Maki nad Odrą, dalie w ogrodzie

Ela Kargol

Przybyłam, zobaczyłam i wróciłam, tak można by sparafrazować słowa Juliusza Cezara. Veni vidi reveni, tak brzmiałoby po łacinie, jeśli córka dobrze przetłumaczyła i odmieniła ostatni czasownik.
Maki nad Odrą po słubickiej stronie kwitną najpiękniej. Chociażby po to, żeby je zobaczyć, warto było zadać sobie tyle trudu podróży spowodowanego pandemią i częściowym brakiem połączeń kolejowo-autobusowych między Berlinem a Poznaniem.

14 marca wszystko jeszcze funkcjonowało.

Od lat raz w tygodniu przekraczałam Odrę pociągiem i z okna wagonu Warsu podziwiałam szeroko płynące jej wody. Gdy jechałam z wnukiem, mieliśmy pewien dowcipny rytuał. Ja mówiłam spoglądając przez okno: „Patrz Magnus, Wisła!“, a on na to: „Babciu, to przecież Odra”. Ostatnio się zagapiłam i Magnus pierwszy odezwał się do mnie: „Patrz babciu, Warta!“ A to naturalnie była Odra.

Moja prawie 90-letnia mama mieszka z moją niepełnosprawną siostrą w Poznaniu. To do nich jeździłam, przytulałam, robiłam zakupy, płaciłam rachunki, układałam lekarstwa, prałam, sprzątałam, dawałam dobre rady, których i tak nikt nie sluchał. Ostatni raz byłam w połowie marca. Nie o wszystkim pomyślałam, nie wszystko załatwiłam. Nie odmówiłam wizyty księdza, który mamę co miesiąc odwiedzał i na początku kwietna znowu przyszedł. Nawet nie mogłam mu wiele zarzucić. Przed wejściem do domu zapytał się, czy mama i siostra go przyjmą. Przyjęły go z otwartymi rękami. Ale w sumie może wymodlił opiekę nad nimi u swojego szefa.

Minęły już ponad dwa miesiące odkąd nie byłam w poznańskim domu rodzinnym.

Wyruszyłam z berlińskiego domu 22 maja, dzień później niż zamierzałam.

Ponieważ pandemia trwa już jakiś czas, przepisy zmieniają się z dnia na dzień i nikt już nie wie, co można, czego nie wolno, co jest otwarte, a co zamknięte, czy możesz wyjść z domu, pojechać do innego miasta, ba, do innego kraju. Nie tak dawno protestowali mieszkańcy przygranicznych miejscowości, ci co mieszkają po jednej stronie, a pracują lub uczą się po drugiej. Protesty przyniosły „dobre zmiany“. Nie przeczytałam nigdy tych przepisów regulujących przyjazdy i wyjazdy przez granicę, coś tam usłyszałam w radiu, ktoś znajomy wyjechał, sąsiadka przyniosła formularz, który pracodawca miał wypełnić i wypełnił, ale nie było na nim żadnej pieczątki, więc równie dobrze mogłam wypełnić go sama. Wiedziałam, że w przepisach regulujących przyjazdy i wyjazdy przez już dawno otwartą unijną granicę są jakieś luki, niedopowiedzenia i możliwości wielorakiej interpretacji. Nie ustalono, o ile wiem, jak daleko od granicy należy mieszkać, pracować. No i jak tu ustalić swoje stałe i prawdziwe miejsce pobytu, gdy wielu z nas żyje w ciągłym rozkroku, nie tu i nie tam, nie tam i nie tu.

Od wielu lat mieszkam w Berlinie, sercem i duszą zawsze w Polsce. Pamiętam granicę niemiecko – niemiecką, niemożliwość wyjazdów do Poski, później przejazdy w zatłoczonych pociągach trwające godzinami. W roku 1984 moja kwarantanna trwała dwa lata, teraz dwa miesiące.

Mam zaświadczenie od pracodawcy, polski dowód osobisty, niemieckiego nigdy nie miałam, zameldowanie w Poznaniu, umowę o pracę, paczkę landrynek jako lek antystresowy, plecak na plecach i wychodzę z domu, i odczuwam lęk jak przed laty, gdy kontrole graniczne nie należały do przyjemnych. Jadąc do Frankfurtu zastanawiam się, skąd jestem, gdzie moje miejsce. Z całej mojej rodziny tylko ja nie zasymilowałam się do końca z mieszkańcami kraju mojej emigracji. Nie umiem powiedzieć dlaczego, czy kompleksy Polaka i to mniejsze poczucie wartości wzięły górę, czy mój charakter, bo na pewno nie światopogląd. Polska jest na wyciągnięcie ręki i mimo braku umiejętności prowadzenia samochodu jeździłam tam co tydzień. Trzy bardzo ważne miejsca, które odwiedzam, to mój dom rodzinny w Poznaniu, dom w Lachowicach w miejscu rodzinnym mojego ojca i ostatnio Szczecin z jego historią niemiecko-polską.

Uważam więc, że nawet bez „bumagi” mam prawo do wyjazdów za Odrę, w jedną i drugą stronę.

Rozglądam się wokół, patrzę na pasażerów w pociągu. Już dawno po karnawale, a my wszyscy w maskach. Łapię się na tym, że choć mam trzy maseczki lub cztery, zakładam najczęściej tę w biało-czerwone paski. Już to zestawienie kolorów powinno być wystarczającym biletem wstępu za Odrę. Są maski w kwiatki, kropki, gwiazdki, galaktyki, koniki i w koniczynki, motylki, pszczółki, maski z uśmiechem lub bez, z jakimś sloganem z nakrętką jak z butelki…

Pokaż mi swoją maskę, a powiem ci, kim jesteś!

Gdy wychodziłam z mieszkania w Berlinie, obejrzałam się za siebie, spojrzałam przychylnym okiem na mój bałagan, który zostawiam i do którego chciałabym wrócić, żegnam klatkę schodową w promieniach porannego słońca, maki, które wyrosły przed domem, nie wiedząc jeszcze, że będą moim towarzyszem podróży, maki. Na przystanku autobusowym na płytach chodnikowych odczytuję zamazany napis „Be Vegan” i myślę sobie, że mi to nie grozi. Nawet nie jestem wegetarianką, nad czym ubolewa jedna z moich córek.

Dojezdżam do dworca ZOO, przez długie lata był to dworzec, z którego odchodziły pociągi do Polski. Dworzec główny, Berlin Hauptbahnhof otwarto w 2006 roku. Mimo swoich niedoskonałości jego architektura mnie zachwyca.

Na peronie jest dość pusto. Pociągi do Warszawy nie są wykreślone z rozkładu jazdy. Ale ja wiem, że żaden pociąg nie przyjedzie i nie odjedzie, jeszcze nie. W pociągu do Frankfurtu jest nas sporo. Tuż obok siedzi dziewczynka w dzierganej na szydełku kolorowej masce. Na kolanach trzyma lalkę, też w szydełkowej masce.

Wysiadłam we Frankfurcie. Zapytałam panią w informacji o ostatnie pociągi do Berlina, a potem o przejście graniczne. Pani spojrzała na mnie wyrozumiale informując o pociągach i o przejściu, przez które nie przejdę. Autobusu nie mogę znaleźć, zresztą jest ich dużo mniej. Po co mają jeździć w kierunku zamkniętej granicy? Wiem, że ta podóż będzie wyjątkowa i wyjątkowo dużo będzie mnie kosztowała, a więc wsiadam do taksówki. Taksówkarzowi wyjaśniam, że chcę przejść i że powinno się udać. Życzy mi powodzenia, ale proponuje, że poczeka. Przed mostem stoją niemieccy policjanci. Pytam się, dokąd mam pójść: „Prosto, przed siebie, nas to nie interesuje, tam stoją polnische Kameraden.” Szukam w czeluściach plecaka dowodu i zaświadczenia, żeby mieć pod ręką i idę wolnym krokiem w kierunku mostu, mostu, który jest świadkiem wielowiekowej historii. Nie zawsze był mostem przyjaźni. Jak podaje wikipedia w Polsce jest tylko mostem granicznym, a w Niemczech nazywa się Stadtbrücke Frankfurt (Oder). Nie szłam chyba nigdy tym mostem, może raz jako nastolatka, wracająca z zakupów w enerdowskim Frankfurcie. Most, który łączy i dzieli miał dzisiaj łączyć. Zmierzono mi temperaturę, nie patrząc nawet na wynik. Przeszłam na drugą stronę z dowodem i zaświadczeniem z pracy. Ci, którzy sprawdzali bilety wstępu ledwo spojrzeli na moje papiery, a ja jeszcze niepewna swojego szczęścia przeszłam na makową stronę.

Maki nad Odrą po słubickiej stronie kwitną najpiękniej. Całe zbocza czerwienią się makami. Stoję i patrzę i przez chwilę nie chcę już dalej jechać, choć wiem, że muszę i chcę, do domu, do mamy.

Z taksówkarzem uzgadniam cenę podróży do Rzepina, mając nadzieję na szybkie połączenie pociągiem do Poznania. Jedziemy, taksówkarz miły, chwali rząd, który walczy z pandemią, nie to co w Szwecji, gdzie nikt niczego nie zabrania. Cieszy się, że w Lubuskim zniosą częściowo obowiązek przywdziewania masek: „Bo kto w tym wytrzyma, pani?” Nagle dostrzegam drogowskaz na Ośno Lubuskie. Uzgadniam następną cenę i jedziemy choć na chwilę pod budynek byłego Liceum Pedagogicznego, gdzie moja mama zdawała w 1951 roku maturę. Budynek z czerwonej cegły był kiedyś Królewskim Ewangelickim Seminarium Nauczycielskim, potem szkoła realną, teraz jest Młodzieżowym Ośrodkiem Socjoterapii.

Jestem w Rzepinie, na pustym dworcu, przy zamkniętych kasach. Jakiś entuzjasta przekonany o swojej misji wyjaśnia wszystkim, którzy próbują odczytać rozkład jazdy, że pociągi nie jadą, tylko niektóre i on wie które. Mój pociąg do Zbąszynka jedzie za trzy godziny, a tych państwa obok mnie z walizkami dopiero za pięć.

