Z wolnej stopy 4

Zbigniew Milewicz

Na sachsy

Wszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne, każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa na swój sposób… Tymi słowami rozpoczyna się Anna Karenina, dzieło Lwa Tołstoja. Z pojedynczymi ludźmi jest podobnie, każdy dźwiga swój krzyż. Szczęśliwi nie decydują się świadomie odciąć od swoich korzeni; jeżeli wyjeżdżają na obczyznę, to po to aby swoje pozytywa jeszcze bardziej pomnożyć i zwykle tylko na określony czas; niektórzy później zostają na zawsze i niekoniecznie dalej są szczęśliwi. Wielu chciałoby zmienić swoje miejsce na ziemi, ale się boi nieznanego, takimi łatwo manipulować, jednak generalnie najczęściej emigranci spodziewają się, że gdzieś będzie im lepiej – materialnie, światopoglądowo, osobiście, jak bądź – i bywa, że tak się właśnie dzieje, tylko trzeba zapłacić frycowe. Zawsze na emigracji zyskują natomiast pośrednicy.

Patrząc na to z dzisiejszego, polskiego podwórka – różne lajfirmy, z którymi wyjeżdżający, tzw. leasingowiec, zawiera umowę o pracę za granicą, kasują często nawet połowę jego wynagrodzenia. Zarabiają przewoźnicy, tłumacze, ubezpieczyciele, kantory. Alek dotarł do Monachium własnym samochodem, jest synem Asi z Orzesza, z którą znamy się już ładnych kilka lat, a jedzie do pracy w odległym o sto kilometrów Memmingen. Mam mu pomóc w założeniu konta w niemieckim banku i jakiegoś dobrego, telefonicznego łącza, żeby dzwoniąc do Polski, nie musiał korzystać z roamingu. Posiadał własne przedsiębiorstwo, które zajmowało się przebudową podziemnych chodników w kopalniach, nie może narzekać – dochodowe, ale jeszcze przed pandemią branża górnicza, na której Śląsk stoi, zaczęła podupadać. Przyszedł covid-19, rząd wziął się za zamykanie kopalń i Alek stracił zlecenia. Póki mógł, płacił załodze postojowe, ale pewnego dnia, po zapłaceniu wszystkich podatków, stwierdził, że własne fundusze się skończyły i musiał zwolnić tych czterdziestu ludzi, których zatrudniał. Żadnego odszkodowania od państwa nie dostał do tej pory, o subwencjach, które ekipa dobrej zmiany hojną ręką niezwłocznie wypłaca poszkodowanym przez koronawirusa słyszy tylko w pro-PIS-owskich mediach, tylko że z propagandy nie wyżyje, ani on, ani jego rodzina. Dlatego zdecydował się na zarobek za granicą.

Pracodawca, z którym Alek podpisał umowę o pracę, nazywa się Sachse, czyli nomen omen – Alek wyjechał na sachsy. Firma jest polsko-austriacka, gwarantuje mu znalezienie w Niemczech zatrudnienia w zawodzie ślusarza-mechanika, którego się jako młody chłopak kiedyś wyuczył, mieszkanie, zarobek w wysokości 14 euro za godzinę plus 25 euro diety dziennie, wszystkie ubezpieczenia i taryfowy urlop, brzmi nieźle. Kupujemy kartę telefoniczną popularnej Lebary, jest trochę zawiłości w rejestracji przez internet, ale dajemy radę. Konto bankowe online w holenderskim ING mój gość zakłada już samodzielnie, nie kryjąc satysfakcji z tego powodu.

Nakarmiony, przenocowany i odświeżony rusza nazajutrz rano do swojego celu – Memmingen. Jest niedziela. Cztery dni później zjawia się u mnie nieoczekiwanie z powrotem, rozczarowany. Na kwaterunek musiał czekać w samochodzie aż do wieczora. Na drugi dzień okazało się, że przyjechał do firmy budowlanej, która stawia biurowiec. Szefowstwo miłe, fajni koledzy, jest paru Polaków, tylko że dają mu robotę na rusztowaniach, na piątym piętrze, a on ma lęk wysokości. Czyli wysokościowy montaż, a nie ślusarka na stałym podłożu, jak było w umowie, do tego zero zabezpieczeń, nawet liny z karabinkiem, ani kasku na głowie. Nikt nie zapytał go nawet, czy ma wymagane uprawnienia do pracy na wysokości, cały czas bał się, że spadnie i czwartego dnia już nie poszedł na rusztowania. Wcześniej dowiedział się, że musi opuścić kwaterę, że pośrednik poszuka mu czegoś innego. Mieszkał wspólnie z paroma innymi Polakami z budowy, w warunkach trzeba powiedzieć bardzo luksusowych,pewnie więc Sachse dużo za to płacił i chciał zejść z kosztów. Gdzie jego koledzy znaleźli dach nad głową, tego Alek nie wie, może znowu poszli do jakiejś wilgotnej suteryny, jak wcześniej, albo w swoich samochodach nocują… Póki co sam stara się wymóc na pośredniku, przy pomocy maili i rozmów telefonicznych, żeby znalazł mu miejsce pracy w Niemczech, zgodne z warunkami zawartej umowy.

Najlepiej w Bawarii, bo tu najlepiej płacą. Pośrednik nie pozbawia go tej nadziei, swoją prowizję skasował, uspokaja więc, że wszystko będzie dobrze, to nic nie kosztuje. Póki co Alek musi więc sobie radzić sam i na własną rękę szuka u mnie przez internet pracy i mieszkania, jako że nadzieja umiera ostatnia. Beznadziejna jest natomiast propaganda obozu dobrej zmiany, która utrzymuje, że za jego rządów ludzie przestają wyjeżdżać za chlebem za granicę, bo w kraju jest tak dobrze.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.