Stuart 18

Joanna Trümner

Małe szczęście

Po miesiącach oczekiwania Stuart stał na lotnisku i z niecierpliwością czekał na przylot Meg. Rozpoznał ją od razu w tłumie pasażerów, a już po kilku wspólnie spędzonych godzinach czuł się tak, jakby nigdy nie wyjechała, jakby tylko na chwilę przerwali swoją ostatnią rozmowę, jakby nie było tych prawie sześciu miesięcy, podczas których każde z nich prowadziło osobne życie, jakby nie było samotności i zabijania czasu, i czekania, a ta feralna noc sylwestrowa, w którą poznał swoją ciemną stronę, była tylko złym snem. Meg opowiadała mu o nowinkach z Walton – o dziecku Eve, ślicznej, maleńkiej, złotowłosej Stelli. Dziecku, które od szóstego tygodnia życia nie przestawało się uśmiechać. „Wiesz, jak na nią patrzyłam, to zdałam sobie sprawę, że ja już też chciałabym mieć dziecko” – Stuart popatrzył na nią zaskoczony szczerością tych słów. Pomyślał o tym, że ich wspólne życie zaczynie się niedługo toczyć normalnymi torami, Meg na pewno uda się wkrótce znaleźć pracę i będą jak rodziny z filmów – mały domek z ogródkiem, huśtawka, na której bawi się dziecko, z czasem może i dwójka dzieci – chłopczyk i dziewczynka, dwa samochody przed domem, tylko schowana na strychu i pokryta kurzem gitara będzie mu czasami przypominała o marzeniach sprzed kilku lat. „Problem z dzieckiem na pewno da się jakoś rozwiązać” – odpowiedział z dwuznacznym uśmiechem i przytulił tę dziewczynę, która zjawiła się w końcu po miesiącach oczekiwania, przytulił ją mocno do siebie, tak jakby chciał zatrzymać na zawsze ten moment, o którym jeszcze w wiele lat później będzie myślał jak o momencie absolutnego szczęścia.

Prowadzący pub Ben miał dużo dobrych pomysłów, prawdziwym przebojem stały się spotkania dla starszych mieszkańców okolicznych miejscowości w pierwsze poniedziałki miesiąca. W pubie odbywały się czytania książek, spotkania z podróżnikami, wernisaże, już o szóstej wieczorem pub pękach w szwach. Dla młodzieży Ben organizował co dwa tygodnie piątkowe dyskoteki, a dla stałych bywalców pubu wprowadził po godzinie 20 happy hours. Jedyne jego kłopoty z prowadzeniem pubu to były problemy z Eve, która co kilka miesięcy chciała podwyższać mu czynsz. Na razie udawało im się jeszcze pertraktować i znajdywać rozwiązania do przyjęcia przez obydwie strony. Matka Stuarta z radością przejęła od Meg Einsteina i spędzała godziny nad morzem, na długich spacerach z psem. „Wydaje mi się czasami, że ten pies wie o twojej matce więcej niż jakikolwiek człowiek. Dawno nie widziałam jej tak zrównoważonej, może nawet czasem szczęśliwej. Poza tym dalej maluje te swoje piękne, kolorowe obrazy, chyba się w końcu odnalazła. Bardzo bym chciała, żeby i moja matka w końcu poradziła sobie ze swoim życiem. Na razie wyszła z kliniki i szkoła, w której do tej pory pracowała, przyjęła ją z powrotem, w tej chwili wszystko wygląda na to, że matka wychodzi na prostą, ale to jest ruletka i wiem, że ona z tym nałogiem będzie walczyła przez całe życie”. Stuart popatrzył na Meg z przerażeniem, myśląc o tym, że przy następnym powrocie matki do nałogu, Meg może znowu go opuścić: „Wiem, ale to przecież nie znaczy, że ty masz zrezygnować przez to ze swoich planów, ona jest dorosła i ponosi sama za siebie odpowiedzialność”.

Meg nie musiała długo szukać pracy, już po kilku tygodniach pobytu w Sydney znalazła etat w szkole dla dzieci upośledzonych. Praca z dziećmi bardzo różniła się od zajęć z dorosłymi i młoda psycholożka wieczorami nieraz zaglądała do biblioteki uniwersyteckiej, żeby czytać prasę fachową na temat różnych upośledzeń. Największym problemem były dla niej rozmowy z rodzicami. Przeważnie były to rozmowy z matkami – kobietami, które niepełnosprawność swojego dziecka odbierały jako wielką osobistą porażkę i nie potrafiły się z tym pogodzić. Często traciły całkowicie poczucie własnej wartości, a ich małżeństwa stały o krok przed rozwodem. Dużym problemem były dzieci autystyczne, których nie można było pogładzić po głowie, dotknąć, pochwalić, dzieci żyjące w swoich hermetycznie zamkniętych myślach, do których nie można było dotrzeć. Meg już po kilku tygodniach pracy zaczęła podczas zajęć puszczać podopiecznym muzykę i zauważyła, że dzieci, nawet te z największymi problemami, robią się spokojniejsze i bardziej obecne myślami.

Wieczorami młoda para spotykała się w kuchni, siedzieli przy stole i opowiadali sobie o pracy i o wrażeniach z minionego dnia. Podczas opowiadania Meg o pracy z dziećmi autystycznymi Stuart doszedł do wniosku, że i wśród jego przyjaciół nie brakuje autystów – Ian, który nie potrafi się w nic emocjonalnie zaangażować, i Tom – elokwentny, dowcipny, przystojny mężczyzna, w towarzystwie kobiet, które mu się podobają, zamieniający się w niemowę i dziwaka.

Stuart miał w swojej szkole zupełnie inne wyzwania – uczył dzieci elity Sydney, bogate i aroganckie, które ciężko było czymkolwiek zainteresować. Jego uczniowie wiedzieli, że nawet nie ucząc się, będą w życiu dysponowali wystarczającą ilością pieniędzy. O ile sympatyczniejsi byli uczniowie Stuarta z Walton – zakompleksione dzieci prowincji, dla których on, młody nauczyciel, który spędził kilka lat w Londynie był symbolem wielkiego świata. O ile łatwiej potrafił do nich dotrzeć, zaciekawić ich łamigłówkami matematycznymi. W przeciwieństwie do tego w szkole w Sydney każdy dzień oznaczył walkę z wewnętrzną inercją uczniów, walkę utrudnianą przez rodziców, patrzących nauczycielowi na ręce i krytykujących każdą złą ocenę i naganę. „Niektórzy rodzice nie powinni mieć dzieci. Wyrządzają im wielką krzywdę” – powiedział pewnego wieczoru do Meg.

Szybkie odejście

Like a shooting star flying across the room
So fast so far, you were gone too soon
You’re a part of me and I’ll never be the same here without you
You were gone too soon

Jak spadająca gwiazda, która przelatuje przez pokój
– Taka szybka i taka daleka, odszedłeś zbyt szybko
Jesteś częścią mnie i bez ciebie nigdy już nie będę sobą
Zbyt szybko odszedłeś

Daughtry Gone too soon

Ian został ojcem chłopca, który otrzymał imię Leo. Był to śliczne dziecko z bujną czupryną, którą odziedziczył po ojcu. Obserwując Iana w roli ojca, Stuart odnosił wrażenie, że syn jest pierwszą istotą na świecie, którą jego przyjaciel naprawdę pokochał. Od urodzenia Leo Ian, który do tej pory spędzał wiele czasu poza domem, nie mógł doczekać się powrotu do pomalowanego na niebiesko pokoju, gdzie czekał na niego syn. Z nim w ramionach Ian czuł się kimś naprawdę mocnym, kimś, czyje życie nabrało nagle sensu, przestawał być kupionym przez teścia klakierem, mężem niekochanej kobiety i zagubionym, nie mającym żadnego celu w życiu człowiekiem. Ta największa miłość jego życia trwała pięć tygodni. W nocy 7 kwietnia 1970 roku Ian przed zaśnięciem zajrzał do pokoju syna, żeby sprawdzić, czy nie trzeba mu zmienić pieluchy, albo przykryć go kołderką. Pochylił się nad nim, żeby posłuchać jak dziecko oddycha, żeby nacieszyć się jego przerywanym westchnieniami snem. Nieraz myślał o tym, jak dziwne były te westchnięcia i jak niesamowicie brzmiały w jego uszach –jakby ta mała istota, której jeszcze nikt nie zdążył zranić i która nie przeżyła w swoim kilkutygodniowym życiu niczego złego, wzdychała jak człowiek, który nosi na plecach wielki ciężar, zbierany przez lata.

Ian myślał o tym i tym razem, pochylając się nad łóżeczkiem syna. Zdziwiła go panująca w pokoju absolutna cisza, tak przerażająca, że szybko zapalił światło i wyjął ciało syna z łóżeczka. Trzymając małe ciało w rękach czuł bijące od niego zimno, wydawało mu się, że trzyma w ręku bryłę lodu. Zaczął potrząsać niemowlęciem, ale wkrótce zdał sobie sprawę z tego, że nie ma już o co walczyć i opanował go tak głośny, histeryczny płacz, że do pokoju przyszła rozbudzona Rita.

Następne dni minęły na wizytach na policji i w prokuraturze – Ian tak często musiał powtarzać historię tej najgorszej nocy w swoim życiu, że czuł się jak na ławie oskarżonych, tak jakby policja i prokurator zarzucali mu, że to właśnie on zabił swoje dziecko. Po raz pierwszy pomyślał z żalem o tym, że nie wierzy w żadną wyższą siłę, gdyby wierzył w Boga, miałby kogoś, kogo można byłoby obwinić za tą tragedię. A tak stała się po prostu smutnym, niewytłumaczalnym zdarzeniem, które według statystyki co roku przeżywają nieliczne rodziny na całym świecie.

Stuart nie wiedział o tragedii w domu Iana, w piękny słoneczny dzień wyjął ze skrzynki pocztowej list z wiadomością o pogrzebie i zdjęciem małego Leo.

Po pogrzebie Stuart podszedł do przyjaciela i kładąc mu rękę na ramieniu powiedział: „Gdybyś kiedykolwiek chciał się po prostu wygadać, to możesz na mnie liczyć”. W momencie, kiedy usłyszał jak te słowa wychodzą z jego ust, zdał sobie sprawę z tego, że były to najbardziej banalne i niepotrzebne słowa, jakich kiedykolwiek użył. Patrząc na Iana obiecał sobie w duchu, że napisze piosenkę dedykowaną małemu Leo – piosenkę o chłopcu, który nie dowiedział się, jak bardzo był kochany i potrzebny.

