Marek Włodarczak alias Tabor Regresywny

Don Kichot, Sancho Pansa, wiatrak i woda, ilustracja: Claude & Konrad
MORKA
W roku 1971 zostałem skierowany do na kurs sterników jachtowych i drużynowych drużyn harcerskich. Zostałem zwolniony z kilku ostatnich dni roku szkolnego i pojechałem do Wisły Wielkiej. Na miejscu się okazało, że zabrali nam DZ- etę, dwumasztową łódź, podstawę szkolenia na sternika jachtowego. By ratować kurs, adaptujemy jedną z szalup wiosłowych na żagle. Mamy mnóstwo bardzo starych żagli, masztów, lin, ale wszystko trzeba przerabiać. Zostaję mianowany bosmanem ośrodka. Kieruję wszystkimi pracami. Dziewczyny przeszywają żagle, Janek struga bukszpryt i specjalną ławkę dla sternika, ktoś zapłata liny stalowe. Potem pracujemy dzień i noc. Krótkie drzemki i do roboty. W pewnym momencie jestem tak przemęczony i przeziębiony, że trafiam do izolatki. Po tygodniu “Morka” schodzi na wodę. Stan jeziora jest bardzo niski, a port za płytki. “Morka” stoi na kotwicy przed portem. Patrzymy z dumą na nasze dzieło. Po drugiej stronie jeziora najpierw słup dymu a potem ognia. Wygląda na to, że płonie jakiś duży stóg siana. Wtedy przybiega Marek- kierownik ośrodka i krzyczy, że płonie rafineria w Czechowicach.

Morka, zacumowana przy podwodnym bunkrze
SIROKO
Jadę autobusem do Wisły Wielkiej, by zdać sprawozdanie ze spływu mojej drużyny po górskich rzekach. Jest już ciemno. Na jeziorze leży smuga poświaty księżycowej. Na krótką chwilę pojawia się w niej żaglówka. Mam ochotę wyskoczyć przez okno, ale przecież nie ma szans, żebym dzisiaj wypłynął. Wchodzę po trapie do pokoju komendanta. Jest tylko Jurek Zwior. Jak mnie zobaczył, zerwał koc z kanapy i mi rzucił.
– Leć do portu, tam szykują się do wyjścia na biwak. Na SIROKO nie ma sternika. Obejmujesz komendę. W porcie jest ciemno, wszystko odbywa się w blask księżyca. Z innych łodzi padają okrzyki:
– Marek przyjechał.
Moja załoga mnie nie zna, a ja nie znam załogi. Siódmo- i ósmoklasiści. Nie mają pojęcia o żeglowania, z wiosłowaniem też nie bardzo. Płyniemy pod wyspę obrzędów i tam stajemy na kotwicy. Z rzeczy mam tylko to, co na sobie. Śpimy oczywiście na łodzi, przykryci żaglem. Budzę się nad ranem. O… zsikałem się, spodnie mam mokre. Nie – to spadła część podłogi jachtu, a w zęzie była woda. Ale i tak spodnie mam kompromitująco mokre. Suszę je w promieniach wschodzącego słońca. Załoga się budzi i zaczynamy żeglowanie. Powoli uczę ich obsługi żagli, sterowania i wiosłowania. Po południu płyniemy w stronę Bajerki. Noc spędzimy w chatce zostawionej przez drwali. Nie ma okien ani drzwi, ale na stryszku jest trochę siana, a pod podłogą jak zawsze suche drewno pozostawione przez poprzedników dla następnych użytkowników chatki. Na żaglu siada jakaś niesamowicie duża mucha, ktoś ją zabija. No trudno. Opowiadam o różnych zwyczajach na jachcie, między innymi o zakazie gwizdania. W tym momencie jeden z chłopaków mocno gwizdnął na palcach. Nie robię z tego wielkiego problemu, bo sam nie wiem, po co ten zakaz. Parę minut później przychodzi biały szkwał. Załoga, dotąd ślamazarna, z niebywałą sprawnością zrzuca żagle i rzuca kotwicę. Jesteśmy między wałami Wisły, na wałach jest za płytko, by przechodzić przy wysokiej fali. Wszystkie łodzie wymiotło z jeziora, niektórzy się ratowali wbijając się w trzciny. Koło nas przepływa mała, zalana łódeczka. Załoga w kamizelkach ratunkowych trzyma się jej jak koła ratunkowego. Przywiązuję się liną i płynę do nich. Wszyscy leżymy na dnie Siroko, ktoś znalazł mokry kawałek chleba. Chłopak który gwizdnął, mówi, że to zemsta tej muchy, którą zabił ktoś inny. Do tego dochodzi ulewa. Ale daliśmy radę. Przemoczeni wracamy do portu. Wysyłam załogi do łóżek, żeby się wygrzali, przynoszę ciepłą herbatę i idę wpisać do książki zakończenie pływania.
Jest Wojtek Czech.
– Kiedy mieliście wrócić? – pyta.
– Jutro.
– Masz piętnaście minut na wyjście z portu.
Załoga nie chce wierzyć. Biorą suche rzeczy i koce, ktoś poszedł do kuchni i porwał garnek z zupą. Płyniemy na wyspę Jungów, tam rozpalamy ognisko. Śpiewamy dzikie pirackie piosenki i wykrzykujemy różne takie do Wojtka.
