(Zamiast chodzenia po mieście) Autostop

Lech Milewski

Z duża przyjemnością czytam publikowane tu wspomnienia Jacka Krenza z wakacji w Jastarni (kolejny odcinek jutro). Osobiście przeżyłem coś podobnego podczas wakacji w Sopocie – aż tu nagle matura, studia – przeniesienie się z Kielc do Warszawy, zamiana rodzinnego domu na akademik…

Ilustracja

Wreszcie nadszedł lipiec 1959 – pierwsze wakacje.

Po pierwszym roku studiów na wydziale Mechaniczno-Technologicznym w programie wakacji była miesięczna praktyka robotnicza.

Jeśli być robotnikiem, to czyż mogło być lepsze miejsce niż Nowa Huta?

Miesiąc praktyki zleciał jak z bicza strzelił i wkrótce nastał czas na tytułowy AUTOSTOP.
To była oficjalnie zorganizowana akcja.

Chętni musieli nabyć książeczkę austostopu, która zawierała kupony na łączny dystans chyba 2,000 km.

Źródło TUTAJ.

Ta akcja legalizowała przewożenie “łebków” w samochodach państwowych. Prócz tego regulowała sprawę ubezpieczenia przewoźnika od konsekwencji szkód poniesionych przez pasażerów podczas ewentualnego wypadku.

Po zakończeniu etapu podróży autostopowicz dawał kierowcy kupon na przejechaną ilość kilometrów. Kierowców, którzy uzbierali duże ilości kuponów, czekały atrakcyjne nagrody – pierwsza nagroda – samochód Warszawa.

Już w czerwcu umówiłem się z kolegą z akademika, że po praktyce ruszamy na trasę.
Kierunek – jeziora mazurskie – to było TO!
I tak, w pierwszych dniach sierpnia 1959, wylądowaliśmy w rowie przy szosie prowadzącej z Krakowa do Kielc.

Pierwsze wrażenie było bardzo frustrujące. 
Ruch samochodowy był niewielki. Zdecydowana większość samochodów to ciężarówki załadowane towarem. Niektóre może miały wolne miejsce w kabinie kierowcy, ale nas było dwóch.
Już robiło się ciemno gdy zatrzymał się jakiś samochód –
– Wsiadajcie, ale tylko do Jędrzejowa.
Wsiedliśmy, refleksja przyszła później.
Przecież my przyjedziemy do Jędrzejowa w środku nocy.
Co my tam ze sobą zrobimy? Przecież nie ma szansy, żebyśmy złapali o tej porze transport do Kielc.

I tak właśnie było.
Kręciliśmy się bezmyślnie przy drodze i po chwili niespodzianka – trafiliśmy tam na żołnierzy, komandosów, czerwone berety.
– Wojsko przy drodze? Co wy tu robicie?
– Mamy rozkaz przedostać się o własnych siłach na poligon gdzieś nad morzem, a WSW (wojskowa policja) ma rozkaz nas łapać. Kto da się złapać, dostanie ileś tam dni aresztu i zakazu opuszczania koszar.

Szykowaliśmy się już na nocleg w rowie, gdy na szosie pojawiły się światła samochodu. Ciężarówka.
– Wychodźcie na szosę – zaapelowaliśmy do komandosów – jak zobaczą mundury to muszą się zatrzymać.
– W żadnym wypadku. To może być WSW, wyłapią nas jak szprotki.

W rezultacie stanęliśmy z kolegą na środku szosy. Pierś do przodu – po naszych trupach.
Samochód zaczął zwalniać.
– To prywatny – zawołali komandosi i pobiegli do tyłu samochodu.
Samochód zatrzymał się.
I my pobiegliśmy do tyłu a tam kłębiło się od wojska.
Okazało się, że w samochodzie było już kilku komandosów. Gdy zobaczyli, że samochód zatrzymuje się i jest otoczony przez wojsko, uznali że to wojskowa policja – wyskoczyli i pobiegli w las.
W doskonałych humorach wdrapaliśmy się do skrzyni ciężarówki i zamarliśmy.
Na środku stała trumna, przy jej wezgłowiu paliły się świece. Wokół siedziało kilkoro żałobników, głównie kobiety.
Dostosowaliśmy się do nastroju.
Po pewnym czasie atmosfera rozluźniła się nieco. Dowiedzieliśmy się, że wracają z wesela. W trumnie wiozą jednego z drużbów. 
– A taki silny był – wspominał ktoś z żałobników – jedenaście nożów dostał i jeszcze się ruszał.

