9-Euro Ticket

Ela Kargol

Wycieczka pierwsza, wymuszona przez prace na odcinku kolejowym Frankurt nad Odrą – Berlin.

Wracałam z Poznania. Pociąg dowiózł nas do Frankfurtu nad Odrą, dotąd sprzedała mi pani bilet w Poznaniu, a dalej „pojedzie pani sobie regionalnym“, dodała. Czyli w ramach mojej rocznej karty na komunikację miejską w Berlinie, pomyślałam. Od czerwca do sierpnia włącznie można po całych Niemczech podróżować pociągami regionalnymi i komunikacją miejską w ramach tzw 9Euro-Ticket. A kto ma bilet roczny, jak ja, kupiony za drogie pieniądze, dostanie zwrot różnicy (cena biletu miesięcznego minus 9 Euro) i to przez 3 miesiące.

https://punkt.media/pl/poradniki/niemcy/transport-i-mieszkania-d/13575-wszystko-co-musisz-wiedziec-o-9-euro-ticket-w-niemczech

https://www.bundesregierung.de/breg-de/aktuelles/faq-9-euro-ticket-2028756

No więc pojechałam do Frankfurtu, bo dalej pociąg nie jechał. Dalej to chciałam z tym biletem, który miał wszystkich zachęcić do pozostawienia w domu samochodu i do przesiadki na pociąg.

Do jazdy koleją namawiać mnie nie trzeba. Lubię pociągi, dworce, wagony, przesiadki, Wars, opóźnienia, tak, opóźnienia, wagony sypialne, kuszetki, restauracje dworcowe, których coraz mniej…

Podróż pociągiem to dla mie przygoda, często odpoczynek, dobra kawa, stukot kół po torze, krajobraz za oknem, głośny gwizd i jeszcze głośniejsze: „Proszę wsiadać!!!“ konduktora.

Podróż pociągiem to czas dla mnie, który nie stwarza mi wielu możliwości jego wykorzystania, bądź zagospodarowania.

Podróż pociągiem to czas na pewno nie stracony, wręcz odwrotnie, zyskany.

Wysiadłam w nadodrzańskim Frankfurcie i wyszłam na plac przed dworcem, a plac jakby wiedział, że przyjeżdżam z Poznania, już od dawna nazywa się Posener Hof. Nazwa wiąże się z koleją – z Koleją Marchijsko-Poznańską.

Wydawać by się mogło, że droga kolejowa z Poznania do Berlina prowadziła zawsze przez Frankfurt. Nic bardziej mylnego. Wcale nie było tak prosto dojechać z Poznania do Frankfurtu i dalej do Berlina. Jeździło się przez Szczecin, a potem przez Wrocław i dopiero gdy w 1870 roku wybudowano most na Odrze i poradzono sobie z nierównościami terenu, pociągi Kolei Marchijsko-Poznańskiej dojeżdżaly z Poznania do Frankfurtu i dalej. Stąd Posener Hof, który przyjmował podróżnych z Poznania i żegnał tych którzy w tym kierunku zmierzali.

Została nazwa, kilka budynków, aleja platanów i stara lokomotywa.


Pogoda ładna, nie muszę zaraz jechać do Berlina. Pociągów regionalnych i tak nie ma, jest komunikacja zastępcza do Fürstenwalde. Już kiedyś chciałam zobaczyć Wyspę Kozią, nawet w planie była rodzinna wycieczka. Ale chyba dobrze, że wybrałam się sama. Nazwę swoją wyspa zawdzięcza, jak łatwo można się domyśleć, kozom, które nadodrzańscy rybacy wypasali na wyspie, albo karmili je trawą z wyspy. Mostów pewnie nie było, a więc kozy pędzono na wyspę „furtem” czyli brodem.

Gdyby moja mama zobaczyła Kozią Wyspę, powiedzialaby, „widziałam ładniejsze“, a 13-letni wnuk stwierdziłby, że tu nic nie ma. Może mieliby trochę racji w swoim pojęciu ładności i potrzeb.

Na wyspie nie ma kóz, w pobliżu chyba też nie. Malownicza ulica rybaków, (Fischerstraße), dawnych właścicieli kóz też pusta. Jedynie chłopca z rybą zaklętego w kamień zobaczyłam, ale już trochę dalej (https://de.wikipedia.org/wiki/Kunst_im_%C3%B6ffentlichen_Raum_in_Frankfurt_%28Oder%29#/media/Datei:2006-05_Frankfurt_(Oder)_02.jpg).

Wyspa położona jest między odnogą Starej Odry a Odrą główną, z widokiem na drugi brzeg i drugi kraj.

Wyspę można obejść dookoła, na co się zdecydowałam, wędrując ścieżką od wschodniej strony Odry, pozdrawiając rybaków (jednak to chyba byli wędkarze) po drugiej strony rzeki, ocierając się o trzciny, wdychając zapach przekwiłych akacji i hyczki (dla niepoznaniaków – czarnego bzu), oganiając się od puchu kwitnących topól i muszek, i próbując zgadywać, jakie to zioło, przystając, wąchając. Rozpoznałam miętę, podagrycznik pospolity, o którym dosłownie kilka dni temu opowiadała mi sąsiadka, koniczynę, krwawnik, podbiał, babkę lancetowatą. Resztę przeoczyłam, nie znam, nie pamiętam. Hyczka kwitnie na całej wyspie. Pamiętam, jako dziecko zbierałam kwiaty czarnego bzu u cioci w Sośnicy. Najwięcej ich było na starym niemieckim cmentarzu. Po hyczce zakwitała lipa, też niemieckocmentarna. Koszykami przynosiliśmy do stodoły. Wujek rozkładał kwiecie w odpowiedni sposób do suszenia. Pod koniec lata braliśmy wszystkie wysuszone zioła do miasta. O syropie z czarnego bzu i nalewce dowiedziałam się dużo pózniej.


Wyspowa ścieżka prowadzi przez obszar w dużej mierze zachowany jeszcze w pierwotnym stanie, obszar często zalewany wiosną i jesienią, z nierównym brzegiem, poprzecinanym cyplami, wbijającymi się w rzekę. Ścieżka w pewnym momencie dochodzi do ukształtowanej już ręką architekta promenady i otwartego w roku 2003 tzw. Ogrodu Europejskiego. Ogród opowiada o rzece, o jej źródle, biegu, życiu, pracy… Aranżacja ogrodu nie w każdym miejscu mnie przekonywała. Ze ścieżką wśród sitowia nie może się równać. Plac zabaw bardzo ciekawy, prawie pusty. Obok duży plac z dmuchaną zjeżdżalnią dla dzieci, wata cukrowa, piwo i jakieś kiełbaski, a do tego z głośników Cała naprzód Heleny Fischer (Volle Kraft voraus). Gdy opuszczałam wyspę, zeszłam jeszcze raz do ścieżki, tej dzikiej, wśród trzcin i sitowia. Zaczęła kukać kukułka. Za mąż już nie wyjdę, skorzystałam więc z tej drugiej wróżby, wróżącej długie życie, bo kukułka nie przestawała kukać.

Do dworca wracałam częściowo szlakiem Heinricha Kleista. Doszłam do byłej szkoły garnizonowej, gdzie mieści się Muzeum Kleista. W ogrodzie znajduje się kopia krzyża nagrobnego przyrodniej siostry Kleista, Ulriki (1774 –1849), oryginał płyty nagrobnej Christiana Ernsta Martiniego (1762 –1833), nauczyciela domowego Kleista, kopia płyty nagrobnej Heinricha von Kleista z Berlina. Oryginał z 1862 roku stał do 1936 roku w miejscu jego samobójczej śmierci i pochówku nad jeziorem Kleiner Wannsee, w Berlinie. Z okazji Igrzysk Olimpijskich w 1936 roku nacjonaliści próbowali podpisać się pod twórczością Kleista, usunęli nagrobek, a wersy żydowskiego poety Maxa Ringa (Żył, śpiewał i cierpiał / W ponurych, trudnych czasach, / Szukał tu śmierci / I znalazł nieśmiertelność) zastąpili cytatem z samego Kleista, Teraz, o nieśmiertelności, jesteś cała moja.


Po gruntownej renowacji jesienią 2011 roku na nagrobku (tym przy Wannsee) napis jest po obu stronach. Na froncie ponownie umieszczono cytat Maxa Ringa, na tylnej stronie kamienia widać stary napis, a do nazwiska poety dodano nazwisko Henriette Vogel, współtowarzyszki Heinricha w śmierci z wyboru.

