Debiut przed 40 laty

Debiut jest ze stycznia 1980 roku. W życiu jeszcze nic nie zapowiadało tego, co kilka miesięcy później miało się zacząć, a jak przyszło, to przeorało nasze życie i politykę na świecie, a dobre i złe konsekwencje tego, co się zdarzyło, odczuwamy do dziś. W styczniu 1980 roku świat się mógł jeszcze wydawać zwyczajny, ale poeci oczywiście wiedzieli…

Wiersze przypominam zatem w pewnym sensie rocznicowo. Właśnie się zaczynało. 7 sierpnia przed 40 laty wyrzucono z pracy na stoczni Annę Walentynowicz, co stało się początkiem końca PRL-u.

Obok kolumny debiutanckich wierszy Kultura publikuje dyskusję o nowej poezji, w której między innymi zarzuca się młodym poetom, że nie odtwarzają życia, jakie jest, a jest straszne, brudne, szare: zmęczone twarze w tramwajach, pejzaże przemysłowe współczesnej Polski, przeraźliwych nowobogackich, ulice zapełniające się jednakowymi samochodami…
A poezja tymczasem o miłości i śmierci, i naszych korzeniach w tym, co minęło.

Kultura – była tygodnikiem społeczno-literackim, ukazującym się w Warszawie w latach 1963–1981, jej redaktorami naczelnymi byli kolejno Janusz Wilhelmi (do 1973) i Dominik Horodyński. Tygodnik został zawieszony po wprowadzeniu stanu wojennego.

Tibor Jagielski

obraz szkoły flamandzkiej XVI w. “polowanie na dzika”

niepomny przestróg
przyglądasz się starym obrazom
jęk rogu tnie stalowe niebo
czerwone ręce napinają łuki
psy mkną wraz ze spojrzeniami
wiatr targa brunatne opończe
śledzisz martwe jeszcze oszczepy
a już gotowe do ciosu
w niewidzialną zwierzynę
i nagle zrywasz się
sfora wypada na ciebie
i świst pocisków znaczy drogę bólu
ciało pokrywa się szczeciną
a ryj już orzą psie zęby
zwycięski krzyk rogu
niesie się niesie się niesie

sonata

posadzono mnie
w ogrodzie kwartetów smyczkowych
więc siedzę kurczowo ściskając skrzypce
było to zaraz po tym
jak urodziłem zwierzę
wszystkie zmysły mówiły mi że to jest miłość
lecz zwierzę wstało i walnęło mnie w twarz
mówiąc
– no matka
gramy coś o waszym wielkim uczuciu –
teraz jest noc
ono stoi obok
przerzucając strony partytury
chociaż to niepotrzebne
wszystkie nuty bólu znam na pamięć

Średniowieczna uwertura

na trzy palce od horyzontu
namalowałem księżyc
teraz wędruję
prowadzony pędzlem Boscha
z obosiecznym mieczem wyobraźni na ramieniu
przez płócienną równinę niepokoju
a drogi do Twojego zamku strzeże
setka smoków
Czarny Rycerz
Śmierć
a zwłaszcza Ty

Zamach na agape

chwile gdy leżymy obok siebie
pełne są długich łodzi lądujących na brzegu
czerwonych i niebieskich
proszę Cię
zamknij oczy
żebyś nie widziała
jak biegnie czas
z toporem w ręku

Auf dem Fahrrad und zu Fuß 3

Christine Ziegler

Liebe Ewa,

letzte woche sind wir nur ganz profan zum einkaufen nach havelberg gefahren, um uns in unserem feriendomizil gut einzurichten. Doch nun haben wir die stadt durchstreift und die wucht des doms auf uns wirken lassen.

wie seltsam, dass mensch sich heute streitet, ob der dom 946 oder 948 begründet wurde. lustig daran ist nur, dass schon früh die dokumente gefälscht wurden, um sich einen vermeintlichen vorteil zu verschaffen. Hat dann wohl nicht ganz so geklappt, das gleichaltrige magdeburg hat sich als stadt dann ganz anders entwickelt als havelberg.

der dom st. marien wird über die straße der romanik erreicht und viel romanisches ist auch noch erhalten, wenn auch der gotische umbau 1279 begann. Im grundriss sowie im baulichen kern blieb die romanische basilika erhalten. rings um den dom steht als extra bezirk eine kleine bischofsstadt. unten, umflossen von der havel steht die eigentliche stadt rund um die stadtkirche st. laurentius. und weil die havel, träge wie sie ist, zu mäandern neigt und sich gerne verzweigt, gehört zur stadt auch noch die petroleumsinsel, die ihren namen daher hat, dass aus feuerschutzgründen das petroleum da draußen gelagert wurde.

heute ist dort ein neuer schatz gebunkert. der NABU, in der ganzen prignitz fleißig, hat dort ein informationszentrum, das haus der flüsse, etabliert. und so wird deutlich, wie sehr in zeiten der industrialisierung die landschaft verändert wurde. heute werden zugeschüttetel havelarme wieder freigelegt und die fahrrinne kleiner gehalten und das leben kehrt ans naturbelassene ufer zurück.

unerwarteterweise ist havelberg schon sachsen-anhalt, obwohl es teil der historischen landschaft der prignitz ist und die havelberger bischöfe bis nach wittstock regierten. doch die grenzziehung zwischen den bezirken war in der ddr so, über elbe und havel hinweg. nach der wende haben die havelberger diese zugehörigkeit bestätigt.

mir gefällt dieser ungeheure turmbau sehr. Uund ich bin immer wieder beeindruckt, wenn ich landwärts hier ankomme und von dort in die havelniederung schauen kann. eine unglaubliche weite tut sich auf, der blick reicht bis stendal. da hat die eiszeit auch wieder was schönes gebaut.

liebe grüße

Christine

ps: Ich weiß noch nicht, wohin es uns diese tage noch verschlägt. Auf dem land ist viel los, die getreideernte wird eingefahren. die störche schlagen sich nochmal so richtig den bauch voll, bevor sie uns schon bald verlassen. Also schnell noch nach Rühstädt, damit sie nicht schon weg sind.

