Tekst ze strony stowarzyszenia Städtepartner Stettin e.V. na FB / vom Fanpage des Vereins Städtepartner Stettin e.V.
In Berlin und in Stettin / W Berlinie i Szczecinie
Vor 115 Jahren ist Konstanty Ildefons Gałczyński geboren, ein bekannter polnischer Dichter, der seine lyrischen Spuren sowohl in Berlin als auch in Stettin hinterlassen hat. Der Dichter arbeitete von 1931 bis 1933 als Kulturattaché bei der polnischen Botschaft in Berlin.
Er besichtigte Museen, unternahm viele Reisen und entdeckte für sich ein kleines Kabarett, nah am Potsdamer Platz.
“Die Katakombe” war ein politisch-literarisches Kabarett in Berlin, das von 1929 bis 1935 bestand.
Inge Bartsch, junge Schauspielerin und Sängerin, eine hübsche junge Frau mit roten Haaren, sang Tucholsky’s Texte: „du bist so stolz und fern, und hast mich doch so gern…”
Gałczyński war so beeindruckt, dass er über sie ein Gedicht verfasste, über sie und auch über den sich rasch entwickelnden Faschismus in Deutschland zu der Zeit.
Meine damals 15-jährige Tochter Helena nahm vor sieben Jahren an einem Projekt “Poesie verbindet” teil, wo sie das Gedicht rezitierte, durch Inge Bartsch’s Berlin schlenderte und in die 30er Jahre des letzten Jahrhunderts abtauchte.
Nach Stettin kam Gałczyński im Frühjahr 1948. Ihn beeindruckten die Magnolien, die gerade blühten, das neue Haus in Pogodno mit großem Garten und Veranda, auch die Straßenbahn, die vorbeifuhr, der Wind, der von der Oder wehte und… damals auch das neue Polen. Er schrieb:
Tutaj mój port, tu słońce mam na czole
i dom i sad i kota – nie do wiary!
Natalia na werandzie Kira w szkole.
A babci wchodzą sny pod okulary…
Hier ist mein Hafen, hier strahlt die Sonne auf meinen Stirn.
Und Haus und Garten und Katze – nicht zu Glauben!
Natalia auf der Veranda, Kira in der Schule
und Großmutter kriechen die Träume unter die Brillen.
Bevor er Szczecin nach einem Herzinfarkt verlassen hat, gründete er den Club der 13 Musen, der bis heute existiert.
In diesem Club wird jedes Jahr Gałczynskis Geburtstag gefeiert. Diesmal ist es der 115.
***
115 lat temu urodził się Konstanty Ildefons Gałczyński, poeta berliński i szczeciński.
W obu miastach nie zabawił zbyt dlugo, ale na tyle wystarczająco, żeby zostawić liryczne ślady. Berlińskim śladem oprócz słynnego „Balu u Salomona“ jest z całą pewnością „Inge Bartsch“ wiersz, nie tylko o pięknej Indze, której głosem i urodą poeta się zachwycił, ale też o rosnącym w Niemczech faszyzmie.
Inge Bartsch nie jest postacią wymyśloną, istniała naprawdę, była aktorką, piosenkarką. Poeta trafił pewnego dnia w Berlinie przy Placu Poczdamskim do kabaretu Katakombe. Na afiszu widniały dwa nazwiska: Kurt Tucholsky i Inge Bartsch. Inge o płomiennych włosach i drobnej sylwetce śpiewała niskim głosem „du bist so stolz und fern, und hast mich doch so gern…” Kabaret, który zapewniał, że jest apolityczny, takim nie był. Nie trzeba było długo czekać. W 1935 na wyraźny rozkaz Goebelsa kabaret zamknięto, a Wernera Fincka, jednego z założycieli aresztowano.
Gałczyński był już wtedy w Wilnie.
Potem była wojna, mobilizacja i cudem uniknięta śmierć w Kozielsku, obóz jeniecki w Niemczech, Kraków i w roku 1948 Szczecin.
Do Szczecina przyjechał wiosną w porze kwitnięcia magnolii. Zachwycony ukwieconymi drzewami, krzewami, wiatrem od Odry, domem na Pogodnie, i nową Polską, a nawet tramwajem „jedynką“, chciał tu pozostać na dłużej. Z żoną, córką i teściową.
Tutaj mój port, tu słońce mam na czole
i dom i sad i kota – nie do wiary!
Natalia na werandzie Kira w szkole.
A babci wchodzą sny pod okulary
Nad klombem ptaka cień przefrunął modry.
Grzmi w rękopisie moim epopeja.
Dobrze mi tu. I wieje wiatr od Odry,
odurzający i zwycięski jak nadzieja.
W Szczecinie powstał Klub 13 Muz, którego poeta, jak legenda głosi był założycielem. Klub działa do dzisiaj.
Urodziny Gałczyńskiego obchodzi się w klubie co roku. W tym roku Salon Artystyczny Seniorów „13 Muz” przygotował interpretacje wierszy poety. Panie recytowały, tańczyły, Zielona Gęś gęgała, szczecinianie bili brawo. Całości dopełnił pokaz filmu „Adresy Konstantego”, według pomysłu i scenariusza Marka Brzezińskiego, a… Konstanty, gdyby żył, może łagodniej spojrzałby na „Bożą krówkę” i nie dziwił się, że zimą jest ich coraz więcej.
Nasz autor Mieczysław Węglewicz spędził dzień 115 urodzin Gałczyńskiego w leśniczówce Pranie – zob. TU
Mieszkam w Berlinie. Po śmierci taty, gdy w domu w Poznaniu została tylko mama, zaczęłam częściej podróżować na trasie Berlin – Poznań.
Szukałam różnych rozwiązań dla tych wojaży. Miało być tanio i przyjemnie. A ponieważ nie prowadzę i nie posiadam samochodu, musiały być to środki transportu publicznego.
Zaczęło się od polskiego busa, który bardzo szybko zmienił barwy, firmę i cenę. Próbowałam jeździć ze znajomymi do Zbąszynka, a potem wsiadałam w pociąg regio.
W końcu dość było mi tych trudów podróży, niewygody, ciasnoty i wróciłam do szybkiego i dość wygodnego połączenia kolejowego ICE, co nie znaczy, że jeżdżę pociągiem.
Podróżuję WARSEM.
I są to moje najbardziej wypoczynkowe trzy godziny, które spędzam przy kawiarniano-restauracyjnym stoliku, rano przy śniadaniu, w południe przy kotlecie, wieczorem przy sałatce lub smażonym camembercie. Do tego zawsze cappuccino lub piwo.
Spotykam różnych ludzi, dosiadających się do mojego stolika, lub odwrotnie, siedzących w pobliżu, interesujących lub mniej, ciekawskich, skrytych, rozgadanych i milczków, prawicowych, lewicowych, symetrystów, obojętnych, nieokreślonych, takich, których niewiele obchodzi, po której jestem stronie i jaką religię wyznaję i takich, którzy się oburzają, gdy czytam Wyborczą.
Wars to moje miejsce wytchnienia, wypoczynku, ograniczone czasem i przestrzenią, gdzie nie mogę wyjść, kiedy mi się chce, nie mogę się spieszyć, bo Wars dołączony do pociagu śpieszy się po swojemu. Bardzo lubię te trzy godziny na trasie Berlin – Poznań – Berlin, których nikt mi nie zakłóca, zabiera. Ten czas jest mój.
Pan Jan przysiadł się do mojego stolika, gdy wracałam z Poznania do Berlina. Chwiał się, gdy szedł i szukał wolnego miejsca. Wszyscy odwracali od niego wzrok. Mnie po prostu zaskoczył. Siedziałam zaczytana,delektując się piwem. Zabrałam plecak z krzesła naprzeciwko i wskazałam ręką wolne miejsce.
Dopiero później spojrzałam na twarz, na postać i trochę pożałowałam swojej decyzji.
No, ale stało się.
Pan Jan okazał się Janem z Polski B albo C, a może jednak z A, bo kto nam daje prawo do takiego podziału?
“Z Białegostoku jadę już od rana, swoje już wypiłem (mówił o dniu, w którym jechał i pił). 60 kilometrów od Łukaszenki mieszkam”. Na pytanie warsowicza z innego stolika o Puszczę Białowieską stwierdził, że Szyszko nie żyje, różni ludzie różnie mówią, a jego żona zawsze mówi, “spójrz na siebie, a potem innych krytykuj”.
Ale zaraz potem powiedział, że ten “kaczyniak” różne rzeczy wyczynia, eee pani. “Ja myślę, że Leppera powiesili, a papież to był gość, on z komuną walczył i nie miał czasu ani głowy, żeby walczyć z pedałami”.
Ktoś go poprawił, że z pedofilami. “No, no, z tymi profilami.”
“A pani to chyba studia skończyła?”
