Prowincjonalne Theatrum Mundi 5

Stefan Andrzejewski

Jest wiosna 1988 roku. Uczniowie klasy humanistycznej jedynego w prowincjonalnym mieście liceum ogólnokształcącego znajdują się na półmetku edukacji. Są przecież w drugiej klasie, więc, choć do matury zostały jeszcze dwa lata, nie czują się już nowicjuszami.

Wielu z nich zdążyło odkryć swoje pasje i talenty, powoli zaczynają decydować o tym, co każdy z nich chciałby robić po maturze. Udzielają się również w życiu liceum, występują na szkolnych akademiach, niektórzy działają aktywnie w szkolnym samorządzie.

Klasa ma więc już swoją renomę.

Wychowawczynią jest Pani od Rosyjskiego. Pani, jak na rusycystkę, bardzo nietypowa. Wbrew obiegowym opiniom, głoszącym w tamtych czasach, że nauczyciele rosyjskiego to forpoczta komuny i najzagorzalsi utrwalacze sojuszu ze Związkiem Socjalistycznych Republik Radzieckich, nasza Pani jest przewodniczącą Szkolnego Koła NSZZ «Solidarność» Pracowników Oświaty.

Kiedy rok później, tuż przed wyborami do Sejmu kontraktowego, nauczyciel «wuefu» – a przy tym przewodniczący nauczycielskiej Podstawowej Organizacji Partyjnej PZPR – ukarze sporą grupę uczniów uwagami w dzienniku, za przyklejenie do tornistrów naklejek reklamujących Komitet Obywatelski przy Lechu Wałęsie, dzielna, choć niskiego wzrostu, rusycystka, stanie odważnie w obronie «swoich dzieciaków». Nikt nigdy nie dowiedział się, co miało miejsce podczas posiedzenia rady pedagogicznej, ale następnego dnia, na godzinie wychowawczej, Pani od Rosyjskiego poinformowała lakonicznym i, jak zwykle suchym, tonem:

– Rozmawiałam z panem od «wuefu», kazał was przeprosić i powiedzieć, że się niepotrzebnie uniósł; uwagi, które wam wpisał, nie będą miały wpływu na semestralną ocenę z zachowania.

Wszyscy zachowali kamienne twarze, ale w sercu odczuwali triumf, któremu dali wyraz na przerwie. Z taką Panią od Rosyjskiego szybko obalimy komunę! Strach się było bać takiej profesorki!

Wychowawczyni klasy 2A – Pani od Rosyjskiego, miała też bardzo zwariowane pomysły. Kiedy bowiem musiała przeprowadzić lekcję pokazową dla rusycystów ze wszystkich liceów w województwie, stwierdziła, że sama lekcja nie wystarczy i że nie warto ściągać ludzi z odległych miejscowości na jedyne czterdzieści pięć minut. Dlatego, jako dodatek do tej pokazówki, zaproponowała uczniom przygotowanie przedstawienia na kanwie wierszy Anny Achmatowej. Miały być one recytowane w polskim przekładzie, co znacznie ułatwiało zadanie. Wzięła się za reżyserowanie ostro i energicznie. Bo przecież «jej dzieciaki» to humaniści, z kim, jeśli nie z nimi, można zrobić prawdziwy teatr?

Ponieważ klasy humanistyczne są, w większości przypadków, mocno sfeminizowane, w 2A, na dwadzieścia siedem dziewcząt przypadało tylko siedmiu chłopaków. Tym sposobem, albo – by użyć rosyjskiego – tаким образом, piszący te słowa, jako jedyny przedstawiciel męskiej części klasy, trafił do obsady spektaklu. Czy spośród swoich kolegów był najlepszy do przedsięwzięcia tego typu? Z fałszywą skromnością powie, że chyba nie. Ale już wcześniej, na szkolnych akademiach, udzielał się jako etatowy – i nie najgorszy – recytator, był o sześćdziesiąt kilo młodszy niż obecnie, pisząc te słowa, zaś metr osiemdziesiąt wzrostu zapewniało mu jako taką prezencję. Powiedzmy więc, zgodnie z historyczną prawdą, że był naturalnym kandydatem do wzięcia udziału w tej «rozróbie».

Przez następne kilka tygodni młodzi aktorzy czuli się wybrańcami losu. Co chwilę, zwalniani z lekcji przez swoją Wychowawczynię, uczestniczyli w wielogodzinnych próbach. Pani od Rosyjskiego reżyserowała ich energicznie, ale też pozwalała im samym się reżyserować: chętnie przyjmowała sugestie, dopuszczała kłótnie o ustawienie na scenie, o ruch, gesty i mimikę. Słowem: wyzwoliła prawdziwą aktorską pasję, rozpętała burzę mózgów – każdy, kto miał choćby maleńką rólkę i parę linijek tekstu, czuł się odpowiedzialny za całość przedsięwzięcia.

Dość powiedzieć, że przedstawienie dla nauczycieli języka rosyjskiego okazało się bardzo udane.

Pani od Rosyjskiego uznała jednak, że szkoda marnować wielodniowy trud dla jednego tylko spektaklu. Zaplanowała więc dodatkowe przedstawienie dla uczniów i grona pedagogicznego oraz kolejne, dla komitetu rodzicielskiego. Odbył się ponadto spektakl «na wyjeździe» – czyli na deskach Miejskiego Domu Kultury, tego samego, w którym co roku występują profesjonalne zespoły w ramach Spotkań Teatralnych!

Młodzi artyści poczuli się jak zawodowcy. Żeby nie wyjść z wprawy, trzeba było wznowić próby. Rano lekcje (nie oszukujmy się, aktorzy byli z nich zwalniani, by w tychże próbach uczestniczyć), zaś wieczorami kolejne występy, przez kilka dni z rzędu. Toutes proportions gardées, jak w prawdziwym teatrze, gdy sztuka nie schodzi z afisza przez dłuższy czas!

Trzeba znów przyznać, co autorowi zdarzało się już w poprzednich odcinkach, że – po ponad trzydziestu latach – wiele szczegółów tego jedynego w swoim rodzaju przedstawienia pamięta zaledwie jak przez mgłę. Nie może jednak zapomnieć emocji i twórczego podniecenia, jakie towarzyszyły przygotowaniom i samym spektaklom.

Zapomniał też większość tekstów, ale ten dialog, zagrany z koleżanką, pamięta:

Koleżanka: Wydawało się: stopni tak wiele,
Koleżanka: Lecz wiedzialam, że trzy, na pewno!
Koleżanka: Pośród klonów jesienny szelest…
Koleżanka: On poprosił:
Autor:ankaO umrzyj ze mną!
Autor:ankaOszukały, zabrały mi siły
Aut or:anka
Losy zmienne i nierozumne
Koleżanka: I odrzekłam: «O miły, miły,
Koleżanka: Mnie tak samo! I z tobą umrę!»

Kiedy kilka lat później wyżej podpisany obejrzy genialny film «Stowarzyszenie umarłych poetów» z Robinem Williamsem w roli głównej, wzruszy się głęboko, choć nie będzie specjalnie zaskoczony. Będzie bowiem wiedział z «własnej autopsji» – jak mawiają niektórzy – że tacy nauczyciele istnieją naprawdę, nie tylko w głowach hollywodzkich scenarzystów filmowych.

Ale i dziś nie ukrywa, że łza kręci mu się w oku, a ekran komputera rozmazuje się co jakiś czas. Czyżby nostalgia za utraconą młodością? Przecież to już piąty odcinek, przy poprzednich coś takiego mu się nie zdarzało!

Nie, powód jest zupełnie inny.

Dziewięć lat później, w 1997 roku, autor jest już poważnym alumnem, studentem przedostatniego roku seminarium duchownego. To rok pamiętnej Piątej Pielgrzymki Jana Pawla II do Ojczyzny. Na jej trasie znalazło się także nasze miasteczko, które dopiero za dwa lata straci status wojewódzki. Wszyscy alumni rozjeżdżają się po Polsce, by uczestniczyć w uroczystościach z udziałem Papieża. Nasz bohater, ma się rozumieć, otrzymuje od przełożonych pozwolenie, by udać się do swojego rodzinnego miasta; jakże mogłoby być inaczej!

Kiedy, po wielogodzinnej podróży, wysiada z autobusu, jego wzrok przykuwa skromny nekrolog, naklejony na szybie przystanku dla «pekaesów».

Pani od Rosyjskiego! Choroba nowotworowa zabrała Ją przedwcześnie: w chwili śmierci była o ładnych parę lat młodsza od swojego ucznia w momencie, gdy pisze te słowa.

Nasz autor, wtedy już prawie-ksiądz, wie, że ludzie umierają, że zdarza się to nawet dzieciom.

Ale kobieta tak silna i energiczna, która nie bała się komuchów i trudnych wyzwań, miałaby dać się pokonać jakiejś głupiej chorobie? Niemożliwe! A ponad wszystko, to przecież Nasza Wychowawczyni i Pani od Rosyjskiego!!!! Piszący te słowa przez chwilę łudzi się jeszcze, że może to tylko zbieżność nazwisk. Lecz podpis pod nekrologiem nie pozostawia żadnych wątpliwości: Pogrążeni w bólu dyrekcja, grono pedagogiczne i uczniowie Liceum Ogólnokształcącego w…

*

Od ponad dwudziestu lat absolwenci klasy humanistycznej są sierotami.

Pani od Rosyjskiego nie było przy nich w ważnych momentach ich dorosłego życia. Piszący te słowa tak bardzo chciał Ją zaprosić na swoją prymicyjną Mszę Świętą! Na pewno byłaby dumna. Kiedy kilka dni po maturze okazało się, że, jako jedyny w klasie, nie złożył podania na żaden uniwersytet (a każde takie podanie musiało być podstemplowane przez dyrekcję, z wyjątkiem próśb o przyjęcie do seminarium; Kościół miał własne procedury i – poza świadectwem maturalnym – nie wymagał «błogosławieństwa» szkoły), Pani od Rosyjskiego zaczepiła naszego bohatera na szkolnym korytarzu:

– Nie musisz nic mówić. Wiem, że idziesz do seminarium i obserwując cię, domyślałam się tego od dawna. Nie jesteś zresztą jedyny, w każdej klasie, gdzie byłam wychowawczynią, mam przynajmniej jednego absolwenta, który został księdzem. Może jednak zastanowisz się wcześniej nad jakimiś świeckimi studiami, jakimś zawodem? Nie wszyscy dochodzą do kapłaństwa, więc, tak na wszelki wypadek, dobrze jest mieć jakiś fach w ręku.

Piszący te słowa nie posłuchał Jej sugestii, choć po latach, patrząc na – nierzadko pogmatwane – losy wielu swoich kolegów seminarzystów, którzy w trakcie przygotowania do kapłaństwa zmienili zdanie i wybrali inną drogę, docenił mądrość tej rady.

Bardzo brakowało Pani od Rosyjskiego na hucznych i uroczystych obchodach trzydziestolecia matury w 2020 roku!

Pozostaje tylko przywołać słowa Jej ulubionej poetki, której tworczość, w tak niekonwencjonalnej formie, odkryła przed «swoimi dzieciakami»:

Oszukały, zabrały mi siły
Losy zmienne i nierozumne…

Pamięci Małgorzaty Walciszek, magister filologii rosyjskiej, działaczki podziemnej «Solidarności»; nieodznaczonej, jako aktywistki zbyt niskiego szczebla, Krzyżem Kawalerskim – ani jakimkowiek innym – Orderu Odrodzenia Polski; przede wszystkim jednak jedynej w swoim rodzaju Wychowawczyni i Pani od Rosyjskiego.

Z domowego aresztu (11)

Zbigniew Milewicz

Kocynder, czyli dowcipniś

Kolejne urodziny, tym razem równa setka, a więc nie można ich pominąć. Tym bardziej, że jubilat wcale nie jest dostojny, wysuszony, ani napuszony, tylko rozdokazywany jak nastolatek, każdemu by dowalił śmiechem, podłożył nogę, albo szpilę wsadził… Może trochę pożółkł z upływem czasu, ale to mu darujmy, tak się już dzieje z papierem. Nazywa się Kocynder i ma dopisek: Czasopismo wesołe, górnośląskie. Wychodzi kiedy chce i kiedy może. Niestety od blisko 70 lat już nie wychodzi, ale zrobiło w swoim czasie tyle dobrego dla jego czytelników i Śląska, że trzeba o nim trochę opowiedzieć.

