Matylda Wikland
… bądź zbitka myśli wczesnowiosennych od-berlińskich
W czasie długiej drogi znaczonej łzami i krwią owce pocieszały się w głębi czarnego, otępiałego serca filozofią, która pozwalała im lekceważyć pasterzy i pasterskie psy. ,,Nie macie spoczynku ani w dzień, ani w nocy; uganiacie się z wywieszonymi jęzorami, ledwie dysząc; musicie czuwać nocami i przez nas oczy was pieką cały dzień. Jesteście tu ze względu na nas. Wy istniejecie dla nas, a nie my dla was”.
,,Pożegnanie z Afryką’’ (K. Blixen, tłum. Giebułtowicz)
Pierwszym, co dociera, jest poczucie werbli w chodniku, następnie hurkot i terkot, stukanina i łomotanina. Tuż, zaraz, metaliczny świst, dudnienie chodnika przechodzi leniwymi wibracjami w podeszwy, fale dźwiękowe podmywające pogranicze zmysłów ruchem wszystkich fal. I jako ostatni, w perwersji zwyczajowego porządku rzeczy, jawi się obraz, cielesność oblekająca metalowymi blachami konstrukcji tramwaju te wszystkie substraty jego podróży ulicą Dworcową, ku wymuszającemu zwolnienie zakrętowi tuż przed przejściem dla pieszych do faktycznego budynku Dworca.
Nie ma tu co prawda ni sygnalizacji świetlnej, ni dźwiękowej, acz myślę, że akurat tu i teraz można to wybaczyć. Ten tramwaj, te metalowo-elektryczne serdelki, nie tyle jadą tą ulicą, co każdorazowo wykonują inscenizacje pamiętnego wiersza tuwimowskiego, tak, że przegapić się go nie da. Angażuje wszystkie zmysły, ta kakofonia transportu na pięć modularności odczucia. Zawłada uwagą człowieka niczym zaborcza kochanka, a mimo to wciąż czuć wiatr na twarzy, słychać terkot walizkowych kółek, w oczy kłuje dawno zepsuta i zdezelowana tablica do wyświetlania odjazdów autobusowych. Tym głębsza zieleń okolicznych drzew, krzewów, toć zielono jest w mojej Bydgoszczy, zielony park, zielony skwer. Zielone są wszystkie balkony i śluzy w krąg zielone są, Ojciec przypomina mi piosenkę Santor.
Jakże inne to od hermetycznie spowitego tą swoją specyficzną wonią niczym tamą obronną tunelu berlińskiego metra. Porównanie odczuwam ze szczególną świeżością, świeżością kwietniowej wizyty w tej najbliższej z europejskich stolic.
Blixen przyrównała zapuszczanie się w afrykańską dżunglę z podróżą w głąb starego arrasu.
Zagłębianie się w Berlin, przynajmniej w tej manierze mojej kwietniowej, unaoczniłabym za pomocą kapy, zszytej z miszmaszu tkanin, która jedynie z oddali łudzi spójnością.
W niektóre szwy kapy wszyte są niezapominajki.
W pierwszym moim tekście tutaj opublikowanym określiłam Berlin jako miasto pozornie ahistoryczne. Pokazując ostatnio Matce zdjęcia z kwietniowej wizyty, ta zaśmiała się, że narzekam na Warszawę, a toć przecież w Berlinie co chwila jest plakietka, pomnik, upamiętnienie. Ogarnął mnie horror, gdy dotarło do mnie, że to w pewnym sensie racja. W pewnym sensie – bo to ja, to ja tak chodzę, wybiórczo, krętym szlakiem, depczę po niezapominajkach, skaczę od jednej do drugiej, przecinam modne dzielnice bezrefleksyjnie, wpatrzona w mapę, a na mapie cmentarz.

Już w maju oglądam materiały archiwalne puszczane w telewizji z okazji rocznicy wstąpienia do Unii. Wywiady, głównie z młodzieżą tego pamiętnego dnia, głównie nocą wyległą na warszawskie place z transparentami, z flagami, z nadzieją czy zarzutem. Zapada mi w pamięć szczególnie krótki fragment z młodą, promieniejącą blondynką, podpisaną jako Magda Odziemczyk. Więc pytana o to, czego się spodziewa po Unii, jak jej się wydaje, że będzie, Magda odpowiada radosnym tonem, z tym lekkim bezdechem, jaki spotyka się często u ludzi tuż po koncertach. Jej wypowiedź, właściwie to fragment mały, mam zapisaną w aplikacji notatnika. Będzie raźniej… Będzie bosko!
Raźniej… bosko… O, Europo, Europo.
Czy raźnie było Piastom wśród Słowian? Tego ludu, od którego wywodzi się określenie na niewolnika w tyluż to językach? Piastowie, ten lejtmotyw patriotyzmu polskiego, ta kwintesencja piastowania narodowości polskiej, przecież polakami, w rozumieniu ludu słowiańskiego rdzennego tejże przestrzeni, nie byli (jakkolwiek by takie określenie narodowości ograniczone i niepoprawne nie było, w odniesieniu do czasów piastowskich nabiera krztyny sensu interpretacyjnego). Niedawno opublikowane w Nature badania zespołu poznańskich naukowców (Zenczak i wsp., 2026) na kanwie analiz genetycznych dowodzą, że ich ślad genetyczny nieznany jest wśród współczesnym ich szczątkach ludów Europy Centralnej i Wschodniej, odnajduje się go natomiast wśród grobów europejskich Północy i Zachodu. Prawdopodobnie więc, zaznaczają zgodnie z praktykami autorzy, Piastowie, Piast Kołodziej wielkim polakiem był, byli pochodzenia nie lokalnego, byli obcymi ziemi, nad którą mieli objąć panowanie. W IX i X wieku tak właśnie rodziła się bardziej państwowa Europa Centralna i Wschodnia. Prawdopodobnie. Naukowcy zaznaczają, gdzie muszą, przy takich Rurykowiczach dajmy, nie ma potrzeby. Taki kraj, jaka jego państwowość. Państwowość wczesna ,,polska” jako jeszcze jedno na tych ziemiach wynaturzenie szczepu czy drużyny jakiejś wikingów? Kim to czyni naszego poczciwego legendarnego Popiela… czy szczury pożarły go na modłę internowania w Rumunii?