Wróćmy jeszcze do Frankfurtu. Domy Heinricha Kleista i jego narzeczonej Wihelminy nie przetrwały bombardowań drugiej wojny światowej. Przy Forstsrasse 1 do dzisiaj stoi odrestaurowany dom historyka Carla Renatusa Hausena, na którego wykłady uczęszczał młody Kleist. O byłym cmentarzu przykościelnym w parku przy kościele św. Gertrudy przypominają dwa zachowane do dziś pomniki nagrobne. Pomnik nagrobny profesora uniwersytetu Joachima Georga Darjesa (1714 -1791) i jego żony Marty Friderici Reichardt jest dziełem słynnego berlińskiego rzeźbiarza Johanna Gottfrieda Schadowa. Melchior Kambly jest autorem pomnika upamiętniającego Ewalda Christiana von Kleista (1715 –1759), stryjecznego dziadka Heinricha, który zginąl w bitwie pod Kunnersdorfem (dzisiejsze Kunowice). Sto lat po śmierci Heinricha Kleista Gottlieb Elster upamiętnił dramaturga rzeźbą, przedstawiającą siedzącego na cokole młodzieńca, który w lewej ręce trzyma lirę. Jego prawa ręka spoczywa na cokole, a wzrok skierowany jest w dal. Na froncie cokołu znajduje się napis Dem Andenken Heinrichs von Kleist (Pamięci Heinricha von Kleista), a nad nim okrągły medalion z wizerunkiem głowy poety. Na bokach pomnika znajdują się płaskorzeźby przedstawiające sceny z dramtów Kleista. Do parku Kleista nie dotarłam, choć to również były cmentarz, na którym pochowana została przyrodnia siostra Heinricha, Ulrike von Kleist. Jej nagrobek zaginął, a uproszczona wersja nagrobnego krzyża, o czym już wspominałam, znajduje się przed muzeum.

Plany budowy kolei między Frankfurtem a Berlinem powstawały dopiero 20 lat po śmierci Kleista. Od roku 1842 zaczęły jeździć pociągi do Berlina. Jeszcze później wybudowano most na Odrze i połączono oba miasta targowe, nadodrzański Frankfurt i Poznań koleją żelazną.

W trakcie budowy linii kolejowej Poznań – Frankfurt konieczna była przebudowa i rozbudowa stacji kolejowej. Linia z Poznania otrzymała własną część stacji, na wschód od głównego budynku dworca.

Szkoda, że w ramach 9Euro-Ticket nie można ze sobą zabrać roweru. Ale może i dobrze. Prawdopodobnie pociągi pękałyby w szwach od ilości przewożonych jednośladów.

Sam 9Euro-Ticket napełni pociągi podróżnymi ciekawymi świata.

Taka była wycieczka pierwsza. Dalsze na pewno nastąpią.

Poziomki i cmentarze

Ela Kargol

Rok temu nie było nas na urodzinach Wiktorii Korb, ale chyba nie miała nas wtedy jeszcze jak ugościć. Poziomki dopiero się zadomowiały, a kamieniarz wykuł dopiero co litery i słowa. Błyszczą obsypane złotem, pod datami, imieniem i nazwiskiem jest jeszcze jedno bardzo ważne złote słowo: PISARKA
To wtedy powstała ta chyba nigdzie nie zmieszczona notatka.


U Viki w ogrodzie rośnie coraz więcej poziomek. Pchają się wszędzie. Ciekawe, czy wiosną będą znowu dojrzewać. Jest zielono, ale mało kwieciście.
Z Viki tak naprawdę zaprzyjaźniłam się po jej śmierci. Znałyśmy się wcześniej, ale dopiero teraz często ją odwiedzam. Ten nowy adres, ten na wieczność, jest dość blisko mojego miejsca zamieszkania.
Lubię ten cmentarz. Przejrzysty, z katakumbami. Mówią o nim cmentarz artystów. Jeżeli Joseph Beuys miał rację, to leżą tu sami artyści, bo artystą jest przecież każdy.
To taka przyjaźń w jedną stronę. Nie byłoby śmierci, nie byłoby przyjaźni. Pewnie, że jestem w lepszej sytuacji. Wybieram kwiaty, które lubię, odwiedzam, kiedy chcę, odchodzę, kiedy chcę. Dopiero niedawno skończyłam czytać twoją pierwszą książkę.
Lubię tu przychodzić. Gdy dowiedziałam się o tym, że mam raka, też tu przyszłam, z córkami, wnukami. Wypiliśmy kawę, zjedliśmy ciastko. Z wnukami gonilismy wiewiórki. Wiktorii Korb tu jeszcze nie było. Była już Marlena Dietrich, Helmut Newton, Yaneck, Ferruccio Busoni, Michael
Schoenholtz, Ulrich Gressieker… byli inni. Teraz jest tu Viki, pisarka.

Wiktoria Korb skończyła 11 czerwca 2022 roku 77 lat, albo skończyłaby, jeżeli w niebie liczymy lata od początku.
Fejsbuk przypomniał o urodzinach Viki, bo fejsbuk, od kiedy się pojawił, stał się nieśmiertelny.
Wprosiłyśmy się trochę na twoje urodziny. No bo jak byś miała nas zaprosić? Ale znaki dawałaś. Przypuszczałyśmy, że nas nie ugościsz, kawę i ciacho wzięłyśmy ze sobą. A tu takie miłe zaskoczenie. „Stół“ zastawiony, aż się uginał.


Najpierw uczta dla oczu, a potem modły dziękczynne do stwórcy, za to, że oprócz wielu rzeczy, które stworzył, jedne z najpiękniejszych są poziomki.

Chmiel na bezsenność
rezeda na nerwy
tymianek na nieśmiałość
chrzan co leczy chore korzonki
to wszystko tak dużo że mało
gdybyś nie stworzył poziomki,
pisał Jan Twardowski.

A więc najpierw uczta dla oczu, potem dla ciała.
Lepszego terminu na urodziny, nie mogłaś sobie wybrać, zresztą nie ty wybierałaś. Wszystko kwitnie, dojrzewa. Właściwie już lato, choć to późna wiosna. Już rok temu zauważyłam, że obok miejsca, które wybrałaś sobie na wieczność, albo wybrano je tobie, zakwitają poziomki. Jedną ci wtedy podarowałam, po prostu przesunęłam ją bardziej w twoim kierunku.

Reblog for an archeologist

greekreporter.com

Greek Necropolis Outside Naples to Open to Visitors for First Time Ever

By Patricia Claus


Medusa Greek Necropolis
A Medusa stares out from the wall, scaring away all those who might mean harm to the spirits of the people buried in the Greek necropolis near Naples. The sculpture has only been seen by a handful of people in the centuries between its abandonment in Roman times until now. Credit: Alessandra Calise Martuscelli /CC BY-SA 4.0

A spectacular Greek necropolis complex at Sanita, just outside Naples, will open to the public later this year, when the world will finally be able to see the stunning tombs that were carved into the volcanic tufa rock by the ancient Greeks who colonized the area.

Just outside the walls of Naples — originally named Nea polis, or New City, by the Greeks — the tombs were first discovered by accident in the 1700s. Since that time they have variously been forgotten, partially uncovered and then opened to a very small number of people who were friends of the aristocratic family who owned the palace that was built atop them.

Now, however, they are being systematically excavated and restored, thanks to a woman who married into the family, who petitioned for the site to be overseen by Italy’s Central Institute for Conservation (ICR).

Necropolis
A bed carved out of solid rock is part of a necropolis outside Naples, Italy that will open to the public this Summer. Credit: Screenshot/Youtube video/Discovery Campania

According to a report in Smithsonian Magazine, workers most likely discovered the tombs way back in the 1700s, when a hole they made in the Palace’s garden above destroyed the dividing wall between two of the necropolis’ chambers.

Lying forgotten again for another century, they were rediscovered in 1889, when Baron Giovanni di Donato, the ancestor of the current owner of the Palace, excavated his property to try to tap into a water source for his garden.

The necropolis had been used by the Romans after the time of the Greeks, but the area was subject to flooding and it was eventually buried in feet of sediment. The sarcophagi the Baron found in the 1800s lie 40 feet below street level now.

The spectacular necropolis contains dozens of rooms that are cut as one piece into the volcanic tufa — the same stone which the Roman catacombs were carved out of.

Two years ago, Luigi La Rocca took the reins at the Soprintendenza, a government department which oversees Naples’ archaeological and cultural heritage. The Greek necropolis was one of the first places he visited. From that time onward, he has made it his mission to open up the spectacular Greek necropolis to the public.

“The tombs are almost perfectly conserved, and it’s a direct, living testament to activities in the Greek era,” La Rocca adeclares, adding “It was one of the most important and most interesting sites that I thought the Soprintendenza needed to let people know about.”

Just as they did elsewhere, the Romans revered Greek culture to the point that they allowed the Greeks whose ancestors had settled the area to continue their lives and practice their culture in every way.