To było do mnie. “A dlaczego pan tak sądzi? No bo pani coś czyta, no ale widzę, że piwo pije, no to zagadam.” I wtedy nastąpił cytat z, jak twierdził, Kochanowskiego: “Lipko, ojczyzna moja”. I chyba dopiero wtedy zwróciłam świadomie na niego uwagę. Może niepotrzebnie poprawiłam, że może o Mickiewicza mu chodzi i o Litwę. Nie, jemu chodziło o lipę Kochanowskiego. Lipę ma na podwórku, pod nią ławkę – huśtawkę, a więc wszystko się zgadza. Siada pod nią często, z żoną albo sam.
Żonę wziął sierotę, bufetową była, a on w straży pożarnej. Ksiądz w rodzinie to brat jego ojca. “Był cały czas u koryta, a teraz stary i żona musi się stryjem opiekować.” Dzieci ma troje, nie ksiądz tylko Jan. Jeden syn w Australii robi i jest “praco – alkoholikiem”, a synowej ciągle mało. Druga synowa dobra, do rany przyłóż i szczera do bólu. Nie lubi, gdy Jan za dużo wypije.
Jan zamówił schabowego i 200 gram. Kelnerka myślała, że kotlet ma ważyć 200 gram. I mu na to, że kotlety są normowane i są małe odstępstwa. Ani ona (ona taka mimoza), ani on nic nie rozumieją, niby po polsku, a jednak dwa różne języki. Wtrącam się i tłumaczę, że ten pan chce dwie setki, a mimoza na to, czyli 200 mililitrów wódki?
Tak. Ja dostaję prawie zaraz camemberta i następne piwo, Jan dopiero po chwili dwusetkę. Na kotleta czeka. Wreszcie zagaduje mimozę, że on ma cztery prosiaki i dałby rady je zakatrupić, wypatroszyć oporządzić, a żona upiekłaby przez ten czas sto kotletów. Ale mimoza nie rozumie. W końcu kotlet pojawia się na stoliku. Stoliki w Warsie upiększone są takimi serwetkami, które sa śliskie i ciągle zjeżdżają z tych stolików. Utrapienie wszystkich klientów Warsu. Niektórzy ściągają je od razu, a inni poprawiają cały czas. Pan Jan poprawiał, wygładzał i próbował równo ułożyć.
Przez całą podróż.
Mamy duże opóźnienie. Jan jedzie do Kolonii. Biletu nie ma, kupuje u niemieckiej konduktorki. Pomagam mu, wspólnie szukamy jego BahnCard. Wysypuje wszystko z kieszeni. Pieniądze, dokumenty wypadają na stolik, na podłogę. Wszyscy zbieramy, ja próbuję odliczyć 55 Euro na bilet. Jan daje konduktorce 60 Euro, całuje szarmancko w rękę i mówi: “rest nicht brauchen”.
Jan w tym swoim “zamuleniu” (sam tak o sobie mówi) jest cały czas sobą, według mojej oceny dobrym, prawym i szczęśliwym człowiekiem.
Konduktorka wyjaśnia mi połączenie z Berlina do Kolonii i nawet sama prosi, że trzeba mu pomóc, bo ma tylko kilka minut czasu na przesiadkę. Inni warsowicze też oferują pomoc.
Pan Jan pracuje w podfirmie jakiejś chyba jeszcze podfirmy gdzieś pod Kolonią.
Szef Turek dobry chłop, poklepie po plecach, ale do roboty goni. Jan pracuje w rzeźni. Wózki z mięsem pcha (Tunel Magdy Parys mi się przypomniał). I jeden z takich wózków ostatnio na niego wjechał i go przygniótł. Rozpiął koszulę i pokazał obitą klatkę piersiową.
W następny dzień ma termin u lekarza, teraz jest na zwolnieniu.
Wysiadamy w Berlinie, jeszcze raz wszystko gubi. Zbieramy, wkładamy mu do kieszeni, zamykamy zamki.
Czekam z nim te kilka minut na pociąg do Köln.
Mam nadzieję, że dojechał.
“Szczęściu trzeba pomóc, jeśli los nie jest łaskawy.”
To jego słowa, może znowu go kiedyś spotkam w Warsie przy “setce i serwetce”.
“Podróże Warsem są pełne smaku”, jak zapewnia ich slogan, “smaku na życie, szczęście, chwilę zapomnienia, wytchnienia i radości.”
Poznań to moje miasto, które często ostatnio zaniedbuję na korzyść Szczecina.
Wszystkie święta spędzam jednak tutaj, w Poznaniu, w moim domu rodzinnym, z prawie 90-letnią mamą i resztą rodziny. Główny obowiązek przygotowania świąt spada właśnie na mnie. Sporo już zrobiłam, nie kupilam jeszcze kapusty kiszonej. Po tę kapustę wybrałam się tramwajem aż na Rynek Jeżycki.
Wysiadłam na Moście Teatralnym i ruszyłam pieszo ulicą Jana Henryka Dąbrowskiego w kierunku rynku.
Mam tam swoje stoisko, swoją panią, tata też u niej zawsze kupował.
Na rynku jest wszystko: mydło i powidło, i kiszona kapusta, a po drodze tyle historii, której w przedświątecznej gonitwie nie potrafię ominąć.
Teatr Nowy. Jeśli zdążę, wybiorę się tu zaraz po świętach.
Ale moją uwagę oprócz repertuaru teatru zwraca hydrant opatulony patriotycznie.
Podchodzę bliżej i czytam, że to z okazji 101 rocznicy wybuchu Powstania Wielkopolskiego. Ciepło mi się robi na duszy i sercu.
Mój dziadek Ludwik nie poszedł do powstania. Jako Wielkopolanin wcielony został do armii pruskiej, walczył pod Verdun, odznaczony żelaznym krzyżem trafił do niewoli francuskiej i z Hallerem i jego Błękitną Armią wrócił do Polski.
Zaś jego brat Andrzej w chwili wybuchu I wojny światowej miał 13 lub 14 lat, Wielkiej Wojny udało mu się uniknąć, ale nic i nikt go nie powstrzymał, żeby nie pójść do powstania. Zginął pod Gnieznem w roku 1919. Został pochowany na jednym z gnieźnieńskich cmentarzy. Grobem opiekował się dziadek Hallerczyk chyba do początków lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Grobu już nie ma i nie znalazłam go na żadnej liście Powstańców Wielkopolskich.
Idę dalej Dąbrowskiego, a tam pomnik Trzech Tramwajarek, odsłonięty niedawno na skwerze nazwanym ich imieniem. Na skwerze ławeczka, na ławeczce niczym ze sztuki Aleksandra Gelmana dwoje przeciętnych staruszków, sorry ludzi w moim wieku, z tobołami, którzy cieszą się ciepłem grudniowego słońca. Podchodzę do pomnika – instalacji, robię zdjęcia, a ponieważ skwer jest mały, a na nim tylko ja i oni, więc zagaduję, że ciepło, jak na tę porę roku.
“A pani wie kto to, te tramwajarki? może jakiś wypadek tu był?”, pyta pani z ławeczki. Odpowiadam, że tyle wiem, że to bohaterki czerwca 1956 roku.
Towarzysz tej pani zwraca się do mnie: “Pani ma komórkę, pani poczyta w internecie”. Ale zaraz dodaje, że one tu zginęły razem z Romkiem Strzałkowskim, którego imieniem ulica jest przecznicę dalej.
“Na Kochanowskiego była ubecja. Wstyd się przyznać, ale mój wuja tam pracował. W latach 70, kiedyś u niego byłem, na Kochanowskiego, a tam na podłodze krew. Pytam się co to, a on, że pomidorowa się rozlała. Pani, tam się działy złe rzeczy. Ale jak mi mandat chcieli wlepić, to nazwisko wuja się przydawało.”
Szukam w internecie o tramwajarkach i czytam głośno:
Helena Przybyłek, Stanisława Sobańska i Maria Kapturska, bohaterki Poznańskiego Czerwca ’56 zostały nowymi patronkami skweru u zbiegu ulic: Kochanowskiego i Dąbrowskiego. Uchwałę w sprawie nadania nazwy Trzech Tramwajarek przyjęli poznańscy radni.
Trzy tramwajarki po wstrzymaniu ruchu tramwajowego stanęły na czele manifestacji, która szła pod gmach Wojewódzkiego Urzędu do Spraw Bezpieczeństwa przy ul. Kochanowskiego. Liczyły, że władza nie użyje przemocy wobec kobiet.
Helena Przybyłek została postrzelona w nogi, gdy z okien urzędu padły strzały. Kobieta została przewieziona do szpitala, gdzie funkcjonariusze SB wielokrotnie ją przesłuchiwali. W ciągu trzech kolejnych lat przeszła szereg operacji, w tym także amputację jednej z nóg.
Z kolei Stanisława Sobańska, niegroźne ranna podczas ulicznych starć, została aresztowana, a następnie brutalnie pobita. Obrażenia wymagały kilku operacji.