A przywołuję to, aby napisać: Wyjeżdżając na drugą stronę Odry, paradoksalnie więc, nie oddalałam się od kolebki nacji tej nadwiślańskiej, a przybliżałam. Prawdopodobnie.
*
Każda nacja ma swoich zmarłych, po tym można może by rozpoznawać siłę wspólnoty, czy chowa się na poletko, oddzielone jednym jedynym płotem. Swoich zmarłych miał też ten efemeryczny naród zwany hitlerowcami, i on swych zmarłych musiał gdzieś pochować. Nie w kurhanach zapomnienia i wstydu, jak swoich przywódców, lecz tak po prostu, tak po ludzku. Choć zawsze jakoś rozumiałam to zrozumieniem udzielane sprawom, nad którymi się zbytnio nie myśli, w konsternację pewną wprawiła mnie przeczytana pewnego słonecznego południa na dość brudnej tabliczce wzmianka, że w tymże oto tu Graber der Opfer von Krieg und Gewaltherrschaft na wciśniętym malowniczo w czerwono-ceglane mury Friedhof Georgen-Parochial II obok Zivile Tote des Zweiten Weltkrieges, obok trzech pierwszowojennych Feldwebelów, obok sześciu Opfer nationalsoziallstischer Gewaltherrschaft, znalazło się miejsce na ostateczny spoczynek ingesamt sind etwa 230 tote des militarischen oder militaranhlichen Dienstens (…) die ab 1939 ihren Verletzungen in Lazaretten erlegen sind, um Opfer des Luftkrieges uber Berlin sowie um Gefallene der Endkampfe um Berlin 1945. Umieszczenie obok siebie, rząd w rzędzie, Massengrab, ofiar wojny i żołnierzy, którzyż to ją rozpętali… Nasuwa się wręcz sam ten sławienny cytat z Brytyjczyka Sir Harrisa — Naziści wkroczyli w tę wojnę z dość dziecinnym przekonaniem [delusion], że zbombardują oni wszystkich innych, a nikt inny nie zbombarduje ich. Totaler Krieg ist Totaler Krieg. Dla wszystkich, weil es total ist, genau?

W pełnoprawną konsternację wprawiło mnie jednak, gdy upewniłam się na telefonie co do treści krótkiego ustępu, część wyliczanki, und einige Kriegstote anderer Organisationen wie der SS (Schutzstaffel). Schutzstaffel? ᛋᛋ? Bitte schön? Przecie nie ci chłopcy do bicia Mitu o Szlachetnym Wehrmahcie, nie te straszydła śmierci, ci nadzorcy Anus Mundi, organizacja-matka oświęcimskiego Malach ha-Moves? Schutzstaffel? ᛋᛋ? Schon wieder?
Masowy grób rozpościera się na dwóch polanach soczysto zielonej trawy, pilnowanych przez dwie rzeźby postaci kobiecych, stoi z bukietem, opłakuje oparta na ściance. Kilka dni później trawa, choć nie nasycona słońcem, lecz zroszona świeżym deszczem, co kompensuje właściwie jeżeli chodzi o kwestie kolorystyczno-artystyczne, Cmentarz Inwalidów. Trzymałam go w głowie przez miesiące jako ‘generalski’, i poszłam, i w deszczu zobaczyłam misterne figury strzegące spoczynku generałów, i wymieniłam skrępowany uśmiech z parą starszych Niemców mijanych w alejce do nagrobka von Seeckta, i przechodząc już spacerowym wręcz krokiem na nagrobku pod datą śmierci 1948 przeczytałam że nieboszczyk wojskowy ten oto hat einen guten Kampf gekampf.
,,Dobro” (dobre, dobrze, etc.) to takie trochę skurwiałe słowo. Każdemu się odda, każdemu się da użyć, niech tylko zapłaci, niech tylko ma wiarę, ma interes. Niech tylko puści je w tany, da mu po-brylować swą siłą na jakichś to nowych salonach.
Wracając, to jasne, że gdzieś tacy prości naziści muszą spoczywać, tacy prości, poczciwi esesmani, którzy sobie po wojnie wrócili do rodzin, do domów, popracowali, poodychali. Teraz już nawet nie o tych dwóch w tym Graber der Opfer von Krieg und Gewaltherrschaft, ale o wszystkich tych innych, którzy pochowani zostali nie jako esesmeni tuż po wojnie, a jako ojcowie, matki, mężowie i żony wiele lat już po der Endkampf um Berlin 1945. Pewna cicha groza owiewa na myśl, że pośród tak zw. normalnych ludzi, czyli zdefiniujmy tu, ludzi którzy nigdy nie zabili innych ludzi, leżą właściciele zamkniętych na wieki oczu, które oglądały z bliska zapełniające się upadającymi od strzału rowy w czarnoziemie ukraińskim, w leśnej ściółce litewskiej, i jeszcze, i jeszcze… Czy śmierć obywatela jest Stunde Null jego czynów.

Trzeba przecież gdzieś rzesze tych ‘zwykłych’ nazistów pochować. Trzeba. Toć to również ludzie, obywatele, więcej dni spędzili poza mundurem jakimkolwiek, niż w nim, zapewne.
