Życie w górach jest twarde i prawdziwego Bawarczyka byle wirus nie załamie. Już drugi rok mija, jak monachijska Theresienwiese – adres znany piwoszom na całym świecie – świeci o tej porze pustkami, nie ma namiotów dla wielotysięcznej publiki, lunaparku, muzycznych decybeli i tłumów w metrze, ale pamięć o Oktoberfeście jak najbardziej trwa. Niby został z powodów sanitarnych, z uwagi na covid 19 odwołany, ale gastronomicy, którzy przed swoimi lokalami mają letnie ogródki, mogą go na skromną skalę obchodzić. Mnie osobiście cieszy, że osiągnięto przynajmniej taki kompromis, bo branża restauratorów, srodze dotknięta przez pandemię, trochę się odkuje, a konsumenci przy augustinerze i golonce przypomną sobie stare, dobre czasy.
W trzecią sobotę września przez starówkę przejechały więc jak co roku, pięknie udekorowane konne zaprzęgi miejscowych browarów, przy straganach Viktualienmarkt odbyło się tradycyjne O zapft is, czyli burmistrz wbił pierwszego szpunta w chmielowy antałek, politycy i piwowarzy wznieśli toast za ponowny „nie – początek“ Oktoberfestu i punkt 12 – a w tysiącach monachijskich knajp tudzież knajpeczek rozpoczęło się dwutygodniowe świętowanie.
My z Marysią Mayerhöfer dołączyliśmy do biesiadujących w niedzielę, po wieczornym nabożeństwie u św. Michała i miejsce, w którym udało nam się upolować wolny stolik było wyborne. Nürnberger Bratwurst Glöckl am Dom to nieduży, stary lokal, w jednym z zaułków starówki przy katedrze, nastawiony nie tylko na amatorów pieczonych kiełbasek, ale i innych specjałów bawarskiej kuchni. Strucla jabłkowa na ciepło z waniliowym sosem pod kufelek za bardzo nie pasuje, za to z czarną, aromatyczną herbatą komponuje się dobrze i kelnerowi nawet oko nie drgnie, kiedy przyjmuje to dosyć nietypowe dzisiaj zamówienie. Mają tutaj też dobrą, bawarską kapelę, której na zdjęciach niestety nie słychać, ale widać, jak paradnie się prezentuje.
Prawdziwego Bawarczyka na ogół rozpoznaje się po stroju. Bawarczycy kochają nosić swoje trachty przy różnych okazjach, są dumni ze swoich korzeni, ze swojej kulturowej odrębności i czas Oktoberfestu sprzyja takim paradom. Za prawdziwych uznałbym jednak również i tych, którzy nie noszą trachtów i nie mówią żadnym z bawarskich dialektów, ale tutaj żyją, uczą się i pracują. Często mają różne, cudzoziemskie akcenty i kolory skóry, ale jak ich zapytasz, skąd pochodzą, to zwykle usłyszysz: natürlich, aus Bayern! Czasami ten i ów jeszcze wykrzyknie z dumą: Lewandowski, Polska! I co takiemu powiesz, że plecie trzy po trzy? Tak się identyfikują, tak się identyfikujemy i trzeba to przyjąć zwyczajnie, po ludzku, z życzliwym uśmiechem.
To świąteczna, rowerowa przejażdżka z koleżanką natchnęła mnie do napisania tego felietonu. Wspólna jazda na rowerze wcale nie przeszkadzała nam w dyskusji. Powróciłyśmy we wspomnieniach do czasu naszego dzieciństwa i młodości, do ich PRZESŁANIA. Niewiele ponad pięćdziesiąt lat dzieli nas od BYŁO, a zmieniło się tak wiele. Mam wrażenie, że obecnie rodzą się inne dzieci. Mądrzejsze, cwańsze, umiejące wymusić na rodzicach i systemie wygodę i pieniądze jako rekompensatę za brak miłości. Mam wrażenie, że te dzieci rodzą się z telefonami i laptopami, ale i z poczuciem, że mają prawo do wszystkiego, przede wszystkim do nieokiełznanej wolności. Rodzi się NOWY, automatyczny człowiek, element obecnego systemu. Porównując własne i nie tylko własne dzieciństwo z tym, co jest obecnie, nabieram przekonania, iż obecna młodzież, z której wyłonią w przyszłości politycy, ekonomiści, biznesmeni zaprowadzi nas do piekła BEZWARTOŚCI. Nie zobaczę już tej epoki, którą tworzyć będą dzisiejsze dzieci i nastolatki, wiem jednak, że świat oparty tylko na konsumpcjonizmie i wszechobecnej wolności (również seksualnej) prowadzi do NIKĄD. Śmiem twierdzić, że obecne zainteresowanie techniką nie gwarantuje ani postępu, ani przetrwania. „Technicyzm” to tylko kolejny element nowoczesnej kultury, która ma rodzić tylko dobra materialne.
Wychowałam się w domu z dyscypliną na ścianie. Karano mnie za każdą niesubordynację, za każde najmniejsze przewinienie, ale nigdy nie miałam żalu do matki za ten rodzaj wychowania. Pamiętam siebie jako sześcioletnią, nieposłuszną i mającą już własne zdanie dziewczynkę, która wiedziała, kiedy włożyć sobie w majtki pod rozkloszowaną sukienką przygotowaną zawczasu poduszkę. Dzisiaj matka za cielesne karanie dostałaby karę więzienia. Dzisiaj nazywamy to przemocą i patologią. Tak wyrastaliśmy, ale i to moje bite pokolenie miało swój własny wkład w budowę teraźniejszości. Chcieliśmy dobrze, chcieliśmy jak najlepiej wychować nasze dzieci, chcieliśmy dać im poczucie luksusu, którego my nie mieliśmy. Chcieliśmy dać im wszystko – możliwość spełniania własnych oczekiwań i marzeń, prawo dokonywania własnych wyborów, a niechcący zbudowaliśmy świat, który nie skłania młodego człowieka (dziś są to już nasze wnuki) do jakichkolwiek samoograniczeń, nie zakłada żadnego weta, nie stawia żadnych barier.
Podstawą wychowania stało się rozbudzanie w młodych ludziach nowych potrzeb, które zdają się rosnąć i rosnąć w nieskończoność. Świat XXI wieku zapewnia im rozliczne dobra i utwierdza w przekonaniu, że JUTRO będzie żył jeszcze pełniej, tak jakby życie to był niczym nieskrępowany wzrost dobrostanu. Dokąd zaprowadzi młodych ta swobodna życiowa ekspansja potrzeb i żądań, bez rozumienia potrzeb SERCA, bez poczucia wdzięczności dla tych, którzy taki świat dla swoich dzieci, wnuków, budowali?
Patrzę na to okiem psychologa. Ta lekkomyślna młodzież, a w każdym razie jakaś spora jej część, prowadzi lekkie życie. Myślę o tym, że odziedziczyli przecież również trud i natchnienie poprzednich pokoleń, ale nie pamiętają o nich, rozpuszczają je w narkotykach, piwie, dyskotekach. Słowo „rozpuszczać” to życie pod ochroną ze strony mamusi, dziadka, babci. To życie nie ograniczające żądań i potrzeb. Wpojono im przekonanie, o tym, że mają wyższe wartości, ale też, że do niczego nie są zobowiązani. Dzieci chronione przed niedostatkiem, które nigdy nie wyruszą samotnie w rejs po oceanie, jakim jest życie.
