo innego. Wówczas jazz jeszcze nie dotarł do Europy, choć wiele się już o nim mówiło, Stein zafascynowany samym zjawiskiem zapragnął poznać je u źródeł. Kiedy dotarł do Nowego Orleanu, pierwsze co uczynił swoim zwyczajem, to zaczął z zapałem wertować mapę okolicy wyszukując wszystko, co w zasięgu ręki warte obejrzenia. (…)
Błądząc tak palcem po mapie Stein natrafił całkiem przypadkowo na nazwę Barataria umieszczoną w atlasie nieopodal miejsca, gdzie się znajdował i słowo to od razu przykuło jego uwagę. Nazwa ta tym bardziej go zainteresowała, że pewny był, iż już wcześniej gdzieś się z nią spotkał, choć nie umiał sobie przypomnieć gdzie i kiedy. Barataria – to czarodziejskie imię nie dawało mu spokoju, bezskutecznie przewertował wszystkie dostępne leksykony, odwiedził turystyczne agencje, przerzucał podręczniki geograficzne i słowotwórcze, wypytywał co bardziej wykształconych tubylców. Wreszcie miejscowe towarzystwo eksploracji miejscowych dorzeczy i akwenów udzieliło mu wystarczających wstępnych informacji. Stein dowiedział się, że w położonym u ujścia Missisippi stanie Luizjana rzeka formuje spore jezioro nazwane Barataria, wody tego jeziora znajdują ujście w Zatoce meksykańskiej, a u ich spływu wyrasta wysepka tego samego imienia, na której wzniesiono ufortyfikowany port dla niewielkich statków i okrętów. Stein bardzo zaciekawił ten – jak mu się wydawało – romantyczny opis, postanowił więc to miejsce osobiście spenetrować. Wybrał się do Balize, skąd trzeba było jeszcze ponad sto kilometrów podążać przez dzikie i zarośnięte tereny ze specjalnie wynajętym przewodnikiem. To jednak, co znalazł Stein u ujścia Missisippi, wynagrodziło mu wszelkie trudy z naddatkiem. Wysepka Barataria wywołała w nim tak potężny wstrząs, że wspominał ją odtąd zawsze w najważniejszych momentach życia, twierdząc przy tym, że dzięki tamtemu właśnie obrazowi został naprawdę artystą. Od pierwszego spojrzenia poruszył Steina kontrast krajobrazu ze wszystkim, co pod wpływem dźwięcznej nazwy wymarzył; jeżeli był tam romantyzm, to w najbardziej niesamowitym wydaniu dzikiej i wykutej w kamieniu natury.


Co wyobraźnia potrafi zrobić z rzeczywistością! Bagna Baratarii, które posłużyły autorowi jako materiał do stworzenia skalistego krajobrazu. No ale gdzie w końcu jak nie na trzęsawiskach mógł doznać objawienia artystycznego człowiek nazwany przez autora Pierre Stein, czyli Opoka Kamienna?

Wyspa jest maleńka, lecz odpychająca i nieprzystępna. Surowość pejzażu wydała się Steinowi, obznajomionemu już z podobnymi widokami, nieporównywalna z niczym innym na świecie. Wyludniony, na poły zburzony fort, nieprawdopodobnie ponury, wydawał się naturalnie zrośnięty ze skalnym podłożem, głównym budulcem tego zakątka świata. Spadziste, stromo urwane ściany ostro schodziły do wody, w której kłębiły się chmary ospałych aligatorów. Była to rzeczywistość zatopiona w ciężkim, niezdrowym klimacie, gdzie wszystkie barwy dwuznacznie opalizują, roślinność naskalna pnie się bujna lecz chora, woda stoi gęsta wydzielając kłęby lepkiej pary.

– Wydało mi się – powiadał potem Stein – że to Ziemia Obiecana potępieńcom, jakaś przerażająca Ultima Thule.

