Z wolnej stopy 52

Zbigniew Milewicz

Siódme, nie kradnij…

– Jak by był moim dzieckiem, to bym mu uciął rękę, tak jak to robiono dawniej.
– Może w twojej Serbii by ci to uszło płazem, ale w Monachium byś ze Stadelheimu prędko nie wyszedł – studzę Dragana.

Maks nic nie mówi, leży w swoim łóżku i tylko ciężko wzdycha. W szpitalach ludzie są bardziej otwarci na siebie, zwierzają się ze swoich problemów, to przynosi ulgę. Maks pochodził, podobnie jak ja, ze Śląska, z Siemianowic. Przyjechał z żoną i Mietkiem do Monachium wcześniej ode mnie, zaraz po ogłoszeniu stanu wojennego, jego dzieciak miał wtedy dziesięć lat. Podobnie jak jego rodzice prawie nic nie kapował po niemiecku, ale nauczył się szybciej od nich. W szkole szło mu dobrze, interesował się sportem, uczynny w domu i wobec kolegów, praktycznie niczego dzieciakowi nie można było zarzucić. Poza jednym: kompletnie ignorował pojęcie cudzej własności. Kiedy w niedzielę matka nakładała mu na talerz stertę ziemniaków z kapustą i schabowego, potrafił błyskawicznie wymienić dania i zjeść to, co było przewidziane dla ojca, czyli większą porcję. Przecież go nie głodzili, mógł powiedzieć, że ma mało, dostałby dokładkę, ale wolał zrobić po swojemu. W klasie ginęły uczniom z tornistrów różne drobne przedmioty i nikt nie wiedział, kto je kradnie, póki Mietek nie skaleczył sobie dłoni o scyzoryk w plecaku kolegi, którego tamten przez nieuwagę nie domknął.

Miał taki spryt w swoich długich palcach i refleks, że w okamgnieniu potrafił przywłaszczyć sobie to, co chciał. Cierpliwie czekał, aż ofiara się zagapi na coś, a otoczenie spuści go z oka i wtedy działał. Kiedy za długo to trwało, odwracał czym bądź uwagę od siebie i nigdy do niczego się nie przyznawał, nawet złapany na gorącym uczynku. Wtedy w szkole poszedł na rozmowę do dyrektora, drugą odbyła z nim pani psycholog, w domu ojciec sprał mu tyłek paskiem, a mama wygłosiła dramatyczny apel o poprawę, więc kara za próbę kradzieży scyzoryka była w miarę łagodna. W ich domu na Karlsfeldzie wiodło się w miarę dostatnio, Maks pracował na taśmie montażowej w MAN-ie, zarabiał dobrze, jego żona Krystyna dwa razy w tygodniu pucowała Niemcom mieszkania, Mietek dostawał od rodziców przyzwoite kieszonkowe, kupowali mu modne ciuchy, jeździli na różne wycieczki i wczasy, nie musiał kraść.

Oficjalnie zadarł z prawem po raz pierwszy, dopiero jak poszedł do pracy. Jako wyuczony Kaufmann, czyli handlowiec dostał się za ladę jednej z ekskluzywnych perfumerii w centrum miasta; klientela ceniła sobie jego wiedzę o świecie zapachów, bajerował z wdziękiem panie, rzeczowo doradzał panom, tylko kierowniczka sklepu była zmartwiona, bo częściej niż zwykle miała manko. W końcu sklepowy detektyw z pomocą monitoringu znalazł przyczynę. Policyjna razzia w miejscu zamieszkania Maksa ujawniła w piwnicy dobrze zamaskowany schowek z kilkudziesięcioma flakonikami drogich perfum różnych światowych marek, a przy okazji trawkę. Oczywiście Miecio nie miał bladego pojęcia o tym, do kogo to wszystko należy, nie rozmiękczyły go wyniki daktyloskopijnych badań, dowody z monitoringu ani przesłuchania w areszcie, bo został zatrzymany. Rodzice zatrudnili wziętego, monachijskiego adwokata, aby wyciągnął syna z pudła; udało się, trawki nie było za dużo, więc dostał wyrok w zawiasach, ale Maks przypłacił to zawałem serca.

Nie można powiedzieć, Mietek odwiedzał ojca w szpitalu, przesiadywał przy nim, zawsze pytał, czy czegoś nie potrzebuje. Wizualnie byli do siebie podobni, obydwaj szczupli, wysocy blondyni, ale najwyraźniej charaktery mieli różne. Syn, w markowym ubraniu od Bossa, emanował pewnością siebie, a ojciec jakby się go trochę bał. Oficjalnie temu zaprzeczał, mówił, że nie ma dobrego humoru, bo nadal nie może wstawać z łóżka i przeszkadzają mu te różne aparaty, do których jest podpięty, ale dopiero wtedy, jak Mietek kończył odwiedziny, to się uspokajał. Mój pobyt w tym szpitalu trwał stosunkowo krótko, po paru dniach kardiolog uznał, że na kolejne badania mogę przyjść za miesiąc, z domu. Do domu puścili także Dragana, który z zawodu był rzeźnikiem i twierdził wesoło, że nie ma takiej rzeczy na świecie, której nie dałoby uciąć.

Kiedy za miesiąc ponownie przekroczyłem progi Schwabinger Krankenhaus, spotkałem na korytarzu Dani, miłą, ciemnoskórą salową, która ze wszystkimi w szpitalu była zaprzyjaźniona i wiedziała dokładnie, co się w nim dzieje. Miała do tego fenomenalną pamięć.

– Jak pan poszedł do domu – powiedziała – to Maksa wzięli z powrotem na intensywną terapię, bo stracił przytomność. Już jej niestety nie odzyskał. A teraz w szpitalu leży jego syn, bo wpadł pod tramwaj i zmiażdżyło mu rękę.

Poszedłem odwiedzić Mietka (albo w niemieckiej wersji Mitka). Kikut prawej ręki sięgał mu do łokcia, spał, więc nie chciałem go budzić, ale proszę sobie teraz wyobrazić coś, co wymyka się wszelkiej logice. Wchodząc do jego pokoju, zerknąłem na swój zegarek, żeby sprawdzić ile mi jeszcze czasu zostało do badań. Wychodząc po chwili ponownie na zewnątrz, chciałem jeszcze raz się upewnić, ale zegarka już nie było.

Łucja, żaden autorytet (7)

Łucja Fice

Z innej strony

Jestem jako gatunek homo sapiens i tak tylko bakterią w kosmosie. Cóż więc mogę dla niego znaczyć? Kiedy pomyślę jednak, że jestem istotą duchową, podlegającą wiecznej ewolucji, to zmienia się paradygmat mojego myślenia. Lecz, to tylko irracjonalna wiara, bo dowodu na to, kim tak naprawdę jestem jako byt materialny, nikt do tej pory mi nie przedstawił. Najwięksi myśliciele od tysiącleci nie udowodnili, dlaczego okupuję tą materię. Słynne zdanie Rene Descartesa (Kartezjusza) „cogito ergo sum” budzi we mnie tylko efekt toczącej się kuli, bo nadal zadaję pytania i nie zadowala mnie żadna odpowiedź ze świata nauki, techniki czy filozofii.

W dojrzewaniu myśli doszłam do ściany, a ukazała mi to pandemia złośliwego wirusa, wyprodukowanego na czyjeś życzenie. Życie nie znosi próżni. Świat się zmienia wraz z postępem myśli ludzkiej i okazało się, że moje życie jest zagrożone, nie z powodu starości czy choroby, tylko z powodu małego niewidocznego bytu, który już zdążył narobić zamieszania, pokrzyżować mi plany i nakazał zmienić życiowe zasady.


