Do publikacji wybrał i opracował: Zbigniew Milewicz
W latach 70 w ramach tzw. „wymiany doświadczeń“, odwiedziła ówczesne województwo katowickie grupa prawników z zaprzyjaźnionego, ościennego państwa. Ze strony polskiej towarzyszył im ówczesny minister sprawiedliwości, zaś funkcję tłumacza pełniła pani sędzia Danuta Trojnar. Gdy po całodziennej pracy, wieczorem, znużona wróciła do domu, zauważyła brak pierścionka na palcu. Przypomniała sobie, że w czasie pobytu w willi rządowej zdjęła pierścionek, gdy myła ręce w toalecie. Natychmiast zatelefonowała pod ten adres. Telefon odebrał sam minister, który odnalazł pierścionek i obiecał przesłać go natychmiast właścicielce za pośrednictwem ówczesnego prezesa sądu wojewódzkiego. Nazajutrz prezes poprosił woźnego, by oddał pierścionek właścicielce, która prowadziła akurat rozprawę na sali sądowej. Woźny wszedł na salę rozpraw i w obecności stron, ich pełnomocników i zebranej publiczności zawołał donośnym głosem: – Pan minister przesyła pani sędzi – złoty pierścionek. Szmer zdziwienia, ale i podziwu przeszedł przez salę rozpraw. Towarzyszył pani sędzi również przez kilka następnych tygodni.
Przodkowie i potomkowie
Przed laty w Prokuraturze Powiatowej w Zabrzu pracowała młoda, inteligentna i ambitna pani prokurator, Anna Andrysiak. W tym samym czasie Bolesław Andrysiak był już znanym i wziętym adwokatem katowickiej palestry. Kiedy na jakimś spotkaniu, po raz pierwszy ich sobie przedstawiono, ona z młodzieńczą bezpośredniością powiedziała: – Zastanawiam się, czy nie mamy wspólnych… i w tym momencie fatalnie się przejęzyczyła, gdyż zamiast powiedzieć przodków, powiedziała potomków. Pan mecenas skwapliwie podchwycił ten freudowski lapsus, a następnie – rozwijając rodzinny wątek powiedział : – Pani prokurator ! Wspólnych przodków chyba nie mamy, ale jeżeli chodzi o wspólnych potomków, to… serdecznie panią zapraszam…
Prawnicze myślenie
Wybitny specjalista prawa międzynarodowego, prof. Julian Makowski egzaminuje inteligentnego, ale leniwego studenta, który słabo przygotował się do egzaminu. Na precyzyjne pytania profesora student odpowiada ogólnikowo i enigmatycznie, pomijając sedno sprawy. Po pewnym czasie tego kulawego dialogu profesor zdenerwował się, wziął indeks studenta i wpisał: „idiota“.Student, nie tracąc rezonu, odpowiedział : – Panie profesorze, widzę podpis, ale nie widzę stopnia. Wówczas profesor roześmiał się serdecznie, przekreślił poprzedni wpis i wstawił ocenę „bardzo dobry“. A ustnie dodał: – Za myślenie prawnicze.
Reszta opowiastek poniżej na zdjęciach; przypominam, że wystarczy kliknąć na każdą z nich, żeby obrazek się powiększył, ułatwiając czytanie.
Niestety brak miejsca, żeby przytoczyć wszystkie dykteryjki z tej kapitalnej książki. W rozmowie telefonicznej z panem Zygmuntem Ogórkiem dowiedziałem się, że ma on kilkadziesiąt nowych anegdot i nadzieję, że nadejdą kiedyś czasy, kiedy będzie je można opublikować.
Serdecznie życzę tego Autorowi i sobie przy okazji również.
Na początku było nas 27. Był październik 2020 roku. Druga fala pandemii przybierała na sile, ulice polskich miast zapełniły się tłumami ludzi protestujących między innymi przeciwko postawie części duchowieństwa. Postanowiliśmy napisać krótki APEL ZWYKŁYCH KSIĘŻY – wyraz sprzeciwu wobec używania religii do celów politycznych, nierównego traktowania kobiet i mężczyzn, dyskryminacji i ksenofobii. Naszą intencją nie było rebelianckie godzenie w jedność Kościoła. Wręcz przeciwnie, wyraziliśmy nadzieję na oczyszczenie i odnowę naszej społeczności religijnej. Podkreśliliśmy wiarę w siłę dialogu, który w przeszłości niejednokrotnie spowodował przemianę sumień.
W naszej kapłańskiej aktywności już wcześniej dawaliśmy wyraz podobnym odczuciom dotyczącym kryzysu Kościoła. Ale czyniliśmy to indywidualnie – w środowiskach naszej pracy duszpasterskiej, naukowej, publicystycznej. Tym razem jednak po raz pierwszy postanowiliśmy zabrać głos wspólnie, wierząc, że będzie to miało swój szczególny wydźwięk! Szybko dołączyli do nas inni. Oprócz kolejnych ponad stu księży z kraju i zagranicy APEL podpisały również siostry zakonne. Pomogli nam bardzo świeccy chrześcijanie, którzy konsultowali tekst, kolportowali treść i opublikowali APEL najpierw na stronach internetowych WIĘZI a potem w wielu innych mediach. Zaprosiliśmy wszystkich zainteresowanych do otwartej dyskusji. Napłynęło prawie tysiąc maili z głosami poparcia ale i polemiki. Główny nurt wypowiedzi respondentów można by streścić tak: „Chcieliśmy już odejść z Kościoła, ale wasz głos, dający nadzieję na zmiany, zatrzymał nas na progu”.
Postanowiliśmy zatem kontynuować nasze spotkania w przestrzeni wirtualnych debat i roboczych narad. Ich owocem stały się kolejne wspólne stanowiska w sprawach dotyczących: skrzywdzonych przez ludzi Kościoła i stosunku wobec działań Fundacji Jerzego Owsiaka. Uznaliśmy za bardzo ważną kwestię sformułowanie naszego stanowiska w sprawie aborcji. Po wspólnej pracy nad tekstem przygotowanym przez ks. prof. Andrzeja Szostka postanowiliśmy go opublikować jako wyraz naszego chrześcijańskiego namysłu nad tym trudnym problemem budzącym wiele kontrowersji w przestrzeni publicznej.
Kolejnym krokiem podjętym wspólnie jest grupa uruchomiona na jednym z portali społecznościowych ZWYKŁY KOŚCIÓŁ oraz strona internetowa ZWYKLI.PL. Są to fora, na których będziemy szukali rozwiązań ważnych spraw dotyczących naszej społeczności religijnej.
nie czekaj na śmierć wychodź jej naprzeciw wychodź na spacer z psem kotem albo z ptakami o świcie
2 VI 2020
czas wielkich wakacji
na szkolnym dziedzińcu leniwy wiatr toczy kartonowy kubek w te i we wte powoli ale nieustannie już trzeci tydzień
niebuszewo
tam co roku przyjeżdżała strzelnica tam traciło się pierwsze zęby (cios kija bejsbolowego albo kop w szczenę) tam dziewczyny traciły dziewictwo a potem kręciły się na okrągło i za darmo na karuzeli niebuszewo pot krew sperma śmierć koniec dzieciństwa niebuszewo!
