Dawno zapomniane śniadanie

Pamiętacie Rasmusa i włóczęgę. Pewnie nie pamiętacie. Ja nie pamiętałam. Rasmus ucieka z domu dziecka, jest noc. Chłopiec biegnie i podśpiewuje sobie piosenkę “Nie boję się iść sam po zielonej ścieżce”, ale oczywiście się boi, tak jak każdy, a nie tylko mały dziesięcioletni chłopczyk, boi się iść sam w lesie po ciemku.

Astrid Lindgren
Przekład Irena Szuch-Wyszomirska, tłumaczka książek Astrid Lindgren i słynnych Muminków.

Rasmus i włóczęga

Krótka letnia noc staje się długa, gdy się wędruje drogami. Gdy się wędruje bez wytchnienia, aż nogi ledwo mają siły się poruszać. Aż powieki niemal zamykają się i jest się tak śpiącym, że głowa kiwa się i opada w marszu. Nastaje świt, słońce rzuca pierwsze promienie pomiędzy drzewa, ale nie widzi się tego. Pajęczyny błyskają pomiędzy trawami, krople wody lśnią na płatkach kwiatów, lekkie mgły poranne giną, nikt nie wie gdzie, a na wierzchołku najbliższej brzozy siada drozd i wznosi pierwszy radosny trel poranka. Lecz tego się nie widzi, gdy jest się tak bardzo zmęczonym i sennym. Tak niewypowiedzianie sennym.
Rasmus dochodzi wreszcie do niewielkiej szarej szopy, do takiej właśnie, w jakiej lubią spać włóczędzy. Stoi ona pośrodku łąki i mimo swej szarości wygląda bardzo gościnnie. O tej porze roku takie szopy na łąkach pełne są siana.
Z trudem otwiera ciężkie wrota. Wewnątrz jest mrocznie i cicho, a siano pachnie mocno i pięknie. Rasmus wydaje westchnienie ciężkie jak łkanie i opada na siano. Już śpi.

Obudziło go zimno i źdźbło siana, które łaskotało go w nos. Usiadł gwałtownie, nie pamiętając, gdzie się znajduje, skąd się tu wziął. Potem przypomniał sobie nagle wszystko i uczucie bezgranicznego osamotnienia wycisnęło mu łzy z oczu. Poczuł się bardzo nieszczęśliwy – o wiele trudniej było być zbiegiem, niż przypuszczał. Tęsknił już za Västerhagą, za Gunnarem, za ciepłym łóżkiem i poranną kaszką. Tak, czuł tęsknotę za domem dziecka jak za utraconym rajem. Mogło się oczywiście zdarzyć, że się dostało w skórę, nie było to jednak takie straszne, jak być samemu na świecie, marznąć i być głodnym.
Przez szparę w ścianie przesączał się ku niemu wąski strumień słońca. Tego dnia pogoda była piękna, więc nie powinien tak bardzo marznąć. Miał na sobie odświętny kubraczek i zwykłe codzienne spodenki z grubego samodziału, które ciocia Olga połatała na kolanach. A jednak marzł tak, że szczękał zębami. Najchętniej położyłby się i spał dalej, ale wiedział, że nie uśnie, gdy jest tak zimno. Siedział więc, drżąc, na sianie i śledził ponurym wzrokiem pyłki kurzu, wirujące w promieniach słońca.
Wówczas usłyszał coś. Coś przeraźliwego, co dreszczem lęku przeszyło całe jego ciało. Ktoś  z i e w n ą ł  tuż obok niego. Nie był więc sam w szopie. Ktoś oprócz niego spał tu tej nocy. Wodził wokoło wylęknionymi oczyma, aby dojrzeć, kto tu jest. Wtem zobaczył kędzierzawą czuprynę wyłaniającą się zza sterty siana tuż obok niego. Nagle dał się słyszeć głos:
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx    Ho, ho, tak, tak,
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx        i noce, i dzionki,
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx       ale najgorsze te poranki…

Zza siana wyłoniła się głowa, a potem cała twarz okrągła, nie ogolona, z ciemnym zarostem. Para mrugających oczu spojrzała na niego ze zdziwieniem, a okrągłą twarz przeciął szeroki uśmiech. Coś jakby zabulgotało w nim ze śmiechu, po czym powiedział:
– Sługa uniżony?
– Sługa… uniżony – odpowiedział Rasmus z wahaniem.
– Coś ty taki wystraszony? Czy myślisz, że zjadam dzieci?
A gdy Rasmus się nie odezwał, mówił dalej:
– Coś ty za knot? Jak się nazywasz?
– Rasmus.
Powiedział to cichutkim głosem, bał się zarówno odpowiadać, jak i milczeć.
– Rasmus… ach tak, Rasmus – powtórzył brodacz i kiwnął głową w zamyśleniu. – Czy uciekłeś z domu?
– Nie, nie… z domu – wyjąkał Rasmus, który uważał, że nie kłamie. Västerhaga nie była prawdziwym domem. Jak ten brodacz mógł myśleć, że się miało ochotę uciekać z  pXrXaXwXdXzXiXwXeXgXo   domu!
– No, nie rób takiej wystraszonej miny. Powiedziałem ci przecież, że nie zjadam dzieci.
Wówczas Rasmus zebrał się na odwagę i zapytał ostrożnie:
– A czy wujek uciekł z domu?
– Wujek… czy ja wyglądam na wujka, co? Czy uciekłem z domu… tak, tak, to się zgadza – odpowiedział brodacz i roześmiał się serdecznie.
– To wujek jest włóczęgą – informował się Rasmus.
– Daj spokój z wujkowaniem, mój drogi. Nazywam się Oskar.
Podniósł się na sianie, a wówczas Rasmus zobaczył, że jest on z pewnością włóczęgą. Kraciasta marynarka wytarta była i wystrzępiona, a spodnie zwisały jak wór. Był wysoki, barczysty, miał dobrą twarz, a gdy się śmiał, białe zęby lśniły w jego brodatym obliczu.
– Włóczęga, powiedziałeś… czy nie słyszałeś nigdy o Rajskim Oskarze? To właśnie jestem ja. Rajski włóczęga i wolny ptak boży – to właśnie ja.
– Wolny ptak? – Rasmus zaczął się zastanawiać, czy ten włóczęga ma dobrze w głowie. – Dlaczego Oskar jest wolnym ptakiem? – zapytał.
Oskar pokiwał w zamyśleniu głową.
– Ktoś musi nim być przecież. Musi być ktoś, kto się wybiera na włóczęgę i jest wolnym ptakiem bożym. Pan Bóg chce, żeby byli włóczędzy.
– Naprawdę chce? – zapytał Rasmus z powątpiewaniem.
– Oczywiście, że chce – odpowiedział Oskar. – Skoro zadał sobie tyle trudu, że usiadł i zmajstrował całą ziemię, to chce, żeby  w s z y s t k o  na niej było, rozumiesz chyba. A jak by to wyglądało, gdyby było na niej wszystko oprócz włóczęgów.
Oskar pokiwał głową z zadowoleniem.
– Wolny ptak – tak, tak!
Potem wsadził rękę do plecaka, leżącego obok niego na sianie i wyjął dużą paczkę, owiniętą w gazetę.
– Teraz śniadanko będzie pysznie smakowało! – ucieszył się.
Słysząc to Rasmus poczuł, jak żołądek kurczy mu się z głodu. Czuł taki głód, że gotów był żuć siano jak wół.
– Mam tu gdzieś koło szopy butelkę mleka – mówił dalej Oskar.
Jednym susem znalazł się przy wrotach. Skrzypnęły, gdy je otwierał i ciężko poruszyły się w zawiasach. Oskar pchnął je i otworzył na rozcież. Szeroki pas światła słonecznego wpłynął do szopy. Oskar stanął w świetle słonecznym, przeciągnął się, a potem znikł nagle. Powrócił niebawem z dobrze zakorkowaną litrową butelką mleka w ręku.
– Teraz śniadanko pysznie będzie smakowało! – powtórzył, sadowiąc się wygodnie na sianie. Odwinął papier i wyjął ogromne pajdy wiejskiego razowego chleba. Z pomrukiem zadowolenia zatopił zęby w jednej z nich. Rasmus dojrzał na chlebie plasterki schabu, a schab na zimno był, zdaniem Rasmusa, najlepszą rzeczą na świecie.
Oskar najwidoczniej także lubił schab na zimno. Żuł, spoglądał z lubością na pajdę chleba i znów żuł. Rasmusowi aż nos zbielał z głodu. Starał się patrzeć w innym kierunku, lecz było to zupełnie niemożliwe. Jego oczy nieposłusznie powracały do kromki chleba i czuł, że ślina napływa mu do ust.
Oskar przestał żuć. Przekrzywił głowę i spojrzał zaczepnie na Rasmusa.
– Ty na pewno nie chcesz takiej zwykłej kromki chleba z mięsem – powiedział. – Tacy jak ty jadają chyba rano tylko kaszkę na mleku z rodzynkami? Zwykłej prostej pajdy chleba nie chcesz chyba?
Czy ktoś odmawia niebiańskiej rozkoszy, jeśli mu ją proponują?
– Owszem, proszę – odpowiedział Rasmus, głośno przełykając ślinę. – Owszem, proszę, jeśli można.
Oskar bez słowa podał mu kromkę chleba. Była wspaniale gruba i wspaniale długa i leżały na niej dwa duże kawałki schabu. Rasmus wpakował ją sobie do ust i ugryzł… o nieba, ten słony smak schabu zmieszany ze wspaniałym smakiem razowego chleba. Przymknął oczy i jadł.
– Mleko – powiedział Oskar.
Wówczas otworzył oczy.
Oskar podał mu blaszany kubek wypełniony po brzegi. Chłopiec zaczął pić głębokimi łykami. Zimno mu się zrobiło w żołądku i marzł jeszcze bardziej niż przedtem, ale to nie miało znaczenia. Pił, dopóki nie zostało ani jednej kropelki.

oskar-rasmus
Ilustrowała Maria Orłowska-Gabryś

– Jeszcze chleba? – zaproponował Oskar, podsuwając mu następną kromkę, długą jak pomost.
– Czy można? Nie będzie za wiele? Czy starczy?
– Ależ proszę cię bardzo – zapraszał Oskar. – Nie wszystkie baby na wsi są skąpe, a ta, która mi to dała, musiała przeczuć, że cię spotkam:
Siedzieli na sianie, milcząc, i jedli, dopóki nie zostało ani okruszynki. Wypili całe mleko, a Rasmus uczuł jeszcze większe zimno w żołądku.
– Dziękuję bardzo – powiedział syty i dygocący. – To było najlepsze ze wszystkiego, co kiedykolwiek jadłem.

 

Barataria 1 Początek przygody

Dla Maryny Over

Ewa Maria Slaska

Między Cervantesem a Lipką

Tak się zaczęło…

Krzysztof Lipka, Pensjonat Barataria

Omijając osadę, podążyliśmy górską drogą w bok, aż ukazał się nam dość znaczny budynek, całkiem otoczony wzniesieniami, niewysokimi co prawda, ale całkiem dzikimi i zupełnie przesłaniającymi horyzont. Pensjonat jest rodzajem pałacu, willi czy zameczka w niemieckim stylu z końca ubiegłego wieku; jednopiętrowy, lecz na tyle obszerny, że każdy z czterech rogów budynku wieńczy całkiem masywna wieża. Dawna romantyczna rezydencja, przemieniona w dość zapuszczoną siedzibę górskiego sanatorium (strona 7).