Myślę, że wirus przesieje ludzkość i stanie się katalizatorem, który sprawi, że powstanie kula, która zacznie się samoistnie toczyć ku zagładzie. W najbliższych kilku latach okaże się, że przetrwają tylko nieliczni, ci, przygotowani na to, by swoimi umiejętnościami podtrzymać życie na ziemi. W niebyt odejdą zawody, które jeszcze dzisiaj wzbudzają zazdrość i respekt. Nabierze wartości to, co pomoże przetrwaniu gatunku.


Ziemia jako glob już nie raz była świadkiem wymierania. W ciągu ostatnich epok nie raz matka Ziemia doznawała katharsis od ludzkiego gatunku. To katharsis ponownie odbudowuje Matkę Ziemię, pomaga podnieść się z ruiny, do której ją doprowadziliśmy zanieczyszczeniem.

Zauważam jak zaczną nabierać wartości cechy, które dotychczas były minimalizowane i nieraz uznane za mało warte. Jeszcze podsycamy wartość urody, mody, pieniędzy, pewnych modnych zawodów, np. aktorstwa, bankowości. Jeszcze, lecz z „szybkością światła” zaczną je wypierać inne cechy, te, które dadzą możliwość przetrwania gatunku, podtrzymania życia.

Człowiek nie może w nieskończoność eksploatować ziemi i jej zabudowywać, więc myślę, że w tej pandemii o to właśnie chodzi. Powstrzymać świat, uchronić od zagrożenia, jakim jest sam człowiek. Pandemia więc, chociaż jest zjawiskiem niesprawiedliwym w moim ludzkim pojęciu, może być próbą regeneracji środowiska. Nie sądzę, by Kosmos ludzi potrzebował, by istnieć, a jeśli już, to tylko w celach ewolucyjnych, bo nie ma wartości duchowej bez człowieka. Nawet się nie obejrzę, jak dosięgnie mnie czarny scenariusz, niczym z horroru science fiction.

O tym właśnie powiedziała mi moja matka we śnie, który śniłam 28 lat temu! Powiedziała, że doczekam czasów z pewnej przepowiedni, a ja w tym śnie wiedziałam, o co chodzi. Ostrzegała mnie, że w roku 2017 coś się wydarzy. Był to jednak rok, w którym nic szczególnego się nie wydarzyło. Jednak było COŚ. Była pierwsza symulacja wirusa. Wtedy się zaczęło. Ktoś napisał, ktoś powiedział, ja tylko powtarzam – świat już nigdy nie będzie taki sam. Ja, Lucia, ta mała bakteria w kosmosie też się pośrednio przyczyniłam do tego, że zaczniemy masowo wymierać.

Sporo jest literatury, bo człowiek czasem umie zaglądać w przyszłość, sporo filmów, sztuka od lat ostrzegała ludzkość przed zachłannością, wygodnictwem, chamstwem, egoizmem, okrucieństwem wobec drugiego człowieka. I przed brakiem wyobraźni. Za wszystko przyjdzie nam teraz zapłacić, nie ma nic za darmo.

Stanowimy jako gatunek wspólnotę, wspólnie więc doczekamy świata odbiegającego od naszych oczekiwań. Nie pomoże nam osiągnięty poziom technologii i nauki. To nie epidemia może zaszkodzić ludzkiemu gatunkowi, to ludzka pazerność na życie w dostatku i wygodnictwie i nie jest to bynajmniej moja fantazja.

Naukowcy z Uniwersytetu Oxfordzkiego obliczyli, że gatunek ludzki zginie z powierzchni Ziemi do końca XXII wieku z powodu nanotechnologii molekularnej i sztucznej inteligencji – dziedzin, które się teraz tak dynamicznie rozwijają. Przede mną świat całkowicie odbiegający od moich marzeń. Zawsze znajdzie się ktoś, kto posądzi mnie o czarno-wizjonerstwo, czy fantastykę, ale mój horyzont myślenia nakazuje mi tak pisać. Zresztą aksjomaty mówią same za siebie.

Osobiście radzę sobie świetnie z tą oczywistością, bo moja wiara w nieśmiertelnego ducha wygrywa ze strachem o to marne życie. Ponieważ nikt z naukowców ani filozofów jeszcze nie odpowiedział na pytanie i dowiódł, że wie, po co mi to życie zostało dane, została mi więc tylko wiara i serce.

Na nic zda się strach o przetrwanie, bo nieunikniona jest humanitarna eliminacja starszych i niepełnosprawnych. Już obserwujemy, jak elity odrzucają moralność, nie kierują się prawem, ani etyką, niszczą bezpardonowo ekonomię, wypracowane wzorce kulturowe, niszczą w nas empatię, wartości rodziny jako podstawowej komórki społecznej. Wrażliwość, romantyzm, współczucie, to będzie luksus, za który przyjdzie mi może zapłacić życiem, bo to będzie luksus tylko dla wybrańców.

Nie wymyślam, przeczytałam takie zdanie w pewnym raporcie Bank of America:

W najbliższej przyszłości zacznie działać nowa filozofia, filozofia przetrwania. Sytuacja wymusi, choć tego nie chcemy, filozofię umiejętności. Zaczniemy myśleć praktycznie i przeżyją ci, co będą posiadać umiejętności potrzebne do przetrwania. Instynkt przetrwania będzie rządził światem. Powróci świat patriarchatu. Pandemia uświadamia, że świat nie jest wieczny, że cofniemy się szybko do feudalizmu. Dzisiaj jeszcze brzmi to dosyć złowrogo, ale czas szybko pokaże, jak rzeczy będą się miały.

Zadaję zatem w niektórych kręgach bardzo już powszechne pytanie: dlaczego sami się unicestwiamy? Może jeszcze możemy świat uratować? Gdyby tak zmienić, nagle, ad hoc nasz sposób myślenia, nasze uczynki, gdyby wyjść z tej platońskiej jaskini, w której rodziło się człowieczeństwo, gdzie teraz z powrotem pochowaliśmy własne tyłki, żeby nie widzieć, co się dzieje się na planecie?

W dzisiejszym świecie, za ścianami tej jaskini nie ma raju. Jest zniszczona Ziemia. Nadal budujemy fabryki plastiku i prowadzimy eksperymenty z nową bronią, palimy lasy, które są naszymi płucami. Na polską ziemię zwozi się śmieci i toksyczne odpady z Europy. Jest już 800 takich wysypisk, które w najbliższej przyszłości mogą skazić wody w rzekach, tych, z których przecież czerpiemy wodę do picia. Kto to robi? Czyż wirus, który niszczy nasze ludzkie płuca, nie jest synonimem płuc Ziemi? Jaka szczepionka wyleczy Matkę Naturę?

Marzec 2021

Jastarnia (9)

Jacek Krenz

Na studia

I może właśnie dlatego, w 1966 roku, po zdanej w Poznaniu maturze postanowiliśmy z Michałem Ozdowskim, że będziemy studiować w Gdańsku. Przyjechaliśmy na Wybrzeże w początku maja i zamieszkaliśmy u jego wujostwa, państwa Sokolnickich, w Oliwie. Początkowo moja wieloletnia fascynacja morzem podpowiadała mi studia w Wyższej Szkole Morskiej. Jednak, gdy stanęliśmy urzeczeni przed wspaniałą fasadą Politechniki Gdańskiej, której architektura podążała za stylem flamandzkiego renesansu, zdecydowałem się przyłączyć do Michała i zdawać razem z nim na Politechnikę. On na Budowę Okrętów, ja na Architekturę.

Zacząłem kurs przygotowawczy z rysunku u pana Kostka Maciejewskiego w Oliwie. Po egzaminie z rysunku pojechałem do Jastarni na krótki odpoczynek przed egzaminem z matematyki.