Marek Szołtysek – śląski pisarz, dziennikarz i historyk, zrobił to z właściwą mu swadą ( 28.06.2017) na łamach Dziennika Zachodniego:

Wykształcony mieszkaniec współczesnego Śląska wie, że Zagłoba jest dowcipnym bohaterem powieści Sienkiewicza, a Stańczyk to błazen. Większość wie też, gdzie Telimenie z „Pana Tadeusza” wlazły mrówki. Ale ten sam mieszkaniec Górnego Śląska nie ma pojęcia, kim są: Francek Fyrtok, Róźla Pyscycka czy Walek Brózda (…), bohaterowie Kocyndra, jednej z najważniejszych gazet w dziejach Śląska.

Ów Kocynder – co znaczy dowcipniś – to była śląsko-polska gazeta, a jej najlepszym okresem były lata 1920-1922 – czas powstań śląskich, plebiscytu i włączenia części Górnego Śląska do Polski. Ludzie czekali na kolejne wydania i masowo utożsamiali się z bohaterami. Były to postacie fikcyjne.

Z jednej strony były to pseudonimy, za którymi ukrywali się autorzy niepokorni wobec niemieckiej władzy na Śląsku. Z drugiej strony stworzono pozytywnych bohaterów, którzy weszli wówczas do świadomości śląskiej społeczności.

Tymi kocyndrowymi wicmanami byli przede wszystkim:

* HANYS KOCYNDER – to jakby główna postać. Jego imię i nazwisko można dosłownie przetłumaczyć ze śląskiego na polski, jako Jaś Dowcipniś. W większości Kocyndrów Hanys Kocynder narysowany był na pierwszej stronie, w tytułowej winiecie.

* RÓŹLA PYSCYCKA – co znaczy Róża Pyskata. Przedstawiana jest jako klachula, czyli plotkara, chodząca w śląskim stroju. Mo chopa, dziecka, we chlywiku wieprzka, a komyntuje, co sie na beztydziyń na Śląsku wyrobio. Oto fragment z zachowaniem oryginalnej pisowni: „Jak tam we tyj Genui [na konferencji międzynarodowej w 1922] mogom ci Francuzi i nasi siedzieć ze Niymcami przi jednym stole i z niymi godać, jak łoni tu mordujom Francuzow i Polokow? Jo bych im do pusku napluła i nazdałabych im /…/”.

* MUZYKANT GUSTLIK – grywa na harmonii i układa wesoło-polityczne pieśniczki, przykładowo: „Grywom na harmonii, śpiewom mej dziewczynce, zaś zeszłego roku grołech na maszynce [karabin maszynowy]. Hej, pod Świętą Anną bitwa się toczyła, a maszynka moja orgeszów [niemieckich bojówkarzy] kosiła”.

* WALEK BRÓZDA – to śląski gospodarz, co do Kocyndra pisuje listy, w których sam się przedstawia: „Mom 20 jutrzyn (1 jutrzyna = pół hektara], dwie krowy, konia, moja staro Brózdzino, maciora z prosiętami, pora kur, gęsi i ośmioro dzieci”.

* FRANCEK FYRTOK – buks i elwer, czyli cwaniak i bezrobotny, który spogląda na śląskie sprawy z punktu widzenia biednych, ale wesołych ludzi.

DEJCIE POZÓR! Powiedzmy jeszcze, że jeżeli ktoś czuje braki w kocyndrowym wykształceniu, to łatwo temu zaradzić, bo przez internet w Śląskiej Bibliotece Cyfrowej można za darmo zapoznać się z treścią kilkudziesięciu Kocyndrów (TU). Zachęcam!

Tyle Marek Szołtysek. Dodam, że współzałożycielami pisma byli Stanisław Ligoń – literat, malarz, ilustrator, reżyser, aktor, polityk i działacz kulturalny, piszący pod pseudonimem Karlik z „Kocyndra” lub St.L., który pełnił jednocześnie funkcję głównego grafika, publikującego w nim swoje antypruskie karykatury; Jan Przybyła, Wiktor Polak, Józef Bednorz i Edward Rybarz. Swoje grafiki zamieszczali ponadto Kazimierz Grus, Jan Szwajcer pseud. „Jotes”, Antoni Romanowicz, Gwidon Miklaszewski, Franciszek Miądowicz oraz Wacław Lipiński. Współpracowali literacko Teodor Tyc pod pseudonimem „K.” oraz Julian Tuwim.

Pierwszy numer ukazał się w Mikołowie i drukowany był w wydawnictwie Karola Miarki, później doszły drukarnie w Bytomiu i Katowicach. Ze względu na niespokojną sytuację polityczną redakcja bardzo często zmieniała lokalizacje. Zmienny był także nakład pisma; w roku 1921 wyniósł on 20 000 egzemplarzy. Swoim zasięgiem gazeta obejmowała cały Górny Śląsk. Pismo wychodziło raz w miesiącu jednak czasami redakcja publikowała również numery specjalne, które powiększały liczbę wydanych egzemplarzy.

W okresie plebiscytu na Górnym Śląsku Kocynder prowadził pro-polską agitację drukując nawet karty do głosowania ze wskazaniem, gdzie należy postawić krzyżyk. Jego stałym elementem było wyszydzanie pruskiego imperializmu i drylu, czyli walka z germanizacją Śląska. Wybuch II wojny światowej przerwał wydawanie miesięcznika, a redakcja się rozproszyła. Jan Przybyła w 1942 roku zginął w obozie koncentracyjnym Auschwitz-Birkenau, a Wiktor Polak w Mauthausen-Gusen. Po zakończeniu wojny pismo zostało wznowione i ukazywało się w Katowicach aż do roku 1958. Dla satyryków nie brakowało nowych tematów, zatem dalej było chętnie czytane, ale przecież nic nie trwa wiecznie.

Na zdjęciu: strona tytułowa Kocyndra z 1921 roku.

Don Quijote… Don Qui… jote (Barataria)

Elem und German Klimow
Spiegel 19.08.1991

Ein russischer Don Quijote

Gefunden von Arkadiusz Łuba. Danke!

Der Regisseur Elem Klimow hat gemeinsam mit seinem Bruder German ein Drehbuch über Michail Bulgakows berühmten Roman „Der Meister und Margarita“ geschrieben. Für den SPIEGEL porträtieren die Brüder den Schriftsteller und russischen Volkshelden, der gegenwärtig auch in Deutschland eine Renaissance erlebt.

Kaum zu glauben, daß in diesem Jahr ein volles Jahrhundert vergangen ist, seit Michail Afanassijewitsch Bulgakow geboren wurde: In seiner Heimat noch immer einer der meistgelesenen und beliebtesten Schriftsteller. Woran liegt es, daß seine Werke, die in den zwanziger und dreißiger Jahren geschrieben wurden, auch heute noch so zeitgenössisch und aktuell sind? Wie konnte es geschehen, daß all das, was er voraussah, eintraf – was erst wir, die Menschen einer nachfolgenden Generation, bestätigen können? Unzweifelhaft ist Bulgakow mehr als nur ein hochbegabter Schriftsteller. Er ist ein Phänomen.

Bulgakows Aufstieg und Sturz waren einzigartig und dramatisch. Nach seinem strahlenden Auftauchen am Literaturhorizont, nach einer unglaublichen Popularität in der zweiten Hälfte der zwanziger Jahre, trat in seinem Leben 1929 eine Katastrophe ein. Gedungene Kritiker erklärten Bulgakow zum Feind des Systems. Dann wurde sein Name ganz aus dem Verkehr gezogen. Der Schriftsteller war noch am Leben, aber er war lebendig begraben.