Nie wiem, czy Państwo zastanawiali się kiedyś nad nazwą naszego zakładu, Pensjonat Barataria. Nazwa ta nie została nadana bez głębokiej przyczyny i ma swoje daleko idące uzasadnienie. (…) Ci z Państwa, których nazwa naszego Pensjonatu zastanowiła, zwrócili może uwagę, że wiąże się ona bezpośrednio z geografią, z pewnymi rejonami świata, ściśle z Zatoką Meksykańską. A to chyba w naszym punkcie globu nie jest wystarczająco uzasadnione? I zapewne skłania do dociekań. Otóż tak właśnie jest, nasz Pensjonat ma nierozerwalne więzi z tamtymi właśnie terenami morskimi dzięki jednej osobie, bardzo bliskiej naszemu sercu. Osoba nader ważna dla historii naszego zakładu, osoba znająca dokładnie wody Zatoki Meksykańskiej słowem – nie będę robił tajemnicy – gdyż są tu, jak wiem, i tacy, którzy znają go osobiście – osoba, o której mówię to Pierre Stein. On to, nie kto inny, wielki Stein, nadał temu Pensjonatowi imię Barataria po wieloletnich żeglugach po świecie. Dziś muszę zatem temat, który pragnę rozwinąć, zacząć od pewnej, legendarnej już historii. Otóż któregoś razu, gdy brygantyna Steina po kilku dniach błądzenia wydawała się znajdować w beznadziejnej sytuacji, gdy brakowało już pożywienia, słodka woda była na wykończeniu, gdy kilku spośród załogi powaliła złośliwa malaria, a inni jawnie okazywali niezadowolenie, Stein usłyszał nagle w powietrzu jakieś dalekie odgłosy, jakby dźwięki wydawane ze skonstruowanego ludzką ręką instrumentu. Z początku wziął to za omamy słuchowe spowodowane gorączką, która go trawiła, szczególnie że dziwna muzyka zdawała się spływać z góry, jakby z samych obłoków. Wsłuchawszy się jednak przez chwilę, uchwycił wyraźniej kierunek, z którego dolatywało to nieokreślone brzęczenie. Lądu nie było jak okiem sięgnąć, brygantynę otaczała gęsta, wilgotna mgła, posuwano się do przodu, kierując się wyłącznie dźwiękiem, który wydawał się posłańcem losu, przewodnikiem, zwiastunem wybawienia. Stein opowiadał nieraz o tej muzyce i nigdy nie potrafił, on, człowiek o takim geniuszu, oddać słowami jej istoty. Była jakby nieco podobna do brzmienia skrzypiec – mówił sam poszukując skojarzeń – so skrzypiec powtarzających wciąż jedno długie muzyczne zdanie w najrozmaitszych wariantach, jak wariacje skrzypcowe, lecz dźwięk był donośny i słodki zarazem, potężny i miękki. I bezustannie spływał z góry, tak że – jak się sam Stein wyraził – pomyślał wówczas o średniowiecznej Musica Mundana, będącej jądrem samego stworzenia, poruszającej najpierwotniejszy mechanizm wszechświata, czy też, jakby zapragnął Schopenhauer, stanowiącej bezpośrednią emanację czystej prawoli natury. Kierując się tedy tym pradawnym dźwiękiem, dotarł Stein do maleńkiej wyspy, której nazwa, jak mam nadzieję, niektórym już się w tym miejscu przypomina. To oczywiście słynna Barataria, znana doskonale z tego, co napisał o niej hiszpański podróżnik Saavedra. Była bezludna, ale sąsiedni archipelag zamieszkiwało plemię Kajunów, pośród którego Stein miał już nieco wcześniej spędzić trochę czasu. Tym razem Stein poznał bliżej ich życie i obyczaje. Nic w tym chyba dziwnego, że najbardziej zainteresowała go muzyka, owe dźwięki, które uratowały statek i załogę od niechybnej śmierci, a jemu samemu już po kilku dniach przywróciły krzepkość i zdrowie. Stein, proszę państwa, przebadał tę muzykę, wykrył jej istotę i choć minęło od tamtej pory kilkadziesiąt lat, jest dotąd jedynym człowiekiem, który dogłębnie zna sedno tej sztuki, owej muzyki cudownie leczniczej, uprawianej na naszym globie jedynie przez to plemię, zwanej muzyką cyrkularną (strona 79).

Gdy teraz czytam tę powieść po raz kolejny, po przytoczonym powyżej rozdziale sięgam oczywiście do internetu i znajduję wyspę, zatokę i Sancho Pansę. Nie ma Indian, ale są piraci. O nich jednak za tydzień.

Wyspa Barataria leży dokładnie pośrodku Barataria Bay i wszystkie źródła zgodnie donoszą, że wyspa i zatoka Barataria, tak zaznaczane na mapach już w roku 1732, zostały nazwane na cześć pewnej wyspy na lądzie oddanej we władanie Sancho Pansy.

… bo oto wielki Sancho nas przyzywa na świadków szczęśliwego rozpoczęcia rządów na wyspie Barataria. (…) Nasz dzielny gubernator po krótkiej podróży przybył do małego miasteczka, liczącego około tysiąca mieszkańców, które było jedną z główniejszych posiadłości księcia. Oświadczono mu, że to jest wyspa Barataria.

Po niespełna dwóch tygodniach Sancho Pansa przestanie być gubernatorem. Na jego włodarstwo z hałasem ogromnym trąb i bębnów napadnie wróg, Sancho, tchórz zakamieniały, nie stanie do walki,  mieszkańcy sami się obronią, a on wyciągnie z tego zdarzenia naukę i sam złoży urząd. Nie lubię Don Kichota, czytałam go raz i mimo usilnych prób nigdy mi się nie udało ponownie przebrnąć przez tę absurdalną księgę, nie pamiętałam więc nawet o tym epizodzie, gdzie Sancho Pansa pojawia się jako niezależny bohater, nie zaś jako giermek swojego pana. Barataria to utopia, kolejna nieistniejąca wyspa na mapie kultury europejskiej, Nowa Atlantyda. Cervantes, podobnie zresztą jak Platon, używa tej opowieści, żeby pouczyć czytelnika o tym, jak powinno funkcjonować nowoczesne państwo i jakie są zadania dobrego władcy. Zanim Pansa odjedzie na placówkę Don Kichot spędzi z nim długi czas, pouczając go o jego zadaniach.

Niech łzy ubogich zawsze wzbudzają w tobie współczucie, ale i dla bogatych bądź sprawiedliwym. Szukaj prawdy, nie zważając na obietnice i podarunki możnych, ani na łzy i prośby ubogich, bo i jedni, i drudzy oszukać mogą. Gdy będziesz sądził występnych, nie trzymaj się ściśle surowości prawa i jeżeli można bez obrażenia sprawiedliwości, ku miłosierdziu nakłoń ucho.

Jeżeli nieprzyjaciel stanie pod twoim sądem, wyrzuć z serca wszelką urazę do niego i w ścisłej sprawiedliwości osądź jego postępki.

Jeżeli piękna kobieta przyjdzie wymagać sprawiedliwości twojej, nie daj się podejść; zamknij oczy i zatkaj uszy, nie na twarz jej, ale na słuszność sprawy uważaj.

I tak dalej… Sensowne etyczne pouczenia dla władcy, które i dziś mogłyby śmiało znaleźć zastosowanie.

Barataria, podobnie jak jej pierwowzór, nie przechodzi do rejestrów jako li tylko kolejne miejsce literackiego żartu, lecz wciąż na nowo powraca.

***
Lipka nader postmodernistycznie traktuje wartości kultury europejskiej. Bacha przywołuje wprawdzie z imienia jako niedoścignionego mistrza muzyki, ale o Cervantesie i jego Sancho Pansie (póki co) nawet nie wspomni. Jak, Czytelniku, nie wiesz, no to trudno.  Chcesz, to szukaj… Autor zdecydowanie wyprzedził swój czas, wtedy w Polsce nikomu jeszcze nie przychodziło do głowy, żeby kazać czytelnikowi szukać, badać i dociekać… We wczesnych latach 90, kiedy powieść powstawała, nikt nie liczył się jeszcze z tym, co z naszym dostępem do wiedzy uczyni internet.

Podzielę się tu z Czytelnikami pewną myślą. Otóż jestem zdania, że gdyby autor Pensjonatu Barataria żył w Anglii albo we Francji, albo gdyby nagle literatura polska zyskała sobie taką renomę w świecie, jaka w latach 60 przypadła w udziale literaturze latynoamerykańskiej, Lipka byłby sławny jak Marquez, a tak, obawiam się, nikt go nawet nie czyta. Zawsze miałam wrażenie, że jestem jedyną osobą na świecie, która zna jego książki (choć niestety nie wszystkie). Dopiero teraz, przygotowując ten wpis, znalazłam w jakimś przez nikogo nie czytanym kwartalniku czy roczniku z lat 90 esej Zbigniewa Bieńkowskiego o kondycji współczesnej literatury. Bieńkowski dzieli w nim literaturę na reakcyjną i kreacyjną (nie należy jednak przykładać do tych wyrazów znaczeń politycznych) i pisze:

Zakończę te uwagi dwoma konkretnymi przykładami dzieł, które model kreacyjny litera­tury realizują. Trafiłem na dwie książki wybitne, które mnie olśniły czystością intencji, nie­zależnością i absolutnym antyoportunizmem myślenia. Książki niepodobne, z odmiennych dziedzin i dyscyplin. Pierwsza z nich to powieść Krzysztofa Lipki „Pensjonat Barataria”. Powieść jest imponującym odwróceniem się od reaktywności. Jest hymnem egzaltującym miłość i muzykę. Bohaterem powieści jest Bachowska szakona odmieniająca swoją melo­dyką ludzkie losy. Rzecz dzieje się w izolacji od jakiejkolwiek rzeczywistości, w pensjonacie, który nosi imię wyspy, jaką Sanczo Pansa władał przez 10 dni – Barataria. Życie toczy się tu indywidualnym rytmem. Nikt przez okno nie wygląda, by sprawdzić, czy świat istnieje. Książkę Krzysztofa Lipki odebrałem jako wyzwanie rzucone oczywistości. Wnętrze ludzkie­go wzruszenia zbuntowane przeciwko rygorowi zewnętrzności.
(…) W świecie posttotalitaryzmu nareszcie i literatura ma prawo być sobą.
XXX

dr hab. Krzysztof Lipka

Fot. Jerzy Wojciechowski

Krzysztof Lipka – muzykolog, historyk sztuki, filozof, pisarz, poeta. W latach 1975–2001 redaktor w Polskim Radiu (liczne nagrody, w tym „Złoty Mikrofon”, 1992); do 2016 zatrudniony na stanowisku prof. Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina. Autor kilkunastu książek, w tym wiersze (Usta i kamień, 1992, Elegie moszczenickie, 2000, Kasztanów Dwadzieścia, 2003), opowiadania (Wariacje z fletem, 1989, Technika własna, 2007), powieści (Pensjonat Barataria, 1993, Wszystko przez Schuberta, 2001, Nóż na gardle, 2012), eseje (Słyszalny krajobraz, 2003, Miasta i klucze, 2005), baśń dla dzieci (Laura na Zamku Godzin, 2012).

Ostatnie trzy książki wydane przez Uniwersytet Muzyczny Fryderyka Chopina poświęcone są filozofii sztuki, głównie muzyki (Utopia urzeczywistniona. Metafizyczne podłoże treści dzieła muzycznego, 2009, Pejzaż nadziei. Historyczny rozwój muzyki jako proces o charakterze teleologicznym, 2010, Entropia kultury. Sztuka w ponowoczesnej pułapce, 2013).