These Greeks built stunningly ornate family tombs, placing multiple bodies in each tomb, presumably all the individuals belonging to one family.

Archaeologists at the Soprintendenza believe that the necropolis was in use from the late fourth century BC to the early first century AD. With its discovery and restoration, La Rocca says that it is now “one of the most important” archaeological sites in Naples.

Another Greek funerary complex, at the nearby Greek colony of Posidonia — later called Paestum by the Romans — also features spectacular artwork, including the only known representational fresco to survive from the time of Ancient Greece, showing the deceased as a young man diving into the sea.

Of course, the area is also not far from the sites of Pompeii and Herculaneum, which were covered by feet of ash in the eruption of Mt. Vesuvius in 79 AD.

Medusa
The Gorgon Medusa is the only free-standing sculpture in the Greek necropolis in Sanita, outside Naples – everything else was sculpted out of the bedrock. Credit: Alessandra Calise MartuscelliCC BY-SA 4.0

The Via dei Cristallini, the Neapolitan street on which the aristocratic di Donato family’s 19th-century palace was built, gives its name to the necropolis, which is referred to as the “Ipogeo dei Cristallini.”

Each tomb has an upper chamber, where funerary urns were placed in niches above benches that were carved into the rock for mourners. The bodies of the dead were placed in the lower burial chamber. But both chambers were richly decorated, with statues — which archaeologists believe may have been of ancestors — as well as sculpted eggs and pomegranates, which are both symbols of new life and resurrection.

Astonishingly, the names of the dead themselves may also be preserved on the walls of the tombs, with the ancient Greek writing still clearly visible.

“The incredible thing about this site is that it was all ‘scavato’ — excavated,” says Melina Pagano, one of the restorers of the necropolis. “They didn’t take the (stone) beds and put them there — they carved (the room and its contents) from the hillside.”

Perhaps most incredibly of all, the beds that the bodies once lay on had integral carved stone pillows that look completely lifelike, as if they are made of down.

Unlike the Roman catacombs, which were carved out of the tufa by ordinary people in an effort to make a suitable burial place for the early Christians, the tombs of the necropolis at Ipogeo dei Cristallini were expertly carved by skilled professionals and boast a wealth of colorful frescoed garlands, and even trompe l’oeil paintings.

One jaw-dropping view greets visitors to the necropolis when they enter one room, which is presided over by the Gorgon Medusa, whose job it is to scare off all the evil spirits who might disturb the souls of the deceased.

The survival of the necropolis complex is for the most part due to the care of the di Donato family, whose scion first had the necropolis excavated in the 1800s — at which time many of the objects found were removed and taken to the Museum National Archaeological Museum of Naples (MANN) and the Soprintendenza.

Numbering approximately 700, they have been displayed at the Museum ever since that time. Some other objects from the necropolis are also in the collection of the family as well.

It was the Baron who had the staircase built that takes visitors down into the necropolis; at the time, he invited local historians to survey the site and record descriptions of the tombs’ frescoes, which have tragically deteriorated since they were discovered.

This was also when the skeletons of the dead were removed from the necropolis — although there are pieces of bones there even today in some areas; these will undergo study before the remains are respectfully interred elsewhere.

After the flurry of activity in the 1800s, the ancient Greek necropolis once more became lost to the world outside of the sphere of the di Donato family; for 120 years they lay untouched behind a locked door in the Palace’s courtyard. No one from the general public ever knew about or was allowed to enter the area.

But that all changed, courtesy of Alessandra Calise Martuscelli, who married into the family.

“Twenty years ago,” she tells interviewers from the Smithsonian, “we went to the MANN to see ‘our’ room (where the Cristallini finds are exhibited), and I was overcome with emotion. It was clear that it was important to open it.”

Calise, who is a hotelier, and her husband Giampiero Martuscelli, an engineer, successfully applied for regional governmental funding and oversight for the necropolis in 2018. Federica Giacomini who supervised the ICR’s investigation into the site, is effusive regarding the priceless frescoes in the necropolis, stating “Ancient Greek painting is almost completely lost — even in Greece, there’s almost nothing left.

“Today we have architecture and sculpture as testimony of Greek art, but we know from sources that painting was equally important. Even though this is decorative, not figurative painting, it’s very refined. So it’s a very unusual context, a rarity, and very precious.”

Paolo Giulierini, the director of the MANN, who is also responsible for the priceless treasures at Pompeii, is keenly appreciative of the immeasurably important Greek cultural heritage of Neapolis as a whole. Despite the historical riches of Pompeii and Herculaneum he believes that Neapolis was “much more important” than they ever were, as a center of Hellenic culture that “stayed Greek until the second century CE.”

Moreover, the museum director believes that the Ipogeo dei Cristallini tomb complex compares only to the painted tombs that were found in Macedonia, the home of Philip II and Alexander the Great; he states that he believes they were “directly commissioned, probably from Macedonian masters, for the Neapolitan elite.

“The hypogeum teaches us that Naples was a top-ranking cultural city in the (ancient) Mediterranean,” Giulierini adds.

Tomb C is the most spectacular of all the four chambers which will open to the public this year. With fluted columns flanking its entrance, the steps leading down to its entrance are still painted red. Six sarcophagi, carved out of the bedrock in the shape of beds, feature “pillows” that still have their painted stripes, in hues of yellow, violet and turquoise; incredibly, the painter even added red “stitches” in the “seams” of the pillows.

The pigments used in these elegant sarcophagi are remarkable in themselves, says restoration expert Melina Pagano, pointing out the Egyptian blue and ocher used on the pillows, as well as the red and white painted floors and legs of the sarcophagi.

Pagano and her team at the ROMA Consorzio used a laser to clean small sections of the stone pillows.

While the only object not carved out of solid rock in the chambers is the life-sized head of Medusa, made from a dark rock, possibly limestone, and hung on a wall opposite the door, it is perhaps the most stunning individual object of them all in the necropolis, looking out on us today with a fearsome gaze across the millennia.

Wspomnienia o Maryli 24

Magdalena Ciechomska

Zbliża się listopad ze swoją melancholią, miesiąc poświęcony zmarłym, w którym cała przyroda zdaje się powtarzać koheletowe vanitas. Coraz krótsze dni, zaczynające się mglistym porankiem, coraz wcześniej zapadający zmierzch. Próbujemy rozproszyć mrok światełkami cmentarnych zniczy, ożywić kolorem jesiennych chryzantem. Nasi umarli są w tych dniach bardziej obecni. Wierzymy, bądź chcemy wierzyć, że kiedy zmiatamy z ich grobów liście, zapalamy światełka, stawiamy kwiaty, oni kręcą się tuż obok, przyglądają naszej krzątaninie, że to ma dla nich znaczenie. Choć tak naprawdę, te światła i kolory bardziej potrzebne są nam, żywym. Najważniejsza jest pamięć. Także modlitwa. Pamięć trwa dłużej niż świeca, która się wypali, niż kwiaty, które wkrótce zwarzy przymrozek. Niedługo listopadowa szarość przejdzie w ciemność Adwentu. Roratnie lampiony są jak przedłużenie cmentarnych płomyków.

W adwencie chowaliśmy ciocię Oleńkę, najmłodszą siostrę mojej teściowej. Była nam bardzo bliską, a zwłaszcza Maryli, która kupiła dla niej nowe mieszkanie w Grójcu i każdy pobyt w domu, w Warszawie, zaczynała od odwiedzin cioci. Często przywoziła ją do nas. Chcieliśmy, żeby ciocia w końcu zamieszkała z nami na stałe. Coraz bardziej potrzebowała opieki. Jednak wolała być u siebie, zgodnie z zasadą, że „starych drzew się nie przesadza”. W październiku 2017 roku trafiła do szpitala w Grójcu, skąd Tadeusz zabrał ją do nas. Przygotowaliśmy dom i siebie do opieki nad staruszką, która już nie mogła wstać z łóżka. Nie trwało to długo. W listopadzie ciocia zmarła na oddziale geriatrii szpitala wolskiego w Warszawie. W niedzielę rano miałam telefon ze szpitala. Zaraz potem zadzwoniłam do Maryli, do Berlina. Rozpłakała się. Miała nadzieję, że ciocia mimo wszystko będzie jeszcze żyła, nawet nie wstając z łóżka, nawet jeśli będzie wymagała stałej opieki…

Pogrzeb wypadł na początku adwentu. Po mszy żałobnej w kościele grójeckiej parafii odprowadziliśmy ciocię Oleńkę na cmentarz w Jazgarzewie, gdzie została pochowana w grobie obok swoich rodziców i starszej siostry, Henryki. Z cmentarza wróciliśmy do Grójca. W małej knajpce na Rynku mieliśmy zamówioną skromną konsolację. Było kilka osób ze znajomych cioci, posiedzieli z nami przy obiedzie. Po ich wyjściu my z Marylą i naszym kuzynem siedzieliśmy jeszcze dość długo, rozmawiając, pijąc herbatę, skubiąc sernik i szarlotkę. Na Rynku zapalały się wieczorne latarnie i kolorowe światełka bożonarodzeniowych dekoracji. Mieszkanie cioci było niedaleko. Wyszliśmy z restauracji i poszliśmy tam, mijając błyszczące od choinkowych lampek stragany na świątecznym kiermaszu. Na drzwiach klatki schodowej wisiała klepsydra. Maryla już podjęła decyzję o sprzedaży tego mieszkania. Mieliśmy świadomość, że jesteśmy tam ostatni raz. Wzięłam do ręki stojącą na kredensie fotografię przedstawiającą młodą ciocię, ładną kobietę, w letniej sukience w kwiaty, z lekko rozwianymi, długimi, ciemnymi włosami i nieśmiałym uśmiechem. Ile mogła mieć wtedy lat? Dwadzieścia, dwadzieścia kilka?