Pewnego dnia zauważyłem wchodzącego na plażę pana o charakterystycznej postawie i siwiźnie. Rozpoznałem w nim profesora ze zdawanego dopiero co egzaminu. Podszedłem, a on od razu, że zdałem! Niesamowite, profesor Zygmunt Schmidt zapamiętał mnie, choć było tam kilkaset osób! Był sekretarzem komisji egzaminacyjnej i skojarzył mnie, może dlatego że byłem wysoko na liście.

Egzamin wstępny z matematyki zdawaliśmy ze spokojem, bo byliśmy po kursie przygotowawczym prowadzonym w poznańskim NOT. Wróciliśmy do Jastarni, by po tygodniu pojechać zobaczyć listę wyników. Piotr Wilkuszewski, lokalny zabijaka, który akurat wyszedł na przepustkę z wejherowskiego zakładu odosobnienia, zaoferował, że pojedzie z nami i jak k…., będzie źle, to ich k…. zaje….

Każda miejscowość ma swojego oryginała, wybijającego się ponad przeciętność. Tu był nim Piotr, chociaż nie w pozytywną stronę. Z twarzą pooraną szramami po licznych bójkach, wysoki i zamaszysty o nieokiełznanym temperamencie ładującym go nieustannie w kłopoty, w swoisty sposób wyrażał sympatię do mnie: podnosił mnie wysoko, i obróciwszy do góry nogami energicznie mną potrząsał. Nie mogliśmy mu odmówić jazdy z nami do Gdańska, ale ustaliliśmy, że lepiej będzie, jak zaczeka na nas przed gmachem Politechniki. Na szczęście, zdałem, dzięki czemu udało się uniknąć kryminalnych kłopotów.

Okazało się wkrótce, że jastarnieński wątek kryminalny jednak dopadł i mnie. Jesienią przyszło do mnie, na adres dziekanatu Wydziału Architektury, wezwanie do stawienia się w komisariacie w Pucku. Przesłuchiwano mnie w sprawie posiadania pistoletu. Okazało się, że jeden z moich jastarniańskich koleżków na bakier z prawem, na pytanie milicji, gdzie ukrył pistolet, powiedział, że dał takiemu jednemu letnikowi z Poznania. Wydawało mu się, że nie znajdą, kto to. Sprawa się wyjaśniła po pewnym czasie, gdy poszukiwany pistolet odnaleziono na dnie basenu portowego. Bywają niekorzystne następstwa przejrzystej wody, to znaczy, niekorzystne dla inkryminowanego, bo ja szczęśliwie zostałem oczyszczony z podejrzenia o nielegalne posiadanie broni…

Do dziś piękno architektury naszej Politechniki działa na mnie równie mocno, a nawet po latach mocniej w miarę poznawania ukrytych symbolicznych znaczeń płaskorzeźb fasady, które mogłem codziennie podziwiać, początkowo jako student, a teraz jako profesor tej uczelni.

Chodzenie po Europie i przyszłość Europy (3)

Tabor Regresywny

... i nie tylko

Obawiam się, że konferencja „Przyszłość Europy” może podzielić los Szczytów Klimatycznych i Emigracyjnych. Szczytowali, szczytowali, ale do niczego nie doszli. Pomijam już fakt, że „Magia rejsu Barlovento II” nie zrobiła na organizatorach konferencji żadnego wrażenia. Problem jest poważniejszy.

Organizatorzy konferencji nie zaplanowali bankietu. Bankiet to najważniejsza część konferencji. Referaty i inne wystąpienia to nudy. Jeśli ktoś ma coś do powiedzenia, to robi to w czasie bankietu. Swobodny nastrój, wyśmienite potrawy, przednie trunki więcej wniosły do nauki niż najdłuższe stoły prezydialne czy najwyższe mównice.

W czasie słynnej konferencji Solvaja w 1927 roku w Brukseli Albert Einstein nie wygłosił żadnego referatu, nawet nie chodził na obrady. Naoczny świadek Otto Stern tak opisuje dyskusje Einsteina z Bohrem. „Einstein schodził na śniadanie i wyrażał swoje zastrzeżenia do nowej teorii; za każdym razem przedstawiał jakiś nowy, piękny eksperyment myślowy, z którego wynikało, że teoria jest błędna (…) Pauli i Heisenberg, którzy tam byli, nie zwracali na to większej uwagi. Bohr natomiast starannie rozważał jego argumenty i wieczorem, gdy wszyscy byliśmy razem podczas kolacji, dokładnie wyjaśniał sprawę. To te obrady przy posiłkach przeszły do historii fizyki.

Trzeba pomyśleć o bankiecie w ramach konferencji Przyszłość Europy, bez tego konferencja może być niewypałem. Zdaję sobie sprawę, że zarówno forma konferencji jak i ograniczenia pandemiczne uniemożliwiają zorganizowanie zwykłego bankietu. W zeszłym roku byłem na weselu, które ze względu na pandemię odbywało się na Wiśle w formie sztafety. Jako Tabor Regresywny mógłbym zorganizować bankiet wędrowny w formie sztafety. Właściwie to niech się sam zorganizuje.

Będąc we Wdzydzkim Kącie dostałem zapasy żywności z wyposażenia tratw ratunkowych. Po wyjeździe dowiedziałem się, że ktoś zostawił dla mnie butelkę alkoholu. To jest podstawą, bym poprosił Ewę Marię Slaską, by zgłosiła do Komisji Europejskiej bankiet jako wydarzenie w ramach konferencji. Co niniejszym czynię.

A dalej niech się samo dzieje.

Oby.