Postanawiam pójść w miasto, do banku, bo jak dojadę do Poznania, to już będzie za późno i nie zdążę nic załatwić. Pan, który wszystko wie, pokazuje mi drogę. Przy dworcu w Rzepinie stoi stara parowa lokomotywa, którą zawsze podziwiam z okien pociągu, wreszcie mogę jej prawie dotknąć. Mijam poniemiecki kolejowy budynek, w którego oknie łopocze biało-czerwona flaga. Niektóre sklepy są pozamykane, niektóre otwarte, ale puste. Mogłabym kupić córce drabinę, której potrzebuje, ale po namyśle rezygnuję. W banku załatwiam wszystko sprawnie i szybko wracam na dworzec. Przy dworcu właśnie po dwumiesięcznej przerwie otwarto bar-bistro z ogródkiem, piwem i pierogami. Przy stoliku siedzi para włosko-polska. To ci, którzy do odjazdu pociągu mają pięć godzin. Wyjechali w marcu do Włoch na karnawał. Jedenastoma pociągami przyjechali do Rzepina, spod Florencji. Przez znaczną część Austrii podróżowali taksówką. Ale o tym powiedziała mi dopiero polska żona włoskiego męża, gdy ten poszedł rozprostować kości: „Ja powiedziałam mężowi, że ten pan taksówkarz, to nas za darmo przewiezie, inaczej mąż by się nie zgodził. Do Austrii nas nie chcieli wpuścić i wtedy ten taksówkarz zaproponował pomoc. Ale za kurs to policzył sobie chyba potrójnie. Teraz mamy kwarantannę, jak dojedziemy do Warszawy, ale ja to się nawet cieszę.”

Do Afrykańczyka, siedzącego w innym kącie, podchodzę sama. Pytam, co tu robi, dokąd jedzie. Jest studentem z Warszawy, pojechał szukać pracy do Berlina, nie znalazł, wraca, ale dostał kwarantannę, nie wie dlaczego.

Opuszczam moich towarzyszy pandemicznej podróży, bo mój pociąg do Zbąszynka niedługo odjeżdża. Pamiętam Zbąszynek, na tyle, na ile dziecko może coś zapamiętać. Poniemiecki dom niedaleko dworca, zbudowany w latach 30 dla niemieckich kolejarzy, dom z dużym ogrodem. Na dworcu mam za mało czasu, żeby wyjść za perony.
Mama spędziła w Zbąszynku kilka lat, mieszkała w poniemieckim domu u polskiej już właścicielki. W poniemieckiej szkole uczyła polskie dzieci. A gospodyni gotowała w poniemieckich garnkach. Przyjaźń z polską właścicielką zbąszyńskiego domu z czerwonej cegły przetrwała lata. Pamiętam ganek, sad, poręcze wymalowane na ciemnozielono i mamę, która mnie tam zabierała.
Dworzec w Nowym Tomyślu i droga do miasta przemknęły mi szybko przed oczami, gdy siedziałam w następnym pociągu do Poznania. Nowy Tomyśl pamiętam lepiej, spędziłam tu kilka pierwszych lat życia, a następne lata przyjeżdżałam tu często w odwiedziny.

Z Berlina wyjechałam rano, wieczorem dotarłam do celu podróży. Mama czekała już na mnie. Mimo ciepłego wieczoru siedziała owinięta swetrem na tarasie. Poznała mnie po głosie. Mamie przez te dwa miesiące, przybyło lat, urosły włosy, ubyło wzroku i pamięci. Mama ma prawie 90 lat, prawie nie chodzi, prawie nie widzi, prawie żyje, czuje, kocha i tęskni. Ja też tęsknię i dlatego tu jestem.

W ogrodzie nikt nie skosił trawy. Szkoda tylko, że mama nie dojrzy stokrotek, które się w niej ukryły i zakwitły, ani dmuchawców, które rozwiał wiatr. Nie zobaczy też niezapominajek rozsianych za sprawą taty po wszystkich możliwych miejscach. Nie posadził nikt georginii, które tata co roku na wiosnę sadził dla mamy pod tarasem. Biorę łopatę i wkopuję kłącza kwiatów które już wypuściły pierwsze pędy, w ziemię.

Myślę, że latem znowu zakwitną. A ja przyjadę i opowiem mamie jak wyglądają, kilka zetnę i włożę do wazonu.

Barataria Britz 2020

Ela Kargol, Ewa Maria Slaska, Krystyna Koziewicz

Seit es in Berlin die Quarantäne gibt, gehen wir am Wochenende meistens zu dritt, seltener zu zweit, spazieren, jedes Mal woanders hin. Das Wetter spielt mit, April und Mai 2020 sind schön, auch wenn manchmal windig. Der Himmel über Berlin war seit Jahrzehnten nicht so sauber und klar gewesen, so strahlend blau.

Am Sankt Andreas Tag (16. Mai) gingen wir in den Stadtteil Britz, bekannte Gräber (Gräber der Bekannten) zu besuchen und fanden… Barataria.

Auf dem Friedhof hinter der U-Bahn-Station Grenzallee liegt Witold Kamiński, paar Kilometer weiter südlich, im Parkfriedhof Neukölln – Prof. Stanislaw K. Kubicki.

Beide Verstorbene waren Freunde, beide – wichtige, bescheidene Menschen, so eine heutzutage seltene Eigenschaftzusammensetzung. Beide, um die Wörter von Ernst Wiechert zu benutzen, legten ihre Hände auf der Oberfläche der Wirklichkeit, beide haben tiefen Spuren hinterlassen. Professor Kubicki war Gründer der Freien Universität Berlin, Witold Kamiński – des Polnischen Sozialrats, einer der wichtigsten Selbsthilfeorganisationen der Polen in Berlin. Beide waren gute, offene, tolerante, helle Menschen gewesen. Um die Beiden haben wir geweint und sie fehlen uns, werden immer fehlen. (20191027_tsp_Todesanzeigen für KundK).


Der Parkfriedhof Neukölln liegt neben einer schönen Windmühle. Bei der Mühle steigen wir aus dem Bus aus.
Ja, sagt Ela, Barataria. Ich stimme zu. Barataria ist in unseren Gesprächen und auch auf diesem Blog seit langem keine Insel-Stadt mehr, wo Sancho Pansa zehn Tage als Gubernator wirkte, sondern ein Platz egal wo für Don Quijote.
Ja, es ist eine wunderbare Barataria. Ruheinsel mitten in der Stadt. Ungemähte Gras. Schafe auf der Wiese. Blühende Büsche. Eine alte hölzerne Windmühle, wo man immer noch (oder wieder?) das Mehl herstellt und den Beruf Müller erlernen kann; die nächsten Kurse beginnen Ende August; es gibt noch Plätze frei.

Wir gehen in den Parkfriedhof, eine Friedhofsanlage, die sich in der Gestaltung am Konzept des englischen Landschaftsgartens orientiert und die man seit Beginn des 20. Jahrhunderts überall in Europa errichten ließ. Der Parkfriedhof Neukölln ist groß und sehr unterschiedlich gestaltet, er fasst 202.180 m² um. Er ist ziemlich jung, wurde erst 1949 angelegt. Bemerkenswert, schreibt Wikipedia, sind die auf dem Friedhof weitläufige parkähnliche Gesamtanlage, die Skulptur der Persephone von Max Kruse, ein Zierbrunnen und fünf bildhauerisch aufeinander abgestimmte Schöpfstellen mit Skulpturen.

Wir wissen noch nicht, dass sich in der Friedhofsanlage die große Barataria vom Außen in kleiner Skala wiederholen wird. Kleiner und bunter als die große.

Wir sollten es aber schon geahant haben, als wir bei dem Eingang eine Leserin trafen. So ist es jetzt in Berlin. Es gibt in der Stadt 270 Friedhöfe, alte und neue, historische und moderne, aber allesamt schön und an schönen Tagen zum Relaxen, Lesen, Träumen einladend.

Liest die holzerne Leserin den Don Quijote? Möglich ist es. Zum Britzer Mühle ist es doch von ihr nur einen Hasensprung. Und siehe, ihr gegenüber gibt es auch ein Grab, an dem der Grabstein sichtlich aus dem Mühlstein gefertigt wurde. Dass es nicht das Grab von Don Quijote ist…

Erst gehen wir aber zu der Wiese, wo Herr Professor beerdigt wurde. Quartal 27.

Liegt er hier, wo die Kerze steht? Das wissen wir nicht, ist es aber doch ganz unwichtig. Wir sind zu ihm gekommen und das weißt er, dessen sind wir uns sicher. Seien Sie gegrüßt, Herr Professor.

Nicht weit von der Wiese, wo Herr Professor begraben liegt, hat jemand eine Stelle für Kindergräber entworfen. Ein Ort der Farben und, ja, Fröhlichkeit. Solche Kinder-Grabfelder sind in Berliner Friedhöfen allerorts zu finden. Offensichtlich hat es irgendwann Jemand (ein Psychologe vielleicht) entdeckt, dass (vielleicht) eine Trauerarbeit um das Kind besser gelingt, wenn die Trauernden nicht in ein tiefes schwarzes Loch gestürzt sind, wenn um sie herum etwas optimistischer vorgeht. flyer_sternenkinder

Hier wiederholt sich alles: Es gibt ein kleines Palais (das von der Fürstin und den Fürsten, die Sancho Pansa zu Gubernator auf der Insel Barataria machten?)
Kleine gewundene Steinwege, hie und da mit bunten Kachelsteine inkrustiert, ganz im spanischen Stil, führen zu den Thronsesseln für die Fürstin und ihren Herr Gemahl. Mitten in einer Steinspirale steht ein Windrad, um ihn herum sind kleine Gräber voller bunter Windräder platziert, dahinten auf der Wiese stehen farbige Schafe. Heute sind sie pastellfarben, aber auf einem Foto aus dem Flyer sieht man, dass sie Mal starke, kräftige Farben hatten.

Nebenan fotografieren wir auf einer hölzernen Bank zwei alte Kuscheltiere. Ich schaue sie an und denke, dass der Dünne, der links liegt, vielleicht im depressiven Zustand, Don Quijote ist und der dicke, zufriedene – Sancho Pansa. Im Buch ist Barataria ein einziger Zeit-und-Raum, wo die Beiden getrennt sind. Hier sind sie wieder zusammen, einer leidet für die Welt und der Andere (eine Katze ist es) passt wachsam auf, dass dem Traurigen nicht passiert. Pass auf uns auch, Sancho Pansa.

Żonkile

Ela Kargol

Gdy wielu z nas zaczęło umieszczać na fejsbukowych profilach żonkile na znak, że pamiętamy rocznicę i symbol, zrobiłam to samo. Dwa dni później zerwałam dwa żonkile w berlińskim ogrodzie mojego pracodawcy i pojechałam na Peron 17 berlińskiego dworca w Grunewaldzie. Prawie każdemu berlińczykowi, a na pewno temu zachodniemu, Peron 17, miejsce upamiętniające deportację Żydów do obozów zagłady, jest doskonale znany.

To właśnie z tego dworca i dwóch innych w Berlinie wywieziono od października 1941 do końca wojny około 50 tysięcy kobiet, mężczyzn, dzieci. Najpierw transporty odbywały się w wycofanych z użytkowania wagonach Reichsbahny, potem w przepełnionych wagonach towarowych. Pierwsze transporty pojechały do gett, w Łodzi, potem w Warszawie. A więc przybysze z Berlina dotarli do warszawskiego getta jeszcze przed wybuchem powstania w getcie, 19 kwietnia 1943 roku. Nie wiem, czy ktoś z tych transportów z berlińskiego Grunewaldu przeżył powstanie, był jego świadkiem, albo nawet walczył.