Wracaliśmy do Warszawy autobusem PKS, takim, jakim często ciocia przyjeżdżała do nas, gdy była młodsza. Tadeusz powiedział wtedy, że skończył się czas Grójca, myślę, że w ten sposób żegnał się ostatecznie z dzieciństwem, swoim i Maryli. Także z dzieciństwem naszego syna, któremu ciocia przywoziła słodycze, albo, gdy jechałam z Jankiem do mojej mamy przez Grójec, wychodziła na przystanek PKS, żeby podać Jasiowi paczuszkę łakoci na drogę. Rozmawialiśmy też o zbliżających się świętach Bożego Narodzenia, o tym, że będą to święta bez cioci. Że przybędzie kolejne puste miejsce przy stole.

Maryla zachorowała pół roku później, w marcu 2018. Zdiagnozowano jej raka przełyku. Przygotowując się do operacji i trudnego leczenia, mówiła: „Czuje się tak, jakbym miała przed sobą wysoką i stromą górę, na która muszę wejść.” Ruszyła bez wahania na tę wspinaczkę. Góra ją pokonała.

Maryla nieraz mi się śni. Często w tych snach pojawia się też ciocia Oleńka. Obie milczą. Uśmiechają się tylko.

Łączka, czyli jak ma być po śmierci

Reblog i inni

Konradowi

Młody człowiek rozmawiając z różnymi ludźmi, zadaje im pytanie: czy boją się śmierci? W szerszym wymiarze pytanie to brzmi: czy ludzie chcą żyć wiecznie? Odpowiedzi, jak się można domyślać, są różne. Ela odpowiedziała, że ludzie nie chcą żyć wiecznie, ale nie chcą umierać. Inna starsza pani powiedziała z kolei, że może nie trzeba od razu wierzyć w wieczne życie pozagrobowe, ale byłoby pewną pociechą, gdyby tam (TAM) na przykład była – łączka.

Autorce (czyli Admince) się ta odpowiedź bardzo spodobała. Bo Raj, podobnie jak Piekło, to byty wieczne, mocne i konkretne, tymczasem już samo słowo “łączka” zakłada ulotność, niewieczność. Umieramy, idziemy na łączkę, gdzie możemy oddać się niespiesznym i niezobowiązującym rozmyślaniom o tym, że umarliśmy. Umarłość to nowy dla nas stan ducha, a może i ciała, i każdy potrzebuje trochę czasu, żeby się z tym oswoić. A gdy już się pogodziliśmy z tym, że umarliśmy, zbieramy bukiet kwiatów i odchodzimy, znikamy, rozpływamy się w nicości.

Według dziś reblogowanego autora, Pompeje wcale nie zostały zniszczone 24 sierpnia, lecz 24 października. Czyli dziś przed prawie dwoma tysiącami lat. Tekst, który dziś rebloguję, został opublikowany na Facebooku już 18 sierpnia. Skopiowałam go sobie wtedy, ale publikuję dopiero dziś. Czyli w nową rocznicę. Autorem jest Jacek Pałasiński, który sam siebie na FB określa jako Drugi Obieg czyli D.O. lub DO.

Pojawia się w nim motyw łączki.

273 lata po odkryciu Pompejów– niespodzianka! Pompeje, jak wiadomo, przysypane zostały przez popioły z Wezuwiusza w 79 r. n.e (choć nie ma pewności, co do daty, prawdopodobnie nie 24 sierpnia, tylko 24 października). Niespodzianka ta burzy wiedzę naukową na temat obrządków pogrzebowych starożytnych Rzymian. Według surowych reguł dorośli zmarli musieli zostać poddani kremacji. Nie palono tylko ciał zmarłych dzieci, którym nie wyrosły jeszcze zęby. Kremacja była też aktem oczyszczenia zmarłego z grzechów ziemskich; unikanie tego rytuału ściągało na zmarłego gniew bogów. A tu – proszę! Na wschodnim krańcu tego cudownego, rzymskiego miasta, którego każda wizytacja sprawia, że D.O. żałuje, że nie żył w I wieku n.e., odnaleziono grobowiec, a w nim częściowo zabalsamowane ciało! Grobowiec zawiera doczesne resztki Marcusa Veneriusa Secundio – byłego niewolnika, czyli wyzwoleńca – który był pierwszym strażnikiem bardzo ważnej świątyni Wenus, której Pompeje były poświęcone, a także sługą Augustów i wreszcie Sacerdos Augustalis (kapłanem Augustów), czyli członkiem kolegium kapłanów kultu cesarskiego. Dzięki inskrypcjom wiemy, że grobowiec przygotowywany był przez zmarłego bardzo skrupulatnie przez co najmniej kilka lat przed śmiercią. Ściany ozdobione malunkami przedstawiającymi zielony szczęśliwy ogród (idea raju musiała być wtedy ludziom nieobca). System zapieczętowania grobowca był bardzo szczelny; nie przedostał się przezeń nawet najmniejszy powiew. W tekście wyrytej w marmurze inskrypcji nagrobnej znajduje się pierwsza znaleziona przez naukowców wyraźna wzmianka o użyciu greki w przedstawieniach teatralnych, które miały miejsce w lokalnym amfiteatrze. Zachowały się fragmenty ciała, fragmenty ubrania, a przede wszystkim – być może – wyjaśnienie, dlaczego Marcus Venerius zdecydował się zrezygnować z pośmiertnego oczyszczenia. Obok jego ciała, w obudowie grobowca, znajdowały się urny z prochami kobiety zwanej Novia Amabilis (Ukochana) oraz prochy co najmniej trojga dzieci. Novia mogła być żoną Marcusa Veneriusa, albo jego córką, zaś dzieci, które zmarły młodo, mogły być jego dziećmi lub wnukami. Tego się raczej nie dowiemy, ale hipoteza, że nawet po śmierci nie chciał się rozstawać z ukochanymi wydaje się D.O. bardzo sugestywna i pociągająca.

Ten zielony ogród to inna wersja “łączki”. Próbuję przypomnieć sobie, czy znam więcej takich łączek?
Upaniszady, czyli posiadywanie na trawie. Tak się o upaniszadach mówiło za moich młodych lat. Niestety dokładniejsze tłumaczenia współczesne brzmią już mniej poetycki: siedzieć nisko. Szkoda, bo nisko można siedzieć wszędzie, również jako pokutnik na skraju ogniska, albo poddanki u stóp królowej, a siedzieć na łące i słuchać o bogach wedyjskich, to piękny obraz. Bo Upaniszady (dewanagari उपनिषद्, trl. Upaniṣad, ang. Upanishads) to najpóźniejsze, pochodzące z VIII–III w. p.n.e., teksty z wedyjskiego objawienia (śruti) o treści religijno-filozoficznej.

Ale jednak Upaniszady to historia o tym, że siadamy na łące. Bo oto król Paesi wyjeżdża na przejażdżkę rydwanem i widzi już z daleka tłum ludzi siedzących na łące. Jest to jego królewska łąka w jego królewskim parku. Tymczasem jest tam tłum. Woźnica mówi mu, iż tam na łące mędrzec Keśin [uczeń Parœwanathy] naucza o tym, że jest pięć rodzajów poznania, a jednym z nich jest jasnowidzenie i że mędrzec ów twierdzi, jakoby dusza była odrębna od ciała. Król jest zaciekawiony opowieścią woźnicy, udają się więc obaj tam, gdzie naucza mądry mnich. Mnich i król rozmawiają przez czas jakiś, aż król pyta, czy może przysiąść na chwilę. To twoja łąka, panie, odpowiada mędrzec, zawsze możesz na niej przysiąść i posłuchać.*

I tak to się zaczęło.