Ale ciarek nie mogłam się wyzbyć na myśl, że można by kogoś bliskiego pochować, nieświadomie, tuż obok zgniłych już zapewne dłoni, które trzymały pistolet, trzymały pióro, i tak dalej, i tak dalej. Nawet w tak malowniczym zakątku, nawet pod promieniami tak miłego słońca, jakie rozpalało cmentarną trawę wyrazistością zieleni, w tym dniu, gdy tam byłam.
Kulisiewicz w ,,Sachsenhausen. Pamiętnik poetycki 1939-1944” radzi:
Nienawiść-
poczucia Piękna w was nie zabije;
lecz strzeżcie się,
aby Piękno w was nie zabiło
poczucia nienawiści
Gdy szukając pomnika, do którego przez ulewę nie doszłam, przechodziłam obok bramy zespołu ogródków działkowych ,,Zum Birkengrund’’, nie mogłam powstrzymać wzdrygnięcia się, choć to już był arcyklarowny raczej wyraz przewrażliwienia. Jestem przeciwna wzywaniu języka na ławę oskarżonych o zbrodnie ludzi. Gdzieś w psychice mam po prostu wdrukowane zapewne, wbite uroczystościami i podręcznikami. Że po Birken- nie może być nic, jak -au.
Thomas Kieschnick, niemiecki dziennikarz, stwierdziwszy, że słuchając wypowiedzi niektórych Niemców vis a vis nazizm, mierzi aż go taka ,,prostota uznawana za cnotę’’, sformułował koncepcję ,,niemieckiej postbiedermeierowskiej moralności’’ jako maniery, która ,,bez przerwy głosi prostotę, przywiązanie do domowego ogniska, antyheroizm, mieszczańską kulturę,… Ja jednak odbieram ową ,prostotę’ jako wymówkę, pozwalającą na uniknięcie pytań o własną odpowiedzialność albo o odpowiedzialność rodziców i dziadków.” Stwierdza się, że było się nikim innym jak prostym człowiekiem i ,,problem z głowy.”
Czy to właśnie prostych ludzi pamiętam z tych dwóch kwadransów, jakie spędziłam przy tych tonach brązu i quasi-marmuru pieczołowicie przekształconych w ,,Mahnmal Flammenwand” na Moabicie? Tutaj stała Die Liberale Synagoge an der Levetzowstraße, inaugurowana w pamiętnym roku-zwrotnicy 1914, tutał stał zaingurowany w roku 1941 Sammellager do robienia Evakuierung, w kierunku jednym tylko, tym, na którym jednym przewoźnikiem jest Charon.
Na murze (mosiężna?) tablica, obok tablicy kredą ,,tutaj byłem p???r”. Dalej wagon, w polszczyźnie nazwalibyśmy go pewnie bydlęcym, towarowym, oba słowa w pewnym sensie adekwatnie oddające grozę — w niemczyźnie Güterwaggon, i te dobra, ten dobry — no, ale o moim stosunku do tego słowa już było. W zbitej masie wyrzeźbione wyżłobienia, koleiny, od, dla, metalowej liny. Tam gdzie kiedyś wejście do Synagogi — Himmelweg, wypisane transporty, pomnik pamięta, zapisane będą liczby i obozy.
Zdejmuję słuchawki, chcę się wczuć w miejsce, i uderza mnie (uderza, jak dobrze, że to słowo już jest w tym znaczeniu używane, inne nie pasuje) śmiech i pokrzykiwania dziecięce. Czytając tabliczkę (mosiężną?), czytając kredowe poświadczenie bycia, przegapiłam boisko tuż za ceglanym murkiem. Obchodząc pomnik opieram się o płot wokół placu zabaw. Ogarnia mnie pewne zmieszanie, pewne podskórne przeświadczenie, że ja im przeszkadzam, tym ludziom, którzy czasem łypią w moją stronę, tym rodzicom pilnującym bawiących się dzieci, przeszkadzam moim powolnym chodzeniem i oglądaniem. Coś się we mnie buntuje, bo to czy ci oni raczej nie powinni czuć się zmieszani, bawiąc się tak beztrosko w cieniu dosłownym zbrodni, zbrodni swojego narodu, swojej armii, swoich liderów (czy tutaj załamuje się definicja narodu? Czy tutaj czas odejść od tego endeckiego konceptu, i rozważyć ich, nas, was inaczej?). Tej zbrodni, której, gdy zawierzyć w gros wypowiedzi, dokonana była przez niechętną armię moralnie przeciwną lecz karną wobec rozkazów, nakazanych przez szalonych bądź dobrodusznych acz omamionych liderów, w imieniu narodu, który nie wiedział, co czyni, chciał niewinny jedynie lepszej sytuacji ekonomicznej i spokoju w życiu prywatnym.
Obchodzę Güterwaggon i wracam myślami do przepastnego pola Stutthofu, jedynego KL, który widziałam na własne, młodociane ówcześnie oczy. Dobrze pamiętam długim chodnikiem przecinanie trasy od bramy śmierci do komór gazowych, gdy wygłuszając żarty i rozmowy reszty grupy, w głowie układałam wierszyki, nie mam już bladego pojęcia o czym, karteczki na których je zapisałam po powrocie wyrzuciłam wiele przeprowadzek temu. Pamiętam tyle, że jeden bodajże był napisany z perspektywy chmur, odrzucających lecący ku nim dym krematoryjny. Stoję więc w Berlinie i myślę już o pomniku, o O pamięć, nie o zemstę proszą nasze cienie! (Chwila, warte! Jak na Rakowickim? Jak o Wołyń? Czy to stąd—). I myślę, piękna pamięć. Jeśli ludzie zamilkną – głazy wołać będą! Zagłuszy je śmiech naszych zachodnich dzieci, zagłuszy je rytmiczne niczym koła lokomotywy kozłowanie piłką, stuk, stuk, bęc, bęc.