Z wolnej stopy 6

Zbigniew Milewicz

Myszy wolą bułki…

Zanim młodemu dziennikarzowi pozwolono napisać jakiś większy tekst, musiał poćwiczyć w kronice miejskiej. Biegałem więc po mieście w poszukiwaniu dziurawych ulic, a tych akurat w Katowicach nie brakowało, zepsutych latarni, zapchanych studzienek kanalizacyjnych, kolizji komunikacyjnych, pijanych już z rana budowlańców i dziesiątków innych tematów, które mogły zainteresować czytelników. Później to trzeba było odręcznie sklecić, przedyktować jednej z redakcyjnych maszynistek i na czas oddać do wstępnej oceny szefowej działu, pięknej, ale wymagającej Zofii Pietrzyckiej. Później materiał lądował w sekretariacie redakcji, przechodził adiustację i razem z tekstami kolegów i koleżanek po piórze docierał do drukarni na Liebknechta. Na kółkach naszego redakcyjnego Fiata 125 p, albo Wołgi, ale ta druga najczęściej była tylko do dyspozycji naczelnego.

Informacje do kroniki miejskiej, w naszym slangu – szpunty, musiały być zwięzłe, tematycznie zróżnicowane, napisane dobrą polszczyzną i oczywiście sprawdzone. Na luksus fantazjowania mógł sobie pozwolić felietonista, ale przyłapanemu na cygaństwie szpunciarzowi groziły konsekwencje w postaci służbowej nagany, obciętej wierszówki, a nawet zwolnienia z pracy. Poza tym kronika miejska była najuważniej czytanym działem gazety, więc przykładaliśmy się do roboty. Tylko, skąd tu było brać u licha ciągle nowe wiadomości, kiedy często w zasięgu wzroku, słuchu i węchu nic szczególnego się działo… Była to zmora, która nękała wszystkich początkujących dziennikarzy, także i mnie. Każdy z nas miał swoich informatorów w różnych miejskich służbach, którzy niejednokrotnie ratowali nam skórę, ale jak i oni nie mieli nic nowego do powiedzenia, to ostatnią deską ratunku był ślepy przypadek. Jemu też zawdzięczałem różne ciekawe materiały, chociażby takie:

Kiedyś obowiązywała taka maniera, że dziennikarz-narrator pisząc o sobie używał liczby mnogiej, co mnie dzisiaj trochę śmieszy i irytuje, ale to było i na szczęście  minęło.

Kilka innych faktów, które przypomniały mi się w trakcie lektury moich starych szpuntów z DZ:

Zdarzyło się, że dosłownie chwilę po moim wyjściu z Domu Prasy w Rynku, na sąsiedniej ulicy, pirat drogowy wjechał w grupę ludzi na przejściu dla pieszych, wśród których był inwalida o kulach, kobieta z dzieckiem i opisujący to zdarzenie. Jakimś cudem nikt z nas nie ucierpiał, kierowca nie zatrzymał się, przejechał obok posterunku milicyjnego w Rynku i zniknął za zakrętem. Udało mi się odnotować numery rejestracyjne pojazdu, nazajutrz w DZ ukazała się stosowna notatka na temat zdarzenia, jednak  jego sprawca nie został pociągnięty do odpowiedzialności. Kiedy uparcie próbowałem dociec w drogówce, kim był, bez ogródek dano mi do zrozumienia, że na takich tablicach jeżdżą tajniacy i powinienem dać sobie spokój ze sprawą. Tym bardziej, że nie było ofiar.

W 1971 roku swoje dwudzieste szóste urodziny odprawiłem w katowickiej restauracji „Fregata“, w której babcia klozetowa dorabiała handlem wówczas niedostępnymi w sklepach mięsnych… frankfurterkami. Raz łapiąc za ścierkę i wiadro, raz za kiełbaski, zachwalała swój towar nie gorzej od przekupki na bazarze, kazała mi go wąchać i ocenić świeżość, a ja to później opisałem, w szpuncie p.t. Babcia klozetowa i frankfurterki.

Ucząc się dziennikarskiego fachu, starałem się zaopatrywać swoje teksty w dobre tytuły. Jak tytuł jest słaby, to nikt nie przeczyta nawet najlepszego materiału – powtarzali starzy wyjadacze, powołując się na przedwojenną prasę, gdzie  wymyślaniem tytułów trudnili się ekstra fachowcy. Kiedy więc napisałem w nadtytule: Rozpędziła kolejkę, a później: Delikatesowa mysz, wiedziałem, że handel będzie miał do mnie pretensje, ale klienci zastanowią się, zanim przekroczą próg tego sklepu. Chodziło o Delikatesy w centrum Katowic i zdechłą mysz, znalezioną przez ekspedientkę w worku z bułkami oraz o panikę wśród personelu i klientów, która z tego powodu wybuchła, co zrelacjonowałem, jako naoczny świadek zdarzenia. Wtedy kupowałem chleb i pomyślałem sobie: dobrze, że myszy wolą bułki. Ten optymizm mi się skończył, kiedy do redakcji przyszła czytelniczka z połową bochenka, w której zapieczone były bliżej niezidentyfikowane, brzydko pachnące, obce ciała. Wtedy postanowiłem w ogóle zrezygnować z jedzenia pieczywa.

Kronika miejska urodziwej Zofii Pietrzyckiej była dla mnie dobrą szkołą. Pisząc o dziurach w drodze, wypadkach i społecznej znieczulicy nie odkrywałem Ameryki, ale uczyłem się patrzeć trzeźwo na otaczający świat, krytycznie go oceniać i w miarę możliwości definiować. Bardzo mi w tym pomogli w redakcji DZ tacy wspaniali ludzie, jak Bolesław Surówka, Stanisław Kalbarczyk, Kazimierz Skotnicki, Wicio Bieńkowski… Nie byłoby mnie w zespole redakcyjnym bez akceptacji naczelnego, Bronisława Schmidta-Kowalskiego, ale to już zupełnie inna historia.

Melancholia

Teresa Rudolf

A przecież…

Uleciało z niej powietrze,
zapadła się jej dusza,
zaniedbany grób nadziei.

Nie wie, jak to możliwe,
by za życia już fruwać
nad sobą jak ptak,

patrząc ciekawie z góry
na to ciało obolałe,
od zastygłej niemocy.

Czy to już Ty, pytała
ze smutkiem patrząc
jak po sekundzie,

po milimetrze jej ubywa,
czuła to, będąc dla siebie
wścibską podglądaczką.

Kogo pytać o azyl,
argumenty dla duszy,
że czas już gdzieś osiąść?

Obudziła się, o co chodzi,
gdzie jest, przerażona,
kot polożył się na poduszce.

To jest mój kot przecież,
moja poduszka przecież,
mój ból serca przecież.

Żyję ciągle… przecież…
i przecież… to dobrze…
kot zeskoczył na podłogę.

Jest kotem… przecież.