Uważa się dość powszechnie, że idee, jakie reprezentują Upaniszady są zbliżone do podstaw filozofii europejskiej, do filozofii Pitagorasa i Platona zwłaszcza w takich dziedzinach jak źródła wiedzy, pojęcie sprawiedliwości, droga zbawienia, a nawet platońska alegoria jaskini. Nie wiadomo jednak, czy rzeczywiście jest tak, że Pitagoras zawędrował aż do Indii, czy też może jacyś bramini hinduscy przybyli do Aten, albo innego greckiego miasta. Może nawet celowo – po to, żeby się spotkać z Platonem! Dowodów nie ma, są tylko przypuszczenia i supozycje, może więc było tak, jak to się nieraz w historii myśli ludzkiej zdarzało, że te same koncepcje objawiały się niezależnie od siebie w różnych miejscach na kuli ziemskiej. Najsłynniejszą teorię takich równoległych etapów rozwoju opracował Karl Jaspers, niemiecki filozof i psycholog i nazwał ją Achsenzeit, czas osi.
Był to okres pomiędzy VIII a III wiekiem przed naszą erą w Persji, Indiach, Chinach, Palestynie i świecie grecko-rzymskim, a podobieństwa, jakie objawiały się w religii i filozofii tych odległych kręgów kulturowych były uderzające, mimo że badacze nie odnotowują jakichś znaczących kontaktów między tymi kulturami. Okres ten miał wywrzeć istotny wpływ na kształtowanie się naszej świadomości, mentalności i filozofii. Teoria Jaspersa odegrała znaczną rolę w dyskursie filozoficznym XX wieku, mimo że… jest zapewne nieprawdziwa. Antropolodzy kulturowi twierdzą bowiem, że nie da się jej udowodnić, a historycy religii, że nie mogła być ważna, skoro brakuje w niej takich znaczących postaci jak Mojżesz, Jezus, Mahomet i Echnaton.

* Dysputa między materialistą, królem Paesim, a księciem-ascetą Keśinem.
Fragment Opowieści o królu Paesim (Paesi-kahânayam)
przełożył z prakrytu Piotr Balcerowicz

Podpis pod winietą: Flora zbierająca kwiaty na łące, czyli Flora z rogiem obfitości, malowidło naścienne w Stabie, trzecim mieście zniszczonym przez wybuch Wezuwiusza

Wspomnienia o Maryli (14)

Magdalena Ciechomska

Jest 15 sierpnia, święto Wniebowzięcia Maryi, czyli, zgodnie z kalendarzem rolniczym, w polskiej tradycji ludowej – Matki Boskiej Zielnej. To święto plonów, tzw. Dożynki. W tym czasie rolnicy zanoszą do sanktuarium maryjnego na Jasnej Górze wieńce uwite z kłosów zboża i kwiatów, kosze dojrzałych warzyw i owoców. Podczas mszy w kościołach rytualnie święci się „ziele”, czyli przyniesione przez wiernych (przede wszystkim kobiety) bukiety z kwiatów, ziół i kłosów zboża. To bardzo kobiece święto, łączące kult dziewiczej Matki Chrystusa z dawnymi, pogańskimi bóstwami płodności i urodzaju, zawsze urzekało Marylę. Kilka dni przed, jeśli akurat nie mogła być w Polsce, telefonowała do nas, przypominając, po pierwsze – o wywieszeniu flagi (bo to narodowe święto, zwycięstwa nad bolszewicką Rosją), po drugie – z prośbą o zrobienie lub kupienie dla niej ziela i poświęcenia go w kościele. Jeśli przyjeżdżała do Warszawy, to często na ten dzień udawała się do Grójca, do cioci, wtedy tam obie panie szły na mszę z bukietami. Te bukiety zawieszała na ścianach w swoim mieszkaniu, zgodnie z tradycją. Są tam do dziś, zebrane chyba z jakichś pięciu lat, już mocno zakurzone, ale nie zdejmuję ich. Zostałyby po nich puste miejsca.

Na wsi poświęcone ziele umieszczało się nad drzwiami domu, miało chronić przed złem i przynosić pomyślność. Podczas letniej burzy zapalano gromnicę, poświęconą w święto Ofiarowania, 14 lutego i odmawiano modlitwę. Taką świecę Maryla zabrała też ze sobą do Berlina. Gromnicę często stawia się przy łożu zmarłego, chociaż zgodnie z zasadami liturgii powinna być to raczej ta sama świeca, którą zapalono przy chrzcie człowieka. Ponieważ jednak często świecy chrzcielnej nie można już odnaleźć, zastępuje ją gromnica. W modlitwie „Zdrowaś Mario” powtarzamy: „Święta Mario, Matko Boża, módl się za nami grzesznymi, teraz i w godzinę śmierci naszej…” Tak właśnie łączą się w rytuałach ku czci Bogurodzicy: narodziny, śmierć i zmartwychwstanie, płodność natury i obecny w niej cykl obumierania i powtórnych narodzin. Dostrzeganie tych związków fascynowało zawsze zarówno mnie jak i Marylę. Teraz, patrząc na zasuszone zioła i kwiaty na ścianach jej mieszkania, przypominam sobie, jak dekorowano groby w czasach mego dzieciństwa. Latem świeżymi kwiatami, w Dzień Zaduszny – zasuszonymi. Zanim pojawiły się chryzantemy, a później – sztuczne wiązanki, na cmentarzach, zwłaszcza wiejskich, podziwiałam kunsztowne dekoracje z gałązek jedliny i tzw. „suszków”, specjalnego rodzaju kwiatów, było ich zresztą wiele odmian, różnych kolorów i kształtów. Widok zasuszonych kwiatów przywołuje wiele skojarzeń: pamiątka lata, które przeminęło, utrwalone delikatne barwy, które jednak płowieją, zanikają wraz z upływem czasu, rozsypywanie się w proch…

Ostatni obraz, jaki zapisał się w mojej pamięci po śmierci Maryli, to fotografia jej rąk, bladych, szczupłych, ze śladami po wenflonie, owiniętych różańcem. Na jej grobie stawiamy świeże kwiaty. Albo – zasuszone.

Foto: Ewa Maria Slaska

Z wolnej stopy 9

Zbigniew Milewicz

Polacy nad Dźwiną

Rozmawiają ze sobą dwaj starsi panowie: rozumiem, mówi jeden, twoja pierwsza żona miała żydowskie korzenie, przy niej zrobiłeś swoją zawodową karierę. Druga była Ukrainką, wesołą kobietą i namiętną kochanką, rewelacyjnie gotowała i na nic w domu nie narzekałeś. Nie pojmuję wobec tego, po co ci jeszcze Łotyszka… A ty wiesz – odzywa się drugi – jak one świetnie dbają o groby?

Tę anegdotę opowiedziała mi kiedyś Aina, po polsku Ania, moja dobra znajoma, kiedy jeszcze mieszkała w Monachium. Pracowała tu jako opiekunka starszych osób, ale w końcu i jej zabrakło sił i kilka miesięcy temu wróciła na Łotwę, do swojego domu i wyuczonego zawodu nauczyciela-gastronomika. Kiedy przeczytała mój wpis o Bitwie Warszawskiej, odwrotną pocztą dostałem zdjęcie mogiły polskich legionistów z cmentarza w Ezernieki, niedaleko Daugavpils, Polaków poległych w bitwach z bolszewikami o niepodległość Łotwy. Miejsce ich pochówku prezentowało się godnie i wtedy przypomniała mi się przytoczona anegdota. Ktoś powie, że nad czyimś grobem nie wypada żartować i może będzie miał rację, ale jak miejsce jest zadbane, to chyba można się uśmiechnąć. Zmarli za życia też to robili.

Foto: Aina Jakovele

Kampania Łatgalska to mniej znany epizod wojny polsko-bolszewickiej z 1920 roku, więc chciałbym poświęcić mu przynamniej kilka zdań. Na początek – miejscu, czyli Łatgalii. Jest to historyczna nazwa jednej z czterech dzielnic Łotwy, wspartej o brzeg rzeki Dźwiny .Jest wielonarodowa, oprócz Łotyszy, Białorusinów, Niemców i innych nacji od XVI wieku mieszkali tu Polacy, a w okresie zaborów przybyli Rosjanie. Ze względu na swoją ponad 200-letnią przynależność do Rzeczpospolitej Obojga Narodów nazywano ją Polskimi Inflantami, który to status utraciła po I rozbiorze Polski w 1772 roku, gdy została wcielona do Rosji. Ludność polska zamieszkująca Łatgalię to była głównie drobna szlachta i chłopstwo. Szlachta Inflant Polskich, pochodząca z rodów rycerskich kawalerów mieczowych, miała korzenie niemieckie, lecz związana była licznymi węzłami cywilizacyjnymi z Polską. Z czasem uległa gruntownej polonizacji, dostarczając szeregu zasłużonych Rzeczpospolitej rodów, w tym: Tyzenhauzów, Grothusów, Rejtanów, Denhoffów, Korffów, Romerów, Mohlów, Weyssenhoffów, Platerów, Manteufflów i innych. Nawet w okresie zaborów dominowały tu polskie wpływy kulturowe i gospodarcze, których przewaga zakończyła się dopiero w czasach niepodległości Republiki Łotewskiej w międzywojniu, ale polska obecność cywilizacyjna jest nadal widoczna.