Maria Kapturska została aresztowana 1 lipca 1956 roku. Podczas wielokrotnych przesłuchań została brutalnie pobita. W więzieniu zaczęła chorować i po zwolnieniu nie była w stanie pracować; otrzymała pierwszą grupę inwalidzką.
Kobiety przez swoją postawę stały się jednym z symboli robotniczego zrywu. Wśród poznaniaków panowało przekonanie, że powinny zostać uhonorowane w szczególny sposób.
Na pomniku brakuje daty, powiedziałam panu z ławeczki, że napiszę, gdzie trzeba. Romka Strzalkowskiego wszyscy w Poznaniu znają, a tramwajarki niekoniecznie są znane. Data dużo by pomogła. Pan z ławeczki jest wzruszony, podaje mi rękę, życzymy sobie zdrowych świąt. Nie bardzo wie, co mógłby powiedzieć na do widzenia, więc mówi: “no to się pogadało”, ale w tych słowach jest dużo więcej, jest świąteczna radość.
Mijam kino Rialto, kino przedwojenne o różnych nazwach, począwszy od Adrii, poprzez Kammer Lichtspiele w czasie wojny, Jedność zaraz po wojnie i od 1946 roku aż do teraz – Rialto.
Jest już późno, obawiam się, że mogę nie zdążyć kupić kapusty.
Widzę już w oddali stragany. Podchodzę do pierwszego z jemiołą. Pytam, czy mogę zrobić zdjęcie. Kobieta siedząca na straganie odpowiada: “Niech pani robi, jemioła taka śliczna”.
Ja na to, że pod jemiołą to kochankowie się całują. “Oj, pani, żeby pani wiedziała, mąż mi się oświadczył pod jemiołą ”
Pytam, czy miłość dotąd trwa? Ona ze łzami w oczach opowiada, że miłość trwała 25 lat, bo potem mąż zmarł na raka. Jakby żył, obchodziliby w grudniu 40 rocznicę ślubu. Opowiadam o sobie, a ona o synach, wnuczkach, pokazuje zdjęcia. Życzymy sobie zdrowych świąt, ona odrywa gałązkę jemioły i podaje mi na pożegnanie. Szukam mojego stoiska z kapustą, niestety nie znajduję, albo przyszłam za późno, albo już po prostu go nie ma.
Rynek Jeżycki z bogatą historią został założony jako Jersitzer Markt przy drodze na Berlin. Ta okolica pamięta jeszcze czasy, gdy wojska napoleońskie z generałem Janem Henrykiem Dąbrowskim wkroczyły do Poznania, wtedy nazywała się Szosą Berlińską, w 1900 roku przemianowano ja na Wielką Berlińską. W czasie II Wojny Światowej nazwano ją Saarlandstraße, później Karinstrasse. Po wojnie próbowano wrócić do nazwy kierunkowej. Oczywiście nie mógł to być Berlin, a stała się nim Skwierzyna. Ulica Skwierzyńska nie przyjęła się wśród poznaniaków, nazywano ją znowu przedwojennie, ulicą Dąbrowskiego.
Po wojnie postać generała Dąbrowskiego, twórcy legionów we Włoszech nie pasowała ówczesnemu ustrojowi. Włodarze miasta sprytnie zmienili nazwę na… Dąbrowskiego, ale Jarosława, z innym życiorysem, lecz dla poznaniaków stała się znowu ulicą Dąbrowskiego. I tak jest do dziś z tym, że Jarosław ponownie stał się Janem Henrykiem. Do tej pory można podziwiać świetność tej okolicy, z secesyjnymi kamienicami takich znamienitych poznańskich architektow, jak Paul Pitt czy Oskar Hoffmann.
Na Rynku Jeżyckim połowa straganów jest już zamknięta. Można kupić jeszcze ciuchy, nowe i przechodzone, chemię z Niemiec, mięso, jemiołę i choinki.
Wracam do domu bez kapusty, z gałązką jemioly, w bardzo świątecznym nastroju.
To bardzo naciągane, wiem, ale proszę – oto powód, dla którego dzisiejszy wpis, kolejny na drodze Olgi Tokarczuk po nagrodę Nobla, może, skoro został opublikowany w poniedziałek, który jak wiadomo jest dniem Baratarii, zostać zakwalifikowany jako przyczynek baratarystyczny:
Ba, przyczynek na temat całkowicie nieznany. Widzicie to, co ja, prawda? Erich Kästner erzählt Till Eulenspiegel, Münchhausen, Don Quichotte, Die Schildbürger, Gullivers Reisen.
Erich Kästner opowiada Dyla Sowizdrzała, Barona Münchhausena, Don Kichota, Podróże Guliwera i Opowieści kołtuńskie.
Don Kichot opowiedziany przez autora Ani czy Mani, Latającej klasy, Emila i detektywów. A w tej opowieści jest być może również Barataria. A ja? A ja nie znam tej książki, zobaczyłam ją przed chwilą na zdjęciu Eli i nie mam wyjścia, jest godzina 23, niczego już nie dogonię, nie przeczytam, oddaję głos autorce.
Ela Kargol
W poszukiwaniu książek Olgi Tokarczuk
Może nie mam wszystkich, ale mam kilka. Rozrzucone po mieszkaniu, raczej na półkach z książkami, a książki w półki składane są u mnie bez żadnego systemu. Tylko Jakubowe… mam przy łóżku, wydanie uzupełnione mężowym zdobnictwem, ale przez to jedyne w swoim rodzaju, w środku trochę suszonych kwiatów. Szafa, której nie mogę znaleźć, była pierwszą książką, która mnie zachwyciła. Szukanie Szafy przyniosło jednak inne korzyści, takie jak znalezienie dwóch zagubionych książek z biblioteki i odnalezienie ważnej książki o Szczecinie, którą już pożegnałam, myśląc, że zaniosłam ją z innymi książkami na jarmark świąteczny.
Te inne znajdowałam w różnych książkowych miejscach. Opowiadania bizarne między krzyżem z Lednicy od ojca Góry, na książce Marii Czubaszek i Cmentarzach Slaskiej i Rembasa. E.E. oraz Dom dzienny, dom nocny obok muszli, starej komórki, pudełka z Zakopanego, papieża i między książkami, które na zdjęciu widać. Bieguni leżą na Niezwykłych kobietach w dziejach, o innych nie wspomnę, ale zobaczyć można. Prowadź swój pług przez kości umarłych przeczytałam dopiero po filmie i odłożyłam tam, gdzie było miejsce, między baśnie, tak jakbym wiedziała, gdzie mam odłożyć. Szafy w dalszym ciągu nie mogę znaleźć, ale wiem, że jest. Zacznę chyba szukać w szafach.
Pani książki są u mnie wszędzie, co może świadczyć o bałaganie, ale nie musi. Są czasem w bardzo dziwnym sąsiedztwie. Sfotografowałam je tak jak znalazłam i tak już zostaną.
Wszędzie.
PS 1. Moi drodzy, jednak zdążyłam sprawdzić. Kästner opowiada znane książki raz jeszcze, tak by były zrozumiałe dla dzieci. W opowieści o Don Kichocie NIE MA Baratarii!
PS 2. Tak się złożyło, że stworzył się na blogu Tydzień Nagrody Nobla dla Olgi Tokarczuk – 8 grudnia opublikowałam już post Arkadiusza Łuby – 9 grudnia wpis Eli Kargol – 10 grudnia ukaże się wpis składankowy różnych autorów – 11 grudnia – następny tekst Arkadiusza Łuby (tym razem komentarz do wykładu noblowskiego – TU) – 12 grudnia – wpis Marka Włodarczaka (inspiracje z lektury książek Noblistki i… mandat: TU)
Od kilku miesięcy publikujemy z Asią (Joanna Trümner) na blogu u Ewy (Ewa Maria Slaska) teksty o murze. Zamiarem naszym było obejście lub objechanie rowerem całego berlińskiego muru i przedstawienie jego historii, odcinek po odcinku. Już na początku naszego przedsięwzięcia objawiły się trudności. Mimo map i aplikacji borykałyśmy się często ze znalezieniem drogi wzdłuż muru. Mur bardzo szybko znikał z powierzchni miasta, połączono ulice i dzielnice, a na terenie pasu granicznego zaczęły powstawać nowe budynki. Miasto scalało się na nowo i nie chciało już pamiętać muru hańby. Zaczęłyśmy pisać inaczej, bardziej osobiście przypominać sobie mur i jego poszczególne części. Mnie samej wydawało się, że nie mam prawie żadnych związanych z Murem wspomnień, a okazało się, że jest inaczej.
Z albumu Beci
Teraz po 30 latach od upadku muru jest mi on bliższy, bo przecież wtedy, gdy jeszcze stał, nie dość, że dzielił miasto, to jeszcze je otaczał, czyniąc z niego wyspę wolności, ale również twardych praw kapitalizmu.
Gdy przyjechaliśmy z rodziną do Berlina w 1984 roku, mur stał już 23 lata, a dopiero 5 lat później miał runąć.
