Autor tych stronic zapisuje codziennie rano Ojcze nasz. Pisze ręcznie, ptasim piórem, atramentem, po łacinie. Czasem pisze też Zdrowaś Mario. Maluje też kwiaty i jaszczurki, ale o tym za tydzień.
Animula, vagula, blandula
Proszę Państwa, przygotowując dwa tegotygodniowe wpisy, te o tym, że koty mają duszę, przypomniałam sobie ten przedziwny wiersz o duszy, musiałam go znaleźć, przeczytać i…
Ewa Maria Slaska
A wiersz jest niezwykły:
Animula, vagula, blandula
Hospes comesque corporis
Quae nunc abibis in loca
Pallidula, rigida, nudula,
Nec, ut soles, dabis iocos.
Napisał go w roku rzymski cesarz Hadrian (76-138) i jest to chyba najbardziej mistrzowski wiersz, jaki kiedykolwiek został napisany po łacinie. Ciekawe, że jego autor, wcale nie był uważany za mistrza retoryki, czyli tego kunsztu, który uczył, jak celowo i skutecznie używać języka. Biograf cesarza, Eliusz Spartianus, wspomina wręcz, że pierwsze mowy cesarskie były tak żałosne, iż były przedmiotem żartów. Sprawiło to, że cesarz zaczął dbać o język łaciński, osiągając w nim najwyższą biegłość i wymowność
Doktor Gratz w 8 linijkach używa 42 słów.
Mein Seelchen, freundliches Seelchen du,
so wanderlustig immerzu,
dein Leib war nur dein Gasthaus und nun
sollst du die letzte Reise tun
in jenes Reich,
wo alles so öd‘ und kahl und bleich,
in jene Nacht,
wo keiner mehr deine Spässchen belacht.
Po polsku wiersz liczy tylko 5 linijek i 30 słów, o 11 więcej niż łaciński oryginał. Samych “i” jest po polsku trzy. Oczywiście po łacinie spójnik “i” przykleja się do poprzedniego słowa, ale i tak jest w oryginale tylko raz, po polsku i po niemiecku po trzy razy. I Polak, i Niemiec używają też gęsto różnych form zaimka posesywnego – moja, mój, mnie, mein, dein… a łacina całkiem zgrabnie sobie radzi bez tych słówek.
Duszyczko moja tkliwa i ruchliwa,
Gościu ty ciała mojego i drużko,
Co pójdziesz teraz w krainy ciemności,
Twarde i nagie, i pełne bladości,
A żartów zwykłych stroić już nie będziesz.
Przełożył Kazimierz Morawski. Istnieje też polski przekład Kubiaka, który prawie że uzyskuje ową łacińską prostotę trzech linijek trzywyrazowych:
Kubiak, podobnie jak sam cesarz, nie używa żadnych zaimków dzierżawczych. Również angielski w wydaniu Byrona obywa się bez zaimka dzierżawczego, choć jest to wszak język, który podobno musi go używać bez przerwy, że przypomnę słynne “moje ręce w moich kieszeniach” (My hands in my pockets).
Ah! gentle, fleeting, wav’ring sprite,
Friend and associate of this clay!
To what unknown region borne,
Wilt thou, now, wing thy distant flight?
No more, with wonted humour gay,
But pallid, cheerless, and forlorn
Tę angielską wersję stworzył Byron i choć jest ona o wiele słów i jedną linijkę dłuższa od oryginału, chwali się poetę za niedoścignioną wręcz… zwięzłość, co jednak bardzo dziwi. Już bowiem sam apostrof rozpoczynający wiersz, tak zresztą jak i po niemiecku, wydaje się przecież niepotrzebny. I jeszcze wykrzykniki i znak zapytania, i 33 słowa.
Ale Byron nie był jedynym tłumaczem epigramatu cesarza na angielski. Już wiele lat temu naukowcy doliczyli się 43 tłumaczeń, teraz jest ich zapewne jeszcze więcej.
Ale nie ma sensu się czepiać, każdy tłumaczy jak może, obywatelu redaktorze. Interesujące wydaje mi się, że żadne z tłumaczy w żadnym języku nie pokusił się o ten fantastyczny potrójny rym wewnętrzny w pierwszej linijce. Rozłąka błąka się po łąkach… Jest rym podwójny, potrójnego nikt nie uzyskał.
Na zakończenie przytoczę jeszcze piękny i wzruszający opis mniemanego grobu Hadriana w jednym z listów z Rzymu Gustawa Morcinka, tak, tego śląskiego pisarza, autora Łyska z pokładu Idy. Pisarz miał za sobą niewolę niemiecką, pobyt w obozie koncentracyjnym i kilkuletnią tułaczkę powojenną, która zawiodła go do Rzymu. Morcinek jest zachwycony Wiecznym Miastem, ale tęskni, tęskni tak mocno, że postanawia jednak wrócić do Polski. Wizyta w mauzoleum Hadriana jest pożegnaniem pisarza z Rzymem.
…znajdziesz tutaj niedużą tablicę marmurową z najpiękniejszymi słowami o śmierci, jakie znalazłem w Rzymie. Nachylasz się w mroku i czytasz zdumiony: „Parola rivolta all’anima dell Imperatore Adriano morente”, a pod tym wstępem olśniewają Cię wzruszające słowa o śmierci z tamtych antycznych czasów, słowa, które zdumiewają swą prostotą i swą głębią, i pogodą, i ciszą. Oto umierający Hadrian żegna się z życiem i teraz pieszczotliwymi słowy przemawia do swej duszy:
Animula vagula blandula
Hospes comesque corporis
Quae nunc abibis in loca
Pallidula rigida nudula,
Nec, ut soles, dabis iocosI myślisz z jakimś podświadomym żalem, że oto Hadrian umierał w tak wzniosły sposób, że jego śmierć była jakimś radosnym obrzędem żegnanego życia, że śmierć jego posiadała tyle wspaniałego, cesarskiego, imperatorskiego, a jednak tak bardzo prostego majestatu, iż dzisiaj „człowiek z obozu” czy barbarzyńca z Północy staje przed nim pełen pokory i wzruszenia. I równocześnie pełen żalu, dlaczego w obozie koncentracyjnym musieli moi towarzysze konać jak rozdeptane, gnijące robaki, dlaczego ich śmierć nie posiadała niczego z owego majestatu…
Wiersze
Teresa Rudolf
Ostatnio tak się składa, że obok mnie wokoło bardzo dużo ludzkiego cierpienia… w każdej formie.
I tym wszystkim ludziom poświęcam dziś moje wiersze…
Czas jak rzeka…
Czas jak rzeka
z prądem rwie,
wciąż do przodu.
Złodziej pamięci
jednym, innym,
podstępnie, zdrowia.
Zabiera bliskich,
pokazując odchodzenie
już za ścianę, strasząc.
Czas jak wicher
przebiega po nas,
zdzierając wszystko.
Czyżby… tylko?
A gdzie kolor czyichś
oczu, barwa głosu?
A gdzie zapach
wiosny, rudy włos
jesieni pięknej?
A gdzie widok
z pagórka na te
domki z klocków?
A gdzie uśmiech
przechodnia miłego
przypadkowej uliczki???
A gdzie śmiech
szczęśliwego dziecka,
jego malusieńka stópka?
A gdzie po deszczu
tęcza, wciaż wolna
od wszelakiej krytyki?
A gdzie jest świat
ogonem opowiadany,
przez twego psa?
A gdzie uwodzenie
kota na kolanach
czyichś, z figurami?
Więc płyńmy sobie
naszą łódką czasu
dalej, dalej z prądem,
zamiast ciągle przeciw!!!
I tak nagle…
I tak nagle obuchem
w głowę, zanim
w serce, żołądek…
I tak nagle wszystko
ważne i nieważne,
za daleko i za blisko.
Za cicho i za głośno,
za wyraźne i za nijak,
do góry nogami…
I tak po omacku
ale też za rączkę,
na smyczy lęku.
Strach siedzący
na karku, trzymający
usta, by nie krzyczały.
Strach przed bólem
z przyszłoscią, ale
też niebytem bez bólu.
Nadzieja, że się jest
wybrańcem losu,
bez wiedzy, czy na pewno
Nadzieja, ten kwiat
najwazniejszy, jedyny
w tym momencie…
DO ZAOPIEKOWANIA!
Z domowego aresztu (12)
Zbigniew Milewicz
W służbie Najjaśniejszej…
Wiódł życie o jakim marzą mężczyźni. Ciekawe i pełne przygód, pozbawione trosk materialnych, miał ogromne powodzenie u kobiet, z czego czerpał pełnymi garściami i z każdej opresji wychodził obronną ręką, tylko pod koniec się wszystko popsuło. 81 lat temu, 17 czerwca 1939 roku oficer polskiego wywiadu, Jerzy Sosnowski został skazany na karę 15 lat pozbawienia wolności i grzywnę w wysokości 200 tysięcy złotych, za zdradę i współpracę z Niemcami.