Cdn

Sara Teasdale

Andrzej Rejman

Kobieta i Poetka

84 lata temu, w niedzielę 29 stycznia 1933 roku zmarła w swoim apartamencie w Greenwich Village przy Piątej Alei w Nowym Jorku poetka Sara Teasdale. Jak się potem okazało przyczyną śmierci mogło być przedawkowanie środków nasennych.

sara-teasdale1Jak podaje dzień później The New York Times Sara Teasdale wróciła do Nowego Jorku z podróży do Anglii już chora na zapalenie płuc, a jej stan nerwowy pozostawiał wiele do życzenia. Od dawna cierpiała na chroniczną depresję, i, mimo iż w tym okresie była jedną z najbardziej znanych amerykańskich poetek, jak podają jej biografowie – nie czuła się szczęśliwa.
“Woman and Poet” – taki tytuł ma książka Williama Drake’a wydana przez Harper & Row Publishers w San Francisco w 1979 roku.
Jest to jedna z dwu ważnych biografii książkowych Sary Teasdale, uzupełniająca niejako wcześniej wydaną biografię Margaret Haley Carpenter (Sara Teasdale, A Biography, M.H.Carpenter, Pentelic Press, Norfolk, Virginia, 1960)

sara-teasdale2
Sara Teasdale miała w swojej epoce rzesze wiernych czytelników, a jej impresyjna poezja była i jest wciąż źródłem wielu inspiracji dla twórców muzyki.
Z poezją Sary Teasdale zetknąłem się w roku 2004, poszukując materiału do nowego projektu poetycko muzycznego. Zajrzałem wówczas głębiej do zasobów amerykańskiej poezji kobiecej z wczesnych lat XX wieku. Nie chciałem ograniczać się jedynie do pięknych ale i trudnych wierszy Emily Dickinson, które ze względu na esencjonalny ładunek filozoficznej treści powinny być pozostawione niejako “samymi sobie”.

W tym czasie współpracowałem z Jerzym Menelem*, tłumaczem, poetą, twórcą piosenek.
Był to poliglota, człowiek barwny, niezwykle pracowity i aktywny. Wieczorami, po powrocie z całodziennych tłumaczeń w warszawskich korporacjach, zajmował się do późna w nocy pracą twórczą, tłumacząc, śpiewając i grając, nieustannie porządkując archiwa i tworząc następne…

Dla Ewy Górskiej, utalentowanej słuchaczki jednego z warszawskich studiów piosenki przetłumaczył dwa wiersze Sary.

NASTROJE
Przekład/adaptacja: Jerzy Menel

Deszczową jestem kroplą,
Zmęczoną zniżam skroń,
Bądź dla mnie kwietną łąką,
Zieloną ziemią bądź!

Stęsknionym jestem ptakiem,
W błękitu płynę toń,
Obłokiem stań się dla mnie,
Świetlistym niebem bądź!

tak śpiewa tę piosenkę Ewa Górska (muz. Andrzej Rejman)

https://www.reverbnation.com/widget_code/html_widget/artist_1513797?widget_id=55&pwc%5Bsong_ids%5D=8628124&context_type=song

MOODS

I am the still rain falling,
Too tired for singing mirth–
Oh, be the green fields calling,
Oh, be for me the earth!

I am the brown bird pining
To leave the nest and fly–
Oh, be the fresh cloud shining,
Oh, be for me the sky!

LEPIEJ TO ZAPOMNIEĆ
Przekład/adaptacja: Jerzy Menel

Lepiej to zapomnieć, ogień zwolna też zagaśnie,
Jak odchodzi w dal więdnący kwiat,
Lepiej to zapomnieć na dobre, na zawsze,
Czas – przyjaciel nasz, z nim przybywa lat.

I gdy spyta ktoś, mów: przeszło, minęło,
Skrył to deszcz i grad –
Jak kwiat, jak ogień, nad ziemią mgła,
Odbity w śniegu ślad…

LET IT BE FORGOTTEN

Let it be forgotten, as a flower is forgotten,
Forgotten as a fire that once was singing gold,
Let it be forgotten for ever and ever,
Time is a kind friend, he will make us old.

If anyone asks, say it was forgotten
Long and long ago,
As a flower, as a fire, as a hushed footfall
In a long forgotten snow.

Sarę Teasdale tłumaczyły potem także Maria Hoffman oraz Anna Ciciszwili.

KRÓTKA CHWILA
tłum. Anna Ciciszwili

To krótka chwila i mnie już nie będzie,
Lecz w moich pieśniach przetrwa życie moje,
Jak krucha piana wzdyma się i przędzie
Z odejściem fali, która w morzu tonie.

Te dni i noce w pieśni płonąć będą,
Jasną kruchością piany napuszonej,
Żyjąc światłością zanim nie odejdą,
By wrócić w nicość, która jest ich domem.

A LITTLE WHILE

A little while when I am gone
My life will live in music after me,
As spun foam lifted and borne on
After the wave is lost in the full sea.

A while these nights and days will burn
In song with the bright frailty of foam,
Living in light before they turn
Back to the nothingness that is their home.

TAM NA KOŃCU ŚWIATA
tłum. Maria Hoffman

Opustoszałe wybrzeża świata, to nasze samotnie
Plaże bez owoców, jałowe bez kwiatów
Tam z trawami morskimi, znękanymi od wiatrów,
Tam też godzin życia odmierzanie taktów..

Nikt nie będzie nam więcej zazdrościł bogactwa
Tam na końcu świata, nie zadba o resztę
Ślady stóp ostatnie, zagubione w piaskach
Niespokojne morze, pochłonie i zetrze.

WORLD’S END

The shores of the world are ours, the solitary
Beaches that bear no fruit, nor any flowers,
Only the harsh sea-grass that the wind harries
Hours on unbroken hours.

No one will envy us these empty reaches
At the world’s end, and none will care that we
Leave our lost footprints where the sand forever
Takes the unchanging passion of the sea.


* Jerzy Menel
Studiował chemię, mechanikę, aeronautykę, potem arabistykę, iberystykę, a ponadto ekonomię, handel zagraniczny, dziennikarstwo… Przede wszystkim jednak był tłumaczem. Potrafił przekładać niezwykle skomplikowane teksty techniczne, jak i poetyckie. Mówił biegle po francusku, angielsku, hiszpańsku, niemiecku, arabsku. Tłumaczył oczywiście z tych i na te języki, ale także z portugalskiego i włoskiego. Przełożył na polski dzieła wszystkie Brassensa i niezliczone piosenki Jacques’a Brela, Edith Piaf, Serge’a Gainsbourga, Charles’ a Treneta, Borisa Viana. Ale również Boba Dylana, Leonarda Cohena, Paula Simona, Jamesa Taylora, Paolo Conte. Był też autorem przekładów wielu polskich piosenek na francuski. Odszedł 30 listopada 2006 roku w Brukseli, skąd miał właśnie wracać do Polski po Międzynarodowym Kongresie Wynalazców, na którym pracował jako tłumacz.

Barataria czyli cały świat (4)

Zauważyliście już, moi mili Czytelnicy, że temat mi rośnie pod rękoma jak ciasto drożdżowe. Dlatego, poczynając od pierwszego odcinka Baratarii, wprowadziłam nowy tag: wędrówki po kulturze. Taka wędrówka, która nie wiadomo dokąd nas zaprowadzi. Pomyślcie, omówiliśmy na razie tylko, nader pobieżnie, Cervantesa (tak pobieżnie, że pewnie przyjdzie nam jeszcze do niego wrócić), Krzysztofa Lipkę, Jesusa Garcię Leoza i pirata Lafitte’a, o piracie jednak trzeba jeszcze sporo napisać, w międzyczasie znalazłam kolejną operę, a mianowicie Gondolierów albo Króla Baratarii, marsz z tej opery w wersji stworzonej przez Czecha z KK grywają chętnie wojskowe niemieckie orkiestry dęte i Bóg jeden wie, od kiedy, kiedy i dlaczego, a również po co? Mam nadzieję, że w międzyczasie znajdę jednak przynajmniej libretto opery Leoza… Zakładam zatem, że to wszystko jeszcze potrwa.
Pamiętam z czasu, gdy uprawiałam medytację transcendentalną i zajmowałam się filozofią Zen, taki koan, który można potraktować jako poradę podczas kursów pisania kreatywnego: nie zastanawiaj się, gdzie jest początek opowieści o świecie według Zen, zacznij gdziekolwiek, a kiedyś ogarniesz cały świat. Ja zaczęłam od Baratarii.

Może zresztą nie potrzeba tu filozofii. Motywy literackie wędrują przez stulecia, a czasem tysiąclecia, często zabierając ze sobą swoje własne imię. Motywem wędrówki po kulturze w poszukiwaniu Baratarii jest sięgające Homera przekonanie, że odizolowana wyspa symbolizuje świat i że za jej pomocą można ten świat przedstawić w formie jak najbardziej pożądanej.

Perdita, jedna z bohaterek Opowieści zimowej Szekspira, autor: Anthony Frederick Augustus Sandys, 1866

Zaczęło się od Scherii,  pierwszej być może utopii literackiej, miejsca poza mapą, która powróci jako wyspa Prospera w Burzy Szekspira. Homerowa Scheria to wyspa zamieszkiwana przez Feaków, którzy z dala od reszty ludzi wiodą życie dostatnie i spokojne. Są wybornymi żeglarzami, nie znają handlu, ani wojen. Trudno się dziwić, że dla Greków, ludu zamieszkującego dziesiątki wysp, wyspa była modelem świata. Wyspą była też Atlantyda u Platona.

Barataria Cervantesa jest taką samą utopią jak Scheria i Atlantyda, jest wyspą, choć wcale nie otacza jej morze. Dziwne? Zapewne, ale czy dziwniejsze od Opowieści zimowej Szekspira, która dzieje się w nadmorskim kraju zwanym Czechy? I też jest to poniekąd kraj przykładowy, bo charakteryzuje go “wieśniacza prostota”, przeciwstawiona światowemu zepsuciu.

Wróćmy jednak do naszych baranów.

Ewa Maria Slaska

Barataria i opera Gondolierzy albo Król Baratarii

Opera Arthura Sullivana do libretta Williama S.Gilberta, ostatnie wspólne dzieło spółki autorskiej, która w latach 1871-1896 wyprodukowała czternaście oper komicznych. Operetki Gilberta i Sullivana cieszyły się międzynarodową sławą i do dziś znajdują się w repertuarach teatrów komediowych; doczekały się wielu adaptacji i parodii. Specjalnie w celu ich wystawiania powstał Teatr Savoy w Londynie. Gondolierzy mieli światową premierę w Londynie w 1889 r. Spektakl cieszył się ogromną popularnością, przez dwa lata wystawiono go ponad 550 razy i wkrótce doczekał się licznych wystawień w Europie i USA.