Obserwuję to poczucie nadrzędności u młodych, którym przydałaby się dobra szkoła życia i porządne manto, przydałoby się ograniczenie własnych żądań i taka dyscyplina, jak ta kiedyś, ta ze skóry. Jest im też potrzebna inna psychologia, który pomogłaby im zrozumieć, że NIE JA JESTEM NAJWAŻNIESZY, BO ZAWSZE ZNAJDZIE SIĘ KTOŚ LEPSZY ALBO GORSZY. NA TYM ŚWIECIE NIE MA NIC PEWNEGO OPRÓCZ MATERIALNEJ ŚMIERCI.
Uczono nas kiedyś prostych mądrości, na przykład PER ASPERA AD ASTRA. Dziś psychologia neguje to zdanie, wręcz wyśmiewa je, bo przecież wszystko ma być do dyspozycji, powinno być ogólnie dostępne, jak słońce czy powietrze. Okazuje się jednak, że to ułuda, bo i powietrze może być zatrute i słońce zbyt gorące. Młodzi zresztą nie są dziś wdzięczni za owo „czyste” powietrze, bo przecież nikt go nie wyprodukował i należy ono do całości tego, co „JEST” naturalne.
Te „rozpuszczone” dobrostanem masy młodych ludzi są zresztą w tej kwestii ślepe.
Konkluzja? Ten absurdalny stan ducha młodych i pięknych, którzy mają poczucie więzi tylko z pieniędzmi i technicznymi nowinkami doprowadzi świat na skraj upadku i do jakiegoś NOWEGO systemu, bo NOWE jest lepsze, niżeli STARE. Stary człowiek też jest gorszy od młodego, bo przecież kult młodości i kult pieniądza, to jest właśnie TO. NOWE!
Kiedyś w sieci przeczytałam zdanie: Kiedy wycięte zostanie ostatnie drzewo, ostatnia rzeka zostanie zatruta i zginie ostatnia ryba – odkryjemy, że nie można jeść pieniędzy.
Dawno temu Spotkałem się z duszą wsi Kochany powszechnie Za swą naiwną mądrość Przy jakiejś biesiadzie Zostałem wytoczony Na jego osądy Pogadaliśmy Polubiliśmy Ale mimo wszystko ogłosił Że jestem niebezpieczny Bo wiem zbyt wiele Chciałem mu powiedzieć Że nie należy się bać Tego kto wie wiele Lecz tego kto jest przekonany O jedno Ale to by było zbyt wiele
***
Ja bym się złamał Na twoich brzegach Mimo temu Że są miękkie
Bym utonął W twych wodach Mimo ich Płytkości
Nie jestem Po raz pierwszy Na takim Morzu
Gdzie widzę Taką odwróconą latarnię Która wciąga Nie odstrasza
***
Czy to znaki Czy tylko plotki gwiazd Ściągnięte z chmur Niczym jajka z gniazd Póki skorupa cała Nie wiemy czy to Ptak czy gad A po pęknięciu Wiemy chociaż Że to już Nie jajko
*** Miałem córkę Nauczyłem ją Jak obronić się Wśród normalnych Za to Poprosiłem ją O jedno Teraz Jak korzystasz Z moich narzędzi Bądź dobra Dla ludzi Nie miałem już Córki
***
Chciałem leczyć własną krwią Zapominając o grupach krwi Czasami to co najgłębsze w nas Jest nie do przyjęcia przez innych
Chciałem leczyć własną krwią Zapominając o grupach krwi Czasami to co najgłębsze w nas Jest nie do przyjęcia przez innych
Zdjęcia i pomysł wpisu: Tomasz Fetzki Realizacja: Ewa Maria Slaska
No cóż, pytanie to w tytule postawione tak śmiało, choćby z najwyższym trudem rozwiązać by należało, bo jeżeli Don Kichot i Sancho Pansa stoją na pomniku w brązie wykonanym na placu w San Sebastian, to jakiś sens to mieć musi.
A więc do dzieła.
Artysta: Lorenzo COULLAUT – VALERA (Sevilla, Marchena 1876 – Madrid 1932)
Materiał: Brąz
Wymiary: 157 x 50 x 130 cm (Don Kichot) // 104 x 49 x 100 (Sancho) // 53 x 120 x 211 cm (cokół)
Podpisany: Tak, na cokole Don Kichota: Lorenzo Collaut Valera
Datowany: 1929
Lokalizacja: Centrum miasta (San Sebastian; miasto po baskijsku nazywa się Donostia, park Alderdi Eder, Plaza Cervantes)
W roku 1915 Collaut Valera wziął udział w konkursie na projekt pomnika Cervantesa, rozpisanym z okazji trzechsetnej rocznicy śmierci pisarza. Pomnik miał zostać wzniesiony w Madrycie. Projekt Collauta Valery’ego został nagrodzony. Wybór został ostro skrytykowany przez wiele znamienitych postaci owych czasów. Protestującym nie podobało się, że jest to dzieło staroświeckie, rozdrabniające w anegdotach i alegoriach główny sens, jakim jest wzniesienie pomnika największemu twórcy, jakiego kiedykolwiek wydała Hiszpania.
Wiele lat później miasto San Sebstian (Donostia) postanowiło wznieść pomnik na brzegu zatoki La Concha na placu Cervantesa. Tuż przy plaży, naprzeciwko ogromnego ratusza, ustawiono kopie dwóch rzeźb z pomnika Collauta Valery’ego w Madrycie, ale tylko dwie. W Madrycie natomiast na pomniku znajdują się jeszcze rzeźby przedstawiające samego Cervantesa, postaci Dulcynei i Aldonzy Lorenzo z Don Kichota oraz tytułowe postaci z dwóch nowel Cervantesa, Cyganeczki i Rinconete y Cortadillo. Ponadto na pomniku umieszczone zostały alegorie Literatury, Mistycyzmu i Waleczności oraz wieńcząca pomnik kula ziemska z kobiecymi postaciami, symbolizującymi pięć kontynentów. Rzeźb było tak wiele (a miało być jeszcze więcej), że Collaut-Valera pracował nad nimi wraz z synem, Federico Coullaut-Valera Mendigutia.
Pomnik w San Sebastian został odsłonięty 4 lipca 1973 roku i uważany jest za jedno z miejsc, które w tym mieście każdy powinien odwiedzić. Tego zresztą nie da się uniknąć, bo bulwar La Concha odwiedzają po prostu wszyscy, może nie tyle dla naszych dwóch bohaterów, ile dla znakomitej kuchni baskijskiej, słynnych win, no i samej promenady i plaży.
San Sebastian zadbało też o to, żeby, mimo ogromnego napływu turystów, zachować bulwar w takiej postaci, w jakiej został zaprojektowany prawie 200 lat temu, czyli wtedy, gdy zamożne mieszczaństwo i arystokracja z całej Europy odkryła uroki kąpielisk.
Zwróćmy jednak uwagę na kilka politycznych aspektów związanych z tym pomnikiem. Po pierwsze – w sercu Kraju Basków i w jego stolicy wzniesiono pomnik Hiszpanom. Po drugie – miało to miejsce za czasów generała Franco. Po trzecie – najsłynniejszym Baskiem jest José Luis Álvarez Enparantza, a.k.a. Txillardegi, polityk, pisarz, lingwista – prawdziwy twórca autonomii Basków. Był uniwersalnym geniuszem, studiował inżynierię, był matematykiem i filozofem egzystencjalistą. Nie ma on w San Sebastian placu, skweru, ulicy, nawet zaułka, a należał by mu się pomnik. Tak twierdzi pewien baskijski bloger. I zapewne ma rację. No ale Txillardegi jest twórcą bojowej organizacji basków ETA, trudno więc oczekiwać, że Hiszpanie pozwolą na postawienie mu pomnika, nawet po 60 latach.