Urodził się 3 lub 4 grudnia 1896 roku we Lwowie, w rodzinie ze szlacheckimi korzeniami; to był mniej więcej rocznik mojego dziadka, a więc jako młody człowiek aktywnie uczestniczył w patriotycznych i parawojskowych organizacjach – w konnym oddziale Sokoła i ćwiczeniach Strzelca. W sierpniu 1914 roku wstąpił jako ochotnik do formowanego właśnie przez Piłsudskiego 1 pułku piechoty, chrzest bojowy miał szybko, w bitwie pod Karczówką, pod Kielcami. Przeszedł szlak Pierwszej Brygady od Kielc przez Chmielnik, Pińczów do Szczucina, walczył koło Opatowa, pod Wiślicą, w Czarkowie i Szczytnikach. Później pod Laskami koło Dęblina i w odwrocie Brygady do Krakowa. Kiedy dowództwo armii austriackiej sprzeciwiło się dalszemu werbunkowi żołnierzy do Legionu i zaczęło ich wcielać do swoich formacji, Sosnowskiego skierowano do szkoły oficerów kawalerii w Holicach.
Pół roku później awansowano go do stopnia podchorążego i powierzono mu dowództwo plutonu w austriackim pułku kawalerii. W kwietniu 1916 roku promowany na stopień podporucznika i od razu wyjazd na front rosyjski. Wraca w marcu 1917 roku z pięcioma medalami i odznaczeniami. Kończy szybki kurs dowódców broni maszynowej i już w stopniu porucznika udaje się do Wiener Neustadt na kurs lotniczy, gdzie po trzech miesiącach zdobywa kwalifikacje obserwatora i pilota. Dostaje przydział do 13 kompanii lotniczej i walczy w niej aż do końca wojny – na froncie rosyjskim, m.in. w Odessie oraz na froncie albańskim, najpierw jako oficer techniczny, później jako pilot. Za skrzydlate zasługi otrzymuje Wojskowy Krzyż Karola (cesarza).
Z takim wojennym wianem byłby znakomitą partią dla niejednej Emmy czy Johanny nad pięknym, modrym Dunajem, z błogosławieństwem mamusi i majątkiem tatusia żyli by sobie beztrosko i szczęśliwie w otoczeniu gromadki dzieci, choć niedługo by to trwało, bo następna wojna była już za rogiem…Sosnowski poszedł jednak za swoim brygadierem Piłsudskim, bronić ojczyzny przed bolszewikami. Zgłosił się do elitarnego 8 pułku ułanów Księcia Józefa Poniatowskiego w Krakowie, gdzie dowodził szwadronem karabinów maszynowych i przez pewien czas pełnił w zastępstwie funkcję dowódcy pułku.
Za akcję pod Maniewiczami otrzymał pochwałę Dowódcy Grupy, gen. Rydza-Śmigłego. Był czterokrotnym kawalererm Krzyża Walecznych. 23 stycznia 1920 roku na wniosek dowódcy pułku, ppłk. Henryka Brzezowskiego, odznaczono go orderem Virtuti Militari V klasy. W uzasadnieniu napisano m.in.: „Po ciężkich walkach z przeważającymi siłami (…) w krytycznym momencie rzuca się porucznik Sosnowski na czele swego szwadr. na zbliżające się szwadrony Budzionnego i brawurową szarżą wpędza je do bagna, gdzie przez ogień km zostały dziesiątkowane. 25/7 wysłany jako straż boczna pułku przez Dżekrwiny zdobywa tę miejscowość wyrzucając pułk bolszew. zadając mu duże straty (…) Przy zdobyciu Beresteczka 25/7 przez 8 p.uł. wpada jako pierwszy w konnym szyku do miasteczka”( pisownia oryginalna). 1 września 1920 r. zostaje rotmistrzem.
W styczniu 1920 roku rotmistrz Sosnowski był już na Litwie, najpierw w Lidzie, później w Wilnie, w dyspozycji II Odziału 2 Armii, co było kryptonimem polskiego wywiadu. Po wojnie polsko-rosyjskiej skierowano go do 13 pułku ułanów w Nowej Wilejce, był szefem sztabu dywizji kawalerii, a później brygady kawalerii Wojsk Litwy Środkowej w Wilnie. W trakcie służby wykonał szereg tajnych zadań rozpoznawczych. We wrześniu 1921 roku dostaje się do Sztabu Generalnego w Warszawie, na stanowisko referenta kawalerii i instruktora jazdy konnej, i tutaj mogłaby się zacząć fikcyjna historia Rittera von Nalecza, bogatego, polskiego barona, bez pamięci zakochanego w hippice, który pewnego dnia przyjechał do Berlina i zatrzymał się tu na dłużej. Wojsko Polskie mogłoby się jednak wydać Niemcom podejrzane, więc niby baron się nim nie afiszuje, natomiast nie kryje swojej obecności na zgrupowaniu ekipy olimpijskiej w Grudziądzu, a następnie na międzynarodowych wyścigach konnych w Paryżu, dokąd przed Berlinem wyjeżdża na krótko. Jest bogaty i nikt nie zabroni mu podróżować.
Prawdziwy rotmistrz Sosnowski w styczniu 1921 roku zmienia stan cywilny, jego żoną zostaje starsza o 18 lat Aleksandra Gabriela Knaapowa, o której względy konkurował z samym pułkownikiem Rómmlem. Małżeństwo to zostaje rozwiązane krótko po rozpoczęciu przez Sosnowskiego misji szpiegowskiej w Berlinie. Do czego polskim władzom potrzebny był szpieg w Berlinie? Od początku lat 20 ubiegłego stulecia napływały do Polski wysoce niepokojące informacje o licznych przypadkach, kiedy to Republika Weimarska nie respektowała postanowień Traktatu Wersalskiego odnośnie zakazu zbrojeń. Już w 1919 roku utworzono w Niemczech nielegalnie Reichswehr, Sztab Generalny, który powstał pod niewinną nazwą Truppenamt, Biuro Wojsk. Twórca i szef sztabu, stary generał Hans von Seeckt był gorącym orędownikiem zbliżenia z sowiecką Rosją i równie wielkim przeciwnikiem istnienia odrodzonego państwa polskiego. 11 września 1922 roku w liście do ministra spraw zagranicznych Republiki, był nim Ulrich von Brockdorff-Rantzau, napisał: „Istnienie Polski jest nie do zniesienia, jako sprzeczne z warunkami życia Niemiec. Polska musi zniknąć i zniknie”. Sytuację pogorszyło zbliżenie pomiędzy Związkiem Radzieckim i niemiecką Republiką Weimarską na mocy układu z Rapallo, zawartego 16 kwietnia 1922 roku. Stał się on m.in. podstawą nawiązania bezpośredniej współpracy zbrojeniowej pomiędzy obydwoma państwami. Zatem polski wywiad wojskowy starał się o aktualne informacje i przy pełnej aprobacie “góry” rozbudowywał siatkę szpiegowską w Niemczech.
31 grudnia 1924 roku rotmistrz Sosnowski zostaje przeniesiony w normalny, żołnierski stan spoczynku i z nowym rokiem jest żołnierzem wywiadu WP – Oddziału II SG WP, Referatu „Zachód”. 25 lutego 1925 roku, po krótkim przeszkoleniu, jedzie wraz z żoną i swoimi końmi najpierw dla niepoznaki do Paryża, a stamtąd w kwietniu do Berlina, gdzie rozpoczyna organizowanie placówki wywiadu głębokiego „In-3”*. Pretekstem przyjazdu do stolicy Niemiec były kolejne, międzynarodowe zawody jeździeckie. Sosnowski pełnił służbę wywiadowczą z pozycji nielegalnej, bez immunitetu dyplomatycznego, pod przykrywką polskiego arystokraty, niechętnego Józefowi Piłsudskiemu, zwolennika nawiązywania przyjaznych stosunków z Niemcami oraz członka ponadnarodowej organizacji do walki z bolszewizmem. Przedstawiał się tam jako wielbiciel niemieckiej kultury i zagorzały przeciwnik barbarzyńskiej (unkultur) sowieckiej Rosji. Znany na skalę europejską doskonały jeździec konny, będący jednocześnie wielbicielem kobiet i wystawnego nocnego życia, które (ze szczodrze przydzielanych mu pieniędzy operacyjnych Oddziału II) finansował swym towarzyszom, a zwłaszcza towarzyszkom, w zubożałym po wielkiej wojnie Berlinie. Taka postawa młodego i przystojnego rotmistrza wraz z jego wyjątkową inteligencją, urokiem osobistym i poczuciem humoru zjednywała mu śmietankę towarzyską stolicy Republiki Weimarskiej.