XXXXXX 

Gilbert & Sullivan

Spokojne i beztroskie życie weneckich braci gondolierów Marco i Giuseppe Palmierich zmienia się, gdy w czasie zabawy ulicznej losują sobie żony, które zdążą poślubić, aby zaraz potem dowiedzieć się, że nie są braćmi, a jeden z nich jest następcą tronu Baratarii i ma już żonę poślubioną mu w niemowlęctwie. Oczekując rozwiązania zagadki obaj wspólnie sprawują rządy w Baratarii, do której przybywa poślubiona następcy tronu Kasylda. Księżniczka Plaza Toro wcale nie chce poślubić prawowitego władcy, bo kocha się potajemnie wprawdzie, ale z wzajemnością, w swym mlecznym bracie. Jak to bywa w operetkach wszystko szczęśliwie się kończy.

Jednak mnie nie interesują perypetie miłosne trzech par, lecz to, czego z libretta można się dowiedzieć o wyimaginowanym państwie na dalekiej Baratarii.

Oczywiście nie wiadomo dokładnie, kiedy toczy się akcja operetki, tym niemniej napisano ją w wiktoriańskiej Anglii. A tu tymczasem księżniczka Kasylda na wieść o tym, że w dzieciństwie zaręczono ją z  synem owego wściekle bogatego króla, nie interesuje się w ogóle jego majątkiem, pyta natomiast: Married to the infant son of the King of Barataria? Was I consulted? Czy zapytano mnie o zdanie? Jednakże samodzielna panna szybko zapomina o problemach emancypacji, aby zmartwić się, że jest oto królową Baratarii i… nie ma się w co ubrać!

Obaj młodzi gondolierzy z kolei martwią się, że jeden z nich został królem Baratarii, a przecież obaj są prawdziwymi republikanami:

We are jolly gondoliers, the sons of Baptisto Palmieri, who led the last revolution. Republicans, heart and soul, we hold all men to be equal. As we abhor oppression, we abhor kings: as we detest vain-glory, we detest rank: as we despise effeminacy, we despise wealth.

Za chwilę poglądy polityczne obu młodych ludzi okażą się ważne, bo gdy dotarą do Baratarii, będą tam chcieli zaprowadzić republikańskie porządki. Król, którego może zaakceptować republikanin, musi być dobrym królem, taki król zniesie podatki,  sprawi, że wszystko będzie tanie, gondolierom będzie się świetnie powodziło, dworzanie będą wykonywali obowiązki zgodnie ze swymi umiejętnościami i zdolnościami, a wszyscy ludzie będą równi. I szczęśliwi.

The Noble Lord who rules the State –
The Noble Lord who cleans the plate –
The Noble Lord who scrubs the grate.-
They all shall equal be!

Sing high, sing low,
Wherever they go,
They all shall equal be!

Mniej więcej w tym momencie zaczynamy rozumieć, dlaczego autorzy tej komedyjki umieścili jej akcję w kraju, który nie istnieje – bo tylko to pozwoliło im ostro skrytykować  niedemokratyczną politykę Anglii i panujące tam zakłamane, snobistyczne stosunki społeczne. To zresztą musi być tak naprawdę Anglia, ta odległa wyspa Barataria, bo po południu władcom podaje się herbatę.

Na razie jednak Barataria stoi w ogniu rebelii i król musi się tam natychmiast udać, by zaprowadzić porządki. Skoro jednak póki co nie wiadomo, który z gondolierów jest królem, obowiązki przejmą obaj.

Zgodnie z geografią Barataria jest wyspą na morzach południowych, a jej król jest / będzie niesłychanie bogaty (co jest oczywiście wspomnieniem o niezmierzonych bogactwach pirata La Fitte’a). Na wyspie panuje łagodny klimat i zimą kwitną róże. Dwaj młodzi królowie i ich dworzanie, byli gondolierzy, śpiewają radośnie:

Of happiness the very pith
In Barataria you may see:
A monarchy that’s tempered with
Republican Equality.
This form of government we find
The beau-ideal of its kind –
A despotism strict, combined
With absolute equality

Bliskość Nowego Orleanu, a może zmiana ustroju, sprawiają zapewne, że w królestwie panuje nieustający karnawał. Oto radosna cachucha, “ludowy” taniec Baratarii 🙂

A zatem the Monarchy has been re-modelled on Republican principles. Jeden z władców informuje o tym wizytującego wyspę Wielkiego Inkwizytora Hiszpanii. Oczywiście młodzi republikanie posunęli się za daleko w realizowaniu zasad demokratycznego równouprawnienia, gdyż awansowali wszystkich pod sznurek na stanowiska lordów, kanclerzy, admirałów i marszałków. Inkwizytor (postać raczej dobroduszna, ale konserwatywna) komentuje to z przekąsem:

When every one is somebody,
Then no one’s anybody!

Jeśli każdy jest kimś,
to kto jest każdym?

Ciąg dalszy nastąpi

Tajlandia – kraj tysiąca uśmiechów (2)

Zbigniew Milewicz

Miasto aniołów

Chyba są za przeproszeniem z piekła rodem, skoro na ulicy nie ma czym oddychać, upał plus smog, a z kanałów tak śmierdzi, że trudno wytrzymać… Takie są moje pierwsze wrażenia z Bangkoku, zwanego wśród miejscowych Krung Thep, Miastem aniołów, kiedy opuszczam klimatyzowaną strefę lotniska, żeby poszukać przewozu na Khao San Road. Co tam znajdę, tego nie wiem; nie zorganizowałem sobie wcześniej noclegów w Tajlandii, energii starczyło tylko na rezerwację i zakup online biletów lotniczych w obydwie strony, więc teraz sprawdzam, na co mnie jeszcze stać w zakresie życiowych improwizacji. Oczywiście nikt mnie nie zmuszał do wyjazdu z Europy, chciałem uciec do Azji przed Świętami Bożego Narodzenia, ale na rzetelne przygotowanie się do tego zabrakło już chęci. Jakoś to będzie – pomyślałem po polsku.

Na lotnisku działa biuro pośredniczące w rezerwacji miejsc hotelowych, ale tych od 2000 bathów za noc wzwyż. Za 400 czegoś nie macie? – handluję. Pani w moim wieku ciężko wzdycha i wymienia z koleżanką parę słów w swoim języku. Pisze mi na kartce: Khao San Road i jak to w Tajlandii, promiennie się uśmiecha na pożegnanie. Ale czym tam dojechać? – nie daję za wygraną. Dowiaduję się, że busem i kciuk wskazuje, że mam iść gdzieś na dół. Więcej z niej nie wyciągnę, bo już ma następnego klienta. W Tajlandii za główny język obcy „robi” angielski, przy czym odmiana azjatycka z oryginalną mają ze sobą mniej więcej tyle wspólnego, co gwara śląska z góralską. O niemieckim można tutaj zapomnieć. Na szczęście mam walizkę lekką jak piórko (dzięki Edmundzie za twoje rady) i łatwo mogę się przemieszczać, gdzie trzeba i gdzie nie trzeba. Docieram na dolną platformę dworca lotniczego i niepotrzebnie wychodzę na zewnątrz, bo okazuje się, że najpierw muszę w kasie za 100 bathów kupić bilet na busa, a później poczekać ze trzy kwadranse, aż zbierze się komplet pasażerów, przyjdzie kierowca i zaprowadzi nas do swojego samochodu. Kasę stanowi kobieta w granatowym uniformie, siedząca w hallu na wysokim stołku za pulpitem, nad głową ma jakiś szyld w języku tajskim, rozkładu jazdy brak. Byłby bezsensowny zresztą, przy wiecznie zakorkowanych ulicach miasta i regule, że bez kompletu pasażerów bus nie ruszy z miejsca. Pokazuję kasjerce kartkę od pani z biura, ta potakuje, dostaję bilet i przełączam się na stand by, przy jakiejś młodej parze z plecakami, która stoi obok i cichuteńko ze sobą rozmawia.

Wyglądają dosyć nordycko, ale z tego szeptu w pewnym momencie wylatuje jakieś coś ty, a więc rodacy. Nie mam najciekawszych doświadczeń w tej podróży z Polakami, wielu spotkałem na lotnisku w Doha, koło Dubaju, gdzie było międzylądowanie; kiedy próbowałem na luzie pogawędzić sobie z nimi, nieufnie chowali się do swych skorupek. Na początku rozmowa toczy się normalnie, są studentami z Torunia i to są ich zimowe ferie. Zamierzają zwiedzić Bangkok, później pojechać na północ kraju i jak im wystarczy czasu, może do Kambodży. Na jakimś czacie poznali dwóch ludzi, którzy podróżują po Indochinach już od sześciu miesięcy i Bangkok mają opanowany, oni im znaleźli jakiś hostel na Khao San, więc teraz jadą się z nimi spotkać.

– To może i ja bym się tam załapał, jako wolny elektron… – myślę głośno i od razu widzę, żem zepsuł miły nastrój.

Mają spłoszone spojrzenia, więc zapewniam ich, że to była tylko teoretyczna opcja, ale nie odezwą się do mnie już ani słowem. Kierowca pakuje ósemkę pasażerów do niewielkiego, klimatyzowanego vana, każdy musi trzymać swój bagaż na kolanach i zaczyna się niepowtarzalna przygoda z ruchem drogowym tej wielomilionowej metropolii. Jak się jeździ w Azji, tego doświadczyłem już przed laty w Istambule, ale Bangkok wyzwala więcej adrenaliny. Może przez ruch lewostronny, albo wszechobecne motorowery i tuk-tuki, zmotoryzowane ryksze, które wcisną się w każdą lukę między samochodami osobowymi, autobusami i ciężarówkami. Światła na większych skrzyżowaniach i znaki drogowe są właściwie zbędne, ponieważ każdy jeździ stosownie do aktualnej sytuacji na drodze i własnej fantazji, kiedy trzeba, to pod prąd, w poprzek ulicy, albo w ostateczności po chodniku. Klaksonów używa się oszczędnie, kierowcy wzajemnie uważają na siebie – uczynnie zmieniają pas ruchu, zwalniają, lub przyspieszają, żeby pomóc drugiemu w ryzykownym manewrze, bo za chwilę znajdą się przecież w podobnej sytuacji.

tajl2-1Po półtoragodzinnej jeździe, wczesnym wieczorem docieramy do celu, w jakimś niewielkim zaułku, który niczym się nie różni od sąsiednich, wszędzie tanie, tajskie kramy, garkuchnie, warsztaty rzemieślnicze, hoteli brak. Idę na czuja do najbliższej, większej ulicy i po paru metrach widzę naprzeciw elegancko ubranego gościa – biała koszula, ciemne spodnie garniturowe. Wyszedł na papierosa z biura, nad którym widzę angielski szyld, że jest to agencja turystyczna. Tak trafiam do hostelu Bed&Butler, do którego w linii prostej mam zaledwie kilkaset metrów, ale Daar, najbliższy współpracownik właściciela, na jego koszt zawozi mnie tam szarmancko firmową limuzyną. Należność za pięć noclegów reguluję u agenta; gdybyś trafił bezpośrednio do mnie, zapłaciłbyś tylko 300 bathów za noc, a tak agent skasował dodatkowo 150 za pośrednictwo – powie mi później Sharp, właściciel hostelu. Cóż, każdy chce żyć.

