Przedświąteczne inspiracje (Lego)

Znalezione w sieci – szopki z klocków Lego.

Dla J. A. i A.

The Child was born under the star in the holy (brick)night… 🙂

To samo ale w wersji Star Wars!

I jeszcze jedna, bardziej pokojowa. Ze świniakiem w zagródce. Można by mieć pretensje do twórcy, że nie przestrzega zasad, ale cóż – sama widziałam rok temu w Muzeum Polin w Warszawie “dzieło sztuki” jakichś artystów muzealnych, przedstawiające życie żydowskie w średniowiecznym miasteczku i tam też był świniak jak żywy.

Tę szopkę podobno wymyśliły i zrobiły dzieci.

Tę sam budowniczy określił jako “cool”.

nativitylegocool

A ta reprezentuję ideę minimalu. Podoba mi się. Taką to ja bym potrafiła zrobić. Ale czy ja wiem, podpis głosi, że to Fun4Boys.

PS from 22nd of Dec: made by family

szopkajackaantosia

 

Z zapisków stróża (6)

Zbigniew Milewicz

Aniołek

Kiedy niedawno w Kolumbii rozbił się samolot, w którym zginęła prawie cała, pierwszoligowa drużyna brazylijskiego klubu piłkarskiego i napisałem szpunta na ten temat, wytykając europejskim mediom lekkie zignorowanie katastrofy nad równikiem, adminka zaproponowała mi zgłębienie tematu. Mógłbym – sugerowała – napisać np. o obecnym tempie pamiętania i zapominania, albo o szacunku do śmierci, albo o europocentryzmie. Admince się nie odmawia, ale chyba więcej we mnie dokumentalisty, niż moralisty i w zamian dam jej przedświątecznego aniołka.

Zapakowany w złote pudełeczko, leżał w pojemniku przed kontenerem na śmieci, obok innych niepotrzebnych przedmiotów. Figurka wykonana misternie z kryształu trzymała w dłoniach książkę i nie mogłem dopatrzyć się niczego, co dyskwalifikowało by ją w sprzedaży w handlu. Dom towarowy, w którym dorabiam do emerytury zakazuje personelowi przywłaszczania czegokolwiek, co stanowi własność firmy, choćby i rzecz szła na przemiał. Żal mi się jednak zrobiło niebiańskiej postaci i naruszyłem siódme przykazanie.

Drugi anioł, a właściwie anielica stała bardzo smutna na trzecim piętrze domu i pakowała klientom świąteczne prezenty w ozdobne kartony.
– Musisz się do ludzi uśmiechać, to nie są wieńce pogrzebowe – wysyczał jej do ucha kierownik działu, ucharakteryzowany, jako Weihnachtsmann.
– Wiem, ale oni już przecież zapłacili za towar, poza tym boli mnie ząb – poskarżyła się dziewczyna.
– Ho, ho, ho – odkrzyknął kierownik i zadzwonił srebrnym dzwonem. – Jak nie teraz, to kiedy mamy zarabiać, a ona mi tutaj odstrasza klientów – dodał w zamyśleniu.

Jak co roku, kolorowe, bogate wystawy monachijskich sklepów i butików kontrastowały z ponurymi twarzami przechodniów. Każda dzielnica miała swój Weihnachtsmarkt, na którym raczono się grzanym winem i słuchano kolęd płynących z głośników. Nostalgiczna, niemiecka nuta przeplatała się ze skocznym rytmem amerykańskich carols, ale im więcej ludzie mieli w czubie, tym bardziej posępnieli. Nawiasem mówiąc, pod polską choinką nastroje też przeważnie są minorowe, ale to dopiero w wigilię i po pasterce humor rodakom zdecydowanie się poprawia. Stacje niemieckiego radia i telewizji robią wszystko, aby obywatelom BRD umilić przedświąteczny nastrój. Nastrojowe, muzyczne kadry wtapiają się w reklamę wielkich sieci handlowych, aby widzowie i słuchacze nie zamykali portfeli, tylko dalej kupowali świąteczne gęsi, gry komputerowe, perfumy i czekoladki. Serwisy informacyjne skłaniają się bardziej ku pozytywnym przekazom, a negatywne podają oględnie, żeby odbiorca doszedł do wniosku, że przecież mogło być jeszcze gorzej.

Oczywiście nie da się przemilczeć, ani przypudrować krwawiącego dalej Aleppo, kolejnych aktów terroru w Turcji, prześladowania chrześcijan przez islamistów na Bliskim Wschodzie i wciąż trwających walk we wschodniej Ukrainie, gdzie skłócone ze sobą światowe mocarstwa nieodmiennie wspierają dobrych w walce ze złymi, tylko nikt z nas nie wie, kto naprawdę jest kim. Wszystko zależy od tego, w jakim języku nadaje stacja. Co dla członków Nato jest białe, to dla Kremla czarne i odwrotnie. Kanclerz Merkel już oficjalnie, bez ogródek oskarża rosyjskie lotnictwo o bombardowanie ludności cywilnej wschodniego Aleppo i konwojów, które spieszą jej z pomocą humanitarną. Tu bombki na choinkach, tam bomby i śmierć, oby ten konflikt nie przerodził się w III wojnę światową…
– Ty wiesz, że to może być nasza, chrześcijan ostatnia gwiazdka? – pyta przez telefon Marysia, moja stara, monachijska znajoma.
– Jakaś bzdura, kto tak mówi? – reaguję zapalczywie.
– Papież Franciszek – odpowiada.
– Usłyszałaś to od niego osobiście?
– Nie, ale tak podobno miał powiedzieć na Placu Świętego Piotra.

Nie wierzę rzecz jasna Marysi, ale coś tam w głębi duszy, jakieś niedobre ziarno, pozostaje. W godzinach wieczornych, na chwilę przed zamknięciem sklepów, przedświąteczny tłum na monachijskich ulicach jeszcze bardziej gęstnieje. Biedna anielica, zanim pójdzie do domu, jeszcze zapakuje z dwadzieścia prezentów w kolorowy papier i wyda je klientom o twarzach szarych jak ten grudniowy wieczór za oknami. Całe szczęście, że po domu kręcą się także dzieciaki, tylko u nich widać ożywienie i nieudawaną radość, że idą święta, a wraz z nimi oczywiście i prezenty. Trudno wyczuć, ile z nich wie, co to jest Boże Narodzenie, ale w boskiej naturze leży wszak wyrozumiałość.

anioleczek

W domu wyjmuję aniołka z pudełka, żeby przyjrzeć mu się dokładniej i niezgrabiasz upuszczam go na podłogę. Tłucze się książka, którą trzymał w dłoniach, w zamian dostaniesz więc adminko ten tekst, plus napis z pudełka. Wesołych Świąt czytelnikom 🙂

Zamiast życzeń i zamiast prezentów

Krystyna Koziewicz

Apel

Na całym świecie grudzień jest najbardziej świątecznym miesiącem w kalendarzu, w którym rozpoczyna się nieustające święto zakupów. Zaczyna się od kupowania prezentów na Mikołaja, którego postać kojarzona jest z brodatym staruszkiem, z torbą wypełnioną prezentami. Ów staruszek, wedle legendy z XV wieku, przemierza świat w saniach zaprzężonych w renifery, wchodzi do domu przez komin i wypełnia dziecięce skarpety zabawkami i słodyczami. Czasem to on przynosi też prezenty „pod choinkę”, czasem Aniołek, Dzieciątko Jezus, Gwiazdor czy Dziadek Mróz.

W okresie przedświątecznym wielką radością jest też czas odświętnego dekorowania całego domu. Czarowne są te wszystkie fantazyjnie migocące światełka, kolorowe ozdoby choinkowe oraz wypiek ciast i gotowanie wigilijnych potraw. Co jak co, ale nie da się uciec od tego wszystkiego, co stało się już odwiecznym rytuałem i wciąż trwa. Bo to magiczny i pełen wzruszeń czas. W tę niezwykłość, jaką są Święta Bożego Narodzenia, wpisane są cudowne aromaty, których pełno snuje się po kątach wypucowanego mieszkania. Któż oprze się egzotycznym zapachom cynamonu, kardamonu, gorących pierników, gotowanych uszek z grzybkami, smażonego karpia? Na to wszystko nakłada się pachnące igliwie choinki i cieszący oczy widok palących się świec. Świąteczna krzątanina udziela się wszystkim i szczęśliwy jest ten, kto nie musi się zastanawiać, z kim zasiądzie do wigilijnego stołu, albo czy Mikołaj i jemu przyniesie prezenty.