Szybko zdobył popularność w berlińskich kręgach towarzyskich. Pierwszym, istotnym z punktu widzenia wywiadu, był kontakt z jego dawnym znajomym – Richardem von Falkenhayn, z którym kiedyś skutecznie rywalizował na torach wyścigów konnych. Już na terenie kompleksu hippicznego w Hoppegarten zdobył pierwsze informacje o udziale niemieckich oficerów i generalicji w sowieckich ćwiczeniach wojskowych oraz o spodziewanej rewizycie w Niemczech “oficjeli” na fałszywych, bułgarskich paszportach, w tym Marszałka ZSRR M. Tuchaczewskiego, głównego przegranego wojny polsko-bolszewickiej. Nie czas jednak i miejsce na opis działalności agenturalnej rotmistrza Sosnowskiego w Niemczech, bo to temat na grubą książkę. Napisał ją już inny były agent wywiadu, PRL-owskiego, gen. Marian Zacharski, który działał w Stanach Zednoczonych. Książka nosi tytuł „Rotmistrz“ i jest często cytowana przez Wikipedię, z której ja z kolei korzystam.
Mnie jednak interesuje przede wszystkim polski proces sądowy Jerzego Sosnowskiego, a nie napiszę o nim, póki bodaj krótko nie opowiem o jego wsypie w Niemczech, bo to fakty ze sobą powiązane.
Niemiecki kontrwywiad deptał baronowi von Nalecz (ojciec naszego bohatera był herbu Nałęcz) po piętach już od samego początku jego pobytu w Berlinie, jednak chroniły go przyjaźnie z establishmentem, a później jeszcze Günther Rudloff, wysoki oficer Abwehry. Rozpracowywał barona, ale jako namiętny hazardzista miał spore długi, więc pozwalał sobie pomagać finansowo, a później przystał na współpracę z polskim wywiadem, jako podwójny agent. Ponieważ były różne donosy na Sosnowskiego, które groziły dekonspiracją, Rudloff zarejestrował go jako współpracownika Abwehry, oficerem prowadzącym czyniąc… samego siebie, póki co więc wszystko było pod kontrolą. Zmieniło się to mocno na niekorzyść, kiedy naziści doszli w Niemczech do władzy. Jesienią 1933 roku Gestapo wpadło na trop polskiej siatki wywiadowczej. Mimo że Sosnowski otrzymywał informacje o grożącym niebezpieczeństwie, kontynuował działalność z zamiarem przeorganizowania działalności szpiegowskiej tak, by mogła funkcjonować bez jego udziału.
O wydanie Sosnowskiego był podejrzewany porucznik Józef Gryf-Czajkowski, podwójny agent, współpracownik niemieckiego wywiadu, a wcześniej poprzednik Sosnowskiego na stanowisku w Berlinie. Do rozpracowania Ritter von Nalecza została użyta także aktorka Lea Kruse, jego kolejna kochanka, którą poznał jesienią 1933 roku. Mimo kolejnych ostrzeżeń o jej działalności, otrzymał on z centrali zadanie zwerbowania jej do pracy dla polskiego wywiadu. Posiadał również informacje o nielojalności służącego, Hermanna Spiegla, które zbagatelizował. Wiedząc, że znajduje się pod stałą obserwacją, zdołał 25 lutego 1934 ostrzec trzech polskich agentów, którzy zbiegli z Niemiec. Sam planował ucieczkę dwa dni później, podczas balu, jaki wyprawił dla śmietanki towarzyskiej Berlina po wieczorze w operze.
27 lutego 1934 roku na zaproszenie majora Sosnowskiego zjawiła się cała socjeta Berlina: elita towarzyska i artystyczna, politycy i dyplomaci, biznesmeni i przedstawiciele prominentnych rodów, a także… Abwehra. Pierwsza część uroczystości odbyła się w Sali Bacha opery berlińskiej, wybranych 80 gości zaproszonych było do berlińskiego mieszkania barona przy Lützowufer 36. Gestapo aresztowało Sosnowskiego w trakcie odbywającego się tam hucznego przyjęcia wraz ze wszystkimi gośćmi. Aresztowani zostali przewiezieni dwiema przygotowanymi wcześniej ciężarówkami do głównej siedziby Gestapo przy Prinz-Albrecht-Straße 8. Korowód szykownych dam z najwyższych sfer w kapiących złotem kreacjach i najważniejszych berlińczyków we frakach i smokingach został przeszukany, przesłuchany i powędrował do cel. W ciągu najbliższych kilku dni do aresztu trafiło kilkadziesiąt osób, w tym Benita von Falkenhayn, Renate von Natzmer i Irene von Jena, które miały dostęp do niemieckich tajnych dokumentów i były głównymi informatorkami wywiadowcy. Aresztowania uniknął tylko Günther Rudloff, który twierdził, że znajomość z Sosnowskim miała mu pomóc w uzyskiwaniu informacji operacyjnych. Proces Sosnowskiego i jego agentek rozpoczął się rok później, wyrok zapadł 16 lutego 1935 roku. Benitę von Falkenhayn i Renate von Natzmer skazano za zdradę na karę śmierci. Hitler nie skorzystał z prawa łaski i wyroki na młodych arystokratkach wykonano. Jerzy Sosnowski i Irene von Jena otrzymali wyroki dożywotniego pozbawienia wolności i horrendalne grzywny.
Wyroki śmierci wykonano dwa dni po ogłoszeniu wyroku w więzieniu Plötzensee. Obie kobiety zostały w obecności Sosnowskiego ścięte toporem przez kata Karla Gröplera. Wykonanie kary śmierci na młodych niemieckich arystokratkach przy użyciu średniowiecznego narzędzia, nie stosowanego od setek lat w Europie, zszokowało światową opinię publiczną. Było ono równie patologiczne, jak cały faszystowski system.
Skutkiem sprawy Sosnowskiego służby bezpieczeństwa Rzeszy sporządziły dwa dekrety o zwalczaniu szpiegostwa, które weszły w życie 1 stycznia 1935 roku. Pierwszy zobowiązywał wszystkich członków NSDAP do zwracania uwagi na treść rozmów toczonych w miejscach publicznych, drugi dekret nałożył na dozorców kamienic obowiązek donoszenia o podejrzanych zachowaniach lokatorów i przesyłkach do nich adresowanych.
Nazajutrz po wsypie siatki w centrali w Warszawie wybuchła panika. Minister spraw zagranicznych, Józef Beck, wraz z płk. Mayerem, powiadomiwszy Naczelnika, postanowili aresztować całą znaną niemiecką agenturę na terenie Polski i natychmiast wystąpić do Niemców z propozycją wymiany więźniów. Intensywne próby uratowania majora – ów awans otrzymał Sosnowski 1 listopada 1929 roku – były ponawiane, m.in. w czasie wizyty w Warszawie ministra propagandy Rzeszy, Goebbelsa, oraz późniejszej – Göringa. Kiedy 12 maja 1935 roku zmarł Józef Piłsudski, przychylny Sosnowskiemu do końca, nastąpiły liczne zmiany kadrowe w polskim wojsku, w tym także w służbach wywiadowczych. Do władzy doszli zawzięci przeciwnicy Sosnowskiego – płk. Stefan Mayer, kpt. Stefan Maresch i kpt. Adam Świtkowski, którzy od dawna gromadzili w zaciszu swych gabinetów materiały mające go skompromitować. M.in. pomówienia niemieckich służb specjalnych, że as polskiego wywiadu przez szereg lat był ich płatnym współpracownikiem. W niepamięć poszły doskonałe opinie byłych przełożonych majora i uznanie Naczelnika Państwa dla jego dokonań, za które w 1929 roku otrzymał Srebrny Krzyż Zasługi. Kiedy więc w kwietniu 1936 roku udało się wreszcie sprowadzić go do Polski , w ramach wymiany szpiegów, zaraz po przekroczeniu granicy został przewieziony do centrali wywiadu w Sztabie Głównym i tam osadzony w areszcie domowym.