Ostatnio pisałam o dzieciństwie Tadeusza i Maryli, dlatego pomyślałam sobie, że byłoby dobrze przywołać tu również wspomnienia mojego męża o jego siostrze. Będzie to zapis jego opowieści.
Prababka Tadeusza i Maryli ze strony matki była z pochodzenia Węgierką, jej rodowe nazwisko w wersji spolszczonej brzmiało – Samoraj. Przekazała swojej córce i trzem wnuczkom piękne, czarne włosy i zgoła nie słowiańską, nietuzinkową urodę. Przyciągała ona uwagę nie tylko adoratorów. Najmłodszą z sióstr, Aleksandrę, zaatakował raz w szkole jakiś chłopak, nazwał ją Żydówką i uderzył. Najstarsza, Henryka, została aktorką. Były utalentowane artystycznie, wszystkie – po matce – muzykalne, oprócz tego, Aleksandra i Henryka malowały. Mój mąż wspomina, że babcia Jędrzejewska kochała muzykę, niestety, nie miała warunków, żeby uczyć się gry na jakimś instrumencie. Tadeusz zresztą też jest muzykalny, uczęszczał nawet do szkoły muzycznej, ale chyba zabrakło determinacji, a może niełatwe życie całej rodziny spowodowało, że przerwał naukę.
Tadek i Maryla także mieli czarne włosy, które zawdzięczali węgierskiej prababce. W latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku modne były wyjazdy turystyczne do tzw. „demoludów”. Dużym powodzeniem cieszyły się wycieczki na Węgry, jako że „Polak, Węgier – dwa bratanki i do szabli, i do szklanki.” Oboje, Tadek i Maryla, postanowili nauczyć się węgierskiego, języka swoich przodków. Zapisali się na kurs w Węgierskim Instytucie Kultury, wówczas przy ulicy Marszałkowskiej. Już w czasach licealnych zaczęli jeździć na Węgry, podróżowali ze znajomymi, autostopem, później z Uniwersyteckim Klubem Turystycznym UNIKAT. Maryla po maturze miała zamiar studiować hungarystykę na Uniwersytecie Warszawskim. Znakomicie zdała egzamin wstępny z języka polskiego, nawet dostała wyrazy uznania za „filologiczny talent” od jednego z egzaminatorów. Niestety, egzamin z języka niemieckiego, wymagany wówczas na ten wydział, okazał się porażką. Egzaminatorka zapytała o mało znanych pianistów z NRD, Maryla nic o nich nie potrafiła powiedzieć. Po tym niepowodzeniu cały rok poświęciła na prywatne lekcje niemieckiego. Tym razem złożyła papiery na wydział germanistyki i egzaminy zdała pomyślnie. To był rok 1978. Dwa lata później zaczął się „karnawał Solidarności”. Zaangażowała się w działalność opozycji antykomunistycznej. Była członkinią Zarządu Uczelnianego NZS UW. Redagowała „SUMIENIE” – pismo Regionalnego Komitetu Obrony Więzionych za Przekonania przy Regionie Mazowsze Solidarności.
13 grudnia 1981 roku pojechali oboje z bratem do siedziby Regionu Mazowsze na ulice Mokotowską. Miała zabrać stamtąd jakie ważne dokumenty. Nie wiedzieli, że milicja urządziła tego dnia w siedzibie regionu tak zwany „kocioł” – co jakiś czas oddział MO wkraczał do budynku i „wygarniał” wszystkich, którzy tam właśnie przyszli. Szczęśliwie Maryla i Tadek trafili na moment pomiędzy tymi łapankami. Zabrali dokumenty i spokojnie wrócili do domu. Mieszkańcem tegoż lokalu, zajmowanego przez Solidarność, był kot. Z przekazów wiadomo, że po opanowaniu budynku przez milicję i SB „ubecy” zaopiekowali się zwierzakiem, a on przyzwyczaił się do nowych gospodarzy, „zdradzając” tym samym ideały Solidarności…
Noc z 13 na 14 grudnia 1981 roku Maryla spędziła u koleżanki. Wróciła do domu rano, 14 grudnia. Zdążyła wziąć prysznic i właśnie suszyła włosy, kiedy przed bramą pojawiło się trzech smutnych panów. Jeden milicjant w mundurze i dwóch w kurtkach moro. Milicjant nie odzywał się w ogóle, widać było, że nie on tu podejmuje decyzje… Poczekali, aż Maryla wysuszy włosy. Zabrali ją najpierw do Komendy Stołecznej MO w Pałacu Mostowskich. Podczas przesłuchania najpierw krzyczeli i grozili. Potem przychodził tak zwany „życzliwy ubek”, częstował papierosem, zdarzyło się, że był młody i przystojny, próbował umawiać się na randkę… Maryla później, z właściwym sobie poczuciem humoru, stwierdziła, że ten przystojniak „byłby nawet niczego sobie, gdyby nie to piętno ubectwa na twarzy.” Konsekwentnie trzymała się zasady, żeby nie podejmować z nimi rozmowy. Milczała.
Jednym z zarzutów, jakie stawiano jej podczas przesłuchania, było to, że chodziła na procesy członków KPN (Konfederacji Polski Niepodległej), a potem pisała z nich relacje do “SUMIENIA”. Jej teksty, według ubeków, były „tendencyjne i złośliwe”. Często cytowała tę opinię, podkreślając, że uważa to za jeden z największych komplementów, jakie zdarzyło jej się usłyszeć na temat tego, co pisała…
Po dwóch dniach z Mostowskich została przewieziona do aresztu śledczego dla kobiet w Warszawie – Olszynce Grochowskiej. Tam znalazła się śmietanka warszawskiego podziemia antykomunistycznego. Maryla wspominała, że w Wigilię Bożego Narodzenia ’81 łamała się opłatkiem z „Korówami” (kobietami z KOR – Komitetu Obrony Robotników).
2004 rok to rok nowej emigracji z przyczyn ekonomicznych. Problemy z nią związane przerosły i oczekiwania samych emigrantów, i możliwości ich rozwiązania przez polskie władze. Sama jako kobieta w wieku 52 lat, bez pracy i możliwości jej otrzymania, mimo usilnych zabiegów i dobrego wykształcenia, zmuszona zostałam do wyjazdów z kraju na wiele lat. Osiemnaście lat spędziłam po części w Walii, Anglii i Niemczech. W roku 2016 pracowałam jako opiekunka w Passau, w Niemczech, gdy nagle umarł mój mąż. Do jego śmierci nie zdawałam sobie sprawy z psychologicznych konsekwencji mojej decyzji. A przecież, jak wszyscy „późni” emigranci, stanęłam przed koniecznością budowania nowej tożsamości kulturowej. Mieliśmy ustabilizowane życie w Polsce, nie byliśmy już bardzo młodzi, opuściliśmy kraj w poszukiwaniu pracy, a często możliwości leczenia dla nas samych – w Polsce brakuje pieniędzy na leki, na leczenie ‘”twardych chorób”. Liczą się też potrzeby rodziny, auto, mieszkanie, kształcenie dzieci lub, i to już jest wystarczający powód wyjazdu – chęć zapewnienia rodzinie w Polsce godnego utrzymania.