Ale bywa i inaczej. Nie każdemu spełnią się marzenia. Na przykład wnuczka Asia pisze w liście do „Gwiazdki”, że chce, zamiast prezentu, by „babcia wyzdrowiała po ciężkiej chorobie raka…” Kolega z klasy Asi chciałby, aby wszystkie prezenty zostały wysłane do Domu Dziecka w Opolu. Tylko pozazdrościć rodzicom, że mają dzieci o tak wielkim sercu. To wielki dar od losu! Bo DAJĄC, uszczęśliwiamy samych siebie, bo właśnie w dzieleniu się z innymi odnajdujemy radość. To taki rodzaj dziwnej arytmetyki, w której nie ubywa nam z tego, co mamy, mimo że się tym dzielimy. Przy okazji niejako wzbogacamy samych siebie, bo otrzymujemy w zamian coś znacznie droższego, coś, czego nie można kupić za żadne pieniądze świata, czyli – RADOŚĆ osoby obdarowanej,  jej UŚMIECH i SERCE. W wielu domach te oczekiwane cudeńka spoczywają pod choinką. Bywa, że jakieś ciekawskie oczy zajrzą do środka i CZAR niespodzianki gdzieś pryska, generalnie jednak każdy chce dotrwać „pierwszej gwiazdki”, by tradycji stało się zadość. Nawet dorośli ze wzruszeniem oczekują tej magicznej wręcz chwili i cieszą się jak dzieci, gdy wreszcie nadejdzie…

Każdy dzień zbliża nas do Świąt Bożego Narodzenia. Magiczna moc świąt, wyjątkowy czas rodzinnych spotkań powoduje, że dzięki tradycji odrabiamy stracony czas. Nasze myśli skierowane są ku najbliższym i kiedy łamiemy się opłatkiem pozwólmy wszystkim żalom i smutkom odpłynąć w sina dal. Podarujmy sobie wzajemną życzliwość i radość z pojednania. To właśnie dzięki zwyczajom świątecznym zbliżamy się do siebie otwierając swoje serca z tej najlepszej strony. Niechaj wigilijny stół połączy nas rodzinnymi opowieściami, wspomnieniami i pamięcią o tych, którzy od nas odeszli. Radujmy się, świętujmy, niech wspólny czas pozostanie niezapomniany w naszej pamięci!

Polskie rytuały Bożonarodzeniowe mają specyficzny podniosły klimat, a przestrzega się ich wszędzie tam, gdzie znajduję się Polacy. Kultywowanie polskich tradycji i zwyczajów religijnych na emigracji to nasz obywatelski, rodzicielski, nauczycielski obowiązek wobec młodego pokolenia. Wszystkie te tradycje, jak ubieranie choinki,  wspólna kolacja, kiedy cała rodzina zasiada do stołu wigilijnego, dzielenie się opłatkiem, śpiewanie kolęd, jasełka są łącznikiem pomiędzy pokoleniami. Jeśli my, dorośli będziemy kultywować świąteczne tradycje, przetrwają nawet wtedy, kiedy już  przeminiemy. Zwyczaje nadal będą żyć w pokoleniach, które po nas przyjdą.

Okres  świąteczny to czas relaksu, odskoczni od codzienności, czas, kiedy człowiek poddaje się magicznej ceremonii starych obyczajów ludowych, na które każdego roku z radością wszyscy czekamy.

My, Polacy w Berlinie tworzymy jedną wielką rodzinę, mamy polskie korzenie i chcemy przy okazji Świąt spotkać się ze sobą, spędzić kilka godzin w przyjaznej atmosferze, pełnej serdeczności i życzliwości. Nie zapominajmy, że to czas pojednania sie z bliźnimi, wzajemnego wybaczania sobie błędów, darowania win. Obdarowujmy siebie życzeniami zdrowia, nie żałujmy sobie dobrych słów, czułych gestów… Nie żałujmy…

Od kilku lat pisze już dla Czytelników tego bloga takie i podobne życzenia i refleksje świąteczne.

W tym roku jednak nad radością tego pięknego czasu zawisł straszny los Aleppo.
To miasto umiera jak Warszawa przed 72 laty. Jesienią i zimą 1944 roku, po upadku Powstania Warszawskiego, świat patrzył bezczynnie, jak okupanci dobijają konającą Warszawę.
Przez dziesięciolecia my, Polacy, nie mogliśmy o tym zapomnieć.

Nie pozwólmy, by teraz, gdy żyjemy w pokoju i dobrobycie, na nas spadła hańba, iż patrzyliśmy bezczynnie na śmierć całego miasta!

Możemy jeszcze uratować 100 000 osób z masakrowanego miasta. To cywile, którzy nie mają jak stamtąd uciec. Otwórzmy drogę do Polski, dla tych, którzy wymagają NATYCHMIASTOWEJ pomocy, przyjmijmy ofiary wojny, rannych i potrzebujących, kobiety i dzieci, osoby starsze, niepełnosprawne, które wymagają natychmiastowej opieki medycznej i zapewnienia im podstawowego bezpieczeństwa.

Pamiętajmy o tych wszystkich, którzy zginęli w Warszawie i pomóżmy Aleppo!

Cytaty i kompilacje

Lech Milewski

…notuję równomierny postęp powieści, która w połowie lipca urosła już do XXXVII, Fitelbergowskiego, rozdziału czy też do materiałów w tym celu zebranych. Postać tego międzynarodowego agenta i symboliczna scena kuszenia samotnika przez “świat” były przewidziane już od dawna… Nie dostawało mi jedynie samej postaci, nie potrafiłem jej jeszcze wyraźnie sobie wyobrazić, lecz i pod tym wzgledem udzielono mi pomocy… pewnego dnia przy porannej kawie w mojej sypialni opowiedziałem mojej żonie o tym drobnym, a przecież uciążliwym kłopocie, przypominajacym mi dawne czasy w Bozen, kiedy nie wiedziałem, w jaki sposób uczynić z Mynheer Peeperkorna malowniczą postać – ona zaś znalazła radę. – Coś w tym rodzaju mam przecież pod ręką, trzeba tylko, abym sobie przypomniał w ogólnych zarysach naszego starego znajomego w Nowym Jorku, pana S.C., który działał dawniej w Paryżu jako agent literacki i teatralny… Oczywiście – to był on.

Tomasz Mann – Jak powstał Doktor Faustus – Czytelnik 1962.

W licznych źródłach znajduję krzepiącą dla mnie informację, że Tomasz Mann miał duże trudności w wymyśleniu oryginalnej fabuły. Rzeczywiście – Buddenbrookowie to historia własnej rodziny, Czarodziejska Góra oparta jest na własnym doświadczeniu autora kiedy to odwiedził żonę w sanatorium dr Jessena w Davos, przeziębił się a przedsiębiorczy doktor zasugerował 6-miesięczny pobyt, Józef i jego bracia to oczywiście Biblia, Doktor Faustus – wiadomo.
Wiadomość dla mnie krzepiąca gdyż większość moich wpisów na tym blogu to kompilacje z różnych źródeł.

Najpierw więc Mynheer Peeperkorn…

G. Hauptmann

Zaczynał mówić głosem dość cichym:
– Moi państwo… W porządku. Wszystko w porządku. Skoń-czone. Proszę jednakowoż wziąć pod uwagę – i nie zapominać, że… Ale nie mówmy już o tym. Tamto leży mi tak dalece na sercu, jak przede wszystkim to, że jesteśmy zobowiązani – że kategorycznym wymaganiem – powtarzam i podkreślam to wyraźnie – kategorycznym wymaganiem nam stawianym… Nie! Nie, moi państwo, nie tak! Nie, jakobym chciał… W błędzie byłby ten, kto by myślał, że ja… Skoń-czone, moi państwo! Zupełnie skończone. Wiem, że jesteśmy przecież tego samego zdania, a więc: do rzeczy!

Ostatecznie nic nie powiedział, ale głowę miał tak niepospolitą, mimikę i gestykulację tak stanowczą, przejmujacą i pełną wyrazu, że wszystkim, a nawet nasłuchującemu Hansowi Castorpowi, wydawało się, iż słyszą coś niezmiernie ważnego, lub też, jeśli nawet uświadamiali sobie brak rzeczowego, skończonego oświadczenia, nie czuli się jednak zawiedzeni.

Tomasz Mann – Czarodziejska Góra.

Znajomi Tomasza Manna, którzy pierwsi przeczytali Czarodziejską Górę od razu zapytali autora – czy powiadomiłeś o tym Gerharda Hauptmanna (na zdjęciu)?
Nie powiadomił, według niego podobieństwo było przypadkowe i bardzo fragmentaryczne. Gerhard Hauptmann był innego zdania – obraził się śmiertelnie i chyba przez dwa lata obaj nobliści ze sobą nie rozmawiali.