kronika sportowa krew na śniegu
w polskim sezonie narciarskim 1981/82 wytyczono nowe wytyczne dla nowej dyscypliny zjazd bez tyczek i kijków po grzbiecie historii w okolice anus mundi
niedotykalny
czy napisał ktoś wiersz o człowieku który chodzi od kosza do kosza i szuka w nich czegoś jadalnego, wyciaga butelki i gazety uważnie przesuwa sie po powierzchni poszukujac zgubionych przed supersamem drobniaków, a niedopałki wkłada do puszki na uszach ma słuchawki czego słucha? schuberta? madonny? szumu morza? śpiewu słowika? idzie ciągnąc wózek za sobą każdego dnia na linii frontu
Mam takie zdjęcie, zrobione w mieszkaniu Maryli na Nordufer; siedzę na sofie, przede mną, na stoliku stoi duży bukiet pięknych, żółtych tulipanów. Zdjęcie zrobiła Maryla, drugie, podobne, chyba ja zrobiłam jej. Te tulipany dostałyśmy od niemieckich feministek. To był rok 1996 lub 1997. Zostałam zaproszona na konferencję zorganizowaną w ramach kobiecej współpracy polsko-niemieckiej. Maryla, która już od paru lat aktywnie działała na tym polu, zaproponowała mi wygłoszenie referatu na temat pracy nauczyciela w liceum, mającym swój własny, autorski program nauczania. Od 1995 roku pracuję w warszawskim XIX LO im. Powstańców Warszawy, które wówczas realizowało taki program. Był to czas, kiedy w polskiej oświacie, uwolnionej od komunistycznej, ideologicznej cenzury, nastąpiła erupcja twórczej inwencji nauczycieli, głównie tych wcześniej związanych ze środowiskiem opozycji antykomunistycznej, teraz zrzeszonych w NSZZ Solidarność. Chodziło o to, żeby stworzyć szkołę wolną, otwartą na różne potrzeby i zainteresowania uczniów, kreatywną. Na tym spotkaniu opowiadałam właśnie o mojej szkole, która była tego przykładem. Mówiłam po polsku, Maryla tłumaczyła na żywo, na niemiecki. Na zakończenie dostałyśmy bukiet żółtych tulipanów. Nie pamiętam dokładnie, ale wydaje mi się, że to był marzec, chyba nawet blisko Dnia Kobiet i może stąd te tulipany? Pisząc te wspomnienia podejmuję rodzaj gry z własną pamięcią. Nie zawsze jestem pewna, czy zdarzenia, które kojarzy moja wyobraźnia, w rzeczywistości miały ze sobą coś wspólnego?
Mieszkanie na Nordufer Maryla przejęła po moim kuzynie, Jurku i był to punkt zwrotny w historii jej pobytu w Berlinie. Znalazła wreszcie stałe lokum, miejsce dla siebie. Obie znałyśmy dobrze to mieszkanie, gdyż to właśnie Jurek pomógł Maryli w przyjeździe do Berlina Zachodniego (wtedy konieczne było tzw. zaproszenie). Pomógł też znaleźć na początku pracę, polegającą na sprzątaniu mieszkań po remontach wykonywanych przez firmę, w której on sam był zatrudniony. W tym jego mieszkaniu na Nordufer ja też wcześniej bywałam, bywałyśmy tam obie. Tego wieczora siedziałyśmy więc przy stoliku, na którym stał bukiet żółtych tulipanów, w pokoju mieszkania Maryli, z poczuciem, że jesteśmy tu, w tym mieście jakby u siebie, bo już można było wsiąść w pociąg na Dworcu Centralnym w Warszawie i pojechać do Berlina bez żadnych wiz itp., bo to w końcu przecież tylko trochę dalej niż do Poznania.
Po przyjęciu Polski do UE przestrzeń dzieląca kraje i miasta kurczyła się coraz bardziej. Maryla przyjeżdżała do Warszawy systematycznie, mniej więcej co miesiąc. Przede wszystkim na święta – Boże Narodzenie, Wielkanoc. To było tak oczywiste, jak to, że my też kiedyś wybierzemy się do niej, w odwiedziny… Później działo się dużo w naszej rodzinie i czas nie sprzyjał planowaniu wycieczek. Gdy już zdołaliśmy pozbierać się po większych i mniejszych dramatach, pomyśleliśmy, że warto byłoby znów odwiedzić Berlin, zwłaszcza, że Maryla miała już swoje naprawdę własne mieszkanie. I znów stało się oczywiste, że możemy pojechać tam kiedy przyjdzie na to ochota, więc nie trzeba było się spieszyć ….
W marcu 2019 roku uświadomiłam sobie, czego nie mogłam wiedzieć tego wieczora z bukietem żółtych tulipanów, że taki berliński wieczór już się nie powtórzy.
Prawie 10 lat temu napisałam (jeszcze na owym do znudzenia wspominanym, a już nieistniejącym blogu Jak udusić kurę…) o tym, co jedzą kobiety, a co mężczyźni.
Zacznijmy od zadania. Ona i on idą do restauracji. Ona zamawia golonkę i piwo, on pstrąga duszonego w maśle, szparagi i białe wino. Dania przynosi inny kelner, nie ten, który odbierał zamówienie. Gdzie stawia szparagi? A przed kim golonkę?
Gdy wykonamy to zadanie, to nagle uświadamiamy sobie, że istnieją kolosalne różnice pomiędzy tym, co jedzą mężczyźni, a tym, co jedzą kobiety. I że wszyscy to wiedzą, my też i zawsze to wiedzieliśmy, tylko nie budziło to naszego głębszego zastanowienia. Każdy kelner to wie i każdy sprzedawca, każda gospodyni domowa i każdy marketingowiec. Kobiety jedzą jarzyny, owoce i słodycze, mężczyźni mięso.
Georges Perec, francuski pisarz pochodzący z rodziny polskich Żydów, w książce Życie. Instrukcja obsługi. zamieścił między innymi na ośmiu stronach maczkiem, drobiazgową listę tego, co jadł przez cały rok. Ta powieść została napisana, a właściwie skonstruowana według specjalnej listy, nad którą autor pracował dwa lata, i składa się z setek spisów. Sam indeks końcowy zawiera 5000 pozycji. Powieść czyta się jako najważniejsze dzieło eksperymentalne w historii człowieka, rzadko przywiązując wagę do faktu, że Perec w swych powieściach żywił się przede wszystkim własnym życiem i że lista tego, co pewien młody mężczyzna jadł we Francji (zauważmy – we Francji!) jest skrupulatnym i prawdziwym zapisem jego jadłospisu. Na liście znalazły się trzy razy ślimaki, raz jeż morski, 56 razy Armagnac, 8 razy Calvados, 36 kieliszków wódki, jeden (słownie: jeden) talerz owoców, dwa razy truskawki, raz czarne porzeczki i jedna pomarańcza.
Perec zmarł w wieku 46 lat.
Niestety to nie ja jestem autorką tego genialnego i jak wszystkie genialne myśli banalnie prostego spostrzeżenia. Mężczyźni jedzą co innego. Kobiety też. Zrobili to Eva Gritzmann & Denis Scheck w książce “SIE & ER” (ONA & ON) – Der kleine Unterschied beim Essen und Trinken. Niewielka różnica w jedzeniu i piciu. Tytuł odwołuje się do kultowej książki czołowej niemieckiej feministki Alice Schwarzer z roku 1975: Der kleine Unterschied und seine großen Folgen. Tytułowa mała różnica dotyczyła… ach zresztą. Właśnie stwierdziłam, że w polskiej Wikipedii jest o Alice Schwarzer zaledwie jeden mały akapit o niczym, może zachęcona powodzeniem ulokowania u Cioci W. wpisu o Kaminskim, porwę się na dalsze zadania i rozszerzę wpis o Alice. No, w każdym razie tak czy owak chodzi o tę pozornie nieistotną, małą różnicę między mężczyzną a kobietą i jej niewiarygodne konsekwencje społeczne.