Z perspektywy czasu i historii 28 lat, to niewiele, a jednak dużo. To jedna generacja, która wyrosła i wychowała się w tym samym mieście, ale w dwóch różnych systemach politycznych, społecznych, kulturowych. Tęsknota za czymś lepszym funkcjonowała, poza małymi wyjątkami, w jedną stronę, czyli na Zachód. Oprócz marzeń o wolności i demokracji były to zwykłe paczki z lepszą kawą i czekoladą dla rodziny w tzw. zonie albo filmy aqua, które dostarczaliśmy naszemu przyjacielowi i artyście po wschodniej stronie. A on u siebie w mieszkaniu organizował nielegalne wystawy, koncerty i marzył o otwarciu granic. Gdy mur upadł, przyjaźń się skończyła, a Arno był jednym z wielu, któremu upadek Muru wcale nie wyszedł na dobre i który po dzień dzisiejszy wychwala tamte czasy.
Na cmentarzu francuskim przy Liesenstrasse, cmentarzu w tamtych czasach podzielonym murem, niedaleko grobu Theodora Fontane jest grób Petera Hacksa, znanego niemieckiego dramatopisarza z czasów byłej NRD, który dość przewrotnie wychwalał Mur Berliński:
Wer kann die Pyramiden überstrahlen? Den Kreml, Sanssouci, Versailles, den Tower? Von allen Schlössern, Burgen, Kathedralen Der Erdenwunder schönstes war die Mauer.
Mit ihren schmucken Türmen, festen Toren. Ich glaub, ich hab mein Herz an sie verloren.
Kto przyćmi piękno piramid? Kremla, Sanssouci, Versailles, Tower? Ze wszystkich zamków, pałaców i katedr najpiękniejszym cudem świata był mur.
Ze smukłymi wieżami, mocnymi bramami, myślę, że moje serce dla niego straciłem.
Dla mnie mur był zawsze częścią miasta, które wybrałam. Miasta na tyle dużego, że mur go nie ograniczał. Nie należę do osób podróżujących dużo po świecie. Interesuje mnie bardziej ten świat, który jest na wyciągnięcie ręki i Berlin zawsze zaspokajał moje potrzeby, bo były tu przecież góry, lasy, rzeki, jeziora, była historia, była plaża nad Wannsee, był Kudamm i dzielnice willowe, były fragmenty spokojne i te inne, kolorowe, gdzie zawsze coś się działo. Nasze pierwsze mieszkanie było na Winterfeldplatz w jednym z zajętych domów, teraz o nich się mówi squaty, później na Thomasstraße, z toaletą na półpiętrze, z piecem kaflowym bez ciągu, a potem na Neuköllnie blisko muru.
Z albumu Maryli
Gdy przyjechałam z Polski było już po sierpniu 1980 roku, o czym przypomniała mi ostatnio Ewa (Ewa Maria Slaska) na spotkaniu zokazji 30 rocznicy upadku muru, a György Dalos, węgierski pisarz i opozycjonista opowiadając o punktach ksero, do których w odróżnieniu od praktyk w demoludach, tu na zachodzie był wolny dostęp. Tą opowieścią Dalos przypomniał mi naszą własną historię, gdy skorzystalismy z takiego punktu w Berlinie Zachodnim, fabrykując tzw. zaproszenie, bez którego na początku lat 80 nie można było wyjechać z Polski na Zachód.
Po przyjeździe do Berlina nie opuściłam tego miasta przeszło dwa lata. Nie pamiętam, kiedy pierwszy raz pojechałam do Polski. Wiem, że krótko przed upadkiem muru pojechałam do Poznania na pierwsze częściowo wolne wybory.
Tamtej nocy nie udałam się jak prawie wszyscy pod Bramę Brandenburską, zostałam w domu śledząc wypadki ważnej dla miasta i całej Europy historii w TV. Dopiero w niedzielę po otwarciu Muru znalazłam się pod słynną berlińską bramą. I to są chyba jedyne zdjęcia, które zrobiłam murowi, choć okazji przez 5 lat życia za murem, przed murem i z murem miałam wiele.
Mało kto wie, że najdłuższym fragmentem muru, dzielącym Berlin Zachodni od Berlina Wschodniego, zachowanym w całości po dzień dzisiejszy, jest ponad stuletni mur z żółtej cegły klinkierowej przy ulicy Gartenstraße, wzmacniający groblę kolejową dawnej Kolei Szczecińskiej, a teraz Parku na Dworcu Północnym. Wysoki na trzy metry nasyp kolejowy, z całą jego infrastrukturą powstał w 1876 roku w wyniku rozwoju i rozbudowy Kolei Szczecińskiej.
Park otwarto 10 lat temu i na każdym kroku napotykamy jego historię, ślady Kolei Szczecińskiej, Muru Berlińskiego i lat po upadku muru, kiedy roślinność miała czas i wolny wybór, żeby zawładnąć tą wtedy jeszcze ziemią niczyją.
Po II Wojnie Światowej Berlin stracił swoje znaczenie dużej metropolii kolejowej. Budynki dworcowe zostały zniszczone, a połączenia kolejowe po nowym wyznaczeniu granic stały się nieużyteczne.
Stettiner Bahnhof (Dworzec Szczeciński) przestał być Szczecińskim, nie było już Stettina, Szczecin znalazł się w granicach Polski i przestał być portem Berlina.
1 grudnia 1950 roku dworzec otrzymał nową nazwę, Dworzec Północny. Z powodu wojennych zniszczeń, ale też i swego położenia w Berlinie Wschodnim i przede wszystkim dlatego że jedyne połączenie stacji z resztą sieci kolejowej prowadziło na krótkim odcinku przez Berlin Zachodni, dworzec zamknięto, a trzy lata później postanowiono go zburzyć. Prace rozbiórkowe trwały do roku 1962. Wtedy stał już Mur Berliński i cały teren dworca znalazł się w pasie granicznym.
Centrum Informacyjne Miejsca Pamięci Muru Berlińskiego mieści się na rogu ulicy Gartenstraße i Bernauerstraße, a więc w miejscu, gdzie Mur Berliński pod kątem 90 stopni skręcał na północny zachód i rysując prawie kwadrat przebiegał wzdłuż Liesenstraße, przecinał Chausseestraße i Szprewę, po czym wracał do Invalidenstraße.
Oferta centrum informacyjnego jest bardzo bogata. Proponowane jest przede wszystkim oprowadzanie po Bernauerstraße, wystawy, wykłady, szczególnie teraz w 30 rocznicę upadku muru wydarzeń jest bardzo dużo. Widokówek z Dworcem Szczecińskim lub murem przy Gartenstraße jednak nie ma. Trochę rozczarowana wychodzę z budynku.
Stoję zwrócona do muru z żółtej cegły, który „dzięcioły” zostawiły w spokoju, graficiarze nie do końca i pstrykam fotki. Na przystanku autobusowym stoi starsza pani. Myślę, że jest trochę starsza ode mnie, okazuje się starsza więcej niż trochę. Pytam, czy pamięta jeszcze ten dworzec. Mówi, że doskonale pamięta. To tu żegnała swojego ojca, który odjeżdżał na front wschodni do Königsbergu. Mieszka niedaleko, na Osiedlu Ernsta Reutera, które powinnam znać, ale nie znam, doczytuję później w internecie. Osiedle zostało uroczyście otwarte w 1954 roku przez Theodora Heussa, który na tym osiedlu też ma swoją ulicę. Osiedle było przewodnim projektem Berlina Zachodniego, położone blisko granicy z sektorem radzieckim i oferowało mieszkania socjalne robotnikom zachodnim i uciekinierom z sektoru wschodniego. Miało być odpowiedzią na socrealistyczną zabudowę powojenną Alei Stalina (dzisiejszej Alei Karola Marksa). Pani z przystanku opowiada dalej o bliskości muru, o nie dających spać, szczekających psach na granicy, o strzałach, które słyszała.
Przyjechał autobus. Pani wsiadła, ja nie zdążyłam zapytać ją o numer telefonu, ani dać swojego. Nie wiem, czy jej ojciec wrócił z frontu wschodniego, a jeżeli, czy też na Dworzec Szczeciński?
Już nie jestem rozczarowana brakiem kartki z dworcem.
Przypomniała mi się też inna historia związana z tym miejscem. Ostatnio podczas spaceru z przewodnikiem po terenie byłego Dworca Szczecińskiego podeszła do mnie kobieta, której, matka uciekając po II Wojnie Światowej z okolic Szczecina, wysiadła po kilkudniowej podróży właśnie na Dworcu Szczecińskim.
Nie zawsze wycieczka z przewodnikiem, nawet jeśli ciekawa, musi być ciekawsza od rozmowy z przypadkowym przechodniem, który może okazać się prawdziwą kopalnią wiedzy, tej osobistej. Pani z przystanku pamiętała też tzw. Tunel Szczeciński, który łączył po wybudowaniu nasypu Kolei Szczecińskiej Gartenstraße z Schwartzkopffstraße. Już w roku 1952 władze NRD nakazały zamurowanie tunelu, następne ściany i przegrody powstały w roku 1961. Nad tunelem znajdował się pas śmierci i stąd rozchodziło się po osiedlu po zachodniej stronie ujadanie psów.