Oceńcie państwo sami. Oto jak Tomasz Mann wspomina prawdziwego Gerharda Hauptmanna:
Byliśmy przyjaciółmi, lecz zawsze pozostawaliśmy w oficjalnych stosunkach. Najbardziej osobliwy i zabawny moment naszej znajomości był ten, kiedy przyszło mu do głowy zaproponować mi “tykanie się” – i kiedy jednak potem z tego się wycofał. Wypił wtedy już trochę i nagle zaczął: “A więc… Niechże pan słucha!… Dobrze!… Jesteśmy przecież braćmi, prawda?… Czy nie powinniśmy zatem… Zapewne… Ale dajmy temu spokój!”

Tomasz Mann – Jak powstał Doktor Faustus – Czytelnik 1962.

Jeszcze jedno. W Doktorze Faustusie Tomasz Mann przypisał bohaterowi książki, Adrianowi Leverkühnowi, wymyślenie nowego systemu kompozycji. Był to dokładny opis systemu dwunastotonowego wynalezionego przez Arnolda Schönberga w 1921 roku.
Alma Mahler, która poznała ten fragment książki przed jej publikacją, ostrzegła autora – powinien pan uzgodnić to z kompozytorem. Tomasz Mann znowu zbagatelizował ostrzeżenie. Niesłusznie. Schönberg bardzo poważnie się obraził i rozważał skierowanie sprawy do sądu, obawiając się, chyba słusznie, że dzieło Tomasza Manna zyska znacznie większą popularność niż jego muzyka i jego autorstwo systemu dwunastotonowego może być zapomniane. Ostatecznie uznał, że lepiej obrócić całą sprawę w żart i opublikował krótki esej, w którym opisał, jak to wpadł na pomysł dodekafonii dzięki radom bohatera książki, która nie została jeszcze napisana.
W angielskim (i polskim) wydaniu Doktora Faustusa umieszczono napisane przez Tomasza Manna wyjaśnienie genezy dodekafonii.

Po tych wszystkich wstępach przejdźmy wreszcie do XXXVII, fitelbergowskiego, rozdziału…

Na próg wyszła na nasze spotkanie pani Schweigestill z wizytówką w ręce, przemawiając ściszonym z przerażenia głosem. Zakomunikowała nam, ze przyjechał jakiś “człek światowy” – a określenie to wypowiedziane szeptem jako pospieszny opis kogoś kto właśnie wszedł do domu, wydało mi się dziwacznie upiorne i sybilliczne. Może dla wyjaśnienia tego pretensjonalnego epitetu nazwała pani Elza czekającego na nas przybysza “cudakiem”. Nazwał ją “szer madam”, a potem “petite maman”, a Klementynę uszczypnął w policzek…
Z nieufną miną obejrzeliśmy wizytówkę, udzielającą wszelkich potrzebnych informacji o jej właścicielu. “Saul Fitelberg, Arrangements musicaux. Representant de nombreux artistes prominents”…
Był to tłusty człowiek lat około czterdziestu, bez brzuszka, ale tłusty i miękkich kształtów, o białych pulchnych rękach, gładko wygolony, krągłolicy, z podwójnym podbródkiem, mocno zarysowanymi, łukowatymi brwiami i wesołymi migdałowymi oczami, pełnymi śródziemnomorskiego blasku zza rogowych okularów…
Epitet, jakim go obdarzyła matka Schweigestill, usprawiedliwiała pogodna beztroska jego sposobu bycia, owa przyjemna lekkość, właściwa zarówno jego szybkiemu, z lekka niewyraźnemu, zawsze dość wysokiemu, w dyszkant niekiedy przechodzącemu głosowi, jak i całej osobie, stanowiąc pewien kontrast z jego otyłością, lecz także jakoś harmonijnie się z nią łącząc. Lekkość tę, która weszła mu w krew, nazywam przyjemną, ponieważ istotnie napawała obecnych komicznie uspokajającym uczuciem, że całkiem zbytecznie traktują życie ze śmiertelną powagą. Jakby chciała wyrazić zawsze: “A czemuż by nie? No i co dalej? To nic nie znaczy! Bądźmy zadowoleni!” I człowiek mimo woli usiłował poddać się temu nastrojowi.

– Maître – powiedział – rozumiem całkowicie, jak bardzo musi być pan przywiązany do tej stylowej samotni, którą sobie pan obrał za mieszkanie – o, widziałem już wszystko, wzgórze, jezioro, wieś kościelną, et puis, cette maison pleine de dignité avec son hotesse maternelle et vigourese. Madama Schweige-still! Mais ça veut dire: Je sais me taire. Silence, silence! Comme c’est charmant!
Jak długo pan już tu mieszka? Dziesięć lat? Bez przerwy? Prawie bez przerwy? C’est ètonnant! O, całkiem zrozumiałe! A jednak, figurez-vous, przyjechałem, aby pana porwać, uwieść i namówić do chwilowej niewierności, unieść pana w przestworza na latającym dywanie i ukazać panu bogactwa i wspaniałości tego świata, więcej nawet: złożyć je panu do stóp… Niechże pan wybaczy mój pompatyczny styl! Jest on istotnie ridiculement exagèrè, zwłaszcza co się tyczy “wspaniałości”. W istocie nic to wielkiego – nic właściwie osobliwego w owych wspaniałościach, – stwierdzam to będąc przecież sam dzieckiem prostych ludzi wywodzących się z nader skromnych, żeby nie rzec nędznych warunków, – mianowicie z Lublina, z centrum Polski, z naprawdę ubogiej żydowskiej rodziny, – bo trzeba panu wiedzieć, że jestem Żydem – Fitelberg to wyraźnie liche, polsko-niemiecko-żydowskie nazwisko, tylko że uczyniłem je nazwiskiem cenionego bojownika awangardowej kultury i, chyba wolno mi to powiedzieć, przyjaciela wielkich artystów. A przyczyną tego jest, że od młodości dążyłem ku temu co wyższe, artystyczne, zajmujące – ku nowemu przede wszystkim, które jest jeszcze czymś skandalicznym, lecz godnym szacunku i pełnym widoków na przyszłość skandalem, który już jutro stanie się czymś najwyżej opłacanym, wielką modą, sztuką. A qui le dis-je? Au commencement etait le scandale. (…)
Proszę panów, straszliwie odbiegłem od tematu. Ale znaczy to: odbiegłem od mego zamiaru. Niechże panowie zechcą gadatliwość moją przypisać temu, że zrezygnowałem z planu, ktory mnie tu sprowadził! Przekonałem się, że plan ten jest niewykonalny. Pan, maître, nie wstąpi na mój czarodziejski dywan. Nie wprowadzę pana w świat jako pański manager. Odmawia pan, a to powinno być dla mnie większym rozczarowaniem, niż jest w istocie. Sincerement, zadaje sobie pytanie czy nim jest w ogóle. (…)
Zapewne pan nie wie, maître, jak bardzo niemiecka jest ta pańska répugnance, która, jeśli mi pan pozwoli przemówić jako psycholog, w sposób charakterystyczny składa się z dumy i poczucia niższości, z pogardy i lęku, – która, rzec chciałbym, jest pewnego rodzaju ressentiment powagi wobec światowych salonów. No cóż, ja jestem Żydem, trzeba panu wiedzieć – Fitelberg to uderzająco żydowskie nazwisko. Mam we krwi Stary Testament, a to sprawa nie mniej poważna od niemieckości, – i w gruncie rzeczy nikłe stwarzająca dyspozycje dla sfery valse brillante. Wprawdzie istnieje niemiecki przesąd, że na zewnatrz egzystuje jedynie valse brillante, a powaga wyłącznie w Niemczech. A jednak, jako Żyd, jest się w zasadzie sceptycznie usposobionym do świata, a przychylnie do Niemiec, oczywiście pod groźbą narażenia się na kopniaki z racji tej skłonności. Niemieckość to znaczy przede wszystkim: poczucie narodowe – a któż wierzy w poczucie narodowe Żyda? Nie tylko, że nikt nie wierzy, – w dodatku daje mu się parę razy po głowie, jeśli natrętnie będzie tego próbował. My, Żydzi, musimy bać się wszystkiego, co składa się na charakter niemiecki, qui est essentiellement antisemitique, – co, oczywiscie jest dla nas już wystarczającym powodem do trzymania się świata, dla którego organizujemy rozrywki i sensacje, nie narażając się na zarzut, że jesteśmy lekkoduchami albo, że upadliśmy na głowę. Potrafimy doskonale rozróżnić Fausta Gounoda od Fausta Goethego, nawet wówczas gdy mówimy po francucku, nawet wtedy…
Proszę panów, mówię to wszystko jedynie wskutek rezygnacji, rozmowę o interesach już przecież zakończyliśmy, właściwie już mnie nie ma, już trzymam rękę na klamce, już od dawna wszyscy stoimy, – gawędzę jeszcze tylko pour prendre conge (…) Czyż my, Żydzi, którzy jesteśmy narodem kapłańskim, nawet wówczas gdy uprawiamy minoderię po salonach paryskich, mielibyśmy nie odczuwać pociągu do niemieckości i nie pozwalać się przez nią wprawiać w ironiczny stosunek wobec świata i sztuki dla małych przyjaciółeczek? Z naszej strony poczucie narodowe byłoby wręcz prowokującą do pogromu bezczelnością. Jesteśmy internacjonalistami – lecz jesteśmy proniemieccy jak nikt na świecie, choćby dlatego, że musimy nieustannie stwierdzać podobieństwo roli, jaką odgrywa niemieckość i żydowskość na tym świecie. Une analogie frappante! Jednako są one znienawidzone, wzgardzone, przyjmowane z lękiem i zazdrością, jednakowo wprawiają w zamieszanie innych i siebie. Mówi się o erze nacjonalizmu. Ale w rzeczywistości istnieją tylko dwa nacjonalizmy: niemiecki i żydowski, a wszystkie inne są wobec nich dziecinną igraszką – tak rdzenna francuskość takiego Anatola France’a jest najczystszej wody światowością w porównaniu z samotnością Niemców i żydowskimi majaczeniami o narodzie wybranym… France – oto nacjonalistyczne nom de guerre. Niemiecki pisarz nie mógłby nazywać się Deutschland, tak można nazwać co najmniej okręt wojenny.
Musiałby się zadowolić nazwiskiem Deutsch a wtedy byłoby to żydowskie nazwisko – oh, la, la!

