Jarosław Iwaszkiewicz, Dwa opowiadania (1938): Słońce w kuchni, Anna Grazzi.
To właśnie w Annie Grazzi jest pewien drobny fragment o świętym Franciszku.Opowiadanie było wielokrotnie publikowane w różnych zbiorach tekstów autora. Np. w Nowelach włoskich, tu je bez trudu znajdziecie.
Bohater rozmawia ze znajomym malarzem o tym, jaki jest sens sztuki, a jaki cierpienia. Sam cierpi. Porzuciła go kobieta, przyjechał do Włoch lizać rany.
…pojadę do Asyżu! Śmieszne jest szukać rozwiązania wszystkiego w sztuce, ale może jeszcze śmieszniej w cierpieniu. Pamiętam w Santa Maria degli Angeli tę olbrzymią bazylikę, zbudowaną nad maleńkim domkiem, gdzie umarł święty Franciszek. Schować się do takiego małego domku, spoczywającego w łonie kościoła, zawartego w konsze perłowej, jak muszla na dnie morza, szumiącego światami!…
Mały domek na dnie morza. Silny motyw mojego postępowania. Takie są moje marzenia – pisać w małym domku z widokiem na morze. Formułując to życzenie, zapomniałam dodać, że miał to być mój domek. Ten Na Górze spełnia nasze życzenia według tego, co mu powiemy. Jak o czymś nie powiemy, to tego nie będzie. Mówiłam wielokrotnie, a i pisałam kilka razy o małym domku z widokiem na morze. Kilka razy zdarzyło mi się naprawdę przez chwilę mieszkać i pisać w takim domku z widokiem na morze i samotną, wręcz symbolicznie samotną, palmę. Ale nie był to mój domek, bo zapomniałam mu to powiedzieć. Tak to jest.
Moja pierwsza powieść jest opowieścią zmarłego człowieka, który leży na dnie morza.
Anna Bojarska, Agitka (1987)
Jest rok 1980. Krzysztof Paliwoda, Polak z PRL-u i Conchita Estravados, Latynoska, siedzą w Paryżu na trawie. Może trzeba dodać, że Polak jest tu tylko przelotnie, zaraz wraca do kraju, a ona jest córką zabitego 9 lat wcześniej lewicowego aktywisty. Estravados był synem hiszpańskiego republikanina, większą część życia spędził w Ameryce Łacińskiej, ale autorka nie określa dokładnie, w jakim kraju. Polak jest zwolennikiem terroryzmu i twórcą przewrotnej idei, że to inteligencja jest współczesnym uciemiężonym proletariatem.
Siedzą więc na trawie.
O kilka metrów od nich rozłożyła się na trawie grupka hipisów ubranych w kolorowe szmatki, obwieszonych kwiatami, zarośniętych, brudnych, bosych. Równie dobrze mogłyby to być damy w krynolinach i pudrowanych perukach, albo rycerze w zbrojach: niewiarygodne, Cóż za anachronizm! Niewiarygodne.
– Och tak – mówi Conchita, odpowiadając na niezadane pytanie. – Oni się jeszcze zdarzają. Ruch rozpieprzono, ale jednostki trzymają się twardo. Płakać mi się chce, kiedy ich widzę. Poważnie, Chris. Spójrz, mam łzy w oczach.
Rzeczywiście, ma łzy w oczach.
– Biedacy – mówi. – Ach, gdybym była historykiem z XXII wieku… jeżeli będą wtedy mieć historyków. Jakie ja bym dzieło napisała o dwudziestowiecznych hipisach! Pomyśl, ludzie, którzy… już po zamordowaniu mojego ojca i tak dalej… wyszli na ulice, wzywając do wzajemnej miłości! Obwiesili się kwiatami, pozakładali komuny, zaczęli żyć po franciszkańsku, bez własności… miłość, łagodność, doskonałość duchowa, jak cię uderzą w lewy policzek, mało, że nadstaw im prawy, wręcz jeszcze kwiaty! Przecież oni rozjuszyli tych drani bardziej niż twoi terroryści. Jak ich pałowano, masakrowano! Ile było prowokacji, ile kalumnii! Czytałeś o krucjacie dziecięcej, w średniowieczu? No więc to była nasza krucjata dziecięca. Przebudować świat miłością i dobrą wolą. Chryste, co za idioci! Płaczę, kiedy o nich myślę, serio, nie mogę się powstrzymać. No, a kiedy ich już gliny całego świata – gliny całego świata łączcie się! – przerobiły na miazgę i wdeptały w ziemię, wtedy pojawili się terroryści. Jasne, co innego mogło się pojawiś? Głupota ludzka nie jest bezgraniczna, jakie to pocieszające.
