W górę rzeki (23)

Ten wpis jest kontynuacją fantastycznej serii sprzed wielu lat. TU został opublikowany pierwszy wpis z tej serii, potem było jeszcze 21.

Zbigniew Milewicz

Wujek Tyjduś

Miał na imię Teodor, ale od dzieciństwa w domu mówili mu Tyjduś, brzmiało bardziej swojsko i weselej, sam był z natury wesoły. Nosił też przezwisko Kyjza, z racji swojej zawsze bladej twarzy i jako młodszy brat mojej babci Jadzi należał do bliskiej familii. Pisząc tutaj przed paroma laty swoje rodzinne historie, wspominałem o nim, jednak na tyle powierzchownie, że dzisiaj chciałbym to trochę naprawić, bo grobu wujka już nie ma i może zastąpi go słowo.

Dla moich kuzynek i kuzynów, u których mówiło się w domu śląską gwarą, był to oczywiście ujek, u nas na Wesołej się oficjalnie nie godało, tylko mówiło, więc obowiązywał wujek. Z dzieciństwa zapamiętałem go śmigającego z pędzlem, na malarskiej drabinie, po domu dziadków i w roli straszliwego Krampusa, w świętomikołajowym orszaku, który co roku do nas przybywał i gromadził zawsze sporo osób. Stwór ten wył, jak prawdziwy potępieniec, potrząsał łańcuchami, wdrapywał się na szafy w poszukiwaniu niegrzecznych dzieci i lał rózgą każdego, kto mu się nawinął pod rękę. Dopiero jak babcia Jadzia dawała mu się napić czegoś z filiżanki, to się uspokajał, ale tylko na chwilę; święty Mikołaj, za którego był zwykle przebrany mój dziadek, grał w tym spektaklu właściwie drugoplanową rolę.

Wujek był z zawodu kolejarzem, do chudej pensji w okresie międzywojennym dorabiał szmuglem. Zwinny, podczepiał się z rąbanką, spirytusem, albo belą materiału pod pociągi, kursujące między Opolem, Gliwicami i Chorzowem, czyli Niemcami i Polską i nie raz trafił za to do aresztu, z którego później rodzina go wyciągała. O tym opowiadała mi siostra mojej mamy, ciocia Irka; sam najlepiej zapamiętałem wujka, już jako starszego pana, zawsze starannie ogolonego, w staromodnym garniturze i pod krawatem. Lubił nosić fantazyjnie uformowane kapelusze, tudzież prochowce, które upodobniały go trochę do Humpreya Bogarta, tak jak on wypalał mnóstwo papierosów, dobrze popijał i na większych uroczystościach rodzinnych nie mogło go zabraknąć. Czasami towarzyszył mu kolega o nazwisku, albo przezwisku Kajzer, gość z akordeonem, posiadający szklane oko, niektórzy powiadali, że amant Tyjdusia, ale jak było naprawdę, tego się już nie dowiem. Pamiętam jednak, że grał dobrze, pod głos i nóżkę.

Romek Wypler, mój chorzowski kuzyn, z którym sobie wspominamy na Biadaczu roztomaite rodzinne historie, mówi mi, że Kajzer mieszkał u Tyjdusia i Frani na ulicy Szczęśliwej, po sąsiedzku równoległej do Wesołej. Nie wiadomo od kiedy tam mieszkał, ale myślę sobie, że prawdopodobnie od tragedii ich syna Gienka. Romek zapamiętał żonę wujka, jako drobną, czarnowłosą kobietę, ja, że miała szpiczasty nos, cięty język i była kelnerką w ciastkarni na Wolności, naprzeciw kościoła św. Jadwigi. Dobrze ten adres pamiętam, bo często chodziłem do niej na stefankę i oranżadę, i nie musiałem za to płacić. Rodzina wujka chyba jej za bardzo nie lubiła, bo prawie nie bywała na różnych urodzinach i roczkach, ale mnie zawsze traktowała miło. Gienek natomiast woził mnie czasem po osiedlu Ruch swoją wuefemką i bardzo byłem z tego powodu dumny; o tym, że utonął w Amelungu, dzikim chorzowskim stawie, dowiedziałem się podczas pobytu z mamą w Międzyzdrojach. Miałem wtedy czternaście lat i tyle wiary w swoje umiejętności pływackie, że wpław mogłem przepłynąć cały Bałtyk, a tu nagle taki Amelung i Gienek, co pływał najlepiej ze wszystkich. Już więcej tamtego lata nie wszedłem do żadnej wody, poza wanną.