Tomasz Mann – Doktor Faustus.

PS1. Deutschland – okręt wojenny – poniżej krążownik o tej nazwie…

Deutschland

PS2. “Musiałby się zadowolić nazwiskiem Deutsch, a wtedy byłoby to żydowskie nazwisko – oh, la, la!”
Zgadza się:
– Otto Erich Deutsch – austriacki muzykolog, autor katalogu utworów Schuberta – KLIK.
– André Deutsch –  wydawca książek – KLIK.
Oh, la, la!

PS3. S.C. – pierwowzór Saula Fitelberga.

solhurok

Nie znalazłem żadnych wskazówek kto to mógł być. Podsunę więc własną fantazję – Sol Hurok – KLIK.

Prawdę mówiąc to nic się nie zgadza: ani pierwsza litera nazwiska, ani okulary – nie są rogowe, nie urodził się w Polsce, nie działał w Niemczech.
Ale Mannowi potrzebny była tylko zewnętrzna oprawa: wygląd, sposób poruszania się, sposób mówienia. Co Saul Fitelberg ma mówić to Tomasz Mann wiedział jeszcze zanim go poznał.

Superpełnia

Szanowny Adminie

Sprawa ma się następująco: kilka tygodni temu, w połowie listopada wyszedłem, jak wielu innych ludzi, oglądać superpełnię księżyca. Trochę mnie zawiodła, ale nie w tym rzecz. Stałem i gapiłem się w niebo, aż tu nagle, jak to mówią, błysło, świsło i coś, chyba meteoryt, spadło na ziemię bardzo blisko ode mnie, jakieś dwieście, trzysta metrów. Dymiło i ogieniek palił suchą trawę wokół, więc bez problemu znalazłem to miejsce, tym bardziej, że przecież superpełnia świeciła, więc nie było ciemno. W zagłębieniu leżał kamień. Gdy wziąłem go do ręki, parząc się dotkliwie, bo jeszcze nie ostygł, zobaczyłem, że wyryte są na nim jakieś znaki, słowa. Cały tekst. Przeczytałem, lecz nie bardzo zrozumiałem. To znaczy – zrozumiałem, ale nie ogarnąłem, a poza tym zrobiło mi się nieswojo. Pytałem różnych ludzi co z tym zrobić, nikt nie wiedział. Szukałem, szukałem, aż trafiłem na tego bloga. Chyba dobrze trafiłem, bo to tekst odrzucony (a nawet rzucony) i nikt go nie chciał. Może wy będziecie wiedzieli, co z nim zrobić? Kamyk przesyłam w załączeniu.

                                                                               Z wyrazami szacunku, Adam Nemo

Jestem na tyle blisko, że istnieje szansa, iż jak mocno rzucę, to doleci. Więc ryję co prędzej swoje przesłanie pazurem w kawałku bazaltu i za chwilę zamachnę się tym odłamkiem. Następna taka okazja będzie za osiemnaście lat. Jeśli ktoś znajdzie mój kamyk i na coś mu się on przyda, to dobrze. Jeśli zaś nie – drugie dobrze.

Zresztą „dobro” to puste słowo, na dobro już od wielu lat nie daję się nabrać. Ale z dawnych czasów pozostała mi jeszcze wiara w piękno. Siadam więc na brzegu mojego krateru – a jakże, gdzieś na Morzu Spokoju – opieram głowę o dłoń zaciśniętą w pięść, drugą dłoń opuszczam na kolano i pozuję na Myśliciela. Co przy moich chudych i suchych kończynach oraz torsie tudzież gębie porośniętych twardą szczeciną przynosi efekt raczej komiczny niż artystyczny, ale nic nie szkodzi: nikt tego nie widzi, tylko ja w imaginacji przywołuję statuę Rodina. I to mi wystarcza.

Siedzę i patrzę na Ziemię. Dziś jest wyjątkowo blisko, więc i wszystko świetnie widać: widać, że nic się nie zmieniło. Patrzę i czuję… chciałbym powiedzieć, że pogardę, ale to nieprawda. Pogarda mi już przeszła. Zostało chyba tylko politowanie. Spokojne, aż wieje od niego chłodem. Zaś pogarda jest gorąca. A tutaj bywa naprawdę zimno i nawet pogarda płomienna, taka, jaką kiedyś czułem, nie wystarczyłaby, aby ogrzać krew do tego stopnia, bym przetrwał w mrozach galaktycznej próżni. Więc krew mi już dawno wystygła. Właściwie to już jej nie ma. Zastąpiło ją coś, nie wiem dokładnie, co: płynny azot? Hel? Argon? Nie sprawdzałem, bo już od dawna nie potrzebuję szarpać sobie ani rozcinać żył. Nie wiem, co tam bulgocze w przeraźliwym zimnie, ale czy to istotne? Niech sobie bulgocze na zdrowie!

No i siedzę. I patrzę z politowaniem. Lituję się, trzeba to uczciwie wyznać, także nad własną głupotą. Po co było tyle lat się szarpać, żyły pruć, goryczą nasiąkać, zawał pielęgnować, kamyki żółciowe hodować? No po co, zapytuję!? Należało odejść natychmiast, gdy się zrozumiało, że człowiek człowiekowi – człowiekiem. Wilków nie obrażać, wśród wilków zamieszkać, z wilkami wyć do księżyca.

Co powstrzymywało przed dumnym porzuceniem drapieżnej, ludzkiej watahy? Siła inercji? Z pewnością. Strach przed nieznanym? Niewątpliwie. Zasiane w duszy zatrute ziarno nadziei? Niestety – tak. A może też szacunek dla piękna? Gdyż, jakimś cudem, ludzie tworzą piękno: namiastkę nieosiągalnego dla nich i niewykonalnego dobra. I to piękno na jakiś czas wystarczało: zamiast wyć po lasach, słuchałem namiętnie Sonaty księżycowej. Bo czym ostatecznie różni się ona od wilczego skowytu? Tylko rafinadą formy – treść i tęsknota są dokładnie te same.

Cóż, takie półśrodki starczały, ale do czasu. Przyszedł dzień – a jakże, wiekopomny – gdy nawet przyjaciel, w kilka dni zaledwie, zmienił się w szmatę, a otaczające mnie sobkostwo, przeniewierstwa i bezmyślność – a jakże, zadowolona z siebie, że hej! – takim głazem przywaliły pierś, że wyrwać się z niej mogło już tylko przeraźliwe charczenie.

Jak długo wyłem, tego nie pamiętam, ale gdym skończył, stwierdziłem, że jestem, gdzie jestem. I dobrze, bo dobrze mi tutaj. Powoli stygłem, schłem i porosłem rzadką sierścią. Źrenice z okrągłych zmieniły kształt na soczewkowate, kły urosły – normalna rzecz, nie szkodzi. Nie obchodzi mnie przecież nic, a własny wygląd to już najmniej.

Siedzę, błękitnej kuli na niebie litościwe ślę spojrzenie. A kąsajcie wy się sami! Zagryźcie się, jeśli taka wasza wola. Ja mam spokój.

I tylko czasem uporczywie przypomina mi się coś pięknego. Raz na jakiś czas na przykład, co ze względu na okoliczności dziwić nie powinno, w zimnej i mrocznej próżni lub w bladej poświacie nucę sobie Moon River. Nawet znalazłby się tutaj kandydat na „Huckelberry frienda”, ale niestety, pożytku z niego nie ma żadnego. Zaszedł daleko, mógł wiele, znał niedostępne sekrety. Spadł z wysoka, potłukł się dotkliwie, przeto męczy się i miota, ze swym stanem niepogodzony. I będzie się tak męczyć całą wieczność. Zwą go Twardowski – żaden materiał na przyjaciela.

