Frankfurt Słubice Pride Parade 2

Ewa Maria Slaska

Zdarzyło się, co się nigdy nie zdarza. Autor wpisu na dziś wpisu nie przysłał (to zdarza się czasami), a ja, zmęczona po paradzie, nie wpisałam nic innego, ba, w ogóle o tym nie pomyślałam, tylko poszłam spać o godzinie 19 i wstałam dziś o 7 rano. Prawdę mówiąc, żeby Wasza Adminka spała 12 godzin, to też się nie zdarza. Skoro jednak już tak się zdarzyło, to obudziwszy się, spieszę, by wstawić Wam tu relację z wczorajszej fantastycznej Parady Dumy w Słubicach i Frankfurcie nad Odrą.

Info auf Deutsch

Ela Kargol

Pierwszy polsko-niemiecki marsz równości, z Placu Bohaterów do Holzmarktu Miłość bez granic przeszedł ulicami połączonego i podzielonego miasta Słubfurtu / Słubic i Frankfurtu, a most, kiedyś przyjaźni, stał się mostem miłości. Nad Odrą załopotała tęczowa flaga.

Foto Ela Kargol
EMS
I szalik 🙂
W paradzie wzięło udział 800 a może nawet 1000 osób i było fantastycznie. A wcale się nie zapowiadało. W pociągu do Frankfurtu było wprawdzie sporo osób z tęczowymi emblematami, ale nie przesadnie wiele i nie wykazywali potrzeb bratania się i siostrzania. To samo podczas spaceru z jednego miasta do drugiego. Pusto i raczej niezbyt solidarnie. Tymczasem paradzie miało przyświecać hasło “Solidarność naszą bronią”.  Porządne hasło – to dla niego starsze panie, jak Ela czy ja, przjechały tu dzisiaj.

Po mieście, jak się dowiaduję od pewnego clocharda, już od tygodnia jeżdżą ciężarówki Ordo Iuris, których nikt tu przedtem nie widział – przed paradą sfotografowałam trzy takie pojazdy, duży, średni i mały, wszystkie z głośnikami i krótkim tekstem, o tym, że homoseksualiści pedofile deprawują i wykorzystują seksualnie nasze dzieci. W tekście nikt wyraźnie nie mówi, że wszyscy homoseksualiści to pedofile, ale wniosek jest jednoznaczny.

Na placu Bohaterów niewielkie grupki kolorowo ubranych ludzi z flagami i parasolkami, w bocznych ulicach widzę szeregi policji w czarnym rynsztunku bojowym i gdzie niegdzie grupy młodych mężczyzn z polskimi flagami. W Dwumieście ma być dziś w sumie pięć parad – trzy kolorowe i i dwie czarne. Czarna ciężarówka w bocznej ulicy. Fotografuję akcję dwojga młodych ludzi z tęczową flagą, przyklejają naklejkę “Stop bzdurom”, dziewczyna woła: “Nawet nie dotknęłam Waszej ciężarówki!”, co jest oczywiście przypomnieniem sprawy Margot. Stojący obok dziennikarze półgłosem komentują, że sytuacja prawna w Polsce jest taka, że nikt nie może ani zakazać parad równości, ani karać ich uczestników. Można tylko, jak za Komuny, karać ich za zniszczenie mienia prywatnego lub społecznego (dlatego później organizatorzy wciąż będą przypominać – nie depczcie trawników!) No i można wypuścić na demonstrantów “oburzonych obywateli”.

Na placu coraz więcej ludzi, pośrodku kolorowi, po bokach czarni. Organizatorzy formują nas (prawa strona placu, lewa strona placu) i informują. Maski, odstęp, odstęp maski. Jest nas już dwieście kilkadziesiąt osób, musimy zostać podzielenie na dwa pochody, bo zgłoszona została parada z udziałem 150 ludzi. Króciutkie przemówienie, rusza samochód z aparaturą nagłaśniającą i hasłem “Solidarność naszą bronią”. Nagle robi się nas bardzo dużo. Widzę, że w mojej grupie (prawa strona placu z punktu widzenia formującej nas organizatorki) robi się nas coraz więcej i więcej, w drugiej grupie na pewno też tak jest.

Godzina 14. Pierwsze i jedyne przemówienie. Kacper z Zielonej Góry informuje nas, że w jego mieście podjęto pierwszą w Polsce deklarację. Są “Miastem wolnym od nienawiści”. Kacper woła, że chcemy w całej Polsce takich stref, które byłyby odpowiedzią na “Strefy wolne od LGBT”.

Ruszamy.


Foto Aleksandra vel Ola: Wyruszyliśmy.

O 15 dojdziemy do placu za mostem, gdzie, już po stronie niemieckiej, odbywają się publiczne wystąpienia. Nie ma władz miasta Słubice, ale, jak podkreślają organizatorzy, Słubice to nie tylko miasto ale i powiat, czyli samorządowcy, a w ich imieniu wita nas wicestarosta Robert Włodek. Mówi, to co powinien powiedzieć każdy samorządowiec, w każdym miejscu świata: władze są po to, żeby chronić swoich obywateli. Dodaje też, że Parada Dumy, a jest nas już po prostu morze, jest zapewne największą demonstracją, jaka się kiedykolwiek z jakiegokolwiek powodu odbyła w Słubicach.

Autorką zdjęć w galerii jest Ela Kargol

Pogoda dopisała, frekwencja dopisała, oprócz pokojowej konfrontacji kolorowego pochodu z modlącymi się na głos obywatelami Słubic, nie było żadnych incydentów, na własne oczy widziałam, jak na obrzeżach parady policja przeganiała jakichś krewkich patriotów z flagą polską.

Foto Helena Kargol

Wzięliśmy udział w pięknym święcie obywatelskim i chwała organizacji Frankfurt Pride, że je zorganizowała.

Ludzie nocy

W najbliższy piątek, 21 sierpnia minie 25 lat od jej śmierci.
Mama.

Ewa Maria Slaska

Dzieci chcą, żeby rodzice byli tacy jak rodzice innych dzieci. Mnie się nie podobało, że Mama nie wysiaduje z innymi mamami na ławeczce za domem. Mój syn uważał, że mama sąsiada znacznie lepiej gotuje niż ja. Na pewno jest tak, że nawet gdy społeczny konwenans akurat wspiera oryginalną indywidualność, to i tak dzieci będą wymagały od rodziców, by byli oni indywidualni dokładnie tak samo jak rodzice kolegów i koleżanek.
“Wszyscy jesteście indywidualistami”, woła Brian z Życia Briana. “Wszyscy jesteśmy indywidualistami”, odkrzykuje tłum. I tylko jeden człowieczek odważa się podnieść palec, jak uczeń zgłaszający się do odpowiedzi, i zapiszczeć, że nie, on nie.
Wszystko odróżniało Mamę od innych matek. Była dziwna. Była artystką, ubierała się na czarno, miała brudne ręce, gotowała dziwne rzeczy albo nie gotowała wcale, przyjaźniła się z dziwnymi ludźmi, słuchała dziwnej muzyki, jakiej nikt nie słuchał. Spała do trzeciej po południu. Pracowała w nocy. To o niej ta piosenka, idzie niebo ciemną nocą, ma w fartuszku pełno gwiazd

 

Jako młoda osoba nie znałam nikogo, kto by tak jak ona zamienił noc w dzień, aż los rzucił mnie do miasta, którego cała egzystencja oparta jest o tę zamianę. Berlin to miasto sów. Tu wszystko odbywa się nocą, a życie towarzyskie zaczyna się wtedy, gdy skowroneczki takie jak ja już dawno śpią. To dla berlińczyków wymyślono długie noce muzeów, opery, teatru i nauki. Długie noce w ogrodzie botanicznym, nocne pchle targi, pokazy mody o północy, przedstawienia po zmroku na cmentarzach, nocne kina na otwartym powietrzu i noce zakupów w wielkich domach towarowych lub na słynnych ulicach handlowych. Knajpy, w których przez cały dzień można zamówić śniadanie są lewą stroną tej samej rękawiczki.