Erst 1962, 22 Jahre nach dem Tod Bulgakows, erscheint die Moliere-Biographie, die er schon 1933 geschrieben hat. Erzählungen, Theaterstücke und der Roman “Die weiße Garde” folgen. Der Bekanntheitsgrad Bulgakows steigt ständig und erreicht seinen Höhepunkt, als die Zeitschrift Moskwa Ende 1966 den Roman “Der Meister und Margarita” zu drucken beginnt. Die Publikation wirkt als Sensation. Schon am Erscheinungstag sind die beiden Moskwa-Nummern, in denen der Roman abgedruckt ist, ausverkauft. Bald sind sie eine bibliographische Rarität und gehen von Hand zu Hand. Man liest buchstäblich Löcher hinein.
Das phantastische Sujet, wie Satan persönlich inmitten seiner unglaublich farbenprächtigen Truppe in Moskau eintrifft, begeistert die Leser. Ebenso die Phantasmagorie der sowjetischen Lebensweise, deren “Besonderheit” bis auf den heutigen Tag kein Mensch, der seine fünf Sinne beisammen hat, begreifen oder erklären kann. Die sogenannten antiken Kapitel mit ihrer großen Überzeugungskraft und der sehr eigenwilligen Beschreibung, wie Pilatus Jesus Christus verhört, und die Hinrichtung am Kreuz. Und natürlich die beklemmend traurig stimmende Liebesgeschichte zwischen dem Meister und Margarita.
Man rühmt Bulgakows Sprache, genießt seinen glänzenden Humor, ist von der Handlung gefesselt: Urplötzlich wurde das ganze Land wie von einer Epidemie von dem ergriffen, woran Bulgakow während der letzten zehn Jahre seines Lebens gearbeitet hatte, als viele ihn schon nicht mehr unter den Lebenden wähnten. So erfüllte sich der prophetische Satz, den eine der Figuren seines Werkes sagt: “Manuskripte brennen nicht.”
Schnell wurden die Romane, Erzählungen und Theaterstücke Bulgakows in viele Weltsprachen übersetzt, sein Ruhm drang über die Grenzen der Sowjetunion hinaus. Gabriel GarcIa Marquez nannte den Roman “Der Meister und Margarita” sein Lieblingsbuch und erklärte ihn zur bedeutendsten Erscheinung in der Literatur des 20. Jahrhunderts.
Mitten in Moskau, an den “Patriarschije Prudy”, dort, wo die Handlung des Romans “Der Meister und Margarita” spielt, finden seit zwei Jahren grandios inszenierte Bulgakow-Feste in allen erdenklichen Kostümierungen statt. Dann versammeln sich an jenem Ort so viele Leute, daß buchstäblich “keine Stecknadel zu Boden fallen kann”: So wird nur ein echter Volksschriftsteller verehrt.
Zum erstaunlichsten Zeugnis für die Liebe des ganzen Volkes zu diesem Schriftsteller ist aber vielleicht das Haus am “Sadowoje Kolzo” geworden, und zwar das Treppenhaus im Hof, dort, wo in der Wohnung Nummer 50, in einem der Zimmer, Bulgakow zu Beginn der zwanziger Jahre lebte und darbte und wo er in seiner Phantasie Voland (Satan) und seine verrückte Truppe ansiedelte.
Das Treppenhaus verwandelte sich in einen Klub eigener Art. Dann fingen die Hausbewohner an, sich zur Wehr zu setzen. Sie überstrichen die Wandmalereien mit Ölfarbe, aber vergebens, denn in kurzer Zeit begann alles wieder von neuem. Auf den Wänden des Treppenhauses ging es wieder lebhaft zu, Zeichnungen und Aufschriften erschienen nacheinander.
Nach einer gewissen Zeit drangen sie dann sogar nach außen und erschienen auf den Wänden des Hauses. Charakteristische Aufschriften lauteten: “Voland, hilf Gorbatschow, er kommt nicht klar”, “Die sowjetischen Kater (Zuhälter) sind die fortschrittlichsten: Sie sind für die Perestroika”, “Haltet die Erde an, ich will aussteigen”. Aus den Adressen konnte man ungefähr die gesamte Geographie des Landes lernen.
Auf Bitten der geplagten Einwohner wurde am Eingang des Portals ein Milizkordon postiert, aber der Kordon wurde durchbrochen, die Wände und jetzt auch die Fenster wurden unerbittlich bemalt und beschrieben. So wurde das Treppenhaus auf Eigeninitiative in ein Volksmuseum umgewandelt. Durch Bemühungen der Künstlerverbände und vieler Enthusiasten kämpft man jetzt dafür, daß das gesamte Haus, in dem noch viele andere bekannte Maler, Dichter, Schriftsteller lebten und arbeiteten, in ein Kulturzentrum mit Museen, Bibliotheken, Theatern und Cafes umgewandelt wird. Wenn wir uns durchsetzen, entsteht auf der Karte Moskaus ein neuer Begriff: “Das Bulgakow-Haus”.
Der Schriftsteller wurde am 15. Mai 1891 in Kiew in einer Familie von Geistlichen geboren. Sein Vater war Dozent, später Professor an der Geistlichen Akademie. Der junge Michail Afanassijewitsch plagt im Gymnasium die Mitschüler und Lehrer mit Satiren und Epigrammen. Seine Begeisterung für die Literatur nimmt er jedoch selbst noch nicht ernst. Er wird Arzt und amputiert 1916 an der Front Beine von Verwundeten. Nach der Revolution arbeitet er als Landarzt, fühlt sich aber immer stärker zur Literatur hingezogen.
Die ersten fünf Stücke, die er im Norden des Kaukasus verfaßt, vernichtet der Autor anschließend unbarmherzig selbst. Schließlich zieht er 1921 nach Moskau und sucht sich Wohnung und Arbeit. Er verdingt sich als Zeitungsjournalist, Conferencier, Schauspieler, wird Feuilletonist bei der Zeitung der Eisenbahner, Gudok. Er schreibt immer sicherer, zeitweilig glänzend und sehr leicht.
Als Meister der Mystifikationen und des spontan inszenierten Spiels ist Bulgakow die Seele seines Freundeskreises. Gleichzeitig hält er immer Distanz, wird niemals familiär. In seinen Feuilletons macht er sich über die naive, fade Lebensweise, über den plebejischen Stil des sowjetischen Lebens lustig. Bulgakow setzt sich auch äußerlich davon ab: Ungeachtet der ewigen Geldknappheit erregt er allgemein Erstaunen mit seiner weißgestärkten Hemdbrust, dem tadellos gebügelten Anzug, dem makellosen Scheitel und dem Monokel an der Schnur.
Gar nicht zu reden von den betont aristokratischen Manieren. So verteidigte er seine Selbstachtung gerade in den Jahren, als die Achtung vor dem einzelnen immer mehr verlorenging. Niemand hätte damals wohl erraten, daß dieser glänzende Herr die Nächte hindurch selbstvergessen schwer arbeitete. Alles, was er schrieb, war eine Herausforderung an das, was um ihn herum vorging, es war eine Warnung vor drohenden Nöten und den Folgen jener sozialen Experimente, die die Bolschewiken an dem Lande vornahmen.
Bei den phantastischen Novellen Bulgakows muß man an Swift, an E. T. A. Hoffmann und natürlich an Gogol denken, den Bulgakow als seinen Lehrer bezeichnete. In der 1925 entstandenen Novelle “Hundeherz” ironisiert der Schriftsteller den Satz aus der Revolutionshymne, der “Internationale”: “Ein Nichts zu sein, tragt es nicht länger, alles zu werden, strömt zuhauf!” und erzählt, wie ein genialer Mediziner, Professor Preobraschenski, einen Hofhund in einen Menschen verwandelt, indem er ihm ein menschliches Gehirn einpflanzt.
Mit tödlichem Humor wird gezeigt, was aus diesem Experiment geworden ist. In der Vorstellung des Lesers entsteht jener schreckliche Sozialtypus, der mit nichts zu vergleichen ist und den unsere heutige Umgangssprache kurz als “Sowok” (in lateinischer Übersetzung “homo sovieticus”) bezeichnet.
Schon im Titel eine Herausforderung ist der Roman “Die weiße Garde”, denn dies ist ein Roman über den weißen Offiziersstand, der durch die Revolution dem Untergang preisgegeben ist. Mit Liebe wird die pro-monarchische Familie Turbin beschrieben, mit nostalgischem Schmerz erzählt, wie eine ganze Schicht der aristokratischen Kultur im Dunkel der Zeiten versinkt.
Alsbald interessiert sich das berühmteste sowjetische Theater, das “Moskauer Künstlertheater”, für “Die weiße Garde”, aber das Stück “Die Tage der Geschwister Turbin” (nach Motiven der “Weißen Garde”) läßt die Zensur nicht passieren; alles steht auf der Kippe. Erst das Ultimatum des großen Regisseurs Stanislawski, daß er sein Theater andernfalls schließen werde, ermöglicht schließlich die Inszenierung.
Die Premiere ist ein Triumph, und dieser Triumph wird dann fast tausendmal wiederholt. So wird Bulgakow 1926 berühmt. Das Publikum vergöttert ihn, und während die Parteikritik über das Stück herfällt, schwebt paradoxerweise der rettende Schatten des großen Führers über der Bühne.
Es ist bekannt, daß Stalin nach den Protokollen des Künstlertheaters das Stück “Die Tage der Geschwister Turbin” nicht weniger als 15mal gesehen hat. Wir scheinen hier vor einem unlösbaren Rätsel zu stehen: Hat etwa der Theaterfreund Stalin über den Politiker Stalin gesiegt? Es gibt aber noch eine andere Erklärung: Im Gespräch mit Künstlern soll Stalin ausgerufen haben: “Ja, Bulgakow geht richtig ran! Der bürstet gegen den Strich!”
Der Tyrann schätzte die “Gebildeten” nicht. Sie schreien und schreien, sagte er sich wohl, aber wenn man sie unter Druck setzt, dann geben sie Pfötchen. Häufig wählte er selbst das Opfer aus, das an der Reihe war, geschickt hetzte er den ganzen Apparat des ideologischen Terrors darauf, darunter auch die Kritik und die Redakteure. Bei Bulgakow sah Stalin plötzlich eine rückhaltlose Gradlinigkeit und Unnachgiebigkeit, das großartige Gefühl der eigenen Würde.
Aber “achtete” etwa Stalin den starken Gegner, ließ er ihn aus Edelmut am Leben, wie man annehmen könnte? Zweifel sind angebracht. Es besteht Grund zu der Annahme, daß er sich entschied, den Verwegenen auf die Probe zu stellen.
Bereits 1929 sind alle Stücke Bulgakows aus den Spielplänen der Theater verschwunden, und Bulgakow hat jegliche Hoffnung verloren, etwas gedruckt oder überhaupt noch Arbeit bekommen zu können. Am 28. März 1930 schreibt er einen Brief an Stalin. Sein Ton ist scharf und direkt. “Mit einem verlogenen Brief, in dem ich mich selbst beschmutze und dazu noch einen naiven politischen Bückling mache, würde es mir wohl kaum gelingen, mich vor der Regierung der UdSSR in einem günstigen Licht darzustellen. Den Versuch, ein kommunistisches Stück zu schreiben, habe ich erst gar nicht unternommen, da ich genau weiß, daß ich ein solches Stück nicht zustande bringe.
“Ich bitte zu berücksichtigen, daß ein Schreibverbot für mich gleichbedeutend ist mit einer Beerdigung bei lebendigem Leibe… Ich bitte die Regierung der UdSSR, mich innerhalb einer bestimmten Frist ausreisen zu lassen.” Falls man ihm dies abschlage, bitte er darum, als Regisseur, Statist oder wenigstens als Bühnenarbeiter beschäftigt zu werden.
Die Antwort trifft am 18. April 1930 ein, es ist der berühmte Telefonanruf Stalins. In dem Gespräch mit Bulgakow schlägt er ihm vor, sich beim Künstlertheater zu bewerben, wo er tatsächlich alsbald als Regieassistent angenommen wird.
Viele sahen darin ein unerhörtes Wohlwollen des großen Führers, hatte er doch Bulgakow wegen seines Briefes nicht vernichtet.
Im Leben Bulgakows ändert sich nichts außer der geringfügigen Bezahlung am Künstlertheater, wo er als Regieassistent und Schauspieler in kleinen Rollen arbeitet, dann zum Bolschoi-Theater geht, wo er Opernlibretti verfaßt. Nochmals schreibt er an Stalin und bezeichnet sich als den “einzigen literarischen Wolf” auf dem Feld der russischen Literatur.
“Man hat mir geraten, das Fell zu färben, das ist ein dummer Ratschlag. Man mag den Wolf färben, man mag ihn scheren, er wird doch nicht einem Pudel ähnlich.”
Auf diesen Brief erhält Bulgakow keine Antwort mehr. Gerade zu dieser Zeit erkrankt er an einer Neurasthenie mit Anfällen unbewußter Angst, mit Furcht vor der Dunkelheit. Während eines solchen Anfalls verbrennt er den Entwurf eines Romans über den Teufel. Aber der Plan ist in dem Schriftsteller schon fest verwurzelt, und nach kurzer Zeit beginnt er von neuem. In dem Roman taucht jetzt auch das Thema Liebe auf, und deshalb gibt er ihm schließlich den endgültigen Titel “Der Meister und Margarita”.
Ohne seine Frau Jelena Sergejewna, die er 1929 kennenlernt, hätte er seinen einsamen Kampf kaum so lange durchgestanden. Sie bringt es fertig, daß in den schlimmsten Hungerjahren ihr Haus für die Freunde immer gastfrei und offen ist. In den Tagen der tödlichen Krankheit, als er schon fast blind ist, diktiert Bulgakow seiner Frau die letzten Seiten seines Werkes, er korrigiert es wieder und wieder.
“Auf dem Sterbebett sagte er”, so erinnert sich Jelena Sergejewna: “Vielleicht ist es so richtig . . . was hätte ich noch nach dem ,Meister’ schreiben können?” In diesem Roman wird er sich seines Schicksals bewußt, so als betrachte er sich von außen, er rechnet mit dem Leben ab, mit den Feinden, und er tut es leicht, elegant, fröhlich.
Für Stalins 60. Geburtstag im Dezember 1939 soll Bulgakow ein den Führer verherrlichendes Theaterstück schreiben. Er weigert sich lange, gibt aber schließlich dem Druck nach und liefert das Stück “Batum” über Stalins revolutionäre Jugend ab.
Aber unverhofft wird eine ablehnende Äußerung Stalins bekannt; offensichtlich wünscht er nicht, die Aufmerksamkeit auf seine Jugend zu lenken, die er in einem Priesterseminar verbracht hat. Vielleicht befriedigt ihn allein die Tatsache, daß der ungehorsame Bulgakow das Stück über ihn geschrieben hat.
Das ist eine öffentliche Ohrfeige. Buchstäblich am Tag nach der negativen Nachricht beginnt er, das Augenlicht zu verlieren, er trägt eine schwarze Brille und verläßt überhaupt nicht mehr das Haus. Die in ihm schlummernde Krankheit (Nierensklerose) beginnt, sich dramatisch zu verschlimmern, und Bulgakow stellt sich als Arzt selbst die Diagnose. Er begreift, was ihm bevorsteht: Lähmung und ein langsames, qualvolles Sterben.
Der Roman, dem er die letzten Jahre gewidmet hat, muß beendet werden. Mit Mühe und Not diktiert er seiner Frau die letzten Seiten: “Oh, ihr Götter! Wie traurig ist die abendliche Erde! Wie geheimnisvoll brauen die Dünste über den Mooren! Wer durch diese Dünste irrte, wer vor dem Tode litt, wer über diese Erde hinwegflog, beladen mit überschwerer Bürde, der weiß das. Der Müde weiß es. Ohne Bedauern verläßt er die Nebel der Erde, ihre Sümpfe und Flüsse, und gibt sich leichten Herzens dem Tod in die Hände, wissend, daß nur er ihm Frieden schenkt.”
Schon als der Roman “Der Meister und Margarita” 1966 erstmals veröffentlicht wurde, dachten viele unserer Kollegen an seine Verfilmung; man stritt darüber, wer dazu in der Lage ist, wem diese Ehre gebührt. Andrej Tarkowski hatte den “Meister” in seine Pläne einbezogen, auch Federico Fellini dachte darüber nach. Die besten sowjetischen und internationalen Regisseure zerbrachen sich den Kopf darüber, wie die zauberhafte Magie der Werke Bulgakows auf der Leinwand in sichtbare Bilder umzusetzen ist.
Die mystische Einbildungskraft des Schriftstellers überstieg bei weitem die technischen Möglichkeiten des Kinos. Wie sollte man zum Beispiel eine über die Erde fliegende Frau aufnehmen, die wünschte, unsichtbar zu werden; wie sollte man einen großen, sprechenden, trinkenden und rauchenden schwarzen Kater darstellen?
Außerdem gab es drei völlig verschiedene Ebenen in dem Roman (die realistische, phantastische und religiöse), die von dem zukünftigen Regisseur ganz unterschiedliche Talente erfordern, die nur selten zusammentreffen.
Aber dennoch ließen sich die Filmleute auf die Herausforderung ein. In der UdSSR wurde der Impuls jedoch ziemlich schnell erstickt. Einer der damaligen Funktionäre, der für das Kino zuständig war, sagte sogar, solange die Sowjetmacht im Lande herrsche, werde dieser Roman nicht verfilmt.
Ausländische Versuche, den Roman zu verfilmen, mißlangen: Der Inhalt des Buches ging dabei verloren, und die Bemühungen, den phantastischen Teil des Themas darzustellen, scheiterten total. Auch die geringe Kenntnis der tatsächlichen Verhältnisse des sowjetischen Lebens in den dreißiger Jahren trug nicht zum Erfolg bei.
Hinzu kommt: Eine ganze Armee von Apologeten hat jede Zeile dieses Buches für absolut genial erklärt, das heißt für unberührbar. Kann man aber Kunst hervorbringen, wenn man auf den Knien liegt? Diese Frage hat Bulgakow selbst beantwortet, der die “Toten Seelen” des von ihm vergötterten Gogol recht frei inszenierte. Wir haben den gleichen Weg eingeschlagen. Als Überschrift zu dem Kinoprojekt “Der Meister und Margarita” könnte man schreiben: “Freie Phantasien über das Thema eines beliebigen Romans.”
Für das Abfassen des Drehbuchs haben wir fast zwei Jahre gebraucht. Wir wollten alles lesen, was der Autor auch gelesen hat, als er an diesem Werk arbeitete. Wir wollten sein ganzes Leben noch einmal durchleben, und für diese reiche Erfahrung sind wir sehr dankbar – unabhängig davon, ob unser Filmprojekt verwirklicht wird (es ist ziemlich unwahrscheinlich, schwierig und teuer).
Der Schriftsteller starb einen schweren Tod. Halb im Fieberwahn flüsterte er seine letzten Worte: “Don Quijote . . . Don Qui . . . jote”.
Don Quijote war Michail Bulgakows Lieblingsheld der Literatur. Uns scheint, auch er erinnerte an diesen Hidalgo. Nur die Mühlen waren zu seiner Zeit keine Windmühlen mehr.