Mają się nie bawić, można by mnie zapytać, mają tylko siedzieć i płakać za grzechy narodu? Tego chcesz, ty niby pacyfistko, niby germanofilko szalona? Siedzisz i potępiasz, a czy sama nie masz mapy FSD powieszonej na pękającej ścianie? Hej, jak potępiać możesz, czy nie widziałaś zdjęć swastyk na Długiej? Zostaw potępianie innym.

Myślę, że rozważyć trzeba prawdopodobieństwo, że czasami po prostu pęka nam koncepcja narodu. Fundamentalnie rozumiemy naród intuicyjnie w sposób łudząco podobny do niektórych wersów z Dmowskiego… W ,,Szoah” (1985) też rysy biegną, wybijają z tych wszystkich wywiadów z gawiedzią polską, często nie uraczoną imieniem czy nazwiskiem. Naród jako pęk losów wyrastających z jednej cebulki? Strugi farby spływające z główki tej samej zapałki? Pamiętam kiedyś jakąś kampanię czegoś rządowego, ,,Polskę mamy w genach”, otóż nie, otóż nie, w genach można co najmniej mieć daną lokalizacje, koordynaty egzystencji, koordynaty zamieszkania przodków. Ah, już w uszach słyszę ten krzyk, który krzyczał, że nie wmówi mu się, że jesteśmy ludźmi, już go słyszę: ,,Nie jesteśmy zbiorowiskiem ludzi czasowo przebywających na tym terytorium. Jesteśmy narodem, który mieszka tutaj [tutaj, czyli gdzie, tak właściwie, tutaj czyli w czyich granicach dokładnie] od przeszło 1050 lat, mając własną państwowość – ukształtowaną, wybudowaną, na pniu tradycji chrześcijańskiej.” A weź pan. Wracając.
,,Dante był jedynie psem. Oni [Niemcy] znają to o wiele lepiej,” powiedziała wpatrzona w dym na niebie nad Auschwitz Anna Kovitzka (cyt. za ,,I Did Not Interview The Dead”, tłum. własne). Deutschtum, wo bist du? Quo vadis, Deutschtum? Deutschtum, czy ci nie wstyd? Deutschtum, cóżeś ty za pani? ,,Maszeruje wiara, pot się krwawy leje,
“Raz, dwa, stąpaj bracie, bo tak Polska grzeje.’’ Powodem, dla którego z jednej biblistycznej formy YHWH wykształciło się i Jehowa, i Jahwe, jest kwestia wymowy w tym alfabecie pomijającym spółgłoski. Römer pobieżnie pisze o tym w wspomnianym wcześniej dziele. Może więc pamięć jako przestrzeń na dopełnienie zapisu głoskami, pamięć jako puste przestrzenie między pewnością, czyhające na omyłkę.
Myślę, że niektórych rzeczy po prostu nie wypada. Nie wypada budować placów zabaw na zlikwidowanych cmentarzach, jak i na zburzonych synagogach.
*
Wiele ulic berlińskich, którymi się przechadzałam, tych ulic dalszych od centrum, wąskich stosunkowo ulic, często brukowych obwarowanych starymi kamienicami, odbierałam po trochu, wręcz wstydliwie, jako piękne pięknem niewidzianego nigdy przyjaciela, z którym komunikowano się jedynie listownie. Tyle że nie listy, a wspomnienia — spisywane przez mieszkańców fantomowego miasta Bromberg. Pewnym krokiem snułam się tymi ulicami, widząc okiem wyobraźni, że gdyby niektóre z ulic mego rodzinnego miasta uprzątnąć, zaniedbane fasady odnowić, drzewa sękate zasadzić —. Czy tak wyglądałyby ulice dzieciństwa mojego, dzieciństwa moich rodziców, myślałam, odczuwając tę dziwną znajomość architekturalną jako kuriozalne deja vu. Czy takim by było to miasto, gdyby właśnie nie było miastem, a immer noch eine Stadt. Czy też budowałoby parki nad pozostawionymi w niedawno-jeszcze-cmentarnej ziemi dziesiątkami tysięcy ciał, czy też dałoby się w nim w krawężniku czasem (no dobrze, rzadko) dopatrzeć odłupanych fragmentów macew. Czy też byłoby miastem, w którego kawiarniach jądra burzy, bez wiatru i gniewu, w kawiarniach jądra burzy, bez wiatru i siły, wraki okrętów i chmur, które nigdy nie wypłynęły. Czy też byłoby miastem, w którym Najbliżej ziemi są ulice, bliżej już tylko umarli, niedobry wiatr wpycha w ziemię krzyk i wyrywa dzwonom serca (tekst pochodzi z piosenki zespołu Variété).
W Berlinie odwiedzam grób Leistikowa, przez przypadek, z którego myśli mi się zrobić zwyczaj. Walter, Walter, to miasto nad rzeką, to miasto, co na Twój pogrzeb przysłało wieniec z szarfą, to miasto co napisało na szarfie Dem großen Künstler – die Vaterstadt Bromberg, to miasto to też trochę moje miasto, mi też by je napisali na grobie, i tak przy okazji, Walter, czy to nie piękne, die Vaterstadt, ten przebłysk wręcz hanzeatycki, ten przebłysk ojczyzny miejskiej, Walter, Walter, wiem, że ty malowałeś głównie naturę, nie miasta, ale czy to nie piękne, choć trochę, Walter.
I choć jestem tu, bo chciałam skosić sobie drogę przez cmentarz, zapominając, że to tu właśnie leżysz, Walter, to już będę pamiętać. I ja postaram się wrócić, i postaram się przynieść świeczkę czy kwiat jakiś, Walter, wiesz, Walter.