Wspomnienia o Maryli 16

Magdalena Ciechomska

Jest początek września, kończą się wakacje, zaczyna rok szkolny. Jestem nauczycielką, więc ten czas ma dla mnie znaczenie cezury. Schyłek lata to moja ulubiona pora roku. Nie ma to związku z powrotem do pracy w szkole ale z tym, co dzieje się w naturze. Lubię ten czas nazywany „porą zasypiania”, gdy ociężała od owoców przyroda powoli przechyla się ku jesieni. Pojawia się coraz więcej kolorów, innych niż letnie jaskrawości, głębszych, bardziej nasyconych. Przede wszystkim – fiolety, barwa dojrzałych śliwek i winogron, które zbieraliśmy zawsze pod koniec września. Obrastały splątanym gąszczem mur okalający ganek i schody prowadzące do naszego mokotowskiego domu. Dziś tworzą pergolę ocieniającą taras domu na Bemowie, pną się do góry, oplatają balustradę balkonu mieszkania Maryli. Ich owoce mają ciemnofioletową skórkę i smak, który łączy słodycz , cierpkość i lekką goryczkę z niezwykłym aromatem.
W mokotowskim ogrodzie rosły drzewa owocowe, wśród nich szczególne miejsce zajmowała stara śliwa, chyba jakaś odmiana węgierki. Jej owoce były duże, słodkie, trzeba było szybko je zbierać zanim dobrały się do nich robaki. Obok niej rosła grusza. Było też kilka jabłoni. W rogu ogrodu, wciśnięta między garaż i komórkę stara kosztela, której jabłka Maryla lubiła najbardziej. W ogóle bardzo lubiła jabłka. Z owoców zebranych w ogrodzie robiła dżemy. Wkładała do brytfanny razem jabłka, gruszki, śliwki, zsypywała cukrem i wstawiała do piekarnika. Potem gorący dżem przekładała do słoików. Kilka zabierała zawsze do Berlina. Po owoce jeździło się też na działkę cioci Oleńki, do Mogielnicy. Tam też rosły stare jabłonie i grusze. Pamiętam taki jeden nasz wspólny wypad na działkę, pod koniec sierpnia, razem z ciocią, Marylą, ja i Tadeusz z Jankiem. Był ciepły, słoneczny dzień, upiekłam kotlety i ziemniaki na grillu, Maryla mieszała sałatę, jedliśmy siedząc przy stole pod drzewami. Innym znakiem jesieni były w mokotowskim ogrodzie dojrzewające orzechy włoskie. Rosło tam z siedem drzew orzechowych, wysokich, starych, kilku różnych odmian. Był czas, że teściowie część z nich sprzedawali do pobliskiego warzywniaka. Potem zbieraliśmy je już tylko na własny użytek. Przez całą zimę na stole w kuchni stał koszyczek orzechów, a każdemu posiłkowi towarzyszył dźwięk rozłupywanych skorupek. Były obowiązkowym dodatkiem do ciast, Maryla miała też przepis na ciasteczka, które robiło się mieszając kakao, mleko w proszku, płatki owsiane i dużo orzechów. We wrześniu ogród zasypany był złotymi, orzechowymi liśćmi.
Maryla wyjechała do Berlina na rok przed upadkiem muru. Ja pojechałam późną jesienią, już po tym wydarzeniu. We wrześniu 1993 roku urodziłam syna. A we wrześniu 2001 roku, gdy Janek szedł do pierwszej klasy, umarła moja teściowa. Niecały tydzień po jej pogrzebie patrzyliśmy oniemiali w ekrany telewizorów, na których samoloty wbijały się w gmachy WTC.
Jesienią odeszły też obie ciocie, siostry mojej teściowej. Jedna we wrześniu, druga w listopadzie. Dla Maryli początek jesieni oznaczał nadejście chłodu. Nie lubiła marznąć, często się przeziębiała. W starym domu długo nie mieliśmy gazowego pieca centralnego ogrzewania, stary koksownik z trudem radził sobie, zwłaszcza podczas zimowych mrozów. Trzeba było do niego dokładać, nawet w nocy. Maryla, zaraz po wstaniu z łóżka, zakładała na siebie wełniane swetry, część z nich sama wydziergała na drutach. Będąc już w Berlinie, narzekała, gdy nadchodziła „berlińska zima, wyjątkowo paskudna, zimna i wilgotna.”
Maryla zachorowała na wiosnę, operację przeszła pod koniec lata. Jesienią czuła się dobrze, do świąt Bożego Narodzenia byliśmy wszyscy pełni optymizmu. Chyba jednak zimowe chłody niekorzystnie podziałały na jej osłabiony organizm. Zachorowała na zapalenie płuc, w lutym leżała w szpitalu. Myślę, że jednak musiała się przeziębić. Umarła pod koniec marca, miesiąca, którego boją się chorzy i starcy.

Shut down 2

Tibor Jagielski

“Die Situation ist ernst, aber nicht ernsthaft genug”
Przysłowie niemieckie

————————————————————————-

Teltow – Fleming, Brandenburg, 2010/8/9 (17:00)

– Przyznaj się – zamyka, ba, zatrzaskuje nagle solidną teczkę akt działalności ministerstwa, zwanego potocznie stasi tak, że o mały włos, obciąłby mi koniec nosa; co zdążyłem zobaczyć, to to, że duża część tekstu była zaczerniona, tak jak i prawie wszystkie nazwiska – …donosiłeś na mnie.
– Edward! – wybucham perlistym tenorem śmiechu – byłem chyba jedynym, który tego nie robił, ha, ha, ha, jeśli chcesz, to natychmiast idę do mojego adwokata i złożę w tej sprawie oświadczenie, ha, ha, ha – śmieję się, nadal rozglądając się po dziedzińcu; w jednym rogu stoi mężczyzna z psem, takim cielakiem, który, jak ugryzie, to adieu kończyno, a kilka metrów dalej siedzi na krześle kobieta z torebką, w której, zaczynam fantazjować, być może, znajduje się mały miotacz gazowy (snajpera na dachu na pewno nie ma, bo na coś takiego mojego Edwarda na pewno nie stać) – i to odkryłeś po, jezus, maria – śmieję się nadal – trzydziestu latach?!
– Po co ta cała maskarada? Ten wyjazd poza teren miasta? Po cholerę ci  ten pies i ten wymoczek ze smyczą?
 No i ta baba?
– To jest pani adwokat i członek największej partii w niemczech – mówi Edward
– Jakiej? Największej? – wręcz wyję ze śmiechu, a łzy zaczynają mi spływać po policzkach.
– Co to jest? Przesłuchanie? Czy już sąd? A wyrok tez zapadnie? I… – milknę nagle.
Biedne te psy, myślę, biedne, nieszczęsne zwierzęta.

————————————————————————-


Berlin, 2010/8/9/  (mniej więcej dwie godziny później, u Edwarda, przy swimming pool-u)

Dopiero teraz pojmuję, jaki on jest zniszczony, ledwo się porusza umysłowo, wspomina coś  o Katyniu, o Smoleńsku…
Idziemy razem do jego biura w piwnicy, bo chce mi coś pokazać w kompie (…*)


————————————————————————-


…* Kilka miesięcy później Edward umarł. Choć dzielnie walczył o powrót do zdrowia, po  tym jak otruto go w Moskwie, nigdy już naprawdę nie stanął na nogi, a katastrofa smoleńska dosłownie go  dobiła.
Umarł także jego blog, na którym pisałem u niego (ponownie) w latach 2008 – 2010 i kilkaset godzin mojej, głównie translatorskiej, pracy  poszło znowu na marne i zniknęło w elektronicznych czeluściach molocha zwanego internet.

————————————————————————-

Konstantinos Kavafis

Dla wielu ludzi nadchodzi godzina
gdy im przychodzi wielkie Tak powiedzieć lub
wielkie Nie.
Wtedy widzisz, kto już gotowe mając Tak,
wybiega prosto ku chwale swej i przekonaniu.
Ten, który przeczy – nie żałuje; spytany
znowu – Nie, powtórzy.
Lecz owo – sprawiedliwe – Nie, skrzywi mu
życie.

spolszczył T.J.

Z wolnej stopy 51

Zbigniew Milewicz

Zakazane piosenki

Nie wiem, jak u Państwa, ale u mnie w rodzinie, póki mnie ganią, to pół biedy. Gorzej jest, jak pochwalą, bo wtedy w każdej chwili mogę nadepnąć na minę. Najnowszy przykład: po publikacji przedostatniego wpisu Dezerterzy, traktującego o zdarzeniach z czasów ostatniej wojny, mój brat Mariusz wysłał mi w komentarzu laurkę, po czym zapytał, czy miałbym również na tyle odwagi, żeby zmierzyć się z najnowszą historią Polski. Jakoś wymigałem się od odpowiedzi, braciszek pewnie zatarł dłonie, że łysemu sprzedał grzebień, a ja sobie tak myślę, że z odwagą może nie miałbym problemów, ale z wiedzą tak.

Od ponad trzech dekad, podobnie jak Mariusz, nie mieszkam na stałe w Polsce, informacje o tym, co się w kraju dzieje czerpię głównie z mediów, czyli z drugiej ręki i diabli mnie biorą, że nie widzę żadnego światła w tunelu, którym jedzie ten pociąg. Każdy maszynista, który go prowadzi twierdzi, iż kurs jest dobry i wszystko ma pod kontrolą, ale wagonami tak kiwa, że aviomarin nie pomaga i na żadnej stacji nie stoi nikt, kto choćby z daleka wydawałby mi się uczciwy i kompetentny, komu spokojnie powierzyłbym stery lokomotywy. Dlatego wolę pisać o czasie przeszłym dokonanym w polskiej historii, do którego mam pewien dystans.

