Ela Kargol
Nigdy nie przepadałam za szprewaldzkimi ogórkami. Nie pojmuję, skąd ta ich światowa sława. Co innego małosolne: niebo w gębie, cud – miód i malina. A właściwie: koper, chrzan, czosnek, woda, sól i ogórek, najlepiej niewielki. Czasem liść winogrona, wiśni albo czarnej porzeczki.
Ja swoje kupuję w polskim Lidlu. Kiedyś wolałam Biedronkę, ale w Lidlu chyba hojniej sypią ziół, a może to te liście robią różnicę. Podobno można dorzucić nawet dębowe.
Stacja Lübbenau / Spreewald. Godzina drogi pociągiem z Berlina.




Lubnjow/Błota (nimski Lübbenau/Spreewald) jo bramborske město we wokrejsu Górne Błota-Łužyca. Lažy w Błotach a słuša do serbskego sedleńskego ruma. Tyle wikipedia po dolnołużycku. Dolnołużycki niestety jest językiem wymierającym. Miło widzieć nazwy w obu językach na drogowskazach, tablicach informacyjnych i rozkładach jazdy na przystankach autobusowych; jednak coraz mniej osób potrafi się nim posługiwać. Podczas spływu pan flisak Daniel opowiadał jedną z lokalnych legend. Wplótł jakieś dolnołużyckie słowo. Nie była to historia o diable i wołach, dzięki którym miał powstać ten krajobraz rzeczny. Chodziło o lutki, czyli ludki, prawie krasnoludki
https://pl.wikipedia.org/wiki/Ludki



Nie wiem właściwie, czy to był spływ, czy raczej przejażdżka łódką – niełódką, barką ‑ niebarką?
SI podpowiada, że Kahn (tradycyjna barka) to płaskodenna, drewniana łódź, sterowana przez przewoźnika za pomocą długiego drąga (tyczki). I rzeczywiście, ta definicja pasuje do prawie wszystkiego, co sunęło po wodzie w Szprewaldzie.











Wybrałam krótszą wersję podróży między lasem, polem, domem, znowu lasem, polem, również namiotowym, pod mostem, przez śluzę. Dałam się namówić na kromkę chleba ze smalcem, na zestaw ogórków już nie. Te zjadłam później, już w mieście. Pan flisak uświadomił nam, że szprewaldzkie ogórki z supermarketów nie zawsze mają cokolwiek wspólnego z regionem, który je rozsławił.
Mijaliśmy inne barki. Jedna płynęła z rozśpiewaną grupą Polaków. Podejrzewam, że wypili już swoje małpki z likierem ogórkowym, sprzedawane na łodziach jako lokalny produkt lub marketingowy żart. Na naszej łodzi nikt nie pił. Było, cicho, dostojnie, jak na rezerwat biosfery przystało.
Właściwie przyjechałam tu, żeby pójść na cmentarz, bo kiedyś gdzieś o nim przeczytałam. Cmentarz zamieniony nie tak dawno w park, Skulpturenpark – Alter Friedhof. Jest za dworcem w drugą stronę, w stronę ulicy Pokoju. Bo w pierwszą stronę jest Stare Miasto i porty rzeczne i ulica Odbudowy.
Poszłam w pierwszą stronę, z nadzieją, że na cmentarz zdążę. Zdążyłam.





Ulica Pocztowa prowadzi prosto z dworca na Stare Miasto. Po lewej stronie jest szkoła, dawna POS – Polytechnische Oberschule (dziesięcioklasowa dziesięcioklasowa politechniczna szkoła ogólnokształcąca) a przed nią rzeźba dwojga młodych ludzi, ona z naręczem kwiatów, on – chłopak z gitarą. Piękni, młodzi, odlani w sztucznym betonie i realizmie socjalistycznym NRD. Idąc dalej, widzę coraz więcej rzeźb, nowszych, starszych, z przekazem historycznym lub z innym. Jest ciekawie. Po drodze kanały i podmokłe łąki, i budynek poczty, chyba już nieczynnej, ale zachowanej być może ze względu na nazwę ulicy albo odwrotnie.
Zarówno ulica, jak i szkoła nosiły przez pewien czas imiona innych patronów: pierwsza Ernsta Thälmanna, druga Włodzimierza Iljicza Lenina.
Docieram do najstarszego domu w Lübbenau, w którym dziś mieści się kawiarnia o ponadczasowej nazwie Zeitlos. Na chleb z ogórkiem wybieram się jednak do lokalu po drugiej stronie ulicy.