Wreszcie Kielce – opuściliśmy kondukt żałobny i udaliśmy do swoich domów.
Za dwa dni spotkaliśmy się na szosie prowadzącej do Warszawy.
Tym razem nie było problemu, wkrótce podebrał nas jakiś samochód osobowy.
W Warszawie przenocowaliśmy w “naszym” akademiku, w którym, na okres wakacji, zorganizowano w salach gimnastycznych noclegownie dla studentów.
Następnego dnia udaliśmy się na plażę nad Wisłą i tam zorientowałem się, że mój towarzysz podróży nie umie pływać. No cóż, pozostało mieć nadzieję, że ta umiejętność nie będzie mu potrzebna..
Koło plaży była przystań statków a tam nowa atrakcja – nocny rejs do Gdańska.

Kupiliśmy bilety, oczywiście tylko siedzące.
Początki były miłe, poznaliśmy jakieś sympatyczne towarzystwo. Zdążyliśmy razem z nimi przebiec się do krzywej wieży w Toruniu (statek miał godzinę postoju)…

Krzywa wieża.jpg

By Wikipedia, CC BY-SA 3.0, Link

Nad ranem statek dopłynął do Tczewa, tu miała zacząć się nasza przygoda.

Pierwsze kroki skierowaliśmy do baru mlecznego – solidne śniadanie i… ukradliśmy łyżki i widelce – jakoś wydało nam się, że to właściwa inicjacja autostopowicza.
Noży nie było co kraść, gdyż ze względu na popularność wśród złodziei miały ułamane końcówki. Mieliśmy własne scyzoryki.

Następnie wyszliśmy na szosę prowadzącą do Ostródy i miny nam zrzedły – w przydrożnych rowach koczował tłum autostopowiczów – słowo Mazury miało swoją magię.
Z rozmów z przypadkowymi osobami zorientowaliśmy się, że wielu z nich to połykacze kilometrów. Po prostu jadą przed siebie, ile się da, nieważne dokąd. 
Na szczęście w tym tłumie było kilka osób z predyspozycjami kierowniczymi. Oni wprowadzali pewien ład.
Po pierwsze, widząc zbliżający się samochód, oceniali jego pojemność i dawali sygnał, aby właściwa ilość osób stanęła przy szosie, a reszta żeby schowała się albo przynajmniej żeby demonstrowała brak zainteresowania zbliżającym się pojazdem.
Po drugie, rozmawiali z kierowcą, uzgadniali dokąd jedzie, ile osób może wziąć. Pilnowali porządku przy wsiadaniu. 
Oczywiście sami też wsiadali, ale na szczęście w tłumie znajdowali się ich następcy.
W końcu i my doczekaliśmy się transportu. 
Nie pamiętam szczegółów, ale wydaje mi się, że mieliśmy w tym dniu jeszcze dwie przesiadki i za każdym razem było nas w samochodzie więcej.
W ostatnim samochodzie autostopowicze byli jedynym ładunkiem. Z fragmentów zasłyszanych rozmów zorientowaliśmy się, że większość spędza cały czas w podróży, nie mają żadnego celu, po prostu – jak najwięcej kilometrów. Dowiedzieliśmy się, że z kierowcami jest podobnie. Niektórzy postawili sobie zadanie – wygranie samochodu – i aby osiągnąć ten cel nie wahają się zaniedbać swoje obowiązki, nie biorą ładunku, zmieniają trasę.
Wyznam, że w tym momencie autostop stracił dla nas swój blask.

Nagle samochód się zatrzymał.
– Chłopaki – mówił do nas kierowca – jest noc, nie wysadzę was o tej porze w środku miasta, bo przyleci milicja. Tu jest ostatnia osada przed miastem. Dogadajcie się jakoś z gospodarzami o noclegi.
W tym miejscu wspomnę, że zupełnie naturalnym wydawało nam się, że podróżnikowi takiemu jak my nie można odmówić noclegu w stodole. Bezpłatnego.