(…) Opowiadano, że tam właśnie, na maleńkiej wysepce, zatrzymał się postojem, już u progu swego odkrycia, Hernan Cortes. W tym samym miejscu ponoć krwawo rozprawił się z częścią zbuntowanej załogi, ze skał strącając swych przeciwników w wezbrane odmęty. Wiele później przebywał znowu na tej samej wyspie inny bohater wód tej strony świata, jeszcze bardziej dziki i złowrogi, najokrutniejszy być może z piratów, Nicolas Lafitte. I on także to zapomniane przez Boga miejsce obrał na załatwienie porachunków ze zgrają kamratów. (…)

Stein ponownie wybrał się na Baratarię i długo przyglądał się jej spadzistym skalnym progom. I tam dopiero, jakby wydobywając się z otaczającej czeluści, jakby parując z tyle tajemnic zawierającej toni, dotarła doń symboliczna wiedza zawarta w tej pięknie dźwięczącej nazwie Barataria, kabalistyczna magia ukrytych znaczeń i podtekstów. Przecież hiszpański przymiotnik barato oznacza tani, baratero zaś – złudny (…).

Wielokrotnie potem przyjeżdżał jeszcze na wyspę, godzinami stał bez ruchu na tej kamiennej ziemi i patrzył. Chodził, myślał, patrzył i przeżywał; i znów stał i patrzył. Aż w tym surowym i przerażającym świecie poczuł się u siebie. Wówczas przestał się zajmować sekretem tego miejsca, zdawało mu się, że dostatecznie nasiąkł klimatem Baratarii i tajemnica jej leży przed nim jak na dłoni. Wiedział już wszystko: tutaj właśnie w tym ponurym zakamarku ziemi odrodzono nowożytny Baratron, strącano ludzi ze stromej skały jak z tylnej ściany Akropolu, zrzucano ich za zbrodnię zdrady, zwaną w prawie morskim barateria.

(…)

Podczas jednego z pobytów na wyspie Stein dumał o tym wszystkim właśnie, kiedy zerwała się nawałnica. Cała przyroda wyła i huczała, wichry dęły dźwiękami trąb jerychońskich, muzyka żywiołu zagrała najpotężniejszymi burzami, jakie kiedykolwiek geniusz – wedle słów Steina – napisał na symfoniczne orkiestry, wydawało się, że to gigantyczne wieżowe dzwony waląc tuż przy uchu wieszczą miarowe podzwonne, że archanioł Michał dmie na Sąd Ostateczny, że grzmoty i pioruny wybrały skaliste wzniesienia na apokaliptyczne werble i kotły. Błyskawice rozświetlały niebo jak iskry ciskane przez ścierające się w kosmicznych katastrofach ciała niebieskie. W oddali gdzieś wybuchł pożar, czy też zawartość ognistą wyrzucił okoliczny wulkan, Stein ujrzał słup ognia unoszący się nad Baratarią na tle szafirowego nieba. To, co wówczas Stein odczuł nie było lękiem, lecz jakaś niewytłumaczalna siła z głębi ziemi czy z wnętrza samego dobyta, kazała mu paść na kolana i wymówić nieznane mu, nie wiadomo skąd płynące słowo tajemnej modlitwy: Excelsior…

Z tym oszałamiającym obrazem w oczach, z głową i sercem przepełnionymi tą kamienną muzyką sfer, Stein wyjechał z wyspy i nigdy już na nią nie powrócił. Od czasu wysłuchania tej podniebnej orkiestry, przepowiadanej przez średniowiecznych teoretyków harmonii mundi, stał się nowym, odmienionym człowiekiem. Odtąd zawsze szukał w dźwiękach, pragnął oddać muzyką tę pieśń, którą dla jego uszu zaintonowała natura; ilekroć w sali pełnej słuchaczy brał skrzypce do ręki, usiłował odegrać ten potężny hymn. Nigdy mu się to nie udało i stało się przyczyną jego natchnienia i początkiem jego choroby.