Oczywiście, wszyscy wiemy, że bezsenność jest konsekwencją życia w wielkim mieście, i że nie przez przypadek tabletkę nasenną i żarówkę wymyślono mniej więcej w tym samym czasie. Miasto generuje ludzi nocy i jednocześnie ich przyciąga, a im jest ich więcej, tym będzie ich jeszcze więcej.
Sympatyczny opis tego, co może w życiu zrobić człowiek, gdy nie może nocą spać znalazłam w powieści kryminalnej Gianrico Carofiglio pt. “Ragionevoli dubbi” (“Ponad wszelką wątpliwość”). Rozdział 18.

O tej porze, była jedenasta wieczorem, było tylko jedno miejsce, w którym mogłem kupić książkę i w dodatku porozmawiać. ‘Osteria del caffelatte’, która niezależnie od nazwy, jest księgarnią. Otwiera się o dziesiątej wieczorem, zamyka o szóstej rano. Księgarz Ottavo był kiedyś profesorem w liceum, cierpiał na chroniczną bezsenność. Serdecznie nienawidził swojej pracy w szkole przez te wszystkie lata, przez które był zmuszony ją wykonywać. Potem pewna stara bezdzietna ciotka, która nie miała innych krewnych, zostawiła mu pieniądze i malutką kamienicę w centrum. Parter i dwa mieszkania na pierwszym i drugim piętrze. Jego życiowa szansa, wykorzystana bez wahania. Wprowadził się na drugie piętro. Na parterze i na pierwszym piętrze otworzył księgarnię. Ponieważ nie mógł spać w nocy, wymyślił takie godziny otwarcia. Absurd, mówiło wiele osób, a tymczasem jakoś mu się wiodło.

Do ‘Osterii del caffelatte’ ludzie przychodzą o każdej porze. Niewielu, ale o każdej porze. Dziwne typy, rzecz jasna, ale przede wszystkim normalni ludzie. Którzy zresztą muszą być najdziwniejsi ze wszystkich, jeżeli kupują książki o czwartej nad ranem.

Stoją tam trzy stoliki i mały barek. Jeśli chcesz, możesz coś wypić albo zjeść kawałek ciasta, które Ottavio piecze po południu, przed otwarciem. Wczesnym rankiem można zjeść na śniadanie to samo ciasto, popijając kawą z mlekiem. Jeśli jesteś w księgarni w chwili zamknięcia, Ottavio daje ci to, co zostało z ciasta, mówi do jutra, zamyka i potem przed wejściem wypala jedynego papierosa tego dnia. Potem spaceruje po budzącym się mieście i kiedy inni zaczynają pracę, on idzie spać. Bo w ciągu dnia udaje mu się zasnąć.

Tłumaczyła z włoskiego Joanna Wachowiak-Finlaison.

Continue reading “Ludzie nocy”

Miłość i nauka

Miguel de Cervantes i Rob Davis (ilustrator) wydali w roku 2013 po angielsku powieść graficzną zatytułowaną Don Quixote. W roku 2015 Miguel de Cervantes, Rob Davis i Jan Dinter (tłumacz) wydali ją w Edition Egmont po niemiecku.

Piszę tak, bo tak się ją wszędzie zapisuje. Jakby Rob Davis ściśle współpracował z autorem przy tworzeniu Dzieła, a nie jakby wziął stary tekst i przerobił go po 400 latach na komiks.

O tym nowym Don Kichocie można by powiedzieć, że to ilustrowany bryk, mający ułatwić dziatwie kontakt z czymś, co w wersji oryginalnej jest już niestrawne. I tak też pisało o tym przed kilku laty wielu recenzentów niemieckiej wersji.
Z góry się więc założyło, iż tego dzieła nikt już w dzisiejszych czasach nie będzie czytał bez wsparcia ze strony rysownika, tłumacza czy tekściarza. Sama za nim jako młoda panna nie przepadałam. Ale ponieważ nie lubię komiksu (podobnie jak groteski i karykatury), opracowanie w postaci bryku graficznego też nie wzbudziło mojego zachwytu. Czytałam i się nudziłam. Wydawało mi się, że dostałam do ręki to samo, co u Cervantesa. To samo i tak samo. Nic nowego.

Ciekawe jednak, że recenzenci nie mieli racji, bo wersja Davisa jest jednak tu i ówdzie uwspółcześniona i przekazuje idee, o których się Cervantesowi nie śniło.

Nośnikiem  nowych koncepcji są u Davisa kobiety.

Na stronie 54 pojawia się pasterka kóz Marcela, współczesna… feministka. “Jeżeli mój adorator umarł z miłości do mnie, bo go nie chciałam”, mówi Marcela, “to nie jest to moja wina. To jego wina, to on chciał ode mnie tego, czego mu nie mogłam dać. To nie moja piękność go zabiła, lecz jego pożądliwość. Was też to czeka, bo wcale nie kochacie, tylko chcecie dostać na zawsze moje piękno. Nie chcę was i musicie respektować moje życzenie. Chcę być wolna!” Marcela wydaje mi się tu nowym wcieleniem homerowej Kirke, która, żeby czarować, wcale nie potrzebuje czarodziejskiej rośliny mola. Zamieniłam twoich towarzyszy w świnie? mówi feministyczna Kirke do Odyseusza. Ależ skąd, to oni sami chcieli tylko najeść się i dostać tyle seksu, ile się go uda wydębić od moich dziewek służebnych, sami siebie zamienili w świnie. Ta sama sytuacja powtórzy się w Mistrzu i Małgorzacie, kiedy Małgorzata i jej służąca odlatują na bal, lubieżny sąsiad sam zmienia się w wieprzka…

Kolejną współczesną kobietą jest w tej komiksowej opowieści Altisidora: “Myślałeś, że cię kocham?”, mówi na stronie 280. “Uważałeś, że to możliwe? Nic nie rozumiesz. Jesteś starym, durnym osłem, który nie rozpozna prawdy, nawet jeśli ma ją przed samym nosem. / Nie umarłam. Nikt nie wstaje z grobu! Nic tu nie jest rzeczywiste. Wszystko co się tu, w zamku Księcia i Księżnej, wydarzyło, jest ich małą podłą intrygą. Nie widzisz tego? Niczego się nie nauczyłeś?”

Każdy stary biały mężczyzna wierzy, że młoda piękna kobieta go kocha. Odyseusz też myślał, że Nauzykaa może go pokochać. I od tego czasu nic się nie zmieniło.

Miłość, główny temat opowieści rycerskich, pojawia się też w opowiastce o Kamili. Jej mąż Anzelmo po trzykroć wystawia na próbę miłość żony i wierność przyjaciela, dwa razy na próżno, za trzecim razem… no cóż, cosi fan tutte, wszyscy tak czynią i jest to ta sama opowieść. Jak przystało na renesansową historię, gdy rzecz cała się wydaje, zrozpaczony kochanek popełnia samobójstwo od razu, jego ukochana, niewierna Kamila, idzie najpierw do klasztoru (jak Ofelia – kolejne odniesienie do kolejnego wielkiego dzieła), gdzie i ona się zabije. Anzelmo, który na skutek podejrzeń stracił żonę i przyjaciela, umiera z powodu podwójnie złamanego serca, co współczesny autor skwituje komentarzem: Próbował uczynić z miłości naukę i to go zabiło. “No cóż”, komentuje Dorota, “jest w tym wiele prawdy”.

Bo nauka, pisałam już o tym jakiś czas temu, jest wielka, jeśli jest wizjonerska i kieruje nią miłość do Nieznanego, ale staje się domeną oschłych bakałarzy, gdy drobiazgowo udowadnia coś, czego udowadniać wcale nie trzeba. Umysł wolny myśl wolną ubezpieczający polata nad wodami i trudno mu ograniczyć swe wizje pytaniem: a na której to stronie było to, co sobie jak Homer pomyślałaś? Na 129 odpowiadam i już nie chce mi się myśleć. Jest 6 rano. Dobranoc.

A to zdjęcie robota, wykonane przez dzieci z pewnego berlińskiego przedszkola. Wydaje mi się, że ten robot bardzo by przypominał Rycerza o Smętnym Obliczu, gdyby tylko miał oblicze.