HIER dieser Artikel als PDF dh. auch mit Bildern.

Der Text ist schon fast 30 Jahre alt, ich versuchte daher etwas über den Regisseur und seinen Bruder zu erfahren und nachzuprüfen, ob es den hier besprochenen Film gibt.

Elem Germanowitsch Klimow war ein studierter Flugingenieur und erst dann studierte er bis 1963 Filmregie. Bereits sein Diplomfilm Herzlich willkommen oder Unbefugten ist der Eintritt verboten erregte 1964 Aufsehen: Die in einem Pionierlager spielende Satire wurde zunächst kurz verboten, dann aber freigegeben und zu einem Publikumserfolg. Klimows international bekannteste Filme sind Agonia (1974/1981) über Rasputin und Komm und sieh (1985), eine düstere Parabel aus dem Zweiten Weltkrieg. Klimow war seit 1965 mit der Regisseurin und Drehbuchautorin Larissa Schepitko verheiratet, die 1979 während der Dreharbeiten zu ihrem Film Abschied von Matjora bei einem Autounfall ums Leben kam. Der Film wurde 1982 von Klimow vollendet.

German Klimow (geb. 1941) ist Drehbuchautor, der öftermal mit seinem älteren Bruder an dessen Filme gearbeitet hat. Man erwähnt aber weder bei einem Bruder, noch bei dem anderem den Film Meister und Margarita. 1994 wurde zwar von Yuri Kara ein gleichnamiger Film gedreht, beide Klimow Bruder werden aber nirgendwo erwähnt. Der Film selbst hat übrigens eine Geschichte, die an Terry Gilliams Film The Man, who killed Don Kichote erinnert. Mehr HIER.

Spotkania z Księciem Ciemności 21

Ksawery Kopański

Jam jest Książę Ciemności!

O czemże pisać, gdy nie bardzo jest o czym pisać? – to, jak mniemam, kluczowy problem każdego stałego felietonisty. Coś na blogu umieścić trzeba – no, w każdym razie wypada – a tu nie bardzo jest co, bo nic szczególnego się nie wydarza: dni mijają, wiosennej (czy właściwie już prawie letniej) pogody brak, kwarantanna trwa, a Książę całe dnie spędza „w terenie”. Oczywiście: wciąż przychodzi najeść się i wyspać, pobawić z Kropką i odrobinę pomiziać z moją Żoną, ale są to wizyty sporadyczne. Wszak tyle jest do zrobienia wszędzie gdzie indziej!

Może więc właśnie o tej nieobecności?

Często zastanawiam się, co On wówczas robi, gdzie się szlaja, dokąd go nosi. Właściwie już się przestałem o Niego bać: wszak złego diabli nie biorą, a to przecież Książę Ciemności! Ale ciekawość pozostała: na co też Sierściuch mitręży tak wiele czasu?

Pozostanie to zapewne tajemnicą. Przecież, jak się już kiedyś zdeklarowałem, szanuję jego wolność i śledzić go nie będę. Inwigilować tym bardziej nie. Trochę szkoda, ale słowo się rzekło…

To już dorosły mężczyzna. Ma swój koci świat, do którego nigdy nie będę miał wstępu. Lecz nie mam wątpliwości, iż jest to świat fascynujący: domyślam się tego z migawek, które incydentalnie przemkną przed mymi oczyma.

I niech tak zostanie. Korzystaj z życia, Książę. Tylko proszę, uważaj na siebie! Bo my tu na Ciebie czekamy z Kropką.

Reblog: Yahya Hassan ist tot

#Walk_of_shame. Er ist schon vor ein paar Monaten gestorben. Wir haben es nicht bemerkt. Angeblich jede seine Zeile schrie! Wir haben ihn nicht gehört. Seine Gedichte waren sehr wichtig. Wir haben es nicht gewußt.

Matthias Wyssuwa

Er schrie mit jeder seiner Zeilen

Frankfurter Allgemeine Zeitung GmbH


Foto (c) Christoph Busse

Yahya Hassan schrie seine Leser mit jeder Zeile an. Jedes Gedicht seines Debüts wirkte, als schlage er wie wild um sich, und jeder Buchstabe war groß geschrieben. Es war ein gewaltiges und gewalttätiges Ereignis, und als sein selbstbetitelter Gedichtband 2013 erschien, wurde es für den Dänen zum Triumph.

Sein Schreien machte ihn berühmt, weit über die Grenzen seiner Heimat hinaus. Nach kaum einem Jahr waren schon mehr als hunderttausend Exemplare des Buchs verkauft. Viel Glück brachte der frühe Ruhm dem Dichter aber nicht. Yahya Hassan wurde geschätzt und verstoßen, umworben und bedroht. Am Donnerstag wurde bekannt, dass man seinen leblosen Körper gefunden hat. Er wurde 24 Jahre alt. Ihren Nachruf auf Hassan überschrieb die dänische Zeitung „Politiken“ am Donnerstagabend mit der Zeile: „Yahya Hassans Tod ist kolossal schockierend, aber gleichzeitig schmerzlich vorhersehbar.“

Als Hassan berühmt wurde, war er kaum achtzehn Jahre alt, und sein Erfolg ist nicht zu verstehen ohne das Leben, das er bis dahin gelebt, die Zeilen sind nicht zu trennen von dem, was er erlebt hatte. Er war eben nicht nur ein talentierter Lyriker mit einer verkorksten Kindheit, er war auch das Migrantenkind aus dem Problemviertel, das herausschrie, was viele so noch nicht gehört hatten.

Hassan wuchs als Sohn palästinensischer Einwanderer in Aarhus auf, in einem schwierigen Viertel mit sehr hohem Ausländeranteil. Seine Kindheit war geprägt von Gewalt und Ängsten, früh schon wurde er als Kleinkrimineller auffällig und landete in Heimen. Dort fing er an, Gedichte zu schreiben, und sein Schreibtalent fiel bald auf. Er wurde gefördert. Mit einer fast vierzig Jahre alten verheirateten Betreuerin fing er eine Beziehung an, auch das sollte im Drama enden. Auch darüber sollte er in seinen Gedichten schreiben.

Was Hassan aber vor allem schrieb, ermöglichte einen Einblick in die Welt von Migranten, wie man ihn noch nicht kannte. Dänemark hatte lange keine Worte gefunden, um über das zu reden, was in manchen Vororten und Einwanderervierteln passierte. Dann kam eine rechtspopulistische Partei und nutzte die Sprachlosigkeit Anfang der zweitausender Jahre, um mit scharfer Rhetorik den Aufstieg zu schaffen.

Als Hassan dann sein Buch veröffentlichte, redeten viele oft mit erstaunlichen Härte über die Probleme von Integration und Einwanderung. Nur nicht jene, die in den Problemvierteln lebten. Aber Hassan erzählte nicht nur davon, wie er mit seiner Familie in seinem Viertel die Dänen und den dänischen Staat kennengelernt hatte. Vielmehr attackierte er unerbittlich die Einwanderergeneration seiner Eltern. Er berichtete von Gewalt in seiner Familie („Wenn mein kleiner Bruder ins Bett gepisst/ hatte/ wurde er mit Faustschlägen geweckt“), von Rückzug und Integrationsverweigerung: „Dann flüchtete Dein Vater von Flüchtlingslager/ Und dann flüchtet mein Vater von/ Flüchtlingslager/ Und dann unsere Väter verwandeln/ Dänische Blöcke in Flüchtlingslager/ Sie holen unser Großeltern/ Unser Onkel und Tanten/ und kriegen sie alle Sozialhilfe“, schrieb er, oder: „Er ist muslimisch verheiratet lebt aber/ getrennt für die Kommune/ damit seine Frau für das Sozialamt/ alleinerziehende Mutter ist.“ In einem Gedicht mit dem Titel „Du kommst in die Hölle mein Bruder“, verdichtete er das alles zu den Zeilen: „Ich liebe euch nicht Eltern ich hasse euer/ Unglück/ Ich hasse eure Kopftücher und Eure Korane/ Und eure analphabetischen Propheten.“

Sein Debüt wurde begeistert aufgenommen, die Kraft seiner Sprache gelobt, und natürlich wurde sein Werk auch politisch diskutiert. Er selbst verweigerte sich der politischen Integrationsdebatte, aber sollte sich später doch bei einer kleinen Partei engagieren, die eine Stimme für Migranten in Dänemark werden wollte, aber den Einzug ins Parlament verpasste. Hassan war aber nicht nur plötzlich eine Berühmtheit, er war auch ein Verstoßener. Er wurde nicht nur von Muslimen in Dänemark für seine Darstellung von integrationsunwilligen Einwanderern kritisiert. Er wurde bedroht, er wurde von einem Islamisten angegriffen, er erhielt Personenschutz. Er machte aber auch Schlagzeilen mit seinem Drogenkonsum, und 2016 wurde er zu einer Haftstrafe von einem Jahr und neun Monaten verurteilt, weil er ein junges Bandenmitglied angeschossen hatte, von dem er sich bedroht gefühlt hatte. Im vergangenen Jahr erschien „Yahya Hassan 2“. Er saß im Gefängnis und auch in der Psychiatrie. Am Mittwoch 29. April 2020 wurde seine Leiche in seiner Wohnung in Aarhus gefunden.

Maki nad Odrą, dalie w ogrodzie

Ela Kargol

Przybyłam, zobaczyłam i wróciłam, tak można by sparafrazować słowa Juliusza Cezara. Veni vidi reveni, tak brzmiałoby po łacinie, jeśli córka dobrze przetłumaczyła i odmieniła ostatni czasownik.
Maki nad Odrą po słubickiej stronie kwitną najpiękniej. Chociażby po to, żeby je zobaczyć, warto było zadać sobie tyle trudu podróży spowodowanego pandemią i częściowym brakiem połączeń kolejowo-autobusowych między Berlinem a Poznaniem.

14 marca wszystko jeszcze funkcjonowało.

Od lat raz w tygodniu przekraczałam Odrę pociągiem i z okna wagonu Warsu podziwiałam szeroko płynące jej wody. Gdy jechałam z wnukiem, mieliśmy pewien dowcipny rytuał. Ja mówiłam spoglądając przez okno: „Patrz Magnus, Wisła!“, a on na to: „Babciu, to przecież Odra”. Ostatnio się zagapiłam i Magnus pierwszy odezwał się do mnie: „Patrz babciu, Warta!“ A to naturalnie była Odra.

Moja prawie 90-letnia mama mieszka z moją niepełnosprawną siostrą w Poznaniu. To do nich jeździłam, przytulałam, robiłam zakupy, płaciłam rachunki, układałam lekarstwa, prałam, sprzątałam, dawałam dobre rady, których i tak nikt nie sluchał. Ostatni raz byłam w połowie marca. Nie o wszystkim pomyślałam, nie wszystko załatwiłam. Nie odmówiłam wizyty księdza, który mamę co miesiąc odwiedzał i na początku kwietna znowu przyszedł. Nawet nie mogłam mu wiele zarzucić. Przed wejściem do domu zapytał się, czy mama i siostra go przyjmą. Przyjęły go z otwartymi rękami. Ale w sumie może wymodlił opiekę nad nimi u swojego szefa.

Minęły już ponad dwa miesiące odkąd nie byłam w poznańskim domu rodzinnym.

Wyruszyłam z berlińskiego domu 22 maja, dzień później niż zamierzałam.