Zapukaliśmy do pierwszego domu.
Wydaje mi się, że dla gospodarzy był to już chleb codzienny.
– Nie więcej niż 20 osób – zadeklarowali – w tamtej budce jest ubikacja. A tu postawiliśmy wam wanienkę z wodą do picia. Jutro rano możemy wam sprzedać trochę mleka.
– Tu jest stodoła – tylko na miłość boską – nie palcie papierosów!
– Nie ma palenia w stodole! – rozległ się zgodny chór.
Nie zdążyliśmy zasnąć, gdy w stodole pojawił się jakiś bystrzak – chłopaki, tam na polu jest kukurydza, już prawie dojrzała.
Cóż zrobić, poszliśmy sprawdzić.
– U swojego gospodarza nie zrywamy, u swojego nie zrywamy – rozlegały się zgodne szepty.
Wszyscy poszli trochę dalej.
Rzeczywiście rosła kukurydza. Niektóra prawie dojrzała.

Następnego dnia dojechaliśmy do Giżycka.
Było późne popołudnie, więc najpierw znaleźliśmy sobie nocleg w stodole. U życzliwego gospodarza, który zgodził się przechować przez kilka dni nadmiar bagaży, które nie będą nam potrzebne na kajaku. 
Po sytej kolacji w mieście szybko wróciliśmy do stodoły odespać dwie ostatnie noce.

Następnego dnia wypożyczyliśmy kajak i w drogę.
Jeszcze jedno wspomnienie – pismo Sztandar Młodych zaczęło publikację powieści Sławomira Mrożka – Ucieczka na Południe. W kiosku w Giżycku mieli egzemplarze gazety z kilku poprzednich dni. Lektura kolejnych odcinków powieści stała się naszym rytuałem.
Kierunek – północ – Węgorzewo – jeziora Kisajno i Dargin
To było bardzo relaksowe wiosłowanie, więc dość szybko wypatrzyliśmy jakieś budynki gospodarcze i wylądowaliśmy tam, pytając o nocleg.
Okazało się, że były to budynki PGR-u, tak, możemy przenocować w stodole. Możemy też kupić obiado-kolację w ich stołówce.

Podczas kolacji mój kolega zaczął wygłaszać dość radykalne uwagi na temat rolnictwa, a PGR-ów w szczególności, co nie zjednało nam sympatii zebranych.
Na efekty nie trzeba było długo czekać – gdy obudziliśmy się rano, nasz kajak zniknął.

Nie pomogły prośby ni groźby – jaki kajak? – wszyscy dookoła udawali naiwnych.
Jedyne co uzyskaliśmy, to pożyczenie roweru, na którym mój kolega pojechał zgłosić kradzież na milicję.
W tym miejscu zdradzę tajemnicę…
Gdy przyszło do jazdy na milicję, powiedziałem koledze żeby to on jechał, mnie boli noga.
Prawda była taka, że ja nie potrafiłem jeździć na rowerze.
Skąd miałem potrafić?
Chyba tylko jeden kolega w mojej klasie miał rower.
Niektórzy (w tym mój towarzysz) mieli ojców, którzy mieli rowery.
A reszta?

Kolega pojechał, a ja kręciłem się bezmyślnie po okolicy, próbowałem szukać jagód.
W lesie spotkałem jakąś życzliwą panią, która pokazała mi, gdzie został ukryty nasz kajak.

Kolega wrócił. Zdecydowaliśmy zostać tu jeszcze jedną noc. Tuż przed kolacją wyciągnęliśmy kajak z ukrycia. Pracownicy PGR udawali, że niczego nie zauważyli.
Na wszelki wypadek na noc wciągnęliśmy kajak do stodoły.

Następnego dnia powiosłowaliśmy dalej, ale jak tylko odbiliśmy od brzegu, ogarnęła nas taka złość na ten PGR, że zapałaliśmy żądzą zemsty.
W sytuacji, w jakiej się znajdowaliśmy, nasza zemsta mogła być tylko jedna – złapać którąś z PGR-owskich kaczek, które beztrosko pływały przed naszym kajakiem.
Nie było to takie proste, o mało się nie wywróciliśmy, ale w końcu wciągnęliśmy do kajaka chyba najbardziej wychudzoną kaczkę. Na dodatek, zanim ukręciliśmy jej łeb, napaskudziła nam do kajaka.