Człowiek jest jedyną istotą na świecie, która uczyniła z jedzenia zajęcie społeczne. Najważniejszą cechą odróżniającą człowieka od reszty świata jest umiejętność zdobywania pożywienia na później (nie chodzi o zapasy na zimę, tylko w ogóle o fakt, że przynosimy upolowane kuropatwy przytroczone do pasa i zbieramy jagody do wiaderka). Kobieta i mężczyzna połączyli się w pary, żeby… pilnować jedzenia. Seks jest pochodną ochrony żywności. Miłość pochodną wspólnego spożywania posiłków. Inteligencja ludzka rozwinęła się dzięki jedzeniu – to gotowanie potraw ułatwiło trawienie mięsa, zwolniło człowieka z konieczności leżenia godzinami po posiłku, dało mu czas i energię, by zacząć opanowywać świat. To gotowanie było motorem ewolucji! Gotowanie uczyniło z australopiteka homo sapiens.Mężczyźni przynosili mięso, ale to kobiety je gotowały!(Uwaga tu będzie komentarz – czytaj niżej)I zdarzyło się to kilka milionów lat temu!
Autorka jest lekarką, autor – pisarzem. Razem stworzyli fascynującą książkę, skrobiącą tak długo po powierzchni każdego naszego przekonania, aż się okaże, że nie mamy racji i jest zupełnie inaczej. Bawią się odkrywaniem różnych niewiarygodnych prawd. A ich potwierdzenia szukają wszędzie – w bajkach, w komiksach, filmach, powieściach. Cytują Prousta, Kafkę, Joyce’a, Pereca i Szekspira. Dzwonią do wielkich sieci handlowych i do słynnych kucharzy. Pytają, pytają, pytają. Skaczą od kwestii obrazoburczych do prościutkich pytań: są fryzjerzy damscy i męscy, są łaźnie i sauny dla pań i panów, baseny, godziny gimnastyki, krawcy i kosmetyczki. Konfekcja, torebki, buty. Wszystko ma płeć, prawdziwą albo gender, ale ma. A jedzenie nie. Dlaczego nie ma zwyczaju, żeby gotować osobno dla kobiet i dla mężczyzn? Dlaczego nie ma restauracji dla pań i panów? Albo przynajmniej odrębnych jadłospisów. To zresztą ryzykowne pytanie. Kiedyś bowiem faktycznie były w restauracjach takie jadłospisy – w wersji żeńskiej potrawy… nie miały cen.
Kucharze uczyli się sztuki gotowania na zachciankach możnowładców. Kucharki na potrzebach swoich bliskich.
Lektura JEJ & JEGO przypomniała mi słynną książkę o bieganiu: Christopher McDougall Urodzeni biegacze. Jej autor twierdził – zupełnie od niechcenia i na marginesie głównego tematu – że nieprawdą jest, iż kobiety w epoce kamienia nie mogły polować, bo polowano biegając, a one były wiecznie w ciąży lub karmiły niemowlęta i biegać nie mogły. Otóż doświadczenia biegaczek na bardzo długich dystansach (takich, dla których 42 kilometry klasycznego maratonu to dopiero rozgrzewka) wykazują, że na tych bardzo długich dystansach kobiety spisują się równie dobrze jak mężczyźni, a może nawet lepiej, i że spokojnie mogą biegać, a w przerwach karmić dzieci.
Teraz zatem, po lekturze obu tych książek, możemy powiedzieć, że kobiety zbierały owoce i jarzyny, bo te im bardziej smakowały! Cóż za rewolucyjna teza! No, ale potem wymyśliły gotowanie i tak to przegotowały swoją wolność.
Do publikacji wybrał i opracował Zbigniew Milewicz
Okazanie
W czasach PRL-u handel dewizami był zakazany. Można je było wprawdzie posiadać, ale nie wolno ich było – cóż za paradoks – kupić, zaś odsprzedać można było tylko bankom. W tej sytuacji – wziętej żywcem z Mrożka – pokątny handel dewizami był dość powszechny, a milicja uganiała się za pośrednikami po całej Polsce. Na ich celowniku znalazł się też znany handlarz walutami Marian vel Moszek M.
Pewnego razu zrobiono mu zdjęcie na końskim targu, gdy rozmawia z innym hurtownikiem w „dewizowej branży“. Milicjanci w przekonaniu, że teraz uda im się zagonić handlarza w kozi róg, wezwali go do komisariatu, okazali mu zrobione zdjęcie i zapytali tryumfalnie: – Kto to jest? Moszek M. wziął zdjęcie do ręki, popatrzył na nie z bliska i z pewnej odległości, przekręcił w lewo i w prawo, a na jego twarzy pojawił się wyraz skupienia i intelektualnego wysiłku. W końcu przemówił: – Już go gdzieś widziałem, już gdzieś widziałem ten koński łeb. W kadrze bowiem, na pierwszym planie znalazła się chłopska furmanka z koniem w zaprzęgu. – Nie o konia chodzi, tylko o tego faceta, który obok pana stoi – zdenerwował się milicjant. – A tego to nie znam, odpowiedział zdecydowanie Moszek M.
Poniżej dalsze opowieści prokuratora Ogórka. Przypominam, że wystarczy “kliknąć” w wybraną stronę, aby uzyskać łatwe w czytaniu powiększenie.
Dr Jan Kozłowski był moim kuzynem, późno odkryliśmy to nasze kuzynostwo, spotykaliśmy się rzadko (on mieszkał w Warszawie, ja, wiadomo, w Berlinie), trochę do siebie pisaliśmy, czasem telefonowaliśmy, ale – i myślę, że było to obupólne – lubiliśmy się. Teraz nie żyje i bardzo mi go brakuje.
Poniższy tekst nigdzie się (chyba) nie ukazał, Janek przysłał mi go kiedyś, podobnie jak wielu innym humanistom, jako propozycję do rozmyślań lub działań, poprosił też o dalsze opinie (kilka znajduje się pod spodem). Publikuję ten tekst, nie pytając Janka o zgodę, bo nie mam jak. Anonimizuję jednak komentarze pod tekstem.
Dedykuję dwóm moim autorom i rozmówcom: Konradowi i Markowi Włodarczakowi
Jan Kozłowski
Humanistyka oparta na danych, czyli prawdziwy koniec Wilhelma Windelbanda
Pomysł, który przedstawiam, to fragment szerszej całości, która nazywa się „infrastruktura badawcza dla humanistyki cyfrowej”. Pomysł dotyczy utworzenia platformy badawczej – baz relacyjnych (lub może lepiej bazy rozproszonej z indeksem dynamicznym), opartych na informatorach elektronicznych oraz papierowych, poddanych cyfryzacji. W badaniach historycznych platforma taka umożliwiłaby szersze stosowanie podejść badawczych opartych na analizie dużych zbiorów danych.
Pierwszym czytelnikom tekstu serdecznie dziękuję za nadesłane słowa zachęty i uwagi merytoryczne. W szczególności słowa podziękowania kieruję do prof. prof. Grzegorza i Wiesławy Osińskich z Torunia. Artykuł Osińskich Wizualizacja jako narzędzie badawcze historyka. W poszukiwaniu korzeni patrona 70-letniego Uniwersytetu1, w którym rozważają, czy współczesna neuronauka w połączeniu z analizą dużych zbiorów danych za pomocą metod wizualizacyjnych pozwoli odkryć nowe fakty, był jedną z inspiracji tego tekstu.
