Hospicjum w Gdasku

Od Adminki: Porządkując papiery w jakiejś torbie, rzecz jasna, żeby uwolnić miejsce na kolejne papiery, znalazłam kilka maszynopisów z lat 90. Oprócz jednego własnego maszynopisu, reszty nigdy nie widziałam na oczy i nie wiem dlaczego były u mnie. Był tam na przykład bardzo zniszczony i niepodpisany (oczywiście) oryginał pracy maturalnej mojej siostrzenicy, która nigdy u mnie nie mieszkała na dłużej i… ach, dośpiewajcie sobie sami wszystkie pytania wynikające z tego dziwnego znaleziska. Nie umiem na nie odpowiedzieć. Tekst mojej siostry, który tu umieszczam, nie nastręcza przynajmniej takich problemów. Też go nigdy na oczy nie widziałam, ale jest podpisany. To tekst o mającym wówczas powstać nowym hospicjum. Stare już było, działało od roku 1984 jako pierwsza taka instytucja w Polsce, stworzona wysiłkiem i energią księdza Eugeniusza Dutkiewicza. Dziś, gdy inicjator już dawno odszedł, jego imię nosi ten nowy obiekt, ten o którym pisze autorka, że trzeba go zbudować.

Dziś wiele z zaleceń i wytycznych ruchu hospicyjnego, o których moja siostra pisze jak o niezwykłej nowości, stało się nieusuwalnym elementem dbałości społeczeństwa o godną śmierć. Ale wciąż jeszcze wiele jest do zrobienia.

Ten głos sprzed ponad trzydziesu lat nie jest anachronizmem, jest wciąż jeszcze przewodnikiem po życiu do śmierci.

Katarzyna Bogucka-Krenz

Wszystko zaczęło się wiele lat temu w jednym z londyńskich szpitali. Opiekując się nieuleczalnie chorym polskim
pacjentem, który był świadkiem i uczestnikiem tragedii warszawskiego getta, angielska pielęgniarka spędzała długie
godziny czuwania na rozmowach. Umierając z dala od kraju i w osamotnieniu, Dawid Taśma oddał wszystkie swoje oszczędności — 500 funtow — właśnie jej, angielskiej pielęgniarce, Cicely Saunders. “To pieniądze na okno takiego domu, w którym człowiek nie będzie musiał umierać samotnie.” Minęło potem aż 19 lat, podczas których Cicely Sauders ukonczyła studia medyczne i wszystkie siły poświęciła jednemu celowi — stworzeniu szpitala dla terminalnie chorych na raka. W 1967 roku w Londynie rozpoczęło swoją działalność Hospicjum Świętego Krzysztofa. Tamte słowa i pieniądze polskiego pacjenta nabrały kształtu domu — schronienia, w którym towarzyszy się choremu w jego odchodzeniu. Było to całkowicie nowe myślenie o życiu i śmierci. Zawsze uważano, że leczyć i wyleczyć chorego leżało u podłoża medycyny, która winna stanowić system uzdrawiania (cure system). Ta zasada skłania zazwyczaj lekarza do kontynuowania aktywnego leczenia, nawet w ostatnim stadium choroby, kiedy już wiadomo, że nic więcej nie da się zrobić — pomimo niepowodzeń, na przekór wszystkiemu. Chory poddawany jest więc kolejnym zabiegom: nowoczesna medycyna oplątuje go coraz większą siecią rurek, drenów i urządzeń. Przychodzi jednak czas, kiedy okazuje się paradoksalnie, że te wszystkie działania zaczynają przynosić choremu więcej szkody niż pożytku, więcej bólu niż spokoju, więcej lęku niż nadziei. I tak, z dala od swoich bliskich, w odosobnieniu białej szpitalnej sali chory zanim umrze, przestaje być istotą ludzką. Wbrew dobrym intencjom lekarza, pośród owych rurek i monitorów leży bezwolne ciało, w którym najpierw umiera dusza. Spirala bólu pacjenta i bezradności lekarza wiruje coraz szybciej. I to chory mówi wreszcie swemu lekarzowi że jest juź zmęczony tymi wszystkimi próbami i że ten skrawek czasu chciałby spędzić inaczej, Nie walcząc o to, czego wywalczyć się nie da, lecz o to, co mu jednak mimo wszystko pozostało: możliwość godnego i spokojnego odejścia na drugi brzeg życia. Dla niektórych lekarzy najtrudniejszy do przyjęcia w tym rozumowaniu jest fakt, że postępowanie lekarskie ma zmierzać nie do odsunięcia śmierci, lecz do jej uszlachetnienia i przez to jakby do jej ułatwienia. Ale takie własnie myślenie leży u podłoża wszelkiego działania w opiece hospicyjnej.

Z biegiem lat okazało się, że w system medycyny uzdrawiającej (cure system) został jakby wpisany drugi uzupełniający system opieki (care system), który w praktyce oznacza czynne i skuteczne towarzyszenie choremu aż do końca. Podstawą tak pojętej opieki nad terminalnie chorym jest opanowanie i uśmierzenie bólu. Dziś mówi się już o odrębnym dziale medycyny. Jest to medycyna paliatywna, która nie zwycięża w walce ze śmiertelną chorobą, ale która zdolna jest pokonać śmiertelnie wielkie cierpienie i ból. Dla chorego oznacza to komfort fizyczny, który w konsekwencji prowadzi do komfortu psychicznego i duchowego. Zmieniła się optyka traktowania zadań lekarza w obliczu śmiertelnej choroby, doszło do jasnego sformułowania nowej myśli: śmierć nie musi być beznadziejna. Promień światła wpada przez okno Dawida Taśmy i oświetla spokojną twarz człowieka umierającego, który wie, że odchodzi od swoich bliskich, czuwających u jego boku. Pożegnanie nabiera sensu, ostatnie słowa jest do kogo skierować…