INTERMEZZO FRAGMENTARYCZNE
Zapadł mi w pamięć wyraz twarzy takiego jednego człowieka z dostępnych na internecie surówek do Lanzmanna opus magnum. W Chełmnie nad Nerem. Taki krzepki niski staruszek, wyjęty niczym z tej polskiej comedii dell’arte, taki swojski Arlecchino na emeryturze, z zawadiackim spojrzeniem w ostro ściętej twarzy, zmarszczkami wręcz nie przebrużdżonej, a udekorowanej.
Pada ku niemu to pytanie, jakie właściwie każdy pytający zadaje, zdaje się, oczekując już konkretnej odpowiedzi. Mianowicie — czy gdyby to Polacy, to też by jak ,,owieczki” szli, szli do gazu…?
,,No ja uważam, że by na pewno [Polacy] nie pozwolili sobie tego zrobić. Trudno i darmo, bo wiedzieli co ich czeka. (…) Polacy są jednego zdania, proszę panią. Polacy są trudno, albo zwyciężą, nie zwyciężą — idą. (…) Dlatego że go i tak, go czeka śmierć, i tak. A Żydkowie byli tacy… możi, ,a no może’, ,a no może’. Polacy nie czekają ,a no może’.”
Wszyscy starsi panowie w kadrze zaciągają się kopcącymi papierosami. Ludzie, których można by podejrzewać o rodowód z tych strof Norwidowskich, że Ty mnie do pieśni pokornej nie wołaj, Bo ta już we mnie bez głosu, A jeśli milczę, nie przeto mnie połaj, Kwiatków, Ty, nie chciej od kłosu… Bo ja z przeklętych jestem tego świata (…).
Lecz plączemy się w tym, plączemy — jak to powiedział zgrabnie Edelman. Marek. ,,W zasadzie najważniejsze jest życie, a jak już jest życie, to najważniejsza jest wolność, a potem oddaje się życie za wolność. Wtedy już nie wiadomo, co jest najważniejsze.”
Kojarzy mi się to z tym, co czasem artykułowane jest w różnej maści wspomnieniach łagierniczych. Jest Zofii dziś, więc powołajmy się na Zofię. Posmysz. ,,Spytał, czy mam nadzieję, że stąd wyjdę. Zawahałam się. Wtedy padł krótki komentarz: To dobrze. Pamiętam, że to mnie zaskoczyło. (…) Potem, gdy już rozpamiętywałam każdą naszą wymianę zdań, musiałam mu przyznać rację. Bo powiedział, że tu, w obozie, najszybciej wykańczają się ci, którzy żyją nadzieją, że wojna niebawem się skończy, którzy myślą, że świat postawi Hitlerowi ultimatum, że alianci zbombardują garnizon SS. Ponieważ kiedy to się nie staje, załamują się.”
Trochę może pokrętnie, ale żeby przetrwać, trzeba wyzbyć się nadziei.
Czy pielęgnujący pamięć o okrucieństwach nie są trochę jak te pieski angielskie, Turnspity? Przez pewien okres tak ważne, tak niezbędne, że nie myślano nawet o formalnym ich opisaniu, tak wielka była ich powszechność. A gdy pojawiła się innowacja, gdy zdecydowano, że tej czynności już nie potrzeba, są inne metody, mono-rasa tego Küchenhunda wymarła, pozostawiając za sobą z dwa okazy wypchane i nieliczne przedstawienia na marginesach ówcześnie szkicowanych scenek rodzajowych.

W ,,Szoah’’ (1985), wokół gdzieś trzeciej godziny i czterdziestu pięciu minut, Reżyser rozmawia z Polakiem. Polak opisuje, czym się Żydzi niegdyś zamieszkujący to miasteczko zajmowali, jak wyglądali. Wtem, dodaje ,,jeszcze do tego dobrze śmierdziały”. Reżyser słychać, że obruszony. Dlaczego śmierdzieli ci Żydzi?
,,Od tych skór”. To grabarze wszak byli, mówił dopiero co.
Czy takiej odpowiedzi spodziewaliście się, drodzy widzowie, czy zgoła innej, zgoła nienawistniejszej, ignoranckiej? Czy, drodzy widzowie, by posunąć się do mowy ulicy, ,,łyso wam”? Kwiatkowskiego Grzegorza wiersz “leśnik Danz”:
podczas wojny układaliśmy ciała jak drewno
ale już po wojnie układaliśmy w lesie drzewo
jak świeżo ścięte ciała
INTERMEZZO KOŃCZY SIĘ
W berlińskim Lichterfelde, na małym placyku wokół budyneczku dworcowego, łamaną moją niemczyzną zamówiłam affogato, i zasiadłam z nim na tymże placyku, w promieniach niemieckiego słońca. Z dwa, trzy może, tygodnie później, w wynajętym mieszkaniu, z kawy pyszniącej się nazwą ,,belgijskich pralinek”, majstruję sobie erzac, i idę z nim oglądać wspomniany już opus magnum Lanzmannowski. Ileż z tego można by wycisnąć. Lichterfelde, jasne, mówimy, że coś jest jasne, gdy jest zrozumiałe, obnażone przed umysłem, obdarte z niewiedzy i niepewności. Jasne, jasne, jasne jest, z czym ten dworzec mi się niechybnie skojarzy, ten wielki komunista pociąg, w bydlęcym wagonie każdy jest równy, danse macabre na miarę industrializacji. Ta kawa, te belgijskie pralinki, belgijska czekolada, czarna czekolada, czarny kontynent, czarne sumienie. Jasne jak jutrzenka, jasne jak bezsilność hełmy oenzetowców, stojących obok czerni dymu spadającego samolotu, to Belgowie właśnie w tej kolonii, to Belgów prawo właśnie. Jasny placyk, jasna sprawa, jasna przyszłość relacji oprawco-ofiarnych, jasna jak biel tych wszystkich welonów, tych wszystkich pieluszek, wszystkich kartek i grobowców nie zapisanych, żyć nie przeżytych. Słodycz pralin, pralinek, słodycz mówienia ,,zadośćuczyniwszy”, słodycz posoki na maczetach, słodycz zapomnianego przez świat wyzysku, słodycz konsensusu zapomnienia, ciemny kontynent, czarny ląd, w ciemności, w mrokach, w mrokach dziejów, mrokach pamięci. Tam natura, rosną kwiaty, słońce parzy przyjemnie… tu nagranie, erzac, odbicie. Mężczyzna spod czterdziestki z Grenztrupy skanował wihajstrem kody z dokumentów, chłopaczyna wyglądający na dwudziestkę (dlaczego Ci polscy pogranicznicy mi się zawsze tacy młodziutcy trafiają) oglądał dokładnie dokumenty, obracał i czytał, szkiełko i oko, majn drogi Herr, po co nam wasze technologie, wasz Lux von Westen. I nadszedł świt nieznany, drżący, Na nowy dzień mnie wołał w śnie tym, I obudziłem się krzyczący, Przebity światłem jak sztyletem (Wierzyński).