Modlitwa inaczej…

Twój wskazujący palec
zamiast długiej, siwej
brody na dużej chmurce?

Twój wskazujący palec
nad ziemią deptaną
brutalnie przez ludzkość?

Twój wskazujący palec
na sumieniach ludzi,
bez krztyny sumienia?

Twój wskazujący palec
hamujący usta, aby
przestały wciąż kłamać?

Twój wskazujący palec,
zaciskany na rękach, by
piszac, też nie kłamały?

Twój wskazujący palec
trzymający za serca,
by zaczęły coś czuć?

Karcisz, dotykasz, prosisz,
“a teraz będą same plagi”
mówią, “teoria spiskowa”…

I woleliby Cię znów ujrzeć,
z uśmiechem, na chmurce,
z długą brodą, a Ty Panie?

A Ty Panie?
Co chciałbyś powiedziec?
Byśmy zrozumieli?

 

Wakacje

Ela Kargol

Jarmark w Suchej

Tradycje jarmarków w Suchej Beskidzkiej sięgają XVIII wieku, gdy Sucha nie była jeszcze Beskidzką lub jak niektórzy żartują była Suchą bez Kicka, bo Kicek się opił i Suchą opuścił.
Nazwę wzięła Sucha od rzeki Stryszawki, która kiedyś była Suchą.

Ale wracając do jarmarków, w 1742 roku król August III nadał Suchej przywilej organizowania jarmarków, który to przywilej utrzymał w mocy po roku 1772 cesarz austriacki. Najpierw było ich osiem rocznie, potem dwanaście. Początkowo były to jarmarki końskie, w okresie miedzywojennym w co drugi wtorek, później już w każdy wtorek i tak jest do dzisiaj.
Ja nie pamiętam już koni wystawianych na sprzedaż. Pamiętam świnie, króliki, gołębie i drób. Ostatnimi laty jednak przyjeżdżam za późno i jak mam szczęście, to jeszcze przejdę obok zduszonych gdaczących w klatkach kur, kwaczących kaczek i milczących królików.
Gdy córka była mała, kupiliśmy jej na suskim targu dwa młode króliki z myślą, że podczas naszych miesięcznych wakacji w Lachowicach, niedaleko Suchej nacieszy się nimi, a potem zmienią właściciela i zamieszkają u wujka. Tylko, że my miastowi chcieliśmy wszystko przedobrzyć. Udaliśmy się do miejscowego weterynarza, żeby je zaszczepił. W tym wypadku trzeba było popierać Nieszczepionkowców.
Po końskiej dawce szczepionki, jaką otrzymały od weterynarza, króliki przeżyły jeszcze dwa dni. Inaczej było z kurami. Te dożyły sędziwego wieku. Tata z moim mężem, Tomkiem nikomu nic nie mówiąc, albo mówiąc po fakcie, kupili na suskim jarmarku gromadkę młodych kur i jak zapewniał sprzedawca młodego koguta. Przywieźli je z jarmarku do Lachowic samochodem w kartonach. Tata zbił z desek minikurnik, ogrodził kawał pola i wypuścił kury na tę ogrodzoną wolność. I jeżeli ktoś myśli, że kury nie umieją fruwać, to jest w błędzie. Nie wszystkie, ale niektóre pofrunęły. Pół dnia Tomek z moim ojcem i sąsiadami szukali zbiegłych kur. Wyłapali wszystkie. Kurom podcięto skrzydła i wtedy z pokorą przyjęły swój kurzy los. Kogut był opiekuńczy i dość szybko zaczęły pojawiać się pierwsze jajka. Wnuk miał wtedy chyba trzy lata, ale z wielką radością przynosił nam codziennie świeże jaja. Plan był taki, że gdy wyjedziemy, kury podarujemy cioci i wujkowi. I w tym momencie wszystko mogłoby się dobrze skończyć, gdyby nie głupota i zbrodnia mojego taty, przy współudziale jego siostry i mojej mamy. Kogut skończył w rosole, ale zakpił sobie ze smakoszy koguciego wywaru. Sprzedawca zachwalając swój towar przysięgałby nawet, że ten kogut znosi jajka, ale on tylko zmienił metrykę staremu kogutowi znacznie go odmładzając. Kogut był starym wygą, gotował się w rosole dwa dni i cały czas był twardy. A mnie było go bardzo żal i długo nie mogłam tego tacie wybaczyć. I to wszystko za moimi plecami, w plany zabójstwa nikt mnie nie wtajemniczył.
Później już nie kupowaliśmy żywych istot na jarmarku. Choć plany takie bywały. Tata chciał kupić owce do naturalnego koszenia trawy. Niestety po owce trzeba było jechać na jarmark do Nowego Targu, a więc na planach się skończyło.
Pamiętam jeszcze jedną jarmarkową historię. Jechaliśmy busem do Wadowic. Był wtorek, a więc dzień targowy. Dość dużo ludzi wsiadło na przystanku przy rynku w Suchej: pani z kartonem pełnym kaczuszek i pan z dość dużym workiem. Bus ruszył, kaczki zaczęły gdakać i śmierdzieć, a sznurek, którym związany był worek, nieco się poluzował. Prosiak z worka od razu poczuł wolność i wyskoczył z kwikiem. Ponieważ był wielki ścisk, ludzie dosłownie na sobie stali, a przy hamowamiu pojazdu leżeli, świnka nie miała szans, żeby przedostać się do drzwi wyjściowych.
Któryś z pasażerów chwycił ją między nogi i trzymał. Kwik i pisk był tak donośny, jakby kogoś zarzynali. Prosiak wrócił do worka i w Zembrzycach razem z właścicielem wysiadł. Kaczątka dojechały do Wadowic.

Jak mijam rynek i most na Stryszawce w Suchej i wchodzę pomiędzy pierwsze stragany, to z rozkoszą wdycham zapach jarmarku i czuję jego tętno, gwar. Urzeka mnie koloryt, bogactwo oferty, mydło i powidło. W tym roku kupiłam majtki każdemu z rodziny. Dwa lata temu kupowaliśmy wnukowi pułapki na kuny, które nigdy nie zadziałały, ale mamy aż trzy. Pan, który je sprzedaje, zawsze wyjaśnia, jak ich użyć, dzieli się też swoimi prywatnymi pomysłami. Inny sprzedawca, u którego już prawie byłam gotowa kupić pistolet strzelający gumowymi nabojami, sam odwiódł mnie od tego pomysłu, opowiadając o innym kliencie, któremu taki nabój zranił dotkliwie oko. Tomek od jakiegoś czasu kupuje konopne maści z Czech. Pani, która je zachwala, mówi, że pomagają na wszystko i że są zagraniczne, czeskie, poza tym ma jeszcze drożdże do bimbru, bo jak maści nie pomogą, to bimber na pewno. Mamie kupiliśmy buty z “plastikowej skóry, mięciutkie, wyprofilowane”, w których do dzisiaj chodzi, tata kupował scyzoryki, radzieckie wiertarki i sprzęt do czyszczenia kominów. Córka kupiła ostatnio sukienkę i “maski przeciw zarazie”, jak głosiła odręcznie napisana reklama, dwie dla dzieci z „krainą lodu“ i „tik tokiem“, a dla siebie z ogólnopolskim wzorem ludowym.