Auf dem Fahrrad und zu Fuß 4

Christine Ziegler

liebe ewa,

morgen schon werden die taschen gepackt für die rückkehr nach berlin. was für schöne tage wir hier verbringen konnten! ringsum freundliche leut, in wald und feld besonders viele tiere entdeckt und der sommer war auf einem schönen höhepunkt, bevor die ernte beginnt. nun, für den abschied passend, sind die ersten felder schon abgeerntet, manche wiese schon gemäht. so ändern sich die farben von weißgold zu braun, von bunt zu heugrüngrau. doch der himmel weiter voller lebendigkeit mit riesigen wolken, die über die unfassbare weite schwimmen.

direkt nach osten waren wir bisher noch nicht von hier losgefahren und so ging es über kleine dörfer wie netzow, bendelin, damelack, breddin und gümmernitz zum rittergut todtenkopf, im ort namens waldfrieden gelegen. der dorfverein in damelack hieß bemerkenswerterweise nach florian geyer* (wir sind des geyers schwarze haufen, sangen sie in den bauernkriegen, wir wollen mit tyrannen raufen …)

dann kurz vor vehlgast ein neues informatives schild am weg. diesmal nicht über schreitvögel oder ehemalige slawische rundlingsdörfer sondern die beschreibung des hochwassers von 2002. das havelland wurde geflutet, um den anrainern der elbe entlastung zu geben. hier in den dörfern, die seit jahrhunderten mit den wassern kämpfen, gingen die fluten in die keller und die landschaft wurde von zuoberst nach zuunterst gekehrt. selbst die alten betonwege hat es weggespült. der fluß jäglitz hat heut ein neues bett. heute vom vogelbeobachtungsturm ist davon nichts mehr zu ahnen.

wöplitz wollt ich nicht vergessen! hier hält uns eine holzfigur auf und die geschichte dazu muss auch noch erzählt werden.

der weg zurück nach klein-leppin wieder durch den wald, wieder mal off-road, einmal pro tour muss es sein, sonst reicht es nicht für martins abenteuerlust. eine wenig befestigte alte allee lockt uns in den wald. und da ein schild, davon wussten wir bei der wegplanung noch nichts:

danach ein forsthaus und dann waldwege mit mehr oder weniger tiefem sand, das wird dann manchmal artistisch auf dem rad. in glöwen dann die „belohnung“ mit kaffee und kuchen im antik-café im alten dorfkern am kirchplatz. dort zu sitzen ist gehobene gemütlichkeit und der selbstgebackene kuchen ist unendlich gut. werbeblock muss hier einfach sein. an schwanensee vorbei, immer auf der spur der alten schmalspurbahn zurück nach klein-leppin. schwäne haben wir seltsamerweise hier nie gesehen …

mit dem lieblingsbuch auf dem deckchair im garten ausgeruht. die sonne hat sich endlich nicht mehr versteckt und uns wurde warm.

ob wir heute nacht noch den aktuellen kometen neowise sehen werden? es muss nur das wetter mitspielen, einsam und damit dunkel genug ist es, um jedes himmelsspektakel perfekt zu sehen. wir sind hier nur ein paar kilometer weg vom sternenpark in gülpe**. dunkler als hier kann es dort nachts auch nicht werden***.

liebe grüße

christine


anmerkungen der administratorin:

* florian geyer, 1490-1525, ein fränkischer reichsritter, truppenführer und diplomat; er übernahm im bauernkrieg 1525 die führung des schwarzen haufens.

** gülpe, nicht weit von rathenow, gilt als der dunkelste ort deutschlands, was alle wissenschaftler und hobbysternengucker immer wieder lockt: die dunkelste nacht ist am 17. september. ich plane dieses jahr diese nacht dort zu sein. kommt alle hin, vielleicht werden wir uns dort treffen (falls man sich überhaupt sieht).

*** als ich fragte, ob sie den kometen neowise gesehen haben, antworte christine: nee, nur im internet. das haben wir auch, natürlich.

Fartuszek

Ewa Maria Slaska

Podczas kwarantanny przyzwyczailiśmy się do tego, że dzień składa się z pracy w domu, sprzątania i porządkowania, zakupów, spaceru i filmu na netflixie. Nawet książki okazały się nie tak ważne, jak bycie w domu, bycie razem w domu i w tym domu porządkowanie, jedzenie, spanie i filmy. Kwarantanna minęła, pozostały właściwie tylko maski w metrze i w sklepie oraz nowo odkryta pasja do bycia w domu. Ale konsekwencje są bardziej długotrwałe. Przede wszystkim straciliśmy zainteresowanie dla świata na zewnątrz, dla zgiełku i wydarzeń, które przedtem musieliśmy zaliczyć, ograniczyliśmy konsumpcję, przestały nas interesować “masthevy” i “mastsije”.

To na pewno dobrze, bo znaleźliśmy może nieco ciszy i wewnętrznego spokoju. Ale jednak są też rzeczy, które nam przepadły, które zignorowaliśmy, obok których przeszliśmy obojętnie, których szkoda.

W berlińskim Gropiusbau w ciszy kwarantanny i pokwarantannowej niechęci do czegokolwiek przepadła wspaniała wystawa.

Była cicha, nie dotyczyła niczego spektakularnego, odtwarzała nasz dom. Był więc salon, sypialnia, jadalnia, graciarnia i miejsce, gdzie reperujemy  to, co umiemy zreperować. Teraz myślę, że wystawa Lee Mingwei była profetyczna, bo przecież została zaplanowana na długo przed wybuchem pandemii, a jej przedmiotem było to, co powinno być dla nas ważne, nasza życiowa przestrzeń, nasz dom, nasze przedmioty, nasi przyjaciele i ich losy, losy naszych bliskich, maleńkie prezenty, które możemy sobie nawzajem ofiarować, gdy zaszyjemy komuś rękaw kurtki lub napiszemy do kogoś, że jednak to była nasza wina, nawet jeśli przez całe życie wmawialiśmy jemu, sobie i światu, że to on był winien. Mingwei przypomniał nam, jak ważne jest, byśmy usiedli we dwoje przy herbacie, byśmy napisali do siebie listy, takie ołówkiem czy piórem na papierze, byśmy przyjrzeli się temu, co nas otacza, byśmy naprawili to, co zniszczone i żebyśmy docenili piękno naszego małego, skromnego życia. Wyszłam z tej wystawy poruszona do głębi jej fantastycznym ludzkim przekazem. W czasie pandemii, która przyszła z Chin, chiński artysta pozwolił mi znaleźć równowagę pomiędzy tym, co ważne, a tym co zbędne.

W salonie co tydzień inny zaproszony artysta prezentował… coś. Polska dziennikarka i kolekcjonerka sztuki, Urszula Usakowska-Wolff, prezentowała swoje (i męża) zbiory polskiej sztuki ludowej (maleńki fragment) – zdjęcie Urszula

Ze wszystkich elementów wystawy największe wrażenie zrobiła na mnie kolekcja pudełek z fragmentami czyichś ubrań, do których dołączony był opis… Otworzyłam na chybił trafił jedno z pudełek, zatytułowane Kindergartenschürze, czyli fartuszek do przedszkola.

Okazało się, że jest to polska historia, a fartuszek należał do Kasi. Na fartuszku jest jej imię, ale gdy otwierałam zamknięte pudełko, wcale tego nie było widać. Tak miało być, wybrałam sobie polską historię.

Fartuszek“, napisała Kasia, “był obowiązkowym elementem stroju dziewczynki w komunistycznym przedszkolu w Polsce. Miał naszywkę z imieniem i kieszeń, w której można było trzymać chusteczkę do nosa, lub schować drugie śniadanie. Mój fartuszek uszyła mi mama. Miałam trzy lata, mieszkałyśmy w Poznaniu, mama była studentką szkoły sztuk pięknych i nie miała pieniędzy. Uszyła więc fartuszek ze swojej ślubnej sukni. Brała ślub, gdy była już w czwartym miesiącu ciąży, a suknię ślubną uszyła sobie z zasłony, która wisiała w mieszkaniu jej mamy, czyli mojej babci. W roku 1980 moja rodzina uciekła do Niemiec Zachodnich Fiatem Uno, a ja zostałam schowana w bagażniku. Mama zabrała wtedy również mój fartuszek, ale nie nosiłam go już więcej, bo w Berlinie w przedszkolu dzieci mogły nosić, co chciały. A mimo to nie mogę się rozstać z moim fartuszkiem.”