Przed 77 laty powstanie w getcie, od początku skazane na klęskę, dobiegło końca.

Żonkile powoli przekwitają, tylko te późne odmiany świecą jak słońca lub raczej gwiazdy wśród zielonej berlińskiej wiosny. Po nich dopiero zakwitają tulipany, jeszcze później bez i inne kwiecie. Większość odmian żonkili jest sześciopromienna jak Gwiazda Dawida.

Symbolem obchodów 70 rocznicy Powstania w Getcie Warszawskim był żonkil – kwiat, którego płatki układają się w kształt sześcioramiennej gwiazdy. W każdą rocznicę żydowskiego zrywu żonkile kładł pod pomnikiem Bohaterów Getta ostatni dowódca powstania – Marek Edelman, tyle wikipedia. Co roku 19 kwietnia na ulicach Warszawy tysiące wolontariuszy rozdają przechodniom papierowe żonkile, żeby przypomnieć, żeby pamiętać, żeby choć na chwilę pomyśleć o powstańcach z getta.

W 2013 roku spędziłam z córką kilka dni w Warszawie. Nocowałyśmy w hotelu na Muranowie, niedaleko miejsca, gdzie był kiedyś Plac Muranowski, tam gdzie trwały najzagorzalsze walki powstańcze. Muzeum Historii Żydów Polskich nie było jeszcze otwarte, choć w zasadzie już było. Działała już dość duża kawiarnia, a pani przewodniczka oprowadziła nas ciekawie po budynku prawie pustego jeszcze muzeum. Zapytałam ją o kamienie pamięci. Zdaję sobie sprawę, że cały Muranów musiałby być nimi wybrukowany, a w Warszawie musiałybyśmy się potykać o nie prawie na każdym kroku. W Polsce pojawiły się już wtedy nieliczne „stolpersteine”, we Wrocławiu i Słubicach. Te mosiężne tabliczki zaprojektowane przez niemieckiego artystę Guntera Demniga informują o konkretnej osobie, która kiedyś mieszkała w miejscu, przed którym są one wyłożone i w czasach nazizmu musiała to miejsce opuścić, co najczęściej kończyło się dla niej tragicznie, śmiercią w obozie zagłady. Dla niektórych włodarzy miast kamienie pamięci są w dalszym ciągu niegodną formą upamiętnienia ofiar.

Do mnie, od kiedy je pierwszy raz zobaczyłam, przemawiały zawsze czytelnie i dobitnie.

Żonkile nie budzą tyle kontrowersji, co „stolpersteine”. Wiosną jest ich dużo, nie tylko w Berlinie, nie tylko w Warszawie. Rosną na każdym skwerze, są ozdobą parków, ogrodów, balkonów i mieszkań. Niemcy lubią żonkile. Już od stycznia sprzedawane są w każdym supermarkecie, wiązane po 10 sztuk leżą w pudłach, zduszone bez życia. Czasem kupię wiązkę, wiązkę nierozkwitniętych zielonych patyków, z dziwną końcówką, która w wazonie dopiero wypięknieje i zaświeci jak gwiazda. Porównanie nasuwa się samo, niestety bez dobrego zakończenia. Prawie nikt z tych ludzi ściśniętych w przeładowanych wagonach wyruszających z dworca w Grunewaldzie nie przeżył.

Do dworca w Grunewaldzie mam niedaleko, około 3,5 kilometra, po drodze mijam cztery kamienie pamięci. Gdybym trochę skręciła w bok, byłoby ich kilka lub kilkanaście więcej. Na mojej ulicy, Binger Straße, mieszkał Hans Liebermann, bratanek malarza Maxa Liebermanna. Hans Liebermann był profesorem chemii organicznej, który po przejęciu władzy przez nazistów został zwolniony z pracy. Nie pogodził się z tą upokarzającą go decyzją i we wrześniu 1938 roku popełnil samobójstwo.

Następną osobą upamiętnioną na mojej trasie w kierunku Peronu 17 jest Bärbel Utermarck. Bärbel miała pięć lat, gdy umierała. Prawdopodobnie znałam jej siostrę, która sprzedawała nam ołówki, zeszyty i książki w swoim sklepie papierniczym, założonym jeszcze przez jej i Bärbel rodziców przeszło 80 lat temu. Bärbel urodziła się we wrześniu 1939 roku z zespołem Downa. W grudniu 1943 roku po narodzinach „zdrowej” siostry i po staraniach ojca, żeby „chorą” córkę umieścić w dobrym chrześcijańskim domu opieki, udało się takie miejsce znaleźć w Sulechowie (Heim der Inneren Mission), gdzie po dwóch miesiącach pięcioletnia Bärbel została zamordowana w ramach akcji T4.

Akcja T4 (Aktion T4, E-Aktion) – program realizowany w III Rzeszy w latach 1939–1944, polegający na fizycznej „eliminacji życia niewartego życia” (wikipedia). Decyzje zapadały w budynku w Berlinie przy Tiergartenstraße 4 (stąd T4), budynku, który w spadku po ojcu w latach 20 XX wieku otrzymał Hans Liebermann, ten z mojej ulicy. W latach 30 XX wieku dom został bezprawnie przejęty przez nazistów.

Następny przystanek jest przy Hagenstraße. Tam są dwa kamienie pamięci, upamiętniające małżeństwo cukierników Dobrinów, właścicieli kilku kawiarni w Berlinie. Moritz i Helene Dobrin zostali deportowani do Theresienstadt z grunewaldzkiego dworca w sierpniu 1942 roku. Helene zmarła z wycieńczenia, jej mężowi udało się dotrzeć specjalnym transportem w lutym 1945 roku do Szwajcarii. W organizację transportu zaangażowany był Heinrich Himmler, który pod koniec wojny chcąc ratować własną skórę doszedł do porozumienia z ówczesnym prezydentem Szwajcarii i wspólnie z Göringiem zorganizował ten jeden jedyny transport 1200 Żydów z Theresienstad do Szwajcarii. Heinrich Himmler mieszkał przy Hagenstraße 22, był prawie sąsiadem Dobrinów.

Blisko stacji kolejowej Berlin-Grunewald mieszkała Frieda Kalischer, pisarka, kobieta wykształcona i zamożna, która w grudniu 1942 roku deportowana została do Auschwitz. Mieszkała przy samym dworcu, była więc świadkiem wywózki ludzi, których masowo przyprowadzano lub przywożono pod dworzec grunewaldzki i często dopiero po kilku dniach oczekiwań pakowano ich w wagony i wysyłano na wschód, skąd już nie wracali. Ten sam los spotkał Friedę.

W tym czasie mój dziadek Piotr pracował jako murarz w którymś z obozów w Oświęcimiu. Stawiał kolejne baraki. Nigdy już się nie dowiem, czy był robotnikiem przymusowym, czy dobrowolnie zgłosił się u Niemca, bo bieda we wsi małopolskiej była nie do wytrzymania. Mama w tym czasie mieszkająca w Nowym Tomyślu w drodze do szkoły oddawała swoje drugie śniadanie Żydom pracującym przy budowie drogi. Babcia, gdy się o tym dowiedziała, szykowała mamie dwa śniadania. Mama dwóch śniadań już nie oddawała, zawsze tylko jedno.

Istniały dwa równoległe światy. Mało kto był zdolny do czynów bohaterskich, mało kto przewidywał taki obrót spraw. Mało kto wierzył postanowieniom konferencji z Wannsee. Każdy z nas w jakiś sposób przyzwalał, ze strachu, egoizmu, niewiary, potrzeby przeżycia za wszelka cenę. Nie umiem powiedzieć, czy postąpiłabym inaczej.

Kilka dni temu pojawił się w mediach apel zwracąjacy się do wszystkich, którzy są w posiadaniu jakichkolwiek zdjęć dokumentujących deportację 50 tysięcy Żydów w Berlinie. W oficjalnych archiwach nie zachowała się ani jedna fotografia. Być może w prywatnych zbiorach jeszcze się takie znajdują, tym bardziej, że co dziesiąta rodzina w Berlinie posiadała aparat fotograficzny. Link do apelu TU.

W 2008 roku stanął na dworcu w Grunewaldzie tzw. Pociąg Pamięci (Zug der Erinnerung). Czekałyśmy z córką bardzo długo, żeby wejść do wagonu i obejrzeć wystawę o losach deportowanych dzieci.

Pomiędzy październikiem 1940 roku a grudniem 1944 roku naziści deportowali setki tysięcy dzieci do obozów zagłady lub do pracy przymusowej. Ich dokładna liczba nie jest znana. Wagon ten dojechał też do Oświęcimia. Gdy dwa lata później byłyśmy w hitlerowskim obozie zagłady w Auschwitz nikt o takim pociągu, wagonie-wystawie nie słyszał.

Przed dworcem grunewaldzkim jest skwer, od 2015 roku noszący nazwę Karmielplatz. Izraelski Karmiel jest miastem partnerskim berlińskiej dzielnicy Charlottenburg-Wilmersdorf. Po lewej stronie placu stoi kamienica w której mieszkała Frieda Kalischer, w środku skweru biało-niebieskie ławki i budka z książkami. Budka nie jest zwyczajna. Dedykowana jest Peronowi 17, deportacji ludności, zagładzie Żydów. Oprócz książek wmontowany jest w niej głośnik, który obecnie, z uwagi na pandemię, nie działa. Z głośnika można usłyszeć po polsku, niemiecku, angielsku i w języku maori fragment z dzienników Anny Frank. Niedaleko budki wśród brzóz z inicjatywy grupy kobiet z ewangelickiej parafii w Grunewaldzie powstało w 1987 roku miejsce pamięci osób deportowanych. Na dwóch drewnianych podkładach kolejowych leży trzeci, na którym wyryta jest data 18.10.41. Był to pierwszy transport 1013 ludzi do łódzkiego getta. Pierwsza tablica upamiętniająca deportację Żydów była umieszczona na budynku kolejowym już w 1953 roku, następna w 1987. W roku 1987/88 władze lokalne dzielnicy Charlottenburg-Wilmersdorf ogłosiły konkurs na Pomnik Deportowanych.