Nie ma już handlarzy koni, są konie na biegunach, na ręcznikach, na pościeli i te wystrugane w drewnie, nie ma handlujących Żydów, którzy byli liczną społecznością w Suchej, a którym moja babcia sprzedawała jajka, o oni oczywiście z jarmarczną marżą sprzedawali je znowu na targu. Jest na pewno inaczej, jest współcześnie, ale panuje wciąż ta sama jarmarczna atmosfera, dla nas miastowych też pewna egzotyka, urok i czar. W tym roku obowiązuje ogólna dezynfekcja, a policjanci pilnują zachowania 1,5-metrowych odległości. Tylko ta pani od czeskich maści z dumą i swadą demonstruje swoją maskę z dziurą w środku: „Bo jo muse godać i mom takom limitowanom, a jak gymbe zamkne, to dziury ni ma”.

Reblog z kałuży pełnej mirabelek

Czasem tak jest. Przy jakimś tekście pojawia się polubienie, rzucam okiem, kto, co, ale jest jak jest, ktoś cię polubił, ty kogoś, sekunda zainteresowania mija, zaczyna się dzień pracy… Aż tu nagle pewnego dnia widzisz, że wpis Zbycha Milewicza polubił ktoś, kto ma adres kałuża pełna mirabelek, i przepadłaś z kretesem, adminko. Idziesz po tropie i docierasz na bloga…

Cieszę się, Agato, że Cię znalazłam…

IMG_1626

fot. S_sylwia™

Kiedyś myślałam, że szczęśliwy dom to taki, w którym jest więcej doniczek niż butów, bluszczyk pnie się po półkach, kolce kaktusów lśnią w porannym słońcu, liście palm opierają się leniwie o okno.

U nas co rano rozpierducha. Bukiet stokrotek zerwanych przy torach przestał być bukietem koło drugiej. W nocy czyjaś ciemna i kosmata łapa wyrzuciła go z wazonu i poroznosiła stokrotki po całym mieszkaniu. Kilka godzin później zeschły się mało spektakularnie i mało symetrycznie. Potem nasze ciężkie od przerywanego snu i strug deszczu na dachu stopy rozdeptały je na płask. Doniczki? Tak, gliniane i tylko na podłodze. Kwiaty? Trzykrotki i palmy. Mało gramotne połączenie egzotyki z lokalnością. Te są dozwolone, nie powodują alergii, nie trują. Można się na nie rzucać i je zjadać jak wiszące nad głową skumulowane płaty karmy. Tak na serio? No tak. Monstera i to nie zwykła klasyczna ciężka monstera ze skąpymi wycięciami w liściach, ale monkey mask, piękna, podziurawiona jak według szablonu. Kupiłam ją miesiąc przed przeprowadzką, miesiąc przed wzięciem czarnego, dymnego futerka. Potem ktoś mi powiedział, że monstera jest przecież trująca dla kotów. Brawo. Brawo ja.

Upchnęliśmy więc monsterę w najmniej reprezentacyjnym miejscu, w miejscu gdzie regał z książkami przestaje być regałem z książkami, a staje się rumowiskiem pełnym starych zapalniczek z Wysp Kanaryjskich, które zardzewiały zanim ktoś zdążył nimi odpalić fajkę o smaku bananów, tam mają tak obłędnie dobre fajki o smaku bananów, że warto polecieć do Maspalomas choćby na te kilka buszków. Egzotycznie. Tam więc upchnęliśmy monsterę, żeby żaden odważny pazur nie oderwał liścia w nocy i nie pożarł go w nagłym zrywie głodu.

Trzykrotka? Nie jest gwiazdą Instagrama, a kiedy się ją dotknie, gubi swoje zielono-fioletowe listki, a kitku przybiega na plaśnięcie pierwszego liścia o podłogę i zabiera się do ogryzania zielonego opadu. Doniczki przekopuje nocami, tak że kiedy już wstaniemy, a zawsze wstajemy za późno, o tę jedną chwilę za późno, to już mamy naszykowaną dróżkę z czarnej ziemi na panelach w salonie. Kwiatki nigdy się tu nie nudzą. Truchleją wieczorem i wstrzymują oddech aż do rana.

Najbardziej boją się widoku mięciutkiej, dymnej łapy zakończonej haczykami ostrych pazurków. Kiedy to bezlitosne, dymne futerko zostało do nas przywiezione w wiklinowej transportece i czerwonym kubraku to pierwsze co zrobiliśmy, to nie zakochaliśmy się od pierwszego wejrzenia. Najpierw musieliśmy zdjąć zasikany kubrak i dobrze wyżąć go w zlewie. Zapach ciepłego, zleżałego moczu Kiki rozszedł się po pięćdziesięciu metrach mieszkania, a Kiki już obmiałkiwała wszystkie kąty. Nazywała komody, lampki i fotele w swoim języku. Chciałam ją nazwać Avonlea, bo tak jak Ani z Zielonego Wzgórza, a potem tytułowej Ani z Avonlea nie zamyka się jej buzia. Chciałam też spełnić swoją wieloletnią fantazję, żeby wszyscy w moim domu nazywali się na literę “A”, tak jak w Akademii Pana Kleksa – on przyjmował tylko uczniów z imionami na tę literę. Na starcie miałam ułatwione zadanie – Agata, Adrian. Avonlea brzmiało aż nazbyt dobrze. No właśnie, okazało się, że na tym imieniu Adrian łamał sobie język, zęby na nim zjadł, a i tak nie weszło. Wjechała więc kolejna propozycja. Raven. Czarny kruk. Czemu nie? Dymna, dumna koteczka. Próbujemy. Do tego marzyło mi się też dostojne i adekwatne kocie nazwisko. Kotka moich rodziców nazywa się nie bez powodu Kendra Pazurczak i to ja byłam dawcą tej nazwy. Stwierdziliśmy, że w przypadku dymnego futra dobrze podpasuje “von Dymkos”, przywodzące na myśl holenderskich baronów i jednoznacznie nawiązujące do dymności. Pierwsza wizyta u weterynarza zweryfikowała moje leksykalne zakusy. Kitku wjechało na weterynaryjną leżankę z zamkniętym, załzawionym oczkiem, a weterynarz otwierając książeczkę zdrowia zapytał:

– Imię?
Odchrząknęłam i wzięłam głębszy oddech, żeby wystarczyło mi go do końca:
– Raven Avolnea Kiki von Dymkos.