Zbliżaliśmy się do Węgorzewa – rożek jeziora Mamry, jezioro Święcajty.
Po pierwsze wypatrzyliśmy jakieś zabudowania i zapytaliśmy o możliwość noclegu w stodole.
Gospodyni była bardzo sympatyczna, więc spytaliśmy o przepis na usmażenie kaczki. Podstawowy składnik, o jakim wspomniała to smalec, powiosłowaliśmy więc do sklepu w Węgorzewie.

Był ogromny upał i zanim wróciliśmy do naszej bazy, smalec zupełnie się roztopił. Resztę dnia spędziliśmy na znęcaniu się nad zwłokami kaczki. Trochę usmażyliśmy, trochę upiekliśmy, ugotowaliśmy nawet rosół. Myślę, że była to wystarczająca pokuta za ten bezmyślny akt kradzieży.

Po dwóch dniach kaczkowania powiosłowaliśmy z powrotem do Giżycka.
Kolejny etap – Mikołajki.
Najpierw przecięliśmy jezioro Niegocin. Na środku poczułem jego potęgę i kruchość naszego kajaka. Świadomość, że mój partner nie umie pływać, zaczęła mi ciążyć.
Wreszcie dotarliśmy do południowego brzegu, a tam czekał na nas szereg uroczych jeziorek – Boczne, Łagodne, Tałtowisko.
To ostatnie praktycznie przefrunęliśmy, pchnięci potężnym podmuchem wiatru.

Źródło Google Maps.

Przenieśliśmy kajak na ostatni odcinek wiosłowania – jezioro Tałty, ale rozszalała się tak mocna burza, że zatrzymaliśmy się przy najbliższych zabudowaniach, czyli w osadzie Tałty.

Zapukaliśmy do drzwi pierwszego gospodarstwa. Gospodarz przyjął nas niezbyt chętnie.

Ponieważ zakładaliśmy, że dojedziemy do Mikołajek, nasze zapasy jedzenia były minimalne – płatki owsiane, kilka opakowań rosołu, słoik dżemu.
Nasz gospodarz poinformował nas, że w Tałtach nie ma sklepu spożywczego, a do Mikołajek 6 km. On może sprzedać nam jutro trochę mleka.
Zadowoliliśmy się rosołem z płatkami na obiad i płatkami z dżemem na kolację.

Następnego dnia lał rzęsisty deszcz. Przeszliśmy się po wsi, żeby sprawdzić, czy można dostać coś do jedzenia. Nasz gospodarz mówił prawdę, nie można było.
Przy okazji zaskoczenie, we wszystkich domach, do których zapukaliśmy, mieszkańcy rozmawiali ze sobą po niemiecku.
Mój towarzysz aż się gotował ze złości.
Po powrocie do bazy zgłosił swoje pretensje naszemu gospodarzowi.
– Ech, nie zawracajcie głowy – odpowiedział gospodarz – my jesteśmy Niemcy i chcemy wrócić do Niemiec. Dlatego te gospodarstwa takie zaniedbane. To Polska przewleka sprawę i wszyscy się tu męczymy.
Zamknął nam drzwi przed nosem.

Nie było wyjścia, pomaszerowaliśmy do Mikołajek.
Miasteczko wyglądało jak wymarłe. Zjedliśmy obiad, kupiliśmy trochę owoców i konserw w puszce i wróciliśmy do Tałt.
Cały następny dzień lało i przesiedzieliśmy go w stodole, czytając zebrane odcinki Ucieczki na Południe.
Kolejnego dnia deszcz nieco ustał, za to wiał silny wiatr, ale zdecydowaliśmy się na powrót do Giżycka.
Przeprawa przez szereg niewielkich jeziorek była miłym urozmaiceniem, ale gdy wpłynęliśmy na jezioro Niegocin, miny nam zrzedły. Nasz kajak nie miał szans na falach jak góry wodne.
Jedyne wyjście to płynąć wzdłuż brzegu, co oznaczało znacznie dłuższą drogę i borykanie się z bocznymi falami.

Późnym wieczorem dotarliśmy do celu, gdzie przywitano nas jak bohaterów, gdyż tego dnia nikt nie odważył się wypłynąć na jezioro.