Sharp jest trzydziestoletnim Amerykaninem tajskiego pochodzenia, prowadzi swój bizness od dwóch lat. Sam używa najczęściej określenia dom, bo to jego pasja i całe obecne życie, daje mu utrzymanie, tutaj mieszka i gości stara się traktować jak domowników. Wcześniej był szefem technicznym jednego ze szpitali w Bangkoku, praca była mocno stresująca, do tego mało opłacalna, nie żałuje, że ją zostawił. Kiedy miał 16 lat rodzice wysłali go z Bangkoku do Los Angeles i przestali się nim interesować. Pomogli mu życzliwi, obcy ludzie, w Stanach zdobył średnie wykształcenie, doświadczenie życiowe i pieniądze, które zainwestował później w kupno tej nieruchomości. Nie chciał na stałe zostać w USA. Dom był w ruinie, własnymi rękami doprowadził ją do obecnego stanu, wnętrza zaprojektował mu znajomy architekt, trzeba przyznać zgrabnie, z pomysłowym wykorzystaniem każdego centymetra kwadratowego niewielkiej w sumie powierzchni. Hostel jest przygotowany na przyjęcie maksymalnie ośmiu osób; z poziomu ulicy wchodzi się do baru i saloniku z kontuarem pełniącym funkcję czegoś w rodzaju recepcji, stamtąd idzie się na piętro z dwoma sypialniami, dla żeńskiej i męskiej klienteli. Toalety i prysznice znajdują się w suterenie, wszystkie pomieszczenia są klimatyzowane, bez tego kiedyś trzeba było żyć w tropikach, a dziś nie sposób się już obejść.

Nie ma kompletu gości. Dostaję łóżko z numerem 1, na dolnym poziomie piętrusa, szerokie i wygodne, wyposażone w lampkę do czytania, skrytkę na wartościowe przedmioty i przegródkę, w której mogę trzymać podręczne drobiazgi. Kiedy zaciągnę ciężką zasłonę, mam swoje niekrępujące pomieszczenie; reszta rzeczy zostanie w walizce, w nogach łóżka. Towarzystwo jest młode i wesołe, nade mną mieszka rockowy muzyk z Lyonu, a w sąsiedztwie chiński programista, Felix. Lucija z Ibizy i dziewczyna muzyka nocują za ścianą, ale w Bangkoku nikt nie chodzi o dziesiątej wieczorem spać, tylko ja, żeby odetchnąć po kilkunastu godzinach podróży samolotem. Wcześniej oczywiście prysznic plus mała kolacja, którą gospodarz wyczarowuje z kawałka łososia i jarzyn. Śpię jak kamień, nazajutrz rano budzę się rześki, gotów do turystycznego podboju Bangkoku. Sharp radzi to robić ostrożnie, stopniowo, wręcza mi wizytówkę hostelu, żeby w razie czego dać znać, jak się zgubię. Wtedy – mówi – znajdź jakąś taksówkę i poproś kierowcę, żeby do mnie zadzwonił i ja mu powiem, jak najlepiej dojechać do mnie, inaczej będzie cię woził po całym Bangkoku. Trochę mi przypomina kierownika schroniska z czasów moich dawnych wędrówek po Tatrach, ta sama troska o domownika, żeby wrócił cało.

tajl2-3Wyruszam w miasto zaopatrzony w mapę, smartfona z nawigacją, wielgachny kapelusz zielonych ludzików z Kaliningradu i butelkę zimnej wody, którą dostaję w prezencie od Sharpa (po chwili i tak już będzie ciepła). Po przejściu kilkuset metrów chodnikiem postanawiam przeprawić się na drugą, cienistą stronę ulicy, tylko, jak to zrobić… Podpatruję innych, bez względu na sygnalizację świetlną wciskają się między jadące jeden za drugim motorowery, tuk tuki, samochody, te zmniejszają wtedy prędkość, albo zwiększa ją pieszy i tak metr za metrem człowiek dociera do celu. Z duszą na ramieniu podążam śladem przechodniów, ale broń Boże na czerwonym świetle, przed jakąś ciężarówką na wszelki wypadek ostrzegawczo podnoszę rękę, bo wyobraźnia pracuje, no i udaje się, cało przechodzę przez jezdnię. Najpierw do banku, wymienić pieniądze, otwierają go za parę minut, o dziesiątej. Jak miło z rozgrzanej patelni ulicy wejść do chłodnego wnętrza, gdzie po okazaniu paszportu zostaję obsłużony szybko i uprzejmie, tylko wcześniej muszę jeszcze podać swój tymczasowy adres. Pani za bankowym kontuarem kopiuje sobie moje osobiste dane, sprawdza, czy mam aktualną wizę, którą otrzymałem na lotnisku, dwa podpisy i już jest za co szaleć w Bangkoku. Obcej waluty oficjalnie nigdzie ode mnie w Tajlandii nie przyjmą, poza bankiem, albo kantorem, w którym obowiązują podobne formalności.

Pierwszy dzień poświęcam na zaaklimatyzowanie i poznanie najbliższych okolic hostelu, ale i tak parę razy się gubię w plątaninie podobnych do siebie uliczek. Mapa okazuje się mało użyteczna, bo poza główniejszymi punktami opisana jest wyłącznie w miejscowym języku, podobnie mój dotykowy smartfon; kiedy znajduję się w strefie wifi, nawigacja pokazuje dokąd iść, ale poza nią już nie. Mogę liczyć tylko na swoją pamięć wzrokową, niestety nie idealną i uczynność tubylców, z którą jest dużo lepiej. Niezbyt daleko od mojego hotelu znajdują się światowej sławy buddyjskie świątynie, takie m.in. jak Golden Mount, Wat Benchamabophit, Wat Indrawichan, czy najsłynniejsza Wat Phra Kaeo, czyli Świątynia Szmaragdowego Buddy. Poza tą ostatnią wszystkie obejrzałem, dzięki bardzo uprzejmemu kierowcy tuk tuka, który za śmieszne 20 bathów woził mnie od przybytku do przybytku, czekał, aż skończę zwiedzanie, a w końcu dotarł tam, gdzie miał swój interes, czyli do salonu krawieckiego, szyjącego na miarę garnitury, smokingi, spodnie i koszule z najlepszych tajlandzkich materiałów. Oczywiście najtaniej w świecie. Błagam, ja z tego żyję, pomóż mi, wejdź tam przynajmniej na dziesięć minut – poprosił. Garniturów, które mam, starczy mi pewnie do końca życia i jeszcze można będzie w nich chodzić, bo od małego szanuję ubrania, smokingów nie używam, ale jak tu nie wyjść człowiekowi w potrzebie naprzeciw. Było, jak na tanich wycieczkach u tureckich szwagrów. Gostek w wytwornym garniturze dusił mnie prawie godzinę, żebym zdecydował się na jakieś zamówienie; jak magik wyciągał zewsząd bele najprzedniejszych materiałów, kazał dotykać, jakie są miękkiej, ugodowo redukował ceny, jak słabłem podawał kolejny, plastikowy kubek z zimną wodą, ale kiedy po raz setny powiedziałem, że się zastanowię, zrezygnowany zwolnił mnie i pozwolił wyjść. I tak wiem, że pan nie przyjdzie – powiedział proroczo na do widzenia.

tajl2-2Aby mój kierowca nie stracił jednak zupełnie wiary w białego człowieka, dałem mu się zawieźć do większego biura turystycznego, bo tym razem ja miałem w tym swój interes, a na zakończenie kursu zamiast dwudziestaka dostał 50 bathów. W biurze znalazłem i zarezerwowałem w miarę tani i jak się później okazało całkiem przyzwoity hotel w kurorcie Pattayi oraz przewóz na 25 grudnia. Przy okazji zręczny agent sprzedał mi wycieczkę do starej, tajskiej stolicy Ayutthaya i letniej, królewskiej rezydencji Bang Pa In, o której opowiem w następnym odcinku. Odwiózł wiózł mnie prawie pod sam Bed&Butler, w którym już trwały przygotowania do Świąt Bożego Narodzenia. Nazajutrz zapisałem się na wycieczkę, a pojutrze była Wigilia. Sharp kupił z tej okazji na jakimś bazarze sztuczną choinkę i właśnie ją stawiali z Daarem przed wejściem do hostelu. Jup, dziewczyna Sharpa, z dużym wdziękiem tym dyrygowała, pracowała w tajskiej CSI, policji kryminalnej, więc drzewko musiało stać, jak należy. Sharp był ateistą, Daar buddystą, a Jup nie wiem, ale chcieli stworzyć swoim gościom przynajmniej jakąś namiastkę świąt. W związku z tym już od samego rana w hostelu było bardzo muzycznie – kolędowo, a ja właśnie tego chciałem uniknąć.

W Bangkoku jest katolicka, renesansowa katedra p.w. Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny, którą w 1984 r. nawiedził papież Jan Paweł II, w czasie pielgrzymki do Tajlandii. W Wigilię, późnym popołudniem jadę tam, żeby pokłonić się swojemu nowonarodzonemu Panu, nie mogę inaczej. Kilku rykszarzy odmawia kursu, mówią, że to niedaleko, ale droga jest trudna, trzeba się mocno nakręcić, w końcu któryś się decyduje, za 200 bathów. Tłok na ulicach jest tego dnia jeszcze większy niż zwykle, w głównej hali sportowej miasta mają się odbyć wieczorem ważne walki w thaibox, tajlandzkim sporcie narodowym, więc wielu chce je obejrzeć na żywo. Pasterka zaczyna się o 17.00, powinniśmy zdążyć, rykszarz pyta, czy jestem katolikiem, ja potakuję. A on – mówi – baptysta i pokazuje na religijny obrazek, umieszczony nad kierownicą, którego nie dostrzegłem do tej pory. Tośmy bracia chrześcijanie – kwituję. Pasterka już się rozpoczęła, siadam na zewnątrz katedry, na jednym z wolnych krzeseł, we wnętrzu komplet wiernych. Wejście do świątyni udekorowane jest girlandami pięknych, tropikalnych kwiatów, uroczystą mszę celebrują tajlandzcy duchowni, w języku angielskim. Na zewnątrz są telebimy, więc widzimy i słyszymy przebieg nabożeństwa. Wierni w eleganckich, przewiewnych kreacjach, temperatura w cieniu dochodzi dzisiaj do plus 38 stopni, taka jest tajlandzka zima. Wśród zgromadzonych na Pasterce widać ludzi o europejskich rysach twarzy, jest sporo rodzin z białym tatą, tajską mamą i kolorowymi dziećmi.