Weterynarz uniósł brwi aż po swoje, nietknięte botoksem, ale za to tknięte niejedną zgryzotą czoło (reszta weterynarza była skryta pod maską) i spytał:

– Jak to się pisze?
Kitku w tle płakało i na przemian tarło łapą oczko. Nie było czasu.
– Pan napisze “Kiki”, tak będzie dobrze.

No i w książeczce zdrowia wypisał cztery duże, drukowane litery K – I – K – I. Maść pomogła po tygodniu, odstawiliśmy po dwóch. Kiki pozostała Kiki. Zaczęła reagować na swoje imię i patroszyć nocami kwiaty. Teraz już wiem, że szczęśliwy dom to taki, w którym w czerwcu co rano rozdeptujesz stokrotki na panelach.

✾

Kiki pochodzi z Fundacji Kocia Wyspa, która mieści się w Stalowej Woli, ale dowozi kotki do Krakowa i okolic. Mamy ją dzięki uprzejmości Pani Kasi i Natalii, którym prawdopodobnie nigdy nie będę umiała się wystarczająco nadziękować ♥

Blog Agaty TU

Frauenblick: Im Sumpf

Monika Wrzosek-Müller

Die Coronazeit, die Quarantäne hat uns auf die neuen Fernsehmöglichkeiten aufmerksam gemacht, vor allem in Prag, wo wir von öffentlich-rechtlichen Fernsehanstalten nur ARD in unserem Appartement empfangen konnten. So lernten wir Netflix kennen, manchmal auch schätzen, und schauten uns einige Produktionen an, die sonst wahrscheinlich an uns vorbeigegangen wären.

Unter den unendlich langen, in vielen Staffeln und Folgen (ja, man lernte das entsprechende Vokabular dazu kennen) und immer wieder neu gedrehten Filmen stach für mich eine kurze und spannende polnische Serie (mit nur 5 Folgen) heraus. Zugegeben, zuerst haben mich vor allem die Namen auf dem Abspann neugierig gemacht – lauter Söhne bekannter polnischen Film- und Theaterleute: Jan Holoubek, der Sohn vom Gustav Holoubek, und Magda Zawadzka (an die beiden kann sich meine Generation wunderbar erinnern), Kasper Bajon, Sohn von Filip Bajon; als Hauptdarsteller Andrzej Seweryn. Es handelt sich um eine polnische Produktion für Netflix, gedreht 2018, in Deutschland zu sehen erst ab 2020: Rojst, Witaj w polskim bagnie, [Im Sumpf] unter der Regie von Jan Holoubek.

Auch wenn ich sagen würde: der polnische Sumpf war damals vielleicht nicht so sumpfig, ist die Produktion durchaus gelungen. Man fühlt sich richtig in die frühen 80er Jahre versetzt, mit ihrer Tristesse, Hoffnungslosigkeit und Hässlichkeit; fast kam mir der Gedanke, ob es denn wirklich so schrecklich um uns herum war oder ob es um eine gewollte Überhöhung für filmische Zwecke ging, und dann gab ich mir die Antwort selbst; meine fast krankhafte Liebe und Aufmerksamkeit für das Schöne, für die Schönheit stammt wahrscheinlich daher. Im Film spielen brutale menschlichen Beziehungen, wo der Sinn für Wahrheit und moralische Normen und Menschlichkeit längst verschwunden ist (wo war denn die viel beschworene polnische katholische Kirche?) eine große Rolle. Die Natur um die Kleinstadt in Schlesien, wo die Handlung spielt, ist auch morastig und undurchdringlich, zwar nicht sumpfig (wäre noch besser), doch auf jeden Fall geheimnisvoll. Es waren die Jahre der Dunkelheit, des Kriegszustandes, in denen viele Leute aus dem Land emigrierten, fortgingen. Das alles wird fast bis ins Surreale gesteigert, dazu kommt eine Handlung, die sich für einen Krimi vielleicht zu langsam und unspektakulär entwickelt, aber die mit Fetzen der Erzählung aus der Vergangenheit, aus den direkten Nachkriegsjahren durchsetzt ist und dadurch noch geheimnisvoller wirkt. Die Geschichte von den vertriebenen Deutschen, die in einer Nacht und Nebel-Aktion aus den Häusern geholt wurden, in einen Wald, in ein Lager gezwängt und da ihrem Schicksal überlassen, litten, ist vielleicht auch zugespitzt, doch sie macht neugierig. Darüber herrscht natürlich im Film, wie tatsächlich auch in der Nachkriegswirklichkeit, großes Schweigen, nur die Namen, im Film in die Rinde der Bäume eingeritzt, mit den Jahren fast unsichtbar geworden, zeugen von den Ereignissen und das Leuchten über den Feuchtgebieten, im Wald, sendet ihre Botschaften.

Noch mal von vorne: die Handlung spielt in einer kleinen Stadt, irgendwo in Schlesien, Anfang der 80er Jahre. Im Wald nahe dem Städtchen werden ein Sportfunktionär für Jugendliche und eine Prostituierte tot aufgefunden. Die Ermittlungen dauern nicht lange und die Polizei nimmt einen Verdächtigen fest, den Mann der Prostituierten, der, mit dubiosen Methoden verhört, die Tat gesteht, so dass die Miliz den Fall ad acta legen kann. Man nimmt den angeblichen Täter fest und liefert in die geschlossene Psychiatrie ein. Doch zwei Journalisten der lokalen Zeitung, die darüber berichten wollen, stoßen auf Ungereimtheiten und neue Verdachtsmomente; wie es der Zufall will, kommt ein junger Praktikant aus Kraków, dessen Vater ein bekannter politischer Apparatschik ist, bei der Lokalzeitung zum Einsatz. Er wird von einem älteren, profilierten Kollegen betreut. Die beiden ermitteln gegen die Anweisung des Chefredakteurs in dem Fall weiter. Letztlich beschäftigt sich damit nur noch der junge, unerfahrene und naive Journalist auf eigene Faust und stößt auf einen Sumpf von Verflechtungen, Verwicklungen und bedrohlichen Situationen. Es sterben noch zwei Jugendliche und ein Metzger wird aufgehängt, der Fall endet mit einer richtig sumpfigen Lösung, die ich hier nicht verraten will.