Jestem kobietą, żoną, matką, babcią, na dobre i złe w przyzwyczajeniach i zachowaniach ukształtowaną przez Polskę. Nagle zmieniły się realia, znalazłam się w nowej rzeczywistości kulturowej, zmuszona do asymilacji z obcym środowiskiem. Emigracja czy saksy, nieważne, mają swoje blaski i cienie. Jak wszystko na tym świecie, bo nic nie jest białe i nic nie jest czarne. W Niemczech czuję się jak w szkole, w której uczą mnie na nowo prasować, układać, sprzątać, czyścić, gotować – ale po niemiecku. W wieku emerytalnym ma się już całkowicie sprecyzowany sposób postrzegania świata rzeczywistości, dlatego proces przystosowywania się nie jest bezbolesny, ta cała koherentność z rodziną, do której się trafia. Byłam jedną z wielu Polek w tym zimnym świecie bezwzględnego dobrobytu. Zależało nam, by postrzegano nas jak osoby równe, które mają, tak samo jak gospodarze, jednakową wartość i są równe wobec prawa. Nie chcemy jednak udawać Walijek, Angielek czy Niemek. Nie chcemy kreować fałszywego obrazu Polki, nie chcemy wyrzekać się własnej tożsamości. Świadomość korzeni, to wartość największa i nic nie może jej stać na przeszkodzie. My, Polki, na szczęście, mamy poczucie własnych korzeni, własnej wartości, umiemy zachować równowagę pomiędzy własną tożsamością z całym polskim bagażem tradycji, a koniecznością dopasowania się do nowej kultury. Polak musi umieć wszystko. I to jest PRAWDA. Ale są jeszcze „oni”.
W wielu domach czułam się cieniem, zaledwie mijanym przez rodzinę.
Praca, jak praca, ale zmuszanie nas na siłę do przyjmowania obcych tradycji, zwyczajów, obyczajów i ceremoniałów panujących w domach podopiecznych, pomimo wspólnych europejskich tradycji, często przerasta siły opiekunów. Bez zdolności kognitywnych, kompatybilnych nie byłybyśmy w stanie wykonywać tej pracy.
Ale była i inna strona tej pracy – empatyczna. Te wyjazdy nauczyły mnie szacunku do życia, bo były bramą do nowego świata, świata cierpienia i ludzkiej egzystencji.
Te doświadczenia prowadzą do rozchwiania osobowości, wywołują poczucie zagubienia, wyobcowania, bezdomności. I w Anglii, i w Niemczech można spotkać tę ksenofobię, myślenie antyhumanitarne. Widziałam sytuacje wyrzucanie opiekunek za drzwi. Nasze życie było niepewne, a nierzadko też biedne. Bywało, że mieszkałam w bezgranicznie nędznych warunkach. Pracowałam nawet po 300 godzin miesięcznie. Doświadczałam dyskryminacji, odczuwałam na własnej skórze fakt, że postrzega się nas Polaków jako nędzarzy.
Czy to śmieszne, taki brytyjski żart?
– Dlaczego z Wysp Brytyjskich zniknęły łabędzie? – Polacy je zjedli.
Wykonujemy tę pracę, bo wśród miejscowych nie ma chętnych do tej pracy, jak zresztą do każdej innej ciężkiej pracy. ”Niech pracują emigranci, my wolimy korzystać z socjalu”, tak mówią. Opiekunka-niewolnica, maszyna do pracy.
Dlaczego? Dlaczego tak musi być? – Bo Polska to macocha, jak powiedziała mi matka czworga dzieci, tak jak ja wracająca z Niemiec do domu. Opiekunki wyjeżdżają za pośrednictwem polskich agencji, ale agencje te tylko pośredniczą na rynku pracy i wysyłają Polki nie przygotowane, często nawet bez znajomości języka. Kobiety wyjeżdżają bez żadnego przeszkolenia, nie mając pojęcia o pracy z ciężko chorymi seniorami. Często się zdarza, że jesteśmy dyskryminowane i poniżane, przez nich i przez ich rodziny. Często zadaję sobie pytanie – czy to nowy „rasizm”? Kim jesteśmy my Polki, opiekunki w Niemczech?
Nie wszyscy znają „nędze” życia opiekunek. Widzą tylko „blaski”: pieniądze. No cóż! Powiedziałabym raczej, to nie „blaski”, to błysk zaledwie. Ta radość z możliwości zarabiania pieniędzy, jedyny powód do zadowolenia. Wspomaganie finansowo rodziny. Ale i to świat zewnętrzny usiłuje nam obrzydzić. W Polsce spotyka nas zawiść, na obczyźnie – pogarda. Nieudacznicy, żebracy. Nasłuchałam się o „biednych Poloczkach” przyjeżdżających do Niemiec po kasę. Tak, musimy przyjeżdżać po kasę, ale nie – nie jesteśmy nieudacznikami.
Po 18 latach pracy mogę powiedzieć, że na szczęście w naszej doli nastąpiła jednak pewna poprawa. Trochę lepsza jest integracja pracowników z Polski, trochę lepiej niż kiedyś informuje się nas, w jakie warunki jedziemy, do jakiego domu, do jakiego kraju, w jakim społeczeństwie się znajdziemy. Gdy wyjeżdżałam 18 lat temu, nie miałam o tym zielonego pojęcia.
Mój apel do wszystkich instancji administracji państwowej, samorządowej w Polsce. – Nie wysyłajcie kobiet, matek żon, babć, żeby na obczyźnie dorabiały do głodowych emerytur, nie skazujcie „starych drzew”, tych, których się już nie przesadza, na wyobcowanie. Nigdy my nie staniemy się nimi. Chcemy pracować u siebie. Jesteśmy mocne, ale obczyzna niszczy. Nie wyganiajmy kobiet z domów. Chrońmy kobiety, które już tyle lat przepracowały w Polsce. Trzeba tworzyć nowe miejsca pracy, tak, by młodzi mogli wracać. Sama mam dwie córki, które kształciły się na już na zachodnich uniwersytetach i nie myślą wracać.”Do czego?”- mówią. Ich praca wspomaga teraz tamtejszy budżet. I tak myślą cztery miliony młodych Polaków, którzy urządzają sobie życie w Europie i na świecie.
Myślę o integracji, o równym traktowaniu, o tym, że tak bym chciała, aby Unia Europejska stała się naprawdę naszym wspólnym Domem.
Obraz emigracji i saksów w Niemczech przedstawiłam w moich powieściach.
To on, prawda? Don Kichot. Czasem się go spotyka w normalnym życiu. Już pokazywałam na tym blogu moich przyjaciół – Don Kichotów, kompozytor Michał Talma Sutt i Arek Łuba, dziennikarz, Marek Maj, poeta, teraz pojawił się kolejny, gdański malarz Czesław Tumielewicz.