Feralnego dnia w lipcu 1959 r. Romek skończył akurat roczek, więc o całym nieszczęściu dowiedział się później. Wersje zdarzenia były dwie, że pływaka złapał skurcz albo zaplątał się nogą w jakieś druty wychodzące z dna glinianki i nie mógł się z nich uwolnić. Bardzo prawdopodobne jednak, że był wtedy pod wpływem alkoholu, który wcześniej wypił na brzegu z kolegami i w chłodnej wodzie wysiadł mu układ krążenia. Gienek był przystojnym kawalerem, umiał i lubił uwodzić kobiety, wiele ich serc złamał, według cioci Irki kochały się w nim dziewczyny z całego Chorzowa, więc na pogrzebie szedł ich spory korowód.

Później odeszła ciocia Frania z domu Jagusz, a przed Sylwestrem 1974 roku wujek Tyjduś, jak mi wiadomo – ostatni z babcinej linii Hamplów. Spoczął na cmentarzu w parafii św. Ducha na osiedlu Ruch, obok swojej żony i syna. Kiedy zabrakło sponsora, który mógł sprolongować opłaty za rodzinny grób, przeorano go pod następny pochówek. Życie toczy się jednak dalej. Kilkadziesiąt metrów nieopodal są groby moich najbliższych, którymi opiekuje się Romek z rodziną. Babcia z ciocią Irką leżą oddzielnie, mama z dziadkiem osobno, tak dziwnie wyszło i widzę, że w rogu pierwszego grobu tysiące jakichś skrzydlatych stworzeń coś kombinują, ale nie wiem, co. Kiedy wspominam o tym Romkowi, mówi, że to wyklute z larw mrówki wyszły na powierzchnię, kiedy skrzydła im opadną, przybiorą normalny wygląd. Czyli nie można się dać skremować, bo z popiołu może i Fenix powstanie, ale żadne nowe życie. Nawet mrówka.

Wyplerowie mieszkają na przedłużonej ulicy Wolności w Chorzowie, na Biadaczu mają letni domek, w ogródkach działkowych, tu spędzają od lat wakacje. Tu i Wiśle, gdzie też postawili chałupę. W ogrodzie i domu zawsze jest coś do roboty, więc nikt się nie nudzi; Iza, córka Ewy i Romka robi jakąś przepierkę, jej starsza córka Martyna obiera fasolkę na obiad, a młodsza Natalka siedzi z dziadkami i ze mną w altance, i chłonie, co mówią starsi. Jest piątek przed drugą turą wyborczą, nikt z nas nie ma ochoty na rozmowę o polityce, jest tyle innych, ciekawszych tematów. Na przykład sport. Romek przez lata grał w piłkę ręczną, z Międzyszkolnym Klubem Sportowym zwiedził całą Europę, Iza poszła w jego ślady, teraz wnuczki, cieszy się z tej kontynuacji zainteresowań. Sport uczy wytrwałości w dążeniu do celu, nie poddawania się w trudnych momentach życiowych i jest równie ważny dla niego jak patriotyzm.

Kuzyn urodził się w 15 lipca, w rocznicę sławetnej Bitwy pod Grunwaldem, więc trudno, żeby nie był patriotą. W środku jego ogrodu powiewa polska flaga, a w altance widnieje napis, gdzie się znajdujemy. Może to staromodne i naiwne akcenty, ale całkiem w duchu rodziny Hamplów, z której obaj się wywodzimy, moja babcia Jadzia i Romka – Milka, były siostrami. Przekazały swoim dzieciom, a one swoim, co w życiu jest najważniejsze. Myślę zaś, że chodzi tu przede wszystkim o uczciwość wobec siebie, innych i tej ziemi, skąd nasz ród…

3 thoughts on “W górę rzeki (23)”

  1. Ze wzruszeniem przeczytałam te ciepłe wspomnienia. Na pewno Ci zza grobu bija brawo autorowi i niezmiernie się ciesza że pozostanie po nich trwałe SŁOWO,O mnie nikt nie napisze bo moje wnuki nie chcą mowic po polsku a i córka juz prawie Dunka chyba za bardzo nie dba o ten polski patriotyzm Jest mi smutno z tego powodu bo juz nie mam na nic wpływu Gdyby zył mąz może byłoby inaczej, bo córki mialy przed tata respekt a mąz byłe patriota i cenił sobie tradycje. Raduje mnie to że autor tych wspomnień postanowił “uwiecznić” ciekawe sekreciki rodzinne,Pozdrawiam autora.

  2. Droga Lucy, ogromne dzięki za Twoje serdeczne Słowo. Mam przeczucie, że Twoje dzieci potrzebują jeszcze czasu, żeby dojrzeć do zainteresowania swoimi korzeniami. Jeżeli Twój mąż był patriotą, to może spróbuj w rozmowach ze swoimi córkami jakoś je uwrażliwić na to, skoro miały przed nim respekt, to powinno je zaciekawic, jaki jest związek między pojęciami “ojciec” i “ojczyzyna”. Pozdrawiam Cię bardzo serdecznie i trzymam kciuki za Twoje dobre relacje rodzinne.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.