Ja nie spadałem, to i się nie miotam. Mam spokój. Może i mroźny, ale za to głęboki. I, pełen tego spokoju, siedzę sobie i patrzę. Za osiemnaście lat też tak będę siedział. Tylko, że wtedy błękitna kula może już być całkiem zabarwiona czerwoną posoką. I rzucać kolejnego listu nie będzie dla kogo. Ale to już nie mój problem.

Lycanthropus

 

Stuart 14

Joanna Trümner

Decyzje

Tonight you’re mine, completely, you give your soul so sweetly
Tonight the light of love is in your eyes, but will you love me tomorrow?

Dzisiaj cała należysz do mnie, tak słodko oddajesz mi swą duszę
Dzisiaj światło miłości rozświetla twe oczy, ale czy będziesz kochać mnie jutro?

Carole King

Od przyjazdu Stuarta do Walton mijało pięć miesięcy. Matka powoli przyzwyczajała się do śmierci ojca. Dużą rolę w tym wychodzeniu Matki z żałoby odgrywała Meg, jej wyważone i spokojne podejście do życia i proste, oczywiste rady. Jak na przykład pomysł przekazania matce Einsteina pod opiekę na czas wyjazdu Meg i Stuarta do Londynu. Kiedy po powrocie zobaczył matkę z czerwonymi od mrozu policzkami i uśmiechem na ustach, zrozumiał, że przebywanie z psem było dla niej świetną terapią.

Z każdym dniem Stuart coraz bardziej przekonywał się o tym, że znałazł kobietę, z którą wyobraża sobie dalszą przyszłość – kochankę i przyjaciela. Kogoś, przy kim może być sobą i kto zrozumie jego marzenia. Równocześnie z każdym dniem coraz bardziej zdawał sobie sprawę z tego, że nie wyobraża sobie spędzenia reszty życia w Walton. Nie mógł przecież zatrzymać się w połowie drogi i codziennie zadawał sobie pytania: „Co dalej? Mam zostać w Anglii, wracać do Australii, w końcu pobyt tam nie był samym pasmem sukcesów, czy próbować szczęścia w innym kraju?”

Pewnego wieczoru zapytał wprost: „Meg, możesz sobie wyobrazić życie w Australii?” W napięciu czekał na odpowiedź, zaskoczony długim milczeniem, które nie zwiastowało niczego dobrego. Przez chwilę przeszła mu nawet przez głowę myśl, że Meg nie kocha go na tyle mocno, by pojechać za nim na drugi koniec świata. „A może”, pomyślał z przerażeniem, „ciągle jeszcze czeka na tamtego?” Po kilku minutach milczenia, które Stuartowi wydawały się tak długie jak wieczność, Meg w końcu odpowiedziała: „Wyobrażam sobie, że mogłabym mieszkać gdzie indziej, zawsze chciałam poznać świat, ale nie mogę tak z dnia na dzień zostawić moich pacjentów, oni mnie potrzebują. Musiałabym poszukać kogoś, kto mógłby się nimi dalej zająć. A poza tym nie wiem, czy mogę zostawić moją mamę samą, ona ma teraz dobry okres w życiu, a mój wyjazd do Australii mógłby znowu wyprowadzić ją z równowagi”. Do tej pory rozmowy o domu rodzinnym Meg ucinała dosyć szybko, Stuart wiedział, że nigdy nie poznała ojca, a jej stosunek do matki jest bardzo skomplikowany. Myślał, że miało to jakiś związek z aferą Meg i czuł, że jest to temat tabu i że musi cierpliwie czekać na ujawnienie tego sekretu.

Meg opowiedziała mu o swoim dzieciństwie, o domu bez mężczyzn i o tym, jak bardzo jej matkę przerosło zadanie samotnego wychowywania córki, którą urodziła w wieku 20 lat. Była napiętnowana przez rodziców, nie utrzymywali z nią kontaktu, ciężko pracowała jako ekspedientka w sklepie rybnym, w domu często brakowało pieniędzy. Od wszystkich tych ciężarów znalazła ucieczkę w alkoholu, sporadyczne piwo na dobranoc z biegiem czasu zastąpiła butelka wina, a następnie pita małymi łykami przez cały dzień whisky. Z upływem lat, matka coraz głębiej wpadała w nałóg, sytuacja w domu stawała się dla Meg coraz trudniejsza do zniesienia, szczególnie po tym, jak matka straciła pracę i rodzina utrzymywała się z zasiłku. Meg próbowała metodami dziecka „wyleczyć” matkę z nałogu, chowała butelki z coraz mocniejszymi napojami, zmuszała matkę do jedzenia i próbowała płaczem i błaganiami wymusić na niej trzeźwość. Był to najgorszy okres jej życia, Meg była bardzo samotna, dzieci jej unikały, dorośli udawali, że nie widzą, co się dzieje w jej domu. Otrzymała stypendium, wyjechała do Brighton na studia i była to dla niej wielka szansa na inne, lepsze życie. To, że wybrała psychologię, było podyktowane nałogiem matki. Meg z nadzieją myślała o tym, że uda się jej podczas studiów znaleźć metodę leczenia alkoholizmu, albo przynajmniej poznać kogoś, kto jej podpowie, gdzie szukać pomocy. Po rozpoczęciu studiów Meg przyjeżdżała do domu raz na miesiąc i z przerażeniem patrzyła na ilość pustych butelek, stojących w każdym kącie mieszkania. Sylwestra 1972 roku spędzała razem z matką i w godzinę przed północą matce zabrakło alkoholu. Wbrew próbom powstrzymania jej, matka wyszła z domu, aby znaleźć jakikolwiek czynny jeszcze o tak późnej porze sklep z alkoholem. Tuż przed domem poślizgnęła się na zrobionej przed kilkoma godzinami przez dzieci, pokrytej śniegiem ślizgawce i upadła. Córka znalazła ją w pół godziny później przed domem, matka miała otwarte złamanie nogi i była nieprzytomna.

Meg zaalarmowała sąsiadów, którzy zadzwonili na pogotowie. Karetka zabrała matkę do szpitala. Matka pozostała tam cztery tygodnie, lekarze dosyć szybko zorientowali się, co do stanu pacjentki i przeprowadzili odwyk. Szpitalny psycholog skierował matkę na terapię do ośrodka odwykowego. Po kilku miesiącach matka wróciła do domu i prowadziła samotną walkę z nałogiem. Zaczęła znowu pracować, tym razem za ladą w piekarni i przez dwa lata udało jej się wytrzymać bez alkoholu. Do dnia, w którym jeden z klientów zaprosił ją na wieczorną randkę w pubie. Choroba wybuchła ponownie, tak jakby przez cały czas czyhała tylko na ten moment słabości. Przez kilka miesięcy Meg nie pokazywała się w domu, a kiedy kierowana złymi przeczuciami pojawiła się u matki, ta była już w bardzo złym stanie. Córce z trudem udało się ją zmusić do ponownego odwyku. Odbierając matkę ze szpitala powiedziała: „Jeżeli jeszcze raz zobaczę cię pijaną, to nie chcę mieć z tobą nic wspólnego”. Pomogło. Matka zaczęła regularnie chodzić na spotkania Anonimowych Alkoholików, poznała tam nowych przyjaciół i jej życie powoli zaczęło biec normalnym torem. Poszła na kurs maszynopisania i zaczęła pracować jako sekretarka w szkole, do której kiedyś chodziła Meg. Od kilku miesięcy spotykała się z kimś z grupy i jej życie szło normalnym torem. „Ale ja naprawdę nie wiem, czy to nie jest wulkan, który za chwilę znowu wybuchnie”, skończyła swoje opowiadanie Meg.

Stuart patrzył na nią ze współczuciem, równocześnie nie mógł opanować żalu: „Dlaczego pacjenci i matka są dla niej ważniejsi ode mnie? Ale i od niej samej. Dlaczego w ogóle nie myśli o swoim szczęściu? To są przecież dorośli ludzie, którzy muszą sami sobie poradzić ze swoim życiem. Może Meg nie kocha mnie wystarczająco silnie? A może po prostu boi się zmian w życiu?” W końcu jednak Meg obiecała mu, że pod koniec sierpnia zjawi się w Sydney, spędzi z nim kilka tygodni urlopu i podejmie decyzję, co do dalszej przyszłości.