Es ist aber nicht die kriminalistische Handlung, die für die Story den Ausschlag gibt. Es ist die Szenerie, die dunklen Bilder, die oft so düster sind, als ob sie durch einen Grauschleier gedreht worden seien; auch die Musik untermalt die dunklen Momente. Sogar die jugendliche Liebe muss diesem fatalistischen und hoffnungslosen Hauptstrang geopfert werden, sie fügt sich in die Reihe der Katastrophen, die auf dem Bildschirm passieren. Einzig der junge Journalist aus Kraków und seine schwangere Frau kommen unversehrt, wenn auch mitgenommen, aus der Geschichte heraus; sie sind der einzige Lichtblick, die einzigen Hoffnungsträger in der Geschichte. In dem ganzen Film scheint niemals Sonne über die Landschaft, es ist finster, düster aber stimmungsvoll und, wie ich am Anfang gesagt habe, wahrscheinlich so, wie es am Anfang der 80er Jahre in Polen wirklich war.

Ich kann die Serie guten Gewissens empfehlen, nicht nur polnischen Zuschauern.

“Byli Żydzi w Steglitz”

Ela Kargol

W Berlinie, wśród tysiąca atrakcji turystycznych są miejsca, gdzie trudniej trafić, choć dostęp do nich nie jest ograniczony. Jedno z takich miejsc ukryte jest w dzielnicy Steglitz niedaleko Hermann-Ehlers-Platz w pobliżu na nowo powstającego “Nowego Kreisela”, wieżowca, oferującego luksusowe mieszkania, jak głosi reklama “w berlińskim niebie”, niedaleko dość znanej willi Schwartzów, w miejscu przecięcia się wielu linii komunikacyjnych, metra, kolejki podmiejskiej i chyba aż kilkunastu autobusów.
Biało-czerwona flaga łopocze wśród innych flag, przytwierdzona do gzymsu Hotelu Steglitz International, pamiętającego z pewnością lepsze czasy.


Prawie codziennie, jadąc tamtędy rowerem do pracy, mijam pałac, wielki, okazały, z ornamentami, przyklejony z obu stron do czerwonego ratusza z wieżą. Wieżę ma ratusz, ale chętnie użycza jej pałacowi. Pałac bez wieży nie byłby pałacem. Ratusz zbudowano jakieś 120 lat temu, kiedy jeszcze berlińska  dzielnica Steglitz była wsią i leżała poza granicami Berlina.

Pałac jest współczesny, choć udaje baśniowy. Króla i królowej nigdy nie widziałam, może ukrywają się przed tłumem zwiedzających, kupujących, pijących kawę, wędrujących w pośpiechu przez kolejne pałacowe komnaty konsumpcji lub tych wypoczywających pod niebem wirtualnego akwarium pełnego morskich stworzeń. Pałac (Das Schloss) jest jedną z wielu galerii handlowych, które zaczęły powstawać jak grzyby po deszczu w latach 90 ubiegłego wieku, nie tylko w Berlinie.


Prawdziwy pałac, od którego wzięła nazwę ulica i galeria handlowa, stoi kawałek dalej. Okazały dworek (Gutshaus Steglitz), pieczołowicie odrestaurowany, z przylegającymi do niego budynkami, które mieszczą teatr i kino, powstał na przełomie XVIII i XIX wieku i należał do pruskiego polityka Carla Friedricha Beyma. Posiadłość zawdzięcza swą nazwę jednak następnemu mieszkańcowi dworku, urodzonemu w Szczecinie feldmarszałkowi Friedrichowi Heinrichowi von Wrangel. Papa Wrangel, bo tak nazywano potocznie generała, spędzał chętnie letnie miesiące w pałacyku. Był osobą na tyle wpływową, że w godzinach popołudniowych, podczas poobiedniej drzemki generała, pociągi przejeżdżające w pobliżu nie mogły wydawać żadnych akustycznych sygnałów, by go nie zbudzić.

Generał urodził się w Szczecinie. Dożył sędziwego wieku, zmarł w 1877 roku w Berlinie. Pochowany jednak został w swoim rodzinnym mieście na szczecińskim Cmentarzu Wojskowym, który znajdował się na terenie obecnego Placu Generała Andersa. Niedawno próbowałam odnaleźć przybliżone miejsce rodzinnego grobowca Wrangelów. Pomniki nagrobne zostały zniszczone już po wojnie, wiadomo jednak dość dokładnie, gdzie znajdowała się kwatera rodzinna generała von Wrangel.

We Wrangelschlösschen odbywają się obecnie wystawy, bankiety, przyjęcia, udziela się ślubów, pomieszczenia można też wynająć na różne uroczystości. Sam budynek stoi u zbiegu ruchliwej ulicy Pałacowej, niedaleko wjazdu na autostradę 103 i tylko z jednej strony graniczy z krótką, dość spokojną ulicą nazwaną też na cześć generała Wrangelstraße.


Ale wróćmy do Pałacu, czyli do miejsca, gdzie Grunewaldstraße przecina Schloßstraße, do miejsca, którego jako rowerzystka z nie do końca sprawnym rowerem nie lubię. Wprawdzie od niedawna jeżdżę specjalnym na zielono pomalowanym pasem dla rowerów, ale zawsze z duszą na ramieniu, otoczona ze wszystkich stron zgiełkiem, wrzawą i pośpiechem miasta. Na drogowskazy informujace  o ważnych miejscach w pobliżu nikt nie zwraca uwagi.

Hermann-Ehlers-Platz, kiedyś zwany po prostu Placem Ratuszowym, od 1958 roku przyjął nazwę od nazwiska znanego berlińskiego polityka. To plac z bardzo bogatą historią, nie zauważaną jednak przez przechodniów, skracających sobie tędy drogę, czekających na przystankach autobusowych, kupujących świeże warzywa i kwiaty na rynku albo inne różności na niedzielnym pchlim targu. Nikt nie zwraca uwagi na kierunkowskaz z wypisanymi miastami partnerskimi, niczym rozłożyste drzewo stojący na środku placu. Nałęczów, Kazimierz Dolny, Poniatowa to polskie miasta partnerskie tej dzielnicy. Są jeszcze inni partnerzy – w Izraelu, Szwecji, Danii, na Węgrzech, we Włoszech, Korei Południowej, Grecji.