Ciąg dalszy za-niedługo, a potem nie wiadomo jak długo

Trzy kobiety Leonarda

Po tym jak za sto milionów dolarów kupiliśmy to, co ponoć i tak było nasze, rozmyślam sobie zgoła apolitycznie o kobietach Leonarda. Widziałam świadomie trzy z nich, Monę Lisę del Giocondo, Ginevrę d’ Benci i Damę z łasiczką czyli Cecylię Gallerani. Piszę, że te trzy widziałam świadomie, bo pamiętam sytuację, kiedy je widziałam, a i bardzo dobrze pamiętam do dziś same portrety. Czwartej nie pamiętam w ogóle czyli świadomie jej nie widziałam, mimo że wystawiana jest w Luwrze obok Giocondy. To tak zwana La Belle Ferroniere, surowa anonimowa piękność, której przydomek wskazuje na związek z żelazem lub kowalstwem, być może kochanka króla Francji Franciszka I, a może Ludwika Sforzy, być może zresztą ta sama Cecilia Gallerani. Ma na czole opaskę z drogim kamieniem, którą od tego portretu nazywa się ferroniere czyli… żelazko albo kowalka.

Z tych czterech kobiet dwie, Lisa i Cecilia (z łasiczką), są niewątpliwie uczestniczkami popkultury, a poznać to między innymi po ilości memów w sieci.

Gioconda ma ich masy. Moja warszawska przyjaciółka zbiera je z lubością i od dawna już namawiam ją, żeby zrobiła nam taki wpis na bloga. Ponieważ jednak jeszcze mi się to nie udało, to ja pokażę kilka z nich, w tym (proudly) te które to ja znalazłam w sieci lub w realu i jej wysłałam. Powód jest jak najbardziej aktualny, tego mema bowiem znalazłam w internecie w Nowy Rok:

Komentarz był taki, że portret ogólnie udany, nie wiedzieć jednak dlaczego Dama została sportretowana bez broszki.

Zaczynamy świątecznie i zimowo.

Jesień

Lato

 

Wiosna

Mona Lisa bez słynnego uśmiechu

Nowoczesna i Razem

 

Coraz bardziej nowoczesna, tak dalece, że porusza świat i siebie samą

A w ogóle to oszukała nas. Tak naprawdę wcale jej nie ma. Albo jest mężczyzną. A może zresztą Arabką.

Cecylią Gallerani zajmiemy się za tydzień. Tu tylko, na dobry początek, obraz niejakiego Kosałki, Jerzego zresztą 🙂

 

 

 

Remail z Wydawnictwa Literackiego

Nie wiem, czy istnieje takie słowo, ale skoro jest reblog czyli skopiowany wpis z czyjegoś bloga, to może powinno być też słowo na wiadomość, która przyszła na skrzynkę mailową, a którą tym razem koniecznie muszę zaprezentować. Robię to po raz pierwszy. Każdy bloger otrzymuje z wydawnictw zapowiedzi, niekiedy może coś sobie zamówić jako egzemplarz recenzyjny. Czytam sobie takie maile, czasem zainteresuje mnie jakaś pozycja, czasem dostaję ją, czytam, piszę, zapominam. Tym razem jednak z Wydawnictwa Literackiego w Krakowie przyszła na początek roku tak piękna lista zapowiedzi wydawniczych, że można ją w całości potraktować jako listę lektur na zimę 2017.  Napisałam do redakcji i musiałam się siłą hamować, żeby nie zamówić wszystkiego. Pomyślałam, że podzielę się z Wami tą noworoczną przyjemnością:

naglowek_aa439b069e_gif

Richard Flanagan • Pragnienie
przeł. Maciej Świerkocki
12 stycznia

Wspaniała i poruszająca opowieść o ambicji, pożądaniu i tęsknocie, które czynią nas ludźmi – pióra Richarda Flanagana, laureata Nagrody Bookera.

Jest rok 1841. W odległej kolonii karnej na Ziemi Van Diemena bosa aborygenka pozuje do portretu w sukni z czerwonego jedwabiu. Ma na imię Mathinna i jest przybraną córką gubernatora wyspy, Sir Johna Franklina oraz jego żony, Lady Jane. Jest też obiektem cywilizacyjnego eksperymentu, który ma wykazać, czy wiedza, chrześcijaństwo i rozum mogą być narzucone barbarzyństwu, instynktowi oraz pożądaniu. Kilka lat później, gdzieś na Arktyce, ginie Sir John Franklin wraz załogą i dwoma statkami podczas ekspedycji, której celem ma być odkrycie mitycznego Przejścia Północno-Zachodniego, drogi morskiej z Europy do wschodniej Azji wiodącej przez Archipelag Arktyczny. Anglia jest wstrząśnięta podawanymi przez ekipę poszukiwawczą doniesieniami o przypadkach kanibalizmu, a dla najsłynniejszego pisarza tych czasów, Karola Dickensa, losy Franklina stają się lupą, przez którą przygląda się lodowatym głębinom własnego życia.

Anne-France Dautheville • Sekrety roślin (tyt. roboczy)
przeł. Andrzej Stańczyk
16 marca

Przechadzka po świecie pełnym roślin, liści i gałęzi. Fascynujące sekrety wszystkiego, co zielone.

Na powierzchni Ziemi i do głębokości pół metra pod powierzchnią wody żyje od 350 tysięcy do 400 tysięcy gatunków grzybów, porostów, glonów i roślin. Ich sekrety są zadziwiające. Irys, na przykład, potrafi przestraszyć nawet… bizona. Zazdrosny koper włoski nie lubi sąsiedztwa innych gatunków – gdy tylko wyczuje intruza, wypuszcza substancje, które spowolnią jego rozwój. Kwiaty wydzwaniają godziny. Rośliny mówią, słuchają i wcale nie są unieruchomione w swoim podłożu. Porozumiewają się, wydając sygnały dźwiękowe pod ziemią, podobnie jak delfiny w morzu. Gdy do nich mówimy, rosną szybciej. I lubią dalekie podróże! Widliczka, zwana różą jerychońską, wprawiana w ruch podmuchem wiatru, toczy się dziesiątki kilometrów, zanim zapuści korzenie.

Anne-France Dautheville, która zainteresowała się światem roślin, pielęgnując własny ogród, zebrała w tej książce ponad 200 faktów z życia flory. Zaskakujących, zabawnych, a czasem przyprawiających nawet o dreszcze. Kto by podejrzewał, że listki, płatki, nasiona i korzonki kryją aż tyle tajemnic?

Morten Strøksnes • Księga morza czyli jak złowić rekina giganta z małego pontonu na wielkim oceanie o każdej porze roku
przeł. Maria Gołębiewska-Bijak
16 marca

Przez fiordy na otwarte morze. Bestseller z Norwegii o przyrodzie, która nie przestaje nas zachwycać i stawiać przed nami wyzwania oraz drzemiącej w nas tęsknocie za wielką przygodą.

Śmiała wyprawa, szaleńczy pomysł, wielkie wyzwanie, groźny żywioł i piękna natura. Dwójka przyjaciół – Morten i Hugo – pakuje sprzęt, wsiada do małego pontonu i wyrusza w misję, która ciągnąć się będzie przez cały rok, w tempie zmieniających się pór roku. Jaka to misja?

W głębinach morskich w pobliżu Archipelagu Lofoty, uznawanego za jedno z najpiękniejszych miejsc na świecie, żyje wielki rekin polarny. Dorasta do 8 metrów długości, waży ponad tonę i dożywa pięciuset lat. Jego mięso zawiera toksyny, przyprawiające ludzi o halucynacje. Morten i Hugo postanawiają na niego zapolować.

Zarzucając przynęty, walcząc ze sztormem, mijając mielizny i szkiery, rozmawiają o życiu, polowaniu, ucieczce od cywilizacji i morzu – jego tajemnicach, niezwykłości, istotach zamieszkujących głębiny. I owszem, nie stronią też od alkoholu.

Ten arcyciekawy reportaż o morzu, pełen odniesień do historii, literatury, sztuki, mitologii, ekologii czy życiowych mądrości prostych rybaków jest zarazem książką, która pozwala nam uciec na chwilę od cywilizacji i zaspokoić dziecięce marzenie o wielkiej przygodzie. Jej literackie wartości doceniono, przyznając autorowi Nagrodę Bragego i Nagrodę Krytyków.

Kazuki Sakuraba• Czerwone dziewczyny
przeł. Łukasz Małecki
kwiecień

Trzy kobiety, trzy historie, trzy epoki. Epicka, wielowątkowa opowieść o trzech pokoleniach rodziny Akakucziba, barwny portret Japonii od 1945 roku po czasy współczesne i mroczna zagadka pewnego morderstwa.

Manyo. Babka. Jasnowidzka, pochodzi z tajemniczego ludu zamieszkującego góry. Porzucona jako małe dziecko przez rodziców i przygarnięta przez obcą rodzinę, przez całe życie  będzie inna, odmienna. Zachowa jednak wrodzoną pogodę ducha i życzliwość. Wyjdzie za mąż za syna miejscowych bogaczy, właścicieli ogromnej huty.

Kemaris. Jej córka. Nieprzewidywalna, wiecznie zbuntowana, żywiołowa. Będąc nastolatką została szefem gangu motocyklowego, potem zainteresowała się komiksami manga i jako ich autorka odniosła w Japonii sukces. Artystka, która nie umie dać miłości swemu dziecku, a mężczyzn wybiera wyłącznie szpetnych.

Toko, najmłodsza bohaterka tej sagi. Córka i wnuczka tak nieprzeciętnych kobiet jak Kemaris i Manyo jest zupełnie zwyczajna. To jej historia. A także historia śledztwa, które poprowadzi, gdy babka na łożu śmierci wyzna jej, że jest morderczynią. Kogo zabiła, dlaczego i w jakich okolicznościach – tego Toko będzie chciała się dowiedzieć.

Ta wielowątkowa saga, osadzona w realiach odległej prowincji, gdzie wciąż rządzą matriarchat i więzy krwi, jest też mistrzowskim portretem wielorodnej kultury Japonii, w której szczątki zmarłych powierza się górom, ogniowi, wiatrowi i drzewom, a jednocześnie chłonie się nowoczesność. Wspaniały epicki fresk, jednocześnie realistyczny i zanurzony w atmosferę baśni i legendy spod znaku realizmu magicznego.

Nedim Gürsel • Opowieść o Mehmedzie Zdobywcy
przeł. Piotr Kawulok
kwiecień

„Wybitna turecka powieść postmodernistyczna” według Encyklopedii Britannica. Popis prozatorski pisarza cenzurowanego przez władze Turcji.

1453 rok, Mehmed II zdobywa Konstantynopol, kończąc trwającą dziesiątki lat walkę o stolicę Bizancjum. Mityczne miasto łączące Azję i Europę, Wschód i Zachód padło u jego stóp.

Współczesny pisarz, który zaszył się w starej osmańskiej rezydencji naprzeciw twierdzy wzniesionej nad Bosforem przez sułtana zdobywcę, mobilizuje cały swój talent prozatorski, by na stronach swojej powieści ożywić barwną postać władcy „czującego w sercu boskie natchnienie”, aczkolwiek niezbyt świętego,, aczkolwiek niezbyt świętego oraz czas, w jakim żył i wychwycić każdy z przejawów wpływu upadku Konstantynopola na naszą współczesność. Jednakże tu w życie „kronikarza” Mehmeda II Zdobywcy wkracza pewna młoda kobieta i ten romansowy wątek zakłóca jego pracę.

Rozlewna, odmalowana z wielką dbałością o szczegół, epicka i liryczna zarazem, historyczna i współczesna powieść Nedima Gürsela jest najpiękniejszym oknem na Turcję dawną i dzisiejszą, a przede wszystkim na Stambuł, miasto o wielkiej historii i niezwykłej urodzie.