Do losu człowieka chorego na chorobę nowotworową w warunkach polskich trzeba dodać jeszcze kilka szczegółów:
zatłoczone szpitale, chorzy leżą na korytarzach, przepracowane pielegniarki i źle płatni lekarze upadają ze zmęczenia,
brakuje leków, urządzeń, opatrunków, brakuje wszystkiego. Chorych “terminalnych” wypisuje się ze szpitala i odsyła do domu z braku wolnych miejsce. Tam w domu nie czeka ich lepszy los. Tam będzie przychodnia rejonowa i zatłoczona poczekalnia, gdzie trzeba spędzić wiele godzin, aby wreszcie dotrzeć do gabinetu lekarskiego po receptę na lek uśmierzający ból. I tam będzie również zatłoczona apteka, gdzie tego leku zazwyczaj nie ma. A kiedy chory nie będzie juź miał siły, aby wstać i pójść do zatłoczonej przychodni i apteki, wówczas nastaje czas najgorszy — opuszczenia. Koniec dla chorego w Polsce zaczyna się znacznie wcześniej — wówczas, gdy poczuje, że na jego wołanie nikt się nie odezwie.

Niech ten obraz posłuży jako tło dla słów: Hospitium Pallottinum – Assistentia Palliativa et Pastoralis. Powstało
w Gdańsku z inicjatywy księdza Eugeniusza Dutkiewicza w roku 1984 i działa nieprzerwanie w ramach Kościoła Rzymsko-Katolickiego Diecezji Gdańskiej. Hospicjum gdańskie to w chwili obecnej grupa 70-80 osób czynnie działających na terenie całego miasta, wśród których są lekarze, pielęgniarki, studenci medycyny, woluntariusze, siostry zakonne i duszpasterze. Niezależnie od warunków socjalnych praca hospicyjna jest niezmiernie trudna i wyczerpująca — współuczestnictwo w cierpieniu chorego i jego rodziny, kontakt z żywym człowiekiem, a nie z jednostką chorobową, nieuchronnie pozostawiają ślad zmęczenia i utrudzenia. A jeśli dodać jeszcne kłopoty polskiej codzienności, kolejki w sklepach, braki w zaopatrzeniu i trudności ze zdobyciem podstawowych produktów, dopiero wówczas można w pełni zrozumieć, jak wielki wysiłek i hart ducha dobywają z siebie członkowie ruchu hospicyjnego, kiedy biegną przez miasto, aby pomóc choremu człowiekowi. Faktu, że właśnie w Polsce ruch ten rozwija się tak żywiołowo, że po Gdańsku wiele innych miast i ośrodków duszpasterskich podejmuje tę ideę, nie da się wytłumaczyć racjonalnie tylko tym, że po prostu jest taka potrzeba, To — jak mówi ksiądz Dutkiewicz — “bezinteresowny dar z samego siebie dla tych, którzy cierpią bardziej od nas”. To poświęcenie i ofiara, to służba ducha tam, gdzie żaden system i żadna organizacja już nie działają. Patrząc z boku na tych ludzi, odnosi się wrażenie, że w naszym
polskim życiu jest to jeszcze jeden element walki o przetrwanie człowieczeństwa.
Znak Hospitium Pallottinum przedstawia Miłosiernego Samarytanina, biblijny symbol działalności hospicyjnej.
Hospicjum od łacińskiego hospes – gość – oznacza po prostu gościnę. Nazwa ta kryje w sobie nawiązanie do średniowiecznej tradycji przyklasztornych izb, w których pielęgnowane chorych pielgrzymów. W polskich warunkach oprócz pielęgnowania chorych w ich domach — w obliczu potrzeb, w sytuacjach wyjątkowych, a jakże częstych, kiedy przy łóżku chorego nie ma dosłownie nikogo, kiedy szpital już nie pomoże, bo nie może pomóc z braku łóżek i lekarzy — potrzebny jest dom. W praktyce okazało się jak bardzo jest potrzebny.

Potrzebna jest “gościnna izba”, która przygarnie samotnych na ten ostateczny czas.
Potrzebne jest miejsce — oddział dzienny leczenia hospicyjnego — dokąd chory mógłby przyjść każdego dnia i uzyskać pomoc zarówno duchową jak i pielęgnacyjną. I jeszcze oddział szpitalny z prawdziwego zdarzenia,
w którym można by założyć kroplówkę czy ustalić dawki leków uśmierzających ból. Z innych ośrodków przyjeżdżają wciąż, żeby pytać o radę, prosić o wskazówki. Dobrze byłoby mieć miejsce, gdzie można by się spotkać i porozmawiać.

Z takich konieczności wywiódł się nowy pomysł. Aby sprostać temu wszystkiemu gdańskie Hospitium Pallottinum podjęło budowę centrum opieki paliatywnej w oparciu o Stowarzyszenie Księży Pallotynów, pod patronatem biskupa gdańskiego oraz Lecha Wałęsy. Jedynym źródłem zdobywania funduszy są dotacje Kościoła, instytucji i osób prywatnych w Polsce i za granicą.
Rozpoczęte już zostały wstępne prace budowlane według projektu architekta Jacka Krenza.
Jest nadzieja, że przy odpowiednim dopływie środków finansowych budowę można zakończyć w 1992 roku.

Jest nadzieja. Nadzieja dla nadziei…

Leave a comment