Ponieważ pandemia trwa już jakiś czas, przepisy zmieniają się z dnia na dzień i nikt już nie wie, co można, czego nie wolno, co jest otwarte, a co zamknięte, czy możesz wyjść z domu, pojechać do innego miasta, ba, do innego kraju. Nie tak dawno protestowali mieszkańcy przygranicznych miejscowości, ci co mieszkają po jednej stronie, a pracują lub uczą się po drugiej. Protesty przyniosły „dobre zmiany“. Nie przeczytałam nigdy tych przepisów regulujących przyjazdy i wyjazdy przez granicę, coś tam usłyszałam w radiu, ktoś znajomy wyjechał, sąsiadka przyniosła formularz, który pracodawca miał wypełnić i wypełnił, ale nie było na nim żadnej pieczątki, więc równie dobrze mogłam wypełnić go sama. Wiedziałam, że w przepisach regulujących przyjazdy i wyjazdy przez już dawno otwartą unijną granicę są jakieś luki, niedopowiedzenia i możliwości wielorakiej interpretacji. Nie ustalono, o ile wiem, jak daleko od granicy należy mieszkać, pracować. No i jak tu ustalić swoje stałe i prawdziwe miejsce pobytu, gdy wielu z nas żyje w ciągłym rozkroku, nie tu i nie tam, nie tam i nie tu.

Od wielu lat mieszkam w Berlinie, sercem i duszą zawsze w Polsce. Pamiętam granicę niemiecko – niemiecką, niemożliwość wyjazdów do Poski, później przejazdy w zatłoczonych pociągach trwające godzinami. W roku 1984 moja kwarantanna trwała dwa lata, teraz dwa miesiące.

Mam zaświadczenie od pracodawcy, polski dowód osobisty, niemieckiego nigdy nie miałam, zameldowanie w Poznaniu, umowę o pracę, paczkę landrynek jako lek antystresowy, plecak na plecach i wychodzę z domu, i odczuwam lęk jak przed laty, gdy kontrole graniczne nie należały do przyjemnych. Jadąc do Frankfurtu zastanawiam się, skąd jestem, gdzie moje miejsce. Z całej mojej rodziny tylko ja nie zasymilowałam się do końca z mieszkańcami kraju mojej emigracji. Nie umiem powiedzieć dlaczego, czy kompleksy Polaka i to mniejsze poczucie wartości wzięły górę, czy mój charakter, bo na pewno nie światopogląd. Polska jest na wyciągnięcie ręki i mimo braku umiejętności prowadzenia samochodu jeździłam tam co tydzień. Trzy bardzo ważne miejsca, które odwiedzam, to mój dom rodzinny w Poznaniu, dom w Lachowicach w miejscu rodzinnym mojego ojca i ostatnio Szczecin z jego historią niemiecko-polską.

Uważam więc, że nawet bez „bumagi” mam prawo do wyjazdów za Odrę, w jedną i drugą stronę.

Rozglądam się wokół, patrzę na pasażerów w pociągu. Już dawno po karnawale, a my wszyscy w maskach. Łapię się na tym, że choć mam trzy maseczki lub cztery, zakładam najczęściej tę w biało-czerwone paski. Już to zestawienie kolorów powinno być wystarczającym biletem wstępu za Odrę. Są maski w kwiatki, kropki, gwiazdki, galaktyki, koniki i w koniczynki, motylki, pszczółki, maski z uśmiechem lub bez, z jakimś sloganem z nakrętką jak z butelki…

Pokaż mi swoją maskę, a powiem ci, kim jesteś!

Gdy wychodziłam z mieszkania w Berlinie, obejrzałam się za siebie, spojrzałam przychylnym okiem na mój bałagan, który zostawiam i do którego chciałabym wrócić, żegnam klatkę schodową w promieniach porannego słońca, maki, które wyrosły przed domem, nie wiedząc jeszcze, że będą moim towarzyszem podróży, maki. Na przystanku autobusowym na płytach chodnikowych odczytuję zamazany napis „Be Vegan” i myślę sobie, że mi to nie grozi. Nawet nie jestem wegetarianką, nad czym ubolewa jedna z moich córek.

Dojezdżam do dworca ZOO, przez długie lata był to dworzec, z którego odchodziły pociągi do Polski. Dworzec główny, Berlin Hauptbahnhof otwarto w 2006 roku. Mimo swoich niedoskonałości jego architektura mnie zachwyca.

Na peronie jest dość pusto. Pociągi do Warszawy nie są wykreślone z rozkładu jazdy. Ale ja wiem, że żaden pociąg nie przyjedzie i nie odjedzie, jeszcze nie. W pociągu do Frankfurtu jest nas sporo. Tuż obok siedzi dziewczynka w dzierganej na szydełku kolorowej masce. Na kolanach trzyma lalkę, też w szydełkowej masce.

Wysiadłam we Frankfurcie. Zapytałam panią w informacji o ostatnie pociągi do Berlina, a potem o przejście graniczne. Pani spojrzała na mnie wyrozumiale informując o pociągach i o przejściu, przez które nie przejdę. Autobusu nie mogę znaleźć, zresztą jest ich dużo mniej. Po co mają jeździć w kierunku zamkniętej granicy? Wiem, że ta podóż będzie wyjątkowa i wyjątkowo dużo będzie mnie kosztowała, a więc wsiadam do taksówki. Taksówkarzowi wyjaśniam, że chcę przejść i że powinno się udać. Życzy mi powodzenia, ale proponuje, że poczeka. Przed mostem stoją niemieccy policjanci. Pytam się, dokąd mam pójść: „Prosto, przed siebie, nas to nie interesuje, tam stoją polnische Kameraden.” Szukam w czeluściach plecaka dowodu i zaświadczenia, żeby mieć pod ręką i idę wolnym krokiem w kierunku mostu, mostu, który jest świadkiem wielowiekowej historii. Nie zawsze był mostem przyjaźni. Jak podaje wikipedia w Polsce jest tylko mostem granicznym, a w Niemczech nazywa się Stadtbrücke Frankfurt (Oder). Nie szłam chyba nigdy tym mostem, może raz jako nastolatka, wracająca z zakupów w enerdowskim Frankfurcie. Most, który łączy i dzieli miał dzisiaj łączyć. Zmierzono mi temperaturę, nie patrząc nawet na wynik. Przeszłam na drugą stronę z dowodem i zaświadczeniem z pracy. Ci, którzy sprawdzali bilety wstępu ledwo spojrzeli na moje papiery, a ja jeszcze niepewna swojego szczęścia przeszłam na makową stronę.

Maki nad Odrą po słubickiej stronie kwitną najpiękniej. Całe zbocza czerwienią się makami. Stoję i patrzę i przez chwilę nie chcę już dalej jechać, choć wiem, że muszę i chcę, do domu, do mamy.

Z taksówkarzem uzgadniam cenę podróży do Rzepina, mając nadzieję na szybkie połączenie pociągiem do Poznania. Jedziemy, taksówkarz miły, chwali rząd, który walczy z pandemią, nie to co w Szwecji, gdzie nikt niczego nie zabrania. Cieszy się, że w Lubuskim zniosą częściowo obowiązek przywdziewania masek: „Bo kto w tym wytrzyma, pani?” Nagle dostrzegam drogowskaz na Ośno Lubuskie. Uzgadniam następną cenę i jedziemy choć na chwilę pod budynek byłego Liceum Pedagogicznego, gdzie moja mama zdawała w 1951 roku maturę. Budynek z czerwonej cegły był kiedyś Królewskim Ewangelickim Seminarium Nauczycielskim, potem szkoła realną, teraz jest Młodzieżowym Ośrodkiem Socjoterapii.

Jestem w Rzepinie, na pustym dworcu, przy zamkniętych kasach. Jakiś entuzjasta przekonany o swojej misji wyjaśnia wszystkim, którzy próbują odczytać rozkład jazdy, że pociągi nie jadą, tylko niektóre i on wie które. Mój pociąg do Zbąszynka jedzie za trzy godziny, a tych państwa obok mnie z walizkami dopiero za pięć.

Postanawiam pójść w miasto, do banku, bo jak dojadę do Poznania, to już będzie za późno i nie zdążę nic załatwić. Pan, który wszystko wie, pokazuje mi drogę. Przy dworcu w Rzepinie stoi stara parowa lokomotywa, którą zawsze podziwiam z okien pociągu, wreszcie mogę jej prawie dotknąć. Mijam poniemiecki kolejowy budynek, w którego oknie łopocze biało-czerwona flaga. Niektóre sklepy są pozamykane, niektóre otwarte, ale puste. Mogłabym kupić córce drabinę, której potrzebuje, ale po namyśle rezygnuję. W banku załatwiam wszystko sprawnie i szybko wracam na dworzec. Przy dworcu właśnie po dwumiesięcznej przerwie otwarto bar-bistro z ogródkiem, piwem i pierogami. Przy stoliku siedzi para włosko-polska. To ci, którzy do odjazdu pociągu mają pięć godzin. Wyjechali w marcu do Włoch na karnawał. Jedenastoma pociągami przyjechali do Rzepina, spod Florencji. Przez znaczną część Austrii podróżowali taksówką. Ale o tym powiedziała mi dopiero polska żona włoskiego męża, gdy ten poszedł rozprostować kości: „Ja powiedziałam mężowi, że ten pan taksówkarz, to nas za darmo przewiezie, inaczej mąż by się nie zgodził. Do Austrii nas nie chcieli wpuścić i wtedy ten taksówkarz zaproponował pomoc. Ale za kurs to policzył sobie chyba potrójnie. Teraz mamy kwarantannę, jak dojedziemy do Warszawy, ale ja to się nawet cieszę.”

Do Afrykańczyka, siedzącego w innym kącie, podchodzę sama. Pytam, co tu robi, dokąd jedzie. Jest studentem z Warszawy, pojechał szukać pracy do Berlina, nie znalazł, wraca, ale dostał kwarantannę, nie wie dlaczego.

Opuszczam moich towarzyszy pandemicznej podróży, bo mój pociąg do Zbąszynka niedługo odjeżdża. Pamiętam Zbąszynek, na tyle, na ile dziecko może coś zapamiętać. Poniemiecki dom niedaleko dworca, zbudowany w latach 30 dla niemieckich kolejarzy, dom z dużym ogrodem. Na dworcu mam za mało czasu, żeby wyjść za perony.
Mama spędziła w Zbąszynku kilka lat, mieszkała w poniemieckim domu u polskiej już właścicielki. W poniemieckiej szkole uczyła polskie dzieci. A gospodyni gotowała w poniemieckich garnkach. Przyjaźń z polską właścicielką zbąszyńskiego domu z czerwonej cegły przetrwała lata. Pamiętam ganek, sad, poręcze wymalowane na ciemnozielono i mamę, która mnie tam zabierała.
Dworzec w Nowym Tomyślu i droga do miasta przemknęły mi szybko przed oczami, gdy siedziałam w następnym pociągu do Poznania. Nowy Tomyśl pamiętam lepiej, spędziłam tu kilka pierwszych lat życia, a następne lata przyjeżdżałam tu często w odwiedziny.

Z Berlina wyjechałam rano, wieczorem dotarłam do celu podróży. Mama czekała już na mnie. Mimo ciepłego wieczoru siedziała owinięta swetrem na tarasie. Poznała mnie po głosie. Mamie przez te dwa miesiące, przybyło lat, urosły włosy, ubyło wzroku i pamięci. Mama ma prawie 90 lat, prawie nie chodzi, prawie nie widzi, prawie żyje, czuje, kocha i tęskni. Ja też tęsknię i dlatego tu jestem.

W ogrodzie nikt nie skosił trawy. Szkoda tylko, że mama nie dojrzy stokrotek, które się w niej ukryły i zakwitły, ani dmuchawców, które rozwiał wiatr. Nie zobaczy też niezapominajek rozsianych za sprawą taty po wszystkich możliwych miejscach. Nie posadził nikt georginii, które tata co roku na wiosnę sadził dla mamy pod tarasem. Biorę łopatę i wkopuję kłącza kwiatów które już wypuściły pierwsze pędy, w ziemię.

Myślę, że latem znowu zakwitną. A ja przyjadę i opowiem mamie jak wyglądają, kilka zetnę i włożę do wazonu.

Wiersze w duecie…

Teresa Rudolf

Ja jestem taka…

A ja jestem, jakaś
taka, jak woda
do kostki,
mówiła.

Ludzie wiedzą
tyle, potrafią też
tyle, mają
głębię.

Wiedzy głebię,
na każdy temat,
tym się więc
szczycą.

A ja, nie znam
się na historii
choć ogonem
świata ona.

Nie znam się
na muzyce,
choć bez niej
uszu bezsens.

Nie znam się
na geografii,
choć każdy loch
ma położenie.

Nie znam się
na poezji, choć
muzyką przecież
dla oczu.

Nie znam się
na ludziach, choć
ciągle tyle obok,
jak mrówki.

Nie znam się?
Bo ty tak mówisz?
Bo ty tak myślisz?
Bo ty tak chcesz?