Bez Polaków Łotysze nie świętowaliby dzisiaj stulecia uzyskania niepodległości. We wrześniu 1919 wojska generała Śmigłego-Rydza, wchodzące w skład Frontu Litewsko-Białoruskiego, podeszły pod Dyneburg, stolicę Łatgalii, i po miesięcznych walkach wyparły bolszewików za Dźwinę. Były to tereny okupowane przez bolszewicką 15 Armię. Wojsko Polskie stanęło przed dylematem: jeśli bolszewikom udałoby się tam utrzymać, umocniliby łączność między 15 a 16 Armią, od lutego walczącą z Polakami. Gdyby miasto zdobyły wojska generała von der Goltz, umocniłyby się niepożądane przez rząd polski wpływy niemieckie w państwach bałtyckich. W związku z tym jedynym korzystnym dla Polski wyjściem był sojusz wojskowy z Łotwą. Dnia 30 grudnia 1919 roku podczas rozmów w Rydze osiągnięto porozumienie, na mocy którego Wojsko Polskie miało pomóc Łotyszom w ich walce z Armią Czerwoną. Poza politycznymi korzyściami porozumienia były i operacyjne, w postaci skrócenia frontu wschodniego, poprzez zwinięcie jego długiego odcinka wzdłuż Dźwiny i oparcie lewego, polskiego skrzydła o sprzymierzoną armię łotewską.

Bitwa o Dyneburg, Dźwińsk, Daugavpils rozpoczęła się w ostatni dzień 1919 roku i zakończyła 3 stycznia 1920 roku pełnym sukcesem wojsk polsko-łotewskich. Prowadzono ją w trudnych warunkach klimatycznych, przy 35-stopniowym mrozie i obfitych opadach śniegu, i, jak to na wojnie, za cenę strat ludzkich i materiałowych. W trakcie transportu dział przez zamarzniętą Dżwinę, załamał się lód i wielu legionistów zginęło w nurtach rzeki wraz ze sprzętem, albo zmarło później na skutek odmrożeń, inni padli od kul przeciwnika. Ogólnie szacuje się, że w czasie Kampanii Łatgalskiej poległo około 500 polskich legionistów. Są pochowani w różnych łatgalskich nekropoliach. Naczelnik Państwa, Józef Piłsudski docenił bohaterstwo uczestników operacji, która przyniosła Łotwie niepodległość, polecając umieścić ich na pierwszych miejscach listy odznaczonych krzyżami Virtuti Militari, za walki lat 1919–1920.

W czasach ZSRR, kiedy Łotwa była jedną z radzieckich republik, większość populacji miasta Daugavpils stanowili Rosjanie. Podobnie jest i dziś, mimo że to już strefa Schoengen. Dzisiaj Daugavpils (w wolnym tłumaczeniu miasto nad Dźwiną) liczy ponad 100 tysięcy mieszkańców, przy czym Łotysze stanowią około 17 procent jego populacji, a Polacy ok. 15 proc. Prapradziadek (po mieczu) Ainy, czyli Ani, która mieszka 40 kilometrów od Daugavpils, był Polakiem, nazywał się Luns. A jej ojciec szczycił się tym, że ma polskie korzenie i choć sama Aina uważa się za stuprocentową Łotyszkę, to coś ją czasami ciągnie na mszę w języku polskim, odprawianą w jednym z kościołów w Daugavpils, do polskich przepisów kulinarnych w internecie, albo do przebojów Anny German w oryginale, czyli nie do końca jej te lechickie geny gdzieś wyparowały.

– Przyjeżdżaj w gości – zaprasza. – Pokażę ci wszystkie polskie miejsca u nas, gimnazjum imienia Piłsudskiego, kościoły, groby…

Do tych ostatnich podchodzę z pewną rezerwą, ale kto wie, może dam się zaprosić.

Barataria Britz 2020

Ela Kargol, Ewa Maria Slaska, Krystyna Koziewicz

Seit es in Berlin die Quarantäne gibt, gehen wir am Wochenende meistens zu dritt, seltener zu zweit, spazieren, jedes Mal woanders hin. Das Wetter spielt mit, April und Mai 2020 sind schön, auch wenn manchmal windig. Der Himmel über Berlin war seit Jahrzehnten nicht so sauber und klar gewesen, so strahlend blau.

Am Sankt Andreas Tag (16. Mai) gingen wir in den Stadtteil Britz, bekannte Gräber (Gräber der Bekannten) zu besuchen und fanden… Barataria.

Auf dem Friedhof hinter der U-Bahn-Station Grenzallee liegt Witold Kamiński, paar Kilometer weiter südlich, im Parkfriedhof Neukölln – Prof. Stanislaw K. Kubicki.

Beide Verstorbene waren Freunde, beide – wichtige, bescheidene Menschen, so eine heutzutage seltene Eigenschaftzusammensetzung. Beide, um die Wörter von Ernst Wiechert zu benutzen, legten ihre Hände auf der Oberfläche der Wirklichkeit, beide haben tiefen Spuren hinterlassen. Professor Kubicki war Gründer der Freien Universität Berlin, Witold Kamiński – des Polnischen Sozialrats, einer der wichtigsten Selbsthilfeorganisationen der Polen in Berlin. Beide waren gute, offene, tolerante, helle Menschen gewesen. Um die Beiden haben wir geweint und sie fehlen uns, werden immer fehlen. (20191027_tsp_Todesanzeigen für KundK).


Der Parkfriedhof Neukölln liegt neben einer schönen Windmühle. Bei der Mühle steigen wir aus dem Bus aus.
Ja, sagt Ela, Barataria. Ich stimme zu. Barataria ist in unseren Gesprächen und auch auf diesem Blog seit langem keine Insel-Stadt mehr, wo Sancho Pansa zehn Tage als Gubernator wirkte, sondern ein Platz egal wo für Don Quijote.
Ja, es ist eine wunderbare Barataria. Ruheinsel mitten in der Stadt. Ungemähte Gras. Schafe auf der Wiese. Blühende Büsche. Eine alte hölzerne Windmühle, wo man immer noch (oder wieder?) das Mehl herstellt und den Beruf Müller erlernen kann; die nächsten Kurse beginnen Ende August; es gibt noch Plätze frei.

Wir gehen in den Parkfriedhof, eine Friedhofsanlage, die sich in der Gestaltung am Konzept des englischen Landschaftsgartens orientiert und die man seit Beginn des 20. Jahrhunderts überall in Europa errichten ließ. Der Parkfriedhof Neukölln ist groß und sehr unterschiedlich gestaltet, er fasst 202.180 m² um. Er ist ziemlich jung, wurde erst 1949 angelegt. Bemerkenswert, schreibt Wikipedia, sind die auf dem Friedhof weitläufige parkähnliche Gesamtanlage, die Skulptur der Persephone von Max Kruse, ein Zierbrunnen und fünf bildhauerisch aufeinander abgestimmte Schöpfstellen mit Skulpturen.

Wir wissen noch nicht, dass sich in der Friedhofsanlage die große Barataria vom Außen in kleiner Skala wiederholen wird. Kleiner und bunter als die große.

Wir sollten es aber schon geahant haben, als wir bei dem Eingang eine Leserin trafen. So ist es jetzt in Berlin. Es gibt in der Stadt 270 Friedhöfe, alte und neue, historische und moderne, aber allesamt schön und an schönen Tagen zum Relaxen, Lesen, Träumen einladend.

Liest die holzerne Leserin den Don Quijote? Möglich ist es. Zum Britzer Mühle ist es doch von ihr nur einen Hasensprung. Und siehe, ihr gegenüber gibt es auch ein Grab, an dem der Grabstein sichtlich aus dem Mühlstein gefertigt wurde. Dass es nicht das Grab von Don Quijote ist…

Erst gehen wir aber zu der Wiese, wo Herr Professor beerdigt wurde. Quartal 27.