Kiedy w czasie bodajże trzeciego roku studiów kupiłem na krakowskim bazarze bluzę z wyjściowego munduru armii Andersa, wiedziałem o tej formacji niewiele ponad to, że komuniści jej nie lubią. Zakładałem więc ten uniform tylko wtedy, kiedy chciałem sobie, albo innym koniecznie udowodnić, że jestem odważny, na przykład na randki z dziewczynami, na których mi zależało. W jakimś podziemnym wydawnictwie podpatrzyłem, że żołnierze Andersa zakładali do munduru beret. Zacząłem więc nosić go i ja, w latach sześćdziesiątych było to modne nakrycie głowy, więc nikomu nie wadziło, ale w połączeniu z reakcyjnym mundurem już mogło stanowić pewne wyzwanie dla czujnych stróżów społecznego ładu. W końcu podpadłem dzielnicowemu:

– Spod Monte Cassino wracacie? – zapytał przyjaźnie. – Jeszcze raz was w tym stroju zobaczę, to mnie popamiętacie…

Nie sprecyzował, co mianowicie mógłbym popamiętać, ale na wszelki wypadek przestałem w mundurze paradować po ulicy. W zamian nauczyłem się na pamięć Czerwone maki, które później z dziadkiem Kowalskim, Ryśkiem Goszczyńskim i Andrzejem Rygorowiczem odśpiewywaliśmy gdzie tylko można i nie można było. Uchodziło to śpiewać po cichu, u cioci na imieninach, ale nie na forum publicznym, cenzura zabraniała. Po kilku kolejkach nasz kwartet był jednak gotów wystąpić wszędzie – w słynnym Feniksie, na bruku ulicy Franciszkańskiej, Rynku Głównym, gdzie bądź i prawdziwy cud, że nam za to nigdy włos z głowy nie spadł. Potem Czerwone maki pod Monte Cassino śpiewał nawet rosyjski Chór Aleksandrowa, ale w głębokim PRL-u był to jakiś akt obywatelskiej odwagi, buntu przeciw systemowemu zakłamywaniu historii. Słuchając nas, zwykłych śpiewaczych amatorów, ludzie rozczulali się, niektórzy płakali. W lokalach dancingowych muzycy często akompaniowali nam na instrumentach, wykonywaliśmy ten utwór stojąc, kto go znał, śpiewał z nami. Nikt wtedy nie tańczył, z szacunku dla tych, co przy szturmowaniu góry polegli.

Autor w czasach, o których opowiada w tym wpisie

Inny repertuar mieliśmy na studenckich rajdach, przy ognisku, wtedy było weselej, ale zawsze mniej lub bardziej wywrotowo, nie tylko dosłownie, bo za kołnierz nie wylewaliśmy, ale i politycznie. Śpiewaliśmy na przykład Hymn pesymistów, który miał taki tekst:

My jesteśmy pesymiści,
Naszym hasłem dąb bez liści.
źle było, źle będzie
W całej Polsce i wszędzie.
Oprócz nas są wszyscy w błędzie.

Przeżyliśmy już sanację,
Przeżyjemy demokrację.
źle było…

Przeżyliśmy potop szwedzki,
Przeżyjemy i sowiecki.
źle było…

Przeżyliśmy Gagarina,
Przeżyjemy Kosygina.
źle było…

Same osły są u steru
Od komuny aż do kleru
źle było…

Były ułańskie żurawiejki, ze słynnym starczy jedna bomba silna i wrócimy znów do Wilna, albo odznaka komsomołu wpadła mi do rosołu. Rzewnie, na melodię Vaya Con Dios, brzmiało: nad kołchozem czarne chmury wiszą, idzie Wańka z pijaniuteńkim Griszą, Wania kandydat do partii, Grisza jest członkiem KC… Tylko raz mi się za to obrazoburcze śpiewanie oberwało, na studenckim poligonie wojskowym. W czasie przerwy w zajęciach, z nudów, któryś z kolegów zaintonował:

Niech żyje nam towarzysz Stalin…

A my wszyscy :

Co usta słodsze miał od malin

Niech żyją nasi sojusznicy
Amerykanie i Anglicy

Niech żyje nam Armia czerwona
Przez sojuszników uzbrojona, po zęby

Niech żyje nam generał Roko
Co jedną brew miał za wysoko, nad oko

Niech żyje nam Anders generał
Co z Moskwy ludzi powybierał…

To była skrócona lekcja z historii Polski, którą przerabiałem tutaj w ostatnich trzech wpisach, ale dowódca kompanii miał odmienne poczucie humoru. Kazał nam założyć maski przeciwgazowe i przez godzinę czołgał nas po łące przy koszarach. Mieliśmy przy tym dalej sobie śpiewać wywrotowe pieśni i jak pamiętam, co wytrwalszym to wychodziło. Nie pamiętam już innych zwrotek zarówno Pesymistów, jak i tej ostatniej, a myślę, że były. Jeżeli więc któryś z Czytelników ma lepszą pamięć, to się ucieszę z uzupełnień.

W klasycznej pozie strzeleckiej

A tu ściągawka do piosenek:

Łucja, żaden autorytet (5)

Łucja Fice

Pytania

Całe życie szukam odpowiedzi, a ona powoli, opornie nadchodzi. Jako dziecko wierzyłam, że Bóg, to człowiek i duch jednocześnie, który mieszka w niebie, to ktoś, co za dobre wynagradza, a za złe karze. Dziś daje znać o sobie ta podświadoma projekcja tego  obrazu w jakim dorastałam, wpływ rodziców, później ideologii w szkołach. Dziś wiem, że to projekcja bardzo niedojrzała, nacechowana lękiem i służalczością.

Stąd te moje poszukiwania różnych teorii, mitów legend, które i tak kontynuują te same wzorce, co stare, surowe, monoteistyczne wierzenia. Zdaję sobie sprawę z własnej niedojrzałości. Dziś po latach poszukiwań uważam, że jestem na poziomie duchowego dziecka. Zrozumiałam tylko, że istnieje jeden i tylko jeden archetyp duchowości, jeden rdzeń, tylko różne nazwy tego samego zjawiska i różnie interpretowane.

Na przykład Lucyfer. Psychologia postrzega Lucyfera jako archetyp mocno niedojrzałego buntownika, budzącego grozę. Lucyfer to część mojej świadomości, jak i część (nie)świadomości zbiorowej całej planety, bo różne zjawiska duchowe znajdują odwzorowanie w EGO każdego z nas.

Sen sprzed kilkudziesięciu lat ma dla mnie ważne znaczenie, bo projekcja tego obrazu, który był jak film science fiction wyświetlany w głowie, wyjaśnia wiele o stanie ducha czy (nie)świadomości. W owym śnie przekomarzałam się z niewidocznym diabłem w ciemnej grocie, gdzie kapała woda ze stalaktytów, a na jej środku w 272 stopniach gotował się w kotle azot, a w nim grzeszne dusze. Zapraszałam do rozmowy diabła, który był ukryty poza moim wzrokiem: ”Wyjdź z tej piany, ty niecnoto, ty przechero i stań ze mną do dialogu, bo nie boję się odkrywać złych cech mego charakteru, bo mnie broni straż niebiańska. Boisz się, żem silniejsza jest od diabła.”… itd. Kiedy sen zapisałam, okazało się, że zapisałam wierszem. Niestety został mi tylko ten urywek, a reszta „wsiąkła.” Na podstawie tego snu powstała ballada „Jak to polska baba diabła upiła”.