Konkurs ten wygrał projekt rzeźbiarza Karola Broniatowskiego i architekta Ralfa Sroki. Karola Broniatowskiego poznałam w 2011 roku, podczas trwania wystawy “Obok. Polska – Niemcy. 1000 lat historii w sztuce”. To wtedy dowiedziałam się, że jest on autorem tej przejmującej rzeźby przy Peronie 17. Ślady ludzi, których nie ma, puste miejsca po nich wykute w skale, cienie. Nie można obok nich przejść obojętnie, idąc w kierunku Peronu 17, którego tory w dalszym ciągu prowadzą na wschód. Po obu stronach peronu daty, liczby, miejsca. Ostatni transport wyjechał stąd do Sachsenhausen 5 stycznia 1945 roku. Peron, a zwłaszcza tunel są tak rzeczywiste, że przeszywają mnie ciarki, gdy idę tunelem na drugą stronę Grunewaldu. Myślę o tych tysiącach ludzi: nieświadomych, bezbronnych, przerażonych, nieprzeczuwających, że będzie to ich ostatnia podróż, podróż w jedną stronę.
Kładę swoje żonkile na żeliwnej płycie z datą transportu 14.04.1942 do Warszawy. Kilkanaście kroków przede mną przystają chłopak z dziewczyną. Chłopak zdejmuje czapkę z daszkiem, przywdziewa jarmułkę, otwiera modlitewnik i chwilę stoją pogrążeni w modlitwie. Znikają z mojego pola widzenia tak szybko, jak się pojawili.

Żonkili już prawie nie ma. Mijam jeszcze te ostatnie w drodze do domu. Na drugi rok znowu zakwitną. 16 maja 1943 powstanie w getcie warszawskim dobiegło końca. Na rozkaz Heinricha Himmlera Jürgen Stroop osobiście wysadził Wielką Synagogę na Tłomackiem. Powstańcy zginęli, ludność cywilna została wymordowana lub wywieziona do obozów zagłady, a cały teren getta zrównany z ziemią.

Budapeszt, fryzjer, węgierski chłopiec i korona (2)

Ela Kargol

Dzień drugi naszego trzydniowego pobytu w Budapeszcie był dniem deszczowym, niezorganizowanym, gubiliśmy się w mieście, pływaliśmy po Dunaju promem komunikacji miejskiej, od brzegu do brzegu, próbowaliśmy wejść do parlamentu, ale nam się nie chciało albo nie udało. Potężny Gyula Andrássy (https://pl.wikipedia.org/wiki/Gyula_Andrassy) na koniu i cokole, były premier królestwa Węgier i uczestnik powstania w latach 1848-1849, strzegł go dzielnie.

Stacje metra były na mapie, ale w rzeczywistości ich nie było. Wszystkiemu winna była palinka, wypita poprzedniego dnia w urodziny Kingi, Ludwika i Tomka. Palinka przypomina naszą rodzimą przepalankę,(https://pl.wikipedia.org/wiki/Palinka), a kuchnia węgierska bez palinki jest po prostu niestrawna. Trzeciego dnia Helcia i ja myślałyśmy już o pójściu do McDonalda, całe szczęście znaleźliśmy restaurację belgijską. I właśnie w ten deszczowy dzień rodzina zdecydowała za mnie: „Jedziemy na Csepel do Węgierskiego Chłopca”. Dokładny adres znalazłam na węgierskiej stronie internetowej, przekazałam Helci i jazda, dość długa, tramwajem, metrem i kolejką podmiejską skończyła się sukcesem. Była już późna godzina popołudniowa i krajobrazy mijanych pól, nieużytków i pozostawionych domostw z tektury, trochę niepokoiły. Wreszcie dojechaliśmy. Przystanek i Plac noszą nazwę świętego Emeryka, syna i następcy świętego Stefana, równolatka Bolesława Chrobrego, u którego w Gnieźnie Emeryk jakiś czas gościł. Na środku placu jest kościół rzymskokatolicki pw. Narodzenia Najświętszej Maryi Panny, wokół jest park z alejkami, którymi mieszkańcy skracają sobie drogi w różnych kierunkach. I wreszcie jest. On. Chłopiec z Pesztu, po węgiersku „Pesti srác”, choć brzmi to dość śmiesznie dla polskiego ucha. Niewielki postument chłopca z karabinem, taki sam, który w Szczecinie stoi na Jasnych Błoniach stanął w 2016 roku na placu Szent Imre w Csepel, dzielnicy robotniczej o tradycjach stoczniowo-portowych jak w Szczecinie. Csepel jest częścią wyspy o tej samej nazwie. Dzielnica, która mocno ucierpiała jesienią 1956 roku, dzielnica, dokąd mieszkańcy Szczecina wysyłali krew, lekarstwa, żywność, ubrania, a nawet zabawki. Cała historia tego zaangażowania szczecinian i pomocy mieszkańcom Csepla jest opisana na tablicach informacyjnych stojących na brzegu placu. Plac jest monitorowany, o czym mogliśmy się po kilku minutach pobytu na nim przekonać. Pomnika dotykałam i obchodziłam go z każdej strony, ustawiałam się do zdjęcia. Byłam szczęśliwa, że mój budapesztański plan się spełnia. Stan szczęścia przerwała głośna syrena i głos mówiący przez megafon po węgiersku, lecz dopiero, gdy ochroniarz ruszył w naszym kierunku, zorientowaliśmy się, że to wszystko nas dotyczy. Pędził prosto na nas, wymachując rękoma krzyczał: „Kamera!, Kamera!, Kamera!” Zorientowałam się od razu, pochodzę z czasów, kiedy nie należało deptać trawników, a „Pesti srác” stał na trawniku. Nie pomogły zapewnienia, że jesteśmy from Poland, ja nawet byłam na tę chwilę from Szczecin. Od pomnika musieliśmy odstąpić i podziwiać z należytej odległości, tak jak wszystkie pomniki na tym placu, pomnik Nepomucena, Emeryka, rewolucji węgierskiej i inne. Jedynie tablicom ze szczegółowym opisem pomocy szczecinian mieszkańcom Csepla mogliśmy przyjrzeć się dokładniej. Jestem pod wrażeniem. Co tam Jadwiga, co tam Jagiełło, Bem, Kinga! Bratanki nie muszą być królami, ani wodzami, ani świętymi. To zwykli ludzie, do szabli, szklanki, pomocy, przyjaźni.

Wracając do naszej dzielnicy na nocleg byliśmy świadkami tzw. „wystawki”, czyli wyprzątania mieszkań i piwnic z rzeczy niepotrzebnych niektórym, a poptrzebnych innym. Jak widać Marie Kondo wszędzie ma swoich sympatyków. Zapytany chłopak, szperający w kartonie z książkami opowiadał, że taka akcja przeprowadzana jest raz do roku na koszt miasta. Każdy przy tym znajdzie coś dla siebie, ludność biedniejsza zaopatruje się w ten sposób w meble, sprzęty gospodarstwa domowego, niektórzy biorą inne niepotrzebne rzeczy, by je na drugi rok znowu wystawić. Większość zostaje na ulicach do następnego ranka, kiedy wszystko zostaje posprzątane przez tutejsze firmy trudniące się wywozem śmieci. My również nie mogliśmy się oprzeć zabraniu kilku książek, które, wyjeżdżając, z ciężkim sercem zostawiliśmy w w naszym wynajmowanym mieszkaniu. Nikt z nas nie zna węgierskiego, nie przeczytałby więc „Zbrodni i kary” a tym bardziej „Fausta” Goethego w tym języku. Perłą wśród znalezionych książek okazał się prawie stuletni FOHASZ, modlitewnik dla żydowskich kobiet.

Im mniejsze państwo, tym większe pomniki, tak powtarzał często węgierski kolega Tomka. Gdy dojechaliśmy zabytkowym metrem do Placu Bohaterów, mogliśmy sami się o tym przekonać. Na środku wznosi się kolumna archanioła Gabriela, który według legendy podarował koronę pierwszemu kólowi Węgier, Stefanowi. Stał tu też pomnik Stalina, zniszczony podczas rewolucji w 1956 roku, a po nim Lenina. Archanioła Gabriela otacza półkolista kolumnada podzielona na pół, a w niej wszyscy ważni Węgrzy. Habsburgów po II wojnie światowej nie odrestaurowano, zastąpiono Węgrami, jednym wśród nich jest polski król Ludwik Węgierski.

Księżyc był prawie w pełni, a za placem, który nas przytłoczył swoją wielkością i monumentalnością połyskiwał w poświacie księżyca i reflektrów kolejny potężny zamek, który okazał się zabytkowym „Disneylandem” (https://pl.wikipedia.org/wiki/Zamek_Vajdahunyad). Zespół historycznych budynków, wybudowany ponad 100 lat temu w różnych stylach z różnych epok, jest konglomerat kopii znanych nie tylko węgierskich budowli, począwszy od średniowiecza, a skończywszy na baroku. Spacer prawie romantyczny przerwała wygrywana na skrzypcach melodia dość dobrze mi znanej „dzieweczki, co do laseczka szła”. Podeszliśmy bliżej, ja zaczęłam podśpiewywać, a skrzypek grał i grał. Potem koniecznie chciał nauczyć naszą córkę trudnej sztuki gry na skrzypcach. Mówił, że nie każdy urodził się Paganinim, ale bez pracy nie ma kołaczy.

Po chwili padły słowa, na które cały czas czekałam, o bratankach tych do szabli i do szklanki. Helci musieliśmy wytłumaczyć, że ten pan nie ma w Polsce bratanków, chociaż właściwie ma, tak samo jak my ich mamy na Węgrzech.

8 marca wracaliśmy do Berlina, po trzech dniach budapesztańskiej przygody. Zmierzono nam już na lotnisku temperaturę, odebrano słoiczek z ostrą papryką, a stewardesy przywitały nas w maskach.

Koronowanych głów niestety przybywało.

Nie znałam larendogry, ale nawet wikipedia poświęca jej krótką wzmiankę (https://pl.wikipedia.org/wiki/Larendogra), a inne strony piszą o niej jeszcze obszerniej. Larendogra, woda królowej węgierskiej, matki króla Węgier i Polski Ludwika Węgierskiego, nie tylko odmładza i jest kosmetykiem, jest również lekiem na całe zło, a więc lekiem, którego w dzisiejszych czasach należy spróbować:

Woda ta (a raczej nalewka) jest godna podziwu przeciw wszystkim przeziębieniom i powodowanym wilgocią chorobom głowy, apopleksji, epilepsji, zawrotom głowy, letargowi, paraliżowi, chorobom nerwów, reumatyzmowi, skazom, skurczom konwulsjom. Utracie pamięci, tępocie, śpiączce, senności, głuchocie, szumom w uszach, zaburzeniom widzenia, koagulacji krwi, bólom głowy powodowanym flegmą i humorami. Pokonuje bóle zębów, bóle i słabości żołądka, zapalenie opłucnej, brak apetytu i złe trawienie, obstrukcje wątroby, śledziony, jelit i macicy. Przyjmuje i konserwuje naturalne ciepło. Odnawia zdolności i funkcje ciała, nawet w starości (tak mówią). Niewiele jest remediów dających tak wiele dobrych efektów. Podawać wewnętrznie w winie lub wódce, przemywać nią skronie, wdychać nozdrzami.