Wystawy już dawno nie ma. Ale każdy z nas może ją sobie zrobić na własny użytek we własnym domu, używając elementów własnego życia. Gdybym to ja miała na przykład przygotować eksponat na taką wystawę, włożyłabym do pudełka stary płaszcz mojej mamy, który wciąż jeszcze czasami noszę.


No cóż, zdjęcie ma parę lat. Wtedy protestowaliśmy przed Bramą Brandenburską przeciw Beacie Szydło. Minęło, nawet nie wiem, czy pamiętamy, jaką wstrętną była premierką. Obok mnie moja synowa, a chłopczyk w czapce z białymi uszami misia pandy, to mój wnuk. Nie wiem kto zrobił zdjęcie. Mam na sobie płaszcz mojej Mamy.

Kobiety, morze, architektura

Ewa Maria Slaska

czyli o malarstwie Jarosława Łukasika po wystawie w Zielonej Górze (przed nie zdążyłam, na wystawę też nie zdążyłam)

Najbardziej wzruszył mnie kot Jarka Łukasika, bo u niego w ogóle mało istot żywych, czasem pojawią się widziane od tyłu nagie kobiety, czasem jakaś kobieta bez głowy. Ostatnio przyjrzałam się temu, co u Łukasika się pojawia i zobaczyłam ze zdziwieniem zarówno koty jak i – o zdumienie, o zdumienie – mężczyzn w garniturach i to widziany en face. Jeden z nich to sam artysta.


O Jarosławie Łukasiku już raz i drugi pisałyśmy tu na blogu, Lidia Głuchowska i ja, bo, muszę przyznać, że jego obrazy robią na mnie rzeczywiście wrażenie. Gdybym umiała malować (a nie umiem), to chyba bym chciała malować tak jak Memling, ale jak nie Memling – to Łukasik.


Są więc ludzie i są zwierzęta, ale siłą Łukasika jest świat bez człowieka. Architektura, pejzaż, martwa natura, jedzenie. Za architekturę dostał właśnie nagrodę na Ogólnopolskim Biennale Malarstwa w Bisztynku, w kategorii Architektura.


10 lipca otworzył w Zielonej Górze wystawę (którą po dwóch tygodniach zamknięto), w galerii Pro Arte: Obrazy (nie)codzienne. Ten nawias jest kwintesencją tytułu, bo tematy obrazów Łukasika są jak najbardziej codzienne, to tylko oko artysty ujrzało w nich widoki niecodzienne, biorąc codzienność w nawias. Na potrzeby promocji wystawy Łukasik wygłosił takie świetne, nic nie mówiące zdanie, jakie każdy artysta musi umieć o sobie wygłosić: Obraz to “każdorazowo odmienne domniemanie ufundowane na intuicji, której ostateczny pesymizm skrywa się pod kolorową maską syntetycznych, bądź jak kto woli, surowych i prostych w formie, kompozycji”.
No, nic dodać, nic odjąć. To nie będziemy już nic dodawać.

Szkoda, że wystawa, zanim się na dobre zaczęła, to już się skończyła. Są wakacje, może byśmy dojechali z Berlina do Zielonej Góry.


A tu jeszcze na zakańczenie, zupełnie od rzeczy, dwa obrazy z kotami, które od wielu tygodni tułają się po pulpicie, czekając nie wiadomo na co, na jakąś okazję, do której będą pasowały.

Powyżej Vanessa Bell (1879-1961), Angielka, Pokój z widokiem na ogród, poniżej Henriëtte Ronner-Knip (1821-1909), malarka belgijsko-holenderska, Cat with kittens.

Bio Balkon Berlin

Ewa Maria Slaska

Balkony w Berlinie są bardzo słynne, już od “zawsze” rosły tu drzewa, owocowały truskawki, zbierało się kilogramy pomidorów i fasoli. Ale przede wszystkim na berlińskim balkonie się żyje, je się śniadania i organizuje przyjęcia, pali papierosy i rozmawia z przyjaciółmi przy lampce wina. Z mojego balkonu widać nocą gwiazdy, co w dużym mieście wcale nie jest taką oczywistością. Lato na balkonie (na Balkonii – mówią berlińczycy) stało się już nawet tematem filmu o życiu zwykłych ludzi w zwykłej, niebogatej (wówczas, dziś jest zamożna) dzielnicy miasta. Sommer vorm Balkon, film Andreasa Dresena, został nakręcony w roku 2004. Gdy pojechałam kiedyś do nieznanego mi przedtem miasteczka w Polsce i zobaczyłam tam typowy “polski balkon”, próbowałam przekonać mieszkające w tym mieszkaniu dwie kobiety do zrobienia natychmiast “czegoś” z tym balkonem. Popatrzyły na mnie, jedna ze zdumieniem (nigdy nie była w Berlinie, nie mogła więc wiedzieć, o czym mówię), a druga z politowaniem (“to dobre tam u was w Berlinie”, powiedziała). Ogród tak, doniczki w mieszkaniu tak, ale balkon nie, balkon to rupieciarnia, tania zimowa lodówka, suszarnia, na balkonie się nie siedzi, czasem się może stoi i pali papierosa.

Mieszkam w Berlinie już ponad 30 lat, mieszkałam w tym czasie w 14 mieszkaniach. Niektóre były z balkonami, inne bez, wiem więc co mówię, gdy mówię, że mieszkanie bez balkonu, kota i łazienki z wanną to nie mieszkanie, tylko szafa a może nawet tylko szuflada. A na balkonie musi być coś. Co? Nie wiem, coś. U jednej z moich przyjaciółek jest hamak i kwiaty, u innej fantastyczne meble ogrodowe i kwiaty, u jeszcze innej kwitnące i owocujące jabłonki, u mnie dzika wegetacja i kartofle…

Ale balkony to nie tylko ludzie i rośliny, to również zwierzęta. U znajomej nocami buszuje szop pracz. Mnie przez pewien czas budził co rano wrzask oburzonej sójki, domagającej się orzechów. Najbardziej wściekła była wtedy, gdy orzechy były, ale ubiegła ją wiewiórka. Do przyjaciółki przylatują kosy, wróble i szczygły, a kiedyś nawet przyleciał jastrząb. U synowej gołębie założyły gniazdo pod rynną. U mnie zresztą też chciały, ale kot nie pozwolił. Nie zawsze jednak kot wygrywa, bo truskawki w zeszłym roku zjadły szpaki, a nie my. Berliński luksus dla każdego – balkon.

Captions, please

Ewa Maria Slaska

Oglądaliście na Netflixie Anne with E? Jeśli tak, to chciałam zapytać, czy rozpoznaliście, co w pierwszym odcinku (39 minuta) Ania opowiada Maryli o swoim pochodzeniu?

… lebte vor nicht allzulange Zeit ein Gentelman, einer mit einer Lanze und einem alten Schutzschild auf einem Regal. Er hält sich einen dünnen Gaul und einen Windhund. / W pewnym kraju daleko, daleko stąd, którego nazwy nie chce mi się nawet pamiętać, żył nie tak znowu dawno temu pewien szlachcic, z tych, co to posiadają lancę i tarczę w szafie, a trzymają chudą szkapę i takiegoż ogara.

No tak, może nie rozpoznajecie, bo to przekład z hiszpańskiego na angielski, z angielskiego na niemiecki, z niemieckiego (w moim wykonaniu) na polski, a na każdym etapie coś się przecież gubi – lost in translation, wiemy… przypomnę nam więc:

W pewnej miejscowości (…), której nazwy nie mam ochoty sobie przypominać, żył niedawno temu pewien szlachcic, z tych, co to mają kopię w tulei, starodawną tarczę, chudą szkapę i gończego charta.