Zamurowne i to kilka razy zostało też wejście do S-Bahnu od strony Gartenstraße, a podziemny Dworzec, już wtedy, Północny stał się tzw. „dworcem widmo”. Pociągi przestały zatrzymywać się na stacji, przejeżdżały wolno, uzbrojeni enerdowscy wartownicy stali na straży opuszczonych i zamurowanych przystanków.
Po upadku muru, stację otwarto 1 września 1990, niedługo później została znowu zamknięta, tym razem nie z powodów politycznych, lecz technicznych – konieczny był remont, który przeprowadzono pod nadzorem konserwatora zabytków i 1 marca 1992 stację ponownie otwarto.
Na półpiętrze budynku znajduje się warta zobaczenia wystawa o dworcach granicznych i „dworcach widmo” w podzielonym Berlinie i próbach ucieczek przy wykorzystaniu tuneli kolei podmiejskiej i metra.
Po wyjściu z dworca kolejki miejskiej na Elisabeth-Schwarzhaupt-Platz zwraca się natychmiast uwagę na wysokie budynki, należące do Kolei Niemieckiej, a dopiero po chwili dają się zauważyć wpuszczone między płyty chodnikowe szyny kolejowe, mnóstwo szyn, a na poprzecznych belkach nazwy miast, do których odjeżdżały pociągi z Dworca Szczecińskiego.
Idąc dalej Gartenstraße w kierunku Invalidenstraße mijam kilka śladów pamięci, przypominających próby ucieczek na drugą stronę. Miejsca oznaczone numerami, datą, często niepełnym nazwiskiem (czasem go w ogóle brak) przypominają o absurdalnym podziale miasta.
Gartenstraße, czyli ulica Ogrodowa, zawdzięcza swą nazwę rodzinom ogrodników, sprowadzonych w XVIII wieku z Saksonii, których zadaniem było zamienić tę piaszczystą nieurodzajną ziemię w sady i ogrody. Do dziś do ulicy przylega dużo terenów zielonych.
Gartenstraße to nie tylko mur i kolej Szczecińska, to przekrój historyczny miasta od XVIII wieku po czasy dzisiejsze.
Jesień w moim ogrodzie cała w aksamitkach,
w złocie miłorzębu,
i purpurach wina
nasturcją podszyta
i więdnącą dalią,
ogórecznikiem, który nie rozumie
przesunięcia czasu
i następstw pór roku.
Zwabia pszczoły i trzmiele.
Kwitnieje, młodnieje.
Nad śmiercią słonecznika nikt już nie rozpacza.
Pod nim dynia brzemienna czeka rozwiązania,
W melancholię bluszczu liść klonu się wplątał.
Przy nim chrzan się rozpycha,
pomidor zmaliniał i naprasza się bardzo,
choć muśnięcia ręką.
Róże jak malowane
w okiennicach chatki
nie umieją przekwitnąć
kolcem nie ukłują,
nie zapachną
nie opadną,
a takie są piękne jak z obrazka.
Lawenda wystroiła się w srebrną suknię,
nawłoć posiwiała,
wypiękniała,
kocimiętka koty sprasza,
a jeż pod magnolią szykuje się do snu.
Jesień ciągnie słońce za włosy
i ziemi przybliża,
a ono, choćby chciało, już jej nie ogrzeje.
No cóż – temat aż się sam prosił. Od wielu tygodniu Ela Kargol i Joanna Trümner (i ja jako adminka) publikujemy tu co pewien czas opowieści o Murze Berlińskim. Od ponad roku berliński TIP też publikował kolejne odcinki serialu pod tytułem Grenzgänge – Wanderungen auf dem Berliner Mauerweg. Teraz TIP i ZITTY zebrały te opowieści, uzupełniły wywiadami i wydały jako książkę. Może my też tak zrobimy. Bo to na pewno nie są – nigdy nie są – ani te same opowieści, ani takie same.
Ela Kargol
Mur, Niederkirchnerstraße
W Berlinie są dwie ulice Niederkirchner. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że jedna, ta bardziej znana, dzieląca dwie dzielnice, dwa sektory, dwa systemy polityczne, przy której do dziś stoją resztki autentycznego, nieco już okaleczonego muru berlińskiego, od 1961 roku przestała fizycznie istnieć, bo znalazła się w pasie granicznym, tzw. pasie śmierci.
A ponieważ Käthe Niederkirchner, komunistka z przekonania i działania, zamordowana w Ravensbrück bardzo pasowała do obrazu dobrych Niemców z NRD, w 1974 roku przemianowano ulicę w Prenzlauer Berg z Lippehner Straße (od miasteczka w zachodniopomorskim Lipiany) na ulicę Käthe Niederkirchner.
Teraz są znowu dwie ulice.Ta pierwsza, na granicy dwóch dzielnic Kreuzbergu i Mitte jest bardziej zauważalna. Do roku 1951 nosiła jeszcze nazwę Prinz-Albrecht-Straße. A ponieważ ten adres, kojarzył się z faszystowskim terrorem (tu mieściła się główna kwatera Gestapo), zmieniono ją po wojnie, dając jej imię zagorzalej antyfaszystki, która w walce z nazizmem poświęciła swoje życie.
Przy Niederkirchnerstraße znajdowało się nie tylko Gestapo, ale też należące do niego więzienie, dowództwo SS, służba bezpieczeństwa SS, oraz główny Urząd Bezpieczeństwa Rzeszy. Tych budynków już nie ma, w odkopanych piwnicach jeszcze do 13 października można oglądać wystawę poświęconą Powstaniu Warszawskiemu. A MuzeumTopografii Terroru, otwarte w roku 2010, pokazuje bardzo dokładnie i precyzyjnie historię terroru III Rzeszy.
Może w 1951 roku jeszcze nikt nie przypuszczał, że w tym miejscu między sektorem amerykańskim i radzieckim będzie stał mur lub, używając retoryki z NRD, antyfaszystowski wał ochronny.
Przyjechaliśmy do Berlina w roku 1984. Mur dzielił miasto już ponad 20 lat i nic nie zapowiadało jego rychłego końca. Mur był zawsze i w owej chwili nie umiem sobie przypomnieć, żebyśmy poświęcali mu szczególną uwagę. Córkę odprawadzaliśmy do przedszkola przy Askanischer Platz, a więc niedaleko Niederkirchnerstraße, i nie pamiętam, żebyśmy podchodzili do muru i robili zdjęcia dla potomnych, a szkoda. Żyliśmy w tym mieście, otoczonym murem, jak na jakiejś wyspie, i dopiero teraz po 30 latach od jego upadku, zastanawiam się więcej nad jego fizycznym istnieniem i nad tamtą potrzebą szybkiego zapomnienia, wymazania z pamięci, tak że trudno jest mi trafić do miejsc, gdzie fizycznie istniał.
W roku 1985 odwiedził nas David spod Londynu. David był artystą malarzem, a Berlin Zachodni fascynował go szczególnie. Brał sztalugi i szedł w miasto, do Kościoła Pamięci (Gedächniskirche), do dworca Anhalckiego (Anhalterbahnhof), a w zasadzie do ruin, które z nich zostały i przypominają do dziś okrucieństwo wojny oraz do muru okalającego miasto, właśnie przy Niederkirchnerstraße. Była tam platforma widokowa, niejedna po zachodniej stronie muru, która mieszkańcom zachodniego sektora pozwalała spojrzeć na umocnienia graniczne Berlina Wschodniego. Wejście na taką platformę odbywało się na własną odpowiedzialność, a ponieważ różne opowieści krążyły o terrorze i możliwościach enerdowskiej straży granicznej, towarzyszyło mi przy tym zawsze lekkie uczucie strachu i dreszczyk emocji. David ze sztalugą, farbami, pędzlami spędzał na niej kilka godzin. Niestety nie mam zdjęć efektu jego pracy, ani przy pracy. David opowiadał, że był cały czas obserwowany i fotografowany. A więc kto wie, być może, gdzieś w archiwach Stasi zachowały się jeszcze raporty i zdjęcia. Niedawno dowiedziałam się o istnieniu wieży wartowniczej, jakby z drugiej strony pasa granicznego, położonej w kierunku Placu Poczdamskiego przy dzisiejszej Erna-Berger-Straße. Stamtąd rozpościerał się widok na budynki znajdujące się przy Niederkirchnerstraße.