Przesiedział w nim w całkowitej izolacji od otoczenia 17 miesięcy, bez możliwości skontaktowania się z rodziną, prawnikami, szefostwem II Oddziału i… bez jakichkolwiek zarzutów. 17 miesięcy trwało śledztwo, w którym prowadzący oficerowie starali się udowodnić mu nierzetelność finansową, zawodową łatwowierność i przede wszystkim zdradę. Po roku zdesperowany podciął sobie żyły, ale go odratowano, więc rozpoczął głodówkę. Gdy stan zdrowia majora się pogorszył, wezwano lekarza i podjęto próby przymusowego odżywiania, na szpital śledczy nie wyrażono zgodzili. Wreszcie, wobec zagrożenia życia zatrzymanego, zostało wystosowane zawiadomienie do Wojskowej Prokuratury Okręgowej, na podstawie którego orzeczono dwumiesięczny, tymczasowy areszt wobec majora Sosnowskiego. Przewieziony został do wojskowego aresztu śledczego przy ul. Gęsiej w Warszawie i dopiero wtedy przerwał głodówkę. Prowadzący jego sprawę prokurator ppłk. Porębski w piśmie do sądu stwierdził, że na razie nie ma żadnych materiałów dowodowych, obciążających zatrzymanego, ale wdrożył postępowanie. Na wokandę Wojskowego Sądu Okręgowego w Warszawie sprawa weszła dopiero pod koniec marca 1938 roku; w celu uniknięcia rozgłosu rozprawy odbywały się w miejscu odosobnienia majora, przy ul. Gęsiej. W ciągu 15 miesięcy trwania procesu sędziemu – był nim płk. Górecki – nie udało się również zebrać żadnych dowodów winy przeciwko delikwentowi, poza wziętą z księżyca korespondencją, dotyczącą budowy willi ze zdefraudowanego, wojskowego mienia. Dodajmy – w sytuacji, kiedy ten nadal znajdował się w ścisłym areszcie, bez kontaktu z otoczeniem i najbliższymi. Tak sztucznie sfabrykowanych dowodów prokurator nie zdecydował się zastosować.
W procesie, podobnie jak w postępowaniu przygotowawczym, oskarżony zaprzeczył wszystkim stawianym mu zarzutom. Skazujący go wyrok urągał prawu i tzw. sędziowskiej niezawisłości. Był nieprawomocny, ale do rozpatrzenia sprawy w kolejnej instancji już nie doszło, ponieważ wybuchła wojna. Jakie były dalsze losy majora Jerzego Sosnowskiego, tego nie wiemy. Najprawdopodobniej był ewakuowany z więzienia na Wschód, później jedne źródła podają, że został zastrzelony przez konwojentów w okolicach Jaremcza, albo Brześcia nad Bugiem, a inne, że tylko został ranny i dostał się w ręce NKWD. Data zgadzałaby się, to miało się wydarzyć około 17 września 1939 roku. Jeżeli zastrzelił go konwój, to działał na mocy ustnego polecenia służb więziennych, aby w razie wybuchu wojny po cichu „likwidować” więźniów, których uwolnienie mogło być niebezpieczne dla państwa polskiego. Natomiast w drugiej wersji miał wylądować na Łubiance, gdzie przekonano go do współpracy z rosyjskim wywiadem, albo nie przekonano, jak twierdzą jeszcze inni, więc później przewieziony został do więzienia w Saratowie, gdzie podjął kolejną głodówkę i zmarł z wycieńczenia. Data śmierci majora nie jest więc dokładnie znana, zmarł między 1939 a 1945 rokiem – podaje Wikipedia.
*Do 1934 roku placówka „In-3” uważana była za główne źródło informacji Polski o Reichswehrze. Przez cały okres swojej działalności pochłonęła 2 miliony złotych. Major Sosnowski przekazał do centrali w Warszawie charakterystyki dwustu kandydatów do potencjalnego werbunku, ze szczególnym uwzględnieniem ich stanowisk i rozpoznanych słabości.

rtm. Jerzy Sosnowski, 13 Pułk Ułanów Wileńskich
PS: Każdy areszt, nawet ten domowy kiedyś się na szczęście kończy. Granice otwarte, można znowu podróżować, więc od następnego tygodnia będę pisał “z wolnej stopy”.
Nie bądźcie obojętni
Z uwagi na aktualność tego wpisu przesunęłam Zbycha Milewicza na jutro…
Aleksandra Puciłowska
Hejt i krzywdzące obelgi rzucane w stronę osób LGBT, do których sama należę, już dawno przestały robić na mnie wrażenie.
Pancerz, którym człowiek obrasta przez lata ciągnącego się braku szacunku i bezpodstawnych, bezsensownych oskarżeń, jest naprawdę gruby i ciężko jest się przez niego w jakikolwiek sposób przebić.
Kiedy jako jeszcze niewyoutowana osoba nieheteronormatywna słyszysz w swoim rodzinnym domu – miejscu, w którym powinienieś czuć się najbezpieczniej na świecie, na przykład: Hitler wiedział co robił, gdy chciał zagazować pedałów, to możesz albo się załamać i poddać, albo postanowić walczyć o siebie, swoją godność i swoje życie.
Ja osobiście wybrałam to drugie. A o tym, jak złe i niemoralne ma być to, że kocham kobiety, dowiedziałam się w życiu niejeden raz.
Wyobraźcie sobie, że słyszycie podczas rodzinnego przyjęcia wulgarne i pozbawione jakiegokolwiek taktu wypowiedzi o swojej psychoseksualności. Teksty tak obrzydIiwe, że nie chce się ich cytować i powielać. Pomyślcie, że te słowa padają z ust kogoś, do kogo jeździliście wcześniej, jako dziecko, na wakacje. I że wy wtedy – zdobywając się na resztki odwagi w obronie swojej godności – protestujecie głośno i otwarcie, a zostajecie wyśmiani. Przez bliskie osoby, u których zawsze szuka się przecież wsparcia, zrozumienia i akceptacji. Zwłaszcza, gdy świat wokół nam nie sprzyja.
Pomyślcie, jak czuje się młody człowiek LGBT na lekcjach religii, gdzie mówi mu się że homoseksualizm to grzech śmiertelny.
Zastanówcie się choć raz, jak to jest iść za rękę z ukochaną osobą przez ulicę i usłyszeć, że „takich zboków to tylko zajebać”.
A jak może czuć się kobieta, której mówi się, że receptą na to, by „przestała być pieprzoną lesbą”, byłoby przymusowe wydanie jej za mąż za „jakiegoś chłopa, który pokaże jej gdzie jest jej miejsce”? I że pewnie żaden jej do tej pory nie chciał bo jest „brzydkim babochłopem”? Co dzieje się w głowie takiej dziewczyny…?
Spróbujcie postawić się w sytuacji młodego, wchodzącego dopiero w okres dojrzewania człowieka, który odkrywając swoją seksualność, zamiast cieszyć się z pierwszych miłosnych uniesień, musi się ukrywać w strachu przed tym, jak zareagują inni.
Wyobraźcie sobie, jak wiele odwagi potrzeba, by powiedzieć o tym głośno – zarówno przed innymi, jak i – po prostu – przed sobą samym. Mając doskonałe pojęcie o tym, jak dalej wyglądać może wasze życie.
Jak czuje się młoda dziewczyna, która w odpowiedzi na swój coming out słyszy od rodziców, że nie jest już ich córką?
Jak czuje się młody chłopak, którego koledzy znieważają i poniżają, tylko dlatego, że kocha nie tak jak „powinien”…? Gdy codziennie boi się, czy dziś „tylko” go wyzwą od „pedałów”, czy może jednak przejdą już do rękoczynów, jak wielokrotnie mu grozili?
Z takimi problemami i sytuacjami muszą mierzyć się osoby LGBT od najmłodszych lat – czy to w życiu szkolnym, cyz rodzinnym czy, później, zawodowym. Wiem to ze swojego życia i wiem to z opowiadań moich znajomych i przyjaciół. Często tak przerażających, że chwilami myślę że ja sama – choć nie było łatwo – i tak mam całkiem sporo szczęścia, bo mogło być o wiele gorzej…
Jeśli się to wszystko przetrwa, to później w dorosłym życiu już naprawdę trudno o to, by niesprawiedliwe, homofobiczne wypowiedzi innych mogły nas w ogóle jakoś dotknąć. Zbroja, którą się obrosło do tej pory jest na tyle silna i mocna, że nie przebije jej byle co.
Pamiętać musimy jednak o tych wszystkich młodych ludziach, którzy dopiero stoją u progu swej dorosłości. O tych, którzy być może nie odnajdą w sobie wystarczająco dużo odwagi, by nie udawać, że pada deszcz, gdy ktoś pluje im w twarz. O dzieciakach, które boją się powiedzieć kim są, jak kochają, co czują. A także o dorosłych już ludziach, którzy żyją nie swoim, udawanym życiem, bojąc się przyznać przed sobą samym, że nie tak chcą i nie tak powinni żyć. O tym jak cholernie przesrane musi mieć ktoś, kto całe swoje życie udaje kogoś, kim nie jest, a wszystko w imię społecznych oczekiwań i strachu przed brakiem akceptacji, być może agresją, utratą pracy…
O tolerancji i akceptacji LGBT powiedziano już w Polsce dużo. Dyskusje, które się w naszym kraju na ten temat prowadzi, przeraziłyby większość zachodniego świata. Sama wyjechałam do Niemiec w wieku lat 19, zaraz po maturze. Do Polski tęsknię nieustannie, ale nie umiem wyobrazić sobie powrotu do kraju, w którym stygmatyzuje i dehumanizuje się ludzi. Gdzie urzędujący Prezydent wypowiada klarownie i otwarcie słowa, które przerażają i powodują, że nadzieja na to, że będziesz mógł poczuć się we własnej Ojczyźnie jak u siebie, jest niestety niezwykle płonna i złudna.