Na placu, po lewej stronie od ratusza, ustawiona jest tablica z informacją o “powieszonym  żołnierzu” (Der erhängte Soldat). Żołnierz był dezerterem, powieszonym przez nazistów na kilka dni przed ostateczną kapitulacją.


Spiegel gegen das Vergessen lub w skrócie Spiegelwand czyli Ściana przeciw Zapomnieniu inaczej Ściana Lustrzana upamiętnia tysiące Żydów deportowanych z Berlina. Lustra, w których odzwierciedla się współczesne życie dzielnicy, przypominają o Żydach współtworzących i zamieszkujących kiedyś Steglitz.

Jednym z nich i bardzo ważnym był Moses Wolfenstein (urodzony w roku 1838  niedaleko Poznania, zmarły w roku 1907 w Steglitz). Moses Wolfenstein był kupcem i czynnym organizotorem żydowskiego życia w obecnej dzielnicy, wedy jeszcze wsi. Przy dzisiejszym Hermann-Ehlers-Platz (Düppelstraße 41) wybudował dom i sklep z odzieżą, a stajnię w podwórzu rozbudował tak, że stała się małą synagogą. Gdy synagoga nie mogła już pomieścić wiernych, nabożeństwa i spotkania odbywały się w innych miejscach, między innymi w Żydowskim Domu dla Niewidomych przy Wrangelstraße, przed którym dopiero niedawno odkryłam 28 kamieni pamięci. Wszyscy mieszkańcy tego domu zginęli w obozach zagłady.

Budynek synagogi przy Düppelstraße 41 stoi do dzisiaj, choć w latach 80 był o krok od wyburzenia. Nie jest wprawdzie łatwo dostępny, w zasadzie publicznie nie jest wcale dostępny, ale zawsze można poprosić kogoś z mieszkańców kamienicy (już nowej, bo dom Wolfensteina nie przetrwal wojny) o otwarcie drzwi wejściowych i tych od podwórza. Dwa tygodnie temu poprosiłam młodą dziewczynę wychodzącą z wózkiem z tego domu, żeby wpuściła mnie do środka, a nawet na podwórze, bo chcialam zrobić zdjęcia synagogi. Dziewczyna zaczęła mnie zapewniać, że tu nie ma żadnej synagogi, że na placu w miejscu, gdzie stoi Lustrzana Ściana stała kiedyś synagoga.

Faktem jest, że na to bardzo wymowne miejsce pamięci mało kto zwraca uwagę, a tym bardziej mało kto wie, że budynek synagogi zwany też Domem Wolfensteina (Haus Wolfenstein) zachował się do dzisiaj, a Ściana przeciw Zapomnieniu o tej samej długości co synagoga ma o nim przypominać.

Podczas nocy kryształowej synagoga została splądrowana i zbeszczeszczona. Ścisła zabudowa i sąsiedztwo ze stolarnią ocalily budynek przed podpaleniem. W przeddzień udało się wynieść z synagogi zwoje tory, które rodzina Wolfensteina zabrała ze sobą, wyjeżdżając w 1939 roku do USA. Teren na którym stała synagoga zmuszeni jednak zostali sprzedać. Powojenne losy budynku byly rozmaite. Budynek był magazynem, mieszkaniem, o mały włos nie został wyburzony, by w jego miejscu zbudować pasaż handlowy. Dzięki inicjatywie obywatelskiej Haus Wolfenstein został wpisany na listę zabytków, ale dopiero w roku 1989. Zamiar, żeby udostępnić synagogę na miejsce spotkań i studiów nie powiódł się. Dlatego na Hermann-Ehlers-Platz, tuż przed miejscem, gdzie stała kamienica Wolfensteina, a za nią synagoga, ustawiono ten przejmujący pomnik pamięci jakim jest Lustrzana Ściana, Lustro Przeciw Zapomnieniu.

Moses Wolfenstein został upamiętniony w latach 60 ubiegłego wieku. Część ulicy, która łączy Schloßstraße z Hindenburgdamm, nazwano Wolfensteindamm. Gdy zobaczylam szyldy nazw ulic Wolfensteindamm i Hindenburgdamm obok siebie, uznałam je za dość niefortunny żart historii. Hindenburgowi odebrano w tym roku honorowe obywatelstwo miasta Berlina. Protesty, żeby zmienić nazwę ulicy Hindenburga nie powiodły się.

Na Lustrzanej Ścianie oprócz tysięcy nazwisk deportowanych berlińskich Żydów, oprócz zdjęć synagogi i zdjęcia Abrahama Pisarka, na którym są jego dzieci przy chanukowym świeczniku, jest tekst  Roberta Kempnera:

Man hat ihnen die Berufe genommen, das Besitztum gestohlen, sie durften keinen Kanarienvogel halten, keine Konzerte oder Kinos besuchen, ihre Menschenrechte und ihre Menschenwürde wurde in den Staub getreten, bis sie in Konzentrationslager deportiert wurden und in die Gaskammern kamen.

Zakazano im wykonywania ich zawodów, zabrano majątek, nie mogli hodować kanarka, nie mogli pójść na koncert, ani do kina, zabrano im prawa człowieka, a godność człowieka zmieszano z błotem, aż w końcu wywieziono ich do obozów koncentracyjnych, gdzie poszli do komór gazowych.

Ostatnio w Poznaniu odbywał sie cykl spotkań i spacerów pt. “Byli Żydzi w Poznaniu”. To samo mogłabym powiedzieć o Steglitz: “Byli Żydzi w Steglitz”.

Auf dem Fahrrad und zu Fuß 2

Er hatte über seine Wanderungen so viel geschrieben. Ob unsere Autorin uns auch so viel zuschickt?

Christine Ziegler

briefe aus dem urlaub

liebe ewa,

die kraft hat gereicht, um nach kyritz zu fahren und wieder zurückzukommen. viel weiter wird der radius um klein-leppin nicht reichen, aber das macht ja nix.

dann gibt es eben nicht so viele häuser und statt dessen mehr eichen und föhren und birken zu sehen und noch immer die felder voller weizen und mais, manchmal auch kartoffeln.

unverhofft haben wir auf dem weg nach kyritz dann den ort demerthin entdeckt mit einem echten renaissance-schloss. 

das ist die heutige auswahl.
der sommer ist voller farben mit großer schönheit. ganz dunkles grün von den wäldern, ganz helles vom straßenrand, wo sie vor kurzen gemäht hatten und manches jetzt neu sprießt. weißgold die felder wenn die sonne scheint, überwältigend rot der klatschmohn, begleitet von kornblumen und kamille, die sich mit ihrem duft ankündigt, bevor sie zu sehen ist. der himmel kann alle schattierungen von grau bis weiß und blau, was für ein grandios wechselhaftes wetter! manchmal ist der wind unser freund, manchmal muss ich schon stöhnen, doch überwiegend ist das reisen mit dem rad ein großer genuss.

liebe grüße
christine

ps. die fotos sind von martin.