Tak to jest w tłumaczeniu Anny i Ludwika Czernych, na stronie 35. W następnym zdaniu pojawi się jeszcze garnek bigosu czyli dawnej potrawy z resztek, zwanej po hiszpańsku olla porida, tego jednak Maryla już od Ani nie usłyszała, bo oburzona kazała jej przerwać.

W tłumaczeniu Woroszylskiego to zdanie nie pojawi się wcale, w przekładzie Charchalisa brzmi zaś tak:

W pewnej wiosce (…), której nazwy nie mam ochoty sobie przypomnieć, nie tak dawno żył szlachcic z tych, co to mają wiszącą na kołku kopię, starą tarczę, suchą chabetę i łownego charta.

Olla porida zostanie u Charchalisa zastąpiona gotowanym mięsem…

Jest to jedno z najsłynniejszych zdań na świecie.

Nie wiem, czy Maryla je rozpoznaje, czy tylko wie, że Ania znowu coś wymyśla. Znają się wprawdzie dopiero od poprzedniego wieczoru, ale dziewczynka dała się już poznać jako egzaltowana gaduła. Nieważne jednak, czy filmowa Maryla wie, że panna cytuje Cervantesa, ważne, że autorka scenariusza uznała, iż  spokojnie może użyć tego cytatu. Tym, co wiedzą, ten szczegół pozwoli się uśmiechnąć porozumiewawczo do innych, którzy też to zdanie rozpoznali, tym zaś, którzy go nie znali lub nie chciało im się pamiętać, nie utrudni ono odbioru. I tak każdy widz wie już (a być może od dawien dawna), że rudowłosy podlotek opowiada, co mu tylko ślina na język przyniesie.

To jest właśnie taka sytuacja, o jakiej pisałam niedawno we wpisie o Przyłbicy Mambrina. Tylko tam jeszcze zakładałam pewną wspólnotę wiedzy autora, tłumacza, wydawcy i czytelnika, tu zaś przeciwnie – sądzę, że mało kto rozpozna tę kwestię zwłaszcza zniekształconą wielokrotnym tłumaczeniem, zakładam wręcz, że należy ona do gatunku zabaw, jakie filmowcy chętnie serwują widzom – nie oglądając się na to, czy widz rozpoznaje to, co dostał, czy nie – zabawa w cytaty bez podania źródła. Wiesz, człowieku, twój zysk, nie wiesz, twoja strata, ale skoro nie wiesz, że nie wiesz, to nie wiesz też, że coś straciłeś. W zabawie w cytaty filmowe mistrzem jest oczywiście Tarantino, ale takie zabawy znają i muzycy, i pisarze, i dziennikarze. Cytat bez podania tzw. caption, czyli źródła, uważany jest za jedną z cech postmodernizmu, ale reguły znane były wcale nie od dziś, czego dowodem jest chociażby przyłbica Mambrina w Scenach z życia cyganerii. Najsłynniejszym polskim fragmentem literackim tego rodzaju jest scena, gdy Winicjusz widzi po raz pierwszy Ligię i mówi do niej słowami, które Odyseusz skierował do Nauzykaai. Wzrusza go, że dziewczyna mu odpowiada słowami feackiej księżniczki. Winicjusz, Petroniusz, któremu Winicjusz to opowiada, Ligia i jej wychowawcy, ale też Sienkiewicz i jego czytelnicy – wszyscy wiedzą, że chodzi o cytat z księgi VI Odysei, której autorem był Homer. Wszyscy wiedzą to tak dalece, że obciachem by było mówienie o tym. Tak jak obciachem by było powiedzenie teraz, że Ligia i Winicjusz to bohaterowie Quo vadis, a autorem Quo vadis jest Henryk Sienkiewicz. Wszystko zależy zresztą od tego, jak znane jest w danym momencie cytowane dzieło. Bo to się oczywiście zmienia. Za moich młodych lat cytowało się w rozmowie nie tylko często gęsto Balladynę, Pana Tadeusza, Trylogię i Chłopów, ale też na przykład Bolesława Chrobrego Antoniego Gołubiewa, i nie mieliśmy problemów z rozpoznaniem takich zdań jak szła pąć czy Puchała, stary chrzan. Teraz by to już było niemożliwe.

U nas “w cytaty” bawiła się cała rodzina i to przez kilka pokoleń, dopiero teraz ta rodzinna zabawa przestała bawić. Dodam zresztą dla porządku, że mojej siostry na bawiła nigdy :-), co szkoda, bo nie mam się z kim bawić.

To fantastyczne zdjęcie zostało zatytułowane: Captions, please.

Do niedawna uważało się, że na tym właśnie polega różnica między naukowcem, a wolnym duchem artystycznym – naukowiec musiał podawać źródła, na których się opierał, duch zaś mógł sobie swobodnie polatywać nad wodami, pisać, co chce, cytować, co chce i jak chce, i nic mu nie można było zrobić, oczywiście pod warunkiem, że każdy wiedział, iż to jednak są cytaty, nawet jeśli nie odróżniały się cudzysłowem lub kursywą, i że autor nie udawał, iż to tekst własny. No bo wtedy to był plagiat, a to już całkiem inna historia.

Ostatnio jednak zmienił się stosunek i do cytatu, i do plagiatu. Walter Kempowski kilkanaście lat temu atakowany o kradzież tekstów, gęsto się musiał tłumaczyć, różnym naukowcom odebrano tytuły naukowe, bo apka do wykrywania plagiatów udowodniła, że kradli czyjeś i nie przyznawali się, że kradli. Bo w nauce jest tak, że jak napiszesz, że to cytat, to korzystasz ze źródeł, a jak nie napiszesz – toś złodziej. Naukowiec musi korzystać z czyichś tekstów, bez obcych tekstów nie ma nauki. Prawdziwa praca naukowa, jak twierdzono za moich młodych lat, to 95% cytatów i 5% myśli własnej.

Tymczasem, gdy dziesięć lat temu zarzucono Helene Hegemann, autorce “skandalicznej” książki Axolotl Roadkill, że pełnymi garściami korzystała z cudzych wpisów na Facebooku, młoda kobieta tylko wzruszyła ramionami i powiedziała, że żyjemy w epoce copy & paste i nie warto tym sobie głowy zawracać. To zresztą jest zjawisko w kulturze bardzo dobrze znane. Cyrulik sewilski i Wesele Figara to tylko dwa przykłady z niezliczonych, świadczących o tym, że przez stulecia prawo do opowieści należało do tego, kto opowiadał i nikt nie zaprzątał sobie głowy problemami autorstwa. Można być może powiedzieć (ale nie wiem, nie znam się na tym), że nauka była pierwszą przestrzenią ludzkiej działalności, gdzie autorstwo okazało się ważne, a autor miał prawo domagać się, by o nim “na zawsze” pamiętano, bo czymże jest owa słynna caption, jak nie obowiązkiem pamiętania. Cervantes mógł sobie pisać, że nie ma ochoty pamiętać, jak nazywa się owa wioska w Manchy, z której wywodził się Don Kichot. Naukowiec tak nie może, a nauka jest być może ostatnim bastionem, gdzie trzeba się tego obowiązku trzymać.

Ale może już nie. Nieżyjący już niestety autor świetnych, publikowanych tu niekiedy, ironicznych wierszyków, a kuzyn mój, Jan Kozłowski, doktor nauk historycznych, napisał był kiedyś esej o drogach i bezdrożach, którymi podążają naukowcy i błędni rycerze nauki, i użył w tych rozważaniach przepięknego zdania, że (niestety) nauka “przykuła się jak Prometeusz” do skały udowodnionego faktu/ zacytowanego źródła i że mogło się to było rozwinąć inaczej.

Zasadniczo opowiadam sią za postmodernistyczną swobodą w traktowaniu cytatu – znalazłam ostatnio na FB taki tekst, który zaczynał się mądrym zdaniem, a autor napisał w nawiasie: (chyba Konwicki). Jednak tu i teraz, dla przyjemności cytowania z podaniem źródła, zacytuję dwa przykłady tego, jak radzi sobie z brakującym źródłem cytatów duch piękny i wolny:

Mitte des 17. Jahrhunderts soll im englischen Parlament ernsthaft diskutiert worden sein, die Archive des Tower of London zu verbrennen, “um jedes Gedächtnis an die Vergangenheit auszulöschen und die Lebensführung ganz von Neuem zu beginnen”, wie Jorge Louis Borges eine Stelle bei Samuel Johnson zitiert, die es mir nicht wiederzufinden gelingt.