W kilka dni przed odlotem do Australii Stuarta odwiedził Stuart-senior. Podczas wspólnego spaceru nad morzem wujek wypytywał siostrzeńca o to, co dzieje się w domu, jak sobie radzi matka i jak mógłby pomóc. Pytał też o jego dalsze plany: „Moim zdaniem powinieneś poszukać sobie jakiejś stałej pracy, dlaczego nie w szkole, przecież dobrze sobie radziłeś, oszczędzić trochę pieniędzy, a od czasu do czasu dawać koncerty i pisać nowe utwory. Z czasem nagrasz płytę, pierwszą, drugą, ja ci chętnie pomogę. Teraz też chciałbym dać ci trochę pieniędzy, zaczynasz przecież znowu od zera”. „Ja nie mogę do końca życia brać od Ciebie pieniędzy”, zaoponował Stuart. „Twoje siostry nie mają tyle skrupułów, więc proszę Cię przyjmij ode mnie pomoc na początek”. Na widok zaskoczenia na twarzy Stuarta wujek opowiedział mu o rozmowie z Eve podczas swojego ostatniego pobytu w Walton. Przyszła do niego z wiadomością o tym, że jest w ciąży i powiedziała, że oczekuje pomocy, w końcu urodzi pierwsze dziecko w tej rodzinie i musiała przez to zrezygnować z pracy. Poza tym to właśnie ona opiekowała się od lat rodzicami. A Stuart-senior ma przecież pieniądze i chyba poczuwa się do obowiązku. Eve stawiała bardzo wygórowane żądania finansowe.

Pod koniec tej rozmowy Stuart-senior z przekąsem podziękował siostrzenicy za perfekcyjne zaplanowanie, co ma robić ze swoimi pieniędzmi i odmówił udzielenia jakiejkolwiek pomocy. Zaraz po powrocie do Londynu poszedł do banku, żeby dowiedzieć się o możliwościach założenia konta oszczędnościowego dla dziecka bez udzielania upoważnienia dla matki. Wstydził się tej rozmowy, wstydził się za swoją siostrzenicę, która mu nawet nie podziękowała za sfinansowanie ślubu. Tego samego dnia zdecydował, że Kate i Stuart otrzymają od niego w prezencie po pięć tysięcy funtów – sumę, którą on wydał na ślub Eve. Kate otrzymała już te pieniądze, Stuarta miał je dostać właśnie teraz. „Ja tego do grobu nie wezmę” uspokajał bratanka, wręczając mu do ręki kopertę. „Ale chyba się jeszcze nie wybierasz” – Stuart próbował pokryć zażenowanie żartem. Zdał sobie równocześnie sprawę z tego, że przyszedł czas, żeby zacząć zarabiać i oszczędzać własne pieniądze. Jeżeli Meg kiedyś do niego przyjedzie na stałe, nie będzie miał nawet za co wynająć mieszkania. Pożegnał wujka i poszedł na pocztę, żeby potwierdzić Ianowi swój przylot do Sydney. A Ian przekazał mu wiadomość, która go kompletnie zaskoczyła: „Będę za kilka miesięcy ojcem”. Przez odległość i słabe połączenie Stuart nie potrafił rozpoznać uczuć swojego przyjaciela – nie wiedział, czy te powiedziane jak dobry żart słowa były radością, przerażeniem, czy zaskoczeniem. „Dowiem się wszystkiego za kilka dni na miejscu”, pomyślał Stuart, widząc oczami wyobraźni swojego przyjaciela przewijającego dziecko.

Na początku lipca Stuart stał na lotnisku w Heathrow i czekał na samolot do Australii.

Cdn.

 

Okolicznościowo 2

We wczorajszym wpisie Autor pisał o podziemnej szczecińskiej efemerydzie wydawniczej, “Jednodniówce bezokolicznościowej”, dziś  – o innej własnej i niezależnej publikacji podziemnej w stanie wojennym. Oba wpisy są oczywiście przypomnieniem, że dziś to wczoraj, tylko jeszcze gorzej. Bo wtedy dokładnie wiedzieliśmy, kto pierwszy był za a kto przeciw. I tak jak słowami Moczulskiego śpiewał Grechuta, wiedzieliśmy, gdzie mamy być i my. Teraz już trudniej to wiedzieć. 35 lat temu nikt już nie wierzył w Komunę, nawet komuniści w nią nie wierzyli, a teraz dostaliśmy się w łapy tych, którzy wtedy mogli spać za długo.

Zanim jednak oddam głos autorowi, aby uczcić pamięć tamtego dnia i wszystkich, które potem przyszły, pozwolę sobie przypomnieć naszego barda i polskiego Boba Dylana:

Kto pierwszy szedł przed siebie?
Kto pierwszy cel wyznaczył?
Kto pierwszy w nas rozpoznał —
Kto wrogów? Kto przyjaciół?
Kto pierwszy sławę wszelką i włości swe miał za nic?
A kto nie umiał zasnąć nim nie wymyślił granic?

Kto pierwszy w noc bezsenną wymyślił wielką armię?
Kto został bohaterem? Kto żył i umarł marnie?
Kto pierwszy został panem? Kto pierwszy został sługą?
Kto musiał wstawać wcześnie, a kto mógł spać za długo?

Ryszard Dąbrowski

„Niezależny Samorządny Informator”, tytułowany również „nsi”

Organ prasowy jednoosobowej „agencji informacyjnej” miasta Szczecina utworzonej przez Ryszarda Dąbrowskiego, który był jego jedynym redaktorem.

Celem tego „pisemka” było przełamanie jednostronnego i tendencyjnego monopolu mediów komunistycznych.

Dąbrowski zbierał informacje o aktualnych wydarzeniach na terenie Szczecina i publikował je w biuletynie „nsi”, który przepisywany był na maszynie do pisania, obustronnie na przebitkowym papierze, w nakładzie 8 egzemplarzy (tzn. oryginał i 7 kopii).

Dostarczycielami informacji do tego pisma byli:

– z Politechniki Szczecińskiej – dr Jerzy Słonecki oraz także tam pracująca jego żona Alina,
– z więzienia w Potulicach, gdzie odbywali wyroki szczecińscy działacze „S”, żona jednego z tam uwięzionych, Sławomira Milczanowska,
– z ośrodka dla internowanych w Wierzchowie – żony tam uwięzionych,
– z terenu Stoczni Szczecińskiej – Longin Komołowski,
– ponadto wykorzystywane były informacje zbierane od znajomych Dąbrowskiego, którzy byli świadkami różnych wydarzeń, a których nie informowano, iż ich relacje zostaną opublikowane.

W miarę możliwości Dąbrowski starał się, informacje te, przed ich opublikowaniem, weryfikować.

Biuletyn ten przekazywany był do warszawskich pism: „Tygodnika Wojennego” i „Tygodnika Mazowsze” oraz szczecińskich „Feniks”, „Prolet”, „Biuletyn Informacyjny” i „Z podziemia”.

Dąbrowski znajdywał niekiedy przedruki ze swojego serwisu informacyjnego w w/w pismach, i tak w „TW” wykorzystano jego teksty w numerach: 26, 29, 30, 34, 35, 41 i 44, w „TM”: 27 i 28 oraz „Z podziemia” w numerach 12, 13 i 15. Przedruków tych tekstów musiało być znacznie więcej niż tutaj podano, jednak redakcja otrzymywała te pisemka nieregularne, co uniemożliwiało pełną ich weryfikację.

„nsi” otrzymywali także, poprzez ks. Stanisława Małkowskiego, dziennikarze z telewizji niemieckiej i francuskiej akredytowani w Warszawie.

Pierwszy numer „nsi” ukazał się w maju 1982 r. a ostatni w połowie grudnia 1982 r. i nosił numer 17.

30 grudnia 1982 Ryszard Dąbrowski wyemigrował z Polski.

Nie zarchiwizował on niestety poszczególnych wydań tego biuletynu i ich nie zreprodukował, i tak wiatr historii zmiótł z powierzchni ziemi prawie wszystkie jego wydania, poza dwoma numerami (12 i 15). Tutaj ich reprodukcje:

nsi-12 nsi-15

Okolicznościowo

hallo,

w stanie wojennym “bawiły”, mnie, młodego prowokatora, różne niedozwolone dzialania.
ślady tych poczynań można niekiedy napotkać w różnych książkach czy stronach internetowych oraz archiwach i nie zawsze odpowiadają one zaprzeszłej rzczywistości.
z tego też względu pstanowiłem krótko dać im świadectwo. powodowało mną też to, aby w przyszłosci, kiedy mnie już nie będzie, jakiś “ziutek” nie stwierdził: “to moje, to ja to robiłem“.
tutaj krótka historia “jednodniówki bezokolicznościowej” oraz skany wszystkich posiadanych jednodniówek od nr. 1 do 8.
brak jeszcze numeru 9. kazik jordan twierdzi, że przeszukał już swoje archiwum, ale go nie znalazł.
ale nie traćmy nadziei…
może kiedyś, za sto lat, znajdzie się gdzieś jej egzemplarz.osobnym e-mailem posylam bardzo szczątkową dokumentację jeszcze jednego periodyku przy którego egzystencji “maczałem palce”, czyli “nsi”.*
ha… to były czasy…
komuniści ścigali nas z pepeszami w ręku, śnieg po szyję, a my w zboże i kukurydzę uciekliśmy im do lasu do naszych ziemianek i sanitariuszek.
na shledanou.
uściski.
r.