Andrea de la Barre de Nanteuil, Lovisa Brufitt • Historia Mademoiselle Oiseau (tyt. roboczy)
przeł. Maria Jaszczurowska
maj

Pięknie ilustrowana opowieść o przyjaźni, marzeniach, dorastaniu i bajkowej paryskiej modzie.

Aleja Minionych Czasów. Serce Paryża. To tutaj, na ostatnim piętrze starej kamienicy mieszka elegancka i bardzo osobliwa Mademoiselle Oiseau. Ile ma lat? Nie pytajcie, tego nie wie nikt. Prawdę mówiąc, sąsiedzi z rzadka tylko widują ją na balkonie, gdzie wystrojona w perłowy naszyjnik pokazuje się w towarzystwie swoich kotów i ptaszków. Piętro niżej mieszka dziewięcioletnia Isabella, dziewczynka tak zwyczajna, że aż niewidzialna. Tak, nikt jej nie dostrzega, nikt z nią nie rozmawia, nie chce się z nią bawić. Pewnego dnia po powrocie ze szkoły Isabella naciska zły guzik windy i przez pomyłkę wjeżdża do mieszkania panny Oiseau… Tak zaczyna się historia pewnej niezwykłej, pełnej magii i przygód, przyjaźni.

Richard Flanagan • Śmierć rzecznego przewodnika
przeł. Maciej Świerkocki
czerwiec

„Nie dająca spokoju, ambitna” zdaniem recenzenta z „The New York Times”. „Osiągnięcie godne uwagi” według „The Washington Post”. Richard Flanagan w kolejnej zachwycającej odsłonie.

Uwięziony przez prąd tasmańskiej rzeki, wciągnięty pod sam wodospad, Aljaz Cosini, przewodnik turystycznej wyprawy, tonie. Ostatnie chwile życia  stają się dla niego rodzajem mistycznej podróży w głąb własnego życia oraz życia przodków. Przed oczami Aljaza przetaczają się obrazy z przeszłości. Widzi, jak jego ojciec Harry jako mały chłopiec grzebie swojego ojca pod drzewem gumowym, które wnet rozkwitnie tysiącem żółtych kwiatów. Jak wuj Reg sprzedaje zęby, by spłacić dom. Jak prababka ucieka przed złym duchem, a pijany łowca fok gwałci na plaży Aborygenkę zwaną Czarną Perłą. Widzi piękną twarz kobiety, którą kochał… W podwodnym świecie, który odbiera Aljazowi ostatni oddech, rodzinna wizja złożona z okruchów aborygeńskich, celtyckich, włoskich, angielskich, chińskich i wschodnioeuropejskich opowieści przeistacza się w bezdenną historię Tasmanii.

Epifania i inne święta

Dziś piękne święto Trzech Króli a jednocześnie prawosławne Boże Narodzenie. 1 stycznia skończyła się Chanuka, a my strasząc ptaki, jeże, lisy, psy i koty petardami weszliśmy w Nowy Rok. Wciąż jeszcze świętujemy, a więc i nasz autor, który od lat zapewnia nam teksty w pierwsze piątki miesiąca, pisze o świętowaniu.

Roman Brodowski

Na Wigilii u Romówromanuromow2016-5

Święta Bożego Narodzenia to święto nie tylko dla katolików, ale także dla wyznawców prawosławia i wspólnot ewangelickich. Jest to święto ogólno chrześcijańskie, mające przypominać o narodzinach Jezusa Chrystusa, który jest fundamentem chrześcijaństwa. Wszyscy skupiamy się wokół wcielenia w nim Boga jako człowieka, tu, na Ziemi. Święto to jest z jednej strony czasem zadumy i refleksji nad życiem, z drugiej – okazją do odnowienia więzi z Bogiem w obrębie swego kościoła. Ale jest to obecnie również po prostu wolny czas, spędzany w kręgu rodziny, przyjaciół, znajomych. Wiele organizacji społecznych, zakładów pracy, wspólnot, instytucji organizuje dla swoich członków, pracowników czy osób współpracujących wieczory opłatkowe, spotkania przedwigilijne, lub inne imprezy poprzedzające czas bożonarodzeniowy.

romanuromow2016-3 romanuromow2016-2

Ja także od wielu lat mam sposobność uczestniczenia w tego typu spotkaniach, zarówno w Berlinie, jak i Polsce, na Białorusi, czy Litwie. Wszystkie te spotkania, ze względu na specyficzny charakter, są dla mnie niepowtarzalne i niezapomniane. Mógłbym o nich opowiadać godzinami lub pisać elaboraty.

Skupię się jednak na jednym, na spotkaniu wigilijnym, zorganizowanym przez Gorzowskie Stowarzyszenie Romów w dniu 17 grudnia 2016 roku. Uczestniczyłem w nim z ogromną radością, zwłaszcza że z Romami dotąd nie miałem styczności.

Spotkanie to odbyło się w jednym ze środowiskowych domów kultury, na peryferiach Gorzowa. Romowie już od wielu lat organizują tu swoje spotkania i zapraszają różne stowarzyszenia, regionalne i kulturalne, działające na terenie województwa lubuskiego.

Byli więc i Wilniuki, i Lwowianie, i Dolnoślążanie, Polesiuki i Stowarzyszenia Hucułów i Wołynian. Wyjątkowość imprezy polegała na tym, że każdy uczestniczący w nim region, przygotował na tę wieczerzę nie tylko swoje potrawy regionalne, jakie spotykamy u nich na wigilijnych stołach, ale i krótki program artystyczny z kolędami i pastorałkami.

romanuromow2016-4

Przyjechałem na tę imprezę z Berlina, ale reprezentowałem nie Polonię berlińską, lecz moją drugą ojcowiznę z wyboru – Kresy Wschodnie, a do udziału zaprosiło mnie Gorzowskie Stowarzyszenie Miłośników Wilna i Okolic.

Tradycyjnie, powitaniem gości oraz życzeniami złożonymi z okazji świąt, wieczerzę rozpoczęli gospodarze, czyli prezes stowarzyszenia Romów z małżonką, na co dzień właściciele
teatru romskiego w Gorzowie.

romanuromow2016-13 romanuromow2016-12 romanuromow2016-11

W spotkaniu uczestniczył też ksiądz misjonarz, który od kilku lat mieszka w Gorzowie, a przybył z wieloletniej posługi duszpasterskiej, jaką odbywał na dalekiej, mroźnej Syberii.

Po poświęceniu wigilijnego opłatka, modlitwie, oraz złożeniu sobie wzajemnych życzeń, rozpoczęła się część biesiadna. Nie od razu dane było jednak gościowi, który u tego stołu zasiadł, posmakować kuszących i pachnących potraw. Bo najpierw jeszcze odbyło się wspólne kolędowanie, połączone z prezentacjami lokalnych społeczności. Każda z nich miała po dziesięć minut na prezentację zwyczajów regionalnych, począwszy od wigilijnych przyśpiewek, pastorałek i kolęd, a skończywszy na wiktuałach świątecznych ustawionych na pięknie przyozdobionych stołach.

Także i ja miałem moje trzy minuty. Ale nie wzbogaciłem wieczerzy ani kulinariami wschodnimi, bo lepiej ode mnie zrobili to gospodarze, ani berlińskimi. Chociaż, kto wie, może sałatka ziemniaczana i kiełbaski, czyli berlińskie przysmaki wigilijne, wzbudziły by zainteresowanie zaproszonych gości… Jednak, skoro jestem poetą, poprzestałem na poezji i przeczytałem, napisane przed laty apokryfy o narodzinach Jezusa.

… „Gdzie jest ten narodzony król Żydów? Ujrzeliśmy bowiem jego gwiazdę, będąc na wschodzie, i przyszliśmy złożyć mu hołd“ – Mat 2, 2

Rzeka zmieniła swój pierwotny bieg
Wysuszona ziemia zrodziła nienawiść.
Bogobojni Żydzi dawno już odeszli
I nikt nie czeka kolejnego poranka.

A gwiazda wędruje wyznaczonym torem
Świecąc światłem Bożego majestatu.
Na dalekim wschodzie ciągle bez zmian.
Nawet mędrcy odeszli w niesławie.

Potomkowie Dawida wymieszani z ziemią
Jak nawòz na skalistej zwietrzałej roli
Wydają ostatnie plony na ołtarz ofiarny
Kainowy dar rzucony w pustą przestrzeń.

On zaś w nędznej stajence z dala od sfory,
Otulony lichą płachtą matczynej miłości,
Nadejdzie porą tajemnicy proroctwa
Niby ofiara złożona Bogiem dla człowieka,

Berlin, 12.04. 1988

… „Kazał w Betlejem oraz w całej jego okolicy zgładzić wszystkich chłopców w wieku dwóch lat i poniżej” – Mat 2, 16

Zajęczały wiekowe cedry w półmroku
Jak chór niewiniątek ukryty w organach.
W domach żydowskich zapachniało ofiarą krwi
Jak w dzień przedpaschalnej dziękczynności.

Wieczorny chłód wypełnił przestrzeń sakralną
Gdy Baranek ubrany w dziecięcą niewinność
Leżał w bezruchu obok matczynej boleści.
Nawet kamienny ołtarz Najwyższego zapłakał.

A noc zbliżała się gwiezdnym pacierzem.
Wilki gotowe chronić swoje małe szczenięta
Wyły dziękczynnie do srebrnopełni księżyca
Szczęśliwe, że brak w nich człowieczeństwa.

Berlin, 13.05. 1988

Z cyklu: losy książek

Ewa Maria Slaska

Książki z mojej biblioteki

Moja biblioteka ma to do siebie, że mimo najstaranniejszej selekcji i usuwania zbędnych książek, tych przeczytanych (tylko raz i nigdy więcej!) i tych nie przeczytanych, wciąż rośnie. Gdy się wyprowadzałam z poprzedniego, dużego, mieszkania do tego, gdzie obecnie mieszkam, a które jest o połowę mniejsze, oddałam zgodnie z zasadami matematyki stosowanej połowę książek. Poszły do znajomych i przyjaciół, a resztę – wraz z połową regałów Billy – zabrał samochód dostawczy instytucji, która nazywa się Büchertisch czyli po prostu Stół z Książkami, i która te książki rozdaje w różnych miejscach, gdzie godne to jest i sprawiedliwe, słuszne i zbawienne, żeby rozdawać książki za darmo, na przykład w szpitalach, biurach opieki społecznej, szkołach… Tę pozostałą przy mnie połowę książek przywiozłam do nowego mieszkania, gdzie okazało się, że zastosowałam złą matematykę, nieważne czy stosowaną czy nie, i połowę książek musiałam wstawić w kartonach do piwnicy. Nie umiałam na bieżąco ocenić, które kartony wnosić na czwarte piętro, a które znosić do piwnicy, i dziś nie wiem nawet, co tam mam. Zresztą gdy patrzę na półki domowej biblioteczki, to przyznaję, że i tu nie do końca wiem, co mam.

2berlinskieksiazkimamaWiem tylko, że na samej górze stoją stare książki, kupowane przez moich rodziców za grosze tuż po wojnie. Bo książki wtedy kosztowały grosze, co było częścią peerelowskiego programu oświatowego. Ich charakterystyczną cechą jest dziś kolor, po 70 czy 60 latach wszystkie są szarobure. Chyba nigdy do nich nie sięgam, a mimo to nie miałabym serca, żeby je wyrzucić. Moi młodzi rodzice, biedni jak myszy kościelne, odejmowali sobie od ust, żeby je kupić, bo nawet jeśli kosztowały grosze, to jednak kosztowały…2berlinskieksiazki-mamatata

 

Mam natomiast w biblioteczce coraz więcej książek “z historią” i coraz bardziej je cenię. Pisałam już kilkakrotnie o takich książkach, o uratowanych z płomieni Kamieniach na szaniec, czy o znalezionych na ulicy kartkach książek, które potem kupiłam, jak Verdammt starke Liebe Lutza van Dijka czy Die Stadt hinter dem Strom Hermanna Kassacka.