 

Z wolnej stopy (5)

Zbigniew Milewicz

Lutnia i karabin

Nawiązując do zakończenia mojego ostatniego wpisu, w którym zadąłem w patriotyczny róg i przyznałem do wychowania w duchu tzw. wartości, pragnę powiedzieć, że czasami w życiu z różnych powodów chciałem pocwaniaczyć, ale nigdy mi to nie wyszło. Kiedy w latach 70 i 80 ubiegłego stulecia uprawiałem zawodowo dziennikarstwo, obowiązywała rzetelność w zdobywaniu informacji i ich opracowaniu, dużo większa niż obecnie. Inne kryteria obowiązywały kolegów po piórze, zajmujących się komunistyczną propagandą , tam kłamało się na zamówienie, ale reszta była zobowiązana do służby prawdzie, czyli do uczciwości zawodowej i myślę, że lepiej, albo gorzej jakoś dawaliśmy sobie z tym radę.

Dzięki mojej skrupulatnej mamie, która przez lata systematycznie wycinała z Dziennika Zachodniego i innych tytułów, to co napisałem, a później wklejała do zeszytów formatu A-4, dziś mogę wrócić do tamtych starych tekstów. Wreszcie też przywiozłem je z Polski do Monachium, żeby przynajmniej niektórym dać drugie życie w tym blogu. Zacznę od fragmentów Lutni i karabinu, jednego ze swoich pierwszych tekstów publicystycznych, opublikowanych w DZ . Przeprowadzam w nim m.in. wywiad ze swoimi dziadkami, przemilczając fakt, że nimi są. No więc, gdzie ta uczciwość dziennikarska, ktoś zapyta… Cóż, wtedy nie chciałem, żeby ktoś posądził mnie o uprawianie rodzinnej autoreklamy, dlatego zataiłem fakt, że pochodzę z Hamplów i Paluchów, a dziś autopromocja w modzie. Czasy się zmieniają, a my razem z nimi… mówi stara łacińska maksyma.

Cześć pieśni – to było nasze hasło – mówi 75-letnia mieszkanka Chorzowa, Jadwiga Paluch, wówczas Hampel, jedna z niewielu już dzisiaj żyjących członkiń chóru „Lutnia“. Towarzystwo Śpiewacze „Lutnia“ – opowiada – powstało 63 lata temu w Chorzowie, ówczesnej Królewskiej Hucie. Zbierali się młodzi wówczas chłopcy i dziewczęta, aby śpiewać polskie pieśni i grać polskie sztuki teatralne, manifestując w ten sposób swą przynależność do Macierzy i ojczystego języka.

“Lutnia“ była jednym z bardzo licznych towarzystw śpiewaczych działających na terenie Górnego Śląska, cieszyła się dużym powodzeniem wśród chorzowian i z roku na rok zyskiwała coraz większą ilość członków. Razem z tym narastały trudności związane z legalnym organizowaniem zebrań, koncertów chóru i przedstawień – Niemcy niechętnym okiem patrzyli na te manifestacje polskości. Kiedyś – wspomina p. Jadwiga – żandarmeria rozpędziła nasze zgromadzenie, mieliśmy proces, bo zebraliśmy się bez zezwolenia. W okresie powstań śląskich większość chorzowskiego Towarzystwa, w tym również mąż pani Jadwigi – Seweryn – zmieniła „lutnię“ na broń i podjęła czynną walkę z Niemcami. W pamiętnym wrześniu 1939 roku kilku członków „Lutni“, w obawie przed prześladowaniami uciekło na Wschód, zabierając jednocześnie drogi symbol – swój sztandar, na który składali przysięgę wierności Polsce i mowie ojczystej…

– Miał on spłonąć w pożarze, ukryty gdzieś w okolicach Stanisławowa – mówi mgr Janusz Modrzyński, dyrektor Muzeum Górnośląskiego w Chorzowie. – Jako historyk jestem jednak niewierzący – stwierdza żartobliwie – więc postanowiłem pójść tropem zaginionego sztandaru. W 1964 roku, po blisko półrocznym „śledztwie”, dowiedziałem się, że cel moich poszukiwań znajduje się prawdopodobnie w Sulistawicach, wsi województwa wrocławskiego, u 80-letniej wówczas Rozalii Szczurek. Przypuszczenia okazały się słuszne…

Kiedy (w podstanisławowskiej wsi – przyp. Z.M.) zaczął płonąć kościół, mieszkańcy zdołali wynieść z niego część dewocjonaliów, a między nimi ukryty przez uciekinierów śląskich sztandar. Rozalia Sczczurek zaopiekowała się nim, świadoma niebezpieczeństwa, na jakie się naraża, gdyby ten (…) skrawek materiału dostał się w ręce żandarmerii niemieckiej lub gestapo. Ukrywany raz w łóżku, to znów za belką strychu sztandar ocalał w trakcie kilkakrotnie przeprowadzonych w domu rewizji. (…) W 1945 roku Rozalia Szczurek, jak wielu jej ziomków, wyjechała na Ziemie Odzyskane, zabierając ze sobą sztandar nieznanych sobie Ślązaków (…).

– Kiedy zaprosiłem do siebie Rafała Skubałę, wieloletniego działacza chóru „Lutnia“, uczestnika powstań śląskich, który przed rozpoczęciem moich poszukiwań mocno wątpił w ocalenie sztandaru i pokazałem go – mówi dyrektor Modrzyński – stary powstaniec uklęknął i ze łzami w oczach pocałował wystrzępiony kawałek materiału.

Sztandar znajduje się obecnie w zbiorach Muzeum Górnośląskiego w Chorzowie, jako jeden z licznych symboli walk ludu śląskiego o powrót do Polski.

Materiał ten opublikowałem 8 maja 1971 roku, dokładnie 17 lat później znalazłem się w Monachium, jako śląski spätaussiedler, czyli późny przesiedleniec, ale do Polski przyjeżdżam często i regularnie. Życie lubi paradoksy.