Ryszard Dąbrowski**

„Jednodniówka bezokolicznościowa”

 „Jednodniówka bezokolicznościowa” była ciekawą efemerydą na „podziemnym” rynku prasowym w Szczecinie, a być może i w całej Polsce. W dużej części humorystyczne, surrealistyczno-anarchistyczne i ekstrawaganckie pismo wyróżniało się szatą graficzną i licznymi rysunkami.

Wydanych zostało dziewięć numerów, drukowanych techniką sitodruku, przy pomocy farby drukarskiej „zmiękczanej” pastą do prania „Komfort”, w nakładach po 1.000 egzemplarzy. Drukarzem pierwszych czterech numerów, aż do zaaresztowania go w dniu 13 kwietnia 1983, był Piotr Jarocki.

Pod koniec listopada 1982 roku, Ryszard Dąbrowski, który był w trakcie finalizowania formalności związanych z wyjazdem „na stałe” z Polski, na pożegnanie, wraz ze swoim kolegą Longinem Komołowskim, opublikował obustronną ulotkę formatu A4. Pomysłodawcą nazwy dla tej ulotki był Dąbrowski.

W „Jednodniówce bezokolicznościowej”, z datą 23.11.82, w myśl zasady: mamy godność, honor i jesteśmy przeciwko, zamieszczony został apel Aleksandra Sołżenicyna, aby żyć w prawdzie i z honorem. Pismo to niejako z rozpędu oznaczone zostało numerem „1?”

1dniowka

Później były jeszcze dwa wydania, a jeszcze później sześć.

Kolejne wydanie pisma (29.11.82) zostało opatrzone numerem „2!”

Powstało ono w niecodzienny sposób. Ryszard Dąbrowski zainspirowany humorystyczną prasą konspiracyjną z okresu drugiej wojny światowej wymyślił jej paralelę. W mieszkaniu Komołowskiego, stymulując się pół litrem wódki, w obecności niepijących Longina i jego żony Zosi, „stworzył” ten numer samodzielnie. W miarę opróżniania butelki, gospodarze zmuszeni byli hamować jego eskalujące wulgaryzmy. Wtedy też, z rozpaczy, że „redakcji” brak odwagi i determinacji, aby powtórzyć gest Jana Palacha, Dąbrowski wymyślił nazwę dla drukarni Jednodniówki, a właściwie jej drukarza P. Jarockiego: „drukarnia im. J. Palacha”.

Trzeci numer ukazał się z datą 09.12.82 i zamieszczono w nim karykaturę Jaruzelskiego, zainspirowaną rysunkiem ze szwajcarskiej gazety.

Po wyjeździe R. Dąbrowskiego z Polski, jego miejsce w redakcji zajął Radzimierz Nowakowski (autor szeregu rysunków do kolejnych wydań pisma), który wraz z Komołowskim wydal czwarty numer pisma (27.01.83).

Kolejne numery, od piątego do ósmego (17.02.83, 27.09.83, 09.12.83, 14.12.83) redagowali: Radzimierz Nowakowski, Piotr Jassem i Kazimierz Jordan.

Po wyjeździe Nowakowskiego do Szwecji i Jassema na kontrakt do Libii, Kazimierz Jordan zredagował jeszcze samodzielnie dziewiąty numer tego periodyku. Jest on szczególnym białym krukiem, gdyż drukarnię zdążyło opuścić tylko kilkadziesiąt egzemplarzy, a cały pozostały nakład został skonfiskowany przez Służbę Bezpieczeństwa podczas rewizji.

Kazimierz Jordan nie kontynuował już tego swoistego pomysłu wydawniczego i zajął się „poważną” publicystyką oraz działalnością opiniotwórczą.

_______________________

** tekst zostanie opublikowany jutro w osobnym wpisie
** w oparciu o wspomnienia K. Jordana, M. Paziewskiego oraz własne

_______________________

Kolejne numery jednodniówki jako pliki pdf:

jb-1 jb-2 jb-3 jb-4 jb-5 jb-6 jb-7 jb-8

Jestem martwa, nie martw się

Łucja Fice

Tęsknię za tobą

Skurczył się mój świat do piwnicznej izby
W niej wlecze się mój cień
Lęki strzelają w górę
Odmawiam modlitwę z prośbą o sen
W którym przyjdziesz do mnie i ujmiesz mnie za rękę
Pragnę wyrwać cię z gorsetu nocy
Ocal moje marzenie
Czy jeszcze zdążysz poprosić mnie do tańca
Zanim stanę u wylotu tunelu

***
otwieram okno po co
i tak widzę dunaj zza szyby
otwieram siebie skrzydła opadają
nieświeże myśli niewyspane głodne
patrzę na zamek po drugiej stronie rzeki może to klasztor
w głowie dzwonią klucze do domu
dunaj jak kroplówka zasili ocean smutkiem

Śmierć, lęk, piekło i niebo

Śmierć jest dla mnie po prostu inną formą bytności życia. Przedłużenie świadomości. Jestem naczyniem. Mózg to rodzaj interfejsu. Jestem zarazem kamerą i odbiornikiem telewizyjnym. Kamera koduje obraz i dźwięk, telewizor odkodowuje ten przekaz. Muszę pamiętać, że jeśli wyłączam telewizor, program nadal leci, chociaż ja się od niego odłączyłam. Myślę, że ze świadomością jest tak samo. Ciało jest jak stara kurtka, którą odkłada się na bok. Lęk, strach z głową hybrydy szaleje we mnie, ale przypomina i kaca, jest pozostałością po niższych zwierzęcych formach życia. Tkwię jednocześnie w dwóch światach. W tym, z którego się wyłoniłam i w tym, do którego zmierzam. Oto najgłębszy sens słowa „ludzki”. Jestem ogniwem, mostem, obietnicą. To we mnie proces życia przebiegać będzie aż do spełnienia. Ciąży na mnie ogromna odpowiedzialność, a jej powaga budzi lęk. Wiem, że jeżeli nie rzucę się naprzód, jeśli nie zrealizuję mojej potencjalnej istoty, to cofnę się, zgasnę. Noszę w sobie NIEBO i PIEKŁO. Jestem kosmogenicznym budowniczym. Mam wybór, a moim terenem działania jest cały Wszechświat. Czasem to przerażająca perspektywa. Byłoby lepiej z myślą, że PIEKŁO jest gdzieś w dole, a NIEBO na górze – ale we mnie samej?! Jestem opiekunką ludzi starych i chorych, wiem, czego ludzie żałują przed śmiercią – że tak ciężko pracowali, że nie próbowali być szczęśliwi, że tkwili w problemach i łzach, że żyli w toksycznych związkach. Dlatego, by zaakceptować PRAWDĘ, korzystam z wolności myślenia. Nie pozwalam, by umysł dał się schwytać w pułapki religii i nauki. Religia i nauka to proste formy do kontroli mojego umysłu. To ja tak myślę, każdy może mieć inne zdanie na ten temat, bo każdy ma prawo do korzystania z tej wolności.

Teoria snów

„Przyjrzyj się swoim snom, a zrozumiesz kim jesteś”.

Gdy śnią się sny, dorastamy duchowo. Nie każdy to wie. Nie każdy pamięta swoje sny, nie każdy więc może je zinterpretować. Ale czasem jest inaczej. Żyjemy w obłędnym kole egzystencji, nie zwracamy uwagi na sny. Dopiero, gdy w snach coś się dzieje, mają „fabułę”, powtarzają się, dopiero wówczas się „budzimy”, zauważamy. Tak było ze mną. Powracające sny obudziły mnie i zaprowadziły na nową duchową ścieżkę. Poczułam się, jakby ktoś zasiał we mnie ziarno innego postrzegania rzeczywistości. Znalazłam je w mitach. Objął mnie aborygeński Czas Snu, ludzie z plemienia Senojów wnieśli swoje symbole, ale znalazłam je też w chrześcijaństwie i u szamanów, w mandalach Tybetańczyków… Zobaczyłam dziedzictwo, które pozostawili nam przodkowie. Uwierzyłam w istnienie „ducha świata”. Tam szukałam mądrości i spokoju.

I tam je znalazłam.

14 sierpnia zmarł mój mąż.

