Podróże pełne smaku

Ela Kargol

Pan Jan

Mieszkam w Berlinie. Po śmierci taty, gdy w domu w Poznaniu została tylko mama, zaczęłam częściej podróżować na trasie Berlin – Poznań.
Szukałam różnych rozwiązań dla tych wojaży. Miało być tanio i przyjemnie. A ponieważ nie prowadzę i nie posiadam samochodu, musiały być to środki transportu publicznego.
Zaczęło się od polskiego busa, który bardzo szybko zmienił barwy, firmę i cenę. Próbowałam jeździć ze znajomymi do Zbąszynka, a potem wsiadałam w pociąg regio.
W końcu dość było mi tych trudów podróży, niewygody, ciasnoty i wróciłam do szybkiego i dość wygodnego połączenia kolejowego ICE, co nie znaczy, że jeżdżę pociągiem.
Podróżuję WARSEM.
I są to moje najbardziej wypoczynkowe trzy godziny, które spędzam przy kawiarniano-restauracyjnym stoliku, rano przy śniadaniu, w południe przy kotlecie, wieczorem przy sałatce lub smażonym camembercie. Do tego zawsze cappuccino lub piwo.
Spotykam różnych ludzi, dosiadających się do mojego stolika, lub odwrotnie, siedzących w pobliżu, interesujących lub mniej, ciekawskich, skrytych, rozgadanych i milczków, prawicowych, lewicowych, symetrystów, obojętnych, nieokreślonych, takich, których niewiele obchodzi, po której jestem stronie i jaką religię wyznaję i takich, którzy się oburzają, gdy czytam Wyborczą.

Wars to moje miejsce wytchnienia, wypoczynku, ograniczone czasem i przestrzenią, gdzie nie mogę wyjść, kiedy mi się chce, nie mogę się spieszyć, bo Wars dołączony do pociagu śpieszy się po swojemu. Bardzo lubię te trzy godziny na trasie Berlin – Poznań – Berlin, których nikt mi nie zakłóca, zabiera. Ten czas jest mój.

Pan Jan przysiadł się do mojego stolika, gdy wracałam z Poznania do Berlina. Chwiał się, gdy szedł i szukał wolnego miejsca. Wszyscy odwracali od niego wzrok. Mnie po prostu zaskoczył. Siedziałam zaczytana,delektując się piwem. Zabrałam plecak z krzesła naprzeciwko i wskazałam ręką wolne miejsce.
Dopiero później spojrzałam na twarz, na postać i trochę pożałowałam swojej decyzji.
No, ale stało się.