To ty “nie znasz się
na mnie”, na mnie!
wrzeszczała głośno
swą depresją płacząc.

 

Mówił jej, że…

Pomyśl tylko,
jak to jest kiedy
nie patrzysz na mnie…

Pomyśl tylko,
jak to jest kiedy
tak patrzysz na mnie…

Robisz wszystko
inaczej, tak jakoś
obok mnie.

Robisz wszystko
inaczej, tak jakoś
obok siebie.

Co stało się z nami,
z tobą, ze mną,
płyniemy obok życia.

Życie płynie obok
nas, przez nas,
nad nami, pod nami.

Życie ucieka jak
piasek przesiewany
przez sito oddalania.

Pomyśl tylko…

„I can’t breathe”

Ewa Maria Slaska

Zbieram w mediach informacje o tym, co się zdarzyło, i co to może oznaczać. Uderza mnie symbolizm tego wydarzenia. Bo czy to nie symboliczne, że ostatnie słowa, jakie wypowiedział George Floyd brzmiały właśnie tak:
„I can’t breathe”? W czasach pandemii coronawirusa, gdy ci, którzy umierają, umierają na zapalenie płuc, a ci, którzy najciężej chorują, leżą pod respiratorami, bo nie mogą oddychać, czy to nie symbolicznie złowrogie zatem, że ostatnie słowa czarnego człowieka udoszonego kolanem przez białego policjanta tak właśnie brzmiały.

A zobaczyłam je jako hasło na zdjęciu profilowym na FB u dziewczyny, która kilka dni później ze zdiagnozowanym coronawirusem trafiła do szpitala. Nie ma mnie, jestem w szpitalu, napisała. Proszę nie chcieć ode mnie niczego. Bardzo źle się czuję. Aha, jakby ktoś nie wierzył, że wirus istnieje, zdiagnozowano u mnie właśnie wirusowe zapalenie płuc. 

Nie mogę oddychać. I can’t breathe.
Biały policjant z Minneapolis, Derek Chauvin, trzymał kolano na szyi unieruchomionego kajdankami czarnego George’a Floyda przez 8 minut i 46 sekund (2 minuty i 53 sekundy po tym, jak Floyd przestał się ruszać). Słowa Floyda „I can’t breathe” od wielu dni odbijają się o widzialne i niewidzialne mury w Stanach Zjednoczonych i nie tylko, napisał na Facebooku Jacek Pałasiński. Talmud powiada, że „Kto ratuje jedno życie, ten ratuje cały świat”. To zdanie jest wyryte na medalach wręczanych sprawiedliwym wśród narodów świata. To zdanie można odwrócić: „Kto zabija jednego człowieka, zabija cały świat”.
Derek Chauvin, który zabił George Floyda, być może zabił cały znany nam świat.


Arkadiusz Łuba napisał jako kometarz: wrapped in smoke, can democracy breathe? – where is the world going?! (cartoon from Sinisa Pismestrovic, in: “Süddeutsche Zeitung” 02.06.2020, p. 4) – more

Nasze europejskie #blacklivesmatter wygląda trochę inaczej niż w Stanach, pisze Antoni Komasa-Łazarkiewicz. To życie osób tonących w wodach Morza Śródziemnego w drodze na nasz kontynent. To życie i zdrowie uchodźców stłoczonych w obozach w Grecji, porzuconych i zapomnianych przez swoją Ziemię Obiecaną, wystawionych na postrach kolejnym, którzy spróbowaliby wyrwać się z nędzy, suszy i wojny, sprowadzonej na nich przez białego człowieka rabunkiem, kolonizacją i imperializmem.
To życie setek tysięcy ludzi stłoczonych w nieludzkich warunkach w Libii, gdzie opłacamy lokalnych zbirów, żeby trzymali ich z dala od nas. (…) To, że u nas policjant nie udusił niewinnego czarnego człowieka kolanem, to że problem jest mniej widoczny w naszym codziennym życiu, nie oznacza, że nie istnieje, a jedynie że udało nam się zepchnąć go dostatecznie daleko od naszych oczu. Ale on jest.

Chora odpowiada ze szpitala jednym słowem: jest.

Ale oczywiście i w Polsce są protesty. Wczoraj (3 czerwca) kilkuset poznaniaków położyło się na ziemi z rękoma na plecach. Był to spontaniczny protest po śmierci George’a Floyda. Protestujący przeszli w milczeniu przez centrum miasta. Takie działania są w Polsce zabronione, ale policja nie interweniowała.

A polski Avaaz przysłał apel o podpisanie protestu (podpisałam):

Przyjaciele i Przyjaciółki!

To są ostatnie słowa George’a Floyda, 46-letniego mężczyzny, który zmarł po tym, jak funkcjonariusz policji przygniótł go do ziemi i klęczał na jego szyi przez niemal 9 minut, dopóki się nie udusił:

„To moja twarz, człowieku
człowieku, nie zrobiłem niczego takiego
proszę
proszę
proszę, nie mogę oddychać
błagam, człowieku
proszę was
proszę, człowieku
nie mogę oddychać
nie mogę oddychać
proszę
(niezrozumiałe)
człowieku, nie mogę oddychać, moja twarz
wstań
nie mogę oddychać
proszę, kolano na karku
nie mogę oddychać
k****
ja zaraz…
nie mogę się ruszać
mamo
mamo
nie mogę
moje kolano
mój kark
jestem wykończony
jestem wykończony
mam klaustrofobię
boli mnie brzuch
boli mnie kark
wszystko mnie boli
dajcie wodę, cokolwiek
proszę
proszę
nie mogę oddychać, panie oficerze
nie zabijaj mnie
człowieku, oni mnie zabiją
daj spokój, człowieku
nie mogę oddychać
nie mogę oddychać
oni mnie zabiją
oni mnie zabiją
nie mogę oddychać
nie mogę oddychać
panie, proszę
proszę
proszę
błagam, nie mogę oddychać”

Potem jego oczy się zamknęły. Jego prośby ucichły. George Floyd nie żył.

Stoimy teraz przed wyborem. To może być po prostu kolejna tragiczna śmierć z rąk funkcjonariusza amerykańskiej policji – albo moment, w którym wreszcie nastąpi zmiana.

Jesteśmy ruchem ponad 60 milionów osób – gdy wszyscy razem zabieramy głos, nie sposób nas zagłuszyć. Więc zawołajmy głośno, razem z wszystkimi innymi, którzy wzywają do zatrzymania tej fali rasistowskich zabójstw, i wymagajmy tego samego od osób dzierżących władzę.

Podpisz ten list. Gdy będzie nas mnóstwo, Avaaz opublikuje jego treść w najważniejszej prasie w USA i na portalach na całym świecie. Niech to będzie hymn wzywający do zatrzymania tej fali zabójstw i oddający cześć wszystkim tym, których do tej pory straciliśmy.

Podpisz teraz
Jako Obywatele i Obywatelki całego świata, opłakujemy bezsensowną śmierć kolejnego człowieka z rąk amerykańskiego policjanta.

Stajemy jako społeczność po stronie tych, którzy teraz cierpią.

Te brutalne zabójstwa muszą się skończyć. Każde z nich to rana na sercu całej ludzkości oraz wstydliwa, niedająca się zmyć plama na wspaniałej fladze Stanów Zjednoczonych.

Rasizm rośnie w siłę w ciszy – a my nie zamierzamy milczeć. Rasizm jest problemem, który dotyczy nas wszystkich. To nasza walka.

Ale nie pozwolimy, aby tę walkę opanowała nienawiść, bo wtedy nie będziemy wcale lepsi od tych, których serca chcemy zmienić. Jak mówił Martin Luther King: „Ciemność nie może wypędzić ciemności, tylko światło może to zrobić. Nienawiść nie może wypędzić nienawiści; tylko miłość może to zrobić.”

W tym właśnie duchu wzywamy wszystkich sprawujących władzę by działali TERAZ i oczekujemy od prezydenta Trumpa oraz władz stanowych i lokalnych USA by wzięli odpowiedzialność za:

  • Zapewnienie, że wszyscy oficerowie zamieszani w zabójstwo George’a Floyda staną przed sądem.
  • Wydalenie ze służby i konsekwencje prawne dla funkcjonariuszy nawet za pojedynczy przypadek użycia nadmiernej siły lub nie zapobieżenia jej.
  • Zapewnienie, że każde policyjne zabójstwo będzie przedmiotem niezależnego i transparentnego dochodzenia.

Zobowiązujemy się robić to, co do nas należy, mierząc się twarzą w twarz z ignorancją, gniewem, strachem i rasizmem, mając po swojej stronie całą nadzieję, miłość i siłę naszego człowieczeństwa.

Spoczywaj w Mocy, George Floyd.
Twoja śmierć nie pójdzie na marne.

Podpisz teraz

Z niekończącą się nadzieją,

Mike, Marie, Meetali, Sarah, Andrew, Ricken i Bert wraz z całym zespołem Avaaz

Dowiedz się więcej:

Jego śmierć wstrząsnęła Ameryką. Kim był i jak zginął George Floyd? (RMF24)
https://www.rmf24.pl/fakty/swiat/news-jego-smierc-wstrzasnela-ameryka-kim-byl-i-jak-zginal-george-,nId,4527878

Oczywiście, że są protesty. Państwo zawodzi osoby czarnoskóre (New York Times – tekst w języku angielskim)
https://www.nytimes.com/2020/05/29/opinion/george-floyd-minneapolis.html


PS: Tymczasem Spiegel (i oczywiście wiele innych gazet) donosi, że w USA jest już ponad 40 milionów bezrobotnych i przybywa ich w taki sam sposób jak chorych na koronę – w ciągu wykładniczym czyli zgodnie z funkcją potęgową. Bezrobocie jednej osoby dotyczy zazwyczaj również rodziny, czyli w każdym wypadku dotknięte zostały co najmniej trzy osoby. Jest ich zatem sto kilkadziesiąt milionów. Trzy państwa wielkości Polski. Kilkadziesiąt milionów ludzi straciło nie tylko pracę, ale i dach nad głową. Powstają ogromne obozowiska bezdomnych, gdzie za chwilę stosunki będą takie same jak w obozach dla uchodźców na granicy Europy. USA zmieniają się w oazy białych i bogatych otoczone płonącym morzem nędzy i buntu.

Prasa podała też, że w ciągu pandemii właściciele Amazona i Facebooka wzbogacili się o 500 miliardów dolarów.

Bogaci się nadal bogacą, biedni nie mają czym oddychać.

Z domowego aresztu (10)

Zbigniew Milewicz

Sacrum i profanum

Red. Tadeusz Dyniewski, na którego się powoływałem przy Sprawie Cywińskiego, był autorem Pitavalu Śląskiego – Zbrodnia Zdrada Kara, wydanego w 1986 roku, w nakładzie 60 tysięcy egzemplarzy, a opisującego głośne niegdyś procesy sądowe z terenu dawnego województwa katowickiego. Dziś są już one pokryte kurzem zapomnienia, a nawet jeżeli żyją jeszcze w czyjejś pamięci, to drugiego wydania książki już nie było i myślę, że warto do niej powrócić. Na pierwszy ogień wziął autor Zbrodnię Damazego Macocha, która przed ponad stu laty budziła w Polakach przeogromne emocje, pisano o niej liczne artykuły, reportaże i felietony, trafiła na scenę i do literatury, a wszystko przez miejsce, gdzie ją popełniono oraz tło polityczne i obyczajowe.

26 lipca 1910 roku w przydrożnym rowie niedaleko wsi Zawady, koło Częstochowy, znaleziono sofę zawierającą zwłoki nieznanego człowieka. Denat miał zmasakrowaną twarz, więc ustalenie jego tożsamości było niełatwe. Carskiej policji jakby poza tym nie zależało na wykryciu sprawcy zbrodni i zanosiło się na umorzenie sprawy. Znalazł się jednak pewien dociekliwy policjant, mianowicie komisarz Denisow, który ustalił ponad wszelką wątpliwość, iż ofiarą jest Wacław Macoch z Warszawy, zaś zabójcą jego stryjeczny brat, zakonnik – paulin Damazy Macoch. Komisarzowi nie udało się aresztować sprawcy, ten kiedy wyczuł, że traci grunt pod nogami, zbiegł w niewiadomym kierunku. Denisowowi zaś zawodowa gorliwość nie wyszła na dobre, nie dano mu doprowadzić sprawy do końca i aresztowano pod zarzutem popełnienia politycznego przestępstwa.