Dziś kolejne dwie takie książki. BUtterfield 8 Johna O’Hary przyniosłam kilka dni temu z Büchertisch w Ratuszu Kreuzberg, Milczenie morza Vercorsa “znalazła” na półce w mieszkaniu naszych dzieci (regał Billy, a jakże) moja “współteściowa”. Dla wyjaśnienia zapis tytułu BUtterfield nie jest literówką, tak od 16 grudnia 1930 roku zapisywano numery centralne urzędów w Nowym Jorku. Numer składał się z nazwy dzielnicy, w której dwie pierwsze litery pisane były jako wielkie, oraz kolejnego numeru; w przedwojennej Warszawie byłby to więc np. MOkotów 21 dla Szkoły Głównej Handlowej).
X
ohara-vercors

BUtterfield zainteresował mnie ze względu na amerykańskie pieczątki na frontyspisie. Lonia czyli artystka-plastyk Longina Poterek, mama mojej synowej, przyjechała na święta do Berlina, wyjęła z półki pierwszą lepszą książkę i zobaczyła na stronie tytułowej podpis właściciela – człowieka, którego znała.

Obie książki były czyjąś własnością i właściciel tę własność wyraźnie zaznaczył.

2berlinskieksiazkifronty O’Hara został wydany w roku 1935, Vercors w 1956. 

John O’Hara należał do biblioteki wojsk amerykańskich Army Library w Garlstedt, potem do  biblioteki naukowej w Poczdamie (Wiss. Allgemeinebibliothek), następnie do Biblioteki Miejskiej i Krajowej, przy czym chodzi o kraj związkowy czyli tzw Land Brandenburgia (SLB – Stadt- und Landesbibliothek Potsdam), gdzie wchodził w skład księgozbioru Amerika-Bibliothek.  Kiedyś go “wysortowano” czyli usunięto, co zaświadcza kolejna pieczątka, jednak nie ma tam daty, kiedy tego dokonano.

Garlstedt to miasto w Dolnej Saksonii, gdzie w latach 70 zbudowano garnizon dla 200 żołnierzy okupacyjnej armii amerykańskiej (na fotografii powyżej). Dla tych, którzy są za młodzi, żeby pamiętać: Niemcy do roku 1992 znajdowały się pod okupacją aliantów, czyli wojsk, które zwyciężyły w II wojnie światowej: USA, Wielkiej Brytanii, Francji i Związku Radzieckiego. Na terenie sowieckiej strefy okupacyjnej powstało państwo zwane NRD, pozostałe trzy strefy utworzyły RFN. W wojsku amerykańskim w Niemczech służył w latach 1958-1960 Elvis Presley, już jako znany muzyk. Tu poznał swoją pierwszą żonę, Priscillę, z którą wziął ślub w roku 1967.

Okupacja obejmowała oczywiście również Berlin. Gdy przyjechałam w roku 1985 do Berlina, mieszkałam najpierw w strefie francuskiej, a potem angielskiej. Teoretycznie wciąż jeszcze obowiązywała w tym mieście godzina policyjna – była “zawieszona”, ale bez trudu można ją było w każdej chwili “odwiesić”. Teoretycznie musieliśmy zawsze mieć przy sobie paszport, dowód lub inny dokument ze zdjęciem. Zanim wolno było człowiekowi złożyć podanie o azyl polityczny, trzeba było całkiem praktycznie i zgoła nie teoretycznie, udać się na przesłuchania do aliantów.

***

Właścicielem Milczenia morza był najpierw Fr(anciszek) Burkiewicz, który nabył tę książkę od razu w roku wydania i zapisał to pod zamaszystym podpisem. Podpis jest wykonany atramentem, który rozlewa się na miękkim peerelowskim papierze. W roku 1989 książkę nabyła w antykwariacie B. Kozica, która przekreśliła ołówkiem podpis Burkiewicza i sama się podpisała, też dodając rok nabycia.

Ciekawe, że Burkiewicz, poznański grafik, autor exlibrisów, tej książki nie oznakował exlibrisem, tylko ją podpisał. Znałam go, powiedziała Lonia podczas noworocznej partyjki scrabble’a, nie osobiście, ale często go widywałam w klubie ZPAP (Związku Polskich Artystów Plastyków) na Starym Rynku.  Był w wieku moich profesorów licealnych. Zawsze w jasnopopielatym garniturze i białej koszuli. Schludny, nienaganny.

Internet pozwala uzupełnić te informacje i wtedy dowiaduję się, że związany z Poznaniem Burkiewicz urodził się w Berlinie! Przyjechał do Poznania jako dziecko w roku 1920.

Była to więc zapewne rodzina tzw. optantów. Po I wojnie światowej rodziny polskie w Niemczech podobnie jak rodziny niemieckie w Polsce uzyskały tzw. opcję wyboru obywatelstwa i miejsca zamieszkania. W ściśle określonym czasie – teoretycznie zgodnie z Traktatem Wersalskim w dniach od 10 stycznia 1920 roku do 10 stycznia 1922 roku (w praktyce bywało różnie) – rodziny polskie mogły się zadeklarować jako polskie i powrócić do wyzwolonej ojczyzny, lub też wybrać opcję niemiecką i pozostać w Niemczech. Anna Poniatowska, badaczka dziejów Polaków w Berlinie, pisze, że ok. 10% Polaków w Berlinie wybrało opcję polską.
Często było tak, że część rodziny wyjeżdżała do Polski, część zostawała.

Franciszek Burkiewicz urodził się w roku 1910, zmarł w roku 2002. W latach 1925-1930 pobierał nauki w Państwowym Seminarium Nauczycielskim im. E. Estkowskiego, studiował w Państwowej Szkole Sztuk Zdobniczych i Przemysłu Artystycznego w Poznaniu, gdzie w roku 1935 uzyskał absolutorium na Wydziale Grafiki u prof. J. Wronieckiego. Studia kontynuował na Akademii Sztuk Pieknych w Warszawie (absolutorium 1939 r., dyplom w 1947 r.)

Patrzę na te daty i myślę, że mógł się znać z Mamą, która zaczęła studia na ASP w Warszawie w roku 1945. W końcu oboje studiowali grafikę.

Podczas studiów był stypendystą Funduszu Kultury Narodowej Prezydium Rady Ministrów (1936-1939). W czasie wojny pracował w „Deutsche Reichsbahn”, po wojnie powrócił do pracy w zawodzie. Na PWSSP wykładał liternictwo, grafikę użytkową, drzeworyt i rysunek. W latach 1963-1965 był dyrektorem Państwowego Liceum Sztuk Plastycznych. Po roku 1965 był już tylko grafikiem uprawiającym wolny zawód, udzielał się jednak czynnie w ZPAP. (Jak Mama, myślę, która nigdy nie pracowała na etacie, ale działała w Oddziale Gdańskim Związku, w sekcji grafiki). Burkiewicz brał udział w 377 wystawach w Polsce i na świecie, w tym 45 indywidualnych; otrzymał ponad 40 nagród i wyróżnień. Uprawiał drzeworyt, linoryt i rysunek. Był pejzażystą, pod koniec życia uprawiał fantastykę i abstrakcję. Przedstawia życie w wodach i dolinach aż po góry i dalekie horyzonty pełne chmur i powietrza. Wszystko przenika dziwnym światłem, dającym atmosferę niesamowitości i tajemnicy, pisze krytyk Jan Mulczyński. Stosuje monotypie, które powstałe na zasadzie przypadku i dowolnego wyboru stanowią pretekst do budowania nowych jakości między bielą i czernią. Z monotypii wyrastają często pierwsze kształty, najpierw abstrakcyjne, dalej przechodzące w bardziej realne, by znowu zerwać z nimi i kontynuować abstrakcyjny wątek; najczęściej zlewają się z rysunkiem w jednolitą całość.

***

Tyle na dziś o tych dwóch książkach. Można by jeszcze mnóstwo o nich opowiedzieć,  a zwłaszcza o ich autorach. A zwłaszcza o Vercorsie. Obie powieści właśnie (jednocześnie) czytam, jedną po angielsku, drugą po polsku. Obie należą do kanonu obowiązkowej literatury światowej. Obie są świetne. Polecam.

Reblog: Zeppelin we Frankfurcie i Aleppo w Gdańsku Wrzeszczu

Piotr Beszczyński

Z blogu Czas i przestrzeń

Grudzień nazywa się tak, jak się nazywa, od słowa „gruda”, oznaczającego zmarzniętą ziemię. Nazwa wywodzi się z czasów, kiedy w grudniu ziemia bywała zmarznięta. Teraz, kiedy za oknem plucha, może nawiązywać najwyżej do tego, że pisanie idzie jak po grudzie. Mimo to nie ustaję w trudzie, Mili Ludzie!

  • Na początku grudnia są imieniny Barbary. Liczę w głowie znane mi Panie, noszące to klasyczne imię; jest ich znaczna ilość, a wszystkie – są uosobieniem samych zalet! Czy to jakaś astrologiczna zasada, czy też ja mam takie szczęście – nie wiem, ale cieszę się, że znam tyle fajnych Baś!
  • Wspomnę tu o jednej z nich, prawdziwej artystce sztuk pięknych, a zwłaszcza malarstwa i kuchni. Niedawno był w staromiejskim ratuszu wernisaż kulinarno – rysunkowej, świetnej wystawy Barbary K. Jak to na wernisażach bywa, goście zostali podjęci poczęstunkiem – w tym wypadku nie pozostawiającym wątpliwości co do kunsztu Autorki. 20161208_181752-2I jak to na wernisażach bywa, zjawili się tam również koneserzy, zainteresowani wyłącznie owym poczęstunkiem. Nasunęło to refleksję nawiązującą do głoszonych przez obecnie nam panujących, haseł o „wymianie elit”. W tym wypadku „łże – elity” są zastępowane przez „żre – elity”. I tak dobrze, że z wysoką kulturą w tle.