Pan Jan okazał się Janem z Polski B albo C, a może jednak z A, bo kto nam daje prawo do takiego podziału?
“Z Białegostoku jadę już od rana, swoje już wypiłem (mówił o dniu, w którym jechał i pił). 60 kilometrów od Łukaszenki mieszkam”. Na pytanie warsowicza z innego stolika o Puszczę Białowieską stwierdził, że Szyszko nie żyje, różni ludzie różnie mówią, a jego żona zawsze mówi, “spójrz na siebie, a potem innych krytykuj”.
Ale zaraz potem powiedział, że ten “kaczyniak” różne rzeczy wyczynia, eee pani. “Ja myślę, że Leppera powiesili, a papież to był gość, on z komuną walczył i nie miał czasu ani głowy, żeby walczyć z pedałami”.
Ktoś go poprawił, że z pedofilami. “No, no, z tymi profilami.”
“A pani to chyba studia skończyła?”
To było do mnie. “A dlaczego pan tak sądzi? No bo pani coś czyta, no ale widzę, że piwo pije, no to zagadam.”
I wtedy nastąpił cytat z, jak twierdził, Kochanowskiego: “Lipko, ojczyzna moja”. I chyba dopiero wtedy zwróciłam świadomie na niego uwagę. Może niepotrzebnie poprawiłam, że może o Mickiewicza mu chodzi i o Litwę. Nie, jemu chodziło o lipę Kochanowskiego. Lipę ma na podwórku, pod nią ławkę – huśtawkę, a więc wszystko się zgadza. Siada pod nią często, z żoną albo sam.
Żonę wziął sierotę, bufetową była, a on w straży pożarnej. Ksiądz w rodzinie to brat jego ojca. “Był cały czas u koryta, a teraz stary i żona musi się stryjem opiekować.” Dzieci ma troje, nie ksiądz tylko Jan. Jeden syn w Australii robi i jest “praco – alkoholikiem”, a synowej ciągle mało. Druga synowa dobra, do rany przyłóż i szczera do bólu. Nie lubi, gdy Jan za dużo wypije.
Jan zamówił schabowego i 200 gram. Kelnerka myślała, że kotlet ma ważyć 200 gram. I mu na to, że kotlety są normowane i są małe odstępstwa. Ani ona (ona taka mimoza), ani on nic nie rozumieją, niby po polsku, a jednak dwa różne języki. Wtrącam się i tłumaczę, że ten pan chce dwie setki, a mimoza na to, czyli 200 mililitrów wódki?
Tak.
Ja dostaję prawie zaraz camemberta i następne piwo, Jan dopiero po chwili dwusetkę. Na kotleta czeka. Wreszcie zagaduje mimozę, że on ma cztery prosiaki i dałby rady je zakatrupić, wypatroszyć oporządzić, a żona upiekłaby przez ten czas sto kotletów. Ale mimoza nie rozumie. W końcu kotlet pojawia się na stoliku. Stoliki w Warsie upiększone są takimi serwetkami, które sa śliskie i ciągle zjeżdżają z tych stolików. Utrapienie wszystkich klientów Warsu. Niektórzy ściągają je od razu, a inni poprawiają cały czas. Pan Jan poprawiał, wygładzał i próbował równo ułożyć.
Przez całą podróż.
Mamy duże opóźnienie. Jan jedzie do Kolonii. Biletu nie ma, kupuje u niemieckiej konduktorki. Pomagam mu, wspólnie szukamy jego BahnCard. Wysypuje wszystko z kieszeni. Pieniądze, dokumenty wypadają na stolik, na podłogę. Wszyscy zbieramy, ja próbuję odliczyć 55 Euro na bilet. Jan daje konduktorce 60 Euro, całuje szarmancko w rękę i mówi: “rest nicht brauchen”.
Jan w tym swoim “zamuleniu” (sam tak o sobie mówi) jest cały czas sobą, według mojej oceny dobrym, prawym i szczęśliwym człowiekiem.
Konduktorka wyjaśnia mi połączenie z Berlina do Kolonii i nawet sama prosi, że trzeba mu pomóc, bo ma tylko kilka minut czasu na przesiadkę. Inni warsowicze też oferują pomoc.
Pan Jan pracuje w podfirmie jakiejś chyba jeszcze podfirmy gdzieś pod Kolonią.
Szef Turek dobry chłop, poklepie po plecach, ale do roboty goni. Jan pracuje w rzeźni. Wózki z mięsem pcha (Tunel Magdy Parys mi się przypomniał). I jeden z takich wózków ostatnio na niego wjechał i go przygniótł. Rozpiął koszulę i pokazał obitą klatkę piersiową.
W następny dzień ma termin u lekarza, teraz jest na zwolnieniu.
Wysiadamy w Berlinie, jeszcze raz wszystko gubi. Zbieramy, wkładamy mu do kieszeni, zamykamy zamki.
Czekam z nim te kilka minut na pociąg do Köln.
Mam nadzieję, że dojechał.
“Szczęściu trzeba pomóc, jeśli los nie jest łaskawy.”
To jego słowa, może znowu go kiedyś spotkam w Warsie przy “setce i serwetce”.

“Podróże Warsem są pełne smaku”, jak zapewnia ich slogan, “smaku na życie, szczęście, chwilę zapomnienia, wytchnienia i radości.”

2 thoughts on “Podróże pełne smaku”

  1. Pani Elzbieto, cokolwiek Pani czytam, to odrazu wpadam w tzw. “moje towarzyszenie na krzywego ryja”,
    nie wiem, czy to okreslenie jeszcze sie do dzis uchowalo.
    Takich Janow znam z podrozy po Polsce, jak i czystej rasy Austriakow Hansow w Austrii!
    To kwiecie roznorodnych okazow ludzkich jest naprawde bardzo interesujace, wszedobylskie , ma prawie juz cos z przyrody….
    szczegolnie z tak super spostrzegajacym Pani okiem
    tolerancyjnym uchem i swoistym poczuciem humoru..
    Dziekuje❤⚘
    PS.ciesze sie juz na cos nastepnego.
    T.Ru.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.