Mijały lata i wydawało się Steinowi, że Barataria zniknęła już na dobre z jego życia; był to okres intensywnej pracy, podróży, koncertów, wykładów na zagranicznych uniwersytetach, międzynarodowych sesji i sympozjów. Nic na to nie wskazywało, by Stein mógł się jeszcze kiedykolwiek dowiedzieć czegoś nowego o Baratarii. Stało się jednak inaczej, spokój trwał dopóki któregoś dnia przypadkiem w chwili wytchnienia nie wziął do ręki Cervantesa. W dzieciństwie czytał oczywiście dzieło o przygodach Don Kichota, lecz szybko zapomniał jak zwala się wyspa, którą we władanie jako wieczysty wielkorządca objął dzielny Sancho Pansa. W czasach pierwszej lektury Stein był zbyt młody, żeby go już przyciągała melodia obcych nazw, a upłynęło zbyt wiele lat, by z tej nazwy pozostało w nim cos więcej ponad mgliste wspomnienie. Tak, to z tej książki kołatało się po jego świadomości wrażenie, że zna to piękne, tajemnicze imię – Barataria. To słowo brzmiące jak magiczne nazwy w ruinach stolic Inków czy Azteków, pachnące dziką, nieokiełznaną przyrodą i wbudowaną w nią sztuką wykwintną i surową. Barataria – czy było to słowo pierwotne, przedhiszpańskie, prekolumbijskie, autochtoniczne, bliskie równie tajemniczym, choć nie tak śpiewnym nazwom Machupicchu czy Tenochtitlan? Czy też narodziło się w europejskiej, lecz na wskroś indywidualnej wyobraźni dźwiękowej genialnego pisarza? Jaka była droga tej nazwy? Czy na początku było słowo? Skąd miałby usłyszeć Cervantes to geograficzne imię? Czy też to hiszpańscy żeglarze zawlekli za ocean nazwę zaczerpniętą z powieści tak słynnej w sto lat po Cortesie? Lecz jakże wytrawnymi czytelnikami musieliby być owi złowrodzy piraci, by nadać wysepce imię, które w ogromnej i przebogatej historii pojawia się mimochodem raz jedyny rzucone pośród licznych kart? Zafascynowany Stein prześledził historię władania wyspą przez Sancho Pansę. Służący Don Kichota otrzymał ją za darmo (barato) i tylko żartem (baratero), a władał tą wieczystą dzierżawą przez dziesięć dni. Ale żart stał się naraz groźny, gdy którejś nocy przerażonego władcę obudziły potężne dźwięki dzwonów, bębnów i trąb; gdzieś z góry zwaliła się na niego ta muzyka sfer: wojna, ogień, wróg! Mieszkańcy zwyciężyli bez tchórzliwego opiekuna, a ten poczuł się w obowiązku złożenia urzędu. I rzekł: „Muszę zmartwychwstać z obecnej śmierci!” Żart przemienił się w naukę, a poszukiwanie doczesnych korzyści okazało się źródłem odwiecznej prawdy. Chwilowy władca wiecznego królestwa został strącony ze skały nierealnych marzeń, którą to karę zadał sam sobie jako zdrajca własnego ludu… Stein analizował uważnie tę historię i znajdował tak nieświadome nici łączące różne wątki rzeczywistości w punkcie owej wysepki zagubionej na krańcu świata, że Barataria stała się dlań krainą symboliczną, terenem nie wymarzonego szczęścia, a wymarzonej sprawiedliwości, terytorium przemiany i miejscem odrodzenia. Wydawało się Steinowi, że Barataria jako owa chwilowa wieczystość w swym wymiarze metafizycznym i transcendentalnym wciąż istnieje, że jej nierealny świat można realnie odtworzyć, a całe jego groźne piękno i kruche szczęście będzie odradzać się jak Fenix. Wystarczy blok stromych skał, jakby spotęgowany i rozbudowany kamień filozoficzny, nad którym rozbrzmiewałaby wieczna muzyka, żeby nastąpiła w nim wieczysta, ostateczna przemiana, jak w każdym, który na tę symboliczną wyspę odrodzenia trafi. Ta idea go wręcz opętała. Postanowił stworzyć nową, własną Baratarię w górzystej kamiennej scenerii, gdzie nad skalistym, postrzępionym terenem górować będzie kamienne domostwo wybranych, a nad nim w jakimś cyrkularnym, pryzmatycznym wymiarze falować będzie wiecznie spekulatywna muzyka sfer. Odtąd szukał dogodnego miejsca, podróżował po kraju w tym jedynie celu, koncertował w najbardziej nieprawdopodobnych, odludnych miejscach, by tylko spenetrować okolicę; pieniędzy miał dosyć na zakup nawet ogromnego zamku. Wybrał jednak ten Pensjonat i zaraz potem zachorował.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.