Źle zrozumiałam szyld reklamujący Gurkenbrot. Okazało się, że nie chodzi o kromkę chleba z ogórkiem, czyli kanapkę, lecz o bochenek chleba z dodatkiem ogórka w środku. Zamówiłam więc kanapkę z pomidorami i mozzarellą, a szprewaldzkich ogórków z beczki spróbowałam dopiero kilka godzin później.

Przy kościele św. Mikołaja uwagę przyciąga plejada metalowych figur przedstawiających bohaterów szprewaldzkich legend. Ich twórcą jest Volker Michael Roth.
Jest tu Król Węży, opiekun gospodarstw, który chroni je przed powodziami, pożarami i biedą. Kiedyś nosił koronę, ale została mu skradziona. Zapewniła ona złodziejowi bogactwo i dostatek, dlatego wdzięczny właściciel umieścił wizerunek ukoronowanego węża w swoim herbie.
Jest też Król Drzew, pilnujący porządku w puszczy i niedopuszczający do bezmyślnego niszczenia lasu.
Są Błędne Ogniki, które za niewielką opłatą pokazują zagubionym wędrowcom drogę do domu. Tych, którzy nie chcą zapłacić, prowadzą na manowce.
Nie zabrakło również Lutków, choć według podań w ogóle nie powinno ich tu być. Podobno nie znoszą dźwięku kościelnych dzwonów.
Wokół rynku stoją liczne stare kamienice, które nadają miastu szczególny charakter. Nie udało mi się zobaczyć wszystkiego, zabrakło też czasu na wizytę w muzeum. Spacerowałam po ogrodach Zamku w Lübbenau, dawnej posiadłości rodu Lynarów, która prawdopodobnie znów znajduje się w rękach tej rodziny.


Przy okazji natrafiłam na ciekawą informację w polskiej Wikipedii. Fryderyk II Wielki twierdził w 1769 roku, że to Rochus Friedrich zu Lynar podsunął mu projekt rozbioru Polski, choć historycy podchodzą do tej relacji z pewnym sceptycyzmem. Sam plan, znany jako „plan hrabiego Lynara”, rzeczywiście jednak istniał.
Jeden z potomków rodu Lynarów należał do grona osób zaangażowanych w przygotowania zamachu na Hitlera z 20 lipca 1944 roku. Został stracony w więzieniu Berlin-Plötzensee we wrześniu 1944 roku.


Wracam trochę inną drogą do punktu wyjścia, czyli do dworca z którego wyruszyłam w „pierwszą stronę”. Przechodzę kolorowym tunelem, graficiarsko wymalowanym. Zaglądam do Domu Kultury Gleis 3 i pytam o drogę na cmentarz. Bramy od strony Alei Jabłkowej, Apfelallee, okazują się jednak zamknięte. Mija mnie dziarski starszy pan, śpieszący na otwarcie tunelu pod mostem kolejowym. On rusza dalej, a ja powoli wkraczam na teren, który jeszcze do niedawna pełnił swoją pierwotną funkcję. Ostatnie pochówki odbywały się tu w latach 80. ubiegłego wieku, a więc wcale nie tak dawno. Są też starsze groby, starsze pomniki. I żywej duszy. Przynajmniej tak mi się wydawało. No bo dokąd miałyby ulecieć, te dusze zbłąkane, których czas przydatności minął? Moją uwagę przyciąga anioł z odłamanymi ramionami. Skrzydła, jego najważniejszy atrybut, ocalały. Są pomniki i nagrobki w kształcie ściętego drzewa, te starsze i te powstałe w ramach projektowania parku rzeźb (Skulpturenpark Alter Friedhof). Między nimi wyrastają żelazne krzyże i bogato zdobione kute ogrodzenia.








Wracam ulicą Pokoju (Straße des Friedens), myśląc o tych, którym sprzyja już tylko pokój wieczny.





Znów przechodzę kolorowym tunelem, gdzie na ścianach wymalowana jest historia miasta. Kieruję się ponownie w stronę portu, wypatrując straganów z ogórkami. W końcu kupuję dwa kiszone. Tak, żeby tradycji stało się zadość i dla świętego spokoju, bo przecież byłam w Szprewaldzie.