(https://www.hajduczeknaturalnie.pl/tonik-larendogra-naturalny-specyfik/)

Budapeszt, fryzjer, węgierski chłopiec i korona (1)

Ela Kargol

O tym, że pojedziemy do Budapesztu, wiedzieliśmy już od kilku miesięcy. Był to prezent, trochę przypadkowy, od naszej młodszej córki Heleny, obejmujący wiele okazji, począwszy od Świąt Bożego Narodzenia przez Dzień Babci i Dziadka, skończywszy na Dniu Kobiet. Po drodze była jeszcze najważniejsza uroczystość, a mianowicie 60 urodziny mojego męża, Tomka.

Nasza starsza córka Marta spędziła w zeszłym roku kilka dni w stolicy Węgier i cała w zachwytach podarowała nam przewodniki, udzieliła wskazówek i rad typu: “Co musimy koniecznie zobaczyć!”
Czasu było dużo, więc można było się solidnie przygotować, tym bardziej, że żadne z nas nie jest ignorantem w sprawach poznawania nowych miejsc, innej kultury i innej, choć często wspólnej, historii.

Dwa dni przed planowanym wyjazdem zapytałam Tomka, czy zajrzał do przewodników. On na to, że w zasadzie wszystko wie, jest Buda i jest Peszt, a w pracy miał kiedyś kolegę Węgra, jakby to w czymś miało pomóc. Ja wspomniałam coś o Batorym i Jadwidze Andegaweńskiej, córka Helena, że nie wiadomo, czy w ogóle polecimy, bo zbliża się wirus korony i jeżeli dolecimy, to ona i tak nie wyjdzie z wynajętego mieszkania, najwyżej na krótki spacer w samotności.

Dla Tomka oprócz wspomnianych dwóch części miasta i kolegi Węgra najważniejsza miała być wizyta u fryzjera w Budapeszcie. Ten zwyczaj powstał wiele lat temu, kiedy to po raz pierwszy byliśmy w Stanach. Na pytanie “Jak było w Ameryce?” mój mąż odpowiadał: “Byłem u fryzjera”. Później już wszystkie wyjazdy dalsze i bliższe związane były z wizytą w salonie fryzjerskim.

Dzień przed wylotem do Budapesztu przypomniałam sobie o Węgierskim Chłopcu“, pomniku, stojącym na Jasnych Błoniach, w Szczecinie, mieście, które kocham, i odwiedzam w każdej wolnej chwili. Wiedziałam, że bliźniacza rzeźba stoi w Budapeszcie i chciałam ją koniecznie zobaczyć. Wprawdzie oba pomniki powstały w czasach autorytarnych rządów obu krajów, w roku 2016, ale nawiązują do historii z roku 1956, kiedy to „Węgrzy maszerowali pod poskimi sztandarami i z wizerunkami orła białego dnia 23 października 1956. Na transparentach widniały napisy: „Niech żyje odważna polska młodzież”, „Niech żyją polskie zmiany”, „Bem, Kossuth, Petöfi”. Marsz zakończył się pod pomnikiem bohatera Polski i Węgier – Józefa Bema odczytaniem listy żądań studentów. Studenci węgierscy skandowali hasło: „Polska ukazuje drogę…” Solidarnościowa demonstracja studentów węgierskich z protestami polskich robotników stała się przyczyną wybuchu Powstania na Węgrzech w roku 1956“ (https://pl.wikipedia.org/wiki/Stosunki_polsko-wegierskie).

Powstanie, nazwane później rewolucją węgierską, zostało krwawo stłumione przez wojska radzieckie. W wyniku walk zginęło po węgierskiej stronie 2500 osób, ponad 20 tysięcy aresztowano lub internowano, a około 200 tysięcy osób uciekło z kraju do Austrii i Jugosławii. Polacy, już po odwilży gomółkowskiej, a właściwie w czasie jej trwania, zareagowali natychmiast, zaangażowali się w pomoc narodowi węgierskiemu, przekazując krew, lekarstwa, żywność i artykuły pierwszej potrzeby. Dary ze Szczecina przekazano do robotniczego Csepel, dzielnicy na obrzeżach Budapesztu, w jego południowej części. O tej dzielnicy nie piszą przewodniki. Dojazd do niej z centrum Budapesztu był dość skomplikowany, ale to najważniejsze moje budapesztańskie życzenie zostało w pełni zrealizowane i spełnione.

Inaczej rzecz się miała z życzeniami dalszych członków rodziny. Nasza córka nie została w mieszkaniu, które nazywało się obiecująco „Balzac apartament”, a było zwykłą kawalerką z całym zachowanym wyposażeniem z lat 80 ubiegłego wieku. Lot był tani, mieszkanie tanie, ale takie, że niekoniecznie chciałoby się spędzać w nim całe dnie. Helcia stwierdziła, że z „koroną“ jeszcze nie jest tak źle, a my sobie nie poradzimy bez komórek, tylko z mapą. Tomka plany też legły w gruzach, choć na naszej budapesztańskiej ulicy Balzaka było aż czterech fryzjerów. Jeden był zamknięty, drugi zbyt ekskluzywny, a u dwóch pozostałych trzeba było zawsze poczekać godzinę. Tomek w końcu stwierdził, że do fryzjera pójdzie w Lachowicach pod Suchą Beskidzką, dokąd mieliśmy pojechać wkrótce potem. Bądź co bądź trochę ponad sto lat temu były to Austro-Węgry, a moja beskidzka babcia śpiewała o Franciszku Józefie cesarzu Austrii i królu Węgier pochwalne pieśni.

Wylądowaliśmy w Budapeszcie 5 marca, na lotnisku Ferenca Liszta, w dniu urodzin mojego męża Tomka (1960), świętej Kingi (1234) i Ludwika Węgierskiego (1326), przyszłego króla Polski.

Mieszkaliśmy w Peszcie, ale pierwszy dzień spędziliśmy w Budzie, a wieczór w węgierskiej knajpie, nie pamiętam po której stronie miasta, gdzie świętowaliśmy potrójne urodziny.

Do Budy zaprowadził nas Most Elżbiety (żony Franciszka Józefa, czyli Sissi. Jest jeszcze dzielnica żydowska nazwana jej imieniem), wprost na Wzgórze Gellerta, wzgórze samych sprzeczności. Kiedyś zbierały się na nim czarownice i odprawiały sabat, potem przybył biskup Gellert, chcący nawrócić niewiernych, ale poganie poradzili sobie z biskupem, spuszczając go ze szczytu w drewnianej beczce. Pomnik Wolności na szczycie, postawiony w podzięce Armii Czerwonej, po zdjęciu czerwonej gwiazdy upamiętnia wszystkich, którzy polegli za Węgry. Nawet roślinność jest przeciwstawna, na stoku południowym śródziemnomorska, a na północnym prawie alpejska. Spojrzałam na Dunaj, a on piękny i modry tylko u Straussa i w fotoshopie, majestatyczny, dzielący i łączący miasto. Ruszyliśmy do zamku.

Najstarsze zachowane fundamenty Zamku Królewskiego w Budzie pochodzą podobno z czasów Ludwika Węgierskiego. Ludwik, król Polski w latach 1370–1382, nie posiadając męskiego potomka, przekupił szlachtę polską i łapówkarstwem załatwił dziedziczenie tronu swojej córce Jadwidze, właśnie tej Jadwidze Andegaweńskiej, która musiała poślubić Jagiełłę i zrezygnować z zaręczyn z Wilhelmem Habsburgiem. Setki lat Jadwiga wraz z Kingą czekały na kanonizację. No i wreszcie, po znajomości, się jej doczekały. Obie stały się świętymi i patronkami Polski za sprawą papieża Polaka. Pomnik Jadwigi i Jagiełły znaleźliśmy w Budzie przy Bramie Wiedeńskiej, dość nowoczesny, odsłonięty nie tak dawno, powstał z inicjatywy i na koszt Litwy. Żartując jeszcze z „korony”, dotykaliśmy koron obu władców Polski, Litwina i Węgierki, siedzących w dość dużej odległości od siebie, takiej jak odległy był ich związek małżeński i tak jak nakazuje dzisiejszy czas pandemii. W środku insygnia ich władzy, którymi w imię wyższej konieczności ich połączono. Pomnik samej Jadwigi, bez męża ustawiony naprzeciwko pomnika Kingi przy kościele śródmiejskim pw. NMP jest dużo radośniejszy. Nieszczęśliwy był też Batory, zmuszony do ślubu z 10 lat od niego starszą 53-letnią Anną Jagiellonką. Jego pomnik stoi w w dość nieciekawym miejscu, jakby opuszczony, małoważny. A przy jego grobie na Wawelu Węgrzy zawsze przystają i śpiewają hymn „Boże zbaw Węgrów” i wtedy Batory staje się ważny.

Jeśli już o pomnikach piszę, Budapeszt to miasto pomników, pomniczków, monumentów, postumentów, statui (tak się odmienia w liczbie mnogiej statua!), rzeźb na fasadach, na dachach, na stacjach metra, w bramach, parkach, mostach i na… cokołach jak przystało. Pomniki towarzyszyły nam wszędzie. Pan z psem, robotnik z młotem, człowiek z beczkami, Colombo z jamnikiem, maszkaron nad bramą, święty Stefan i święty Emeryk, ryczący lew przy zamku w Budzie, mityczny ptak Madziarów, turul, Węgierski Chłopiec i wiele innych postaci ważnych dla Węgrów, mnie zupełnie nieznanych. Największe jednak wrażenie robią na nas „Buty na brzegu Dunaju”. Pomnik przedstawia 60 par butów damskich, męskich, dziecięcych. Upamiętniają one ludzi, przede wszystkim Żydów, którzy zostali tutaj rozstrzelani, a ich ciała wpadły do Dunaju. Napis na tablicy pamiątkowej w języku węgierskim, angielskim i hebrajskim głosi: Pamięci budapeszteńskich ofiar rozstrzelanych nad brzegiem Dunaju przez uzbrojonych strzałokrzyżowców (było to faszystowskie ugrupowanie założone w 1935 roku, w czasie II wojny światowej kolaborujące z Trzecią Rzeszą).

W ten dzień byliśmy w synagodze budapesztańskiej, największej w Europie, choć przewodniczka, opowiadająca o niej, dodała, że tych największych w Europie jest kilka. Na dziedzińcu pomnik płaczącej wierzby, której metalowe gałązki i liście z wygrawerowanymi nazwiskami zamordowanych Żydów dźwięczą na wietrze, jakby chciały przypomnieć o Holokauście i skomplikowanej historii Węgrów.