Po dwóch tygodniach od jego śmierci doświadczyłam „czegoś nie z tego świata”, a to utwierdziło mnie w przekonaniu, iż życie w innej formie trwa nadal. To już nie wiara – to pewność, moja pewność, której nikomu nie narzucam. Wiem, że mąż jest w innym wymiarze, w jakimś innym czasie. Nie ma w nim przed ani po, jest poza czasem, a to wymiar, jakiego nie znam. Śmierć oznacza więc nie tylko, że ciało gaśnie, ale też, że świadomość przenosi się w transcendencję. Dzieje się coś i to coś przepływa do innej rzeczywistości.. Przyszłość to jest to, co nas czeka, przeszłość już nie istnieje, jest tylko chwila obecna, która przekształca przyszłość w przeszłość. Nie ma TERAZ, bo trwa tak krótko.

List do męża z Passau

Kochany!

Chcę Ci opowiedzieć, jak pięknie jest czekać. Trzymać w dłoni jabłko całe dla ciebie i byś jeszcze raz mógł ze mną zgrzeszyć. Myślę teraz o DOMU, który tak daleki i ta odległość między nami. Ktoś zapalił już wszystkie światła. Dunaj się pali. W wartkiej wodzie odbija się Passau i moja tęsknota, a obok na parapecie rośnie sterta myśli i nadpalonych papierosów. Chcę, żebyś tu przyszedł i mnie stąd zabrał. Chcę kłamać, że jeszcze będę szczęśliwa. Słońce zaszło czerwonym arbuzem. Pestki snu wpadły do oczu. Ciepło, gorąco, duszno. Dzisiaj nawet ptakom nie chciało się latać. Psy sąsiadów płaczą, nie mogę biegać po deptaku wieczorem. Spokój smakuje miętą, lecz tęsknota nie ma smaku. Czuję tylko głód powrotu. DOM. Na słowo DOM serce mi staje z zamętu i strachu. Kiedy pójdę spać i zamknę oczy, znów Cię zobaczę i znów będę tam, gdzie moje miejsce. Dobranoc. Twoja żona. No cóż tylko żona, Luśka.

Moje powtarzające się sny

Budzi mnie głośny skowyt, jakby jakiś olbrzym w trakcie orgazmu miał za chwilę wtargnąć do mojego pokoju. Siadam przerażona. Olbrzym ma rozregulowane struny głosowe. Nadsłuchuję. Słyszę jego głos, coraz to ostrzejszy. Huraganowy wydech, który czuję plecami. Teraz głos brzmi jak przerdzewiałe organy na ostatniej mszy. Boję się spojrzeć w okno, bo stamtąd dochodzi ten głos. Pękają szyby i woda wlewa się do pokoju. To tsunami, koniec świata, apokalipsa.

***
Jeszcze tylko kilka lat I znów będziemy razem
Dzisiaj jak aktor i aktorka odgrywamy samych siebie
Tragikomedia Trochę śmiechu trochę tańca Trochę łez
Jesteś śmieszny w tym krawacie Czy o tym wiesz
Ten garnitur Nowe buty
Głowa zawrócona w dal
Znów bijemy się słowami
Będzie słychać śmiech na Sali
Po Sylwestrze znów się rozejdziemy na tysiące kilometrów
W telefony zasłuchani

***

Ludzie przychodzą
Ludzie odchodzą
Zaglądam później do skorowidza nazwisk
Tylko serca znają prawdę
Że życie trwa bez końca
A każdy kogo spotykamy na zawsze żyje w nas

Często zastanawiam się, kto kieruje moją ręką, gdy piszę lub wymawiam słowa, których znaczenia do końca nie jestem świadoma, ponieważ nie zdaję sobie sprawy, jaki jest ich prawdziwy cel i prawdziwe przesłanie. Dlatego ważne jest wszystko, każda zapomniana kartka w szufladzie, każdy przedmiot zagubiony w zakamarkach pamięci. Dla was kartka jest tylko kartką, wiatr jedynie wiatrem, ale dla mnie, dla ciebie, to doświadczenie jest najpiękniejszym przesłaniem z innego wymiaru istnienia. Przychodzą takie chwile i nimi się dzielę.

***

Odbierz mnie zanim stanie się ciemno
Przyjdź po mnie nim zbudzi się dzień
Daj Bogu świeczkę a mnie weź za rękę
I zapytaj czy po śmierci żyć będziemy
A ja odpowiem Skąd wiesz czy jeszcze żyjemy?
Może stać się, że się już nie pojawię Tak może się stać
Okaże się że nic się nie zmieni a ty będziesz beze mnie trwać
Nic się nie zdarzy tylko cisza przeleci przez twoją głowę
Wrócę do domu
Usiądę na ulubionym miejscu i przemyślać będę
Czy warto było opuszczać dom i ciebie
Czy byłoby lepiej spędzać czas razem
Pewnego dnia nie zjawię się wcale
I nic się nie wydarzy nie zmieni nic
Oprócz pustki w głowie

Jestem martwa, nie martw się

Sny.
Utkane z dnia i kolorów twojego cienia
Z nich uczę się z nich jak kochać to, czego kochać się nie da
Jak estetycznie i elastycznie położyć się do trumny
Krawiec zszywa to co pozornie niemożliwe
Igła wbija się w brzuch
Z którego wydobywa się ciekłe wnętrze
Ostatnie okruchy materii

Jestem już martwa od PRAWDY wyłuskanej na wierzch
Nie martw się że pozostaniesz tylko słowem na moim języku
Językiem ciała na migi Genetyczną plamką w mojej źrenicy
Dławiącym śmiechem co przeleje się miękko przez kark
Kraterem w żyłach co wybuchnie wyskrobaną prawdą
Że też byłeś grzechem tkanek przemęczonych jawą

Przedświąteczne inspiracje

Od kilku lat pokazuję na blogu i na facebooku zarówno moje mieszkanie bez choinki jak i choinkowe inspiracje znalezione w sieci lub w życiu. Niektóre z nich to komercja, inne to na pewno dzieło indywidualnie wykreowana. Zwłaszcza ostatnia choinka w dzisiejszym wpisie – jej autorem jest nieznany mi osobiście Sebstian – zasługuje na długą chwilę zadumy. Do gwiazdki zostały jeszcze dwa tygodnie, ale radosna twórczość rękodzielnicza wymaga czasu.

Przy okazji zastanawiam się, czy ktoś jeszcze pamięta opowiadanie Haška pt. Słodkie gniazdeczko? Historia o opętanej manią dekoracyjnych robótek młodej żonie, urządzającej przytulne mieszkanko dla siebie i nowo poślubionego męża. Ha! Niestety w internecie nie do znalezienia, nikt nawet nie wspomina, jak kto nie ma na półce (bardzo) starego wydania, to się musi pofatygować do biblioteki.

A my do choinek.

Moje ulubione – choinki z książek. Do budowy tej na samym dole użyto Hobbita.

choinka-z-ksiazek-2-podw

Choinka ze sznurka, super minimal.

choinka_zesznurka

Choinki do zjedzenia (przynajmniej teoretycznie).

choinka-z-sera

choinka-z-owocow Wydaje mi się, że choinki z sera i owoców są ewidentnie wykoncypowane jako świąteczny sposób podania jedzenia na stół, natomiast w choinkach z makaronu makaron, który i tak się na surowo do niczego nie nadaje, traktowany jest tylko jako budulec, często jest też malowany, co zbliża choinkę do estetyki szkatułek z muszelek. Mimo to niektóre strony internetowe podsuwają pomysł wykonywania wspólnie z dziećmi choinki z makaronu i podkreślają, że jest to produkt ekologiczny. Tymczasem produkt taki na pewno zostanie później wyrzucony, czyli jest to wspieranie zwkłego marnotrawstwa. Zdziwiłam się, bo o ile choinki z patyków, książek i desek są jednak sposobem ekologicznego obchodzenia się z naturą, o tyle choinki z makaronu raczej nie zasługują na uznanie, choć tej kompozycji z niemalowanego makaronu (po lewej), przypominającej snopek słomy czy chochoła, nie można odmówić pewnego ludowego wdzięku.

choinka-z-makaronu-potr

Patyki i deski. Na tej z patyków wiszą różne rzeczy, nie tylko ozdoby choinkowe. Np papryczka chili.

choinka-z-patykow-desek

Puszki po napojach. Hmmm – podpis pod zdjęciem głosił, że wprawdzie po choince po prawej widać, z czego jest zrobiona, to ta sama choinka po oświetleniu (zdjęcie z lewej) jest niemal nie do odróżnienia od prawdziwej. No dobrze, ja odróżniam, ale rzecz jest tak czy owak mało ładna.

choinka-z-puszek

I wreszcie choinkowy minimal Sebastiana. Zdjęcie umieściła na portalu plotek.pl Ewa Farna i napisała: Wszyscy pokazują swoje choinki, to ja pokażę obcą 🙂

Sebastian! Pierwsza nagroda! Gratulacje!

chinkazeschlybadyl