Na przekażcie sobie znak pokoju wierni zwracają się do siebie, z dłońmi złożonymi po buddyjsku na wysokości piersi i wzajemnie się sobie kłaniają. Jest to radosna Pasterka, główny celebrans przed końcowym błogosławieństwem pozwala sobie na żartobliwy ton, który wierni kwitują śmiechem, ale kiedy intonuje Silent Night, przestaję sam przed sobą udawać twardziela. Wydaje mi się, że stoję pod polską choinką, nie udało mi się więc przed nią uciec.

Rozmowy zimą o życiu i świecie

Nasz autor co roku jeździ na narty, a ja od jakiegoś czasu publikuję tu jego zimowe relacje i refleksje (TU, TU)

nauders2017-4

RD

hallo,

pozdrowienia z urlopu, po urlopie.

w austrii na nartach. po raz 31 w tej samej miejscowości, w tym samym pensjonacie, w tym samym apartamencie (nr 7).

przed naszym przyjazdem do nauders, na drodze łączącej tę wioskę z austrią, zeszła kamienna lawina i musieliśmy tam jechać przez szwajcarię.

na granicy szwajcarskiej przywitał nas na czarno ubrany ludzik z ogromnym karabinem maszynowym przewieszonym przez piersi. chciał nas od razu zaaresztować lub przynajmniej rozstrzelać. rzucił się do auta aby znaleźć jakąś bombę lub granaty co umożliwiło by mu wykonanie powyższego. (w tym czasie w pobliskim davos odbywał się spęd światowych macherów wszechświata). gdy zobaczył we wnętrzu auta nasze narty przepuścił nas bez dalszej kontroli. (tu wskazówka dla terrorystów – udawać narciarzy.)

nauders leży na wysokości 1.400 m. szrenica kolo szklarskiej poręby, z której, mieszkając w polsce, wraz z g. szusowaliśmy na nartach, ma tylko 1.360 metrów. w nauders jedzie się gondolą na wysokość 2.200 metrów (trwa to 15 minut), a później można jechać w dół, lub innymi wyciągami na wysokości 2.600. 2.700 oraz 2.850 (dwa razy wyżej niż szrenica).

nauders2017jednak te lata na szrenicy (koniec sześćdziesiątych, początek siedemdziesiątych) wspominam do dzisiaj z nutką roztkliwienia i nostalgii.
jako młody student waletowałem na obozach narciarskich, spałem na materacu dmuchanym w śpiworze na korytarzu schroniska na szrenicy i odżywiałem się “na sępa”, czyli tym co zostało w kuchni.
ha … to były czasy. byliśmy młodzi, mieliśmy kondycję, nie miewaliśmy kaca i mogliśmy trzy razy dziennie…

teraz z g. wypijaliśmy w nauders dziennie litr mleka na osobę, prosto od krowy, kupowanego codziennie u znajomych rolników.
ale było także piwo czeskie i austriackie, wina francuskie, polskie wino miodowe oraz austriacka wódka 35% z szyszek limby.
teraz nasze zawiasy “kwiczą” i skrzypią, i mogliśmy już tylko raz dziennie…
za 40 – 50 lat to i nauders będziemy wspominać z nostalgią.

nauders2017-3

podczas tej 15-minutowej jazdy gondolą, jako socjolog amator, miewałem wielce interesujące rozmowy:

– dwie studentki z finlandii – o finlandii – gdzie jeszcze nigdy nie byłem,

– małżeństwo z ukrainy – o kryzysie na ukrainie, oraz jak sobie radzą z niemieckim – nie znają, z angielskim – nie znają, no ale jakoś trafili aż do austrii,

– słowak z synem – milczał jak zaklęty, może mu polak odbił żonę,

– dwie dzierlatki z lublina – o pierdołach,

– małżeństwo (40 letnie) z warszawy – całkowite “desinteresse” do polityki,

– dwie pary małżeńskie piechurów z belgii (dziadków i babć w moim wieku) – żartowaliśmy i śmieliśmy się całe 15 minut, ja na początku rozmowy pochwaliłem liczne gatunki belgijskich piw i ogromną ilość knajp i piwiarni tamże, moja uwaga została przyjęta z dumą, gdy (z jakichś technicznych powodów) gondola zatrzymała się na moment, belgowie zagrozili mi, że jak to dłużej potrwa to zostanę zjedzony, ja zaoponowałem proponując, że zjemy najgrubszego,

– 78 letni dziadeczek z niemiec (obiecująca perspektywa) – gdy go spytałem jak mu idzie jeżdżenie na nartach, dziadeczek odpowiedział: ja już jestem w tym wieku, że nie muszę zdobywać żadnych sportowych sprawności, a wieczorem nie muszę się nikomu tłumaczyć ile razy i jak szybko zjeżdżałem, a żona?, ona już tylko spaceruje,

nauders2017-1

– młoda dziewczyna z austrii z dwójką dzieci – przedstawiłem się tym dzieciom jako mikołaj, który jest teraz na urlopie i zgolił dla niepoznaki brodę, następnie spytałem, jak się nazywają (johannes i mathilde) i ile mają lat (chłopiec pokazał 3 palce a dziewczynka 4), spytałem też, kim chcą być w przyszłości jak dorosną, chłopiec bez zastanowienia odpowiedział rolnikiem, a dziewczynka nie wiedziała. na moje konkretne zapytania: weterynariuszką, gospodynią domową, walczącą feministką; odpowiadała konsekwentnie nein. zaapelowałem do dzieci aby cały rok były grzeczne, to przyjdę do nich w grudniu z prezentami. obiecały mi to skwapliwie. ich mama uśmiechała się cały czas,

– młody 25 letni student z ju-es-ej (!!!) – jechaliśmy tylko we dwóch, miał na plecach przewieszoną amerykańską flagę (tak na oko – 70 cm x 150 cm), która powiewała mu później jak skrzydła u “batmana”, zabawna rozmowa: on student chemii – “tramp is krejzi”, o polskim nazwisku (jego przodkowie wyemigrowali w XVIII wieku z polskich terenów i pracowali w hucie szkła), podzielił i zaplanował swoje życie w przedziałach co 25 lat, po studiach chce iść na zawodowca do wojska, moją ironiczną uwagę “i produkować gazy bojowe” odebrał nie jako żart, a jako konstruktywną propozycję

– oraz wiele, wiele innych rozmów, ale już bardziej banalnych i zdawkowych.

no to, miejmy nadzieję, do następnego roku w nauders.

g.& r.

nauders2017-2

Zimą o zimach

Roman Brodowski

W tym roku zima jest wyjątkowo mroźna. Tak przynajmniej twierdzą synoptycy informujący nas o pogodzie. Miejscami (powiadają) temperatura spada nocą do minus dziesięciu stopni, a i w dzień utrzymuje się poniżej zera.

I co w tym dziwnego? Tak właśnie powinno być, bo zgodnie z prawem natury w naszej przestrzeni geograficznej okres zimowy to czas mrozu i śniegu. Taka pogoda ziemi, zwierzętom i ludziom przynosi więcej korzyści aniżeli strat. Z jednej strony ziemia pod śnieżnym przykryciem odpoczywa, regeneruje siły na kolejny płodny rok, z drugiej zaś mróz w sposób jak najbardziej naturalny redukuje nadmiar owadów, złożonych przez nich jesienią jaj oraz wszelakich groźnych dla zdrowia i przyrody pasożytów.

Niestety globalne ocieplenie, związane (także) z przemysłową dzialnością człowieka, negatywnie wpływa na atmosferę, zakłócając cykliczne następstwo pór roku.

Dzisiaj ze świecą szukać wśród młodzieży kogoś, kto mógł by opisać z autopsji, jak wygląda przedwiośnie czy też przedzimie. Niestety obecnie takie zjawiska atmosferyczno-astronomiczne w strefie naszego, umiarkowanego, klimatu, praktycznie są już niezauważalne.

Wiosna zlewa się z latem, lato z jesienią, a i zima coraz częściej bardziej przypomina deszczową, szarą jesień.

Zimy jakie pamiętam, zwłaszcza te z okresu mojego dzieciństwa, zawsze były i mroźne i śnieżne. Temperatura, począwszy od trzeciej dekady grudnia, a na pierwszej dekadzie marca skończywszy, w nocy rzadko kiedy była wyższa niż 10° poniżej zera, a bywało (i nie było to niczym nadzwyczajnym), że spadała do minus dwudziestu i więcej. Śnieg natomiast, jak poprószył w okresie wigilijnym, tak (zazwyczaj) pokrywał ziemię do końca lutego lub początku marca. Bywało, że w związku z niską temperaturą, odwoływano zajęcia w szkołach. Zgodnie z zaleceniem kuratora oświaty zamykano szkoły, gdy temperatura powietrza przez trzy dni utrzymywała się na poziomie – 15°C.

Z początkiem marca jak w zegarku, bez większego opóźnienia następowało wybudzanie się przyrody. Spod śniegu wychodziły zwiastuny przedwiośnia – krokusy, przebiśniegi, zawilce. Na wierzbach pojawiały się bazie, a w rzekach, potokach i na stawach topniała kra. Życie w przyrodzie powoli wracało do wiosennej normy.

Tak, tamte zimy były nieporównywalnie mroźniejsze niż tegoroczna.

Doskonale pamiętam tę w moim życiu najcięższą, zwaną „zimą stulecia”.

Polarny mróz zaatakował Polskę na przełomie 1978 i 1979 roku. To dziwne, ale tamte święta, święta Bożego Narodzenia nie zapowiadały niczego szczególnego. Ba, temperatura utrzymywała się w zimowej, grudniowej normie. Gwałtowny spadek temperatury nastąpił dopiero w nocy z 27 na 28 grudnia. Od północy nadszedł arktyczny front atmosferyczny sprowadzając masy zimnego powietrza. Deszcz zaczął przechodzić w śnieg, a gwałtowny wiatr powodował zaspy. W ciągu trzech dni mróz ogarnął cały kraj. Kilkudniowe, intensywne opady opady śniegu sparaliżowały komunikację. Na wielu odcinkach dróg kolejowych pękały szyny a na torach pojawiły się sięgające półtora metra śnieżne zaspy. Dodatkowo zawieje spowodowane przez silny, arktyczny wiatr utrudniały normalne funkcjonowanie społeczeństwa.