W połowie XVII wieku miała się podobno odbyć w parlamencie angielskim całkiem serio potraktowana debata, czy by nie należało spalić wszystkich archiwów z Tower of London, “aby usunąć wszelką pamięć o przeszłości i zacząć życie całkowicie od nowa”, tak przynajmniej twierdzi Jorge Louis Borges, cytując Samuela Johnsona, czego jednak nigdy nie udało mi się odnaleźć (tłum. EMS).

Judith Schalansky, Verzeichnis einiger Verluste, Suhrkamp, wyd. I. Berlin 2018, s. 18-19.

La jeunesse, c’est béte; ce n‘est fait que pour être regrettè, powiedział nie pamiętam kto, nie pamiętam gdzie i nie pamiętam czy dokładnie tak samo. (Młodość jest głupia, nic tylko jej pożałować – tłum. Google Translator)

Tadeusz Boy-Żeleński, Przedmowa w: Henryk Murger, Sceny z życia cyganerii, Spółdzielnia Wydawnicza „Wiedza”, Warszawa 1948, s. 10

🙂

Spiskowe wizje świata

Ewa Maria Slaska

Wszyscy ich znamy, wyznawców teorii spiskowych, których zawsze i wszędzie jest pełno, ale właściwie zazwyczaj obracają się w kręgach odległych od naszego świata i o tym, w co oni tak naprawdę wierzą, dowiadujemy się z plotek, mediów społecznościowych lub z prasy. Tylko znienacka zaskoczy nas coś nowego, na przykład teoria o wyziewach samlotowych, które mają nas zatruwać, a robią to bogaci. Ależ oczywiście, odpowiadamy, wyziewy kerozyny są trujące, a latają jednak przede wszystkim bogaci, to bogaci więc nas zatruwają. Ale pełen politowania wzrok rozmówcy od razu poinformuje cię, że twój poziom myślenia odpowiada rozwojowi intelektualnemu hydry vulgaris. Bo bogaci, tu się chętnie wymienia jednym tchem Trumpa i Madonnę, dodają do zwykłej kerozyny jakieś coś nie wiadomo co, od czego pomrzemy.
– A oni?, pytam.
Okazuje się, że “oni” nie, bo “oni” mają podziemne miasta i będą tam żyli długo i szczęśliwie, podczas, gdy my na powierzchni zginiemy w męczarniach, co oczywiście niestety nie jest wykluczone.
Coś mi gdzieś migocze, coś pamiętam, jakiś absurd i nagle wiem – Borat i Minionki! No dobrze, każdy widział, zresztą Borat i Minionki są tylko jakąś komiczną wersją klasycznych thrillerów S-F, gdzie zawsze jest jakiś “bogaty”, który chce zawładnąć światem.
I w to ktoś wierzy na serio? Wstaję rano, myję zęby, i wierzę w jakiegoś starca z gór? Idę do sklepu, kupuję jarzyny, siekam włoszczyznę na rosół i wierzę w złą Gru? No, come on, baby.

Ilość spiskolubców wzrasta w chwilach szczególnych, na przykład po 11 września 2001 roku, albo teraz, w czasach pandemii. Spiskolubcy mnożą się tak licznie, że pojawili się nawet w kręgu najbliższych znajomych. Opowiadają wszyscy to samo. Pandemii nie ma, na coronę nikt nie umarł, to zwykła grypa, nosisz maskę, czyli się boisz, haha, ja się nie boję, bo to wszystko wymysł bogatych, którzy zarazili cały świat, żebyśmy pomarli, i będą nas wszystkich szczepić, wszczepią nam chipy i będą nas śledzić przy pomocy G5, a sami zamieszkają w podziemnych miastach (znowu!), gdzie będą się zaprawiali narkotykiem, który produkują z adrenaliny wydzielanej przez mózgi torturowanych dzieci… Z tymi dziećmi to już w ogóle tragedia, porywają je na seks, na adrenalinę, na organy (Rockefeller w chwili śmierci miał siedem serc! – Jak to siedem serc? pytam – No, po kolei, siedem przeszczepów. -Aha.) Oczywiście poszczególne części tej teorii przeczą sobie nawzajem, bo albo pandemii nie ma, albo wszyscy wymrzemy, albo jednak nie pomrzemy i będą nas szczepić, albo nie ma wirusa albo to maszty G5 go rozsiewają… Przedtem nie znałam nikogo, kto wierzył w takie bzdury, teraz nagle jest ich wokół mnie co najmniej czworo. Dorośli ludzie, wykształceni. Ale jak już myślę, że to rodzaj pandemicznej paranoi, bo to przecież niemożliwe, to moi bliscy znajomi, ba, może nawet przyjaciele, nagle wylewa mi się pod nogi wiadro pomyj. Cała czwórka nie poszła na wybory, bo Duda to komuch finansowany przez Amerykę, a Trzaskowski to komuch finansowany przez Chińczyków…

Mam was wszystkich dość, wy wszyscy, spiskolubcy, antyszczepionkowcy, płaskoziemcy, rodzimowiercy i reptilianowiercy, antypandemiści i antymasztowcy, ale ponieważ z kolei jako pisarka wiem, że ludzie potrzebują opowieści, a jako archeolożka, wiem również, że nigdy nie wiadomo, co jeszcze skrywa ziemia, opowiem wam teraz historię tisulskiej księżniczki. Może spodoba wam się bardziej niż historie, które w kółko powtarzacie.

Proszę bardzo, oto ona. Jest piękna, młoda, ma co najwyżej 25 lat, śliczne ciemnoblond włosy, które wciąż rosną, i równo obcięte paznokcie, które jednak nie rosną. Ma otwarte oczy, ale śpi snem hibernetycznym. Jest mumią, ale jest żywa. Ma 800 milionów lat. Jest kosmitką, ale ma genotyp w 100% ziemski. Ma na sobie śliczną białą koronkową sukienkę haftowaną w kwiaty, której po dziś dzień nikt na Ziemi nie potrafi(łby) wyprodukować. Spoczywa w ogromnym marmurowym sarkofagu wypełnionym różowobłękitnym płynem, który przypomina składem wyciąg z…. czosnku i cebuli. Została znaleziona pół wieku temu na Syberii w pokładach kopalni węgla i po kilku dniach zarekwirowana przez sowieckie służby bezpieczeństwa. Reszty dowiecie się z poniższego filmiku, ale zanim zaczniecie oglądać, powiem jeszcze, że ze wszystkich szczegółów tej opowieści najbardziej wzruszyły mnie czosnek i cebula. Taki swojski element najbardziej spiskowej ze spiskowych opowieści.

Poezja – Poetry – Poesie – Poésie – Поэзия: Marsylianka

I naprzód…

Ewa Maria Slaska

W 231 lat później

Od razu uprzedzam wszystkie pytania: nie wiem, dlaczego Marsylianka. Choć akurat dziś można by pomyśleć, że wiem i to jak! Ale nie. Pojawiła się pewnego wiosennego dnia, czyli już jakiś czas temu i od tej chwili nie odstępuje mnie nawet o krok. Przypomniało mi się wtedy, że coś o niej wiem, bo przeczytałam to w jakiejś powieści, jednej z tych, jakie się czyta w niemieckim szpitalu, zanim ktoś z przyjaciół cię nie odwiedzi i nie przyniesie czegoś sensownego. Są to z reguły potwornie stare powieścidła, wysortowane ze zbiorów bibliotecznych. Według tejże powieści, a nie pamiętam ani jej autora, ani tytułu, pieśń została ułożona dla ochotników z Marsylii wyruszających na pomoc Rewolucji, która 14 lipca 1789 roku wybuchła w Paryżu, a która potem nazwana została Francuską.