Potrząsam kalejdoskopem.
Kuriozalny brąz szklistych wstawek quasi-drewna w średniego sortu wagonie przejazdu koleją regionalną. Wiatr dmie z otwartych okien, partyzancka taka klimatyzacja rzucająca czasem nami pasażerami o ściany. Nie pozwala nam zapomnieć o podróży, rozpłynąć się w czasie i przestrzeni, ten średniego sortu wagon przejazdu koleją regio, nie pozwala ni na chwilę. Wracam do tej podróży myślami, do tych dwóch godzin zapachu impregnowanego felernie drewna (czort wie skąd się biorącego) i czucia drgania puszki wagonu z każdym mankamentem szyny.
Spijając ze strony słowa, a wraz z nimi słodką jak brakująca w tej pokracznej analogii śmietanka, już wiedziałam, że najbliższym pobytem w Berlinie zahaczę o pozostałości po Franziskanerkloster, w jakim by one nie były stanie. Tam to pochowani zostali dwaj polegli brandenburscy hrabiowie, Hohenlohe i Utenhofen, po przegranej XV-wiecznej bitwie na Krzemskiej Grobli (Kremmen). ,,Nagrobek Hohenlohego jeszcze w 1823 r. opisywał Heidemann,” w przypisie informuje Rymar, autor tejże książeczki zatytułowanej ,,Wojny i spory pomorsko-brandenburskie w XV-XVI wieku.” Tym właśnie była zgubna dla naszych dwóch hrabiów bitwa na Krzemskiej Grobli, sporem pomorsko-brandenburskim.
Pomyślałam więc, oto miejsce, gdzie przez lata, wieki całe brandenburczycy pielgrzymowali wspominać swoich zmarłych pod pomorskim orężem, orężem rodu gryfitów. Rymar twierdzi, że ,,bitwa utrwaliła się w pamięci pokoleń po stronie brandenburskiej, w kronikach (…), także w opowieściach ludowych i poezji.” Natomiast, ,,w pomorskiej tradycji o tej bitwie brak pamięci.”

Zobaczyć te ,,w północnej ścianie, w wysokim chórze, [zachowane] ich epitafia.” Te epitafia, o których w pomorskiej tradycji “brak pamięci”, epitafia ku bitwie, którą w tej glinianej tabliczce pamięci mocniej odcisnął ból przegranej niż świadomość zwycięstwa. Zwycięstwo było oczekiwane? Nie powodowało zmiany statusu wcześniejszego? Oczywiście, że zwyciężyliśmy, przechodzimy nad tym do porządku dziennego, jedynie ci, dla których zwyciężanie jest czymś niezwykłym, co znaczy tyle co rzadkim, poświęcają takim sprawom pamięć? Pielgrzymujecie, brandenburczycy, do swoich hrabiów, nasze rody rycerskie zbyt zajęte są dniem swym codziennym, by pielgrzymować do miejsca zwycięstwa? Rymar jednak sprowadza mnie na ziemię, jaka to rola porządnej roboty historycznej: bitwa ,,zlała się inną, z czasów Barnima III, i na tamtą przeniesiona w wiek XIV.”
Zlewa się też w mojej pamięci sylwetka klasztornych pozostałości ceglanych, z innymi im podobnymi czerwono-ceglanymi ruinami. Choć wyróżnia ją soczystość zieleni jaką jest obramowana, gałęzie bliskich drzew wyciągają liście w popołudniowym słońcu. Docieram tam bowiem po całym dniu wędrówki. Liczyłam, że przysiądę, i spędzę miłą chwilę oddając się nacjonalistycznym popędom każdej ludzkiej duszy, w bezpiecznej skali średniowiecznych walk Marchii. Co mi grozi chwila bezmyślnej adoracji w dumie narodu, który nie istnieje, a zresztą nigdy jako naród nie istniał, gdyż ta idea dopiero później na europejskiej ziemi zakiełkowała.
Mój pomysł spalił jednak na panewce, na dokładniej na płociku wokół ruin, który według tablicy tuż obok powinien być otwarty, a nie jest. Pani Ewa skwituje to później znaczącym uśmiechem, “oczywiście, że był zamknięty”. Wychylam się więc za płocik jak mogę, wpatrując w ustawione o jedną ze ścian płyty nagrobków, próbując w tej do połowy rozwiniętej jaskółce coś dokładniejszego dostrzec. To odwieczny spisek brandenburczyków, mamroczę, uważając, aby nie skaleczyć się o pręty płociku, rozwijające się swymi czarnymi prętami niczym pączkujące kwiaty. W tych murach, w tej przestrzeni rozbrzmiewały niegdyś święte hymny. Teraz (w teraz tamtego momentu) robi to mój sentyment anty-brandenburski, cokolwiek by to miało znaczyć.