Ze wzgędu na utrudnienia w prawidłowym funkcjonowaniu państwa wprowadzono stan klęski żywiołowej. Temperatura powietrza w wielu miejscach osiągnęła wartości syberyjskie, w Białymstoku i Suwałkach zanotowano − 36 °C.

Zamknięto większość szkół, kin, teatrów i muzeów. Wstrzymywano lub ograniczano produkcję w fabrykach, tak z powodu braku energii elektrycznej, paliw i ciepła, jak i dlatego że wielu pracowników nie mogło dojechać do pracy. Codziennie na wiele godzin wyłączano prąd. Zaopatrzenie sklepów, które nawet przy sprzyjającej pogodzie było marne, zostało jeszcze bardziej ograniczone, tak że brakowało podstawowych artykułów. Składy opału oblegane były przez tłumy ludzi chcących kupić cokolwiek nadającego się do ogrzewania mieszkań, nawet niskokaloryczny miał węglowy..

Mieszkańcy zasypanych miast i wsi z pomocą wojska odśnieżali ulice chodniki, torowiska. Wszędzie widać było wysokie, białe zaspy śnieżne

Stare, polskie przysłowie, że „ gdy święta po wodzie, to nowy rok po lodzie” w tym przypadku spełniło się w stu procentach.

Przy okazji spełniło się także i inne, a mianowicie to, że „ przyjaciół poznaje się w biedzie”. Tak ,w tamtym dramatycznym dla wielu z nas czasie, pomagaliśmy sobie bezinteresownie, począwszy od naszego najbiższego kręgu przyjaciół, a na wspólnocie narodowej skończywszy.

W wyniku zagrożeń, jakie niosła ze sobą aura, potrafiliśmy się zjednoczyć, by przetrwać ciężkie dla nas chwile. Pamiętam, że na przystankach autobusowych, peronach oraz miejscach publicznie ogólnodostępnych poustawiano koksowniki – metalowe kosze z płonącym koksem, dla tych, którym doskwierał mróz. W wydzielonych miejscach (tak przynajmniej było w Bytomiu) stały tzw. garkuchnie z gorącą herbatą dla każdego, kto o nią poprosił. Dyrektor naszej kopalni, w której właśnie podjąłem pracę, wydelegował kilkadziesiąt osób do pomocy dla miasta przy odśnieżaniu ulic, usuwaniu częstych , spowodowanych przez mróz awarii ciepłowniczych czy też rozbijaniu w wagonach zamarzniętego węgla, przeznaczonego dla potrzeb społecznych. W całej Polsce setki zakładów pracy delegowały swoich pracowników dla potrzeb sztabów kryzysowych utworzonych na terenie wszystkich miast wojewódzkich. Pamiętam, że dział socjalny naszej kopalni wyasygnował kilka ton ziemniaków i jabłek dla swoich byłych pracowników, będących już na emeryturach. Wiem, bo sam wraz z innymi górnikami, rozwoziłem te produkty po domach.

Widziałem wielu żołnierzy, milicjantów, a nawet więźniów, pomagających przy usuwaniu skutków zimy. Pracowali mimo trzaskającego mrozu w miejscach, które wymagały ludzkiej siły, pomagając „innym” przetrwać ten ciężki okres, Ci „inni” zaś często podchodzili do nich, nie tylko z dobrym słowem, ale i z ciepłą strawą.

Tak, zimy w tamtym okresie były naprawdę długie, mroźne i śnieżne.

Jednak, tak jak to było podczas „zimy stulecia”, taka zima jednoczyła naród. W tamtej cholernej, komunistycznej rzeczywistości potrafiliśmy być dla siebie jedną, narodową rodziną.

Dodam może jeszcze, że podczas tamtej zimy, zmarzło na śmierć oficjalnie 18 do 25 0sób, nieoficjalnie – 45. W obecnych czasach natomiast, podczas nieporównywalnie łagodniejszych zim, umiera z wyziębienia około 150 biednych dusz.

Tak, w tej podłej komunie każdy musiał pracować i mieszkać, a eksmisje były zakazane, chyba że z zamianą na inny, zastępczy lokal. Dzisiaj natomiast, w naszym kapitalistyczno-demokratycznym raju, każdy może wyeksmitować ( a więc po prostu wyrzucić na bruk) każdego. Dlatego mamy obecnie w Polsce około 60 – 70 tysięcy bezdomnych. A ilu naszych rodaków, nie mających warunków do egzystencji w Ojczyźnie, żyje pod mostami Europy.

Zapraszam do Berlina.

Poszukiwany autor, tytuł, książka

Ewa Maria Slaska

Ktokolwiek czytał…

Opowiem wam treść pewnej książki, którą czytałam całkiem niedawno i której nie mogę znaleźć ani w domu, ani w bibliotekach, bo zapomniałam jaki był tytuł, kto ją napisał, a nawet, o zgrozo!, w jakim języku ją czytałam. W rachubę wchodzą trzy podstawowe języki – polski, angielski, niemiecki.

Jeśli z tego, co napiszę, rozpoznacie tę powieść, zawiadomcie mnie. Będzie nagroda. Już dwa razy zrobiłam taki eksperyment i za każdym razem czytelniczki pomogły mi odkryć zagubioną w odmętach pamięci publikację. Była to historia Janusza Stanny’ego, o królu który jeździł na rowerze (Baśń o królu Dardanelu) i Konszachty ze smokami Patricii C. Wrede.

Tym razem na szczęście pamiętam całkiem nieźle, o co chodziło w powieści. Zacznijmy od spraw ogólnych. Książka jest dość gruba, ale niezbyt wielka, ma pewnie z 600 stron. Dzieje się w Nowym Jorku, a jej akcja toczy się przez co najmniej 20 lat i kończy plus minus współcześnie.

Pisze ją jeden z bohaterów opowieści jako stary i chory człowiek. Asumpt do opowiedzenia całej historii dają listy jednej z bohaterek, znalezione przez narratora w jakiejś książce. Listów było pięć, ostatni zadecydował o wielu sprawach.

Powieść to dzieje dwóch zaprzyjaźnionych rodzin. Z jednej strony narrator, znany i uznany krytyk sztuki, jego żona, też naukowiec, zajmująca się chyba feminizmem w literaturze (albo coś w tym rodzaju). Drugą parą są malarz, gdy opowieść się zaczyna, biedny, i jego żona, poetka o bladej skórze i jasnych prostych włosach. Malarz jest bujną osobowością, jest duży, ma gęste czarne loki, wielkie ręce. Obie pary mają synów, mniej więcej w tym samym wieku. Dość wcześnie w historii obu rodzin ma miejsce przeprowadzka do tej samej kamienicy. Narrator mieszka na dole, malarz na górze. Przedtem malarz mieszka w pracowni, którą zachowuje nadal jako atelier.

Historia zaczyna się, gdy krytyk postanawia kupić obraz malarza. Obraz przedstawia jasno oświetlone puste wnętrze jakiego pomieszczenia. Na pierwszym planie, blisko widza, leży kobieta, ubrana w podkoszulkę i slipki, która bawi się małym autkiem (jeśli dobrze pamiętam – żółtą nowojorską taksówką). Nad kobietą pochyla się cień mężczyzny. W głębi widać piętę i kawałek łydki kobiety, która wychodzi.

Jak się potem okaże, jest to obraz o własnym życiu malarza. Kobieta leżąca na podłodze to zakochana w nim modelka. Mężczyzna, który rzuca cień – to on sam. Wychodząca kobieta – to żona poetka. I tak się też dzieje naprawdę. Modelka wysyła do malarza pięć listów miłosnych, po piątym artysta porzuca żonę i wyprowadza się do pracowni, gdzie wprowadza się do niego kochanka.

Pozostawiona z synem poetka nie radzi sobie z obowiązkami macierzyńskimi, przez jakiś czas próbuje, ale w końcu wyprowadza się, a do mieszkania wraca ojciec-malarz i jego kochanka. Obie rodziny żyją ze sobą bardzo blisko, gdy chłopcy podrastają, przez kilka lat wszyscy razem wyjeżdżają na wspólne wakacje do domu nad jeziorem.

Joseph Cornell, Untitled (Dieppe) c. 1958, Museum of Modern Art, (New York City)

Ważną częścią książki są szczegółowe opisy obrazów, które tworzy malarz. Powstają seriami i są coraz surowszą krytyką społeczeństwa i jego skrzętnie skrywanych traum. Jedna z serii to bajki, przetworzone w okrutne opowieści o przemocy. Te prace przypominają pudełka Josepha Cornella, ale nie są dekoracyjne, przeciwnie są surowe jak niektóre takie obiekty Roberta Rauschenberga, czasem wielkie, czasem z kolei wręcz miniaturowe, a wypełniają je coraz dziwniejsze przedmioty. Oczywiście powieść nie ma ilustracji, ale opisy są tak sugestywne, że można sobie wyrobić zdanie o twórczości malarza. Mnie się ta sztuka podoba. Narrator kilkakrotnie w trakcie powieści zostaje obarczony zadaniem napisania pracy o dziełach malarza.

Robert Rauschenberg, Canyon, 1959, Assemblage: oil, housepaint, pencil, paper, fabric, metal, buttons, nails, cardboard, printed paper, photographs, wood, paint tubes, mirror string, pillow & bald eagle on canvas, Museum of Modern Art, New York

Malarz zdobywa coraz większe uznanie i jest coraz zamożniejszy. Także poetka zdobywa w kręgu odbiorców spore powodzenie. Modelka studiuje psychologię i pracuje nakowo.

Któregoś lata, gdy chłopcy mają bodajże mniej więcej 12 lat, postanawiają wspólnie, że chcą część wakacji spędzić wspólnie z rodzicami w domu letnim, ale chcą też po raz pierwszy pojechać bez rodziców na obóz sportów wodnych. Na obozie syn narratora ginie w wypadku na łódce.

Życie obu rodzin zaczyna się rozpadać. Żona narratora przyjmuje pracę wykładowczyni w innym mieście i nigdy już nie wróci do męża. Syn malarza i poetki zaczyna dziczeć, kraść, kłamać. Pojawiają się narkotyki, perwersyjne doświadczenia seksualne, złe towarzystwo, wreszcie przestępstwo. Przybrana matka i ojciec nie dają sobie z nim rady, również matka poetka nie potrafi okiełznać rozhulanego chłopaka. Jedyną osobą, która przez jakiś czas ma na chłopaka jakiś wpływ, jest narrator, ale i on zostanie wykorzystany przez chłopca, po czym rozgoryczony narrator odmawia nad nim dalszej opieki.

Chłopiec się stacza i wreszcie znika, obie matki wyjechały, malarz umiera, pozostają tylko narrator i modelka, w której narrator jest od dawna śmiertelnie zakochany. Narrator jest chory i niedołężny. Modelka znika z jego życia. Jest sam i znalazł listy modelki do malarza…

Koniec.