  • Krótki wyskok do Frankfurtu nad Menem na początku miesiąca, dał okazję do kolejnej w tym roku niemieckiej refleksji. O tym mianowicie, jak rządzone przez rozsądnych przywódców społeczeństwo potrafiło w ciągu kilku pokoleń przeistoczyć się ze sprawcy największych nieszczęść w dziejach ludzkości, w przyjazną światu zbiorowość.
  • Miasto o wielkim znaczeniu historycznym (w IX wieku stolica państwa wschodniofrankijskiego, będącego osnową kształtującej się Rzeszy niemieckiej), jak też współczesnym (finansowa stolica Europy, wielki węzeł komunikacyjny), jest dla przybysza zaskakująco kameralne i sympatyczne. Zwłaszcza, gdy grudniowe niebo jest pogodne, a wypełnione tłumem ulice spływają grzanym winem.
  • p1020902
  • p1020913
  • p1020932
  • p1020882
  • p1020942
  • Tłumacząc się sami przed sobą brakiem czasu, pominęliśmy szereg prestiżowych muzeów stojących przy nadrzecznym bulwarze, ograniczając aktywność w tym zakresie do odwiedzenia znajdującego się na przylotniskowych peryferiach muzeum Zeppelina. Zwiedzających niewielu, więc miła pani (nie wiedzieć czemu od wejścia proponująca mi zakup ulgowego biletu) z prowadzącego placówkę stowarzyszenia entuzjastów, mogła poświęcić nam sporo czasu objaśniając ciekawą ekspozycję, jak też dowiadując się od nas o polsko – litewskim modelu cepelina, nadziewanego mięsem.
  • p1020889
  • p1020894
  • Program budowy gigantycznych sterowców w pierwszych czterdziestu latach XX wieku, aczkolwiek absurdalny ekonomicznie, przyśpieszył jednak rozwój w wielu dziedzinach techniki i gospodarki
  • Stał się też elementem propagandy systemowej dla pewnego niewysokiego pana z wąsikiem.
  • Machina propagandowa innego niewysokiego pana, bez wąsika i całkiem nam współczesnego, postępuje inaczej: zamiast używać balonów, usiłuje robić lud w balona. W znacznej mierze skutecznie, aczkolwiek ma znacznie trudniej, bo lud rogaty i przekorny. Widać wyraźnie ożywienie młodzieży w sprawach publicznych, co niesie nadzieję na nieodległą w czasie, stopniową utylizację dewastatorów tego, co wspólne.
  • p1030004
  • Na takich zgromadzeniach coraz częściej słychać rozsądne głosy, wzywające do organicznej pracy, do cierpliwego objaśniania wszem i wobec sensu trzymania się zasad sprawdzonych w najmocniejszych demokracjach. I tego, że zgoda na odstępowanie od tych zasad przynosi efekt jak pęknięcie powłoki szamba; nieczystości zalewają nas w niekontrolowany sposób.
  • Jak może wyglądać pokłosie dyktatury widać choćby na tragicznym przykładzie Syrii. Perła Lewantu, Aleppo, leży w gruzach, tysiące ludzi zginęło. Poszliśmy pod nasz ulubiony bar, noszący nazwę tego miasta i zapaliliśmy przed nim znicze. Taki drobny gest solidarności z innymi i przestrogi dla nas.
  • p1030010
  • aleppo
  • Jakby mało było ponurych wieści z kraju i ze świata, to jeszcze ostatni dramat berliński. Na takim samym przedświątecznym jarmarku jak ten, który nieco wcześniej przemierzaliśmy wśród gęstego tłumu we Frankfurcie.Łapię się na refleksji, że być może zaczynam odbiegać od geograficzno – historycznego zamysłu tego blogu. Ale przecież historia kształtuje się w sposób nieprzerwany, zaś gdy proces tego kształtowania dotyczy nas samych, to trudno się do niego czasem nie odnieść.

Rok 1917

Ten rok będzie do nas wracał i wracał. To rok rocznic.

Andrzej Rejman

Rewolucja

Czytam w artykule Wacława Radziwinowicza -“… Sto lat temu bolszewicy obalili cara. Teraz rosyjscy publicyści zapowiadają ‘nowy siedemnasty’ – rozpad i krach imperium Unii Europejskiej….”

Pomyślałem, że mam przecież oryginalne zapiski mojego pradziadka, Adama Hrebnickiego z tego okresu – zobaczę, co pisał o tej rewolucji w 1917 roku*.

3_adam_hrebnicki_w_swoim_mieszkaniu_w_instytucie_lesnym_Hrebnicki (1857-1941) mieszkał od czasu studiów czyli od ok 1880 roku w Petersburgu ze swoją córką Marią (ur. 1892) , która była studentką Akademii Sztuk Pięknych. (Obrazy Marii Hrebnickiej znajdują się obecnie w Muzeum w Raju, ob. Rojus, Litwa). Hrebnicki był już w 1917 r. profesorem i prowadził wykłady w Instytucie Leśnym.

Adam Hrebnicki w swoim mieszkaniu w Petersburgu

Dziennik pisał od przełomu wieków XIX i XX, opisując w nim głównie bieżące sprawy zawodowe, przy precyzyjnym odniesieniu do warunków przyrodniczych, pogody, uwzględniając także finanse. Jeśli chodzi o te ostatnie, trzeba przyznać, że mimo w miarę stałej, państwowej pracy, ciągle cierpiał na braki gotówki, o czym pisze często.

fot_2_dziennik_a_hrebnickiego_petersburg_marzec_1917_edi fot_1_dziennik_a_hrebnickiego_petersburg_marzec_1917_rdi

W szczegółowych zapiskach z tych lat nie brakuje odniesień do ważnych wydarzeń bieżących, tym bardziej, że do “serca” rewolucji miał blisko, wystarczyło podjechać tramwajem na Plac Newski.

7_tramwaj_w_inst_lesnym_petersburgTramwaj w Petersburgu ok 1912

Adam Hrebnicki pisze w brulionie oznaczonym datą 1917:

(pisownia oryginalna, rękopis znajduje się w Instytucie Ogrodniczym w Kownie, fotokopia z archiwum rodzinnego)

24/II piątek, 07 godz. rano, -6ºR. (w skali Réaumura = -7,5 C przyp. mój AR), szaro, dość cicho,

Rano od męża Elżbiety, który teraz żyje u nas, bo jest bez roboty, doszła nas wieść że tramwaje nie chodzą… No. 20 ani 21 nie szły, ale konką (chodzi o tramwaj konny, przyp. mój AR) dojechaliśmy do Stroganowa… a dalej No. 2 do Newskiego… Tu juz z daleka było słychać tłumny śpiew : “Wstawaj, podymajsia, raboczyj narod…”** i Kozacy wyjeżdżali z dziedzińca miastowej dumy, czy z piereułka, trudno było pojąć, w wielkiej ilości – i bodaj poparli tłumy na Czernyszow. zaułek. Na Newskim stały masy tramwai bez rączek i bez ruchu puste. Poszliśmy na chwilę do kościoła św. Katarzyny, i kiedy wyszli stamtąd już było tylko dużo ludzi na trotuarach, ale zupełnie spokojnie na ulicy. Odprowadziłem Manię do rogu Morskiej, widząc spokój wróciłem na Sadową, i po niej do Banku Birży (Bank Giełdy, przyp. mój, AR). Tramwaje już zaczęły chodzić jakby nigdy nic. Spotkałem też Marę (Małgorzatę Hrebnicką, swoją synową, przyp. mój, AR) z jakąś panią szły z Ekonomicznego Magazynu z zakupami…

Powróciłem do domu (tramwajem) No 21, od Newskiego zupełnie spokojnie.

**Вставай, поднимайся, рабочий народ! (ros. “powstańcie ludzie pracy” – “Marsylianka robotnicza” – rosyjska rewolucyjna pieśń na melodię hymnu francuskiego – “Marsylianki” Śpiewana jako hymn w pierwszych miesiącach po rewolucji lutowej w Rosji (przyp. mój AR)

28/II. wtorek, 07 godzina rano – 8st R., jasno, słaby wichrzyk.

4_budynki_instytutu_lesnego_stoi_adam_hrebnickiPetersburg. Teren Instytutu Leśnego, stoi A. Hrebnicki

Rano Paweł przyszedł objawić, że już naklejone ……. (tu niezbyt czytelne, pewnie chodzi o odezwę w sprawie sytuacji w Petersburgu, przyp. mój, AR) , co wyjaśnia położenie z wezwaniem na dziś wieczór deputatów, wojska, narodu i robotników do narodowego przedstawicielstwa. Podpisano to zwrócenie się (odezwę, przyp. mój, AR) “Rodzianko i innymi….deputatami Dumy Państwowej”. Jest też o tem jakie pułki podjęły powstanie. Forteca w ich ręku….Poczta, telegraf i telefon nie działają…… młody Filipow widział, jak nie wiadomo kto i skąd zabił żołnierza, koło mostu niedaleko stąd…

O g. 9. rano na egzamin do mnie naturalnie nikt nie przyszedł.

Spotkałem Spiesiwcewa, on myśli, że warto byłoby nam zebrać się w Instytucie, żeby wspólnie coś obmyślić i uradzić, a przynajmniej choć trochę zorientować się w wytworzonej sytuacji.

Pociągi już nie chodzą – Finlandzką, Nikołajewską, a Warszawska ma dziś zabastować… (ros. забастовать, zastrajkować)

6_petersburg_twierdza_pietropawlowska

… Wyjaśniło się też ze słów studentów Ołowcewa i Putilina, który tylko co wrócił z jakiegoś zebrania, że w Państwowej Dumie, która funkcjonuje paralelnie z … (nieczytelne, prawdopod. Radą Delegatów Robotniczych, przyp. mój, AR) jako Rząd Narodowy, Dyktatorem Narodowym, tak chyba jego można nazwać wybrany został, czy sam się zgłosił, deputat Kiereńskij. (Aleksandr Fiodorowicz Kiereński, ros. Александр Фёдорович Керенский – rosyjski polityk, z wykształcenia prawnik. Premier Rządu Tymczasowego w Rosji po rewolucji lutowej, obalony przez przewrót bolszewicki. przyp.mój, AR)

U góry Twierdza Pietropawłowska ok 1910/ na dole: Giełda w Petersburgu ok 1910

5_gielda_petersburg***

Kronsztat (Kronsztad, Kronsztadt – do 1723 Kronszłot, ros: Кроншлот, silnie ufortyfikowany rosyjski port morski, położony na wyspie Kotlin w Zatoce Fińskiej, około 30 km na zachód od Petersburga, przyp. mój, AR ) już przeszedł do rąk rewolucjonierów (będę ich nazywać powstańcami)… Ministrowie pouciekali. Pitizin, Tiurmer, Szczegłowitow (prezes Senatu) – aresztowani, i siedzą w tiurmie. Protopopow zabity. Kilka nowych pułków przyłączyło się do powstańców.

Instytut ochraniają studenci z karabinami, stanowiący straż naodową.

Do miasta przejście pojedyńczym osobom – swobodne, mas i jadących – nie przepuszczają przez żaden most na Newie. Poczta nasza ochrania się strażą narodową – studentami z karabinami. Nastrój dość podniesiony, ale i dość spokojnie… Cesarz – jakoby – wywieziony do Stawki. (Stawka Naczelnego Dowódcy (ros. Ставка Верховного Главнокомандующего, – organ naczelnego kierownictwa polowego i kwatera główna Naczelnego Dowódcy armii rosyjskiej na teatrze działań wojennych w I wojnie światowej – rozformowania 16 marca 1918 r., przyp. mój. AR) więcej od tego, co rano był naklejony przy poczcie – nie ma. Będziemy czekać do jutra.

4/III, 1917, sobota, 5 godz. rano -15 st. R

… Mnie rewolucja taka już nadojadła, jak i wiele komu, zapewne, już w Piotrogrodzie chce się spokoju i porządku pod starość i żadnych ekscesów, funkcjonowania telefonów, tramwai, teatrów, kino, itd, i zawarcia pokoju z zewnętrznym wrogiem, a najwięcej – znów mieć swój Raj*** kochany i Staniszki … z poczciwem Mażalskiem, Żoną, ogród, owoce, naturę żywą i powietrze, słońce, trawa, kwiaty, wodę (kąpiel!) i to wszystko, co się tak kochało – co stanowiło rdzeń mego życia!
Ale bodaj, są to tylko mrzonki nieziszczone!