W tym śnie, w tej sennej rzeczywistości uwypukla się moja niedojrzała duchowość i przekłada się na emocjonalne relacje z innymi. Może zbyt płytko postrzegam Boga? Żyję w czasach, gdy muszę poddać się panującej doktrynie polityczne. Ta, dzisiaj, w obronie zdrowia nakazuje szczepienia i na pewno w następnym dziesięcioleciu wprowadzi znakowanie ludzkości kodem paskowym, jak dzisiaj zwykle towary. Pytam więc, gdzie jest Bóg? Czy mieszka w Brukseli? (proszę przyjrzeć się budowli Parlamentu Europejskiego, który jest zbudowany na wzór wieży Babel.) Czy strach wpojony przed Bogiem w dzieciństwie ma teraz wpływ na mój sposób postrzegania świata? A może numerologia, może kalendarz Majów, a może moje imię z którym związana jest historia, jak bajka? Całe życie jestem narażona na podszepty szatana, jak w tym śnie, a może KTOŚ lub COŚ poddaje mnie próbie wiary? Czy muszę zasłużyć sobie na miłość Boga?

Mam świadomość, że cały czas tęsknię za tą czystą, prawdziwą, boską miłością. Zdałam sobie sprawę, że prawdziwa miłość pochodzi od Boga, a ta, którą dostajemy TU na ziemi, to tylko namiastka, więc modlę się, przepraszam Boga i proszę Go o łaskę. Staram się dbać o ekologię i oczyszczać się ze złych myśli, choć całkowicie pozytywnie nie da się myśleć. Pytania w głowie się mnożą: czy Ziemią rządzi szatan, który zbuntował się przeciwko Bogu? Czy życie, to tylko matrix? Czy nie pozostało nam nic, tylko owinąć się w prześcieradło i czołgać na cmentarz. Jaką doktrynę wybrać?

Ostatnio po serii filmów popularno naukowych na kanale FOKUS „Starożytni Kosmici” mój umysł jest zmącony. Moim zawodem była chemia, może warto więc, jako laborant, połączyć to, co jest zgodne z moim duchem i z różnych substancji zrobić jeden związek. I tu jest chyba pies pogrzebany. Mam prawo wyboru i wolność poglądów i wybieram sobie znaną wiarę i PRAWDĘ. Życie to dla mnie taka jazda bez trzymanki w poszukiwani tej PRAWDY. Życie to często czerstwy chleb, czasami bywa, że bułka z gównem ale… choć nie na co dzień trafiają się rodzynki i inne delicje, to są te piękne dni, na które zawsze czekamy. Takich dni życzę każdemu i oczywiście wiary w DOBRO i ludzi.

11 lipca 2021

Jastarnia (8)

Jacek Krenz

Non Stop

W 1964 zaczęliśmy jeździć na koncerty do Non Stopu w Sopocie. W pierwszym Non Stopie, mieszczącym się przy samej plaży, pomiędzy ul. Drzymały 10 i Traugutta, pod rozpiętym dachem grał do tańca zespół Pięciolinie, potem przemieniony na Czerwone Gitary. Seweryn Krajewski śpiewał Nad morzem, Bernard Dornowski Kiedy jestem sam, Krzysztof Klenczon Taka jak ty, Jerzy Kosela Maturę, na perkusji bębnił Jerzy Skrzypczyk. Był też koncert Czesława Niemena.

Nad morzem, Czerwone Gitary

Gdy świeci nad morzem słońce,
Patrzysz się w dal.
Nie zwracasz uwagi,
Że ktoś z tyłu jest sam.

Wiatr rozwiał Twe włosy,
Groźne fale biją o brzeg,
A Ty wciąż ze swymi myślami
Jesteś gdzieś – hen.

I słychać szum morza,
Zachód słońca ginie wśród fal
A Ty wciąż nie zwracasz uwagi,
Że ja stoję sam.

Jakie były Twe myśli?
Trudno zgadnąć ich bieg,
A nie chciałbym pytać,
By nie spłoszyć chwili tej.

I długo wpatrzony stałem
W Ciebie, zamyśloną wciąż,
I nie mogłem przerwać
Myśli Twoich, marzeń Twych.

I długo wpatrzony stałem
W Ciebie, zamyśloną wciąż,
I nie chciałem przerwać
Myśli Twoich…

Rok przed maturą wybrałem się do Jastarni, wyprzedzając mamę i braci o dwa tygodnie. Razem z Krzysztofem, wówczas moim najbliższym kompanem, przyjechaliśmy pociągiem do Gdyni, potem statkiem „Panna Wodna” do Jastarni. Zamieszkałem u pani Wandy przy ulicy Szkolnej. Za wikt i opierunek pomagałem samotnej wdowie rąbać drewno na opał.

Do Sopotu dostawaliśmy się na różne sposoby: autostopem, pociągiem towarowym, ale najprzyjemniej było dopłynąć do Gdyni statkiem żeglugi przybrzeżnej, a stamtąd dalej kolejką SKM do Sopotu. Powrót był trudny, bo trzeba było opuścić Non Stop przed końcem koncertu, by zdążyć na ostatni pociąg. Nie zawsze się to udawało, więc dojeżdżaliśmy kolejką elektryczną do Redy, a potem pieszo, ale zawsze udawało się nam, przynajmniej na część tej trasy, złapać autostop. W przeciwnym razie mielibyśmy 40 km marszu do pokonania, chociaż nawet z podwózką zwykle lądowaliśmy w domu o świcie i do pokoju dostawaliśmy się przez okno z największą ostrożnością, żeby nie obudzić mamy.

Pewnego razu zostaliśmy w Sopocie w Domu Turysty na noc i na drugi dzień pojechaliśmy zwiedzić gdańską starówkę. Gotycka architektura zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Zwiedzając kościół Św. Ducha znaleźliśmy tajemne wejście na wieżę. W dzienniku, który wtedy prowadziłem, znalazłem zdanie, że to było „moje największe przeżycie estetyczne w dotychczasowym życiu. Wszystkiego nie zwiedziłem, muszę tu przyjechać”.

(Zamiast chodzenia po mieście) Autostop

Lech Milewski

Z duża przyjemnością czytam publikowane tu wspomnienia Jacka Krenza z wakacji w Jastarni (kolejny odcinek jutro). Osobiście przeżyłem coś podobnego podczas wakacji w Sopocie – aż tu nagle matura, studia – przeniesienie się z Kielc do Warszawy, zamiana rodzinnego domu na akademik…

Ilustracja

Wreszcie nadszedł lipiec 1959 – pierwsze wakacje.

Po pierwszym roku studiów na wydziale Mechaniczno-Technologicznym w programie wakacji była miesięczna praktyka robotnicza.

Jeśli być robotnikiem, to czyż mogło być lepsze miejsce niż Nowa Huta?

Miesiąc praktyki zleciał jak z bicza strzelił i wkrótce nastał czas na tytułowy AUTOSTOP.
To była oficjalnie zorganizowana akcja.

Chętni musieli nabyć książeczkę austostopu, która zawierała kupony na łączny dystans chyba 2,000 km.

Źródło TUTAJ.

Ta akcja legalizowała przewożenie “łebków” w samochodach państwowych. Prócz tego regulowała sprawę ubezpieczenia przewoźnika od konsekwencji szkód poniesionych przez pasażerów podczas ewentualnego wypadku.

Po zakończeniu etapu podróży autostopowicz dawał kierowcy kupon na przejechaną ilość kilometrów. Kierowców, którzy uzbierali duże ilości kuponów, czekały atrakcyjne nagrody – pierwsza nagroda – samochód Warszawa.

Już w czerwcu umówiłem się z kolegą z akademika, że po praktyce ruszamy na trasę.
Kierunek – jeziora mazurskie – to było TO!
I tak, w pierwszych dniach sierpnia 1959, wylądowaliśmy w rowie przy szosie prowadzącej z Krakowa do Kielc.