Dzisiejszy budynek Parlamentu Berlina, dawny gmach Landtagu Prus był miejscem, gdzie toczyły się spory między dyktaturą a demokracją. Budynek otwarty dla wszystkich, który w pewnym miejscu na parterze posiada jeszcze podłogi z siedmiu epok politycznych, począwszy od czasów tzw. II Rzeszy przez Republikę Weimarską, czasy nazizmu, wojny, podziału Niemiec po dzień dzisiejszy. Gmach został odbudowany na rozkaz radzieckiej administracji wojskowej i w latach 1949-53 był siedzibą pierwszego rządu NRD, a w latach 80 – miejscem podsłuchu prowadzonego przez Ministerstwo Bezpieczeństwa Państwowego („Stasi”). Wejścia główne zamurowano potrójnymi murami, bo znajdowały się zbyt blisko zachodniej strony. Pracownicy wchodzili bocznymi drzwiami, poddając się licznym kontrolom.
David nie wiedział jaki budynek maluje, umieszczając go w drugim lub trzecim planie swojego obrazu.
Teraz przed głównym wejściem do gmachu można oglądać wystawę o upadku berlińskiego muru (Schön aber ist es, dass die Mauer Löcher bekommen hat), która jest jakby dalszą częścią poprzedniej wystawy o Pokojowej Rewolucji z 1989 roku (Von der Friedlichen Revolution zur deutschen Einheit).
Idąc dalej w kierunku Wilhelmstraße mijamy były gmach Reichsluftfahrtministerium (Ministerstwo Lotnictwa Rzeszy), na czele którego stał Hermann Göring. Po wojnie i powstaniu NRD ten monumentalny budynek skupiał w sobie wiele ministerstw, Niemiecką Komisję Gospodarczą, Państwową Komisję Planowania NRD, później został nazwany „Domem Ministerstw“ ( Haus der Ministerien), obecnie budowla nosi imię zamordowanego w roku 1991 Detleva Rohweddera, szefa Urzędu Powierniczego i mieści się tu Federalne Ministerstwo Finansów.
W latach 50 ubiegłego wieku w westybulu budynku, w miejsce obrazu przedstawiającego maszerujących żołnierzy Wehrmachtu zawisło socrealistyczne dzieło Maxa Lingnera, wykonane na zamówienie enerdowskiego rządu: „Budowa Republiki” (Aufbau der Republik). W roku 2000 jako przeciwstawieństwo obrazu „szczęśliwego państwa robotników i chłopów” artysta Wolfgang Rüppel, bazując na fotografii demonstrantów z 17 czerwca 1953 roku, stworzył niczym karykaturalne odbicie dzieła Lingnera tzw. fotoinstarsję, przedstawiającą demonstrantów, tym samym upamiętniając powstanie robotników w Berlinie Wschodnim.
W formie komiksu na ogrodzeniu Ministerstwa Finansów pokazana jest spektakularna ucieczka rodziny Holzapfel z dachu budynku na zachodnią stronę.
W roku 1988 w Martin-Gropius-Bau (budynek Gropiusa), już w zachodniej części miasta, dokładnie na przeciwko budynku Landtagu, odbywała się wystawa znanego, dla niektórych kontrowersyjnego niemieckiego artysty Josepha Beuysa. Wchodzilo się wtedy do muzeum od Stresemannstraße, bo główne wejście, od Niederkirchnerstraße znajdowało się zbyt blisko muru.
Budynek Królewskiego Muzeum Rzemiosła Artystycznego po zachodniej stronie muru, zniszczony mocno podczas wojny, który cudem uniknął wyburzenia, został pieczołowicie odrestaurowany w końcu lat 70 i ponownie w latach 90, już po upadku muru. Jest to miejsce, gdzie można oglądać wspaniałe i ważne wystawy. To tu odbywała się w roku 2011 wystawa “Obok. Polska – Niemcy. 1000 lat historii w sztuce”, której kuratorką była Anda Rottenberg.
Josepha Beuysa poznałam osobiście, krótko przed jego śmiercią i krótko po moim przyjeździe do Berlina. Był na pewno nieprzeciętnym artystą i charyzmatycznym człowiekiem. W czasie wojny studiowł w moim rodzinnym mieście na uczelni, którą skończyłam 40 lat później. Wtedy nosiła nazwę Reichsuniversität Posen.
W sztuce wykorzystywał materiały tak nietrwałe jak tłuszcz, filc, miód, oraz rzeczy codziennego użytku. Tworzył akcje, performace, był jednym z głównych członków artystycznego ruchu Fluxus, w którym sztuka wykraczała bardzo poza istniejące kanony.
W roku 1964 Beuys zaszokował wszystkich swoją ideą, postulatem, aby mur w Berlinie z powodów estetycznych i proporcjonalnych podnieść o pięć centymetrów. W zasadzie można powiedzieć, że żart artysty się spełnił, bo mury następnych generacji były wyższe i bardziej perfekcyjne. To właśnie taki mur typu 75 (Grenzmauer 75) stoi do dzisiaj przy Niederkirchnerstraße, otoczony z obydwu stron siatką, która ma chronić resztki tego betonu przed tzw. „dzięciołami”.
Po swojej wypowiedzi artysta musiał się tłumaczyć w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych. Dla niego mur był absurdem, który tylko fizycznie podzielił miasto i jego stan rzeczywisty nie był tak ważny, jak ważny był stan duchowy i mentalny tych, którzy mur stworzyli. „Nie należy tyle rozprawiać o murze, ale udowodnić przez samoudoskonalenie, wyższą moralność w ludziach, a wszystkie mury znikną.”
Dwa pierwsze etapy przyjmowania uchodźców w obozie były obowiązkowe. Po wstępnym badaniu przez lekarza oraz przesłuchaniu przez alianckie służby wywiadowcze, uchodźców kierowano do tzw. punktu sprawdzania zakresu kompetencji. Przesiedleńców i azylantów kierowano tutaj do innych, odpowiedzialnych za ich sprawy instytucji.
Czwartym etapem przyjmowania uchodźców była Służba Socjalna Senatu Berlina, gdzie uchodźcy otrzymywali bony stołówkowe i bilety na przejazd środkami komunikacji miejskiej. Służba pomagała również przy zakupie ubrań i innych niezbędnych przedmiotów oraz informowała o przysługujących uchodźcom świadczeniach socjalnych. Była też odpowiedzialna za wskazanie obozu, w którym mieli zamieszkać.
Piąta stacja w procedurze przyjmowania uchodźców to meldunek policyjny. Nie chodziło jednak o prosty meldunek, lecz o sprawdzenie w dostępnych (niekompletnych) księgach niekaralności danej osoby.
Szóstym etapem było tzw. „badanie wstępne” (Vorprüfung A) i dopiero tu można było w końcu złożyć wniosek o wystawienie pozwolenia na pobyt na terenie Republiki Federalnej oraz Berlina Zachodniego. Wniosek, który w latach 50 liczył kilka stron, z biegiem czasu został zredukowany do kilku punktów.
Nie miałem innego wyjścia, musiałem uciekać.
Po „badaniu wstępnym” następowało dokładniejsze badanie przez pracowników zachodnioniemieckiej służby wywiadowczej (Bundesverfassungsschutz i Bundesnachrichtendienst) tzw. Vorprüfung B. W przesłuchaniach uczestniczyli również pracownicy Ministerstwa ds. Stosunków Wewnątrzniemieckich (w latach 1949-1969 nosiło ono nazwę Ministerstwa Spraw Ogólnoniemieckich). Ta faza przyjmowania uchodźców służyła zbieraniu informacji o Niemieckiej Republice Demokratycznej oraz demaskowaniu potencjalnych szpiegów.
W ósmej stacji, tzw. Terminstelle, uciekinierzy otrzymywali informację, kiedy mają się stawić przed komisją orzekającą o przyjęciu lub odrzuceniu wniosku o przyznanie prawa pobytu na terenie RFN.
Następna, dziewiąta, stacja oznaczała ponowne badanie lekarskie, włącznie ze zrobieniem zdjęć rentgenowskich. W przypadku wykrycia gruźlicy, chorych przenoszono do szpitala, zawieszając na okres leczenia decyzję w sprawie ich przyjęcia przez Republikę Federalną.
Najważniejszą stacją po przesłuchaniu przez służby alianckie było przesłuchanie przez trzyosobową komisję, członków największych w tamtym czasie partii, reprezentowanych w parlamencie niemieckim czyli Bundestagu: CDU, SPD i FDP. Komisja analizowała wszystkie zebrane na temat uciekiniera informacje, włącznie z referencjami (o ile takie były). Po zapoznaniu się z dokumentami i intensywnym przesłuchaniu, członkowie komisji podejmowali decyzję o przyjęciu lub odrzuceniu wniosku.