Dziedzictwo Windelbanda
Wilhelm Windelband (1848-1915) definiował nauki przyrodnicze i humanistyczne przez ich wzajemne przeciwstawienie sobie. Wg Windelbanda te pierwsze opisują przedmiot za pomocą ogólnych praw. Te drugie – mając do czynienia z jednorazowym, indywidualnym i jednostkowym przedmiotem – nie szukają regularności, tylko opisują.
Definicja humanistyki Windelbanda była odbiciem jej ówczesnego stanu. Po śmierci filozofa, wraz z ewolucją przedmiotu humanistyki (zainteresowanie dla źródeł masowych, stosowanie metod nauk społecznych2), stopniowo traciła adekwatność. Jednak dopiero epoka cyfrowa wrzuciła ją do lamusa.
„Humanistyka Windelbanda” pozostawiła po sobie ogromny dorobek, zawarty w książkach i czasopismach, na podstawie którego można budować humanistykę cyfrową. Jednak ten dorobek należy dopiero „odmrozić”. Jest to zadanie, które znacznie przekracza to, co robią nawet tak zaawansowane programy jak Europeanea.
Jak wiadomo, przez pierwsze dekady rewolucja Gutenberga przetwarzała na formę druku rękopiśmienny dorobek antyku i średniowiecza. Dopiero później książki drukowanej użyto jako sposób udostępniania nowych treści, z uwzględnieniem możliwości, jakie daje druk. Dziś zmiany zachodzą nieporównanie szybciej, gdyż Internet, w przeciwieństwie do druku, sam stwarza własny świat informacji, który ilościowo wielokrotnie przekracza zasoby epok rękopisu i druku. Jednak w odniesieniu do konwersji wcześniejszego dorobku, podobieństwo ze wczesną epoką Gutenberga jest uderzające. Nie potrafimy tego dorobku tak przetworzyć, aby skorzystać z szans otwieranych przez nowe technologie.
Dziedzictwo Langlois i Seignobosa
Równolegle z poglądami o nauce Windelbanda (a także Rickerta i Cassirera) swoje idee o metodzie dziejopisarstwa rozwinęli Charles-Victor Langlois (1863–1929) oraz Charles Seignobos (1854–1942). W książce Introduction aux études historiques (1897, przekład polski Wstęp do badań historycznych, 1912) chcieli oni uczynić z dziejopisarstwa nauki równie ścisłe jak nauki przyrodnicze. Dziejopisarstwo – twierdzili – opiera się na faktach wydobytych z dokumentów pisanych najbliższych opisywanym wydarzeniom. „Nie ma dokumentów, nie ma historii”, pisali. Fakty dzieli się na kategorie, poddaje krytyce zewnętrznej i wewnętrznej oraz pokazuje z różnych perspektyw, dzięki czemu osiąga się możliwie największy obiektywizm.
Przekładany na różne języki, wznawiany i zalecany studentom do dziś, był Wstęp – podobnie jak poglądy Windelbanda – dzieckiem swojej epoki. Obecnie jest synonimem nie tylko solidności, ale także naiwności. Wstęp przykuł wiedzę, wybraźnię i odwagę historyka – te trzy cnoty kardynalne każdego badacza – do skały dokumentu. Nie pozwalając historykom na bujanie w obłokach fantazji, sparaliżował ich kreatywność. Wstęp nie dostrzegł, że rzeczywistość odbita w zachowanych dokumentach jest rzeczywistością skrzywioną. Nie tylko dlatego, że dokumenty pisane opisują świat wybiórczo i wyłącznie w ramach przyjętych konwencji, ale i dlatego, że mechanizm transmisji dokumentów poprzez dzieje powoduje, że pewne typy dokumentów mają większą szansę przetrwania od innych. I są całe wielkie epoki, kiedy masowo produkowano dokumenty fałszywe. I to nie tylko w okresie reżimów XX wieku, co opisał Orwell, podając zresztą tylko jedną z licznych metod fałszowania rzeczywistości poprzez produkowanie dokumentów. Wielką epoką fałszerstw było średniowiecze. Teraz już powszechnie wiadomo, że tzw. Donacja Konstantyna była fałszerstwem. Ale znamy również tak wyrafinowane metody fałszerstwa, jak ukrycie sfałszowanego dokumentu, po to, by został odkryty po wiekach i zaświadczył o prawdzie tego, co głosiła polityka stulecia wcześniej – takim przypadkiem było np. ukrycie w klasztorze w Quedlinburgu dokumentu „zaświadczającego”, że cesarzowa Teophanu, żona cesarza Ottona II, była porfirogenetką. Było to zresztą podwójne oszustwo, bo była tylko siostrzenicą cesarza Jana I Tzimiskesa, a sam cesarz był uzurpatorem, nie pochodzącym z rodziny cesarskiej.
Wstęp ukierunkował historyków na opisywanie historii jako dokonanych wyborów, udokumentowanych w źródłach, przez co zgubił sens możliwych wyborów oraz wyborów nieudokumentowanych. A przecież dokonany wybór, podjęta decyzja, rozpoczęte działanie – jest z reguły poprzedzone rozważeniem wyborów możliwych. Ponadto, na każdy udokumentowany fakt przypadają tysiące nieudokumentowanych. Wnioskowanie na podstawie poddanych surowej krytyce konkretnych dokumentów pisanych musi być zatem uzupełnione nie tylko przez wnikliwą analizę innych typów źródeł – historii mówionej, artefaktów, danych geologicznych itd. – ale także przez wnioskowanie oparte na analizie dużych zbiorów danych. Analiza dużych zbiorów danych historycznych pozwala na stawianie pytań niemożliwych do wyobrażenia w tradycyjnej historiografii. Rozszerza ona widnokrąg historyka o nowe wymiary i przestrzenie. Historykowi, nachylonemu nad rękopisem z okularem w oku, daje nowe narzędzie, nawet do jego mikroanalizy.
Głównym źródłem takich danych są reference books, a jedną z metod ich analizy – wizualizacje.
Milczenie książek
Z punktu widzenia teleinformatyki, szczególną cechą książek jest fakt, że są zastygłe i „milczą”. Nie da się ich aktualizować, ani łączyć z innymi książkami (chyba że przez nowe edycje lub zszycie ich razem). Książki ani nie „rozmawiają” same ze sobą, ani z innymi książkami (skromną formą rozmowy książki samej ze sobą są spisy treści i indeksy, a rozmowy z innymi książkami – przypisy i odwołania). Ani też, nie „rozmawiają” z czytelnikiem.
Najczęściej także reference books, takie jak słowniki językowe i biograficzne, katalogi, bibliografie i encyklopedie, nie rozmawiają same ze sobą. Podobnie jak nie rozmawiają same ze sobą informacje w informatorach: informacje te, tak jak słowa w słownikach językowych, są postawione na stałych pozycjach, najczęściej w porządku alfabetycznym. Słowa w dykcjonarzach są zamrożone: a przecież znaczenie każdego z nich zależy od (zmieniających się w czasie i przestrzeni społecznej) powiązań z innymi słowami oraz od blasku, jaki rzucają na nie metafory, do których nawiązują. Chcielibyśmy zobaczyć je dynamicznej postaci wizualizacji sieciowej, ale forma druku na to nie pozwala.