Zastanawiałam się jak tego znalezionego przypadkiem na Facebooku zaprzyjaźnionego Don Kichota umiejscowić na blogu. Oczywiście jako założycielka szlachetnej gałęzi nauki zwanej baratarystyką nie muszę w ogóle uzasadniać, dlaczego piszę o Don Kichocie, utopiach, Sancho Pansie, czy wiatrakach. Piszę, bo taką mam ochotę. Ale nawet w tej beztroskiej dowolności, gdy muszę, chcę, powinnam wybrać jakiś dzień, zastanawiam się nad tym, który. Tym razem zastanowiłam się nad imieniem Don Kichota. Bo czy my w ogóle wiemy, jak on miał na imię? Znawca po chwili zastanowienia wykrzyknie zadowolony: wiem, Alonzo! I tak też właśnie jest. Alonso Quixano ( Alonso Quijano). Ale, hola, to wcale nie jest takie znowu proste. Bo nasz bohater ma nazwisko w miarę od początku powieści, ale właściwie od razu jest ono przerobione na jego przybrane imię Pan Kichot, natomiast imię – Alonso Quijano – pojawi się dopiero w ostatnim rozdziale II części i wcale nie po to, żebyśmy my jako czytelnicy wiedzieli wreszcie po 15 latach i stu rozdziałach, z kim mieliśmy do czynienia? Nie, imię pojawia się z przyczyny znacznie bardziej skomplikowanej. Oto pomiędzy wydaniem części I (1601 rok) a drugiej (1615) pewien plagiator-uzurpator, Alonso Fernández de Avellaneda, wydał w roku 1614 swoją wersję przygód Don Kichota i podał tam również jego imię: Martín Quijada. Tego Cervantesowi było doprawdy za wiele i ze świętego oburzenia na oszusta napisał był część drugą swej opowieści o chudym rycerzu na chudym koniu. Pod koniec części II Don Kichot dowiaduje się o tym, że istniej fake jego dziejów, który głosi między innymi, że ma na imię Marcin i że przestał kochać Dulcyneę z Toboso. Cervantes poświęca sporo miejsca dyskusji z plagiatorem i prostuje wszystkie jego supozycje. Stąd właśnie również “prawdziwe” imię: Alonzo, zauważmy przy tym, że jest to imię jego adwersarza.
W dwóch tłumaczeniach Don Kichota na polski, u Zakrzewskiego i u Charchalisa, imię bohatera w ogóle się nie pojawia, ale zawsze można liczyć na wierność i dokładność tłumaczenia Anny Ludwiki Czerny i Zygmunta Czerny (Warszawa PIW 1955): “Naprawdę umiera i naprawdę jest zdrów na umyśle Alonzo Quijano Dobry. (…) Panowie – rzekł Don Kichote – powoli, powoli, bowiem w gniazdach zeszłorocznych nie ma w tym roku ptaków. Byłem szaleńcem, teraz jestem zdrów na umyśle; byłem Don Kichotem z Manczy, dziś jestem Alonzo Quijano Dobry. Oby mój żal i prawda przywróciły mi szacunek, jaki ichmościowie żywiliście dla mnie (…;) proboszcz poprosił notariusza, aby poświadczył, że Alonzo Quijano Dobry, zwany powszechnie Don Kichote z Manczy, rozstał się z życiem doczesnym i zmarł naturalną śmiercią; prosił o to zaświadczenie, chcąc zapobiec, aby jakiś inny autor, prócz Sidi Hameta Ben Engelego*, nie wskrzesił go oszukańczo i nie pisał niemożliwych historii jego przewag.”
Dodajmy jednak, że Alonso / Alonzo jest samodzielnym imieniem, ale wcale nie tak samodzielnym jak np. Gustaw czy Konrad, bo okazuje się, że jest to forma oboczna, głównie włoska lub rzadziej hiszpańska, męskiego imienia Alfons, co w starogermańskim oznaczało “szlachetny”.
Nie wiem, czy interesuje nas pochodzenie imienia Alonzo od Alfonsa, zwłaszcza że z Alfonsem jest nam trochę nie po drodze, głównie dlatego że to imię zostało ośmieszone w komedii Monsieur Alphonse Aleksandra Dumasa (syna), wydanej w 1873 r. Pan Alfons był sutenerem, co sprawia, że obecnie imię Alfons jest w Polsce rzadko nadawane. Nadal jednak należy do imion często występujących m.in. w Hiszpanii.
A zatem Alonzo czy Alfons? Czyli kiedy miał(by) imieniny Don Kichot?
Dla osób noszących dane imię najważniejsze jest pytanie, czy był święty jego imienia, bo wtedy obchodzi się imieniny w dniu śmierci patrona. W języku kościelnym mówi się, że danego świętego “się wspomina” tego właśnie dnia. A święty był i to po pierwsze był Hiszpanem z czasów Cervantesa, a po drugie akurat dziś przypada (w miarę) okrągła rocznica jego śmierci – 430.
Alfons de Orozco, właśc. Alonso de Orozco (ur. 17 października 1500, zm. 19 września 1591 w Madrycie) – hiszpański ksiądz i augustianin, święty Kościoła katolickiego.
Urodził się w szlacheckiej rodzinie. Studiował na Uniwersytecie w Salamance. Złożył śluby zakonne w 1523 roku, a w 1527 roku otrzymał święcenia kapłańskie. W 1549 roku wyruszył jako misjonarz do Meksyku, jednak ciężko zachorował i musiał wrócić do kraju. W 1554 roku król Karol V Habsburg mianował go królewskim kaznodzieją, a ten przeniósł się do Madrytu.
Zmarł 19 września 1591 roku – mając 90 lat – w opinii świętości.
Został beatyfikowany przez papieża Leona XIII w dniu 15 stycznia 1882 roku, a kanonizowany przez Jana Pawła II w dniu 19 maja 2002 roku.
Lubię takich świętych, którzy po prostu byli dobrymi ludźmi. Takich, których nikt nie umęczył i nie udręczył, ale też nie byli bogaczami, co to fundując klasztory i kościoły “zarobili sobie” na świętość. Do moich ulubieńców należeli dotąd św. Franciszek, św. Antoni i św. Martin de Porres, teraz dochodzi jeszcze do tej listy św. Alonzo.
My, czytelniczki książek Lucy Maud Montgomery, znamy to imię przede wszystkim z trzeciego tomu książek o Ani z Zielonego Wzgórza. Ania wyjeżdża do Redmondu na uniwersytet i poznaje tam piękną Izabelę Gordon, która przyjechała na studia, ponieważ nie mogła się zdecydować, za którego z dwóch wielbicieli ma wyjść za mąż. Jej kandydaci na męża są bogaci i występują w książce zawsze w liczbie podwójnej, jako Alek i Alonzo.
Wracamy jednak do Don Kichota.
Wydaje się dość zabawne, że cała II księga napisana przez Cervantesa powstała, jak się wydaje, jako dyskusja z fałszywą i wulgarną wersją opowieści Avellanedy o bohaterze Cervantesa. W ostatnich rozdziałach Cervantes opisuje, jak Don Kichot natyka się w drukarni w Barcelonie na ową sfałszowaną książkę o sobie, a w chwilę później spotyka Don Alvaro Tarfa, jednego z bohaterów tej fałszywej opowieści.
Spotkanie przebiega bardzo zabawnie i myślę, że każdy autor, który dla zabawy wprowadza do swojej powieści bohaterów innych książek, mógłby się w tej kwestii dużo nauczyć od Cervantesa.