Liegt er hier, wo die Kerze steht? Das wissen wir nicht, ist es aber doch ganz unwichtig. Wir sind zu ihm gekommen und das weißt er, dessen sind wir uns sicher. Seien Sie gegrüßt, Herr Professor.

Nicht weit von der Wiese, wo Herr Professor begraben liegt, hat jemand eine Stelle für Kindergräber entworfen. Ein Ort der Farben und, ja, Fröhlichkeit. Solche Kinder-Grabfelder sind in Berliner Friedhöfen allerorts zu finden. Offensichtlich hat es irgendwann Jemand (ein Psychologe vielleicht) entdeckt, dass (vielleicht) eine Trauerarbeit um das Kind besser gelingt, wenn die Trauernden nicht in ein tiefes schwarzes Loch gestürzt sind, wenn um sie herum etwas optimistischer vorgeht. flyer_sternenkinder

Hier wiederholt sich alles: Es gibt ein kleines Palais (das von der Fürstin und den Fürsten, die Sancho Pansa zu Gubernator auf der Insel Barataria machten?)
Kleine gewundene Steinwege, hie und da mit bunten Kachelsteine inkrustiert, ganz im spanischen Stil, führen zu den Thronsesseln für die Fürstin und ihren Herr Gemahl. Mitten in einer Steinspirale steht ein Windrad, um ihn herum sind kleine Gräber voller bunter Windräder platziert, dahinten auf der Wiese stehen farbige Schafe. Heute sind sie pastellfarben, aber auf einem Foto aus dem Flyer sieht man, dass sie Mal starke, kräftige Farben hatten.

Nebenan fotografieren wir auf einer hölzernen Bank zwei alte Kuscheltiere. Ich schaue sie an und denke, dass der Dünne, der links liegt, vielleicht im depressiven Zustand, Don Quijote ist und der dicke, zufriedene – Sancho Pansa. Im Buch ist Barataria ein einziger Zeit-und-Raum, wo die Beiden getrennt sind. Hier sind sie wieder zusammen, einer leidet für die Welt und der Andere (eine Katze ist es) passt wachsam auf, dass dem Traurigen nicht passiert. Pass auf uns auch, Sancho Pansa.

Rok temu umarł Edgar Hilsenrath

Jutro rocznica

Ewa Maria Slaska

Bardzo się zdziwiłam, ale Edgar Hilsenrath, którego uważam za jednego z najlepszych pisarzy niemieckich starszego pokolenia, nie ma wpisu w Wikipedii po polsku, choć w Polsce ukazała się jego najsłynniejsza książka, Nazista i fryzjer. Myślę więc, że podobnie jak to było z André Kaminskim, gdy ten wpis się ukaże, umieszczę go też w Wikipedii – bo, przypominam, jeśli czegoś nie ma w tej największej encyklopedii na świecie, to każdy z nas może to dopisać.
Umarł rok temu i myślę, że za mało mu poświęcaliśmy uwagi. Tak nas zajmowały Wielkie Spory Literackie Wielkich Starych Gwiazd Literatury Niemieckiej – Grassa i Walzera, że niewiele zostało miejsca dla innych pisarzy, urodzonych jeszcze przed wojną. Johannes Bobrowski i Wolfgang Koeppen, tak, owszem, ale może głównie z uwagi na nostalgiczną tęsknotę za utraconymi Kresami Wschodnimi (skąd my to znamy?)
Lenz, no tak, Lenz na pewno. Ale potem już od razy byli ci młodsi, ci swobodniejsi, mniej obciążeni ciężarem niemieckiej winy i zobowiązani do tego, by się z nią rozliczyć i uporać.

Nie chcę wartościować. Nie wiem, który z nich był lepszy, który z nich odegrał ważniejszą rolę w zmienianiu niemieckiej wizji świata, ale Hilsenrath miał w tym procesie ogromny udział. Jak wielki, niech świadczy fakt, że książka Nazi i fryzjer ukazała się najpierw po angielsku w USA, a dopiero potem w Niemczech. Bo w Niemczech bardzo bolała. Jak napisał ponieżej w komentarzach Tibor Jagielski, nie dlatego że Hilsenrath był Żydem, tylko z uwagi na problemy, które poruszała. A przede wszystkim to, jak je poruszała.

Poznałam go w roku 1993 przy okazji prezentacji książki, w której znalazły się jego tekst i mój. Starszy, przystojny pan w stylu Brasensa – beret, fajka, czapka z daszkiem i ten niemal niezauważalny uśmiech, serdeczny, ale zdystansowany. Nasza wydawczyni  przedstawiła mu mnie, ale gdy usłyszał, że jestem Polką, poinformował mnie takim tonem, jakby się opędzał od natrętnej muchy, że jeśli chodzi mi o wydanie Nazisty… w Polsce, to on ma już tłumacza, po czym obrócił się do kogoś innego, bo po co mu była jakaś Polka, jeżeli w ogóle, to tylko po to, żeby wydać książkę, a tak, to sio mucho, nie zawracaj głowy.
No i rzeczywiście – w rok później powieść Nazista i fryzjer ukazała się po polsku.
Czytaliście?
Jeśli nie, to koniecznie przeczytajcie. To naprawdę genialna, przewrotna powieść, wartka, ironiczna, sarkastyczna i kostyczna, zabawna i odrażająca. Ach, jak się tę powieść dobrze czyta! Ach, jaka szkoda, że się spóźniłam i to nie ja ją przetłumaczyłam na polski tylko Ryszard Wojnakowski.
Potem nie widziałam go bardzo długo. Kiedyś nasza wspólna wydawczyni poinformowała nas, że Edgar przeżył wylew i jest ciężko chory. A potem pojawił się znowu, ale nie było już francuskiego bonvivanta z fajką – na scenę dotruchtał do fotela maleńkimi kroczkami maleńki, siwiuteńki, zgarbiony staruszek. Poczułam się strasznie, jakbym to ja była winna tej przemianie. To było niesprawiedliwe… Podniósł się z tego starczego niedołęstwa. Na kilka lat przed śmiercią ożenił się po raz drugi. Wyglądał znowu jak francuski intelektualista z lat 60, tylko starszy.
Rok temu umarł.

Nazi i fryzjer to jego najsłynniejsza powieść. W Polsce ukazała się dwa razy, a potem jeszcze Baśń o myśli ostatniej (2005) – opowieść o pierwszym ludobójstwie XX wieku – tureckiej masakrze Ormian podczas I wojny światowej.



Był niemieckim Żydem. Urodził się 2 kwietnia 1926 roku w Lipsku, zmarł na zapalenie płuc 30 grudnia 2018 roku w Wittlich, w Nadrenii-Palatynacie. Wyrastał w Halle w rodzinie zamożnego kupca. Edgar i jego brat zdołali wraz z matką opuścić Niemcy w listopadzie 1938 roku – jeszcze przed nocą kryształową. Zamieszkali u dziadków w Serecie, jednym z najstarszych miast na Bukowinie rumuńskiej. Ojciec nie zdołał dołączyć do rodziny, ale udało mu się uciec z Niemiec – wojnę przeżył we Francji. W roku 1941 cała rodzina przebywająca w Serecie została przymusowo przesiedlona do getta w Mohylowie Podolskim na granicy z Mołdawią. Getto zostało wiosną 1944 roku wyzwolone przez Armię Czerwoną, a Edgar zamieszkał najpierw w Serecie, a potem w Czernowcach. Dzięki organizacji Ben Gurion otrzymał sfałszowane papiery i wyjechał do Palestyny, gdzie jednak nie powodziło mu się najlepiej. Wkrótce, bo już w roku 1947, wyjechał do Lyonu, bo tam w międzyczasie zamieszkała cała jego rodzina. Na życzenie ojca podjął naukę zawodu kuśnierza. W latach 50 wyemigrował do Nowego Jorku, gdzie, podobnie jak w Palestynie, imał się różnych przypadkowych zajęć.
Później powie, że za długo mieszkał w Nowym Jorku i to mu nie wyszło na dobre, ale jednak to tu postanowił, że zostanie pisarzem i napisał pierwszą powieść – Noc – o życiu w getcie żydowskim na Ukrainie. Noc ukazała się w roku 1954 w USA, w Niemczech – dopiero 10 lat później i w  mikroskopijnym nakładzie. Jak już pisałam – podobny los spotkał następną powieść Hilsenratha, Nazista i fryzjer. W roku 1975 Hilsenrath powrócił do Niemiec i zamieszkał w Berlinie. Mimo iż powieść w tłumaczeniu na angielski, włoski i francuski sprzedała się w świecie w nakładzie dwóch milionów egzemplarzy, w Niemczech odrzuciło ją kilkadziesiąt wydawnictw po kolei (dużych i znanych). Wreszcie w sierpniu 1977 wydało ją małe wydawnictwo z Kolonii Literarischer Verlag Helmut Braun w nakładzie dziesięciu tysięcy egzemplarzy, nie przeczuwając, że wkrótce sprzeda ich ćwierć miliona. Żadna z następnych książek Hilsenratha nie przyniosła mu takiej sławy jak Nazista… Zresztą nie napisał ich zbyt wiele.