Święte hymny… Ach, deus, domine patri, deus… Deus, deus, deus meus — kosmateus.
W jednej z Ringelblumowych baniek po mleku przechował się wiersz Szlengela pt. “Obrachunek z Bogiem”. Poeta getta pyta w nim Pana Ludu Księgi:
Czy jeszcze czekasz bym
Pojutrze jak testament
Pod pruski idąc gaz
Powiedział jeszcze ,,Amen”?
Napomina biblista Römer, w ,,L’Invention de Dieu”, że drugie z przykazań Dekalogu wiąże się być może z popularnym ówcześnie zwyczajem korzystania z imion bóstw w trakcie magicznych rytuałów. Oderwanie się od Boga wtem, jako skończenie z czarami. Przykaz dekalogowy, ,,placing an interdict on the magical invocation of God” (w tłum. Geussa). W czarach nie można już było czerpać siły z inowokowania boskiego imienia — od teraz boskie imię było jedynie do wymawiania w błagalnych modłach. Już nie ma czarowników, już nie ma kapłanek, wyroczni (wyroczni w myśl wyroczni delfickiej, prorokinie były, jak Ḥuldā, która to przepowiada zniszczenie Jeruzalem. Choć do wyboru do koloru proroków, to wieść o nieuchronnej zagładzie spłynęła w Piśmie z ust kobiety… 2 Krl 22: 15 – a ona rzekła do nich: “Tak mówi Pan, Bóg Izraela: Powiedzcie mężowi, który posłał was do Mnie: 16 Tak mówi Pan: Oto sprowadzam zagładę na to miejsce i na jego mieszkańców..,”.
Oto jest tajemnica wiary. Nie sprasziwaj i nie bojsja.
Pozostaje jedynie rzeczywistość. Bezlitosna jak wszystkie rzeczy martwe.
(Zbitkę ,,nie gowori, nie wieri, nie sprasziwaj i nie bojsja” Leon Łoś w swoich wspomnieniach przywołuje jako radziecki aforyzm łagierniczy. Tłumaczony jest jako: nie gadaj, nie wierz, nie pytaj i nie bój się.)
*
Jasno wszędzie, gwarno wszędzie, gdy przechadzam się Schönower Park (część nazywana Heinrich-Laehr-Park)^.
Jest to park pozbawiony wszelkiego blichtru, wszelkiej pretensji wobec bycia. Wydeptane ścieżki wśród układającego się zrozumiale drzewostanu — nie drzewne esy floresy, a bardziej drzewne litery rzymskie. Grupki młodych ludzi przesiadujących tym świetnym niemieckim (berlińskim?) zwyczajem siedzenia w parku wprost na trawie, na pledzie jakimś czy bluzie. Ławek naliczyłam mało, z dwie, obie w graffiti wyrażającym solidarność z sprawą palestyńską. Nad mizernym oczkiem wodnym przy jednej z tych ławek dopada mnie myśl, że takiego rozdźwięku między tym, co przeczytać da się na ławkach czy rynnach, a w oficjalnych komunikatach rządowych, to w tym kraju (mieście?) trudno byłoby wręcz jasno zilustrować.
Clue całego tego parku, dla mnie przynajmniej, jest doktor Laehr właśnie. Tak to ten psychiatra, w wydanej w 1875 ,,Die Heil- und Pflegeanstalten für Psychisch-Kranke in Deutschland, der Schweiz und den benachbarten deutschen Ländern”, opisywał pracującą na terenie późniejszego parku klinikę: ,,Schweizerhof (bei Berlin). Privat-Asyl zur Heilung Nerven- und Gemüthskranker weiblichen Geschlechts, selbständig. Director Geb. Sanitätsrath Dr. H. Laehr, 2. Arzt Dr. Schroeter. (…) Seit 1853 als Neubau eröffnet hat sich die Anstalt im Laufe der Jahre erweitert und entwickelt. In den ersten 2 Jahren auch von männlichen Kranken benutzt ist sie seitdem nur für weibliche bestimmt und dadurch eine Vervollkommnung des Pflegepersonals und eine freiere Bewegung der Kranken erreicht. (…) Die Gesammtzahl der heizbaren Zimmer beträgt 195. (…) Ueber die Anstalt ist Nichts veröffentlicht.”

Po samej klinice nie pozostało bodajże nic, poza paroma budynkami o zmienionej diametralnie funkcji. Po Dr Laehrze natomiast został prywatny cmentarz rodzinny. I tak to człowiek okazał się trwalszy od instytucji, jego kości mocniej zespolone z ziemią, niż fundamenty wybudowanych przezeń budynków. Prywatny rodzinny cmentarz, parcela otoczona płotem, a tam Gottlieba Elstera monumentalen Grabdenkmals, z rzeźbionymi kobietami pilnującymi miejsca spoczynku tego, który za życia poświęcił się ich leczeniu. Tak przynajmniej myślę, że można odczytywać pomnik. Robota życia dobrego doktora, zakuta w kamień na pamięć pokoleniom. Wracając do tego płotu, wieńcząca go brama okazuje się być zamknięta. Płot mocny, płot sind nach den ,,„Zerstörungen des Zweiten Weltkriegs“ (wie es immer so schön unklar heißt) ab 1950 erneuert beziehungsweise neu geschaffen worden und sind entsprechend schlicht gehalten” (https://bildhauerei-in-berlin.de/bildwerk/), płot, który może i bym jakoś się podjęła przekonać do pozwolenia mi zobaczenia z bliska grobu, tyle że tego dnia akurat w spódnicy jestem. I choć jednak spódnice nadają się, jak dowiedziałam się z reportażu o Biesłanie, na improwizowane bandaże, to do forsowania płotów jednak raczej lepiej włożyć portki. Zadowalam się więc obejściem wokół parceli, wystraszeniem wiewiórki przy plecach głównej postaci kobiecej przebiegającej.