Nic dziwnego, że humaniści, obcując na co dzień z tak zaaranżowanym światem wiedzy, rzadko rozmawiają ze sobą, a wraz z nimi rzadko rozmawiają ze sobą obszary badań. Gdy wrzuci się do Internetu dowolne nazwiska rozpoznawalnych badaczy, np. Maryla i Migonia, okaże się, że współwystępują oni tylko w bibliografiach i repozytoriach: nie ma takiej platformy, na której Maryl i Migoń mogliby poznać się i rozmawiać. Epoka druku to także okres bezokiennych monad.
Milczenie książek zaprzecza podstawowej charakterystyce piśmiennictwa, jaką jest intertekstualność, oraz życia społecznego, jaką jest sieciowość.
Ponowne narodziny książek
Jak „odblokować” książki?
Dotychczasowe próby były połowiczne.
Pierwsze polegały na umieszczaniu w Internecie skanu (np. Bibliografia Estreichera), kolejne na umieszczaniu wersji OCR (np. Academica) oraz, na koniec, wersji hipertekstowej (np. Polski Słownik Biograficzny). Ale to dalece za mało. Książki, nawet w wersji hipertekstowej, utrzymały swoją tożsamość, tak jakby obawiano się dokonać ich „dekompozycji” i re-aranżacji na zupełnie nowych zasadach.
Nic dziwnego, że nawet najbardziej obiecujące i zaawansowane technologicznie humanistyczne projekty badawcze, takie jak Mapping the Republic of Letters, poza efektowną estetyką wizualizacji, nie wniosły nic przełomowego do humanistyki.
Pomysł „rozhermetyzowania” tekstów dla wyłuskiwania z nich informacji, celem łączenia ich w nowe dowolne związki, nie jest nowy; to przecież istota pomysłów Paula Otlet’a (Promieniująca biblioteka, 1934) i Vannevara Busha (Memex, 1945). Słusznie podkreśla się, że to Internet pozwolił urzeczywistnić ich wizje.
Jednak sam Internet nie ma mocy stworzenia cyfrowej humanistyki.
Co wobec tego należałby zrobić, aby stworzyć platformę do dokonywania odkryć w humanistyce?
Rozhermetyzowane teksty staną się tylko Mare magnum danych, w których każdy zatonie. Potrzeba zatem rodzaju magnesów, które – tak jak magnes opiłki – ułożą dane w nowe wzorce.
Gdzie szukać takich magnesów?
Najlepiej – wśród koncepcji, które pozwalają na sensowne łączenie danych i organizowanie badań.
Sieć, system i struktura
Sieć, system i struktura to właśnie takie koncepcje.
Koncepcje sieci, struktury i systemu przeszły długą ewolucję, w trakcie której zaowocowały wieloma pomysłami badawczymi, a ostatnio zbliżyły się do siebie. Wszystkie trzy mają ambicje, by służyć jako centralne kategorie badawcze nie tylko nauk społecznych, ale nauk w ogóle. Powstaje np. coraz więcej prac opisujących sieci uczonych XVII i XVIII wieku. Tyle, że są one oparte na stosunkowo wąskiej bazie źródłowej, a zatem pozwalają na testowanie bardzo ograniczonej liczby pomysłów badawczych. Mają one charakter „historii anegdotycznej”, „studiów przypadku” (np. o sieci rywalizujących i współpracujących ze sobą fizyków XVII w.). Mimo że są pełne świetnych indywidualnych opowieści, nie dają tego, co mogą dać szersze badania oparte na większej ilości danych – wiedzy o sieciach, systemach i strukturach. Wiedzy o ukrytych zależnościach, możliwych do odkrycia wtedy, gdy pracuje się na dużych zbiorach danych.
W trakcie ewolucji sieć stopniowo rozszerzała swoje znaczenia. Najważniejsze były przejścia
od pojęcia sieci ujmowanej statystycznie, ogniwa i ich powiązania w danej chwili, do sieci dynamicznej, zmieniającej się w miarę narastania lub ubywania nowych ogniw i powiązań,
od sieci dynamicznej, uczącej się pod wpływem bodźca zewnętrznego, do sieci samoorganizującej się (SOM), struktury dynamicznej, która niejako rozmawia sama z sobą, zmieniając jednocześnie swoją strukturę. (Pierwsze próby zastosowania SOM dotyczyły pojedynczych słów i wyrażeń; czyni się próby budowy dynamicznych, nieliniowych, systemów semantycznych, takich jak dynamiczne modele samoorganizacji Włodzisława Ducha)3.
od sieci jedno-poziomowej, składającej się z ogniw tego samego rodzaju (np. osób lub słów), do sieci wielo-poziomowej, złożonej z ogniw różnych kategorii (np. osób i miejscowości).
Zmieniało się także pojęcie struktury. W naukach społecznych (Giddens, Bourdieu, Latour) przesunięto akcenty struktury od
struktury jako substancji do struktury jako procesu,
struktury jako rzeczy danej do struktury jako rzeczy stwarzanej,
struktury jako determinanty działań do struktury jako rezultatu działań.
Struktura to pojęcie wieloznaczne; najczęściej rozumie się przez nie zjawiska o względnej trwałości – gospodarcze, techniczne, społeczne, polityczne lub kulturalne – narzucające ograniczenia zjawiskom o charakterze koniunktur. (Rodzaj techniki rolnej ogranicza zasoby dostępnej żywności, a przez to i limituje wzrost ludności itd.). Przedmiotem zainteresowania są szczególnie: zmiany wewnątrz struktur i zmiany samych struktur – mutacje pozwalające przekroczyć istniejące bariery (w historii nauki – paradygmaty T. Kuhna); punkt początkowy i ciąg repetycji (w historii sztuki – teoria G. Kublera); współzależności między strukturami (w synchronii) oraz współzależności między koniunkturami i rewolucjami (w diachronii); współistnienie ze sobą struktur o różnych „czasach wewnętrznych”.
Podobnie, ewolucję przeszło pojęcie systemu. Nie tylko zwiększało ono zakres swoich zastosowań (cybernetyka, biologia, inżynieria, psychologia, antropologia, archeologia, historia, ekonomia, nauki polityczne), ale także, z upływem czasu, pogłębiano znajomość jego szczególnych cech, takich jak złożoność i adaptacyjność (uczenie się).
Te wszystkie zmiany uczyniły z tych pojęć kluczowe narzędzia badawcze w naukach społecznych i humanistyce, możliwe do stosowania wobec dużych ilości danych.
Infrastruktura badawcza dla humanistyki cyfrowej
Pomysł, który przedstawiam, polega na stworzeniu uniwersalnej platformy umieszczania i organizacji danych historycznych. Pomysł zostałby zrealizowany dzięki równoległej budowie – w ramach projektu europejskiego – wielu sieciowych, połączonych ze sobą systemów danych, uporządkowanych pod względem czasu, przestrzeni i tematów, takich jak osoby, zbiory (biblioteki, archiwa i kolekcje), korespondencje, instytucje (uczelnie, akademie, towarzystwa naukowe, salony…), teksty pisane (książki, czasopisma, rękopisy), gatunki piśmiennicze, idee, obiekty materialne i wiele innych. Źródłem danych byłby zarówno dorobek „humanistyki Windelbanda”, jak i nowej cyfrowej humanistyki.
Dane zostaną sklasyfikowane w ramach pewnych kategorii; każda kategoria danych stanie się osią odrębnej bazy.