„Zbrodnia nabrała wielkiego rozgłosu. – pisze T. Dyniewski – Ze zrozumiałych względów – zważywszy status społeczny zabójcy – wieść o niej docierała do społeczeństwa polskiego przez wszystkie granice zaborów. Wśród różnych plotek i pogłosek funkcjonowała i ta, że Macoch był agentem ochrany, związany z Rybakiem, prowokatorem zabitym przez polskich rewolucjonistów w Krakowie na początku 1910 roku. I wersja o agenturalnej pracy Macocha wydaje się bardziej niż prawdopodobna. Zda się za nią przemawiać również wspomniane wyłączenie Denisowa, jak i odebranie sprawy pierwszemu prokuratorowi. Powierzenie prowadzenia śledztwa dwom prokuratorom też wiele mówi: po prostu jeden drugiego pilnował. Znani ze współpracy z ochraną, sformułowali wobec Macocha i współoskarżonych wyłącznie zarzuty natury kryminalnej.”

Sprawca zbrodni został ujęty jesienią 1910 roku na dworcu kolejowym Krakowie. Śledztwo w tej procesowo łatwej sprawie trwało aż półtora roku. 1 marca 1912 roku na salę rozpraw Sądu Okręgowego w Piotrkowie wkroczyło siedmiu oskarżonych, pod strażą kordonu policyjnego z karabinami „na sztyk.” Poza Damazym Macochem stanęli przed sądem dwaj inni księża zakonni , Izydor Starczewski, który pomógł zabójcy zatrzeć ślady zbrodni, i Bazyli Olesiński, oskarżony wspólnie z nimi o regularne okradanie jasnogórskiego skarbca. Ściślej – powinienem był napisać “byli księża”, po wykryciu tych przestępstw zostali bowiem wykluczeni ze społeczności Ojców Paulinów. Czwartą oskarżoną była Helena Krzyżanowska-Macochowa, w swoim czasie urzędniczka łódzkiego telegrafu, a prywatnie kochanka zabójcy i żona ofiary, której zarzucano m.in. korzystanie z pieniędzy uzyskanych drogą przestępstwa i pomoc w ukryciu zbrodni. Pozostali oskarżeni to Wincenty Pianka, dorożkarz, który wywiózł z klasztoru ukryte w sofie zwłoki, Józef Pertkiewicz, podejrzany o dorobienie kluczy do skarbca i Lucjan Cyganowski. Zarzut – wyprodukowanie fałszywych dokumentów na użytek Damazego Macocha i Krzyżanowskiej.

Para poznała się w konfesjonale. Penitentka była młodą kobietą z tzw. przeszłością, z obydwu stron – jak to się dzisiaj mówi – zaiskrzyło, ale trzeba było zadbać o zasłonę dymną. Do kadzielnicy wsypał cwany mnich następującą miksturę : „Przy pomocy wytwórcy pieczęci Lucjana Cyganowskiego z Częstochowy, sfabrykował świadectwo ślubu niejakiego Kacpra Macocha z Heleną Krzyżanowską. Kacper to było imię świeckie Damazego i dziwić się tylko wypada, że przed sądem odpowiadał pod imieniem zakonnym. Równocześnie na to samo imię wystawił sobie świadectwo zgonu. Tym sposobem Helena Krzyżanowska mogła się legitymować wobec swojej, zresztą przyzwoitej rodziny majątkiem kilku tysięcy rubli, otrzymanym dzięki małżeństwu zawartemu z człowiekiem na łożu śmierci. Jako rzekomy brat zmarłego, dłuższy czas uchodził za opiekuna Heleny, a gdy sytuacja zaczęła stawać się dwuznaczna, wydał podopieczną za mąż za swojego stryjecznego brata Wacława, małego urzędniczynę, chętnie zgadzającego się na rolę familijnego parawanu. Huczne wesele, luksusowe mieszkanie, służąca, podróż poślubna do Zakopanego. Damazy wszystko finansował. I trwało to małżeńskie szczęście zaledwie sześć tygodni. Wacław rychło się znarowił i zaczął żądać coraz więcej pieniędzy. Damazy gotówki odmawiał, więc doszło do szantażu. Bo nie zazdrość, lecz konieczność definitywnego usunięcia szantażysty była motywem zbrodni“.

Oskarżony bronił się przed sądem, utrzymując, że zabił Wacława w afekcie, w czasie kłótni o Helenę, a nie, kiedy ten spał w jego celi. Narzędziem zbrodni była siekiera, która… przypadkiem znajdowała się w pobliżu. Według wersji Macochowej, jej mąż przyjechał z Warszawy do Częstochowy, wezwany przez Damazego obietnicą tysiąca rubli pożyczki. Skończyło się morderstwem. Po utopieniu zwłok sprawca pojechał do Warszawy i opowiedział wszystko Helenie. Brakuje relacji, jak przyjęła śmierć męża, ale zgodziła się rozpuścić pogłoskę, że Wacław ją opuścił i wyjechał do Ameryki. Informowany na bieżąco przez Starczewskiego o rozwoju śledztwa, kiedy zaczęło być gorąco, Macoch wyjechał wraz z kochanką z Warszawy, zawiózł Helenę do jej siostry, a sam ukrył się na terenie zaboru austriackiego. Finał tego posunięcia już znamy.

Z zeznań świadków złożonych przed sądem wynikało, że Wacław szantażował kuzyna ujawnieniem informacji na temat jego osoby, których nikt się nie spodziewa. Jakich konkretnie? Tego się już nie dowiemy, ale wszystko wskazuje na to, że chodziło o domniemane powiązania Damazego Macocha z ochraną, rosyjską policją polityczną. Jest to tajemnica czternastu stron usuniętych z pierwotnego aktu oskarżenia; prokuratora, który nie wahał się to udokumentować, odsunięto, jak już wcześniej wspomniałem, od sprawy, podobnie jak komisarza Denisowa. Oczywiście czas najwyższy odpowiedzieć na pytania, kim był Damazy, czy raczej Kacper Macoch i jak się znalazł na Jasnej Górze, w miejscu dla Polaków świętym. Zanim na to odpowiem, muszę cofnąć się jeszcze bardziej w czasie. W pracy Jana Pietrzykowskiego, p.t. „Jasna Góra po kasacie klasztorów 1864-1914”, opublikowanej w 1982 roku na stronach Studia Claramontana, czytamy: W trzydzieści lat po zniesieniu zakonów na Litwie i Rusi car Aleksander II, idąc za przykładem Katarzyny II, wydał ukaz o kasacie klasztorów rzymsko-katolickich w Królestwie Polskim (Kongresowym). Decyzję tę uzasadniono przede wszystkim popieraniem przez zakonników powstania styczniowego i bezpośrednim w nim udziałem. Powstańców nazywano zbrodniarzami, zakonników zaś, udzielających im pomocy, świętokradcami.

Ukaz carski z 19 grudnia 1864 roku, cytowany przez historyka, głosił: Zakonnicy, nie bacząc na przykazanie Ewangelii i pogardzając dobrowolnie złożonymi przed ołtarzem ślubami zakonnymi, pobudzali w roku 1863 do przelewu krwi, podpuszczali do morderstw, profanowali mury klasztorne, odbierając w nich świętokradzkie przysięgi na spełnienie zbrodni, a niektórzy wchodzili sami w szeregi buntowników i broczyli swe ręce w krwi ofiar niewinnych… Wśród napiętnowanych znaleźli się również ojcowie Paulini, padli w walce lub wywieziono ich na Sybir. 30 września 1863 roku pod Lelowem zginął wybitny strateg wojskowy, o. Zygmunt Trawiński, 1 września pod Piłsudami – o. Paweł Bohdanowicz, w Kownie poległ o. Augustyn Dębski. Na Sybir zesłano między innymi o.o. Rocha Ejsmonda, Czesława Harwozińskiego i Bonawenturę Gawełczyka, który przebywał na zesłaniu aż 15 lat… Z mocy ukazu klasztorami zarządzali właściwi terenowo biskupi, przy pomocy mianowanych przez siebie administratorów, którzy najczęściej nie mieli pojęcia o życiu zakonnym. Mieli oni natomiast obowiązek raz do roku składać władzom pisemne sprawozdania ze swojej pracy, z oczywistym wyszczególnieniem wszelkich podejrzanych, antypaństwowych zachowań. Biskupi zostali też uprawnieni do mianowania bezpośrednich przełożonych w klasztorach: przeorów i ich pomocników – prokuratorów i wikariuszy. Tak rozprawiono się z wewnętrzną organizacją zakonów i ich zwierzchnością – kwituje Jan Pietrzykowski.

Dostać się do zakonu Ojców Paulinów na Jasnej Górze teoretycznie nie było łatwo, reguła wymagała wytrwania dłuższego czasu w nowicjacie, ale po wejściu w życie carskiego ukazu, znalazły się skróty. Rosyjskiemu zaborcy zależało na osłabieniu wewnętrznej spoistości, poziomu umysłowego i etycznego zakonników, a więc kandydat musiał przede wszystkim uzyskać aprobatę gubernatora i zezwolenie Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, które dostawało się po policyjnym zbadaniu lojalności obywatela. Musiał wcześniej odbyć służbę wojskową i ukończyć 24 lata, uroczyste śluby mógł złożyć dopiero w trzydziestym roku życia. Natomiast intelekt i wykształcenie kandydata były nieistotne, przez klasztorne furty mogli więc przechodzić także ludzie niegodni noszenia habitu.

Damazy Macoch pochodził z Lipia, podczęstochowskiej wsi. Dzięki protekcji stryja, który był wójtem, został pisarzem gminnym, później zamarzyła mu się księżowska sutanna. Z seminarium duchownego musiał po pewnym czasie odejść, gdyż zabrakło mu stosownych, umysłowych kwalifikacji. Wtedy dostał się do klasztoru na Jasnej Górze. Cztery miesiące nowicjatu i świadectwo prawomyślności wystarczyło, aby stał się paulinem, ze wszystkimi właściwymi temu statusowi obowiązkami i przywilejami. Przeor Rejman zaliczył mu do stażu czas nauki w seminarium i nie był to przypadek odosobniony. Ten szanowany skądinąd paulin – czytamy w Pitavalu – był człowiekiem miękkim, zabiegał – jego zdaniem w interesie zakonu – o względy władz państwowych, a to sprawiało, że protegowanym władz kariera duchowna przychodziła łatwo. W tych warunkach wprowadzenie na teren klasztoru prowokatorów i agentów ochrany nie mogło przedstawiać żadnych trudności. A że ochrana liczyła na dokonanie przez Macocha prowokacji, świadczy nalot żandarmerii na klasztor zaraz po ucieczce zabójcy. W czasie rewizji zaglądano w każdy kąt klasztorny, szukano bomb, broni i ulotek nawet za głównym ołtarzem. Prowokacja nie wypaliła, pozostało prowadzić śledztwo w sprawie kryminalnej.

Opinia publiczna, jak to zwykle w przypadku głośnych procesów bywa, koncentrowała się na pikantnych szczegółach sprawy. Na detalach okrutnie popełnionej w świętym miejscu zbrodni, na krociach, jakie źli mnisi grabili z klasztornego skarbca, z tych groszy, „które lud ubogi niósł do puszek ukochanej świątyni, i grosze te rzucali kobietom”. Prokurator Katranowski był starym wyjadaczem w swoim fachu, wiedział, jak zbudować oskarżenie, jego przemówieniu na sali sądowej towarzyszyły burzliwe oklaski audytorium. Publiczność sądowa zawsze ceniła sobie piękne pod względem retoryki oracje stron procesowych. Ale coś w tej mowie Katranowskiego zabrzmiało fałszywo, co podchwycił obrońca Krzyżanowskiej, znakomity adwokat, dr. Korwin-Piotrowski.

Wysoki Sądzie – powiedział – panowie prokuratorzy wnieśli jeden akt oskarżenia, do którego mam się ustosunkować. W rzeczywistości akty oskarżenia są dwa. Ten drugi zapisany w myślach i sercach narodu polskiego. I przeciwko temu drugiemu ja wystąpić bym się nie odważył…

Jako poddany cara Wszechrosji mógł wyrazić swój protest przeciwko tendencyjnemu prowadzeniu procesu tylko w sposób aluzyjny, co już nie obowiązywało w sąsiednich zaborach, niemieckim i austriackim. Tamtejsza prasa otwarcie więc i na bieżąco informowała opinię publiczną o wszystkich szczegółach sprawy. To czego nie odważył się powiedzieć mecenas Korwin-Piotrowski, wyartykułował na sali sądowej paulin, który wrócił z pięcioletniego zesłania, o. Pius Przeździecki:

– Nie mogę zbrodni usprawiedliwiać – powiedział – ale wyznać muszę, że my, zakonnicy w trudnym bardzo znajdujemy się położeniu. Z jednej strony bowiem mamy prawa zakonne, które nas w sumieniu obowiązują, z drugiej strony mamy tym prawom całkiem przeciwne przepisy prawa rządowego. Zachowując te prawa, działamy przeciwko sumieniu, zachowując zaś nasze, narażamy się rządowi. Oto parę przykładów: według naszych przepisów kandydatów do zakonu przyjmują przeorowie i definitorzy wybrani przez Zakon, tymczasem u nas o przyjęciu kandydatów decyduje nie Zakon, lecz rząd. Urzędy przeorów i definitorów rząd skasował i sam wyznacza przełożonego na czas nieokreślony, co również jest przeciwne ustawom naszym. Przyjęci do zakonu winni odbyć roczny nowicjat, tymczasem rząd skasował i nowicjat i urząd magistra. Po nowicjacie winny się odbywać przez szereg lat studia filozoficzno-teologiczne, tymczasem rząd wszelkie studia skasował. W tych warunkach zakon nie może ponosić odpowiedzialności za smutne następstwa, jakie się po tym muszą wytworzyć wśród zakonników.