Rodziny ani kraju się nie wybiera. Można jednak próbować zmienić – zarówno jedno jak i drugie.
Można szukać wsparcia i zrozumienia – i choć wiele razy towarzyszy temu na koniec uczucie zawodu i odrzucenia (o czym sama niejednokrotnie musiałam się niestety przekonać), to warto próbować.
Nie umiecie sobie nawet wyobrazić, jak wiele znaczyć mogą takie gesty wsparcia i zrozumienia od kochanych osób. Choćby nawet te najmniejsze, których większość otoczenia nawet nie zauważa. My je widzimy – tak mocno odznaczają się od fali hejtu i nagonki, która nieustannie jest wokół nas…
Dawno straciłam nadzieję, że apelowanie do polityków ma jakikolwiek sens. Większość z nich nie widzi niczego poza czubkiem własnego nosa, który wychylają tylko po to, by zawalczyć o kolejny stołek, o władzę i o kasę.
Człowiek, jego godność i prawo do poszanowania ma w tym najmniejsze znaczenie. Cholernie boli mnie fakt, że urzędujący Prezydent RP publicznie porównuje mnie, moją partnerkę, naszą miłość i uczucia do ideologii sowieckiej, która wyrządziła ludziom i naszemu krajowi tak wiele niewyobrażalnych krzywd.
Wiele więcej się po Panu Andrzeju Dudzie nie spodziewałam. O wiele bardziej boleśnie da się odczuć w sercu ból na widok słupków jego poparcia. Bo to oznacza, że albo w Polsce jest aż taka rzesza ludzi myślących tak samo jak obecny obóz władzy, albo że jest jeszcze większa grupa ludzi którzy na tego typu słowa pozostają po prostu obojętni.
I to do tych drugich właśnie apeluję. Nie róbcie tego. Nie zamykajcie oczu. Miarą człowieczeństwa jest to, w jaki sposób traktujemy bliźnich. Jeśli dziś to ja nie jestem człowiekiem, a groźną ideologią, która zagraża całemu społeczeństwu, to jutro możecie być nią Wy. Kto nie jest z nimi, jest przeciwko nim. Tak a nie inaczej to działa.
Jeśli twierdzicie, że Wasz głos i tak nie ma znaczenia, to ja Wam mówię, że jest inaczej. Każdy pojedynczy głos w nadchodzących wyborach, który oddany zostanie w sprzeciwie wobec homofobicznej propagandy obecnego obozu władzy, nie będzie głosem straconym.
Nie musicie głosować w mojej obronie, ja sobie już doskonale radzę sama.
Zróbcie to dla Waszych dzieci, a może wnuków? Dla znajomych, przyjaciół, sióstr, braci, wujków i cioć. Dla tych wszystkich, których kochacie. Nawet nie podejrzewacie, ilu wśród nich mogło mieć łzy w oczach, gdy usłyszeli ostatnio w mediach, że „nie są równi ludziom normalnym”…
LGBT to nie żadna ideologia. To my, ludzie – Wasi znajomi, przyjaciele, rodzina, koledzy i koleżanki z pracy.
Nie chcemy żadnych przywilejów, chcemy tylko równych praw. I poczucia bezpieczeństwa we własnym, mimo wszystko – ukochanym i pięknym kraju.
Er wird kommen / Przyjdzie na pewno

Blumen für Sigrid
Tibor Jagielski
Sigrid Krien (10.02.1936, Berlin – 2.06.2020, Freiburg)
Liebe Sigrid
die du bist im Himmel, oder in einer besseren Welt,
wo sich die Seelen treffen, unsere,
und die von Katzen und anderen Lebewesen,
die uns begleitet haben.
Dein account funktioniert noch,
also schreibe ich ein paar Worte an Dich,
Du weißt, es wird nicht lange dauern, dann treffen wir uns wieder
und auch Maxi und Erna kommen bestimmt gerne mit.
Auf Wiedersehen, meine liebe Freundin!
Dein Tiborchen

Maxi
festina lente
nie czekaj na śmierć
wychodź jej naprzeciwko
wychodź na spacer
z psem
kotem
albo z ptakami
o świcie
albo o zachodzie
każdego dnia
nie czekaj
z cyklu: “wiersze ukoronowane”

Erna
Spotkania z Księciem Ciemności 22
Ksawery Kopański
Jam jest Książę Ciemności!
Wspomniałem swego czasu, że Książę jest chimerycznym łazęgą. To prawda, ale nie cała: ON W OGÓLE JEST CHIMERYCZNY.
Od kilku dni znów dość regularnie przychodzi do nas z rana. By zjeść śniadanie, pomiziać się z moją Żoną oraz pobrykać z Kropką. I zostać na kilka minut… albo na kilka godzin. Niemal codziennie pojawia się w innym nastroju, czego nawet nie próbuje ukrywać. Czasem odprężony. Nieraz zaaferowany. Kiedy indziej podenerwowany. Innym razem rozmarzony. Albo wystraszony. Lub umordowany całonocną pracą. Domagający się czułości. Oschły. Zależy – żadnych reguł w tym zakresie wyznaczyć się nie da.
Książę to uczuciowy gość. Pewnie, że zwykle za jego aktualną aurę emocjonalną odpowiadają jakieś okoliczności zewnętrzne, ale gdyby nie był wrażliwcem, nie znalazłyby one odzwierciedlenia w jego afektach.
Tak, Sierściuch ma swój sekretny świat uczuć. Bo też obdarzony jest subtelną duszą, która unosi się, jako dym kadzidła, gdzieś tam ku górze. Ja, ateusz, wam to mówię!

Jeśli któryś z Czytelników (raczej przypadkowych, niż stałych, jak mniemam) żachnie się na stwierdzenie, iż zwierzęta posiadają duszę, to uprzedzam: nie dam się wciągnąć w żadną dyskusję. Ja jestem Ksawery, nie Tomasz! Akwin znam tylko z opisów. I, jako niewiarek zatwardziały, choć praktyczny, nie potrzebuję niczego teoretycznie uzasadniać. Nie dorobiłem się, jak dotąd, systemu swej ateuszowskiej scholastyki; co więcej, nie odczuwam nawet takiej potrzeby. Tym bardziej, iż niedouk ze mnie okropny! Jeśli ktoś zechce, bez trudu wyłapie logiczne niekonsekwencje w moich dociekaniach. No i co? No i nic! I tak wiem, że zwierzęta, nie tylko koty, kryją w swym wątłym korpusie ducha niezłomnego, a wrażliwego. Czym on jest? Nie wiem. Jaka jego natura? Nawet nie próbuję zgadywać. Jak długie jego trwanie? Nie mam pojęcia! Ale że jest – to rzecz pewna.

Nie da się istnienia Księcia sprowadzić do jedzenia, marcowych manewrów i rozkoszy drapania za uszkiem! Weź go na ręce, pogłaskaj, spójrz w zielone oczy. No i…?
*
A na drugim końcu Europy, pod błękitnym niebem Brabancji Walońskiej i pod dachem plebanii w Ryżej Tafli – jak pozwalam sobie z niewinną i życzliwą złośliwością tłumaczyć nazwę miejscowości, w której rezyduje mój Przyjaciel ksiądz – spokojny żywot wiedzie Neige, czyli Śnieżynka. Czy dla owego zacnego duchownego uznanie, że ją również obdarzono duszą, stanowi jakiś problem? Myślę, że nie. Tym bardziej, iż kapłan ten od wielu dziesięcioleci przesiąknięty jest na wskroś franciszkańską miłością do wszystkich stworzeń bożych, a więc i braci oraz sióstr zwierząt. Nawet dla mnie – zatwardziałego ateusza – znajduje miejsce w swym wielkim sercu!
Fascynujący to temat: dociekać, jak rozwija się życie duchowe kotki Śnieżynki w domu duchownego! Jakich iluminacji doznaje tam owa ślicznotka!
Co prawda Przyjaciel zarzekał się, że ta fotografia wyszła mu przypadkowo, bez interwencji z góry, ale kto go tam wie… Kocia dusza. Tajemnica. Taką niech pozostanie.

Z Berlina
Ela Kargol
W Berlinie, wśród tysiąca atrakcji turystycznych są miejsca, gdzie trudniej trafić, choć dostęp do nich nie jest ograniczony. Jedno z takich miejsc ukryte jest niedaleko Placu Poczdamskiego, resztek muru berlińskiego, Martin Gropius Bau i ruin Dworca Anhalckiego.