Krótko można by ideę projektu przedstawić tak: budujemy bazę danych jednostek tej samej kategorii – niech to będą uczeni europejscy XVI-XVIII wieku. Każda jednostka otrzymuje swój „biogram” – uporządkowany zestaw informacji. Każda informacja, która odnosi się albo do innej jednostki tej samej kategorii (do innego uczonego), albo do jednostki innej kategorii (biblioteki, instytucji naukowej, publikacji itd.) zostanie podkreślona; jednocześnie utworzy się link, łączący dwa opisy, jednostki, którą opisujemy, oraz jednostki, z którą była ona powiązana.
Niech opisywany przez nas uczony nazywa się Johann Christian Schott. Miejscowości z życia Schotta – miejsce urodzenia, studiów, podróży, pracy i śmierci – zostaną połączone z bazą geograficzną. Biogramy uczonych, pod kierunkiem których studiował, z którym współpracował lub których uczył, zostaną połączone z biogramem Schotta. Uczelnie, na których studiował, dwory, na których służył, biblioteki, które prowadził, książki, które napisał itd., także zostaną olinkowane. Podobnie idee, które głosił (np. wolfianizm). Również i korespondencja Schotta oraz książki, które w listach recenzuje, zostaną połączone linkiem.
Wszech-sieciowość jest naturą świata. Można ją oddać tylko pokazując powiązania istniejące wewnątrz reprezentacji opisywanych jednostek, takich jak np. biogramy, opisy bibliograficzne książek, koncepcje, charakterystyki obiektów w katalogach zabytków, i wiele innych.
Przedstawiane przeze mnie idee nie są nowe, a jeśli – jak się zdaje – nie zostały jeszcze przedstawione w całości, to ze względu na ich radykalizm i przewidywaną trudność ich realizacji.
Między innymi zastąpienie artykułów w czasopismach korespondencją naukową jako podstawy opisu sieci badawczych proponował francuski badacz Yves Gingras (Mapping the structure of intelelctual field using citation and co-citation analysis of correspondences, 2010). W XVII wieku czasopisma dopiero raczkowały; brakowało standardów powołań i cytowań. Znacznie lepszym źródłem wiedzy o popularności publikowanych tekstów oraz o strukturze pól badań, pisze Gingras, jest lektura ówczesnej korespondencji uczonych.
Nie od razu Kraków zbudowano
Oczywiście, „nie od razu Kraków zbudowano”. Tak postulowaną platformę należy budować krok po kroku. Gdy tylko można, trzeba ją oprzeć na wspomnianych – „rozhermetyzowanych” – papierowych lub cyfrowych informatorach, słownikach bio-bibliograficznych, katalogach, leksykonach i encyklopediach. Takich, jak np. WorldCat OCLC, World Biographical Index Online, wydawnictwa De Gruyter, czy też A world bibliography of bibliographies and of bibliographical catalogues, calendars, abstracts, digests, indexes and the like Theodore Bestermana.
Zacznijmy zatem od pewnej wyodrębnionej grupy wewnątrz wybranej kategorii, niech to będą biolodzy XVIII wieku. Nie było ich tylu, co dziś, tworzyli znacznie mniejszy odsetek ówczesnego – niewielkiego, w porównaniu z dzisiejszymi czasami – środowiska naukowego. Są policzalni i opisani, np. w Historical catalogue of scientists and scientific books from the earliest times to the close of the 19th Century (1984) Roberta Mortimera Gascoigne. Fakty z życia biologów opisano w słownikach biograficznych. Rozpisując kolejne biogramy, wyłuskujemy z nich – automatycznie, tak dalece, jak się da – informacje pasujące do przyjętych przez nas kategorii.
Budujemy zatem bazę (powiązanych ze sobą) biogramów:
A jednocześnie tworzymy jednocześnie kolejne – powiązane ze sobą – bazy, np.:
Formuła technologiczna baz – bazy relacyjne czy może lepiej baza rozproszona ale z indeksem dynamicznym – to zagadnienie dla właściwie zaangażowanych techno-nauk4.
Baza (bazy) powinna być spięta z zbiorami danych warsztatowych:
Budowa platformy powinna postępować równolegle z badaniami pilotażowymi – zarówno testowaniem tez powstałych w różnych polach badawczych, takich jak studia nad sieciami, badania systemowe, systemy innowacji, bibliometria, historia i geografia nauki, jak i – to najważniejsza wartość platformy – odkrywaniem zupełnie nowych ustaleń i regularności.
Platforma nie powstanie bez współpracy historyków („przymiotnikowych” i „bezprzymiotnikowych”), geografów historycznych, informatyków, bibliometrów, a także statystyków i fizyków (ci ostatni stanowią największą grupę badaczy sieci). Konsorcjum DARIAH byłoby jego najlepszym adresatem. To heroiczne zadanie dla DARIAH, ale może sensowne, jeśli konsorcjum nie ma stać się tylko pojemnikiem dla wielu różnych, nie powiązanych ze sobą małych projektów.
Uwagi czytelników
WD
[Przedstawiony projekt] to dość oczywisty kierunek rozwoju dla DARIAH i warto go z tą grupą dyskutować, bo jakoś nie widzę dobrych projektów, chociaż ostatnio dyskutowaliśmy o ich potrzebie.
Przypomina też trochę projekt Xanadu Teda Nelsona (pisałem o nim w książce o oprogramowaniu w 1997 roku), który nadal powoli się rozwija: http://techsty.art.pl/?p=1701: „At its simplest, Xanadu lets users build documents that seamlessly embed the sources which they are linking back to, creating, in Nelson’s words, “an entire form of literature where links do not break as versions change; where documents may be closely compared side by side and closely annotated; where it is possible to see the origins of every quotation; and in which there is a valid copyright system – a literary, legal and business arrangement – for frictionless, non-negotiated quotation at any time and in any amount.”
NK-H
Projekty ‘totalne’ są kuszące, ale trudne do realizacji w realnym świecie. Znacznie lepiej sprawdzają się mniejsze akcje/projekty pod warunkiem, że są skoordynowane i mają wspólne podstawy metodologiczne i technologiczne, tak że dadzą się połączyć w jeden system i używać za pomocą tych samych narzędzi (choćby konsekwentne wprowadzanie TEI daje takie możliwości). Jak sam piszesz projektów jest bardzo dużo, są też już próby ich integrowania, np. COST Action dotycząca epistolografii [Reassembling the Republic of Letters, 1500-1800 A digital framework for multi-lateral collaboration on Europe`s intellectual history] http://www.cost.eu/COST_Actions/isch/IS1310
Takie ‘rozproszone’ działanie nie tylko jest łatwiejsze finansowo i organizacyjnie, ale też chroni przed ‘wielkimi’ błędami, tzn. łatwiej weryfikować przyjęte rozwiązania i korygować złe decyzje metodologiczno-technologiczne przy mniejszych stratach. Sądzę też, że to musi być działanie bottom up, bo narzucanie rozwiązań z góry dużej i różnorodnej grupie uczonych źle by się skończyło.
Ale oczywiście nie Ty jeden marzysz o takim utopijnym rozwiązaniu…
WM
Dziękuję bardzo za przesłanie tego interesującego projektu, który rzeczywiście mógłby wpisać się w prace teoretyczne europejskiego projektu Horyzont poświęconego renesansowi.
WO
Podobało mi się szczególnie, ze “książki milczą”. Musisz koniecznie zajrzeć do opublikowanej niedawno w formie interaktywnej naukowej książki: Piotr Celiński, Postmedia. Cyfrowy kod i bazy danychhttp://www.postmedia.umcs.lublin.pl/. Zupełnie inna filozofia czytania: wszystko poprzez odniesienia graficzne. To dopiero sprzężenie zwrotne! Grafiki, które zamieszczasz w tekście są abstrakcyjne. Dla humanistów trzeba je opisać.
