Joanna Trümner
Małe szczęście
Po miesiącach oczekiwania Stuart stał na lotnisku i z niecierpliwością czekał na przylot Meg. Rozpoznał ją od razu w tłumie pasażerów, a już po kilku wspólnie spędzonych godzinach czuł się tak, jakby nigdy nie wyjechała, jakby tylko na chwilę przerwali swoją ostatnią rozmowę, jakby nie było tych prawie sześciu miesięcy, podczas których każde z nich prowadziło osobne życie, jakby nie było samotności i zabijania czasu, i czekania, a ta feralna noc sylwestrowa, w którą poznał swoją ciemną stronę, była tylko złym snem. Meg opowiadała mu o nowinkach z Walton – o dziecku Eve, ślicznej, maleńkiej, złotowłosej Stelli. Dziecku, które od szóstego tygodnia życia nie przestawało się uśmiechać. „Wiesz, jak na nią patrzyłam, to zdałam sobie sprawę, że ja już też chciałabym mieć dziecko” – Stuart popatrzył na nią zaskoczony szczerością tych słów. Pomyślał o tym, że ich wspólne życie zaczynie się niedługo toczyć normalnymi torami, Meg na pewno uda się wkrótce znaleźć pracę i będą jak rodziny z filmów – mały domek z ogródkiem, huśtawka, na której bawi się dziecko, z czasem może i dwójka dzieci – chłopczyk i dziewczynka, dwa samochody przed domem, tylko schowana na strychu i pokryta kurzem gitara będzie mu czasami przypominała o marzeniach sprzed kilku lat. „Problem z dzieckiem na pewno da się jakoś rozwiązać” – odpowiedział z dwuznacznym uśmiechem i przytulił tę dziewczynę, która zjawiła się w końcu po miesiącach oczekiwania, przytulił ją mocno do siebie, tak jakby chciał zatrzymać na zawsze ten moment, o którym jeszcze w wiele lat później będzie myślał jak o momencie absolutnego szczęścia.
Prowadzący pub Ben miał dużo dobrych pomysłów, prawdziwym przebojem stały się spotkania dla starszych mieszkańców okolicznych miejscowości w pierwsze poniedziałki miesiąca. W pubie odbywały się czytania książek, spotkania z podróżnikami, wernisaże, już o szóstej wieczorem pub pękach w szwach. Dla młodzieży Ben organizował co dwa tygodnie piątkowe dyskoteki, a dla stałych bywalców pubu wprowadził po godzinie 20 happy hours. Jedyne jego kłopoty z prowadzeniem pubu to były problemy z Eve, która co kilka miesięcy chciała podwyższać mu czynsz. Na razie udawało im się jeszcze pertraktować i znajdywać rozwiązania do przyjęcia przez obydwie strony. Matka Stuarta z radością przejęła od Meg Einsteina i spędzała godziny nad morzem, na długich spacerach z psem. „Wydaje mi się czasami, że ten pies wie o twojej matce więcej niż jakikolwiek człowiek. Dawno nie widziałam jej tak zrównoważonej, może nawet czasem szczęśliwej. Poza tym dalej maluje te swoje piękne, kolorowe obrazy, chyba się w końcu odnalazła. Bardzo bym chciała, żeby i moja matka w końcu poradziła sobie ze swoim życiem. Na razie wyszła z kliniki i szkoła, w której do tej pory pracowała, przyjęła ją z powrotem, w tej chwili wszystko wygląda na to, że matka wychodzi na prostą, ale to jest ruletka i wiem, że ona z tym nałogiem będzie walczyła przez całe życie”. Stuart popatrzył na Meg z przerażeniem, myśląc o tym, że przy następnym powrocie matki do nałogu, Meg może znowu go opuścić: „Wiem, ale to przecież nie znaczy, że ty masz zrezygnować przez to ze swoich planów, ona jest dorosła i ponosi sama za siebie odpowiedzialność”.