Wiedzialam, że tam musiało być coś wyjątkowego, tylko nie mogłam sobie przypomnieć, co. A więc po krótkiej przerwie na placu, który wzięłyśmy w posiadanie, opuściłam moje towarzyszki pandemicznych spacerów i poszłam ulicą Bernburger Straße, mijając kościół świętego Łukasza i kilka budynków (podobno cztery), które przetrwaly II wojnę światową, w kierunku który wydawał mi się właściwy i był właściwy. Między nowymi i nowszymi blokami jest duży obszar zieleni, zielona przestrzeń, przez którą wielu wtajemniczonych skraca sobie drogę. Uwagę zwraca budynek z drewna albo nim obity o dziwnych kształtach powyginanej elipsy. To tu zaczął się pilotażowy projekt berlińskiego Uniwersytetu Technicznego nazwany “Roof Water-Farm”. O projekcie wiecej tu: http://www.roofwaterfarm.com/partner/tu/. Tak jak zrozumiałam, mieszkańcy jednego z bloków swoje ścieki, tzw. wodę szarą, odprowadzają do ekologicznej oczyszczalni, znajdującej się na podwórzu. Ta woda po oczyszczeniu wraca do tych samych mieszkań, w tej wodzie pełnej trzciny i sitowia, pływają ryby, tą wodą podlewanie są warzywa. Nie wiem, czy projekt jeszcze trwa, bo dofinansowanie już dawno minęło.
Owszem wszystko bardzo ciekawe i na pewno przy grożących nam suszach i zmianie klimatu warte dalszych badań i starań.
Ale bardziej niż malowniczy wodny ogród połączony kilkoma mostkami, interesuje mnie to, co tu było kiedyś, prawie 150 lat temu. Resztki fundamentów i dziesiątki cegieł ułożone w murki okalające tarasy przy blokach mogłyby opowiedzieć historię tego miejsca.
W 1876 roku wybudowano według projektutu Gustava Knoblaucha na dwóch parcelach przy Bernburger Straße wielki tor wrotkarski (Central Skating Rink), licząc na to, że wrotkarstwo będzie cieszyło się coraz większą popularnością wśród berlińczyków.
Tak się nie stało. Kilka lat później zamiast wrotkarzom i łyżwiarzom pomieszczenia zaczęto wynajmować na koncerty. A kilka lat później instrumenty stroili tu już Berlińscy Filharmonicy. Gdy Franz Heinrich Schwechten, ten sam architekt, który projektował pobliski Anhalter Bahnhof, w 1888 roku przebudował halę wrotkarską na salę koncertową, mówiono już o niej dumnie – filharmonia. Tu dyrygowali Wilhelm Furtwängler i Hans von Bülow. Albert Einstein i Tomasz Mann wygłaszali tu swoje tezy, mowy i wykłady. Wszystko tu było z górnej półki, oprócz krzeseł, a było ich ponad 2000. Tylko proste krzesła można było szybko wynieść, gdy sala koncertowa, stawała się balową.
O starej berlińskiej filharmonii:
https://de.wikipedia.org/wiki/Alte_Philharmonie_Berlin
Stara filharmonia stała nad samą wodą, tak jak Elbphilharmonie w Hamburgu, przy najstarszym berlińskim porcie śródlądowym, Schöneberger Hafen. Co po nim zostało? Plac Portowy (Hafenplatz), który jest ulicą, a nie placem.
Kiedyś czytałam, że Einstein dojeżdżał, a w zasadzie dopływał łódką do filharmonii. Teraz wreszcie rozumiem, o jaką filharmonię chodziło i o jaki port. Port zasypano po wojnie, podobno piaskiem, ale mogę sobie wyobrazić, że też częścią gruzu ze zniszczonej podczas bombardowania filharmonii. Na porcie powstał park Mendelssohna-Bartholdyego. Mendelsson filharmonii nie znał, ale śmiem przypuszczać, że filharmonia znała jego.
W latach 30 ubiegłego wieku zaczęło się wszystko zmieniać. Filharmonicy nie sprzeciwili się nazistowskim rządom. Berlińska Filharmoniczna Orkiestra, zamieniła się w Reichsorchester, orkiestrę rzeszy, podlegającą Goebelsowi. Zmienił się również repertuar i wykonawcy.
30 stycznia 1944 roku podczas alianckiego nalotu filharmonia przy Bernburger Strasse została zbombardowana. Podobno Teufelsberg kryje w sobie jej gruzy, wyposażenie, może nawet instrumenty.
62 lata była ważnym miejscem spotkań berlińczyków, nie tylko miłośników muzyki. Mendelssohn-Bartholdy-Park nie budzi mojego zachwytu, prędzej krótka ulica, ścieżka prowadząca prosto do starej filharmonii. Fanny Hensel Weg, bo tak się nazywa ten krótki przesmyk miedzy Schöneberger Straße, a Dessauer Straße jest pełna światła, czerwcowej zieleni i ma taką lekkość w sobie. Fanny Hensel zmarła w tym samym roku, co jej wielki brat Mendelssohn-Bartholdy.
Nie znała portu przy Landwehrkanal, ani filharmonii. Nigdy nie była doceniona tak jak jej wspomniany brat. Ojciec pozwolił kształcić się dalej muzycznie Feliksowi, natomiast Fanny musiała pogodzic się z ojcowską wolą, nieprzychylną w tamtych czasach kobietom: Die Musik wird für ihn [Felix] vielleicht Beruf, während sie für Dich stets nur Zierde, niemals Grundbaß Deines Seins und Tuns werden kann und soll. (Muzyka będzie dla Feliksa może zawodem, dla ciebie tylko ozdobą, a nigdy nie powinna być i nie będzie podstawą twojego działania i twojego bytu).
Gdy przechodziłyśmy ulicą Bernburger, spojrzałyśmy wszystkie na powalone drzewo i stalowe, jak się później okazało zwieńczenie bramy, które albo spadło, albo zostalo zdemontowane z dwóch betonowych filarów. Brama prowadzi na terytorium po filharmonii. Teren jest prywatny, wejście zabronione, choć na małej tablicy pamiątkowej wśród płyt chodnikowych widnieje napis: „Ta droga prowadzi do miejsca starej filharmonii 1882 -1944”.
Frauenblick und wieder Prag (6)
Monika Wrzosek-Müller
Aus Prag mit einem Bein in der Welt
Nach wie vor völlig von Prag begeistert, füllt sich der Kopf mit verschiedenen Gedanken, wandert doch in andere Teile der Welt. Irgendwie kommt mir jetzt immer wieder die Yoga-Lehre von den drei großen Gottheiten des Hinduismus: Brahma, Vishnu und Shiva, in den Sinn. Das als Trimutri im Hinduismus bezeichnete Zusammenspiel zwischen Schöpfung, Erhaltung und Zerstörung gibt es auch in der christlichen Theologie und wird da Trinität genannt; wobei für mich da die Zuordnung nicht ganz klar ist – wer ist für was zuständig? Im Hinduismus dagegen ist es stark ausgeprägt und beeinflusst die ganze Philosophie in Bezug auf Individuen, aber auch auf alle Lebewesen einschließlich der Natur. Das Prinzip finden wir überall, ob bei Patanjali oder auch in den Veden; das Zusammenspiel der gegensätzlichen Kräfte und Neigungen, um ein Gleichgewicht zu erhalten, schwingt in allen Beschreibungen und Sutren mit. Krankheit wird somit als ein Verlust des Gleichgewichts angesehen und es wird empfohlen, daran zu arbeiten und sich zu bemühen, es wiederherzustellen. Alle Entwicklungen in der Geschichte, die mit Kriegen endeten, werden auf den Mangel an Harmonie und Gleichgewicht zurückgeführt. Natürlich sind diese Gedanken scheinbar sehr einfach und einfältig, doch sie enthalten viel Wahrheit über das Funktionieren von Individuen, aber auch von ganzen Gesellschaften oder gar Völkern. Wie reiht sich in diese Gedankengänge dann so eine Pandemie wie die jetzige ein?
Wenn man während der Pandemie, während des lock downs, von weitem, aus einem noch einmal anderen Staat, die Länder betrachtet, mit denen man verbunden ist – und in meinem Fall sind das mehrere: Polen als Geburtsland, Italien als Lieblingsland und Deutschland als Wohnort – dann werden die Unterschiede der Herangehensweisen so markant und deutlich, dass es einen manchmal selbst etwas überrascht und ängstigt, welche Züge und Merkmale besonders hervortreten. Man gerät leicht in Verallgemeinerungen und Vorurteile, deren Einfluss auf das Verstehen der Vorgänge eher gedämpft werden soll. Daher versuche ich diese Gedanken nicht weiter zu verfolgen oder aufzuschreiben…
Prag, dessen Schönheit ich hier mehrmals beschrieben habe, ist für mich ein Paradebeispiel der Erhaltung im weitesten Sinne des Wortes, obwohl es in der Vergangenheit und der näheren Gegenwart nicht an Beispielen für gründliche Veränderungen gefehlt hat.