— Jestem Alvaro Tarfe — odrzekł kawaler. — Czy to nie o panu przypadkiem mowa w drugiej części historii Don Kichota z Manchy? — zagadnął Don Kichot. — Właśnie o mnie — odparł kawaler — a z owym Don Kichotem w ścisłej nawet byłem zażyłości, ja go to namówiłem, że pojechał do Saragossy i rzeczywiście powinien mi być nieco wdzięcznym, bo po wypuszczeniu go z więzienia nie pozwoliłem go zelżyć na ulicy. Pan wiesz zapewne, że siedział w więzieniu za różne burdy? — Powiedz mi waszmość z łaski swojej, Don Alvaro — zapytał Don Kichot — czy ja też choć trochę podobny jestem do owego Don Kichota? — Ani źdźbła — odparł Don Alvaro. — A ten Don Kichot miał też giermka Sancho Pansa? — Tak, miał — odparł Alvaro — jakiegoś giermka tego nazwiska. Mówiono, że bardzo dowcipny, ale ja nigdy od niego nic dowcipnego nie usłyszałem. — O, wierzę bardzo — zawołał Sancho — bo nie każdemu na tym świecie dany dowcip i nie tak łatwo, jak się na pozór zdaje. Ten Sancho, o którym pan powiadasz, musi to być łajdak jakiś i wisielec, bo to ja jestem Sancho Pansa i umiem palić dowcipy na zawołanie. Jeśli pan nie wierzysz, spróbuj, zostań pan tylko przez rok ze mną, a przekonasz się, że mi co chwila z ust płyną i w takiej ilości, że wszyscy, co je słyszą, umierają ze śmiechu, choć często sam nie wiem, co gadam. Co zaś do prawdziwego Don Kichota z Manchy, tego mądrego, walecznego obrońcy i mściciela krzywd, ojca sierot, podporę wdów i panien i zakochanego na śmierć w niezrównanej Dulcynei z Toboso, jest nim właśnie mój pan, którego przed sobą widzicie. Wszelki inny Don Kichot i Sancho Pansa to kłamstwo. — Rzeczywiście, mój przyjacielu — odparł kawaler — wierzę temu, bo więcej mi w tej chwili dałeś dowodu dowcipu, niż tamten Sancho Pansa przez cały czas, com go widział; widać w nim było żarłoka i głupca, a nie dowcipnisia, i przekonywam się, że czarownicy, prześladujący prawdziwego Don Kichota, i na mnie się usadzić musieli, każąc mi dręczyć się tak długo z fałszywym Don Kichotem i tym cymbałem giermkiem jego. Ale po Bogu a prawdzie nie wiem, co powiedzieć, bo istotnie na własne oczy moje widziałem tamtego Don Kichota w szpitalu wariatów, a tu spostrzegam zupełnie innego, który tamtego nie zna wcale. — Co do mnie — rzekł Don Kichot — nie powiem waszmość panu, ażebym był dobry, ale nie jestem też najgorszy Don Kichot, i na dowód tego, Don Alvaro, powiem panu, że nigdy noga moja w Saragossie nie postała, właśnie dlatego, ażeby wręcz zadać kłamstwo autorowi, bo słyszałem o tym fałszywym Don Kichocie. (…) Nareszcie, Don Alvaro, jestem ten sam Don Kichot, o którym sława tyle rzeczy głosi, a nie ten nikczemnik, co sobie śmie przywłaszczać imię moje i chwałę. Mam pana teraz prosić o łaskę jedną, której dla poparcia prawdy przez uszanowanie dla błędnego rycerstwa nie odmówisz mi waszmość zapewne. Zeznasz osobiście na piśmie z własnoręcznym podpisem, przed miejscowym sędzią, żeś mnie pan dzisiaj pierwszy raz w życiu zobaczył i że nie jestem tym Don Kichotem, o którym mowa w drugiej części owej historii, jako też, że Sancho Pansa, mój giermek, nie jest tym, którego znałeś. — Słusznie, mości Don Kichocie — odparł Don Alvaro — dam ci to zadośćuczynienie jak najchętniej. Dziwna to wszelako rzecz widzieć jednocześnie dwóch Don Kichotów i dwóch Sanchów tego samego nazwiska i z tego samego niby kraju, a tak różniących się twarzą, uczynkami i obejściem. Wątpię prawie o tym, com widział, i zdaje mi się, że to sen być musiał. (…) Gdy Don Kichot i Don Alvaro razem wieczerzali, wszedł przypadkiem do gospody sędzia miejscowy z notariuszem, któremu Don Kichot kazał zrobić protokół z zeznania Don Alvara, jako nie znał Don Kichota z Manchy tu obecnego i jako rzeczony obecny nie był tym, którego opisuje książka pod napisem: Druga część Don Kichota z Manchy, przez jakiegoś Avellaneda z Tordesilas. Sędzia sporządził to wszystko z wielkim zadowoleniem Don Kichota, który podziękował najserdeczniej urzędnikowi usłużnemu. Wiele sobie nawzajem komplementów powiedzieli Don Alvaro z Don Kichotem, który dał tyle dowodów rozumu i wykształcenia, że Don Alvaro myślał, iż naprawdę był zaczarowany, kiedy tamtego widział Don Kichota.
A my tymczasem otwórzmy wino Don Kichot, wspomnijmy dobrego biskupa Alonzo i równie dobrego szaleńca, który wierzył w utopie, a także pisarza, który to opisał.
¡Salud!
* Dla przypomnienia, oficjalnie, w książce, to nie Cervantes jest autorem opowieści o Don Kichocie, ale arabski pisarz Sidi Hamet Ben Engele – autor zastosował tu znany chwyt: znalezienia rękopisu, kupienia go na targu, bądź opracowania go. Pierwsze z brzegu przykłady takiego zabiegu literackiego to Rękopis znaleziony w Saragossie Potockiego, Lolita i Pale fire Nabokova, powieść Sutera i film Gsponera Lila Lila.
Wybudowano ich ponad 200, planowano dwa razy tyle. Wieże Bismarcka, które obok pomników mu poświęconych powstawały jeszcze za życia żelaznego kanclerza z woli ludu, z jego datków i z wdzięczności za zjednoczenie Niemiec. Rozproszone były po całym świecie, nie tylko na terenach ówczesnej Rzeszy, ale wszędzie tam, gdzie występowała społeczność niemiecka.
Spośród 240 oryginalnych wież i kolumn Bismarcka, 173 wieże nadal stoją na terenie Niemiec, Francji, Czech, Polski, Rosji, Austrii, Kamerunu, Tanzanii i Chile. W Niemczech zachowało się 146 z dawnych 184 wież.
W 1899 roku Związek Studentów Niemieckich ogłosił konkurs na projekt wieży, a właściwie kolumny z ogniową misą na szczycie, gdzie mógłby być rozpalany ogień ku czci Bismarcka. Konkurs wygrał drezdeński architekt Wilhelm Kreis. Według jego projektu nazwanego jak opera Wagnera „Zmierzch bogów” (Götterdämmerung) wybudowano 47 wież. Pozostałe budowano inaczej, projekty kreślili inni architekci. W Berlinie miały powstać trzy, zbudowano jedną, przekraczając budżet o jeszcze raz tyle, ile zaplanowano. Stanęła w Köpenick na wzniesieniu Müggelberge. W 1936 roku zapłonął na niej olimpijski ogień, przyniesiony tutaj przez uczniów z berlińskiego stadionu olimpijskiego. Gdy front radziecki nacierał na zachód burzono wieże Bismarcka. Taki los spotkał też berlińską wieżę, którą krótko przed końcem II wojny światowej wysadzono w powietrze. Podobno na północnych zboczach Müggelberge można natrafić na jej części.
Wieżom Bismarcka na terenie dzisiejszej Polski, których wycofujący się Wehrmacht nie zdążył zburzyć, nadawano inne nazwy.