Pierwsze wrażenie było bardzo frustrujące. 
Ruch samochodowy był niewielki. Zdecydowana większość samochodów to ciężarówki załadowane towarem. Niektóre może miały wolne miejsce w kabinie kierowcy, ale nas było dwóch.
Już robiło się ciemno gdy zatrzymał się jakiś samochód –
– Wsiadajcie, ale tylko do Jędrzejowa.
Wsiedliśmy, refleksja przyszła później.
Przecież my przyjedziemy do Jędrzejowa w środku nocy.
Co my tam ze sobą zrobimy? Przecież nie ma szansy, żebyśmy złapali o tej porze transport do Kielc.

I tak właśnie było.
Kręciliśmy się bezmyślnie przy drodze i po chwili niespodzianka – trafiliśmy tam na żołnierzy, komandosów, czerwone berety.
– Wojsko przy drodze? Co wy tu robicie?
– Mamy rozkaz przedostać się o własnych siłach na poligon gdzieś nad morzem, a WSW (wojskowa policja) ma rozkaz nas łapać. Kto da się złapać, dostanie ileś tam dni aresztu i zakazu opuszczania koszar.

Szykowaliśmy się już na nocleg w rowie, gdy na szosie pojawiły się światła samochodu. Ciężarówka.
– Wychodźcie na szosę – zaapelowaliśmy do komandosów – jak zobaczą mundury to muszą się zatrzymać.
– W żadnym wypadku. To może być WSW, wyłapią nas jak szprotki.

W rezultacie stanęliśmy z kolegą na środku szosy. Pierś do przodu – po naszych trupach.
Samochód zaczął zwalniać.
– To prywatny – zawołali komandosi i pobiegli do tyłu samochodu.
Samochód zatrzymał się.
I my pobiegliśmy do tyłu a tam kłębiło się od wojska.
Okazało się, że w samochodzie było już kilku komandosów. Gdy zobaczyli, że samochód zatrzymuje się i jest otoczony przez wojsko, uznali że to wojskowa policja – wyskoczyli i pobiegli w las.
W doskonałych humorach wdrapaliśmy się do skrzyni ciężarówki i zamarliśmy.
Na środku stała trumna, przy jej wezgłowiu paliły się świece. Wokół siedziało kilkoro żałobników, głównie kobiety.
Dostosowaliśmy się do nastroju.
Po pewnym czasie atmosfera rozluźniła się nieco. Dowiedzieliśmy się, że wracają z wesela. W trumnie wiozą jednego z drużbów. 
– A taki silny był – wspominał ktoś z żałobników – jedenaście nożów dostał i jeszcze się ruszał.

Wreszcie Kielce – opuściliśmy kondukt żałobny i udaliśmy do swoich domów.
Za dwa dni spotkaliśmy się na szosie prowadzącej do Warszawy.
Tym razem nie było problemu, wkrótce podebrał nas jakiś samochód osobowy.
W Warszawie przenocowaliśmy w “naszym” akademiku, w którym, na okres wakacji, zorganizowano w salach gimnastycznych noclegownie dla studentów.
Następnego dnia udaliśmy się na plażę nad Wisłą i tam zorientowałem się, że mój towarzysz podróży nie umie pływać. No cóż, pozostało mieć nadzieję, że ta umiejętność nie będzie mu potrzebna..
Koło plaży była przystań statków a tam nowa atrakcja – nocny rejs do Gdańska.

Kupiliśmy bilety, oczywiście tylko siedzące.
Początki były miłe, poznaliśmy jakieś sympatyczne towarzystwo. Zdążyliśmy razem z nimi przebiec się do krzywej wieży w Toruniu (statek miał godzinę postoju)…

Krzywa wieża.jpg

By Wikipedia, CC BY-SA 3.0, Link

Nad ranem statek dopłynął do Tczewa, tu miała zacząć się nasza przygoda.

Pierwsze kroki skierowaliśmy do baru mlecznego – solidne śniadanie i… ukradliśmy łyżki i widelce – jakoś wydało nam się, że to właściwa inicjacja autostopowicza.
Noży nie było co kraść, gdyż ze względu na popularność wśród złodziei miały ułamane końcówki. Mieliśmy własne scyzoryki.

Następnie wyszliśmy na szosę prowadzącą do Ostródy i miny nam zrzedły – w przydrożnych rowach koczował tłum autostopowiczów – słowo Mazury miało swoją magię.
Z rozmów z przypadkowymi osobami zorientowaliśmy się, że wielu z nich to połykacze kilometrów. Po prostu jadą przed siebie, ile się da, nieważne dokąd. 
Na szczęście w tym tłumie było kilka osób z predyspozycjami kierowniczymi. Oni wprowadzali pewien ład.
Po pierwsze, widząc zbliżający się samochód, oceniali jego pojemność i dawali sygnał, aby właściwa ilość osób stanęła przy szosie, a reszta żeby schowała się albo przynajmniej żeby demonstrowała brak zainteresowania zbliżającym się pojazdem.
Po drugie, rozmawiali z kierowcą, uzgadniali dokąd jedzie, ile osób może wziąć. Pilnowali porządku przy wsiadaniu. 
Oczywiście sami też wsiadali, ale na szczęście w tłumie znajdowali się ich następcy.
W końcu i my doczekaliśmy się transportu. 
Nie pamiętam szczegółów, ale wydaje mi się, że mieliśmy w tym dniu jeszcze dwie przesiadki i za każdym razem było nas w samochodzie więcej.
W ostatnim samochodzie autostopowicze byli jedynym ładunkiem. Z fragmentów zasłyszanych rozmów zorientowaliśmy się, że większość spędza cały czas w podróży, nie mają żadnego celu, po prostu – jak najwięcej kilometrów. Dowiedzieliśmy się, że z kierowcami jest podobnie. Niektórzy postawili sobie zadanie – wygranie samochodu – i aby osiągnąć ten cel nie wahają się zaniedbać swoje obowiązki, nie biorą ładunku, zmieniają trasę.
Wyznam, że w tym momencie autostop stracił dla nas swój blask.

Nagle samochód się zatrzymał.
– Chłopaki – mówił do nas kierowca – jest noc, nie wysadzę was o tej porze w środku miasta, bo przyleci milicja. Tu jest ostatnia osada przed miastem. Dogadajcie się jakoś z gospodarzami o noclegi.
W tym miejscu wspomnę, że zupełnie naturalnym wydawało nam się, że podróżnikowi takiemu jak my nie można odmówić noclegu w stodole. Bezpłatnego.

Zapukaliśmy do pierwszego domu.
Wydaje mi się, że dla gospodarzy był to już chleb codzienny.
– Nie więcej niż 20 osób – zadeklarowali – w tamtej budce jest ubikacja. A tu postawiliśmy wam wanienkę z wodą do picia. Jutro rano możemy wam sprzedać trochę mleka.
– Tu jest stodoła – tylko na miłość boską – nie palcie papierosów!
– Nie ma palenia w stodole! – rozległ się zgodny chór.
Nie zdążyliśmy zasnąć, gdy w stodole pojawił się jakiś bystrzak – chłopaki, tam na polu jest kukurydza, już prawie dojrzała.
Cóż zrobić, poszliśmy sprawdzić.
– U swojego gospodarza nie zrywamy, u swojego nie zrywamy – rozlegały się zgodne szepty.
Wszyscy poszli trochę dalej.
Rzeczywiście rosła kukurydza. Niektóra prawie dojrzała.