Meg nie musiała długo szukać pracy, już po kilku tygodniach pobytu w Sydney znalazła etat w szkole dla dzieci upośledzonych. Praca z dziećmi bardzo różniła się od zajęć z dorosłymi i młoda psycholożka wieczorami nieraz zaglądała do biblioteki uniwersyteckiej, żeby czytać prasę fachową na temat różnych upośledzeń. Największym problemem były dla niej rozmowy z rodzicami. Przeważnie były to rozmowy z matkami – kobietami, które niepełnosprawność swojego dziecka odbierały jako wielką osobistą porażkę i nie potrafiły się z tym pogodzić. Często traciły całkowicie poczucie własnej wartości, a ich małżeństwa stały o krok przed rozwodem. Dużym problemem były dzieci autystyczne, których nie można było pogładzić po głowie, dotknąć, pochwalić, dzieci żyjące w swoich hermetycznie zamkniętych myślach, do których nie można było dotrzeć. Meg już po kilku tygodniach pracy zaczęła podczas zajęć puszczać podopiecznym muzykę i zauważyła, że dzieci, nawet te z największymi problemami, robią się spokojniejsze i bardziej obecne myślami.
Wieczorami młoda para spotykała się w kuchni, siedzieli przy stole i opowiadali sobie o pracy i o wrażeniach z minionego dnia. Podczas opowiadania Meg o pracy z dziećmi autystycznymi Stuart doszedł do wniosku, że i wśród jego przyjaciół nie brakuje autystów – Ian, który nie potrafi się w nic emocjonalnie zaangażować, i Tom – elokwentny, dowcipny, przystojny mężczyzna, w towarzystwie kobiet, które mu się podobają, zamieniający się w niemowę i dziwaka.
Stuart miał w swojej szkole zupełnie inne wyzwania – uczył dzieci elity Sydney, bogate i aroganckie, które ciężko było czymkolwiek zainteresować. Jego uczniowie wiedzieli, że nawet nie ucząc się, będą w życiu dysponowali wystarczającą ilością pieniędzy. O ile sympatyczniejsi byli uczniowie Stuarta z Walton – zakompleksione dzieci prowincji, dla których on, młody nauczyciel, który spędził kilka lat w Londynie był symbolem wielkiego świata. O ile łatwiej potrafił do nich dotrzeć, zaciekawić ich łamigłówkami matematycznymi. W przeciwieństwie do tego w szkole w Sydney każdy dzień oznaczył walkę z wewnętrzną inercją uczniów, walkę utrudnianą przez rodziców, patrzących nauczycielowi na ręce i krytykujących każdą złą ocenę i naganę. „Niektórzy rodzice nie powinni mieć dzieci. Wyrządzają im wielką krzywdę” – powiedział pewnego wieczoru do Meg.
Szybkie odejście
Like a shooting star flying across the room
So fast so far, you were gone too soon
You’re a part of me and I’ll never be the same here without you
You were gone too soon
Jak spadająca gwiazda, która przelatuje przez pokój
– Taka szybka i taka daleka, odszedłeś zbyt szybko
Jesteś częścią mnie i bez ciebie nigdy już nie będę sobą
Zbyt szybko odszedłeś
Daughtry Gone too soon
Ian został ojcem chłopca, który otrzymał imię Leo. Był to śliczne dziecko z bujną czupryną, którą odziedziczył po ojcu. Obserwując Iana w roli ojca, Stuart odnosił wrażenie, że syn jest pierwszą istotą na świecie, którą jego przyjaciel naprawdę pokochał. Od urodzenia Leo Ian, który do tej pory spędzał wiele czasu poza domem, nie mógł doczekać się powrotu do pomalowanego na niebiesko pokoju, gdzie czekał na niego syn. Z nim w ramionach Ian czuł się kimś naprawdę mocnym, kimś, czyje życie nabrało nagle sensu, przestawał być kupionym przez teścia klakierem, mężem niekochanej kobiety i zagubionym, nie mającym żadnego celu w życiu człowiekiem. Ta największa miłość jego życia trwała pięć tygodni. W nocy 7 kwietnia 1970 roku Ian przed zaśnięciem zajrzał do pokoju syna, żeby sprawdzić, czy nie trzeba mu zmienić pieluchy, albo przykryć go kołderką. Pochylił się nad nim, żeby posłuchać jak dziecko oddycha, żeby nacieszyć się jego przerywanym westchnieniami snem. Nieraz myślał o tym, jak dziwne były te westchnięcia i jak niesamowicie brzmiały w jego uszach –jakby ta mała istota, której jeszcze nikt nie zdążył zranić i która nie przeżyła w swoim kilkutygodniowym życiu niczego złego, wzdychała jak człowiek, który nosi na plecach wielki ciężar, zbierany przez lata.