Wieża Gocławska w Szczecinie, choć każdy dzisiaj używa znowu starej nazwy, była najdroższą z wybudowanych wież Bismarcka. 10 sierpnia 1921 roku odbyło się jej uroczyste otwarcie. Od projektu do realizacji minęło ponad 20 lat. Początkowo miała być usytuowana na Wyspie Grodzkiej, w końcu wybrano miejsce na Zielonym Wzgórzu, kiedyś zwanym Winnogórą (Weinberg), na terenie dzisiejszego Uroczyska Kupały w Szczecinie – Gocławiu, części Puszczy Wkrzańskiej (Ueckermünder Heide). Wieżę zaprojektował ten sam Wilhelm Kreis, który w roku 1899 wygrał konkurs na ujednoliconą wieżę Bismarcka. Tym razem okrągła forma budowli wzorowana była na mauzoleum Teodoryka w Rawennie, pierwszego germańskiego cesarza rzymskiego. Wnętrze przypominać miało rzymski panteon. W wieży umieszczono popiersie Bismarcka, które po II wojnie światowej usunięto. Usunięto również orły cesarskie z zewnętrznych przypór wieży. Podobno w usuwaniu orłów brały udział radzieckie czołgi, które za pomocą łańcuchów ściągnęły orły z postumentów. Leżą do dziś na zboczach Zielonego Wzgórza, dawnej Winnogóry, kiedyś porośniętej winnicami. Na starych pocztówkach te winnice są dobrze widoczne, a lasów też jakby mniej. W tej chwili buczyna porasta strome zbocza, gdzieniegdzie rosną stare dęby. Przez wzgórze przechodzi Szlak Gocławski. Gocław jest częścią osiedla Golęcino-Gocław, przed wojną: Frauendorf-Gotzlow.
Pod samo wzgórze można dotrzeć tramwajem linii nr 6. Trasa szóstki jest jedną z najdłuższych szczecińskich tras tramwajowych. Sto lat temu szóstka jeździła do Niebuszewa, później z Niebuszewa do Gocławia, a teraz lewobrzeżem z Pomorzan pod samą wieżę Bismarcka. Szóstka obrała kurs na północ, tak samo jak projekt mieszkańców północnego Szczecina, którzy mają w planie: „utworzenie parku Tilebeinów, zagospodarowanie parku przy wieży Bismarcka, stworzenie stanicy wodnej na Skolwinie, udoskonalenie szlaku widokowego po północnych osiedlach Szczecina. Są i inne pomysły, na przykład zagospodarowania Wodozbioru na Warszewie, spacerowa turystyka dla Alt Buchholz, powstanie rekreacyjnego Skweru Królewskiego – Krucza, czy zagospodarowanie polany przy Stawach Bliźniakach na Żelechowej” (Głos Szczeciński,19 maja 2021).
Wsiadając na Pomorzanach do szóstki, mijamy po drodze fabryczne zabudowania dawnego Szczecina, za którymi kryje się Szczecińska Wenecja, potem dworzec nad Odrą po lewej, pomnik kolejarza po prawej i Most Dworcowy, którego już nie ma, też po prawej. Wjeżdżamy na Most Długi, z lewej kościół św. Jana Ewangelisty, głębiej katedra św. Jakuba, po prawej kościół Świętej Trójcy, jedyny ewangelicki w Szczecinie. Mijamy Zamek Książąt Pomorskich, dojrzeć można tylko jego wieże. Czy widać z tramwaju tajemniczą Basztę Siedmiu Płaszczy, nie jestem pewna. Tramwaj jedzie wzdłuż Nadbrzeża Wieleckiego, pod Trasą Zamkową, której podpory stały się galerią dla artystów muralowych ze słynnym muralem „Iwaszkiewicza“ (ciągle zamalowywanym) i z wieloma innymi znanymi i nieznanymi malunkami, w tym Lumpa, cenionego szczecińskiego twórcy. Potem zaczynają się już słynne Wały i Bulwar Chrobrego (Hakenterrasse, nazwane na cześć burmistrza Hakena), zaprojektowane według koncepcji Wilhelma Meyera-Schwartau, a przy nich Muzeum Narodowe i Akademia Morska. Z przystanku Dworzec Morski można zejść do kapitanatu i, jak się ma szczęście, promem dotrzeć na Wyspę Grodzką. Prom przeznaczony jest dla działkowiczów z wyspy, ale działkowiczów można odwiedzać. Plaży na Wyspie Grodzkiej nie lubię, bo zajęła dużą część działek. Tramwaj jedzie dalej, oddala się nieco od Odry, by znów przy Stoczni Szczecińskiej się do niej przybliżyć. A potem zaczyna się już inny Szczecin, mniej turystyczno-pokazowy, ze starymi budynkami fabrycznymi, na murach których z trudnością, ale można jeszcze odczytać niemieckie słowa, Pałac Tilebeinów już nie istnieje, być może niedługo będzie można znowu pospacerować po parku przy pałacu z zachowanym starodrzewiem i odwiedzić miejsce dawnego rodzinnego mauzoleum. Na murach coraz częściej pojawiają się napisy kibiców piłkarskiego klubu Pogoni Szczecin, który to szczególnie na północy miasta ma swoich wielbicieli.
Tramwaj kończy trasę na pętli Gocław, by po chwili wrócić na Pomorzany. Warto wspomnieć o willi Strutza przy ulicy Lipowej, naprzeciwko pętli tramwajowej, znanej jako „willa z zegarem”, a od niedawna, gdy na nowo odkryto witraż z syrenką, zmieniła swój przydomek na „willę z syreną”.
Przechodzę pod bardzo niskim mostem kolejowym, mostem dla krótkich ludzi i fanów Pogoni Szczecin, o czym świadczą napisy po obu stronach mostu. Łagodnym zboczem idę w kierunku ulicy Narciarskiej, później mijam ulicę Górską. Czuję się, jak na górskim szlaku, jest drogowskaz: Wieża Bismarcka.
Wieża na pierwszy rzut oka jest w dość dobrym stanie, beton i wapień muszlowy mają się dobrze. Fani Pogoni dotarli też tutaj i zapisali na murach wieży nazwę swojego klubu.
Główne uroczystości z okazji setnych urodzin zaczną się o zmroku, wtedy jak za dawnych czasów wieża rozbłyśnie ogniem, takim z reflektorów. Na razie trwają harce na łące przed wieżą, dzieci łapią bańki mydlane, starsi zajęci są konsumpcją. Przechadzam się trochę po pobliskim lesie w którym porozrzucane są części obmurowań wieży oraz orły zwalone z wyższych partii budowli. Festyn zaczyna się rozkręcać.
Miejmy nadzieję, że nowy właściciel wieży przywróci jej dawny blask, niekoniecznie wielbiąc przy tym Bismarcka, lecz przypominając jego postać, historię miejsca i budowli.
Dzieciństwo to taki czas w życiu człowieka, który nosi znamiona mitu arkadyjskiego. Mówimy: mit dzieciństwa, czas niewinności, kraj lat dziecinnych, dzieciństwo to czas pogody, szczęścia, beztroski. Ostatnio daje się zauważyć tendencję do demitologizacji dzieciństwa. Coraz częściej mówi się, że dzieciństwo nie musi być szczęśliwe, podejmuje się temat traumatycznych przeżyć, toksycznych relacji z rodzicami, dysfunkcyjności rodzin. Okres dzieciństwa przestaje być traktowany jak czas święty, często nabiera charakteru dramatycznego, przedstawiany jest jako pełen napięć i mocno przeżywanego bólu egzystencjalnego.