Następnego dnia dojechaliśmy do Giżycka.
Było późne popołudnie, więc najpierw znaleźliśmy sobie nocleg w stodole. U życzliwego gospodarza, który zgodził się przechować przez kilka dni nadmiar bagaży, które nie będą nam potrzebne na kajaku. 
Po sytej kolacji w mieście szybko wróciliśmy do stodoły odespać dwie ostatnie noce.

Następnego dnia wypożyczyliśmy kajak i w drogę.
Jeszcze jedno wspomnienie – pismo Sztandar Młodych zaczęło publikację powieści Sławomira Mrożka – Ucieczka na Południe. W kiosku w Giżycku mieli egzemplarze gazety z kilku poprzednich dni. Lektura kolejnych odcinków powieści stała się naszym rytuałem.
Kierunek – północ – Węgorzewo – jeziora Kisajno i Dargin
To było bardzo relaksowe wiosłowanie, więc dość szybko wypatrzyliśmy jakieś budynki gospodarcze i wylądowaliśmy tam, pytając o nocleg.
Okazało się, że były to budynki PGR-u, tak, możemy przenocować w stodole. Możemy też kupić obiado-kolację w ich stołówce.

Podczas kolacji mój kolega zaczął wygłaszać dość radykalne uwagi na temat rolnictwa, a PGR-ów w szczególności, co nie zjednało nam sympatii zebranych.
Na efekty nie trzeba było długo czekać – gdy obudziliśmy się rano, nasz kajak zniknął.

Nie pomogły prośby ni groźby – jaki kajak? – wszyscy dookoła udawali naiwnych.
Jedyne co uzyskaliśmy, to pożyczenie roweru, na którym mój kolega pojechał zgłosić kradzież na milicję.
W tym miejscu zdradzę tajemnicę…
Gdy przyszło do jazdy na milicję, powiedziałem koledze żeby to on jechał, mnie boli noga.
Prawda była taka, że ja nie potrafiłem jeździć na rowerze.
Skąd miałem potrafić?
Chyba tylko jeden kolega w mojej klasie miał rower.
Niektórzy (w tym mój towarzysz) mieli ojców, którzy mieli rowery.
A reszta?

Kolega pojechał, a ja kręciłem się bezmyślnie po okolicy, próbowałem szukać jagód.
W lesie spotkałem jakąś życzliwą panią, która pokazała mi, gdzie został ukryty nasz kajak.

Kolega wrócił. Zdecydowaliśmy zostać tu jeszcze jedną noc. Tuż przed kolacją wyciągnęliśmy kajak z ukrycia. Pracownicy PGR udawali, że niczego nie zauważyli.
Na wszelki wypadek na noc wciągnęliśmy kajak do stodoły.

Następnego dnia powiosłowaliśmy dalej, ale jak tylko odbiliśmy od brzegu, ogarnęła nas taka złość na ten PGR, że zapałaliśmy żądzą zemsty.
W sytuacji, w jakiej się znajdowaliśmy, nasza zemsta mogła być tylko jedna – złapać którąś z PGR-owskich kaczek, które beztrosko pływały przed naszym kajakiem.
Nie było to takie proste, o mało się nie wywróciliśmy, ale w końcu wciągnęliśmy do kajaka chyba najbardziej wychudzoną kaczkę. Na dodatek, zanim ukręciliśmy jej łeb, napaskudziła nam do kajaka.

Zbliżaliśmy się do Węgorzewa – rożek jeziora Mamry, jezioro Święcajty.
Po pierwsze wypatrzyliśmy jakieś zabudowania i zapytaliśmy o możliwość noclegu w stodole.
Gospodyni była bardzo sympatyczna, więc spytaliśmy o przepis na usmażenie kaczki. Podstawowy składnik, o jakim wspomniała to smalec, powiosłowaliśmy więc do sklepu w Węgorzewie.

Był ogromny upał i zanim wróciliśmy do naszej bazy, smalec zupełnie się roztopił. Resztę dnia spędziliśmy na znęcaniu się nad zwłokami kaczki. Trochę usmażyliśmy, trochę upiekliśmy, ugotowaliśmy nawet rosół. Myślę, że była to wystarczająca pokuta za ten bezmyślny akt kradzieży.

Po dwóch dniach kaczkowania powiosłowaliśmy z powrotem do Giżycka.
Kolejny etap – Mikołajki.
Najpierw przecięliśmy jezioro Niegocin. Na środku poczułem jego potęgę i kruchość naszego kajaka. Świadomość, że mój partner nie umie pływać, zaczęła mi ciążyć.
Wreszcie dotarliśmy do południowego brzegu, a tam czekał na nas szereg uroczych jeziorek – Boczne, Łagodne, Tałtowisko.
To ostatnie praktycznie przefrunęliśmy, pchnięci potężnym podmuchem wiatru.

Źródło Google Maps.

Przenieśliśmy kajak na ostatni odcinek wiosłowania – jezioro Tałty, ale rozszalała się tak mocna burza, że zatrzymaliśmy się przy najbliższych zabudowaniach, czyli w osadzie Tałty.

Zapukaliśmy do drzwi pierwszego gospodarstwa. Gospodarz przyjął nas niezbyt chętnie.

Ponieważ zakładaliśmy, że dojedziemy do Mikołajek, nasze zapasy jedzenia były minimalne – płatki owsiane, kilka opakowań rosołu, słoik dżemu.
Nasz gospodarz poinformował nas, że w Tałtach nie ma sklepu spożywczego, a do Mikołajek 6 km. On może sprzedać nam jutro trochę mleka.
Zadowoliliśmy się rosołem z płatkami na obiad i płatkami z dżemem na kolację.

Następnego dnia lał rzęsisty deszcz. Przeszliśmy się po wsi, żeby sprawdzić, czy można dostać coś do jedzenia. Nasz gospodarz mówił prawdę, nie można było.
Przy okazji zaskoczenie, we wszystkich domach, do których zapukaliśmy, mieszkańcy rozmawiali ze sobą po niemiecku.
Mój towarzysz aż się gotował ze złości.
Po powrocie do bazy zgłosił swoje pretensje naszemu gospodarzowi.
– Ech, nie zawracajcie głowy – odpowiedział gospodarz – my jesteśmy Niemcy i chcemy wrócić do Niemiec. Dlatego te gospodarstwa takie zaniedbane. To Polska przewleka sprawę i wszyscy się tu męczymy.
Zamknął nam drzwi przed nosem.

Nie było wyjścia, pomaszerowaliśmy do Mikołajek.
Miasteczko wyglądało jak wymarłe. Zjedliśmy obiad, kupiliśmy trochę owoców i konserw w puszce i wróciliśmy do Tałt.
Cały następny dzień lało i przesiedzieliśmy go w stodole, czytając zebrane odcinki Ucieczki na Południe.
Kolejnego dnia deszcz nieco ustał, za to wiał silny wiatr, ale zdecydowaliśmy się na powrót do Giżycka.
Przeprawa przez szereg niewielkich jeziorek była miłym urozmaiceniem, ale gdy wpłynęliśmy na jezioro Niegocin, miny nam zrzedły. Nasz kajak nie miał szans na falach jak góry wodne.
Jedyne wyjście to płynąć wzdłuż brzegu, co oznaczało znacznie dłuższą drogę i borykanie się z bocznymi falami.

Późnym wieczorem dotarliśmy do celu, gdzie przywitano nas jak bohaterów, gdyż tego dnia nikt nie odważył się wypłynąć na jezioro.

Powrotu autostopem do Kielc już nie pamiętam.
Wydaje mi się, że autostop jako masowa akcja nas rozczarował.
W kolejnych latach kupowałem na wszelki wypadek książeczkę autostopu, ale korzystałem z niej tylko dorywczo, na jednoodcinkowych etapach.