Niedaleko dworca Kaleti, dworca wschodniego, wybudowanego w latach 80 XIX wieku, dworca, na który wjeżdżają pociągi z Polski, leży potężny, jak wszystko w tym mieście, cmentarz Kerepesi. Od 1855 roku Węgrzy chowają tutaj swoich zasłużonych artystów, polityków, dziennikarzy, architektów, no jednym słowem wielkich i ważnych ludzi. Grobowce wzbogacone są majestatycznymi rzeźbami. Nad wszystkimi góruje mauzoleum Lajosa Kossutha, wielkiego przywódcy walki o niepodległość z czasów Wiosny Ludów. Pomnik Józefa Bema, przyjaciela Kossutha, bohatera węgierskiego z tamtych czasów i nabrzeże jego imienia musieliśmy minąć idąc na wyspę Małgorzaty. Oprócz pomnika „ojczulka Bema”, jak go nazywali Węgrzy, znajduje się w tym mieście 14 placów oraz ulic noszących jego imię. Czyli chodząc dużo po mieście, być może stąpaliśmy po jednej z nich.

Ciąg dalszy jutro

W wiosennym ogrodzie

Ela Kargol

Wiosna w moim ogrodzie

Wiosna w moim ogrodzie jakaś nieporadna,
jakby miała zakaz wychodzenia z domu.
Jeszcze w pąkach i zeszłorocznej trawie,
z kilkoma stokrotkami na nędznej murawie.
No może fiołki się pospieszyły,
zapachniały, wyfiołkowały.
Dąb w zimowych szatach nie zmienił ubrania,
nie miałby go gdzie kupić,
więc płaszcza nie ściąga
i płotu się czepia
i z nudów rozciąga.

Co ma kwitnąć, to kwitnie, ale u sąsiada
Nam nornica wszystko z apetytem zjada.
Albo robi zapasy
na niepewne czasy.
Właśnie ta niepewność,
wiosny też dotyczy,
ona nie wie co robić,
nie czyta wytycznych.                                                                        pszczoły w ogrodzie (film)

Tylko pszczoły niebawem królową wybiorą
I koronę ze złota przywdzieją na głowę.
W koronie do twarzy jest tylko królowej.

Inni z chęcią ją zdejmą,
Abdykują, odrzucą,
opuszczą królestwo,
nawet wiosny nie chcąc.
Zza firanki popatrzą, czy słońce już świeci, czy jabłoń zakwitła, albo bez.

Myślałam, że korony noszą tylko królowie…

Od Adminki: 14 marca czyli wczoraj Ela pojechała do Polski i również wczoraj, ostatnim pociągiem, wróciła. Już poprzedniego dnia na Facebooku pojawiały się informacje, że Polska zaraz zamknie granice, długo jednak nie było wiadomo, kiedy i na jakich zasadach, a to sprawiło, że ci, którzy chcieli jechać do Polski, musieli się liczyć ze wszystkim, że ich nie wpuszczą, że ich nie wypuszczą, że ich odeślą z powrotem, że wylądują w miejscu odosobnienia, zwanym kwarantanną, choć zasadniczo kwarantanna to samo odosobnienie, a nie miejsce. No i zasadniczo, jak sama nazwa wskazuje – na 40 dni, choć na razie trwa ona “tylko” 14 dni, choć już słychać głosy, że powinna zostać wydłużona do trzech, a nawet czterech tygodni.

Ela Kargol

Bilety i plany zmieniałam kilkakrotnie. Najpierw miałam jechać w piątek 13 marca do Szczecina, by w sobotę uczestniczyć w wycieczce pt. “Bitwa o Szczecin” z Michałem Rembasem, który jako jedyny chyba nie odwołał wydarzenia. Jednak po namyśle wybrałam otwarcie wystawy Siegmara Jonasa w Cafe Berlin, też w Szczecinie. Ze Szczecina miałam zamiar udać się do Poznania do mamy i siostry, osób niepełnosprawnych, którymi się opiekuję, po części na odległość, a po części jeżdżąc do nich co dwa tygodnie z Berlina.


Wystawę Jonasa odwołano, a ja głupia, wierząc pisowskim wiadomościom, że granic nie zamkną, kupiłam bilet z Berlina do Poznania na sobotę wieczór. W piątek byłam już zdezorientowana, tym bardziej, że prawie wszystkie wiadomości były zaprzeczeniem tych poprzednich.
Jeszcze raz zawierzyłam pisowskiej jedynce. Trzy razy z rzędu wysluchalam “Aktualności dnia” i zrozumiałam, że w sobotę mogę wyjechać, ale w niedzielę mogę już nie wrócić, na pewno nie pociągiem.
Bilet powrotny miałam na niedzielę.
Kupiłam nowy bilet do Poznania, na 9:37 w sobotę, w sobotę też postanowiłam wracać.
Pełna niepewności, jakiegoś lęku, ale muszę się przyznać, też chęci przeżycia przygody, wyszłam z domu w Berlinie, czule pożegnana przez męża, wsiadłam do autobusu wejściem środkowym, bo przód, razem z kierowcą oddzielony był biało-czerwona taśmą.

W metrze ruch umiarkowany, niektórzy muszą do pracy. Kolejka świeci pustkami, oprócz mnie dwoje ludzi z walizkami. Dworzec Główny w Berlinie jak miasteczko w leniwą niedzielę. Ktoś przyjeżdża, ktoś wyjeżdża. A na środku, na poziomie chyba pierwszym, powstają zagony kolorowych kwiatów. Wiosna za kilka dni.

 

W pociągu jadącym do Warszawy Wars jeszcze był i pojawili się, jak to napisała autorka, kosmonauci mierzący temperaturę. Ona na szczęście miała temperaturę w normie: 36,9. W Warsie trzeba też było wypełnić formularz, ale jeszcze udało się zamówić żurek i smażonego camemberta. Autorka, jak wielu innych podróżujących, jest wielbicielką Warsu (zob. TU).

W pociągu wracającym do Berlina (ostatni taki pociąg, przynajmniej na jakiś czas) było…

… jak za dawnych czasów, radośnie i tłoczno! Bo wszystkie bilety były ważne. Cała Europa w tym pociągu, każdy dokądś chciał pojechać, ale musi wracać, albo inaczej kombinować.
Piwo w kubku do kawy, bo Wars się ewakuował.

Mimo zamknięcia granic, szkół, teatrów, wstrzymania lotów, przejazdów autobusowych i kolejowych wiosna przyjdzie na pewno, nie przyleci samolotem, ani pociągiem. Chociaż, gdy spojrzę przez okno, to muszę stwierdzić, że ona już jest. Udało jej się. Tak jak mnie, wrócić ostatnim pociągiem do Berlina.

Jest.

Tydzień temu powtarzałam z wnukiem wiersz: Jana Brzechwy o wiośnie:

A wiosna przyszła pieszo –
Już kwiaty z nią się śpieszą,
Już trawy przed nią rosną
I szumią: „Witaj wiosno!”


A ten wiersz powstał wczoraj, w pociągu z Berlina do Poznania, w dużej niepewności, w godzinach porannych.

Podróż w jedną stronę?

Jadę, żeby już nie wrócić.
Wracam, żeby nie wyjechać.
Dobrowolnie,
Z miłości,
Poczucia obowiązku,
I czegoś jeszcze,
Nie wiem czego?
Przekory?
Buntu?
Rewolucji?
Ze znakami zapytania.

Mama staruszka, niewidoma
Siostra schorowana
Co one zrobią beze mnie?
Co ja zrobię bez nich?
Znowu mury, znowu granice
I ta niepewność, która boli i straszy.
A na dworcu kwiaty, kolorowe, świeżo nasadzane, tylko dla mnie.

Myślałam, że korony noszą tylko królowie.


Po tygodniu Ela dopisała na FB taki tekst:

Czuję się tak, jak w latach 80, po przyjeździe do Berlina. Z tą różnicą, że wyjechałam wtedy z Polski dobrowolnie, licząc się z tym, że może nigdy już nie wrócę do domu, do rodziców, siostry.
Po dwóch latach kwarantanny w Berlinie wysłaliśmy w ramach „eksperymentu“ siedmioletnią wówczas córkę do Poznania do dziadków. Po wakacjach Marta wróciła do Berlina. Potem była kolej na mnie. Pojechałam i też wróciłam. Zaczęłam jeździć regularnie i regularnie wracałam. Raz miałam tylko nieprzyjemną rozmowę w biurze paszportowym. Zapytano mnie, co ja tam robię. Odpowiedziałam, że studiuję. „A co robią inni studenci?“ „Też studiują“. „To proszę się przypatrywać, co studiują.“
Czy była to próba zwerbowania mnie do współpracy tuż przed upadkiem muru? Jakiś czas nie jeździłam po tym zdarzeniu do Polski, nie pamiętam, jak długo. Wtedy dobrowolnie poddałam się kwarantannie.
Potem wszystko się zmieniło. Granice zniknęły, rodzice się zestarzeli. Potrzebowali mojej częstszej obecności.
Od trzech lat, po śmierci taty jeżdżę regularnie do schorowanej, starej, niewidomej matki i niepełnosprawnej siostry. Opłacam rachunki, robię zakupy, układam lekarstwa, umawiam lekarzy, sprzątam, ale przede wszystkim jestem, rozmawiam, kocham.
Tydzień temu stojąc na dworcu w Berlinie, przypomniałam sobie tamte czasy, tamte niepokoje. Tym bardziej, że konduktorzy niemieccy nie umieli powiedzieć, czy pociag dojedzie w ogóle do granicy. „Bleiben sie hier, sie kommen nicht zurück“. W pociągu każdy mówił coś innego. Najpierw, że do Poznania nie dojadę, a jak dojadę, to na pewno nie wrócę, bo ten ostatni pociąg już nie pojedzie. Dojechałam, czasu miałam dwie godziny na ułożenie lekarstw, wypicie kawy, przytulenie i zrobienie zdjęcia. Ostatnim pociągiem wróciłam do Berlina.

Tu opisuję dokładniej moją “podróż w jedną sronę?”

https://ewamaria.blog/2020/03/15/podroz-w-jedna-strone/

Od trzech lat stałym obrzędem pożegnania jest pstryknięcie zdjęcia mamie w oknie. Tych zdjęć są dziesiątki. Nigdy nie wiem, kiedy będzie następny “pstryk”.
Tydzień temu zrobiłam ostatnie zdjęcie i nie wiem, kiedy będę mogła zrobić następne i czy je zrobię.

KIG 115 (Reblog)

Ela Kargol

Tekst ze strony stowarzyszenia Städtepartner Stettin e.V. na FB / vom Fanpage des Vereins Städtepartner Stettin e.V. 