Powrotu autostopem do Kielc już nie pamiętam.
Wydaje mi się, że autostop jako masowa akcja nas rozczarował.
W kolejnych latach kupowałem na wszelki wypadek książeczkę autostopu, ale korzystałem z niej tylko dorywczo, na jednoodcinkowych etapach.

10 thoughts on “(Zamiast chodzenia po mieście) Autostop

  1. Wyznam, że po napisaniu tego wspomnienia zaczęły mnie dręczyć wyrzuty sumienia – ukradzione z baru mlecznego cynowe łyżki i widelce.
    Jestem pewien, że nie zabralismy ich do domu, rodzice by nas wygonili.
    Jedyna możliwość to podrzucić spowrotem do baru mlecznego – pewnie do tego naprzeciwko akademika w Warszawie.
    I tak pewnie było.
    Wydaje mi się, że w tamtych, teraz słusznie zapomnianych czasach, nie tak łatwo było coś zmarnować.

  2. Panie Lechu,
    coś z tymi “łyzeczkami i widelcami ma się na rzeczy”, znam to od wielu osób, które sie do tego przyznaly, była to jakby jakaś siła wyższa, pakująca ją ludziom po kieszeniach, rodzaj “hazardu”, lub “socjalistycznej wybiórczej kleptomanii”.🤣
    W dzisiejszych czasach ofiarą padają dlugopisy. Jednak to raczej sprawa jakiegoś bezmyślnego, nieświadomego przywłaszczania ich sobie. Dochodzi już do prawie do zadziwiajacej wymiany:
    ze szczerym zdziwieniem znajduję jakieś obce dlugopisy
    u siebie i często z żalem stwierdzam brak mojego, który przed godziną tu jeszcze był,
    a musi się teraz przyzwyczajać do adopcji.
    Fajnie się czytało, dziękuję
    Pozdrawiam, T.Ru

    1. Łyżki, długopisy….
      Myślę, że ostatnim etapem ewolucji tego obyczaju korzystania ze służbowych dóbr, było korzystanie ze służbowych komputerów do celów prywatnych.
      W mojej ostatniej pracy zauwazyłem, ze wielu kolegów i koleżanek zaczynało dzień od sprawdzenia notowań ich akcji na giełdzie.
      Teraz technologia poszła do przodu, można to zrobić na telefonie a praca z domu zatarła mocno róznice między prywatnym i słuzbowym czasem.

  3. roman frister opisal we wspomnieniach jak ukradl czapke ( miejsce: oswiecim);
    w ten sposob uratowal sobie zycie, ale, byc moze, skazal w ten sposob na smierc okradzionego;
    trudno mu to wybaczyc, ale chwala, ze potrafil sie do tego przyznac, amen

