Tajlandia – kraj tysiąca uśmiechów (1)

Uwaga, pierwszy odcinek reportażu Zbycha z Tajlandii nie zawsze jest przyzwoity, proszę zatem Czytelników skromnych i wstydliwych, bądź małoletnich, by opuścili fragment zapisany na niebiesko 🙂

Zbigniew Milewicz

Słoń w butelce

zkonfucjuszemWłada poznaję w przedostatni dzień Starego Roku, w jednej z bocznych uliczek Walking Street. Stoi przed rusztem, na którym pieką się nadziane na drewniane szpikulce kawałki marynowanego kurczaka, pachną tak smakowicie, że też coś kupię. Teraz obydwaj rozglądamy się za najbliższym Family Markt, gdzie sprzedają chłodne napoje. Śpiewny angielski nieznajomego powoduje, że przechodzę na język zdecydowanie dla mnie łatwiejszy:

– Ja Zbyszek, a kak was zovut ?
– Wład – odpowiada.

Pieczętujemy znajomość dobrym, miejscowym piwem chang, co po tajlandzku znaczy słoń, na schodach nieczynnego już o tej porze banku. Bank, jak większość ważnych instytucji, prywatnych przedsiębiorstw i firm w tym kraju, jest tajlandzki. Zagraniczni są tylko turyści i ich w sumie duże pieniądze, które przywożą do Bangkoku, Phuket, Koh Samui, czy Pattayi, żeby je wydać.

Autor w świątyni Konfucjusza

Wład, pięćdziesięciolatek, ponad 190 cm wzrostu, słusznej wagi moskwiczanin, ma na ramieniu wytatuowany spadochron. Jest emerytowanym komandosem, w stopniu podpułkownika, brał udział m.in. w wojnie w Czeczenii i Ossetii Południowej, teraz pracuje w dużej, rosyjskiej firmie, na jednym z kierowniczych stanowisk. Z wojskowej emerytury – powiada – w przeliczeniu to około 200 euro miesięcznie, nie byłoby go stać na Tajlandię, a przyjeżdża tutaj czasem kilka razy w roku. Tym razem zdecydował się na Pattayę, najbardziej rozrywkowe miejsce w tym kraju i może na świecie. Ty rzeczywiście jesteś w Tajlandii po raz pierwszy? – upewnia się po raz kolejny. – To zapraszam na małą wycieczkę, dopiero dziś przyjechałem i pohulałbym, ale we dwóch milej.

walkingstreet

Po zapadnięciu zmierzchu

Też tak uważam, ale oczywiście nie wiem, kto zacz ten Wład, czy nie jakiś zbok, albo z rosyjskich służb wywiadowczych, zajmujący się werbowaniem polskich emerytów na niemieckich papierach, ale może jednak zwyczajnie przyjazny Słowianin, któremu raźniej iść na dziewczynki we dwóch. Wszak już w Kabarecie Starszych Panów śpiewano: jeżeli kochać, to nie indywidualnie… Jestem na zasłużonym urlopie, najwygodniej mi więc wybrać ostatnią opcję. W pierwszym klubie tabledance Rosjanin finansuje wszystko: drinki dla dwóch panienek, które w mgnieniu oka rzucają się nam na szyję i dla dwóch następnych, które śpieszą, by je zmienić. Jesteśmy póki co jedynymi klientami w lokalu, więc trzeba personelowi dać zarobić. Drinki są dwa razy droższe od naszego changa, któremu pozostajemy wierni, ale takie są obowiązujące tu zasady. Klient płaci za swoje piwo o połowę mniej, niż w hamburskiej Reeperbahn, ale dziewczynom się nie skąpi. Są przeważnie filigranowe, wszystkie uśmiechnięte, bo jesteśmy w kraju tysiąca uśmiechów, i bardzo pomysłowe w sprawianiu klientom przyjemności, choć poza pettingiem nie ma na co liczyć w lokalu. Jeżeli mężczyzna zapragnie seksu, po tajlandzku bum bum, płaci odstępne właścicielowi baru i zabiera dziewczynę do hotelu, gdzie za short time (w miejscowym języku jest to godzina) płaci się przeciętnie 1000 bathów, a za całą noc 2000, co w przeliczeniu daje około 25 i 50 Euro. Można oczywiście dać zarobić babciom, wynajmującym w Pattayi, po 200 bathów, pokoje na godziny, a jeżeli nie lubimy wyuzdania tancerek go go, pójść do jednego z licznych salonów masażu, gdzie za dodatkową gratyfikacją, wysokiej klasy masażystka zrobi wszystko, albo prawie wszystko, co klientowi się wymarzy.