Den ersten wunderbaren Umbau auf der Kleinseite unterhalb des Schlosses hat Wallenstein, der eigentlich Albrecht Wenzel Eusebius von Waldstein hieß, Herzog von Friedland usw., angeregt. Er kaufte ein riesiges Areal auf, ließ 26 Häuser abreißen und baute in den Jahren 1623 bis 1630 darauf ein Schloss der Superlative. Wenn man bedenkt, dass Wallenstein (so wie wir ihn von Schiller kennen) schon 1634 von einem kaisertreuen Soldaten ermordet wurde, weil er für alle rundherum zu mächtig, zu störrisch, zu stolz und vor allem zu reich geworden war, konnte er sich selbst nicht allzu lang an der Schönheit des Palastes, der Loggia und des weitläufigen Gartens erfreut haben. Wenn man durch diese Anlage wandert, die 1992 Sitz des Senats der Tschechischen Republik wurde, wird einem klar, warum die anderen mächtigen Herren eifersüchtig auf ihn waren. Die Kompliziertheit der politischen Verflechtungen und der Lage sowie der Persönlichkeit Wallensteins hat Schiller in seiner Trilogie der Wallenstein-Dramen dargelegt. So oder so ist es eine der schönsten Anlagen, die ich je gesehen habe; sie ist im Stil des sehr frühen böhmischen Barock errichtet, enthält aber Elemente der Spätrenaissance in manieristischem Stil, daher ist sie lebendig, offen und inspirierend. Die Loggia zum Garten hin erinnerte mich sehr an die Loggia der Villa Schifanoia in San Domenico bei Fiesole. Meine Intuition hatte mich nicht im Stich gelassen: sie wurde auch nach dem Vorbild der Loggia des Domes in Livorno von einem toskanischen Architekten errichtet. Drei große Bögen öffnen sich freizügig zur Gartenseite hin, dahinter befinden sich die große sala terrena und davor ein wunderschön angelegter Garten, der gerade eine aufwendige Renovierung erfahren hat. Einige der Elemente wie die Felsimitationen und die künstliche Tropfsteinhöhle, die Grotte, erinnern mich wiederum stark an Giardini di Boboli in Florenz. Der Blick von der Loggia fällt auf ein Spalier von Skulpturen des niederländischen Bildhauers Adriaen de Vries. Leider wurden die Originale während des Dreißigjährigen Krieges von den schwedischen Truppen geraubt und stehen (bis auf eine Figur der Venus) angeblich noch heute noch im Schloss Drottningholm. Hinter dem Labyrinth und einer höheren Buchenhecke kommt man an einen wirklich tiefen, mit sehr schönen Wasserpflanzen geschmückten Teich mit allerlei großen und wertvollen Fischen. In der Mitte des Teiches gibt es eine kleine Insel mit Springbrunnen, alles in stattlicher Größe und alles wirklich minuziös sauber und gepflegt gehalten. Nach der Renovierung des Gartens kamen auch noch weiße und bunte Pfauen dazu, die gemächlich und sehr würdevoll auf dem kurz gehaltenen englischen Rasen spazieren und mich wiederum an den Garten in der Villa Meleto erinnern, in der wir unzählige Sommerferien verbracht haben. Im Garten des Palais Wallenstein finden im Sommer Theateraufführungen statt. Um die Geschichte der wirklich einmaligen Anlage zu vervollständigen, sei erwähnt, dass ein Nachkomme der Wallensteins sie übernommen hat, der während der Nazizeit in die NSDAP eingetreten ist; daher wurde das Schloss nach dem Krieg verstaatlicht. Doch bis zum Jahr 1955 lebte in dem Palais eine Gräfin von Waldstein mit ihrer Kammerfrau; sie starb mit 104 Jahren. Dabei musste ich an die Erzählungen über den polnischen Grafen Stanisław Potocki denken, der nach seinem Tod in Lima in Łańcut bestattet wurde und der nach 1989 oft das Schloss und den Garten besucht haben soll.
Die nächste Veränderung die mir in dieser grundsätzlich auf Erhaltung fixierten Stadt auffiel, war die Auflösung des Ghettos und der alten Judenstadt in den Jahren zwischen 1898 und 1913: Eingemeindung derselben unter dem Namen Josefov, als IV Prager Bezirk. Die umliegenden Häuser wurden um 1900 mit Jugendstil-Fassaden, in Anlehnung an Pariser Architektur, erbaut und eine Prachtachse vom Altstädter Ring bis zum (heutigen) Metronom oben auf dem Letna-Park mit dem Namen Pariser Straße errichtet. Heutzutage ist das die erste Adresse für die teuersten Läden in Prag: Gucci, Louis Vuitton, Burberry, Prada, Armani, Escada, Dior, Boucheron, Karl Lagerfeld, Givenchy, Hermes, Versace, Chanel und viele mehr. Von der alten Judenstadt sind einige Synagogen und der älteste jüdische Friedhof Europas erhalten geblieben.
In der neuesten Zeit ist ein durchaus gelungenes Objekt dazugekommen: das Tanzende Haus, tánčici dům. Der Komplex steht am Moldauufer, am Rasinovo nábřeži, daher aus allen Erhebungen, vom Petřin auf der anderen Moldauseite gut sichtbar, errichtet auf einem Grundstück, das länger brach gelegen hatte. Dafür wurde nicht einmal etwas abgerissen, denn das Eckhaus, das an der Stelle vor dem Krieg stand, wurde versehentlich bei einem amerikanischen Luftangriff auf Prag am 14.02.1945 zerstört. Václav Havel wohnte in der Nachbarschaft und hat das Projekt von Anfang an unterstützt; es sollte ein Kulturzentrum beinhalten, davon ist eine Galerie übriggeblieben, alles andere wird eher kommerziell genutzt (ein Super-Hotel, ein sehr teures Restaurant und Café). Es ist vielleicht das am meisten abgebildete moderne Gebäude in Prag, es reiht sich mit seiner verspielten Fassade in das Meer der schönen Häuser am Moldauufer ein und es sticht aus ihnen heraus. Es wurde von den bekannten Architekten Vlado Milunic und Frank O. Gehry entworfen; in Prag wird es liebevoll Ginger & Fred genannt, denn die Fassade scheint wirklich in Bewegung zu sein, so als ob die beiden Häusertürme tanzen würden.
Natürlich hat die Epoche des Sozialismus/Kommunismus im Bild der Stadt ihre Spuren hinterlassen, hier wird diese Architektur Prager Brutalismus genannt; es sind vor allem große Hotels und Zentren, die in den sechziger und siebziger Jahren entstanden. Viele Menschen assoziieren sie mit dem Kommunismus, doch wurde in diesem Stil in der ganzen Welt gebaut. Auch diese Bauten, wie z.B.: das Kaufhaus Kotva oder Kaufhaus Máj, der neue Bühnenbau des Nationaltheaters, um nur die bekanntesten in der Stadtmitte zu nennen, sie alle fügen sich doch irgendwie in das Stadtbild und machen es auch lebendiger, bei allen erhaltenden Elementen, an denen gerade diese Stadt so reich ist.
Wenn man aber mit Bildern des zerstörten Warschau aufgewachsen ist, erscheinen einem diese Dimensionen der Zerstörung und Erneuerung sehr zurückhaltend und, sagen wir, minimalistisch. Was auffällt, ist die wunderbare Harmonie, Weichheit und Menschlichkeit, die auch auf die geografische Lage, die Hügellandschaft und die mäandrierende Moldau zurückgeht. Gut, dass vieles in das UNESCO Weltkulturerbe aufgenommen worden ist und hoffentlich auch neue Generationen erfreuen wird.
Sąsiedzi 19
Teresa Rudolf
Lesio/ Lesław
Regina weszła do sypialni Lesia, by zbudzić go na śniadanie.
– Lesławie, wstawaj, już dziewiąta, śniadanie na stole. Tu masz swoją laseczkę, chodzisz coraz lepiej już… no, hop, hop, umyj się, w tym czasie zrobię kawę.
Lesław dość niechętnie dziś wstawał, nie widział sensu dnia, który miał właśnie nadejść. Zaczął się rzeczywiście coraz lepiej poruszać, ale zdawał sobie sprawę, że gdyby nie to zamknięcie w domach z powodu groźnej dla całego świata epidemii, na pewno miałby już rehabilitację w jakimś dobrym policyjnym, lub wojskowym sanatorium.