Ale polska Wikipedia natychmiast przywołała mnie do porządku:

Słowa i muzykę tej pieśni stworzył 25 kwietnia 1792 w Strassburgu Claude Joseph Rouget de Lisle na widok wymarszu rewolucyjnej Armii Renu. Stąd jej oryginalna nazwa to: Chant de marche de l’Armée du Rhin lub Chant de guerre pour l’armée du Rhin (Marsz wojenny Armii Renu lub Pieśń wojenna Armii Renu). Jej pierwsze wykonanie miało miejsce 26 kwietnia tegoż roku. Zdobyła wielką popularność w okresie rewolucji francuskiej. Wówczas jako pierwsi zaśpiewali ją żołnierze z Marsylii, biorący udział w walkach o pałac Tuileries w Paryżu. Tak powstała jej nowa nazwa, najpierw Marche de Marseille, a później ostatecznie La Marseillaise, czyli Marsylianka.

Francja właśnie wzpowiedziała wojnę Austrii! A zatem Armia Renu wcale nie była niemiecka, jak by się nam, małym ludzikom mogło wydawać (bo Ojczulek Ren i straż na Renie), tylko francuska, i wcale nie była armią rewolucyjną, tylko królewską, została sformowana na mocy dekretu króla Ludwika XVI z 14 grudnia 1791 roku. Król w rok później utracił władzę. 6 października 1789 został zmuszony do opuszczenia Wersalu i zamieszkał wraz z rodziną w Tuileriach. Przebywał tam do chwili obalenia monarchii 10 sierpnia 1792. W szturmie pałacu, informuje Wikipedia, rozwścieczony motłoch paryski wymordował wszystkich żołnierzy królewskich z Gwardii Szwajcarskiej i obrabował pałac biorąc wszystko, co dało się wynieść. No cóż historia nie zawsze jest taka piękna, jak byśmy chcieli.

I co?

To podczas tego szturmu zasłużyły się oddziały marsylskich ochotników? Byli częścią plądrującego motłochu? I jeszcze na dodatek śpiewali pieśń ułożoną na cześć armii królewskiej?

Na wczesnym druku z tekstem Marsylianki dokładnie widać, że to marsz militarny.

Wikipedia niemiecka opowiada w tym miejscu nieco inną historię i nieco elegantszą:

Das Lied erhielt den Namen Marseillaise, weil es von Soldaten aus Marseille am 30. Juli 1792 beim Einzug in Paris, kurz vor dem Tuileriensturm, gesungen wurde. Am 14. Juli 1795 wurde die Marseillaise zur französischen Nationalhymne erklärt.

A więc pieśń śpiewali żołnierze z Marsylii wkraczając do Paryża przed szturmem na pałac Tuilerie.

Francuzi preferują jednak jeszcze troszkę inną wersję:

Chant de guerre des armées aux frontières. De fait, ce sont les troupes des fédérés marseillais qui, l’ayant adopté comme chant de marche, l’entonnent lors de leur entrée triomphale, aux Tuileries, à Paris, le . Immédiatement, la foule parisienne, sans se préoccuper de ses différents noms, baptise ce chant: La Marseillaise. Ce titre, outre sa simplicité, a l’avantage de marquer de Strasbourg à Marseille, de l’Est au Midi, l’unité de la Nation.

A zatem jednak zdobycie pałacu Tuilerie, ale nie dokonuje tego motłoch, lecz żonierze i lud.
A Marsylianka jest tytułem prostym i to skłoniło “lud” do zmiany tytułu.

Na szczęście są jeszcze Anglicy, a ich Wikipedia przychyla się do mojej powieściowej wersji:

The melody soon became the rallying call to the French Revolution and was adopted as “La Marseillaise” after the melody was first sung on the streets by volunteers (fédérés in French) from Marseille by the end of May. These fédérés were making their entrance into the city of Paris on 30 July 1792 after a young volunteer from Montpellier called François Mireur had sung it at a patriotic gathering in Marseille, and the troops adopted it as the marching song of the National Guard of Marseille. (…) Mireur was headed to Marseilles to organize and lead volunteers from nearby towns. The song thus became known as “La Marseillaise”, which was adopted as the French national anthem in 1795. 

W Wikipedii jest jeszcze ze sto innych wersji językowych, ale postanawiam, że nie sprawdzam dalej. Niechta będzie po powieściowemu: wyruszli ochotnicy z Marsylii i śpiewali tę pieśń, nawołującą  dzieci ojczyzny do walki:

La Marseillaise

Allons enfants de la Patrie,
Le jour de gloire est arrivé!
Contre nous de la tyrannie
L’étendard sanglant est levé,
L’étendard sanglant est levé,
Entendez-vous dans les campagnes
Mugir ces féroces soldats?
Ils viennent jusque dans vos bras
Égorger vos fils, vos compagnes!

X
Aux armes, citoyens,
Formez vos bataillons,
Marchons, marchons!
Qu’un sang impur
Abreuve nos sillons!

Que veut cette horde d’esclaves,
De traîtres, de rois conjurés?
Pour qui ces ignobles entraves,
Ces fers dès longtemps préparés?
Ces fers dès longtemps préparés?
Français, pour nous, ah! quel outrage
Quels transports il doit exciter!
C’est nous qu’on ose méditer
De rendre à l’antique esclavage!

Aux armes, citoyens…

Quoi! des cohortes étrangères
Feraient la loi dans nos foyers!
Quoi! Ces phalanges mercenaires
Terrasseraient nos fiers guerriers!
Terrasseraient nos fiers guerriers!
Grand Dieu! Par des mains enchaînées
Nos fronts sous le joug se ploieraient
De vils despotes deviendraient
Les maîtres de nos destinées!

Aux armes, citoyens…

Tremblez, tyrans et vous perfides
L’opprobre de tous les partis,
Tremblez! vos projets parricides
Vont enfin recevoir leurs prix!
Vont enfin recevoir leurs prix!
Tout est soldat pour vous combattre,
S’ils tombent, nos jeunes héros,
La terre en produit de nouveaux,
Contre vous tout prêts à se battre!

Aux armes, citoyens…

Français, en guerriers magnanimes,
Portez ou retenez vos coups!
Épargnez ces tristes victimes,
À regret s’armant contre nous.
À regret s’armant contre nous.
Mais ces despotes sanguinaires,
Mais ces complices de Bouillé,
Tous ces tigres qui, sans pitié,
Déchirent le sein de leur mère!

Aux armes, citoyens…

Amour sacré de la Patrie,
Conduis, soutiens nos bras vengeurs
Liberté, Liberté chérie,
Combats avec tes défenseurs!
Combats avec tes défenseurs!
Sous nos drapeaux que la victoire
Accoure à tes mâles accents,
Que tes ennemis expirants
Voient ton triomphe et notre gloire!

Aux armes, citoyens…

La Marseillaise

Arise, children of the Fatherland,
The day of glory has arrived!
Against us, tyranny’s
Bloody standard is raised,
Bloody standard is raised,
Do you hear, in the countryside,
The roar of those ferocious soldiers?
They’re coming right into your arms
To cut the throats of your sons, your women!

To arms, citizens,
Form your battalions,
Let’s march, let’s march!
Let an impure blood
Water our furrows!

What does this horde of slaves,
Of traitors and conspiring kings want?
For whom have these vile chains,
These irons, been long prepared?
These irons, been long prepared?
Frenchmen, for us, ah! What outrage
What furious action it must arouse!
It is to us they dare plan
A return to the old slavery!

To arms, citizens…

What! Foreign cohorts
Would make the law in our homes!
What! These mercenary phalanxes
Would strike down our proud warriors!
Would strike down our proud warriors!
Great God! By chained hands
Our brows would yield under the yoke!
Vile despots would themselves become
The masters of our destinies!

To arms, citizens…

Tremble, tyrants and you traitors
The shame of all parties,
Tremble! Your parricidal schemes
Will finally receive their prize!
Will finally receive their prize!
Everyone is a soldier to combat you,
If they fall, our young heroes,
Will be produced anew from the ground,
Ready to fight against you!

To arms, citizens…

Frenchmen, as magnanimous warriors,
Bear or hold back your blows!
Spare those sorry victims,
For regretfully arming against us.
For regretfully arming against us.
But these bloodthirsty despots,
These accomplices of Bouillé,
All these tigers who mercilessly
Tear apart their mother’s breast!