GO
Warto wspomnieć o sieciach samoorganizujących się SOM, strukturach dynamicznych, które niejako rozmawiają same z sobą zmieniając jednocześnie swoją strukturę. Pierwsze próby zastosowania SOM dotyczą co prawda na razie pojedynczych słów i wyrażeń ale czynione są już próby budowy dynamicznych, nieliniowych, systemów semantycznych – dynamiczne modele samoorganizacji – W. Ducha.
Podziały nauk – Może zaproponować nowy podział bardziej adekwatny do sytuacji w XXI wieku, proponowany przez Andrzeja Zybertowicza „Samobójstwo Oświecenia” 2015 na „naukę” i „technonanukę”, gdzie ta druga, w oderwaniu od pierwszej, maszeruje obecnie do „samozagłady” i konieczne jest ściślejsze osadzenie w ramach nauki jako transcendentnej emanacji całościowej wiedzy ludzkości etc… to nowe koncepcje, nie wszystkie są dla mnie oczywiste, ale niewątpliwie wskazują cel inny niż prosta „oświeceniowa droga nowoczesności”.
AR
Projekt jest, używając pańskiego określenia, heroiczny. Ja bym może rozpoczął od stworzenia GIS-a, a właściwie należałoby powiedzieć HGIS-a, na który można by nanosić informacje dotyczące czasopiśmiennictwa. W ramach DARIAH być może grupa lubelska coś takiego będzie chciała robić – tylko w odniesieniu do wybranych elementów dziedzictwa historycznego Polski, a później Europy.
ARo
Moim zdaniem to zdecydowanie ma ręce i nogi. Podoba mi się pomysł i jako historyk chętnie bym korzystał z takiego narzędzia. Rzeczywiście nie ma nic podobnego, a stworzenie takiej mapy połączeń między uczonymi byłoby niezmiernie interesujące, ale i cholernie czaso- i finanso-chłonne.
Akcja powstała jako propozycja na obchody Międzynarodowego Dnia Kobiet w 2019 roku dla niemieckiego Feministycznego Strajku Kobiet (Feministischer Frauen*Streik). Podczas zjazdu organizacyjnego 17 lutego 2019 roku w Berlinie propozycja została przedstawiona i przyjęta w głosowaniu większością głosów jako jedna z głównych akcja Feministycznego Strajku w Niemczech (obok akcji #IchStreike również zaproponowanej przez Annę Krenz / Dziewuchy Berlin). Akcja #GlobalScream po raz pierwszy odbyła się 8 marca 2019 roku w Berlinie i innych niemieckich miastach, w niektórych miejscach w Polsce (Poznań – Black Venus Protest, Kraków – Siostry Rzeki), Danii, Belgii czy Afryce Zachodniej. W samym Berlinie, krzyczało 25.000 osób (https://kommon.jetzt/globalscream-womenstrike-2019-berlin-2/).
28 września 2020 Safe Abortion Day Foto Oliver Feldhaus
Koncepcja
Kolektyw Dziewuchy Berlin zainicjował #GlobalnyKrzyk jako symboliczną, ale i realną akcję solidarności kobiet ponad granicami, w której każda osoba może wziąć udział, bez względu na różnice ideologiczne, narodowość, język, wyznanie czy płeć.
Globalny Krzyk powstał również jako próba zjednoczenia podzielonego środowiska feministycznego w Berlinie w Międzynarodowy Dzień Kobiet. Tego dnia odbywają się dwa różne marsze, organizowane przez dwa kolektywy: Frauen*Kampftag i Alliance of Internationalist Feminists, które mają różne programy, ideologie i trasy przemarszów. (https://berlinlovesyou.com/anna-krenz/)
Dzięki symbolicznej akcji przeprowadzonej o tej samej godzinie uczestniczki obu marszy mogły zrobić coś wspólnie, choć znajdowały się w różnych miejscach – krzyczały przez minutę, razem choć osobno, a każda z osobistych powodów.
Z opisu akcji: „Global Scream jest kobiecym krzykiem wściekłości, gniewu, żalu a może i radości – każda z nas zna te emocje, nawet jeśli ich przyczyny są różne. I każda może krzyczeć. Nie musimy nawet mówić tym samym językiem, aby stać się jednym głosem. Głosem kobiet. Krzyk staje się rodzajem katharsis, który wyzwala emocje. Fizycznie krzyk zamienia nasze negatywne emocje na pozytywne, a tlen uwalnia moc i energię. Oddajemy nasz głos! Jesteśmy kobietami, jesteśmy wściekłe i nie poddamy się! Wszystkie kobiety razem!
To tylko minuta dla kobiety, ale globalny krzyk dla kobiet świata! Będziemy głośno! Dołącz do nas! Podnieś głos!” (Anna Krenz / Dziewuchy Berlin)
Hashtag
Globalny Krzyk posługuje się hashtagami: #GlobalScream, #AufschreiGlobal, #GlobalnyKrzyk, #ElGritoGlobal. Niemiecka wersja nazwy jest nawiązaniem i ukłonem w kierunku hasła #Aufschrei, spopularyzowanego przez niemiecką feministkę Anne Wizorek 23 stycznia 2013 roku na Twitterze (https://de.wikipedia.org/wiki/Aufschrei#). Była to reakcja na seksistowskie wypowiedzi polityków w niemieckich mediach i zapoczątkowała lawinę komentarzy w mediach społecznościowych – dotycząych doświadczeń seksizmu w życiu codziennym. Hashtag #Aufschrei był niemieckim odpowiednikiem hashtagu #MeToo, który powstał kilka lat później – w 2017 roku (https://www.augsburger-allgemeine.de/themenwelten/leben-freizeit/Chauvinimus-Debatte-MeToo-wir-alle-der-neue-Aufschrei-id43026451.html)
Kolejne performance Globalny Krzyk (#GlobalScream)
“Wir leben Widerstand! Für ein Ende der Gewalt gegen Frauen*” / Dość! Stawiamy opór!
Dziewuchy Berlin wzięły udział w Proteście na rzecz zaprzestania przemocy wobec kobiet*” 16.11.2019 na Hermannplatz w Berlinie i przeprowadziły akcję #GlobalScream.
W Międzynarodowy Dzień Bezpiecznej Aborcji 28 września 2020 pod Bramą Brandenburską Dziewuchy Berlin zorganizowały protest i performance „Voices“, którego częścią była mobilna instalacja Ambasada Polek (Botschaft der Polinnen*) i Globalny Krzyk. Na proteście głos zabrały członkinie organizacji jak Ni una menos Berlin, Berlin-Ireland Pro Choice Solidarity czy Bündnis für sexuelle Selbstbestimmung.
Marsz solidarności z kobietami w Polsce, zorganizowany przez kolektyw Dzieuwchy Berlin w ramach Krwawych Tygodni, który odbył się 5 listopada 2020, prowadził z Bebelplatz do Bramy Brandenburskiej, gdzie zakończył się Globalnym Krzykiem.
Protest “Hańba! Schande! Disgrace! Soli demo with Polish women”
Po opublikowaniu przez Trybunał Konstytucyjny wyroku dotyczącego zakazu aborcji z powodu wad letalnych płodu, Dziewuchy Berlin zorganizowały protest solidarności z Polkami na Placu Paryskim, którego częścią był Globalny Krzyk.