A tak musiał ćwiczyć pod dyktando bezwzględnej Reginy, która zapowiedziała, że nie będzie lekko, skoro bierze za swą pracę pieniądze i to niemało.
Jej zdaniem robił postępy, ale sam wolałby jeszcze szybciej stanąć na nogi, by móc samodzielnie żyć.
To uzależnienie od drugich osób wyraźnie go upokarzało, a już od Reginy specjalnie.
Często przed snem dopadały go przebłyski wspomnienia, o tym, co stało się tego feralnego poranka, gdy został napadnięty i prawie ze skutkiem śmiertelnym, pobity.
Całą prawą stronę ciała miał wtedy prawie zmiazdżoną kijem bejsbolowym, kiedy leżąc już na ziemi, tą stroną “wystawił” się napastnikom.
Wszystko działo się bardzo szybko, natychmiastowy ból uderzanej głowy nie pozwolił na jakąkolwiek percepcję sytuacji. Poza zakapturzonymi męskimi postaciami, nie pamiętał ani ilu ich było, ani też, jak byli ubrani. Zapamiętał tylko, że słyszał jakieś męskie głosy i chyba zdanie: “przestań, bo go zabijesz”.
Szybko stracił przytomność i podobno dopiero po wielu, wielu godzinach ocknął się w szpitalu policyjnym. Nie czuł wtedy za wiele, poza otumanieniem ciężkimi środkami przeciwbólowymi, nawet język był jakby sparaliżowany. Nie mógł normalnie mówić. Pamiętał teraz jak przez mgłę, że byli u niego w sali, bardzo krótko, jacyś dziennikarze z TV, pamiętał flesze aparatów fotograficznych
i to, że siostra oddziałowa wszystkich wyrzuciła z sali.
Pózniej niewyraźnie, przez bandaże na twarzy, widział bardzo zamazane twarze kobiet, w tym jedna z kobiet miała rude włosy jak Regina, jednak to nie była ona. Jak się później okazało, były to sąsiadki z drugiego piętra, pani Klara i Filomena. W tym momencie znali się w tŕójkę bardzo powierzchownie, ba, ich wzajemny stosunek był dotąd niezbyt przyjazny.
Jak się to wszystko niemal z dnia na dzień zmieniło, pomyślał…
Na początku odwiedzali go też koledzy z pokrewnych detektywistycznych kancelarii, na ogół w jednym, jedynym celu, by jak najwięcej dowiedzieć się o przebiegu tamtego porannego napadu.
Wyczuwał strach siedzący im na karku, bali się, wyraźnie, bali się na pewno tego, że mogą stać się kiedyś również ofiarami. Ponieważ nie miał im zbyt wiele do powiedzenia, te odwiedziny skończyły się dosyć szybko. No i dobrze, pomyślał.
Natomiast policja pojawiała się często, stawiając wiele pytań, niektóre z nich były dość irytujące, wkraczające brutalnie w prywatne życie, lub też drobiazgowo w pracę zawodową, coraz bardziej jednak zawężając listę jego klientów, mogących wchodzić w grę jako osby podejrzane.
Od wielu lat zajmował się bardzo niewdzięczną, lecz dobrze płatną klientelą, a zawsze chodziło o to samo, zdrady partnerów żyjących w stałych związkach.
Sam osobiście miał zdecydowany wstręt do grzebania się w najbardziej obrzydliwych zakamarkach zachowań ludzkich, w kłamstwach, trikach, by oszukać tę drugą osobę pod każdym względem, często nie tylko damsko-męskim, ale również finansowym. Na jego oczach dokonywały się tragedie ludzkie, szklane domy z hałasem rozpadały się na miazgę, a domki z kart, jak w dziecinnych zabawach, w jednej sekundzie leżały żalośnie przed nosem obojga partnerów życiowych.
Zakłamana rzeczywistość nagle śmiała się szatańskim chichotem, łaskocząc dumę i wstyd czlowieka, a wzbudzając bezbrzeżną agresję przegrywającego.
Można by parę kryminalnych ksiąg napisać o każdej rozstającej się parze, myślał.
Policja podejrzewała, że jego ostatni dramat leży właśnie w tym ogromnym śmietniku ludzkich spraw,
gdyż chyba dogrzebał się niezłego dynamitu. Sam również myślał, że parę śledzonych przez niego osób, mogło było mieć poważny powód, by go chwilowo, lub na zawsze uciszyć. Na myśl o tym dostawał gęsiej skórki, a nawet ataków paniki. Nie wiedzał nawet, czy jeszcze kiedyś będzie się czuł na tyle pewnie, by wyjść znów normalnie na ulicę.
Jeden z policjantów, kiedy zauważyl, że mówienie o pracy i jej niebezpieczeństwach, kosztowało Lesia wiele wysiłku i powodowało intensywne trudności w oddychaniu, zaproponował mu ostrożnie, by wziął może pod uwagę psychoterapię lub traumaterapię.
Teoretycznie istniała nawet możliwość, by Lesio skorzystał z takich rozmów u psychologa policyjnego, ale z powodu pandemii, nie doszło nawet do pierwszego spotkania.
Najgorsze było dla Lesława jednak to, że cała historia, która mu się przydarzyła, ocierała się bardzo blisko o jego własne, w niektórych aspektach niezbyt chlubne życie, w którym to również swe partnerki oszukiwał, zdradzał, okłamywał, specjalizując się w tym wszystkim, z dnia na dzień coraz bardziej, tak doskonale wręcz, że nigdy przecież “nie wpadł”.
Teraz patrząc na to, autoironicznie myślał, że dzięki temu, mógł się dużo szybciej i lepiej wcielić w mentalność zdradzającego.
A zaczęło się to natychmiast po rozstaniu z Reginą, która udowodniła mu, jak można być ślepym, głuchym, naiwnym, jak można niczego nie wiedzień i nie spostrzec, że się jest od dawna zdradzanym. Nie tyle ta jej zdrada go maksymalnie załamała, ale fakt, że sam przenigdy by tego nie przypuścił.
Kiedy na koniec, przed samym rozstaniem wykrzykiwali sobie nawzajem wszystkie oskarżenia, dowiedział sie, że “oczywiście taki zadufany w sobie bufon, nie mógłby nawet założyc, że jego kobieta mogłaby kogoś innego poza nim jeszcze zobaczyć, sama już dawno będąc niewidzialna!!!!”.
– Odbiło ci w tych Stanach, krzyczała wówczas, uwierzyłeś naprawdę, że jestes drugim Presleyem, a ja glupiutką, młodziutką Priscillą u twego boku, śmiała się, czasem jednocześnie histerycznie płacząc.
To prawda, zostawiał ją samą na całe godziny i dni, a ona, coraz bardziej samotna, dość dlugo w tym związku tylko czekała. Tylko czekała, a przecież była w innym kraju i to dla niego w tym kraju została.
– No, wreszcie możemy zjeść śniadanie, ale dzisiaj to się guzdrałeś Lesławie, stwierdziła Regina.
Na bardzo estetycznie, jak zwykle, przygotowanym stole, było świeże pieczywo, masło, pomidory, ogórki, wędlina (uwielbiał kabanosy), świeży twarożek i inne smakołyki, do wyboru, do koloru.
Kiedy Lesław tak patrzył na to wszystko, pomyślał, że kiedy byli parą, nigdy się tak na codzień nie starała, odwrotnie, cokolwiek robiła, było to jakby wymuszone, i ta “bylejakość” była bardzo irytująca.
– Regino, ależ ty się w niektórych sprawach zmieniłaś, jesteś teraz trochę inną osobą niż ta, jaką kiedyś znałem!, powiedział.
– No, no, nie nakręcaj się już tak, po prostu zawsze sumiennie wykonuję swą pracę, by nie można mi nigdy, niczego zarzucić. Jesteś dla mnie jedynie “przypadkiem”, którym się teraz zajmuję, a przecież szukałam pracy, powiedziała miękko, zarumieniona, głosem zupełnie nieadekwatnym do tekstu…
Nagle zmieniła barwę głosu: Poza tym trudno mi uwierzyć w to, co mówisz, po tym, jak sobie teraz pozwalałeś mnie traktować, jak trujące powietrze i gdyby moja obecność tutaj nie była właśnie pracą, wyszłabym już stąd po dwóch dniach.
– Ależ, to ty byłaś tak okropna dla Salomona, kiedy tu te parę godzin przebywał, że myślałem już, że mu coś zrobisz, odpowiedział. Wiesz przecież jak go kocham, dodał.
-No i co zrobiliśmy z tego naszego życia?, zapytała Regina raczej samą siebie cichutko, spoglądając nieśmiało i smutno na bezradnego, również smutnego Lesława, a mamy przecież też tyle pięknych wspomnień, dodała jeszcze ciszej i nie czekając już na żadną odpowiedź, wyszła z pokoju.