In Berlin und in Stettin / W Berlinie i Szczecinie

Vor 115 Jahren ist Konstanty Ildefons Gałczyński geboren, ein bekannter polnischer Dichter, der seine lyrischen Spuren sowohl in Berlin als auch in Stettin hinterlassen hat. Der Dichter arbeitete von 1931 bis 1933 als Kulturattaché bei der polnischen Botschaft in Berlin.

Er besichtigte Museen, unternahm viele Reisen und entdeckte für sich ein kleines Kabarett, nah am Potsdamer Platz.
“Die Katakombe” war ein politisch-literarisches Kabarett in Berlin, das von 1929 bis 1935 bestand.
Inge Bartsch, junge Schauspielerin und Sängerin, eine hübsche junge Frau mit roten Haaren, sang Tucholsky’s Texte: „du bist so stolz und fern, und hast mich doch so gern…”
Gałczyński war so beeindruckt, dass er über sie ein Gedicht verfasste, über sie und auch über den sich rasch entwickelnden Faschismus in Deutschland zu der Zeit.

Das ganze Gedicht ist unter diesem Link zu hören und zu sehen:
https://www.youtube.com/watch?v=3hlExHOrr_g…

Meine damals 15-jährige Tochter Helena nahm vor sieben Jahren an einem Projekt “Poesie verbindet” teil, wo sie das Gedicht rezitierte, durch Inge Bartsch’s Berlin schlenderte und in die 30er Jahre des letzten Jahrhunderts abtauchte.

Nach Stettin kam Gałczyński im Frühjahr 1948. Ihn beeindruckten die Magnolien, die gerade blühten, das neue Haus in Pogodno mit großem Garten und Veranda, auch die Straßenbahn, die vorbeifuhr, der Wind, der von der Oder wehte und… damals auch das neue Polen. Er schrieb:

Tutaj mój port, tu słońce mam na czole
i dom i sad i kota – nie do wiary!
Natalia na werandzie Kira w szkole.
A babci wchodzą sny pod okulary…

Hier ist mein Hafen, hier strahlt die Sonne auf meinen Stirn.
Und Haus und Garten und Katze – nicht zu Glauben!
Natalia auf der Veranda, Kira in der Schule
und Großmutter kriechen die Träume unter die Brillen.

Bevor er Szczecin nach einem Herzinfarkt verlassen hat, gründete er den Club der 13 Musen, der bis heute existiert.
In diesem Club wird jedes Jahr Gałczynskis Geburtstag gefeiert. Diesmal ist es der 115.

***
115 lat temu urodził się Konstanty Ildefons Gałczyński, poeta berliński i szczeciński.
W obu miastach nie zabawił zbyt dlugo, ale na tyle wystarczająco, żeby zostawić liryczne ślady. Berlińskim śladem oprócz słynnego „Balu u Salomona“ jest z całą pewnością „Inge Bartsch“ wiersz, nie tylko o pięknej Indze, której głosem i urodą poeta się zachwycił, ale też o rosnącym w Niemczech faszyzmie.

Inge Bartsch nie jest postacią wymyśloną, istniała naprawdę, była aktorką, piosenkarką. Poeta trafił pewnego dnia w Berlinie przy Placu Poczdamskim do kabaretu Katakombe. Na afiszu widniały dwa nazwiska: Kurt Tucholsky i Inge Bartsch. Inge o płomiennych włosach i drobnej sylwetce śpiewała niskim głosem „du bist so stolz und fern, und hast mich doch so gern…” Kabaret, który zapewniał, że jest apolityczny, takim nie był. Nie trzeba było długo czekać. W 1935 na wyraźny rozkaz Goebelsa kabaret zamknięto, a Wernera Fincka, jednego z założycieli aresztowano.
Gałczyński był już wtedy w Wilnie.

Potem była wojna, mobilizacja i cudem uniknięta śmierć w Kozielsku, obóz jeniecki w Niemczech, Kraków i w roku 1948 Szczecin.

Do Szczecina przyjechał wiosną w porze kwitnięcia magnolii. Zachwycony ukwieconymi drzewami, krzewami, wiatrem od Odry, domem na Pogodnie, i nową Polską, a nawet tramwajem „jedynką“, chciał tu pozostać na dłużej. Z żoną, córką i teściową.

Tutaj mój port, tu słońce mam na czole
i dom i sad i kota – nie do wiary!
Natalia na werandzie Kira w szkole.
A babci wchodzą sny pod okulary
Nad klombem ptaka cień przefrunął modry.
Grzmi w rękopisie moim epopeja.
Dobrze mi tu. I wieje wiatr od Odry,
odurzający i zwycięski jak nadzieja.

W Szczecinie powstał Klub 13 Muz, którego poeta, jak legenda głosi był założycielem. Klub działa do dzisiaj.
Urodziny Gałczyńskiego obchodzi się w klubie co roku. W tym roku Salon Artystyczny Seniorów „13 Muz” przygotował interpretacje wierszy poety. Panie recytowały, tańczyły, Zielona Gęś gęgała, szczecinianie bili brawo. Całości dopełnił pokaz filmu „Adresy Konstantego”, według pomysłu i scenariusza Marka Brzezińskiego, a… Konstanty, gdyby żył, może łagodniej spojrzałby na „Bożą krówkę” i nie dziwił się, że zimą jest ich coraz więcej.

Nasz autor Mieczysław Węglewicz spędził dzień 115 urodzin Gałczyńskiego w leśniczówce Pranie – zob. TU

Podróże pełne smaku

Ela Kargol

Pan Jan

Mieszkam w Berlinie. Po śmierci taty, gdy w domu w Poznaniu została tylko mama, zaczęłam częściej podróżować na trasie Berlin – Poznań.
Szukałam różnych rozwiązań dla tych wojaży. Miało być tanio i przyjemnie. A ponieważ nie prowadzę i nie posiadam samochodu, musiały być to środki transportu publicznego.
Zaczęło się od polskiego busa, który bardzo szybko zmienił barwy, firmę i cenę. Próbowałam jeździć ze znajomymi do Zbąszynka, a potem wsiadałam w pociąg regio.
W końcu dość było mi tych trudów podróży, niewygody, ciasnoty i wróciłam do szybkiego i dość wygodnego połączenia kolejowego ICE, co nie znaczy, że jeżdżę pociągiem.
Podróżuję WARSEM.
I są to moje najbardziej wypoczynkowe trzy godziny, które spędzam przy kawiarniano-restauracyjnym stoliku, rano przy śniadaniu, w południe przy kotlecie, wieczorem przy sałatce lub smażonym camembercie. Do tego zawsze cappuccino lub piwo.
Spotykam różnych ludzi, dosiadających się do mojego stolika, lub odwrotnie, siedzących w pobliżu, interesujących lub mniej, ciekawskich, skrytych, rozgadanych i milczków, prawicowych, lewicowych, symetrystów, obojętnych, nieokreślonych, takich, których niewiele obchodzi, po której jestem stronie i jaką religię wyznaję i takich, którzy się oburzają, gdy czytam Wyborczą.

Wars to moje miejsce wytchnienia, wypoczynku, ograniczone czasem i przestrzenią, gdzie nie mogę wyjść, kiedy mi się chce, nie mogę się spieszyć, bo Wars dołączony do pociagu śpieszy się po swojemu. Bardzo lubię te trzy godziny na trasie Berlin – Poznań – Berlin, których nikt mi nie zakłóca, zabiera. Ten czas jest mój.

Pan Jan przysiadł się do mojego stolika, gdy wracałam z Poznania do Berlina. Chwiał się, gdy szedł i szukał wolnego miejsca. Wszyscy odwracali od niego wzrok. Mnie po prostu zaskoczył. Siedziałam zaczytana,delektując się piwem. Zabrałam plecak z krzesła naprzeciwko i wskazałam ręką wolne miejsce.
Dopiero później spojrzałam na twarz, na postać i trochę pożałowałam swojej decyzji.
No, ale stało się.

Pan Jan okazał się Janem z Polski B albo C, a może jednak z A, bo kto nam daje prawo do takiego podziału?
“Z Białegostoku jadę już od rana, swoje już wypiłem (mówił o dniu, w którym jechał i pił). 60 kilometrów od Łukaszenki mieszkam”. Na pytanie warsowicza z innego stolika o Puszczę Białowieską stwierdził, że Szyszko nie żyje, różni ludzie różnie mówią, a jego żona zawsze mówi, “spójrz na siebie, a potem innych krytykuj”.
Ale zaraz potem powiedział, że ten “kaczyniak” różne rzeczy wyczynia, eee pani. “Ja myślę, że Leppera powiesili, a papież to był gość, on z komuną walczył i nie miał czasu ani głowy, żeby walczyć z pedałami”.
Ktoś go poprawił, że z pedofilami. “No, no, z tymi profilami.”
“A pani to chyba studia skończyła?”
To było do mnie. “A dlaczego pan tak sądzi? No bo pani coś czyta, no ale widzę, że piwo pije, no to zagadam.”
I wtedy nastąpił cytat z, jak twierdził, Kochanowskiego: “Lipko, ojczyzna moja”. I chyba dopiero wtedy zwróciłam świadomie na niego uwagę. Może niepotrzebnie poprawiłam, że może o Mickiewicza mu chodzi i o Litwę. Nie, jemu chodziło o lipę Kochanowskiego. Lipę ma na podwórku, pod nią ławkę – huśtawkę, a więc wszystko się zgadza. Siada pod nią często, z żoną albo sam.
Żonę wziął sierotę, bufetową była, a on w straży pożarnej. Ksiądz w rodzinie to brat jego ojca. “Był cały czas u koryta, a teraz stary i żona musi się stryjem opiekować.” Dzieci ma troje, nie ksiądz tylko Jan. Jeden syn w Australii robi i jest “praco – alkoholikiem”, a synowej ciągle mało. Druga synowa dobra, do rany przyłóż i szczera do bólu. Nie lubi, gdy Jan za dużo wypije.
Jan zamówił schabowego i 200 gram. Kelnerka myślała, że kotlet ma ważyć 200 gram. I mu na to, że kotlety są normowane i są małe odstępstwa. Ani ona (ona taka mimoza), ani on nic nie rozumieją, niby po polsku, a jednak dwa różne języki. Wtrącam się i tłumaczę, że ten pan chce dwie setki, a mimoza na to, czyli 200 mililitrów wódki?
Tak.
Ja dostaję prawie zaraz camemberta i następne piwo, Jan dopiero po chwili dwusetkę. Na kotleta czeka. Wreszcie zagaduje mimozę, że on ma cztery prosiaki i dałby rady je zakatrupić, wypatroszyć oporządzić, a żona upiekłaby przez ten czas sto kotletów. Ale mimoza nie rozumie. W końcu kotlet pojawia się na stoliku. Stoliki w Warsie upiększone są takimi serwetkami, które sa śliskie i ciągle zjeżdżają z tych stolików. Utrapienie wszystkich klientów Warsu. Niektórzy ściągają je od razu, a inni poprawiają cały czas. Pan Jan poprawiał, wygładzał i próbował równo ułożyć.
Przez całą podróż.
Mamy duże opóźnienie. Jan jedzie do Kolonii. Biletu nie ma, kupuje u niemieckiej konduktorki. Pomagam mu, wspólnie szukamy jego BahnCard. Wysypuje wszystko z kieszeni. Pieniądze, dokumenty wypadają na stolik, na podłogę. Wszyscy zbieramy, ja próbuję odliczyć 55 Euro na bilet. Jan daje konduktorce 60 Euro, całuje szarmancko w rękę i mówi: “rest nicht brauchen”.
Jan w tym swoim “zamuleniu” (sam tak o sobie mówi) jest cały czas sobą, według mojej oceny dobrym, prawym i szczęśliwym człowiekiem.
Konduktorka wyjaśnia mi połączenie z Berlina do Kolonii i nawet sama prosi, że trzeba mu pomóc, bo ma tylko kilka minut czasu na przesiadkę. Inni warsowicze też oferują pomoc.
Pan Jan pracuje w podfirmie jakiejś chyba jeszcze podfirmy gdzieś pod Kolonią.
Szef Turek dobry chłop, poklepie po plecach, ale do roboty goni. Jan pracuje w rzeźni. Wózki z mięsem pcha (Tunel Magdy Parys mi się przypomniał). I jeden z takich wózków ostatnio na niego wjechał i go przygniótł. Rozpiął koszulę i pokazał obitą klatkę piersiową.
W następny dzień ma termin u lekarza, teraz jest na zwolnieniu.
Wysiadamy w Berlinie, jeszcze raz wszystko gubi. Zbieramy, wkładamy mu do kieszeni, zamykamy zamki.
Czekam z nim te kilka minut na pociąg do Köln.
Mam nadzieję, że dojechał.
“Szczęściu trzeba pomóc, jeśli los nie jest łaskawy.”
To jego słowa, może znowu go kiedyś spotkam w Warsie przy “setce i serwetce”.