Ewa Maria Slaska na ewamaria.blog
Conchita ma rację, ruch, każdy ruch, zostanie prędzej, czy później rozproszony, ale jednostki będą trzymać się twardo. Napisałam o tym kilka lat temu tu na blogu. Sierpień 2023 roku spędziłam na Północy Niemiec. Na jeden dzień pojechałam na Sylt, czyli do najsłynniejszego letniska Niemiec, gdzie podobno bawi się cała najbogatsza elita tego kraju. I…
Nie zauważyłam na Sylcie jakiegoś zwalającego z nóg bogactwa, tym niemniej ponieważ istnieje przekonanie, że to właśnie tu bawią (się) bogacze, przyciągnęło ono niezwykłą klientelę. W 2022 roku, gdy kolej niemiecka wprowadziła na trzy miesiące wakacji bilet za 9 euro, na Sylcie pojawiły się gromady punków. Zajęli oni centrum stolicy wyspy, czyli miasta Westerland, koczowali na placu przed ratuszem, na zielonym skwerze urządzili koncert i przez całe lato tu tańczyli, spali, jedli, pili, hałasowali, śmiecili, żebrali i budzili powszechne niezadowolenie.
Niespodziewanie dla wszystkich na wyspie, będącej (teoretycznie) oazą (dla) bogaczy, pojawili się przedstawiciele jednej z najbiedniejszych grup społecznych w Niemczech. Ten kontrast był inspirujący. Gdy jesienią punki wróciły na zimowe leża do Berlina, Monachium czy Drezna, obie strony opracowały strategie na następny rok.
W roku 2023 bilet wprawdzie nie kosztuje już 9 euro, ale 45, tym niemniej punki znowu zajęły Westerland. Miasto uniemożliwiło im jednak ponowną okupację centrum – plac, gdzie w zeszłym roku zamieszkali, zajęła dość niechlujnie zaprezentowana byle jaka sztuka, na dodatek ogrodzona sznurkiem. Tym niemniej pozwolono punkom na pobyt. Najpierw, ochroniwszy plac ratuszowy, pozwolono im koczować dość chaotycznie, potem wyznaczono im teren na obozowisko – miejsce odległe, odludne i odosobnione.
Zmienił się też stosunek punków do ich pobytu na Sylcie. Pojawiła się świadomość. Z zabawy zrobił się przekaz polityczny. Jesteśmy bezwstydnie biedni, mówią punki, i dlatego właśnie przyjechaliśmy tu, gdzie mieszkają ludzie bezwstydnie bogaci. To nie my się wstydzimy, że jesteśmy biedni, to społeczeństwo powinno się wstydzić, że takie różnice jakości życia są dopuszczalne. Jednocześnie do punków dołączyli aktywiści LGBT. 18 sierpnia wspólnie zorganizowali na Sylcie pierwszy Christopher Street Day.
Byłam na Sylcie kilka dni później. Punki już zamieszkały na nowym miejscu. Poszłam do nich na piechotę. Było daleko. Kilkoro z nich spotkałam po drodze – byli ładni, czyści, weseli. Szli do miasta podenerwować burżujów

Ci, którzy nie wybierali się do centrum nie wyglądali już tak malowniczo. Ich ubrania miały kolor błota. Pozwolili mi wejść na teren obozowiska, ale nie byli specjalnie gościnni. Nie byli też niegościnni. Po prostu mnie olali. Siedzieli gromadnie wraz z psami. Szefa nie było, jego zastępca spał. Reszta nie miała ochoty na rozmowy. Tylko jeden chłopak zgodził się pogadać. Zapytałam, czy nie czuje, że wprawdzie zapewniono im tolerowany pobyt, ale pozbawiono ich protest wszelkiej siły. “Wyrwano Wam żądło”, powiedziałam. “Tak”, przyznał, “wyeliminowano nas. Nikt już nawet nie wie, o co nam chodzi i dlaczego protestujemy. Ale”, dodał, “jest w tym też inny aspekt – nieco perwersyjny. Spędzamy tu wakacje, my, najbiedniejsi z biednych. Zabraliśmy bogatym ich wyłączność na spędzanie wakacji na Sylcie.”
Minęło już kilka lat. Bilet nie kosztuje już ani 9 ani nawet 29 euro miesięcznie, tylko 63. Punki nie jeżdżą już na Sylt. W Berlinie też ich nie widać. Być może, znowu tak jak twierdziła Conchita, ruch został rozproszony, ale na szczęście nikt ich nie wdeptał w błoto. Przynajmniej na razie tego się nie robi. Kto jednak wie, co przyniesie niemiecka przyszłość. W kolejnych krajach związkowych, czyli landach Niemiec lokalne wybory wygrywa skrajnie prawicowa i populistyczna partia AfD, Alternative für Deutschland. I to wygrywa wysoko, zdobywając 25, 30, 35% głosów. Tylko w Berlinie 20 września AfD zdobyła niewiele ponad 10% głosów. Ale, nie zapominajmy, Berlin to nie Niemcy. W tej chwili w żadnym landzie AfD jeszcze nie rządzi, jednak przyszłość jawi się bardzo ksenofobicznie i zachowawczo. A czy niechęć konserwatywnych Niemców, w tej chwili skierowana przede wszystkim przeciw uchodźcom, nie obróci się przeciwko innym odmieńcom, naturalizowanym cudzoziemcom, osobom LGBT+, posthipisom, punkom, a może nawet skinom?
Reblog, czyli jak zaczynała się flower power