To arms, citizens…

Sacred love of the Fatherland,
Lead, support our avenging arms
Liberty, cherished Liberty,
Fight with thy defenders!
Fight with thy defenders!
Under our flags may victory
Hurry to thy manly accents,
So that thy expiring enemies
See thy triumph and our glory!

To arms, citizens…

Marsylianka

I naprzód marsz, Ojczyzny dzieci,
Bo nadszedł chwały naszej dzień.
To tyran przeciw nam zawiesił
Zbroczony krwawo sztandar ten.
Zbroczony krwawo sztandar ten.
Słyszycie z bitew pól niesiony.
Żołnierzy przeokrutnych ryk?
Już idą, wam zaciągnąć stryk,
By zarżnąć wasze syny, żony

Do broni, bracia dziś!
Zewrzyjcie szyki wraz!
I marsz, i marsz!
By ziemię krwią
napoić, przyszedł czas!

Cóż chce służalczy tłum i zmowy
Ludzi, co zdradę wszędzie ślą,
I łańcuch hańby już gotowy,
Czyjże kark skrępować chcą?
Czyjże kark skrępować chcą?
Wstyd nasz, Francuzi, czy czujecie?
Czy wasza krew nie burzy się,
Że tyran wolnych wtłoczyć chce
Pod jarzmo, co niewolnych gniecie?

Do broni…

Co? Stopa obcych najezdników
Świeży kwiat naszych wojowników
Ma skalać siedzib naszych próg?
Lec ma od miecza podłych sług?
Lec ma od miecza podłych sług?
Przebóg! Żołdacka dłoń skalana
Ma karki nasze w jarzmo wbić
A jeśli nam pozwolą żyć,
Masz to być łaską sług tyrana?

Do broni…

Biada despotom, zdrajcom biada!
Zadrżyj, o hańbo naszych dni!
Przez was Ojczyzna kona blada,
A ojcobójstwo woła krwi!
A ojcobójstwo woła krwi!
Wojaków dość, by was wyparli,
A jeśli zginie młodsza brać,
To Francja każe zmarłym wstać
I z mieczem na was spadną zmarli.

Do broni…

Francuzy, wielkoduszni wojownicy
Niosą lub wstrzymują cios!
Szczędzą te żałosne ofiary
Co się na nich boją unieść broń!
Co się na nich boją unieść broń!
Lecz nie tych krwawych despotów,
Lecz nie tych sprzedawczyków Bouillé
Te wszystkie bezlitosne tygrysy
Co matki łono rozerwały!

Do broni…

O miłości Ojczyzny święta!
Dziś w zemście prowadź, wspieraj nas.
O Wolności w sercach zaklęta!
Z obrońcy Twymi wespół walcz.
Z obrońcy Twymi wespół walcz.
Zwycięstwo z Tobą dziś wspaniałe,
Gdy z nami mężnych głosów duch.
Niech zobaczy śmierci bliski wróg
I tryumf twój, i naszą chwałę.

Do broni…

Die Marseillaise

Auf, Kinder des Vaterlandes,
Der Tag des Ruhmes ist gekommen!
Gegen uns ist der Tyrannei
Blutiges Banner erhoben.
Blutiges Banner erhoben.
Hört ihr auf den Feldern
Diese wilden Soldaten brüllen?
Sie kommen bis in eure Arme,
Um euren Söhnen, euren Gefährtinnen
die Kehlen durchzuschneiden.

Zu den Waffen, Bürger,
Formiert eure Truppen,
Marschieren wir, marschieren wir!
Unreines Blut
Tränke unsere Furchen!

Was will diese Horde von Sklaven,
Von Verrätern, von verschwörerischen Königen?
Für wen diese gemeinen Fesseln,
Diese seit langem vorbereiteten Eisen?
Diese seit langem vorbereiteten Eisen?
Franzosen, für uns, ach! welche Schmach,
Welchen Zorn muss dies hervorrufen!
Man wagt es, daran zu denken,
Uns in die alte Knechtschaft zu führen!

Zu den Waffen…

Was! Ausländische Kohorten
Würden über unsere Heime gebieten!
Was! Diese Söldnerscharen würden
Unsere stolzen Krieger niedermachen!
Unsere stolzen Krieger niedermachen!
Großer Gott! Mit Ketten an den Händen
Würden sich unsere Häupter dem Joch beugen.
Niederträchtige Despoten würden
Über unser Schicksal bestimmen!

Zu den Waffen…

Zittert, Tyrannen und ihr Niederträchtigen,
Schande aller Parteien,
Zittert! Eure verruchten Pläne
Werden euch endlich heimgezahlt!
Werden euch endlich heimgezahlt!
Jeder ist Soldat, um euch zu bekämpfen,
Wenn sie fallen, unsere jungen Helden,
Zeugt die Erde neue,
Die bereit sind, gegen euch zu kämpfen.

Zu den Waffen…

Franzosen, ihr edlen Krieger,
Versetzt eure Schläge oder haltet sie zurück!
Verschont diese traurigen Opfer,
Die sich widerwillig gegen uns bewaffnen.
Die sich widerwillig gegen uns bewaffnen.
Aber diese blutrünstigen Despoten,
Aber diese Komplizen von Bouillé,
Alle diese Tiger, die erbarmungslos
Die Brust ihrer Mutter zerfleischen!

Zu den Waffen…

Heilige Liebe zum Vaterland,
Führe, stütze unsere rächenden Arme.
Freiheit, geliebte Freiheit,
Kämpfe mit deinen Verteidigern!
Kämpfe mit deinen Verteidigern!
Unter unseren Flaggen, damit der Sieg
Den Klängen der kräftigen Männer zu Hilfe eilt,
Damit deine sterbenden Feinde
Deinen Sieg und unseren Ruhm sehen!

Zu den Waffen…

In Russia, La Marseillaise was used as a republican revolutionary anthem by those who knew French starting in the 18th century, almost simultaneously with its adoption in France. In 1875 Peter Lavrov, a narodist revolutionary and theorist, wrote a Russian-language text (not a translation of the French one) to the same melody. Рабо́чая Марселье́за became one of the most popular revolutionary songs in Russia and was used in the Revolution of 1905. After the February Revolution of 1917, it was used as the semi-official national anthem of the new Russian republic. Even after the October Revolution, it remained in use for a while alongside The Internationale.

Отречёмся от старого мира,
Отряхнём его прах с наших ног!
Нам враждебны златые кумиры,
Ненавистен нам царский чертог.
Мы пойдём к нашим страждущим братьям,
Мы к голодному люду пойдём,
С ним пошлём мы злодеям проклятья —
На борьбу мы его поведём.
Припев:
Вставай, поднимайся, рабочий народ!
Вставай на врага, люд голодный!
Раздайся, клич мести народной!
Вперёд, вперёд, вперёд, вперёд, вперёд!

Богачи-кулаки жадной сворой
Расхищают тяжёлый твой труд.
Твоим потом жиреют обжоры,
Твой последний кусок они рвут.
Голодай, чтоб они пировали,
Голодай, чтоб в игре биржевой
Они совесть и честь продавали,
Чтоб глумились они над тобой.
Припев.

Тебе отдых — одна лишь могила.
Весь свой век недоимку готовь.
Царь-вампир из тебя тянет жилы,
Царь-вампир пьёт народную кровь.
Ему нужны для войска солдаты –
Подавай ты ему сыновей.
Ему нужны пиры и палаты —
Подавай ему крови своей.
Припев.

Не довольно ли вечного горя?
Встанем, братья, повсюду зараз —
От Днепра и до Белого моря,
И Поволжье, и Дальний Кавказ.
На врагов, на собак — на богатых,
И на злого вампира — царя
Бей, губи их, злодеев проклятых,
Засветись, новой жизни заря.
Припев.

И взойдёт за кровавой зарёю
Солнце правды и братской любви,
Хоть купили мы страшной ценою —
Кровью нашею — счастье земли.
И настанет година свободы:
Сгинет ложь, сгинет зло навсегда,
И сольются в одно все народы
В вольном царстве святого труда.
Припев.