Przebieg procesu, któremu przewodniczył sędzia Wołkow, śledził z ramienia generała gubernatora dyrektor departamentu obcych wyznań. Niebawem w rosyjskim dzienniku urzędowym ukazała się następująca wzmianka: „Rzecz godna podziwu – na procesie Macocha w Piotrkowie o. Przeździecki nie zawahał się odpowiedzialnym za zbrodnię Macocha uczynić nie kogo innego, tylko panujący rząd rosyjski”. O. Pius zapłacił za swoją odwagę kolejnym wyrokiem, ponownie musiał opuścić klasztor i przygotować się na następne, pięcioletnie zesłanie na Sybir. Ostatecznie pozwolono mu „dobrowolnie“ opuścić Częstochowę i wyjechać za granicę.

Proces Macocha trwał krótko. 38-letniego oskarżonego bronił z urzędu mecenas Dobrosław Kleyna; Macoch przyznał się do popełnienia zarzucanych mu czynów, aczkolwiek próbował je minimalizować i wielokrotnie zmieniał zeznania. Otrzymał karę 12 lat ciężkiego więzienia. Starczewski – 5 lat, Olesiński – 2,5 roku, Macochowa – dwa lata. Cała czwórka została pozbawiona wszystkich tzw. praw stanu. W stosunku do pozostałych oskarżonych orzeczono kary od roku pozbawienia wolności do siedmiu dni policyjnego aresztu. Wszystkim zaliczono w poczet kary areszt śledczy. Do jasnogórskiego klasztoru wróciła część zagrabionych dóbr – 10 tysięcy rubli i klejnoty, które wspólniczka głównego oskarżonego powierzyła przed aresztowaniem na przechowanie swojej rodzinie. T. Dyniewski pisze, że podczas rozprawy ta 27-letnia kobieta zionęła wprost nienawiścią do mordercy, zaklinała się, że ślubnego męża kochała, a zgodziła się na ukrywanie winowajcy tylko ze strachu przed jego rewolwerem. Przekazała depozyt ojcom Paulinom za pośrednictwem swojego obrońcy, który nawiasem mówiąc zrezygnował na rzecz klasztoru z adwokackiego honorarium, w wysokości 1500 rubli. Chyba zbyt wielka była presja moralna opinii publicznej – czytamy – by ta przewrotna i zepsuta niewiasta mogła postąpić inaczej. Jaki los spotkał złote korony, wysadzane drogimi kamieniami i suknię z pereł, które skradziono z obrazu Matki Boskiej, tego nie wiem.

Damazy Macoch liczył na to, że niedługo, w 1913 roku, z powodu trzechsetletniego jubileuszu domu Romanowych, jego kara będzie zmniejszona do połowy; zmarł w 1916 roku, w piotrkowskim więzieniu, na gruźlicę. Przed śmiercią prosił, żeby pogrzebano go na drodze cmentarnej, tak aby przechodnie deptali jego grób. Życzenia tego nie spełniono, został pochowany w pobliżu kwater żołnierskich na piotrkowskim cmentarzu, na grobie widnieje napis: Śp. ksiądz Damazy Macoch, wielki grzesznik i wielki pokutnik prosi o modlitwę. Śp. znaczy świętej pamięci, tak? Albo może ja czegoś nie rozumiem… ponad to, że Jezus jest miłosierny.

Pocztówka z procesu (oba zdjęcia z Wikipedii)

Prowincjonalne Theatrum Mundi 4

Stefan Andrzejewski

Jest wiosna 1987 roku. Uczniowie klasy humanistycznej jedynego w mieście liceum ogólnokształcącego, przygotowują się do udziału w Miejskich Spotkaniach Teatralnych. Niewielka scena domu kultury gościć będzie, przez siedem kolejnych wieczorów, rozmaite zespoły teatralne z całego kraju. Spotkanie z nimi da mieszkańcom prowincjonalnego miasteczka na Ścianie Wschodniej poczucie obcowania z wielką sztuką, a przez to posmak przynależności do elity.

Podniecenie udziela się szczególnie redakcji nowego klasowego czasopisma, silnego niedawną fuzją dwóch rywalizujących do tej pory periodyków: podczas jednego z teatralnych wieczorów reporterzy gazetki mają udać się za kulisy, by przeprowadzić wywiad z twórcami wystawianego w tym dniu przedstawienia. Uzyskali już zgodę kierownictwa domu kultury i, co najważniejsze, aktorów grających w spektaklu.

Mimo sporej ilości godzin przegadanych podczas przygotowania tego wywiadu, w dniu spektaklu Redaktor Naczelna i jej Zastępca, piszący dziś te słowa, czują w głowie pustkę – nie są wszakże profesjonalnymi dziennikarzami. Mają po kilkanaście lat i, choć ambicji im nie brakuje, onieśmiela ich perspektywa rozmowy z aktorami znanej w kraju i utytułowanej krakowskiej sceny. Ponadto ułożone zawczasu pytania mogą okazać się bezużyteczne: nie wiadomo przecież, w jakim kierunku potoczy się rozmowa. Tym bardziej, że kierownik domu kultury naciskał, by trwała ona krótko. Na naszych Miejskich Spotkaniach Teatralnych istnieje bowiem tradycja, że po każdym spektaklu odbywa się spotkanie z Publicznością. A jej nie można kazać, by zbyt długo czekała na artystów. Zresztą i sami aktorzy, zmęczeni po przedstawieniu, też będą zapewne chcieli jak najszybciej udać się do hotelu na wypoczynek.

Kiedy Naczelna i jej Zastępca tuż przed rozpoczęciem przedstawienia zajmują miejsca na widowni, świadomość pustki w głowach jest już dojmująco odczuwalna.

– A może by zapytać, czy młody człowiek z małego miasteczka, takiego jak nasze, może zrobić aktorską karierę? – wyrywa się z ust piszącego te słowa.

Ten, graniczący z obsesją, kompleks prowincji u licealistów może dziś – w Polsce Anno Domini 2020 – dziwić. Przecież nawet pobieżna lektura biografii rozmaitych ludzi kultury wskazuje, że nie wszyscy spośród nich przyszli na świat w Warszawie, Krakowie czy Poznaniu. Prowincja od dawna zasilała wielkie ośrodki. Młodzi ludzie z małych miejscowości zawsze odczuwali presję, by skończyć studia i znaleźć swoje miejsce w wielkim świecie. Tego jednak nasi bohaterowie w roku 1987 nie wiedzą – i to nie tylko dlatego że nie mieli jeszcze dostępu do wszechwiedzącej wikipedii: trudno im to sobie wyobrazić także z tego powodu, że ponura codzienność mrocznych lat osiemdziesiątych w ich prowincjonalnym miasteczku, jest wyjątkowo przygnębiająca. Jedno liceum, jeden dom kultury, jedno kino… Wielki świat wydaje się tak odległy! … Dlatego też projekt pytania o możliwość wypłynięcia z naszej małej zatoki na szerokie morze wydaje się w pełni uzasadniony.

Zanim Naczelna zdąży odpowiedzieć, z rzędu krzeseł nieco bliżej sceny, odwraca się starsza pani i mówi:

– Oczywiście, że tak! Przykładem jest mój syn. W ubiegłym roku skończył łódzką filmówkę, obecnie jest aktorem Teatru Powszechnego w Łodzi.

Młodzi dziennikarze przytakują grzecznie starszej pani, dumnej ze swojego syna, pytają o jego nazwisko. Niczego im ono jeszcze wtedy nie mówi. Dopiero kilkadziesiąt lat później dowiedzą się, że ów aktor również jest absolwentem ich liceum: jego twarz stanie się w Polsce bardzo znana*. Ale w 1987 roku na młodego adepta sztuki aktorskiej, który wyrwał się z naszej prowincji w wielki świat, czeka jeszcze wiele pracy, nim zrobi on karierę.

Tymaczasem rozpoczyna się spektakl. Dziś na afiszu «Ławeczka» Aleksandra Gelmana, w wykonaniu pary aktorskiej z Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie.

Fenomenalne przedstawienie, zagrane brawurowo. Mimo że w obsadzie są tylko dwie osoby, od pierwszej do ostatniej minuty potrafią one skupić uwagę widza.

Czas mija szybko i nasi dzielni redaktorzy, po opadnięciu kurtyny, z duszą na ramieniu udają się za kulisy. Okaże się jednak, że lody zostają przełamane bardzo szybko. Pani Ania i Pan Krzysztof** to ludzie przystępni i serdeczni. Na szczęście Polska Anno Domini 1987 nie zna jeszcze pojęcia «celebryta»: licealiści prowadzący wywiad stykają się nie z rozkapryszonymi gwiazdami, ale z artystami, którzy, niezależnie od swojej wielkości, są ludźmi bardzo sympatycznymi i szanującymi rozmówcę. Nawet jeśli ten rozmówca to gówniarz z drugiej klasy ogólniaka.

Gdy pada fundamentalne pytanie o możliwość zrobienia aktorskiej kariery przez młodego człowieka z prowincji, pan Krzysztof odpowiada, że jest to realne: więcej – że on sam jest tego najlepszym przykładem. Wspomina swoje dzieciństwo spędzone w małej wiosce na Ścianie Wschodniej; mówi o rocznym epizodzie pracy w charakterze górnika przodowego w jednej z katowickich kopalń – był to wszak czas, gdy wielu «naszych» szukało szczęścia na Górnym Śląsku – w epoce «wczesnego Gierka» praca górnika cieszyła się prestiżem i zapewniała przyzwoite dochody. Wreszcie nasz rozmówca ujawnia swoje niezrealizowane marzenie o wstąpieniu do seminarium duchownego. Jako człowiek wierzący dodaje, że widocznie to Reżyser nie dał mu powołania do kapłaństwa, ale wybrał dla niego inną drogę.

Pani Ania uzupełnia:

– Nie rezygnujcie z waszych marzeń i aspiracji. To nie miejsce pochodzenia decyduje o tym, kim jesteście i co możecie osiągnąć. Liczy się praca i determinacja, oczywiście w przypadku zawodu aktorskiego, także i odrobina talentu.

Aktorzy nie sprawiają wrażenia zmęczonych ani zniecierpliwionych przedłużającą się rozmową. Wcześniejsze ustalenia co do długości wywiadu, wynikały chyba bardziej z nadgorliwości kierownika domu kultury, niż z sugestii samych artystów.

Trzy dekady później piszący te słowa nie pamięta już wszystkich pytań i odpowiedzi. Nie wie nawet, czy gdzieś tam, może w którymś zakamarku szkolnego strychu, znajduje się jeszcze jakiś pożółkły egzemplarz gazetki z owym pamiętnym wywiadem. Ale jeszcze dziś czuje emocje i atmosferę, jakie towarzyszyły rozmowie: serdeczność i otwartość rozmówców, lecz przede wszystkim ich nieoczekiwane podobieństwo do nas, młodych ludzi, żyjących na prowincji i mających wielkie marzenia. Im udało się te plany zrealizować, a przecież punkt wyjścia mieli wcale nie lepszy niż nasz.

Redaktor Naczelna gazetki klasowej i jej Zastępca wyszli ze spotkania pokrzepieni na duchu i uskrzydleni. Za kilka lat każde z nich, jak również pozostali uczniowie klasy humanistycznej, opuszczą rodzinne gniazdo, by realizować swoje marzenia, aspiracje, a może tylko zwykłe plany zawodowe.

W każdym jednak przypadku wszyscy oni zapamietają te ważne słowa, które padły na spotkaniu w garderobie domu kultury:

– Nie rezygnujcie z waszych marzeń i aspiracji. To nie miejsce pochodzenia decyduje o tym, kim jesteście i co możecie osiągnąć.

* Robert Rozmus – aktor, prezenter telewizyjny, artysta kabaretowy.

** Anna Sokołowska i Krzysztof Jędrysek – aktorzy Teatru im. Słowackiego w Krakowie.