*** tu autor wspomina swój majątek w Raju (wydzielony ze wsi Staniszki), gdzie założył piękny sad hodowlany

__________________

* W “Wikipedii” czytam:

Od początku 1917 w Rosji miejsce miały liczne strajki, manifestacje i starcia zbrojne ludności, występującej przeciwko wojnie i katastrofalnej sytuacji żywnościowej w kraju. Działania te przybrały wkrótce formę rewolucji, której początek datuje się na 8 marca (23 lutego według kalendarza rosyjskiego). Gdy car Mikołaj II Romanow rozwiązał Dumę, zebrała się ona nielegalnie wraz z Piotrogrodzką Radą Delegatów Robotniczych i Żołnierskich, żądając abdykacji cara, co nastąpiło 15 marca. Władzę w Rosji przejął Komitet Wykonawczy, wyłoniony przez Dumę. 28 marca 1917 Piotrogrodzka Rada Delegatów Robotniczych i Żołnierskich uznała, że Polska ma prawo do niepodległego bytu z punktu widzenia politycznego i międzynarodowego. 29 marca 1917 roku Rząd Tymczasowy Rosji przyjął rezolucję pióra Pawła Milukowa, która głosiła, że Rząd Tymczasowy uważa utworzenie niepodległego państwa polskiego, złożonego z ziem o większości polskiej za pewną gwarancję pokoju w odnowionej Europie. Połączone z Rosją wolnym wojskowym sojuszem, państwo polskie będzie pewną tarczą przeciwko naciskowi państw centralnych na słowiańszczyznę. Wolny i zjednoczony naród polski sam określi swój ustrój wewnętrzny, wypowiedziawszy swą wolę za pośrednictwem Konstytuanty, zebranej w stolicy kraju, a wybranej na podstawie powszechnego prawa wyborczego…

Bez komentarza. Jedyne czego można sobie życzyć, to spokojnego 2017 roku!!!

Wszystkie zdjęcia Stanisław Hrebnicki

Spassfaktor

Ewa Maria Slaska

Herbst 2016 in Berlin. Eine Lesung über Spass.

Für Agnieszka und Tomasz

Ich komme von einem Geburtstag zurück. Es war alles elegant, wundervoll elegant, wir aßen kleine Häppchen, tranken Ingwer-Limonade, von der glatten Schokoladentorte ist viel geblieben, die Gastgeberin packt mir ein großes Stückchen in einen großen Karton, in dem sie vorher die ganze Torte von Nikos gebracht hatte.

Es ist Freitagabend, in Berlin gerade Höhepunkt der Völkerwanderung. Alle wollen irgendwohin, um Spaß zu haben.  Es kommt ein kleiner alter Mann in den U-Bahn-Wagen rein. Ich vermute er ist ein Türke, sieht aber wie ein alter Jude aus, ein alter Jude im Warschauer Ghetto. Mir schaudert… So wie er aussieht, ist es noch einigermaßen OK im Ghetto, man stirbt noch nicht auf den Straßen, aber wenn man nicht im vergangenem Leben wohlhabend war, alt ist, zerbrechlich, da ist man schon zum Betteln verurteilt. Er macht beim gehen einen Buckel, damit er uns, die wir auf den Banken sitzen, nicht von oben herab anschaut, sondern unterwürfig, von unten… Erfahrener Bettler also, kennt sein Metier. Aber das denke ich mir jetzt, als ich es schreibe, als wir uns begegneten, war ich nicht imstande auf etwas anderes zu denken, außer meinen Großonkel Stefan in Ghetto. Er war vor dem Krieg so elegant, so gutaussehend, verkehrte in den mondänen Kreisen Warschaus, ging zum Tanzen in die Adria, danach musste er aber so ausgesehen haben, und dann starb er… Ich hoffe, er beugte sich nicht, ich möchte fest daran glauben, dass er stehend um sein Leben kämpfte und nicht, sich beugend. Er gab im Ghetto eine Zeitschrift heraus, sie hieß Żagiew / Die Fackel …

Ich stelle den Karton mit der Torte af den Boden ab und krame in meiner Tasche, suche meinen Geldbeutel, aber natürlich, Scheiße! wie immer! wieso habe ich nie Geld dabei?! Ich nehme den Karton mit der Torte und gebe ihn dem Mann. Bitte, nehmen Sie es, stammele ich, das ist die beste Torte in Berlin… Er schaut mich verwundert aus, ich wiederhole etwas von dem glauben Sie mir, die beste Torte… Ich habe Schweißperlen auf der Stirn. Jakob-Kaiser-Platz, der Mann steigt aus, ich fahre nach Hause, die große Masse fährt weiter, nach Mitte, Friedrichshain, Prenzelberg, um Spaß zu haben…

Den polnischen Film Ida über einer Novizin, die ihre jüdische Abstammung entdeckt, habe ich bei der Vorpremiere im Kino gesehen. Ein schöner, ruhiger, überhaupt nicht aggressiver Film, ich bin jedoch erschüttert von der Geschichte. Ida und ihre Tante fahren nach irgendwohin, in die polnische Provinz, in die Nacht, in die Walachei, um heimlich das Grab der Eltern zu besuchen, ach was, es ist kein Grab, es ist nur ein Beerdigungsort, aus dem ein Bauer die Skelette Idas Eltern ausbuddelt. Ida und ihre Tante besuchen nicht den Ort, sie berauben ihn, das ist das Wort dafür, oder, wenn man Totenköpfe und Gebeine der Leichen aus dem Grab entfernt?

Schwarze Milch der Frühe wir trinken sie abends
wir trinken sie mittags und morgens wir trinken sie nachts
wir trinken und trinken
wir schaufeln ein Grab in den Lüften da liegt man nicht eng

Als ich dann in Polen bin, kaufe ich eine Illu mit dem Film. So ist es in Polen oft, dass man beim kaufen einer Zeitschrift noch etwas bekommt, sei es eine Strandtasche, einen billigen Schmuck oder eben einen Film auf DVD. Diesmal kaufe ich Zeitschrift Forum und Ida. In Berlin rufe ich meine Freudinnen an, lade sie zum Filmgucken ein. Wir essen Kuchen, trinken Kaffee. Mitten im Film sagt eine von ihnen, aber Ewa, du siehst es dir schon das zweite Mal, wie kannst du es aushalten, mir macht er keinen Spaß, es ist so langweilig… Ich zucke mit den Armen. Mir gefällt`s, sage ich, weil wenn ich es sage, hütet es mich davon, ihr ins Gesicht zu schreien, dass ich es super finde, dass sie an dem Film keinen Spaß hat… und dass wir den Film zusammen gucken, weil ich Glück habe… weil es genauso gut die Leiche meiner Mutter sein konnte, die sich halt auch den ganzen Krieg verstecken musste… Wie Idas Mutter. Und dann wäre ich nicht geboren…

Natürlich habe ich meinen kleinen Spaß, wenn ein paar Monate später Ida den Oskar gewinnt. Das Ida angeblich ein monotoner langweiliger Film sein sollte, ist offensichtlich ganz vergessen. So ist es mit dem jüdischen Spaß in der zweiten Generation nach Holocaust. Keine einfache Sache. Mal ist er da, mal doch nicht…

Wir waren gerade im Jüdischen Museum. Nach wie vor finde ich das Museumsgebäude schrecklich, preußisch, militärisch und die Ausstellung kindisch, unintelligent, manchenorts gar primitiv. Aber ich habe Gäste aus Polen und die wollen. So ist es. Die Deutschen fahren nach Polen und suchen die Juden, die Polen kommen nach Deutschland und suchen ebenfalls Juden. Mich können sie alle allemal, sie sollen sich zum Teufel scheren und nach Israel fahren… Oder mich mindestens in Ruhe lassen. Aber es gibt kein Auswinden aus der Sache. Wir sind im Museum, schauen uns alles an. Auch das Innere des Holocaustturmes, in dem eine dicke Schicht metallener Gesichter aufgelegt wurde. Dicke knirschende Schicht, jeder Gesicht für einen Ermordeten, alles in der Farben, die letztens fürs Erinnern bestimmt wurden, Betongrau und Rostbraun. Es kommt eine Gruppe der jungen Mädchen rein, eine nach der anderen gehen sie auf die Gesichter, die unter ihren Schritten klingeln. Es macht Spass, klar.

ein Mann wohnt im Haus der spielt mit den Schlangen
der schreibt der schreibt wenn es dunkelt nach Deutschland
dein goldenes Haar Margarete
er schreibt es und tritt vor das Haus und es blitzen die Sterne
er pfeift seine Rüden herbei
er pfeift seine Juden hervor läßt schaufeln ein Grab in der Erde
er befiehlt uns spielt auf nun zum Tanz

Wir gehen zum Holocaust-Mahnmal. Pärchen machen sich händehaltend Selfies zwischen den Säulen, Jungs springen obendrein von einer Stele zu der anderen, die Mädchen gucken hinter der Pfeilern vor, lächeln kokett, lassen sich Bilder machen, die sind für Tinder… Es gibt eine besondere Internetseite dafür: tinder holocaust monument. Hat sogar eigenen Namen: tindercaust. Wissen meine Leser überhaupt, was der Tinder ist? Ein Zunder, eine mobile Dating-App… App wisst ihr schon, oder? Eine Applikation… Egal. Man stellt dort ein Foto von sich und gibt ein paar Angaben über sich und ein paar über den, den man daten will. Geschlecht, Alter, Wohnort, Interessen… Aus diesen Angaben stellt das Portal ein Angebot für mich. Das heißt nicht für mich, ich benutze den Tinder nicht, aber egal, es ist einfacher zu schreiben, als ob die Tinder-Offerte für mich gemeint wäre. Und wenn ich einen Mann suchen würde. Klassisch langweilig also. Ich gucke mir das, was für mich ausgesucht wurde und zack, der, der mir nicht gefällt wird von mir nach links verschoben, und nach links, nach links und wenn mir jemand gefällt, dann nach recht. Wenn es auf der anderer Seite zufällig auch nach rechts geschoben wurde, stellt der Portal uns beide auf den Chat-Modus um. Der Rest hängt schon von uns beiden ab.
Und dafür ist es jetzt in Mode für den Zunder die Fotos zu haben, die man im Denkmal geschossen hat.

Schwarze Milch der Frühe wir trinken dich nachts
wir trinken dich morgens und mittags wir trinken dich abends
wir trinken und trinken

Ich liebe dieses Gedicht, obwohl ich ihn nicht ganz verstehe. Es geht um Musik machen in einem Kazet, das ist klar, Leonard Cohen sang auch ein Lied darüber, dance me dance me to the end of love… Ich found es auf you tube, in Bebilderung ein schönes Paar tanzt, dazwischen kommen Flammen und die Bilder von Auschwitz. Ein der Kommentare darunter: wieso packt ihr Juden immer wieder und überall diese verdammte Bilder?

Na. Ist doch eine Frage… Wieso eigentlich? Meine Mutter und meine Tante schwiegen über den Krieg als ob sie das Schweigen geschworen hätten. Papa übrigens auch. Jeder hatte seine eigene Gründe dafür. Von dem Krieg zu erzählen gehörte zu denen da oben, na, Kommunisten halt, Quatsch, keine Kommunisten, die an der Macht… Unter uns machte man es nicht… Als Kind wollte ich es sowieso nicht, weil ich fürchterliche Angst hatte. Danach fanden wir es einfach peinlich. Wir mochten auch keine Kriegsfilme, bis dann diese Sekunden entscheiden und die Vier Panzersoldaten mit dem Hund produziert wurden. Aber ich hab sie eigentlich auch ungern gesehen. Oder gar nicht. Bohaterszczyzna mag ich nicht. Bo-ha-ter-szczy-zna… Könnt ihr das Wort geniessen. Und dann auch seine Bedeutung. Unschatzbar. Keine Übersetzung, nirgends. Niepotrzebna, właściwa Polakom skłonność do brawury i osiągania mało znaczących zwycięstw kosztem ogromnych strat w ludziach. Unnötige, charakteristische für die Polen Neigung zur leichtsinnigen Kühnheit, um unbedeutende Siege auf Kosten der großen Verluste zu erzielen.

Und viel erzählen darüber! Total uncool.