W przypadku decyzji pozytywnej w kolejnym etapie przyjmowania uciekinierów (tzw. Ländereinweisung) zapadała decyzja, do którego kraju związkowego zostanie skierowany. Istniały tzw. kwoty przyjmowania uchodźców, kierujące się wielkością, liczbą mieszkańców i potencjałem gospodarczym kraju związkowego. W Berlinie Zachodnim mogły pozostać osoby, które mogły udokumentować miejsce pracy lub studiów albo powiązania rodzinne. Przy rozdzielaniu uciekających na poszczególne kraje związkowe starano się uwzględnić ich życzenia. Osoby, które zostały uznane za „przesiedleńców”, otrzymywały inny (lepszy niż osoby ubiegające się o azyl) rodzaj dofinansowania oraz rekompensaty za pozostawione dobra, a ich prawa do renty oraz świadectwa dotyczące wykształcenia poddane zostały dokładnej analizie i częściowo uznane. „Przesiedleńcy” docierali do przydzielonych im krajów związkowych RFN drogą powietrzną, ponieważ w przypadku wkroczenia na teren NRD groziło im więzienie.
Przerażające są dla mnie oficjalne liczby na temat przyjmowania pierwszych uciekinierów z NRD. W pierwszych latach istnienia obozu, do połowy lat pięćdziesiątych, prawie dwie trzecie wniosków o przyjęcie w Niemieckiej Republice Federalnej zostało odrzuconych. Dopiero tzw. „Cud Gospodarczy” (Wirtschaftswunder) w drugiej połowie lat 50 spowodował duże zapotrzebowanie na siłę roboczą i poluzował warunki przyjmowania uciekinierów. Od połowy lat 50 odrzucano już tylko jeden procent wniosków, a nowi obywatele RFN szybko integrowali się i jako wysoko wykwalifikowana siła robocza przyczynili się w znacznej mierze do gospodarczej odbudowy kraju.
Po budowie muru tłumy uciekinierów z NRD przestały masowo przybywać do Marienfelde. Nie oznacza to wcale, że obywatele NRD pogodzili się ze swoim losem. Do upadku muru w enerdowskich więzieniach znalazło się 87 tysięcy obywateli NRD, którzy w latach 1961-1989 podjęli próbę ucieczki na Zachód lub też byli w oczach ernerdowskiego reżimu osobami „niepewnymi” politycznie. Ludzie ci stali się w miarę czasu podmiotem handlu wymiennego: wymiany ludzi na towar. W zależności od tego, jakie deficyty wykazywał rynek NRD, za uciekinierów płacono produktami spożywczymi lub ropą naftową. Wykupywanie ludzi było formą pozyskiwania dewiz. Przez zachodnią granicę do NRD trafiły dobra wartości ponad 3 miliardów marek, co stanowiło “równowartość” prawie 34 tysięcy osób. Wśród nich większość stanowili ludzie, którzy nie chcieli żyć w reżimie, NRD dosyć chętnie dorzucała do „kontyngentów” więźniów politycznych kryminalistów, ludzi, których chętnie się pozbyła.
Znajomy, który miał odsiedzieć czteroletni wyrok za działalność na szkodę państwa enerdowskiego, a został wykupiony przez rząd RFN w roku 1977, odpowiadał mi o tym, jak go odtransportowano do Berlina: w jego dziesięcioosobowej grupie wysłanej z Berlina Wschodniego do Marienfelde było trzech kryminalistów i z dużą pewnością pracownik Stasi (służb bezpieczeństwa), przemycony na Zachód w celach służbowych. Wszystkie reżimy chętnie pozbywały się ludzi nie stanowiących zbyt wielkiej wartości, recydywiści przyjeżdali również w grupach zwolnionych internowanych z Polski. W ten sposób w takiej grupie znajdowali się zarówno ludzie, którzy chcieli za wszelką cenę opuścić swój kraj, jak i osoby, których kraj chętnie się pozbył. Przewodnik po obozie opowiada, że pani kanclerz Merkel chciała swego czasu wyjechać do Republiki Federalnej, a stamtąd do Stanów.
Wystawa w Marienfelde opowiada o wszelkich aspektach ucieczek, również o kwitnącym zawodzie „pomocnika w ucieczkach”. Do tej pory była to dla mnie niemiecka wersja Robin Hooda, który poświęca swoje życie dla wolności innych, jak ów wspomniany już znajomy, który zaraz po przyjeździe do Berlina założył Komitet Samopomocy byłych obywatyli NRD. Ta organizacja zajmowała się nie tylko pomocą osobom, które dopiero co przyjechały do obcego państwa, Komitet pośredniczył w kontaktach z ludźmi organizującymi ucieczki. Mimo lewicowych poglądów uczestniczył on i organizował wiele akcji przeciwko dyktaturze komunistycznej, w tym przeciwko stanowi wojennemu w Polsce. „Robin Hoodem” była również legenda Berlina Zachodniego, założyciel muzeum Checkpoint Charlie, dr Rainer Hildebrandt, Muzeum, które dzisiaj jest jedną z największych atrakcji turystycznych Berlina. Dom Hildebrandta w Nikolassee stał się przytułkiem dla ludzi prześladowanych, a założony przez niego Komitet przeciwko Nieludzkiemu Traktowaniu zbierał latami informacje o więźniach politycznych Bloku Wschodniego i pomagał ludziom w ucieczkach. Życiowe motto Hildebrandta, „nie robienie niczego jest morderstwem”, uczyniło z niego wroga numer 1 w NRD. Trzy razy władze tego państwa próbowały go porwać.
W Marienfelde dowiaduję się, że z biegiem czasu zawód „pomocnika w ucieczkach” stał się jedynie sposobem na zarabianie pieniędzy, pozbawionym jakiegokolwiek romantyzmu i ideałów biznesem. W latach 1964/65 ucieczki kosztowały od 3.000 do 7.000 marek zachodnich za osobę, w roku 1967 cena wzrosła do 15.000 marek. Wiele ucieczek kończyło się fiaskiem i wieloletnim pobytem w więzieniu zarówno dla uciekających jak i dla pomocników, im wyższe było ryzyko, tym wyższe były koszty ucieczki.
Wystawa porusza wiele aspektów ucieczek, nawet te najbardziej dramatyczne jak odgórnie narzucone adopcje dzieci, za które odpowiedzialność ponosiła Minister ds. Młodzieży Margot Honecker. (Nota bene pani minister nosiła tytuł doktor honoris causa Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu – tytuł otrzymała 18 stycznia 1974). Dla niej sprawa była jasna: „rodzice opuszczają swoje dzieci”. Pierwszą tego typu publicznie nagłośnioną sprawą była adopcja w rodzinie Grübel. Członkowie tej rodziny próbowali w sierpniu 1973 roku wraz z dwójką trzy- i czteroletnich dzieci uciec do Republiki Federalnej Niemiec. Zostali złapani i skazani na wieloletnie kary więzienia. Rodziców wykupiła Republika Federalna Niemiec, dzieci zostały w NRD i pod koniec 1975 roku zaadoptowało je enerdowskie małżeństwo. Dzieci i rodzice zobaczyli się po siedemnastu latach rozłąki. Historia tej rodziny kończy się happy endem, jednak w wielu przypadkach dzieci nigdy nie poznały swoich biologicznych rodziców.
Wiedzieliśmy, że nikomu nie możemy ufać i nie wolno nikomu “podpaść”. Dieter Dubrow, urodzony w roku 1930, uciekł z NRD w roku 1958.
Wychodząc z budynku obozu, myślę, nie po raz pierwszy, o tym, że mimo wszystkiego, co denerwowało mnie w Polsce Ludowej i co doprowadziło do decyzji o wyjeździe, życie tam było godniejsze od piekła NRD.
Jest piękne, niedzielne popołudnie, leniwe i pogodne. Czekam na Elę przed kompleksem budynków Obozu Uchodźców w Marienfelde. W jednej części byłego obozu znajduje się dzisiaj muzeum, druga służy dalej jako obóz dla uchodźców. Ludzi, których Republika Federalna przyjęła w ostatnich latach (po roku 2015 i znanym na całym świecie oświadczeniu kanclerz Angeli Merkel: „Damy radę”). W tym przejściowym obozie dla uciekinierów i azylantów z 10 krajów i 19 narodowości, prowadzonym przez organizację Internationaler Bund, przebywa obecnie 700 osób. Prawie połowę stanowią dzieci
do 14 roku życia.
Przyglądam się dzieciom grającym w piłkę na podwórku, w oknach suszą się na wietrze porozwieszane na sznurkach ubrania, na parapetach stoją dziecięce buty. Ten widok jest sielanką. Na pozór nie ma w niej miejsca na kłótnie o dostęp do kuchni, hałas, spory i nieporozumienia, które są regułą tam, gdzie zbyt wiele nieznanych sobie osób zmuszonych jest do mieszkania pod wspólnym dachem. Na pozór stoję przed idyllą. Może jest tu tak beztrosko, ponieważ to miejsce ma długą tradycję udzielania ludziom przejściowego schronienia?