narurze

Tajskie piękności

My z Władem idziemy jednak na razie do kolejnego lokalu, którego specjalnością są zabawki. Przy ich pomocy personel pokazuje gawiedzi, że np. potrafi celnie strzelać plastikowymi kulkami (nie powiem z czego) do balonów na widowni, albo wydawać różne muzyczne dźwięki, z wysokim „c” włącznie. Tam honorowo partycypuję już w kosztach wstępu i konsumpcji. Później Walking Street aż do przystani, z której nazajutrz mamy popłynąć na Koh Larn. Po drodze Wład pokazuje mi lokale nastawione na obsługę jego ziomków, m. in. słynne Galaxy i Rasputina, w których pracują głównie dziewczyny z byłej Wspólnoty Niepodległych Państw. Ponieważ do Tajlandii przyjeżdżają na ogół dobrze sytuowani Rosjanie, więc i ceny są tam do tego adekwatne. Wstęp na Sylwestra w skromniejszych, rosyjskich lokalach zaczyna się od 100 Euro na twarz.

boks

W większych lokalach jest i thaibox

Plaża w Pattayi jest mocno zaśmiecona. Ekipy sprzątaczy wprawdzie czeszą ją regularnie, ale zawsze można natrafić w piasku na kawałek szkła, albo zardzewiały drut i zepsuć sobie urlop. W wodzie pływają plastikowe torebki i tacki po tajlandzkich kulinariach, więc jeden pobyt tutaj mi wystarczy. Koh Larn ma być przeciwieństwem Pattaya Beach. Wład przychodzi na molo nawet trochę przed umówionym czasem, kupuję bilety na prom, po 40 bathów na osobę, zakładamy obowiązkowe, pomarańczowe kamizelki ratunkowe i idziemy na dziób, żeby móc podziwiać piękny, morski pejzaż. W Pattayi niebo było zachmurzone, ale kiedy po mniej więcej godzinie podróży dobijamy do wyspy, nie widzę ani jednej chmurki. Jest samo południe, za dwanaście godzin powitam Nowy Rok, temperatura w cieniu przekracza 35 stopni C.

plaza

Plaża w Pattayi, pozornie bez zarzutu…

Kierowca odkrytego jeepa Toyoty, rozwożącego gości po wyspie, pyta, dokąd nas zawieźć. Wład nie chce na najbliższą, chińską plażę, bo nie jest zbyt czysta, pojedziemy dalej, gdzie wypoczywają m.in. rosyjscy turyści. Wszystkie miejsca na pace są zajęte, siadamy na jedynym wolnym, obok kierowcy, dwa changi przy drobnym tajlandczyku, który żartuje, że teraz wyglądamy, jak prawdziwi siam bruder, czyli bracia syjamscy*. Plaża rzeczywiście, jak z reklamowego obrazka, woda czysta, drobniusieńki piasek, na którym ani śladu po źle wychowanych gościach. Siadamy pod parasolami, przy trójce młodych mężczyzn.

– Where you come from? – pyta standartowo Wład.
– America, North Carolina – odpowiada najbliżej siedzący. – And you?
– Russia, Moscow.
– And a Pole living in Germany – uzupełniam.

Po wstępnym, lekkim zadziwieniu, jaki to ten świat robi się mały, wymieniamy imiona, podajemy sobie dłonie, chwilę trwa small talk, po czym idziemy razem popływać w ciepłym Pacyfiku, czy, jak wolą Rosjanie – Oceanie Spokojnym. Woda jest mocno zasolona, lekko niesie człowieka, można się w niej umościć na wznak, jak w stogu siana. Na plaży czekają na nasz powrót sprzedawczyni chłodnego piwa i masażystka, która zajmie się nogami jednego z naszych amerykańskich kolegów. Piją piwo z wizerunkiem tygrysa na etykiecie, my z Władem pozostajemy wierni słoniowi. Do konfliktu na tle tych gatunkowych, ani systemowych różnic jednak nie dojdzie, wręcz przeciwnie. Wład, który trochę zna tę wyspę, proponuje wspólną wycieczkę do położonego na pobliskim wzgórzu instytutu hydrogeologii i solidarnie kupujemy ten pomysł. Instytut niestety jest zamknięty, więc wspinamy się wyżej, na platformę widokową, na której mogę tylko dziękować Stwórcy za to, że stworzył na świecie takie piękne miejsca, jak to.

Z tropikalnym słońcem należy zawierać znajomość stopniowo i ostrożnie. Po dwóch godzinach czuję, że mam już dosyć i uciekam w cień. Amerykanom chyba też plaża na dzisiaj wystarczy, żegnają się z nami mocnymi uściskami dłoni, może do zobaczenia kiedyś i gdzieś tam…

– Całkiem normalni, fajni goście – konkluduje w zadumie Wład.