  4. Odżyły wspomnienia sprzed wielu, wielu lat i jest mi miło, że autor Pan Milewski “odkopał “te wspomnienia. To były ubogie czasy, ale pamiętam je z łezką w oczach, bo kojarzą się z bezpieczeństwem i ludzką empatią. Brak lęku o siebie, kiedy to miałam lat naście, byłam całkiem nie brzydką i zgrabną nastolatką, kiedy to po kryjomu wsiadałam na stopa ( okres ferii czy wakacji,) a pieniądze na podróż przeznaczałam na łakocie. Te podróże autostopem do Świebodzic (tam mieszkał mój stryjek) przez Wrocław i do Legnicy, czy samotna wycieczka do Krakowa w (wieku lat osiemnastu,) dodawały mi skrzydeł wolności. Zmrok i obcy kierowcy nie budzili lęku, może dlatego, że nie czytałam kryminałów, nie było wówczas programu AD, a o nikim nie pomyślałbym w tamtym czasie, że ktokolwiek mógłby mi zrobić krzywdę. Wujkowie i kuzynki dotrzymywali tajemnicy podróży. Minęły lata. W wieku czterdziestu lat, zostaję po raz pierwszy bez pracy, a muszę nadmienić, że już zaczynają się kłopoty z powodu zamykania po kolei oddziałów w Stilonie, gdzie pracowałam. To wówczas, po raz pierwszy poczułam smak braku bezpieczeństwa finansowego. Stanęłam na drodze wyboru poszukania pracy za granicą. Blisko Frankfurtu n/M w sanatoryjnym miasteczku mieszkała moja koleżanka, która zostawiła męża i z dziećmi wyemigrowała do Niemiec, kilka lat wcześniej. Była córką autochtonki. Kiedy podjęłam decyzję, że spróbuję poszukać w jej miasteczku pracy, a koleżanka mi w tym pomoże, była też decyzja, że pojadę autostopem ze Słubic. Nie miałam na podroż pieniędzy. Wszystko wydawało się wówczas proste. To była niesamowita przygoda i czas wzmożonej emigracji Polaków. Szczęśliwie dojechałam do jednej z ostatnich stacji benzynowej ze wspaniałym starszym wówczas dla mnie panem, który po drodze częstował kanapkami, kawą i wyrafinowanymi słodyczami z Niemiec. Zostawił mnie na jednej z ostatnich stacji benzynowych przed Frankfurtem, skąd już miałam całkiem niedaleko do domu koleżanki. Musiałam wyglądać jak ostatnia sierota z Polski, bo się mną na tej stacji zainteresowano. W sumie dostałam wyborową kolację i kelner zadzwonił do przyjaciółki, że jej oczekuję. Byłam tam kilka dni i oczywiście pracy nie dostałam. Wyjechałam załamana. Podroż z powrotem również autostopem. Z tej samej benzynowe stacji zabrała mnie luksusowym sportowym jaguarem piękna, młoda kobieta, która zawiozła mnie do innego po drodze miasteczka, gdzie był obóz dla imigrantów. Ta sytuacja była nieporozumieniem językowym. Wręczyła mi zwitek banknotów. Nie chciałam przyjąć ale wsunęła mi ze szczerym uśmiechem do kieszeni. Było to aż 200 marek czyli suma pozwalająca wówczas przeżyć spokojnie mojej rodzinie cały miesiąc. Wracam więc do Polski następnym TIREM z panem, który zawiózł mnie do samego Gorzowa ( jechał do Poznania.) Dziwne, ale ten gość też wsunął mi pieniądze do kieszeni. Nie pamiętam ile to było, ale wystarczyło na następny miesiąc. W czasie tych dwóch miesięcy wiele się zmienia. Za niespełna miesiąc wyjeżdżam na pierwszą moją emigrację do Danii, która była wynikiem podroży autostopem do Niemiec. Pomogli ludzie. Dlatego nigdy nie zostaje obojętna na niesienie jakiejkolwiek pomocy, również finansowej finansowej innym. To były pouczające najlepsze lekcje autostop, jakie dostałam od życia. DOSTAJEMY ODAJEMY. Zastanawiam się, czy dziś podroż autostopem dla młodej dziewczyny, czy też czterdziestolatki może być bezpieczna podrożą? Tym pytaniem pozdrawiam autora tego tekstu Pana Lecha

    1. Dziękuję za pozdrowienia i uwagę poświęconą tym wspomnieniom.
      Dziękuję za podzielenie się własnymi doswiadczeniami z autostopu, które pod wieloma wzgledami przewyzszają moje wspomnienia. Zachęcam do zrobienia z tego blogowego wpisu.
      Poczucie bezpieczeństwa, na pewno to był istotny element tamtych czasów chociaż rzeczywistość chyba nie była aż tak sielankowa.
      Osobiście jestem bardzo zdegustowany ilością brutalnych, okrutnych, wulgarnych scen w obecnych produkcjach filmowych.
      Myślę, że to działa niezdrowo na psychikę.
      Pozdrawiam – Lech

  5. Raz letnią nocą, w Jędrzejowie,
    na peryferiach, w mokrym rowie.
    Błyskały skradzione łyżki z cyny,
    w dłoniach trzymały je Asasyny.
    Ich cel ponury, dotrzeć na Mazury
    i tam wykończyć w Pe-Gie-eRze kury.
    Na szczęście zjawił się EpiKur
    i krzyknął: wara wam od kur!
    Ze strachu dostały Asasyny s..czkę
    I na Mazurach wykończyli kaczkę

  6. DO LECHA i Jego wpisu z 30 sierpnia
    ŚWIETNIE!!!! Tekstu nauczę się na pamięć. Uwielbiam, kiedy ucząc się, czuję te tornado nowych połączeń neuronów w mojej głowie. Widzę te astrocyty, a mój hipokamp na gazie Pozdrawiam

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.