*
Scenka rodzajowa z studiów, której nie mogłam się powstrzymać przed włączeniem: czytam na przerwie, gdy podchodzi L. ,,Co czytasz?” brzmi niewinnie i szczerze w jej ustach, nim zdążę coś powiedzieć, dodaje ,,Fantastykę jakąś?”
L. lubi bardzo wszelkiej maści fantastykę, jak i sf, wiem to z naszych wcześniejszych rozmów. Ja też lubię te gatunki, lecz ostatnio ich jakoś nie czytam. Odwracam z lekkim grymasem książkę okładką w jej stronę, i wiem po zmieszanym ,,Och” gdy po zamieszczonym na okładce zdjęciu, czy może znajomości tytułu, że tym co czytam są wspomnienia z obozów sowieckich Czapskiego.
,,Um, oj, czyli nie fantastykę, no tak,” plącze się, ta dziewczyna, której nigdy nie widziałam z niczym jak z powieścią, i która narzekała mi niedawno, że w teatrze ostatnio zbyt wiele sztuki politycznej jest (‘‘zaangażowanej, masz na myśli?”, “może, chodzi mi o to, że dlaczego wszystko ma mieć jakieś przesłanie, nie może po prostu być przyjemne?”). Uświadomię sobie to później, bo w tamtym momencie niefortunnym zwyczajem zbyt na poważnie przyjęłam przypadkową wiązankę pojęć.
“Wiesz, jakby się tak zastanowić,” powiedziałam, nie bacząc na to, że z każdym słowem widziałam w jej oczach, że ją ,tracę’. Mówiłam to już dla siebie, myślałam głośno, z konwersacji zrobiłam krok na marginesy, ,,to coś w tym jest, że wspomnienia z sowieckich łagrów mają rys takiej literatury fantastycznej. Łoś jak opisuje swoje pierwsze widziane krajobrazy w Kazachstanie, to jakby co najmniej na Marsie nagle go wysadzili na etap… Kilka takich opisów Syberii, Kołymy, tych tam rejonów czytałam, już dokładnie nie pamiętam, że bez problemu dałoby się je wstawić do czegoś o księżycu, podmienić z akapitem czy dwoma ,Na Srebrnym Globie’. Coś w tym jest, ten motyw, ,Nieludzka Ziemia’, ‘Inny świat’… Chodzi o sposób bycia, GUŁag, ale w tym aspekcie krajobrazowym też coś jest… Jakby fantastyka, tylko nie…”
Otrząsnęłam się wtedy, i machnąwszy ręką zapytałam, o jej lekturę, i stamtąd wkroczyłyśmy na znane nam grunty, obie chyba równie wdzięczne za koniec mojego wynaturzenia. (Myślę, że może niektóre znajomości, koleżeństwa, są tak ,,od czegoś”, operują w pewnych ramach. I na przykład to koleżeństwo było od spraw studenckich, powieści i koncertów. Nie umniejsza to go, nie myślę. Po prostu takie rozważania nie miały tam miejsca.)

*
Pierwszym miejscem, dokąd udałam się po przybyciu do Berlina, był sklepik wciśnięty w róg dworca, za ruchomymi schodami. Poszukiwałyśmy tam zapałek. Na katastrofę, wyjaśniła Pani Ewa, z czym wiąże się dłuższy wątek, ale nie tu jego miejsce. Wspominam o tym, aby wytłumaczyć, dlaczego po powrocie do mieszkania przegrzebałam szufladę biurka w poszukiwaniu pudełka zapałek, które mogłabym przysiąc, że tam ongiś posiałam. Przykryte w połowie zepsutym cyrklem, w połowie pod gumką w połowie startą, znajduje pudełeczko z zapałkami. Człowiek kulturalny nie upija się, informuje mnie barwna ścianka. Takich opakowań z zapałkami się już, rozumie się, nie robi. Jedna ścianka boczna pozwala zapalić zapałkę, dla sprawdzenia faktycznej przydatności (pali się pięknie), a druga dowiedzieć, że to ,,reprodukcja etykiety zapałczanej ze zbiorów Muzeum Filumenistycznego w Bystrzycy Kłodzkiej”. Nie było mnie tam nigdy; pudełeczko zapałczane przywiozła mi, jako prezent, droga M., gdy bawiła z rodzicami w tamtych stronach kilka lat temu.
Zabrzmi to trochę jak blef, lecz prawdopodobnie to właśnie jest ważne. To, czyli więzi z innymi, te kable telekomunikacyjne które nawzajem przerzucamy do siebie nad przepaścią egzystencji. Na czas katastrofy… gdy nie będzie już ścian ni gruntu pod nogami, oprzeć się będziemy w stanie jedynie na sobie wzajem. Więzi, więzi, ten cytat z Prachetta, o tym, że potrzebujemy czasem wszyscy, ,,to be bounced around by the Brownian motion of society, which is a mechanism by which human beings constantly remind one another that they are…well…human beings.” Więzi, więzi, które z autos tworzą demos. Z pokoju dziennego, o którym z taką wrażliwą pogardą pisze Helms (m.in. w “Die Ideologie der anonymen Gesellschaft”, co znam we fragmentach przetłumaczonych niedawno i pomieszczonych w “Praktyce Teoretycznej”), tworzą tę wypolerowaną ostrzem idealizacji niczym jedną z rzeźb Brancusiego Arendtowską Agorę. Więc więzi, więc Zusammenhang.
Razem jest jednak raźniej. Razem jest wręcz bosko.
^Serdeczne podziękowania dla pani Eli Kargol za zwrócenie mi uwagi na to miejsce.