Zanim i ja się z nim się pożegnam, w drodze powrotnej promem do Pattayi, nie pytany opowie mi trochę o swojej wojennej przeszłości. Zwłaszcza Czeczenii nie udaje mu się wyrzucić z pamięci, mimo upływu lat trauma trwa. Ciągle ma przed oczyma różne obrazy i to nie w pierwszej kolejności trupów, czy spalonych, zniszczonych osiedli, a zwykłej, żołnierskiej biedy egzystencji – oblepionych błotem butów, przemoczonego munduru, brudu, insektów, wiecznego niewyspania. Jako dowódca odpowiedzialny był za bezpieczeństwo swoich podwładnych, ich stratę zawsze mocno przeżywał, to też ciągle wraca. Dobrze, że w domu ma u swojego boku kochaną i mądrą kobietę, która nie pozwala mu wiecznie rozpamiętywać przeszłości. To chochołuszka, Ukrainka, rezolutna i energiczna kobieta, bez niej źle mogłoby się potoczyć jego życie. Oczywiście wie, że pojechał do Tajlandii trochę się rozerwać, w pełni to zaakceptowała, zuch dziewczyna.

Jedziemy jeszcze zobaczyć Wielkiego Buddhę, niedaleko Jomtien Beach, 18 -metrowej wysokości złotą statuę, będącą główną świętością Wat Phra Yai. Przybytek zbudowano na wzgórzu Pratumnak Hill, w 1940 roku, w czasie, kiedy Pattaya była jeszcze wioską rybacką. Jest to buddyjska świątynia, pielgrzymują do niej gromadnie zarówno wyznawcy kultu Przebudzonego, jak i ciekawscy turyści; jeżeli zignorujesz to miejsce, to nie byłeś w Pattayi – poucza mój przewodnik. Wielki Buddha wita nas promiennym uśmiechem i ma wyjątkowo smukłą sylwetkę; jego mniejsze egzemplarze są już typowe, brzuchate. Do jednego z kultowych pępków przybysze próbują wrzucić pieniążek, jeśli trafią, będzie towarzyszyło im w życiu szczęście. Nie jest to jednak proste, próbuje i Wład, też pudłuje. W sąsiedztwie Wat Phra Yai znajduje się chiński kompleks świątynny, ofiarowany Konfucjuszowi i Guan Yin (według oficjalnych statystyk 14 % ludności Tajlandii, czyli około 6 milionów, stanowią Chińczycy), głównej postaci chińskiego panteonu buddyjskiego, czczonej jako bogini miłosierdzia, litości i płodności.

Wracam na ziemię, czyli na Walking Street, z buta to tylko około dwóch kilometrów i wyrzucam sobie, że tyle czasu spędziłem w miejscowych barach, wśród roznegliżowanych panienek, zamiast przeżyć go godziwiej. Pattayia oferuje wiele: można tu między innymi popróbować windsurfingu, polatać na spadochronie za motorówką, zobaczyć życie podwodnej flory i fauny przez szklane dno łodzi, rafy koralowe, albo hodowlę cudownych orchidei, pojeździć na słoniach i skorzystać z tysiąca innych rzeczy, a ja, jak ten typowy, niemiecki emeryt… Słoń tylko w butelce.

– Typowi niemieccy emeryci siedzą od rana do wieczora w tych samych barach, na tych samych miejscach i z nikim nie gadają, a ty jednak jesteś towarzyski łajdus i jeszcze dosyć ruchliwy – przypochlebia mi się fałszywie mój diabeł stróż. – Poza tym, aby dojść ze swojego hotelu nad morze, to czy chcesz, albo nie, musisz przeciąć Walking Street.

Stamtąd do Piyada Residence, gdzie mieszkam od prawie tygodnia, mam teoretycznie tylko około 20 minut marszu. Droga piechura w Tajlandii, zwłaszcza Europejczyka wiedzie jednak przez mękę i nigdy nie wiadomo, kiedy dotrze do celu i czy w ogóle, o czym napiszę oddzielnie, w korespondencji z Bangkoku, od której powinienem był zacząć swoją tajlandzką opowieść, ale wyszło inaczej. Grzeszne oblicze Pattayi, do której jeszcze zajrzymy, powinno złagodzić Krung Thep, czyli Miasto Aniołów, jak miejscowi nazywają Bangkok, tylko, czy tak będzie, to się okaże.

* To oczywiście aluzja do Siam, historycznej nazwy Królestwa Tajlandii.

PS adminki: Określenie bliźniąt syjamskich pochodzi od braci Chenga i Enga Bunkerów, urodzonych w Syjamie w 1811 roku. Bracia Bunkerowie przeżyli 63 lata, założyli rodziny i występowali przez lata jako jedna z atrakcji cyrku P. T. Barnuma, zdobywając majątek i sławę.

1 thought on “Tajlandia – kraj tysiąca uśmiechów (1)”

  1. Ciekawe, czekam na c.d. Super zdjęcia, szczególnie to pierwsze, fajnie na nim wyglądasz. Pozdrawiam

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.