Ian myślał o tym i tym razem, pochylając się nad łóżeczkiem syna. Zdziwiła go panująca w pokoju absolutna cisza, tak przerażająca, że szybko zapalił światło i wyjął ciało syna z łóżeczka. Trzymając małe ciało w rękach czuł bijące od niego zimno, wydawało mu się, że trzyma w ręku bryłę lodu. Zaczął potrząsać niemowlęciem, ale wkrótce zdał sobie sprawę z tego, że nie ma już o co walczyć i opanował go tak głośny, histeryczny płacz, że do pokoju przyszła rozbudzona Rita.
Następne dni minęły na wizytach na policji i w prokuraturze – Ian tak często musiał powtarzać historię tej najgorszej nocy w swoim życiu, że czuł się jak na ławie oskarżonych, tak jakby policja i prokurator zarzucali mu, że to właśnie on zabił swoje dziecko. Po raz pierwszy pomyślał z żalem o tym, że nie wierzy w żadną wyższą siłę, gdyby wierzył w Boga, miałby kogoś, kogo można byłoby obwinić za tą tragedię. A tak stała się po prostu smutnym, niewytłumaczalnym zdarzeniem, które według statystyki co roku przeżywają nieliczne rodziny na całym świecie.
Stuart nie wiedział o tragedii w domu Iana, w piękny słoneczny dzień wyjął ze skrzynki pocztowej list z wiadomością o pogrzebie i zdjęciem małego Leo.
Po pogrzebie Stuart podszedł do przyjaciela i kładąc mu rękę na ramieniu powiedział: „Gdybyś kiedykolwiek chciał się po prostu wygadać, to możesz na mnie liczyć”. W momencie, kiedy usłyszał jak te słowa wychodzą z jego ust, zdał sobie sprawę z tego, że były to najbardziej banalne i niepotrzebne słowa, jakich kiedykolwiek użył. Patrząc na Iana obiecał sobie w duchu, że napisze piosenkę dedykowaną małemu Leo – piosenkę o chłopcu, który nie dowiedział się, jak bardzo był kochany i potrzebny.
Cdn

Jak podaje dzień później The New York Times Sara Teasdale wróciła do Nowego Jorku z podróży do Anglii już chora na zapalenie płuc, a jej stan nerwowy pozostawiał wiele do życzenia. Od dawna cierpiała na chroniczną depresję, i, mimo iż w tym okresie była jedną z najbardziej znanych amerykańskich poetek, jak podają jej biografowie – nie czuła się szczęśliwa.




Po półtoragodzinnej jeździe, wczesnym wieczorem docieramy do celu, w jakimś niewielkim zaułku, który niczym się nie różni od sąsiednich, wszędzie tanie, tajskie kramy, garkuchnie, warsztaty rzemieślnicze, hoteli brak. Idę na czuja do najbliższej, większej ulicy i po paru metrach widzę naprzeciw elegancko ubranego gościa – biała koszula, ciemne spodnie garniturowe. Wyszedł na papierosa z biura, nad którym widzę angielski szyld, że jest to agencja turystyczna. Tak trafiam do hostelu Bed&Butler, do którego w linii prostej mam zaledwie kilkaset metrów, ale Daar, najbliższy współpracownik właściciela, na jego koszt zawozi mnie tam szarmancko firmową limuzyną. Należność za pięć noclegów reguluję u agenta; gdybyś trafił bezpośrednio do mnie, zapłaciłbyś tylko 300 bathów za noc, a tak agent skasował dodatkowo 150 za pośrednictwo – powie mi później Sharp, właściciel hostelu. Cóż, każdy chce żyć.