W “Skrzydłach” o logice, kotach i innych sprawach

logika-iluKto by pomyślał, że kot, harcerstwo, Sokrates i tolerancja zmieszczą się pod wspólnymi skrzydłami.

Zachowana pisownia oryginału.

Karolina Lubliner-Mianowska (Bukowa Jagoda)

Logiczne rozważania pozjazdowe

Zanim zaczniemy zastanawiać się nad wynikami Walnego Zjazdu, pozwólcie mi przypomnieć parę zasad logiki, gdyż jest to wiedza, z którą naogół należy być w zgodzie. Każdy rzeczownik jest to, mówiąc logicznie, termin, czyli nazwa, która oznacza coś istniejącego, Każda taka nazwa posiada swoją treść i swój zakres. Cóż to znaczy? Treść terminu jest to ogół cech które posiada objekt tym terminem oznaczony. Zakres terminu jest to wszystko, co może być tym terminem nazwane, inaczej mówiąc, objęte. Dla wyjaśnienia weźmy za przykład wyraz ,,kot”. W treści tego terminu mieści się to, że jest to zwierzę ssące, drapieżne, z rodziny kotów, hodowane po domach, okryte miękką szerścią, o wypukłych oczach z pionową źrenicą, słowem, zespół cech, który tyczy się każdego bez wyjątku kota. W zakresie tego terminu mieszczą się wszystkie możliwe koty z całego świata.

Istnieje ciekawa zależność między treścią a zakresem terminu. Sprobójmy rozszerzyć treść terminu, czyli dodać do niej jeszcze jakieś określenie, naprzykład powiedzmy „biały kot“ (dorzućmy ,,białość“ do poprzedniej treści kota). Natychmiast usuwają się z zakresu terminu „kot” wszystkie koty szare, czarne, bure i łaciate, a zostają tylko białe. Zakres terminu zmniejszył się znacznie. Dorzucam nowe określenie: „dorosły” do terminu „biały kot” i z poprzedniego zakresu piskiem uciekają mniejsze i większe kocięta. Dodaję jeszcze: „który żyje w Polsce”. Zakres zmniejszył się tak bardzo, że od biedy Główny Urząd Statystyczny mógłby nam powiedzieć ściśle, ile jest takich kotów. Jedynie wtedy, gdy nowe określenie nie dodaje istotnej cechy do treści terminu, lecz jest tylko powtórzeniem dawnych, zakres może pozostać nie zmieniony.

https://ewamaria.blog/wp-content/uploads/2015/02/kotzesrodborowa1.jpg

Karusia w latach 30 z kotką Gryzeldą / Gryzelda – niewykluczone, że gdy Karusia pisała ten tekst, Gryzelda siedziała jej na kolanach i dlatego przykładem logicznego definiowania stał się kot 🙂

To niezmienne prawo logiczne zastosować można do wszystkiego, co istnieje i do wszystkiego, o czem myślimy.

Już antyczny mędrzec, Sokrates, wiedział, jak niezmiernie trudno jest dać ścisłą definicje jakiego bądź pojęcia, lub nawet realnie istniejącej rzeczy. Bo taka definicja musi mieć i treść i zakres dokładnie taki, jak to co chcemy zdefiniować, czyli określić. Kto ma ochotę, niech się zabawi w definicję choćby tak prostego obiektu jak stół, a zobaczy jak to trudno. Mnie szkoda na to czasu, bo muszę te logiczne rozważania przymierzyć do spraw zjazdowych.

Wielu działaczom harcerskim od lat już odbiera spokój brak ścisłej definicji harcerstwa. Dlatego też na każdym zjeździe. dostajemy do przegłosowania nowe jakieś określenie, które ma poprzednie definicje wesprzeć, a mimo to definicji odpowiadającej prawdzie jakoś nie widać. Zadanie istotnie jest bardzo trudne. Bo tworzyć nowy związek to nic łatwiejszego, określi się słowami pewną treść, a wtedy członkami związku będą ci tylko, których obejmie zakres podanego pojęcia.

Ale dziś sprawa jest trudniejsza. Harcerstwo posiada pewien zakres, bo obejmuje liczne rzesze młodzieży ożywionej ideą harcerstwa i pewną ilość ludzi dorosłych, współpracujących z tą młodzieżą. Każdy więc, kto chce tworzyć definicję harcerstwa, musi dbać o to, żeby i treść i zakres tej definicji odpowiadały istniejącemu stanowi rzeczy. Słyszymy także i o tem, że wartoby rozszerzyć zakres działania harcerstwa. Mówią nam: „weźcie w swoje szeregi młodzież robotniczą, nie zapominajcie i o wsi”. „Dobrze, powiadamy, ale nie zdołamy rozszerzyć swego zakresu, jeśli równocześnie zwolennicy definicji harcerstwa będą ścieśniali ten zakres przez dodawanie nowych określeń do tej definicji.

Naprzykład, proponuje ktoś definicję: „Harcerstwo jest związkiem polskiej młodzieży chrześcijańskiej”. Piękna definicja, powie Komendantka Chorągwi Wileńskiej, ale co ja zrobię z litwinkami, które należą do polskich drużyn w Wilnie, co pocznę z karaimkami w Trockiej drużynie? Biedaczki, przez nadmierny zapał do tworzenia definicji, znaleźć się mają teraz poza zakresem Związku! Nie chcę już mnożyć przykładów tych “definicyjnych” kłopotów, spotyka się z niemi niewątpliwie każda chorągiew. Zwłaszcza, że zwolennicy definicji nie mówią nam, czy w każdym przypadku patrzeć mamy w metrykę dziecka, czy w jego duszę…

O tę sprawę najbardziej zasadniczą nikt się na Zjeździe Walnym nie troszczył. I nic dziwnego, bo stosunek instruktorów do tego, co się dzieje na zjazdach jest więcej niż obojętny. “Cóż mi za różnica, uchwalić to, czy owo – ja swojej pracy od tego nie zmienię”. Czasem tylko na komisjach w szczuplejszem gronie padają zdania, wyjaśnienia, argumenty.

Na plenum wszystkie zdania zostają głęboko ukryte, panuje nastrój, który mówi dobitnie, że zabierać głosu i tak nie warto, że głosowanie jest formalnością, lub wyrazem owczego pędu, a nie wyrazem zrozumienia danego zagadnienia. Nie pierwszy to raz przeżyliśmy zjazd w takim nastroju, ale mamy nadzieję, że nieodwołalnie ostatni! lnstruktorki nieobyte jeszcze z praktykami zjazdowemi odnosiły wrażenie, że na zjeździe dzieje się coś „poza nami” – poza organizacją, poza gronami instruktorskiem. Nie było to tylko bezpodstawne wrażenie: wnioski definicyjne nie są wyrazem woli ogółu, ani nawet większości instruktorskiej. Bo ci, którzy pracują czynnie z młodzieżą, nie mogą dążyć do obwarowania tej pracy szańcami statutów, regulaminów i definicyj. Nam pracuje się lepiej bez definicji, która może nam ręce wiązać, nam nie potrzebny jest szyld, ani nalepka oznaczająca treść harcerstwa, bo treść tę mamy w sobie, w naszej pracy.

Jasnem jest dla nas, że giętkość ram organizacji, swoboda działania, a co ważniejsze, swoboda myślenia wewnątrz niej, jest nieodzownym warunkiem podniesienia wartości pracy. Bo nie trzeba dowodzić, że poziom pracy najbardziej zależy od jakości doboru grona instruktorskiego. Ale często zapomina się o tem, że jednostki wybitne, z silną indywidualnością, ceniące wolność osobistą swoich myśli, nie znoszą więzów definicji. Razi je przygniatający naszą ideologję ciężar wyrazów, których treść nie jest jednoznaczna i odchodzą wtedy od nas, żeby bezimiennie służyć idei harcerskiej na innych placówkach. Sam fakt przechodzenia sił instruktorskich do innych środowisk, jest zjawiskiem dodatniem i opierać mu się nie należy, ale nie wolno pozwolić, by te opuszczały nas dlatego, że w harcerstwie zrobiło się dla nich za ciasno.

Stoimy w przededniu tworzenia nowego statutu Związku. Dlatego narzuca się nieodparcie wezwanie do tych, którzy go będą współtworzyli: określcie treść związku tak niewielką liczbą wyrazów, żeby się w nim pomieściła przynajmniej ta młodzież, którą mamy dziś w drużynach, jeśli zawcześnie jeszcze na szersze otwarcie bram.

Sally i Golly czyli śniadania dziewczyn

Ewa Maria Slaska

Są podobne do siebie, ale dopiero przygotowując ten wpis dowiedziałam się, że było tak naprawdę i że Truman Capote pisząc Śniadanie u Tifanny’ego wzorował się na Pożegnaniu z Berlinem Cristophera Isherwooda. Oba opowiadania łączy nie tylko postać młodej, szalonej i seksownej dziewczyny, która się szlaja po nocnych klubach, nie ma pieniędzy, żyje z naciągania mężczyzn i zamierza bogato wyjść za mąż bądź zrobić karierę. W obu narratorem jest młody nieznany pisarz, zakochany po uszy w owej młodej pannie, który nie ma żadnej szansy. W obu wreszcie pojawia się w tytule śniadanie, którego nie ma. Sally jest o pokolenie starsza, przyjechała z angielskiej prowincji i mieszka w Berlinie w latach 30. Holly uciekła z Texasu do Nowego Jorku w 10 lat później. Jest też polski odpowiednik takiej panny i takiego opowiadania – Józef Hen, Mgiełka. To też opowieść o młodej dziewczynie z prowincji, z Białegostoku, która w późnych latach 60 w Warszawie zadaje się z pisarzem. Tyle, że pisarz jest tu stary, i to on daje pannie pieniądze, a panna jak obie jej poprzedniczki, pojawia się, znika, obiecuje, nie dotrzymuje… Niestety nie znalazłam powieści na półce (choć wiem, że jest mała i ma białą okładkę, więc łatwo jej szukać), nie wiem więc, czy i panna Mgiełka je śniadanie, którego nie ma. Pisarz w każdym razie – zakochany.

Śniadanie Sally Bowles

Do pokoju przyczłapała Frau Karpf z dwiema filiżankami kawy na zaśniedziałej metalowej tacy.
— Och, Frau Karpf, Liebling, wie wunderbar von Dich!
— Co ciebie trzyma w tym domu? — zapytałem po odejściu gospodyni. — Na pewno znalazłabyś sobie o wiele milszy pokój.