Nigdy nie mieszkałam w obozie w Marienfelde, ale od pierwszego dnia pobytu w Berlinie słyszałam o nim wiele opowiadań. A może i legend? Była mowa o mieszkających tam miesiącami rodzinach, dzieciach, które tam spędziły pierwsze tygodnie życia oraz o przyjaźniach, które trwają do dzisiaj. Wiedziałam, że nieraz tygodniami trwały przesłuchania mieszkańców obozu przez amerykańskie, brytyjskie i francuskie służby wywiadowcze. Wszyscy znali sprawy pasażerów porwanych na lotnisko Tempelhof polskich samolotów, którzy kategorycznie odmawiali powrotu do kraju. O uchodźcach politycznych fali solidarnościowej z lat osiemdziesiątych, którzy bez narzekań znosili ciasnotę, brak prywatności i prowizoryczne warunki w obozie. O tych historiach, zarówno tych prawdziwych jak i tych zmyślonych lub dopowiedzianych, nie wspomina się ani słowem w oficjalnej historii Obozu Uciekinierów w Marienfelde.
Muzeum koncentruje się na ucieczkach ludzi z sektora wschodniego lub byłej NRD, którzy statystycznie stanowili wraz z tzw. przesiedleńcami (Aussiedler) z różnych państw Bloku Wschodniego, w tym też Polskiej Republiki Ludowej, 90% mieszkańców obozu. Uciekinierzy ze wschodniego sektora Niemiec zaczęli napływać do sektorów zachodnich wkrótce po zakończeniu wojny. W roku 1946 sektor zachodni liczył 44 miliony mieszkańców, a sowiecki 18 milionów. Pierwszy obóz dla uchodźców na terenie Berlina Zachodniego, tzw. Notaufnahmestelle, znajdował się w dzielnicy Charlottenburg, na Kuno-Fischer-Straße 8. Dzisiaj przypomina o nim pamiątkowa tablica. Wkrótce po jego założeniu stało się jasne, że miejsce to nie jest w stanie zapewnić warunków do przyjęcia rosnących z dnia na dzień tłumów uciekinierów z Berlina Wschodniego i sektora sowieckiego. Berlin-Marienfelde było ze względu na bliskość lotniska Tempelhof, połączenie S-Bahną i fakt, że dzielnica znajdowała się na terenie amerykańskiego sektor, idealnym miejscem do założenia obozu. Podstawę prawną stanowiła ustawa o przyjmowaniu uchodźców z 1950 r., która potwierdzała obowiązujące w sektorze brytyjskim i amerykańskim przepisy o przyjmowaniu osób z sowieckiej strefy okupacyjnej oraz NRD w „drodze wyjątku“, więc z powodów politycznych, w przypadkach, kiedy zagrożone było ich dobro i życie.
Obóz Uciekinierów w Berlinie-Marienfelde był w chwili otwarcia, w sierpniu 1953 r., prawdziwą sensacją architektoniczną na tamte czasy, kompleksem budynków zbudowanych zgodnie z panującą w latach pięćdziesiątych architekturą, spełniał on ponadto wszystkie wymagania służb informacyjnych USA, Wielkiej Brytanii i Francji. Pomieszczenia i ściany budynku były zabezpieczone przed podsłuchem, cały teren ogrodzony był siatką, ogrodzeniem z prętów i murem, co kilkanaście metrów na ogrodzeniu były zawieszone tablice informujące o zakazie fotografowania.
Po krwawym stłumieniu powstania z 17 czerwca 1953 roku na terenie wielu miast NRD fala uchodźców ze strefy sowieckiej dramatycznie wzrosła. W budynkach przeznaczonych dla 500 uchodźców znajdowało się na początku około 200 mieszkań. 20 września 1956 r. obóz oficjalnie przyjął milionowego uciekiniera. Do roku 1961 roku Marienfelde było ciągle rozbudowywane, w ostatecznej formie obóz składał się z dziesięciu dwupiętrowych budynków, w których oprócz pomieszczeń dla uciekinierów znajdowały się liczne instytucje, np. służby informacyjne USA, Wielkiej Brytanii i Francji, organizacje charytatywne lub też biura ds. socjalnych. W części gospodarczej znajdowała się m. in. kuchnia, która w była w stanie przygotować sześć tysięcy posiłków dziennie.
Nieustanne „przeludnienie” obozu prowadziło do tego, że wielu uciekinierów umieszczano w przejściowych obozach i schroniskach na terenie całego Berlina Zachodniego. W połowie lat 60 było ich około 90, największym z był czynny do 1961 r. ośrodek Czerwonego Krzyża (Volkmar/Colditzstraße), w którym miejsce mogło znaleźć do 4.000 osób.
Po postawieniu muru berlińskiego 13 sierpnia 1961 liczba uciekinierów zmniejszyła się dramatycznie, prawie do zera.
Dzisiaj na terenie obozu znajduje się muzeum ze stałą wystawą opowiadającą chronologicznie historie ucieczek w latach 1949-1989, latach w których około 4 miliony opuściło NRD, z czego milion 350 tysięcy przeszło przez obóz w Marienfelde. Wśród uciekinierów duże grupy stanowili ludzie z wyższym wykształceniem, głównie lekarze, prawnicy i nauczyciele. Byli jednak również chłopi.
Pierwsza część wystawy opowiada o represjach, jakie pociągała za sobą ucieczka z Państwa Robotników i Chłopów. „Zdrajcy socjalizmu” nazwani są z imienia i nazwiska, na plakatach lub artykułach w lokalnych gazetach figurują ich zdjęcia. Język tych publikacji naszpikowany jest propagandą: „ci, którzy nas zdradzili”, „jak złodziej w nocy”, „zdrada klasy robotniczej”. Imię, nazwisko i zdjęcie „zdrajcy” wisiało widocznym miejscu w byłym zakładzie pracy uciekiniera, na porozwieszanych na drzewach plakatach lub w miejscowych gazetach. Poprzez upublicznienie ucieczki piętnowało się nie tylko samego uciekiniera (w nielicznych przypadkach uciekinierki) lecz również jego rodzinę, państwa bloku wschodniego, w tym Niemiecka Republka Demokratyczna, wyznawały bowiem zasadę odpowiedzialność rodziny za wszystkie czyny jej członków.
Masowym ucieczkom z sektora wschodniego władze enerdowskie zapobiegały w pierwszych latach swojego istnienia poprzez akcje wysiedleńcze w ramach których eksmitowano „niepewne politycznie” osoby z okolic granicy wewnątrzniemieckiej w głąb kraju. Najbardziej znaną akcją jest „akcja robactwo” w maju i czerwcu 1952 r.
Republika Federalna Niemiecka nie przyjmowała uciekinierów z sektora wschodniego z otwartymi ramionami. Brakowało dla nich, podobnie zresztą jak dla obywateli RFN-u, zarówno mieszkań jak i miejsc pracy. Pobyt na „Złotym Zachodzie” w wielu przypadkach przemienił się w koszmar i doprowadził do tego, że około 600.000 osób zdecydowało się w pierwszych latach istnienia obozu (1953-1962) na powrót do NRD. Po powrocie stawali się oni natychmiast więźniami „obozów reedukacji socjalistycznej”. Połowa z nich została skazana na kary więzienia od dwóch do ośmiu lat. Zarówno oni jak i ci, którym udało się uniknąć kary wiezięnia i podjąć pracę, byli napiętnowani aż do końca trwania dyktatury SED. „Powracający” byli często werbowani przez enerdowską służbę wywiadowczą, szacuje się, że 1/5 z nich stała się nieoficjalnymi pracownikami Ministerstwa Spraw Wewnętrznych.
W drugiej części wystawy pokazana jest procedura przyjmowania i rejestrowania uchodźców. Pierwszą ze stacji, przez które musieli przejść uchodźcy, był punkt medyczny, dokładne badanie przez lekarza służyło gównie zapobieganiu epidemiom oraz chorobom, szczególnie gruźlicy.
Następnym, prawdopodobnie najważniejszym etapem tej procedury było przesłuchanie przez służby wywiadowcze Amerykanów, Brytyjczyków i Francuzów. Mimo dokładnych, trwających nieraz tygodniami, przesłuchań, nie udało się wyeliminować 10% agentów Stasi. Jednym z najbardziej znanych mieszkańców obozu był sekretarz Willy’ego Brandta, wschodnioniemiecki szpieg Günter Guillaume, którego wykrycie bezpośrednio spowodowało, że Brandt w 1974 roku podał się do dymisji. Na pewno nie zabrakło wśród przesłuchiwanych również polskich szpiegów. Przesłuchania mogły trwać godzinę lub tygodnie, polegały często na powtarzaniu w nieskończoność tych samych pytań. Przesłuchującymi byli pracownikami alianckich służb wywiadowczych, jak na zimną wojnę przystało, używali oni fałszywych nazwisk i zbierali nowe informacje lub też sprawdzali wiarygodność przesłuchiwanego przez konfrontowanie go z posiadanymi informacjami. Akta z tych przesłuchań w niewielkiej tylko części zostały przekazane władzom niemieckim, wraz z wycofaniem się wojsk alianckich zabrane zostały do Stanów, Wielkiej Brytanii i Francji. Po upublicznieniu dostarczą z pewnością materiału do niejednej fascynującej powieści szpiegowskiej lub filmu.