Maryla niekiedy wspominała, że dla niej takim czasem był okres dojrzewania, zwłaszcza lata szkoły średniej, zresztą jednego z najlepszych warszawskich liceów, VI LO im. Tadeusza Rejtana. Samą szkołę wspominała raczej dobrze, zwłaszcza nauczycielkę języka polskiego, która uważała ją za najlepszą polonistkę w klasie. Zdecydowanie nie lubiła nauczyciela matematyki, twierdziła, że z jego powodu znienawidziła sam przedmiot. Utrzymywała stale kontakt z kolegami z klasy, przyjeżdżała z Berlina na jubileuszowe spotkania. Na pogrzebie Maryli była też grupa „Rejtaniaków”.
Wspominając czas dojrzewania Maryla często mówiła o problemach z własną cielesnością, z nieakceptowaniem swojego wyglądu, kompleksami na jego tle. Dla wszystkich, którzy znali ją jako piękną kobietę, zapewne jest to zaskoczeniem, ale ja pamiętam, jak opowiadała mi, że jako nastolatka wstydziła się swojej – wtedy – lekko korpulentnej figury, widziała siebie jako grubą i niezgrabną. Do tego dochodziły, typowe dla wielu dziewcząt, problemy z bolesną menstruacją, a także migreny, na które miała cierpieć do końca życia. I poczucie własnej nieatrakcyjności, spowodowane zapewne skromnością ubioru, co z kolei było skutkiem panującego w domu niedostatku. Naznaczył on całe dzieciństwo Tadka i Maryli. Nie była to może bieda, na pewno nie chodzili głodni i zaniedbani, ale żyło się w ich domu naprawdę skromnie. Widziałam to, kiedy zamieszkałam z moim mężem. Styl życia moich teściów uważałam za przesadnie oszczędny, Maryla i Tadeusz byli tego samego zdania, próbowali przekonać rodziców, że naprawdę nie ma powodu odmawiać sobie aż tylu rzeczy. Widziałam, jak skromnie się ubierali. Maryla próbowała to zmienić, przywożąc im ubrania z Berlina. Kiedyś podarowała ojcu porządny wełniany płaszcz. Gdy jednak przyszły jesienne chłody, teść nadal chodził w swoim starym, wytartym paletku, a na uwagi córki przypominającej o nowym płaszczu odpowiadał, że szkoda mu nosić go na co dzień, będzie go miał od święta. Po śmierci ojca, porządkując jego rzeczy, Maryla natrafiła na ten płaszcz i ze smutkiem stwierdziła: „No tak. Ojciec chciał oszczędzać ten płaszcz. I oszczędził. Nie nachodził się w nim długo.”
Było kilka przyczyn tego, jak żyła rodzina mojego męża. Teściowie nie zarabiali zbyt dużo. Teść, z wykształcenia magister farmacji, początkowo pracował w aptece, później w stacji sanitarno- epidemiologicznej. Pracownicy SANEPID-u przeprowadzali kontrole w zakładach przetwórstwa spożywczego i sklepach. Często brali łapówki od właścicieli, więc ta praca uchodziła wówczas za lukratywną. Mój teść był tu absolutnym wyjątkiem. Uczciwy do bólu i niezwykle skrupulatny, budził wśród współpracowników i przełożonych szacunek pomieszany z obawą. No i nie miał ze swojej pracy nielegalnych profitów. Teściowa, z wykształcenia chemiczka, od wielu lat nie pracowała z powodów zdrowotnych. Rodzina była więc na utrzymaniu ojca. Dodatkowo, przez jakieś czterdzieści lat borykali się z uciążliwym lokatorem, który opuścił ich dom dopiero pod koniec lat 70 ub. wieku. Zatem dzieciństwo Maryli i Tadka upływało w atmosferze wiecznych trosk, w cieniu wlokących się latami procesów sądowych, pochłaniających znaczną część dochodów ojca, w pięknym domu, którego połowę zajmował złośliwy, nieżyczliwy człowiek, a rodzina właścicieli musiała pomieścić się w dwóch pokojach z kuchnią. Myliłby się jednak ten, kto sądziłby, że ich dzieciństwo pozbawione było radości. Oboje często opowiadali mi przeróżne zabawne anegdoty, np. to jak układali razem żartobliwe wierszyki. Pamiętam jeden, zdecydowanie pozbawiony politycznej poprawności, w którym chodziło o to, żeby przedstawić sytuację w najwyższym stopniu nieprawdopodobną: „Ojciec nasz jest nic nie warty/ Przegrał dom do Żyda w karty…”
Albo taki, gdy podczas wspólnej modlitwy śmieszyło ich archaiczne słowo „raczył”: „Abyś nas rakami uraczyć raczył…” Inna zabawna historyjka związana była z osiemnastymi urodzinami Maryli. Lokator wówczas jeszcze nadal zamieszkiwał piętro domu, a na parterze, w mieszkaniu rodziny, urządzono imprezę. Ponieważ był ciepły, majowy wieczór, towarzystwo przeniosło się do ogrodu, na pięterko małego budynku gospodarczego, stojącego w zacisznym kącie pod starą jabłonką. Ponieważ zdążyli już wypić parę butelek wina, zebrało im się na chóralne śpiewy. Na tradycyjny repertuar biesiadny lokator jakoś nie reagował, ale gdy zaintonowali hymn państwowy, nie zdzierżył i wezwał milicję… Przed domem zaparkował radiowóz i w jednej chwili zrobiło się cicho.
Najlepsze wspomnienia z dzieciństwa Tadka i Maryli związane były z dwiema miejscowościami. Jedna z nich to Mogielnica, miasteczko położone niedaleko Grójca, gdzie spędzali wakacje w domu dziadków ze strony matki. Drugim były Michałowice pod Warszawą, tam miały dom ciotki ojca. Mój mąż do dziś wspomina ich letni ogród pełen poziomek, z których przyrządzały dzieciom pyszne desery.
Maryla zawsze kochała koty, znosiła je do domu, mimo dezaprobaty rodziców, pełnych obaw natury higienicznej. Sojusznikiem za to zawsze był Tadek. Oboje hołubili koty, rozpieszczali je. Wymyślili państwo o nazwie Kocja , gdzie koty były najważniejsze. Znane wiersze i piosenki przerabiali na takie o kotach, w rodzaju: „O ty nasz kocie, będziesz jadał na złocie…”, tworzyli listę pieszczotliwych przydomków kota, obejmującą kilkadziesiąt wyrazów…
Wyniesiona z domu umiejętność minimalizowania swoich potrzeb widoczna była chyba w berlińskim życiu Maryli. Skrupulatnie prowadziła swoje rachunki, kontrolowała wydatki. Wśród jej rzeczy moją uwagę zwrócił kosz pełen kolorowych skrawków tkanin, łatek, które wykorzystywała do różnego rodzaju napraw krawieckich. Miała mnóstwo rzeczy, jak mówiła „z odzysku”. Niektóre z tych sprzętów przywoziła do Warszawy. Jej styl w pełni zasługiwał na miano „zero waste”. Ale nigdy nie odrzucała prostych przyjemności i chętnie korzystała z uroków życia. Lubiła dobre jedzenie, choć nie była łakoma. Lubiła podróżować, zwiedzać, kochała piękno przyrody, zarówno to widoczne w prostych kwiatach wyhodowanych w skrzynce na balkonie, jak i w malowniczych krajobrazach. No i kochała muzykę, która towarzyszyła jej zawsze, przy różnych codziennych czynnościach.