— Tak, zapewne.
— No to dlaczego się nie przeprowadzisz?
— A bo ja wiem? Chyba z lenistwa.— Ile tu płacisz?
— Osiemdziesiąt marek miesięcznie.
— Ze śniadaniem? — Nie… chyba nie.
—Jak to chyba — zagrzmiałem. — Przecież chyba wiesz dokładnie.
Sally przyjęła to potulnie.
— Tak, pewnie głupio mówię, ale widzisz, ja płacę tej poczciwinie tylko, jak mi wpadnie trochę forsy, więc dość trudno to wszystko wyliczyć co do grosza.
— Ale na miłość boską, Sally, ja płacę tylko pięćdziesiąt razem ze śniadaniem, a o ileż mój pokój jest ładniejszy!
Sally przytaknęła…

Śniadanie Holly Golightly

— Chcę być sobą, kiedy któregoś pięknego ranka wstanę i zjem śniadanie u Tiffany’ego. Nie masz kieliszka. — Nagle zwróciła uwagę na moje puste dłonie. — Rusty! Przynieś mojemu przyjacielowi drinka! Wciąż tuliła do siebie kota.
— Biedny przybłęda — powiedziała, głaszcząc go po łebku. — Biedny bezimienny
przybłęda. To trochę uciążliwe, że nie ma imienia. Ale nie mam prawa dawać mu imienia, musi poczekać, aż będzie do kogoś należał. My dwoje po prostu spotkaliśmy się kiedyś nad rzeką i wcale do siebie nie należymy. On jest zupełnie niezależny i ja też. Nie chcę niczego mieć, dopóki nie znajdę takiego miejsca, w którym ja i otoczenie będziemy do siebie pasować. Nie wiem jeszcze, gdzie to jest, ale wiem, jak tam będzie. — Uśmiechnęła się i postawiła kota na podłodze. — Jak u Tiffany’ego. Biżuterię mam gdzieś. Brylanty – owszem, owszem. Ale noszenie ich przed czterdziestką to bezguście, a nawet potem trzeba z nimi uważać. Tylko na starszych paniach wyglądają naprawdę dobrze. Taka Maria Ouspenska – tylko zmarszczki i kości, siwe włosy i brylanty. Też chciałabym kiedyś tak wyglądać. Ale nie dlatego mam fioła na punkcie Tiffany’ego. Wiesz, jak to jest, kiedy ma się prawdziwe doły?
— Chodzi ci o chandrę?
— Nie — odparła powoli. — Chandrę masz, kiedy pada, albo kiedy przytyjesz parę kilo.
Jesteś po prostu przygnębiony i tyle. Prawdziwe doły to coś strasznego. Czujesz lęk, zlewa cię zimny pot i nie wiesz nawet, czego się boisz. Wiesz, że zaraz zdarzy się coś strasznego, ale nie wiesz co. Miewasz takie uczucie?
— Dosyć często. Niemcy nazywają to angst.
— Angst? Może być. Jak sobie z tym radzisz?
— Zwykle pomaga mi drink.
— Próbowałam tego. Próbowałam też aspiryny. Rusty uważa, że powinnam palić marihuanę, paliłam ją nawet przez jakiś czas, ale miałam po niej tylko głupawkę. Wreszcie odkryłam, co mi najbardziej pomaga: muszę wsiąść do taksówki i pojechać do Tiffany’ego. Tam od razu się uspokajam, to takie ciche i dostojne miejsce. U Tiffany’ego nic ci nie grozi, nie ze strony tych uprzejmych sprzedawców w eleganckich garniturach i cudownego zapachu srebra i portfeli z wężowej skóry. Jeśli uda mi się znaleźć miejsce, gdzie będę się czuła jak u Tiffany’ego, kupię meble i nadam kotu imię.

Tajemnicza opera Barataria (piraci) (3)

Ewa Maria Slaska

Barataria, opera (1) i piraci

Gdy przez dwa poprzednie tygodnie szukałam Baratarii Cervantesa i Lipki, znalazłam kilka innych miejsc, noszących tę samą nazwę. Ponieważ (póki co) “moja” Barataria jest mocno osadzona między muzyką a literaturą, zaczynam od mariażu obu tych sztuk. Opera Barataria Jesusa Garcii Leoza.

Niestety z góry uprzedzam, że nie udało mi się znaleźć muzyki do Baratarii. Posłuchajmy więc innego utworu tego kompozytora – Lamento de Embrujo (Lament z filmu Czar, reż. Carlos Serrano de Osma):

Jesús García Leoz. Urodzony w Olite (Navarra), 10 stycznia 1904, zmarł w Madrycie, 25 lutego 1953. Kompozytor należący do tak zwanej grupy 27. Podczas wojny domowej aresztowany, spędził sześć miesięcy w więzieniu. Tworzył muzykę opartą na motywach folkloru hiszpańskiego, pogodną, wesołą, niekiedy rozmarzoną, układał pieśni do tekstów poetów hiszpańskich, w tym do Kołysanki Albertiego i Tryptyku pieśni Lorki. Od najwcześniejszej młodości interesowało go kino i znany jest przede wszystkim jako twórca muzyki do znanych filmów hiszpańskich. Jednakże najsłyniejszym jego dziełem, wymienianym nawet w jednozdaniowych notatkach, jest opera Barataria. Napisał ją tuż przed śmiercią – jako datę powstania podaje się rok 1953. Było to jego dzieło ostatnie, nie zdążył go zresztą dokończyć, zostawił dwa gotowe akty i kilkanaście fragmentów. Autorem libretta jest Manuel Mur Oti.

Niestety opery tej (jak dotąd) nigdzie nie znalazłam (znalazłam inną, ale o niej za tydzień), nie wiem więc o czym naprawdę jest to dzieło sceniczne, póki co bawię się w grę domysłów. Załóżmy, że była to opera o piratach z Karaibów, na przykład o Jeanie Lafitte (Lafitte, Laffite). Lipka też o nim pisał, ale nazwał go Nicolaus Lafitte, a tu tymczasem był Jean i jego brat Pierre, również pirat, może nawet i znaczniejszy, ale historia zachowała w pamięci przede wszystkim Jeana.

Jean Lafitte urodził się w roku 1776 w arystokratycznym rodzie we Francji. Po wybuchu rewolucji rodzina uciekła na Hispaniolę czyli Haiti. Trafili z deszczu pod rynnę, bo szalała tam wojna domowa i miały miejsce kolejne powstania niewolników (tak – niestety i to, które niechlubnie stłumili Polacy z Armii Napoleona).

W źródłach znajduję kilka pięknych anegdot  Jeanie La Fitte, który ufortyfikował Baratarię i tam miał swoje pirackie gniazdo. W roku 1811 gubernator Luizjany, William Claiborne, postanowił zlikwidować tę piracką siedzibę położoną nieomalże u  wrót Nowego Orleanu i ogłosił, że ten, kto dostarczy mu głowę przywódcy piratów, otrzyma nagrodę w wysokości 5xtysięcy dolarów. La Fitte odpowiedział ofertą nagrody w wysokości 15 tysięcy za głowę gubernatora. Anons został  opublikowany we wszystkich gazetach stanowych, tak angielskich jak i francuskich. (Wikipedia mówi o 750 i 1500 dolarach, ale ja wolę jednak wierzyć moim XIX-wiecznym zapiskom).

Podobno jest to portret Jeana Lafitte. Nie jest to jednak pewne. I nie wiadomo, kto go namalował. Obraz znajduje się w Rosenberg Library w Galveston w Texasie. Galveston był po Baratarii drugim pirackim siedliskiem Lafitte’a.

Inna opowieść głosi, że zdobywszy statek kupiecki pełen złota i srebra, La Fitte wziął też, rzecz jasna, jeńców, w tym księdza i podróżującą damę. Oboje byli ubrani na czarno, ksiądz z racji funkcji, dama z racji żałoby, mody bądź upodobań. Zapytany, co zrobić z tym dwoma czarnoodzianymi istotami, Lafitte księdza kazał utopić, a pasażerkę odesłać (nietkniętą) do Nowego Orleanu.

Po którejś pirackiej rajzie, gdy wracał na Baratarię, został napadnięty przez brytyjski okręt wojskowy. Niestety naszym piratom zabrakło amunicji. Niewzruszony La Fitte rozkazał, by strzelano złotymi dublonami. Niecodzienna amunicja zapewniła piratom nie tylko zwycięstwo, ale i wieczną pamięć o nieprawdopodobnych bogactwach. Wiemy z lektur i filmów o piratach, że losy tych skarbów były nader zmienne. Niekiedy tonęły wraz z właścicielami w zatokach, przesmykach, morzach i oceanach, niekiedy zostały gdzieś poukrywane w bagnach, lasach i górach, niekiedy zostały odnalezione, czasem szuka się ich bez końca.

Barataria, mała wysepka bez znaczenia, jawi się z odległości geograficznej i czasowej jako miejsce romantyczne i pełne niewyobrażalnych bogactw.

La Fitte zasłużył się zresztą swojemu stanowi, bo wraz z tym samym gubernatorem bronił Nowego Orleanu w wojnie z Anglikami w roku 1815, co oczyściło go (na krótko zresztą) z wszystkich prackich win. Utworzony na polu bitwy park narodowy nosi obecnie jego imię, podobnie jak miasto Jean Lafitte w stanie Luizjana. W Nowym Orleanie znajduje się też założona w 1772 roku tawerna Lafitte’s Blacksmith Shop przy Bourbon Street.

czaplalafitta

O Jeanie Lafitte nakręcono kilka filmów, jest również jedną z postaci w grze komputerowej Sid Meier’s Pirates! Ale o tym wszystkim w następnych odcinkach, bo ten już się zrobił strasznie długi.

Ciąg dalszy nastąpi

***
Na zakończenie tylko jeszcze krótki wyskok na Haiti.

suchodolskihaiti

Polacy tłumią powstanie na Haiti. Obraz Januarego Suchodolskiego z 1845 roku w zbiorach Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie. Udział Polaków w tłumieniu powstania był przez lata traktowany wstydliwie, aktualna narracja o tych walkach, głosi jednak inaczej:

Wdzięczność rdzennej ludności wyspy wobec Polaków była dozgonna. Przez 120 lat w haitańskiej konstytucji dla każdego Polaka, który chciałby się osiedlić na dawnej francuskiej kolonii, zagwarantowane było haitańskie obywatelstwo.

Na wyspie po dziś dzień mieszkają potomkowie polskich legionistów. – Na Haiti polska legenda jest wciąż żywa – podkreśla Zofia Pinchinat-Witucka, założycielka fundacji pomocy dla Haiti, Fundacji Kombit. – Garstka legionistów przeżyła żółtą febrę i masakry, ale nigdy tak niewielu nie rozsławiło imienia Polski w tak małym i odległym kraju.