Wyruszam w miasto zaopatrzony w mapę, smartfona z nawigacją, wielgachny kapelusz zielonych ludzików z Kaliningradu i butelkę zimnej wody, którą dostaję w prezencie od Sharpa (po chwili i tak już będzie ciepła). Po przejściu kilkuset metrów chodnikiem postanawiam przeprawić się na drugą, cienistą stronę ulicy, tylko, jak to zrobić… Podpatruję innych, bez względu na sygnalizację świetlną wciskają się między jadące jeden za drugim motorowery, tuk tuki, samochody, te zmniejszają wtedy prędkość, albo zwiększa ją pieszy i tak metr za metrem człowiek dociera do celu. Z duszą na ramieniu podążam śladem przechodniów, ale broń Boże na czerwonym świetle, przed jakąś ciężarówką na wszelki wypadek ostrzegawczo podnoszę rękę, bo wyobraźnia pracuje, no i udaje się, cało przechodzę przez jezdnię. Najpierw do banku, wymienić pieniądze, otwierają go za parę minut, o dziesiątej. Jak miło z rozgrzanej patelni ulicy wejść do chłodnego wnętrza, gdzie po okazaniu paszportu zostaję obsłużony szybko i uprzejmie, tylko wcześniej muszę jeszcze podać swój tymczasowy adres. Pani za bankowym kontuarem kopiuje sobie moje osobiste dane, sprawdza, czy mam aktualną wizę, którą otrzymałem na lotnisku, dwa podpisy i już jest za co szaleć w Bangkoku. Obcej waluty oficjalnie nigdzie ode mnie w Tajlandii nie przyjmą, poza bankiem, albo kantorem, w którym obowiązują podobne formalności.
Aby mój kierowca nie stracił jednak zupełnie wiary w białego człowieka, dałem mu się zawieźć do większego biura turystycznego, bo tym razem ja miałem w tym swój interes, a na zakończenie kursu zamiast dwudziestaka dostał 50 bathów. W biurze znalazłem i zarezerwowałem w miarę tani i jak się później okazało całkiem przyzwoity hotel w kurorcie Pattayi oraz przewóz na 25 grudnia. Przy okazji zręczny agent sprzedał mi wycieczkę do starej, tajskiej stolicy Ayutthaya i letniej, królewskiej rezydencji Bang Pa In, o której opowiem w następnym odcinku. Odwiózł wiózł mnie prawie pod sam Bed&Butler, w którym już trwały przygotowania do Świąt Bożego Narodzenia. Nazajutrz zapisałem się na wycieczkę, a pojutrze była Wigilia. Sharp kupił z tej okazji na jakimś bazarze sztuczną choinkę i właśnie ją stawiali z Daarem przed wejściem do hostelu. Jup, dziewczyna Sharpa, z dużym wdziękiem tym dyrygowała, pracowała w tajskiej CSI, policji kryminalnej, więc drzewko musiało stać, jak należy. Sharp był ateistą, Daar buddystą, a Jup nie wiem, ale chcieli stworzyć swoim gościom przynajmniej jakąś namiastkę świąt. W związku z tym już od samego rana w hostelu było bardzo muzycznie – kolędowo, a ja właśnie tego chciałem uniknąć.
jednak te lata na szrenicy (koniec sześćdziesiątych, początek siedemdziesiątych) wspominam do dzisiaj z nutką roztkliwienia i nostalgii.




Kto by pomyślał, że kot, harcerstwo, Sokrates i tolerancja zmieszczą się pod wspólnymi skrzydłami.

Naprzykład, proponuje ktoś definicję: „Harcerstwo jest związkiem polskiej młodzieży chrześcijańskiej”. Piękna definicja, powie Komendantka Chorągwi Wileńskiej, ale co ja zrobię z litwinkami, które należą do polskich drużyn w Wilnie, co pocznę z karaimkami w Trockiej drużynie? Biedaczki, przez nadmierny zapał do tworzenia definicji, znaleźć się mają teraz poza zakresem Związku! Nie chcę już mnożyć przykładów tych “definicyjnych” kłopotów, spotyka się z niemi niewątpliwie każda chorągiew. Zwłaszcza, że zwolennicy definicji nie mówią nam, czy w każdym przypadku patrzeć mamy w metrykę dziecka, czy w jego duszę…
Jesús García Leoz. Urodzony w Olite (Navarra), 10 stycznia 1904, zmarł w Madrycie, 25 lutego 1953. Kompozytor należący do tak zwanej grupy 27. 