“Podróże Warsem są pełne smaku”, jak zapewnia ich slogan, “smaku na życie, szczęście, chwilę zapomnienia, wytchnienia i radości.”

Po kiszoną kapustę

Ela Kargol

Poznań to moje miasto, które często ostatnio zaniedbuję na korzyść Szczecina.
Wszystkie święta spędzam jednak tutaj, w Poznaniu, w moim domu rodzinnym, z prawie 90-letnią mamą i resztą rodziny. Główny obowiązek przygotowania świąt spada właśnie na mnie. Sporo już zrobiłam, nie kupilam jeszcze kapusty kiszonej. Po tę kapustę wybrałam się tramwajem aż na Rynek Jeżycki.

Wysiadłam na Moście Teatralnym i ruszyłam pieszo ulicą Jana Henryka Dąbrowskiego w kierunku rynku.

Mam tam swoje stoisko, swoją panią, tata też u niej zawsze kupował.
Na rynku jest wszystko: mydło i powidło, i kiszona kapusta, a po drodze tyle historii, której w przedświątecznej gonitwie nie potrafię ominąć.

Teatr Nowy. Jeśli zdążę, wybiorę się tu zaraz po świętach.
Ale moją uwagę oprócz repertuaru teatru zwraca hydrant opatulony patriotycznie.
Podchodzę bliżej i czytam, że to z okazji 101 rocznicy wybuchu Powstania Wielkopolskiego. Ciepło mi się robi na duszy i sercu.

Mój dziadek Ludwik nie poszedł do powstania. Jako Wielkopolanin wcielony został do armii pruskiej, walczył pod Verdun, odznaczony żelaznym krzyżem trafił do niewoli francuskiej i z Hallerem i jego Błękitną Armią wrócił do Polski.
Zaś jego brat Andrzej w chwili wybuchu I wojny światowej miał 13 lub 14 lat, Wielkiej Wojny udało mu się uniknąć, ale nic i nikt go nie powstrzymał, żeby nie pójść do powstania. Zginął pod Gnieznem w roku 1919. Został pochowany na jednym z gnieźnieńskich cmentarzy. Grobem opiekował się dziadek Hallerczyk chyba do początków lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Grobu już nie ma i nie znalazłam go na żadnej liście Powstańców Wielkopolskich.

Idę dalej Dąbrowskiego, a tam pomnik Trzech Tramwajarek, odsłonięty niedawno na skwerze nazwanym ich imieniem. Na skwerze ławeczka, na ławeczce niczym ze sztuki Aleksandra Gelmana dwoje przeciętnych staruszków, sorry ludzi w moim wieku, z tobołami, którzy cieszą się ciepłem grudniowego słońca. Podchodzę do pomnika – instalacji, robię zdjęcia, a ponieważ skwer jest mały, a na nim tylko ja i oni, więc zagaduję, że ciepło, jak na tę porę roku.
“A pani wie kto to, te tramwajarki? może jakiś wypadek tu był?”, pyta pani z ławeczki. Odpowiadam, że tyle wiem, że to bohaterki czerwca 1956 roku.
Towarzysz tej pani zwraca się do mnie: “Pani ma komórkę, pani poczyta w internecie”. Ale zaraz dodaje, że one tu zginęły razem z Romkiem Strzałkowskim, którego imieniem ulica jest przecznicę dalej.
“Na Kochanowskiego była ubecja. Wstyd się przyznać, ale mój wuja tam pracował. W latach 70, kiedyś u niego byłem, na Kochanowskiego, a tam na podłodze krew. Pytam się co to, a on, że pomidorowa się rozlała. Pani, tam się działy złe rzeczy. Ale jak mi mandat chcieli wlepić, to nazwisko wuja się przydawało.”
Szukam w internecie o tramwajarkach i czytam głośno:

Helena Przybyłek, Stanisława Sobańska i Maria Kapturska, bohaterki Poznańskiego Czerwca ’56 zostały nowymi patronkami skweru u zbiegu ulic: Kochanowskiego i Dąbrowskiego. Uchwałę w sprawie nadania nazwy Trzech Tramwajarek przyjęli poznańscy radni.

Trzy tramwajarki po wstrzymaniu ruchu tramwajowego stanęły na czele manifestacji, która szła pod gmach Wojewódzkiego Urzędu do Spraw Bezpieczeństwa przy ul. Kochanowskiego. Liczyły, że władza nie użyje przemocy wobec kobiet.

Helena Przybyłek została postrzelona w nogi, gdy z okien urzędu padły strzały. Kobieta została przewieziona do szpitala, gdzie funkcjonariusze SB wielokrotnie ją przesłuchiwali. W ciągu trzech kolejnych lat przeszła szereg operacji, w tym także amputację jednej z nóg.

Z kolei Stanisława Sobańska, niegroźne ranna podczas ulicznych starć, została aresztowana, a następnie brutalnie pobita. Obrażenia wymagały kilku operacji.

Maria Kapturska została aresztowana 1 lipca 1956 roku. Podczas wielokrotnych przesłuchań została brutalnie pobita. W więzieniu zaczęła chorować i po zwolnieniu nie była w stanie pracować; otrzymała pierwszą grupę inwalidzką.

Kobiety przez swoją postawę stały się jednym z symboli robotniczego zrywu. Wśród poznaniaków panowało przekonanie, że powinny zostać uhonorowane w szczególny sposób.

Na pomniku brakuje daty, powiedziałam panu z ławeczki, że napiszę, gdzie trzeba. Romka Strzalkowskiego wszyscy w Poznaniu znają, a tramwajarki niekoniecznie są znane. Data dużo by pomogła. Pan z ławeczki jest wzruszony, podaje mi rękę, życzymy sobie zdrowych świąt. Nie bardzo wie, co mógłby powiedzieć na do widzenia, więc mówi: “no to się pogadało”, ale w tych słowach jest dużo więcej, jest świąteczna radość.

Mijam kino Rialto, kino przedwojenne o różnych nazwach, począwszy od Adrii, poprzez Kammer Lichtspiele w czasie wojny, Jedność zaraz po wojnie i od 1946 roku aż do teraz – Rialto.
Jest już późno, obawiam się, że mogę nie zdążyć kupić kapusty.

Widzę już w oddali stragany. Podchodzę do pierwszego z jemiołą. Pytam, czy mogę zrobić zdjęcie. Kobieta siedząca na straganie odpowiada: “Niech pani robi, jemioła taka śliczna”.
Ja na to, że pod jemiołą to kochankowie się całują. “Oj, pani, żeby pani wiedziała, mąż mi się oświadczył pod jemiołą ”
Pytam, czy miłość dotąd trwa? Ona ze łzami w oczach opowiada, że miłość trwała 25 lat, bo potem mąż zmarł na raka. Jakby żył, obchodziliby w grudniu 40 rocznicę ślubu. Opowiadam o sobie, a ona o synach, wnuczkach, pokazuje zdjęcia. Życzymy sobie zdrowych świąt, ona odrywa gałązkę jemioły i podaje mi na pożegnanie. Szukam mojego stoiska z kapustą, niestety nie znajduję, albo przyszłam za późno, albo już po prostu go nie ma.


Rynek Jeżycki z bogatą historią został założony jako Jersitzer Markt przy drodze na Berlin. Ta okolica pamięta jeszcze czasy, gdy wojska napoleońskie z generałem Janem Henrykiem Dąbrowskim wkroczyły do Poznania, wtedy nazywała się Szosą Berlińską, w 1900 roku przemianowano ja na Wielką Berlińską. W czasie II Wojny Światowej nazwano ją Saarlandstraße, później Karinstrasse. Po wojnie próbowano wrócić do nazwy kierunkowej. Oczywiście nie mógł to być Berlin, a stała się nim Skwierzyna. Ulica Skwierzyńska nie przyjęła się wśród poznaniaków, nazywano ją znowu przedwojennie, ulicą Dąbrowskiego.

Po wojnie postać generała Dąbrowskiego, twórcy legionów we Włoszech nie pasowała ówczesnemu ustrojowi. Włodarze miasta sprytnie zmienili nazwę na… Dąbrowskiego, ale Jarosława, z innym życiorysem, lecz dla poznaniaków stała się znowu ulicą Dąbrowskiego. I tak jest do dziś z tym, że Jarosław ponownie stał się Janem Henrykiem. Do tej pory można podziwiać świetność tej okolicy, z secesyjnymi kamienicami takich znamienitych poznańskich architektow, jak Paul Pitt czy Oskar Hoffmann.

Na Rynku Jeżyckim połowa straganów jest już zamknięta. Można kupić jeszcze ciuchy, nowe i przechodzone, chemię z Niemiec, mięso, jemiołę i choinki.

Wracam do domu bez kapusty, z gałązką jemioly, w bardzo świątecznym nastroju.