Marek Włodarczak alias Tabor Regresywny

Don Kichot, Sancho Pansa i woda, ilustracja: Claude & Konrad
UMFA umfa UMFA umfa
śpiewamy chórem, po chwili włącza się zapiewajło
Gdy Sobieski był sułtanem
Stary Bismarck z konia spadł
Napoili osła sianem
Szczupak wieloryba zjadł.
Ognisko 96 Harcerskiej Drużyny Wodnej im. kapitana Oszka w Tychach. Jestem po zdanych egzaminach na pilota szybowcowego i dyskwalifikacji przez komisję lekarską. Zaproszenie na ognisko nad jeziorem Paprocany przyjąłem, bo nie wiedziałem co z sobą zrobić. Śpiewanie przerywają opowieści o rejsach moskich, spływach kajakowych, lataniu na bojerach. No to się zapisałem. Sprzęt pływający mają beznadziejny, jakieś toporne mocno sfatygowane dwie łodzie wiosłowe i zdekompletowana żaglówka. Tydzień później wyjazd do HOW w Wiśle Wielkiej. Jest jeszcze gorzej. Podstawowy sprzęt to drewniane szalupy wiosłowe z demobilu. “Pasat” ośmiowiosłowa szalupa ratunkowa z jakiegoś okrętu. Ciężkie jesionowe morskie wiosła. Płyniemy na wyspę obrzędów. Piękna jesienna pogoda. Dowodzi dziewczyna. Raaa-zem – nadaje rytm, a nam to nie bardzo wychodzi. Nie wiem co mnie zauroczyło, że się nie wypisałem. Na wiosnę jadę na spływ Kanałem Gliwickim do góry Św. Anny. Trzy dni wiosłowania. Zimno, głodno i jeszcze budzą w środku nocy. Składamy Przyrzeczenie Harcerskie na jakieś odznaczenie wyjęte z kieszeni. Potem się dowiaduję, że jest to Virtuti Militari Roberta Oszka, bohatera Drużyny. Śpiewamy – “Ta pieśń, kapitanie, którą kochałeś tak…” Melodia jakaś bardzo znana. Towarzyszyła powstańcom śląskim, a wcześniej powstańcom meksykańskim. Wszystko za sprawą Kapitana Oszka, odznaczonego Krzyżem Żelaznym I klasy i Virtuti Militari.
Jesienią na wszystkich świętych zostałem oddelegowany do pełnienia warty przy jego grobie w Katowicach. Podchodzi do nas dwóch wiekowych emerytów, cieszą się z naszej obecności i zapraszają na piwo. Okazuje się, że są z słynnego oddziału marynarzy kapitana Oszka w III Powstaniu Śląskim. Dopiero teraz pisząc, to wszystko przeżywam, wtedy nie było w tym nic nadzwyczajnego.
Potem były obozy żeglarskie, spływy kajakowe, zimowiska. Moja mama była bardzo zadowolona z tego, co robię. Niepokoiło ją tylko jedno. Jak ty jeździsz na te twoje spływy i obozy, powiedziała, to zawsze się coś dzieje, albo jakieś katastrofy albo kataklizmy. Nie bardzo wiedziałem, co na to odpowiedzieć.
Obozy żeglarskie w Wiśle Wielkiej wyglądały tak: Spaliśmy w wojskowych namiotach na siennikach wypchnych słomą. Do tego koc i dwa prześcieradła. Pobudka o 6.00 rano, krótka kąpiel w jeziorze bez względu na pogodę, obieranie ziemniaków, śniadanie. O 8.00 podniesienie flagi w rytuale morskim przy akompaniamencie czterech szklanek wybijanych dzwonem. Po ósmej wszyscy musieli być na wodzie. Mundury marynarskie zakładaliśmy tylko do apelu. Na co dzień modne były japonki samemu zrobione z deski i kawałka sznurka. Cenione były rzeczy własnoręcznie przeszywane, no i obowiązkowo nóż szewski z któremu wyplataliśmy rękojeść. Wieczorem ognisko i śpiewanie albo gawęda Pawła Krawczyka. Wstyd się przyznać, ale niektórzy chrapali. Parki pojawiały się pierwszego wieczoru, a potem byliśmy tak zmęczeni, że każdy myślał tylko o spaniu. Pamiętam chłopaka usypiającego na stojąco.
“Komuna” szukała sposobu, by zamknąć ośrodek. Trudno się dziwić, śpiewaliśmy pierwszą brygadę, pływaliśmy do kościoła, a po kościele do knajpy. HOW w Wiśle Wielkiej był gniazdem AK-owców demoralizujących młodzież. Bardzo nam z góry ograniczali pieniądze i nasyłali sanepid. Jedno i drugie wychodziło nam na zdrowie. Dopiero po latach, czytając artykuł w Gazecie Wyborczej o Jerzym Ziętku, zorientowałem się, czemu nas nie mogli ruszyć. Kryła nas Bezpieka. To znaczy koledzy z Bezpieki z czasów wojny kryli Ziętka, a Ziętek, dobry znajomy Pawła Krawczyka, krył nas. Warszawa mogła nam skoczyć.