Został pochowany w Berlinie na cmentarzu Dorotheenstädtischen Friedhof, tam gdzie leżą również Georg Friedrich Hegel, Berthold Brecht i Christa Wolf, a na sąsiednim cmentarzu francuskim – polski rysownik z Gdańska, czynny w Berlinie w XVIII wieku – Daniel Chodowiecki.

Dwa dni temu pojechałam na cmentarz, zapalić świeczkę na grobie Hilsenratha i… zrobiło mi się smutno. Grób jest opuszczony. O tym, że to grób Hilsenratha informuje cmentarna urzędowa tabliczka. To właśnie dlatego nie chcę mieć grobu i proszę, by mnie pochowano anonimowo. Hilsenrath zostawił żonę, zostawił pełnomocnika odpowiedzialnego za rozprowadzanie jego książek, zostawił czytelników. Więc jeżeli ważny pisarz niemiecki, który przecież nie umarł samotnie, leży w rok po śmierci w grobie, który tak wygląda, to lepiej wcale nie mieć grobu. (Uwaga – grób Hilsenratha to ta pusta przestrzeń po prawej stronie, zdobna zwiędłym wrzosem; czerwony znicz stoi na sąsiednim grobie).

R.i.P.

Wbrew temu, czego się nauczyliśmy 50 lat temu o zadaniach dziennikarza – dziennikarz pokazuje świat, nie poprawia go – rano następnego dnia wstałam z poczuciem, że muszę coś zrobić z tym opuszczonym grobem. Może na żydowskim cmentarzu ten grób by nie raził, nie wiem – cmentarze żydowskie są z reguły gęsto zarośnięte bluszczem – ale na berlińskim cmentarzu to opuszczenie jest dojmujące. Wstałam więc, wypiłam kawę, zabrałam kolejną świeczkę i pojechałam. Po drodze kupiłam gałęzie sosny i różową prymulkę.

Hilsenrath był Żydem, nie kładzie się kwiatów na żydowskich grobach, ale kamyk niczego by tu nie załatwił. Nie był jednak Żydem wierzącym, więc może mu wszystko jedno.

Mam nadzieję.

PS. Po kilku dniach, 2 stycznia jeszcze raz poszłam z przyjaciółmi na ten grób, mimo moich gałązek taki biedny i smutny. Nikt inny tu nie przyszedł, ani na Chanukę, ani na święta, ani na rocznicę śmierci, ani na Nowy Rok.

Wiosną pójdę i obsadzę grób rozchodnikiem.

Cmentarz żydowski w Nicei

Cimetière juif

Uwaga – nie wszystkie motywy w tym filmiku naprawdę sfotografowano na cmentarzu żydowskim w Nicei.  I w ogóle w sieci jest okropny bałagan, niektóre groby pojawiają się wiele razy na różnych cmentarzach, innych nie ma, nie wiadomo – już nie ma, w ogóle nie ma,

Prochy z Auschwitz.


Mydło wyprodukowane w Auschwitz, Majdanku i Treblince.

Zmarli, którzy urodzili się wszędzie, w krajach arabskich, w północnej Afryce, we wszystkich trzech częściach Polski pod zaborami. W Rumunii, Armenii i na Ukrainie. W Beserabii i Erewaniu, Berlinie, Pradze, Lwowie i Trypolisie. Czasem cenotafy, jak ten Maurycego Łukowskiego, najczęściej groby tych, którzy urodzili się wszędzie, a umarli w tu, w ciepłym łagodnym klimacie Lazurowego Wybrzeża, w Nicei, w Eze, w Mentonie.

Najstarszy grób z roku 1540.

Leży tu kilka znanych osobistości, nicejski malarz, śpiewaczka operowa, matka Garibaldiego, Rosa, zmarła w roku 1852. Na wielu grobach stoją bardzo ekspresyjne rzeźby, przedstawiające postaci ludzkie – widać w odległym uzdrowisku można sobie było na więcej pozwolić niż w rodzinnej Łodzi czy Berlinie.

Leży tu też słynny René Goscinny (1926-1977), autor komiksów (Asterix & Obelisk, Lucky Luke) i słynnych książeczek o Mikołajku.

Polacy.

Fanny Moszkowicz, o której rodzina pisze po angielsku, tylko tyle, że była matką, ale zostawia jej w nazwisku sz i cz, choć inni członkowie rodziny używają już pisowni łatwiejszej do wymówienia dla cudzoziemców – np. Moskowitz. Anna Lichtenbaum z domu Eisenmann, rówieśniczka mojej praprababki, z nagrobkiem po polsku.

Ze wszystkich nagrobków wybieram jeden i próbuję dociec, kto tu leży. Wyobrażam sobie, że to pisarz, rzeczywistość mnie jednak surowo zawodzi.

Fortunato Liscia, urodzony w Tunezji w roku 1840, zmarł w Nicei w roku 1910. Wybrałam ten nagrobek, oczywiście z uwagi na książki, już w Nicei, ale nie studiowałam szczegółów. Dopiero teraz widzę, że Fortunato miał, jak ja, 70 lat.

Urodził się w Médina de Tunis. Był synem Moise Liscia i Scemamy Seroni, jego bratem był Vittorio Liscia. Fortunato ożenił się 20 marca 1861 roku Giulią Liscia (być może kuzynką, bo nazywała się Liscia Liscia – urodziła się w roku 1843 w Livorno); miał liczną rodzinę: córki Fanny, Fortunatę, Adelę i Matyldę oraz synów – Adolfo i Gustavo.
Liscia po włosku to “gładki, gładka”, ale także nazwa małego miasteczka w Abruzji (Abruzzo) we Włoszech i rzeki na wyspie Sardynii, niewykluczone więc, że Fortunato i Giulia mieli nazwiska pochodzące od nazwy miejscowości, tak jak polskie nazwiska Berliner, Lubliner, Warschauer lub Amsterdamski. Dziś w Liscii w Abruzji mieszka 700 osób, dawniej była to pewnie mała wioska. Sardyńska rzeka w latach 50 została przegrodzona tamą, która nazwa się Diga del Liscia.

Człowiek, który ma taki dostatni grób, był na pewno zamożny. Ale w jakiej dziedzinie działał? W sieci pojawiają się zdjęcia budynków podpisane Fortunato Liscia, informacja o hacjendzie i biżuteria. Jak by jednak nie było, wygląda na to, że Fortunato Liscia nie był pisarzem (a takie żywiłam złudzenia, fotografując jego grób w Nicei) i że księgi mają charakter symboliczny:

Księgi występują bardzo często i w różny sposób, pisze Monika Krajewska, w artykule nt. symboliki nagrobków żydowskich, pojedyncza — zamknięta lub otwarta, niekiedy w dłoni, rząd ksiąg zwróconych grzbietem do widza, całe szafy z książkami. Czasem na stronach otwartych książek lub grzbietach bywają wyryte tytuły modlitewni­ków lub dzieł rabinicznych, a na grobach uczonych można spotkać księgi z tytułami ich dzieł (…). Motyw księgi, zdobiący nieraz całe kwatery cmentarza, jest wyrazem uczoności, spełniania religijnego nakazu studiowania Tory i Talmudu, a więc cnót wysoko cenionych przez społeczność żydowską. Jego wszechobecność każe jednak sądzić, że chodzi często o uczoność przypisywaną zmarłemu raczej niż autentyczną.

W innym artykule Krajewska pisze, że…

w końcu XIX w. i w XX w. na wielkomiejskich cmentarzach żydowskich (…) powstały pomniki o motywach stylowych i symbolicznych zaczerpniętych z cmentarzy chrześcijańskich, np. obeliski, kolumny z urną lub draperią, rzeźbione sarkofagi (…)

I tak to nas, zwykłych ludzi, rzeczywistość ze snu budzi. Myślałam, że pisarz, a tu księga jest tylko symbolem. Myślałam, że mądry, a tu, metaforycznie, każdy zmarły jest mądry. Myślałam, że wrażliwy, a tu po prostu moda i jeszcze na dodatek naśladownictwo. Czego ja tu sobie nie myślałam…

Na zakończenie jeszcze jeden grób z cmentarza żydowskiego w Nicei – Sylwio Maurice Asseo, urodzony w roku 1923, zmarł w roku 1931. Miał jak na owe czasy nowoczesne zabawki – kolejkę, autko, samolocik…