Na demonstracji zorganizowanej wspólnie z Omas Gegen Rechts Berlin na Nettelbeckplatz w Berlinie, Dziewuchy Berlin zorganizowały performance z manifestem „Jesteśmy Istotne“ oraz poezją poznańskiej aktywistki zamordowanej podczas II Wojny Światowej w więzieniu w Ploetzensee w Berlinie – Ireny Bobowskiej (https://www.dziewuchyberlin.org/2021/03/11/irena-bobowska-die-vergessene-heldin-zapomniana-bohaterka/). Częścią performance był Globalny Krzyk.
Berlin: “Um 17 Uhr soll es eine Aktion geben, die auch diejenigen anspricht, die weniger gut Deutsch sprechen: Beim „globalen Aufschrei“ soll durch Schreien auf Arbeitskämpfe, fehlenden Klimaschutz oder Kinderbetreuung aufmerksam gemacht werden.” taz.de >>>
Leipzig: “Dort findet um 17 Uhr der globale Aufschrei statt: Wir werden bundesweit 100 Sekunden schreien, um darauf aufmerksam zu machen, dass Frauen* und Queers jeden Tag 100 Minuten mehr arbeiten müssen, um das gleiche zu verdienen wie Männer. ” kreuzer-leipzig.de >>>
Hamburg: “Um 17 Uhr startete die Demo „Ohne uns steht die Welt still“ mit dem „globalen Aufschrei“, der bundesweit mit Trillerpfeifen, Töpfen etc. durchgeführt wurde. Die Demonstration kam auf halber Strecke mit der Demonstration des Pflegebündnisses zusammen. Insgesamt waren 10.000 Menschen auf den Straßen”. anfdeutsch.com >>>
Halle: “Kreative Protestformen wie ein globaler Aufschrei, die Niederlegung der Erwerbs- und Hausarbeit, Fahrraddemos, Performances zeigen, dass der Unmut unter den Frauen* wieder zunimmt und vielfältige Ausdrucksformen findet.” www.hallelife.de >>>
Bonn: „Wir schreien 100 Sekunden für die 100 Minuten, die Frauen in Deutschland pro Tag unbezahlt mehr arbeiten“ www.rundschau-online.de >>>
“Internationaler Frauenkampftag am 8. März: Aktionsformen vom kollektiven Aufschrei bis zum diskreten Bummelstreik” www.jungewelt.de >>>
Mój wyjazd do Berlina Zachodniego, do Maryli, która już tam była, miał jeden zasadniczy cel: potrzebne były nam pieniądze na remont starego, rodzinnego domu Ciechomskich. Dom na Starym Mokotowie, przedwojenny, z dużym, dość zaniedbanym i bardzo kolorowym ogrodem, kupiony przez dziadków Tadeusza i Maryli w 1939 roku, spalony częściowo w czasie wojny, później został odbudowany. Życiowe perturbacje jakie przechodzili rodzice mojego męża, sprawiły, że od czasu powojennej odbudowy właściwie nie był remontowany. Postanowiliśmy we trójkę, Tadek, Maryla i ja, że teraz my zadbamy o rodzinne gniazdo. Przyjechałam do Berlina jakieś dwa lub trzy miesiące po zburzeniu muru, z zamiarem podjęcia pracy sprzątaczki i zarobienia tym sposobem zachodnioniemieckich marek, które po przeliczeniu na złotówki miały dać kwotę potrzebną na remont domu. Praca jakoś tam się znalazła, pieniądze odkładałam, ale była to dla mnie przede wszystkim przygoda. Berlin Zachodni – brama do Europy, do wolnego świata! Miasto pełne kolorów, urzekające bogactwem form, gdzie najzwyklejsze przedmioty stawały się oryginalne, niepowtarzalne.
Mieszkałyśmy kątem u znajomego na Kreuzbergu. Maryla wówczas też pracowała w „sprzątalnictwie”. W soboty, po pracy chodziłyśmy na pływalnię. W niedzielne przedpołudnie oglądałyśmy telewizję. Odkryłyśmy kanał, na którym w tych godzinach szły tzw. „Monumentalfilmen”. Były to produkcje z lat chyba 60, kiczowate adaptacje mitologii greckiej pomieszanej z innymi tekstami starożytności, np. Biblią, co dawało zadziwiający, chwilami absurdalny i bardzo zabawny miszmasz. Był to efekt komiczny, raczej niezamierzony przez twórców owych filmów, za to nam, filolożkom, dostarczający mnóstwo inspiracji i radości. Zabawa polegała na wyszukiwaniu i szyderczym komentowaniu różnych schematów oraz absurdów, jak np. to, że wszystkie młode kobiety w tym filmowym, „antycznym” świecie chodziły w podkasanych szatach, prezentując zgrabne nogi… Najbardziej cieszyłyśmy się, gdy na planie filmowym spotykali się nagle bohaterowie, których w oryginalnych historiach mitologicznych dzieliło kilka pokoleń a greckim herosom towarzyszyli celtyccy druidzi… Miałyśmy uciechę, wymyślając, co też jeszcze można by dopisać do tych historii. Niestety, nie zapisywałyśmy naszych komentarzy i już ich oczywiście nie pamiętam. Ale przypominam sobie, że jakieś dwa lata później, podczas konferencji feministycznej w Krakowie, gdy przy kolacji Maryla opowiadała mi radośnie jakiś niedawno obejrzany „monumentalfilm”, siedząca obok kobieta zapytała: „Przepraszam, czy wy rozmawiacie o jakimś nowym filmie Monty Pythona”?
Do wspomnień berlińskich należą również wyprawy do różnych knajpek. Była wśród nich jedna, na Kreuzbergu, niedaleko naszego mieszkania, w której podawano owocowe wina domowego wyrobu. Pamiętam jak piłyśmy takie wino, w kolorze czerwonych porzeczek, nalewając je z niewielkiej, szklanej karafki. Tę knajpkę przypomniałam sobie jakieś pięć, sześć lat temu. Pomyślałam wtedy, że pewnie już jej tam nie ma, ale kiedy znów przyjadę do Berlina, to znajdziemy jakieś podobne, fajne miejsce…
Mam swoje drzewko pamięci we mnie: te odpływające twarze znów w swą nicość, lub wołające tesknotą o tę z daleka, bliskość.
Ileż teraz tych twarzy z czarno-białych zdjęć, wiszących na gałęziach półnagich mej pamięci, trzepoczą dziś na wietrze tiulowego wzruszenia?
Ileż też kolorowych zdjęć depczących po piętach, tych jakby wczorajszych wspomnień, jakby… jakby, a niektóre z nich odlecą z wilczym listem do nikąd,
…bo człowiek ma wciąż wybór, za kim chce płakać, tęsknić, albo puścić wolno… daleko od serca, ono wciaż wybacza, niestety ma pamięć słonia, a wrażliwość mimozy…
Oczywiście, oczywiście
Tak, tak, często myśli me, o Ciebie pytają i o Ciebie, też i o Ciebie!
I o Was, też tych, już z mych starych zdjęć, jak Wam naprawdę było?
Na przykład Ty, tak Ty, byłbyś dziś ciągle w tym mieście, też i… z nią?
A Ty wciaż żyjąc, uwierzyłabyś w tę niezawodną prawdę zaufania, ale go nie miałaś?
A Ty, ta z mego tego “teraz” ale nie tu, jesteś jeszcze gdzieś, gdzie można Cię…