Ein Mann wohnt im Haus der spielt mit den Schlangen der schreibt
der schreibt wenn es dunkelt nach Deutschland
dein goldenes Haar Margarete
Dein aschenes Haar Sulamith
wir schaufeln ein Grab in den Lüften da liegt man nicht eng

Also, wie gesagt, es ist jetzt in Mode die Fotos im Denkmal zu schiessen. Zu schiessen. Ja, jetzt kann ich nicht umhin, ich muss einen kleinen Abzweig machen, wegen des Fotosschiessens. In einer Schule hat man mit Hilfe des Googles-Translator einen Zettel für die Eltern übersetzt. Mit solcher Übersetzungen ist immer etwas dabei, was unerwartend komisch sein kann. Als mein Sohn noch klein war, hat man uns, den polnischen Eltern ein höflich gemeinten Briefchen gegeben, das etwa so anfing: Miłość Ojciec Matka (die Liebe der Vater die Mutter). Wir brauchten schon ein Bissl Zeit, um zu verstehen, dass man so mit Hilfe des Wörterbuches die Redewendung Liebe Eltern übersetzt hat. Diesmal wurden die syrischen Eltern auf Arabisch um Erlaubnis gebeten, das Kind in der Schule erschießen zu dürfen… Es war halt in der Schule Fotoshooting vorgesehen.  صور اطلاق النار. Viel Spaß!

Aber Spaß bei Seite, wir sind immer noch im Museum, unsere Runde endet im Raum mit Gästebuch. Hier müssen wir kurz warten bis uns ein Museummitarbeiter abholt und mit dem Fahrstuhl zum Ausgang bringt. Wir sind nämlich zu Dritt und eine von uns sitzt im Rollstuhl. Wir warten, wir sind müde. Ob einem die Ausstellung gefällt oder nicht ist eine Sache, aber auch, wenn sie uns nicht gefällt, müde macht sie trotzdem. Wir lehnen uns an die Wand, nach ein paar Sekunden fahre ich jäh hoch. Wisst ihr was da an der Wand steht? frage ich. Auf der Wand gibt es nämlich drei Fragen, in großen Buchstaben auf Deutsch, in kleineren auf Englisch. WAS HAT EUCH SPASS GEMACHT? Ich schau auf den Englischen Text, vielleicht irre ich mich, vielleicht verstehe ich etwas falsch, aber nein, auf Englisch ist dasselbe gefragt: What was the most fun? Es musste aber ein Mensch übersetzt haben, weil der Google macht daraus die Frage: WHAT HAPPENED?

Ja, Mensch, WHAT HAPPENED? Was willst du eigentlich?

Er ruft stecht tiefer ins Erdreich ihr einen ihr andern singet und spielt
er greift nach dem Eisen im Gurt er schwingts seine Augen sind blau
stecht tiefer die Spaten ihr einen ihr andern spielt weiter zum Tanz auf
Schwarze Milch der Frühe wir trinken dich nachts

***

Das hier zitierte Gedicht ist die Todesfuge von Paul Celan

Ze “Skrzydłami” w Nowy Rok

Już tydzień temu pisałam tu o gazecie harcerek “Skrzydła”, wydawanej w latach 1930-1939, gdzie jedną z redaktorek była moja (ukochana) cioteczna babcia, Karolina Lubliner-Mianowska (Karusia). Dziś noworoczne życzenia harcerskie sprzed 86 lat i podpisany pseudonimem Bukowa Jagoda tekst, jaki Karusia opublikowała w (naj)pierwszym numerze tego miesięcznika.

nowyrok1930-zyczenia

Karolina Lubliner-Mianowska (Bukowa Jagoda)

Zapomniany obowiązek.

Minęła jesień, mamy już poza sobą okres składania sprawozdań z akcji obozowej i okres płacenia długów. (Myślę tu nietylko o długach materjalnych, ale i ciążących na nas długach wdzięczności). Komenda Chorągwi, Oddział, Główna Kwatera otrzymały już żądane raporty, księgi, rachunki. Nie zapomniałyśmy o gościnnych właścicielach terenu, o miłych sąsiadach z Wiejskiego Koła Młodzieży, ani o opiekunach z rodzinnego miasta. Sprawdźmy rachunki jeszcze raz, czy już nikomu więcej nie zawdzięczamy obozowych korzyści i radości? Przypomnieć sobie trzeba, że pozostali jeszcze w ukryciu bezimienni dobroczyńcy, którym nie poślemy ani fotografji na pamiątkę, ani punktualnego sprawozdania, ani nawet miłego listu, ale którym zawdzięczamy bardzo, bardzo wiele.

Bo czyż nic nie jesteśmy winne sosnowym borom za udzielenie nam gościny i cienia i wieczornego szumu drzew? a potokowi za wodę czystą i zdrową i za nieustanną wesołą z nami rozmowę? a wszystkim mieszkańcom lasu skrzydlatym i kosmatym i sześcionogim i kwitnącym – za miłe nieocenione towarzystwo?

nowyrok1930-il1

Jeśli sądzimy, że przyroda nic od nas żądać nie może, że niepotrzebna jej ani wdzięczność nasza, ani pomoc, jesteśmy w błędzie. Dziś na całym świecie przyroda wymaga opieki i ochrony, gdyż dopiero pod koniec ubiegłego stulecia w Ameryce, a w początku bieżącego w Europie spostrzeżono się, że działalność gospodarcza człowieka zniszczy niedługo resztę naturalnego piękna naszej ziemi, jeśli się jej w pewnych wypadkach nie powstrzyma. W tym celu rządy wszystkich państw wydają ustawy, które otaczają opieką ginące rośliny lub zwierzęta, bądź też wyłączają z użytkowania poszczególne tereny, bezcenne ze względu na ich piękno.

nowyrok1930-il2

Ale wszelkie prawa są niewystarczające, jeśli ludność ich nie zna lub nie rozumie, a więc nie przestrzega. Dlatego też powstawać muszą organizacje społeczne, które zajmują się szerzeniem idei ochrony przyrody, dążą do tego, aby każdy obywatel umiał szanować piękno ojczystego kraju. W Polsce dopiero od dwu lat mamy podobną organizację, jest nią Liga Ochrony Przyrody. Liga O.P. jest jednem z tych towarzystw, których cele harmonizują tak dalece z naszemi hasłami, że stała współpraca naszych chorągwi i drużyn staje się tu koniecznością. Zajrzyjmy więc do statutu Ligi O. P. „Liga budzić będzie słowem i pismem zainteresowanie i szerzyć miłość dla cech swoistych poszczególnych części ziemi ojczystej – zaś harcerka miłuje przyrodę. „Liga przyczyniać się będzie do poznania pod względem przyrodniczym poszczególnych części tej ziemi” – zaś harcerka stara się poznać przyrodę. Widzimy, że nie ma różnic zasadniczych w treści tych wskazań. Dla wielu ludzi cele „ochrony przyrody” są niezrozumiałe, obce, dalekie. Dla nas zawsze pozostaną bliskie i drogie, pamiętamy bowiem, jak wiele zawdzięczamy przyrodzie; współżycie z nią jest nieodzowną częścią naszej pracy wiosennej i letniej, jest źródłem nowych sił i poważnym czynnikiem kształcenia charakteru.

Ale jeśli umiemy wykorzystać piękno przyrody dla naszych celów, umiejmy spłacić zaciągnięty wobec niej dług. Drużyny nasze nie zawsze pamiętają o tym obowiązku. Wiem, że zdarzają się jeszcze wypadki nieposzanowania przyrody, masowego zrywania roślin, rycia napisów na skałach i.t.p. A często patrzymy obojętnie, gdy szpecą przyrodę inni, nie objaśniając niszczycieli, którzy nie zawsze uświadamiają sobie wyrządzoną szkodę. Musimy więc, pamiętając o przybywających nam co rok nowych zastępach i nowych kierowniczkach pracy, w odpowiednich gawędach przypomnieć drużynom jaki być powinien stosunek harcerek do przyrody.

nowyrok1930-il3

Na razie rzucam tych parę myśli, zawsze aktualnych. W przyszłości pismo nasze poświęci trochę miejsca sprawom ochrony przyrody, a więc w porze przedwiosennej pomówimy bliżej o zachowaniu się drużyn na wycieczkach podmiejskich, a przed sezonem letnim o tem, co dobrego mogą zrobić, a czego złego uniknąć nasze obozy. Teraz zaś jeszcze zimową porą drużyny harcerskie mogą zgłosić się do Ligi Ochrony Przyrody, jako tak zwani członkowie związkowi. Drużyna, która postanowi wejść do Ligi, zawiadamia zarząd Ligi pisemnie, podając ilość swoich członków oraz opłaca za każdą harcerkę 30 groszy rocznie. (Tak, 30 groszy, nie więcej!) Wzamian drużyna zostaje członkiem związkowym Ligi, oraz otrzymuje dla każdej z druhen znaczek z żubrem, który nalepia się na legitymację harcerską. Dodać trzeba, że z takich groszowych składek Liga Ochrony Przyrody uzbiera tysiące złotych, które przeznaczy przede wszystkim na wykup z rąk prywatnych właścicieli tych skrawków ziemi naszej, które ze względu na ich piękno i wartość przyrodniczą trzeba zachować nietkniętemi. Teraz najbliższym projektem Ligi jest wykup resztek pierwotnego stepu na Podolu. Musimy i my pomóc w zrealizowaniu tego projektu. Drużynom, które zechcą zgłosić się do Ligi, podaję jej adres: Warszawa, Aleje Ujazdowskie 6/8. Druhny, które życzyłyby sobie podania innych informacyj w sprawach ochrony przyrody, proszę o przysłanie swych żądań i zapytań do redakcji “Skrzydeł”.

PS 1. Czytelnik znajdzie na tym blogu więcej wpisów Karoliny Lubliner-Mianowskiej (Bukowej Jagody), w tym również o sprawach ochrony przyrody i troski o las, który Karusia najbardziej kochała. Są ludzie gór i ludzie morza, mawiała, a ja jestem człowiekiem lasu. Gdy to piszę, przypominam sobie niezliczone leśne wycieczki z Karusią, które stanowiły ważny element mojego dzieciństwa i dorastania, podobnie zresztą jak wielokilometrowe wędrówki plażą, które były specjalnością rodziców, a zwłaszcza ojca.

PS 2. W Wikipedii czytamy: Liga Ochrony przyrody jest najstarszą organizacją ekologiczną w kraju – powstała 9 stycznia 1928. Godłem stowarzyszenia jest stylizowany żubr z nazwą organizacji. Liga jako organizacja ogólnokrajowa została założona z inicjatywy Państwowej Rady Ochrony Przyrody. Zjazd organizacyjny odbył się 9 stycznia 1928. Pierwszym prezesem wybrano prof. Józefa Mroziewicza. W lidze działali wówczas naukowcy i działacze tacy jak: Aleksander Janowski, Władysław Szafer, Walery Goetel, Jan Gwalbert Pawlikowski, Bolesław Hryniewiecki i Mieczysław Limanowski. Na pamiątkę tego wydarzeniu, co roku 9 stycznia, obchodzi się w Polsce Dzień Ligi Ochrony Przyrody. II wojna światowa przerwała działalność ligi, ale stowarzyszenie odrodziło się już 17 lipca 1945 w Łodzi. Pierwszym prezesem po wojnie był prof. Edward Potęga.

PS 3. I może jeszcze jeden przypis. W roku 2016 sprawa ochrony lasów pojawiła się na pierwszych stronach gazet, gdy rząd Beaty Szydło podjął decyzję o wycince drzew w Puszczy Białowieskiej.  Wydawałoby się, że Liga Ochrony Przyrody powinna się temu zdecydowanie sprzeciwić. Niestety. Oto pismo LOP w tej sprawie z 22 października 2016 roku.

Myślę, że Karusia byłaby zrozpaczona.

PS 4. Żubry zresztą też pójdą na odstrzał. Na razie te z Puszczy Boreckiej. Prasa podała… Szczęśliwego Nowego Roku, zanim wszyscy pójdziemy na odstrzał!