Wspomnienia o Maryli (20)

Tadeusz Ciechomski

Boże Narodzenie 1981 roku Maryla spędziła wraz z innymi kobietami podziemia antykomunistycznego w celi aresztu śledczego w Warszawie – Olszynce Grochowskiej. Przebywały tam około trzech tygodni. Chyba w styczniu 1982 roku zostały wywiezione do miejsca internowania , Ośrodka Wypoczynkowego Pracowników Radia i Telewizji w Gołdapi. Maryla opowiadała, że podczas podróży traktowano je po ludzku, co jakiś czas autokar zajeżdżał pod najbliższą komendę MO, żeby umożliwić im skorzystanie z toalety. Przeżyły jednakowoż chwile grozy, gdy po dłuższym czasie podróży zorientowały się , że jadą w kierunku północnego wschodu. W głowach wszystkich pojawił się stary, koszmarny archetyp: SYBIR! Jedna ze strażniczek, widząc ich zdenerwowanie, po cichu wyjawiła prawdziwy cel podróży, co zostało przyjęte z ulgą.

W listach, które Maryla pisała do rodziny, nazywała ośrodek odosobnienia „złota klatką’. Warunki lokalowe były bardzo dobre, tyle że nie wolno było opuścić budynku. Po raz pierwszy Tadeusz z mamą odwiedzili ją w marcu 1982. Tadeusz wspomina, że kiedy dochodzili do ośrodka, usłyszeli z daleka śpiew. To był dzień odwiedzin, wszystkie kobiety stały na balkonach i na powitanie śpiewały „Niech się junta wystrzela, trafi szlag Jaruzela…” Później kilka razy przyjeżdżał tam także ojciec. Wspominał, że w latach 50 odbywał zasadniczą służbę wojskową właśnie w Gołdapi. Z lasu otaczającego ośrodek przywiózł dwie pamiątki. Raz wykopał mały świerk , który zasadził w ogrodzie. Innym razem uciął dwa patyki, zrobił z nich krzyż, a na nim przypiął znaczek z herbem Gołdapi, kupiony w kiosku znajdującym się w ośrodku. Ten krzyż wisiał później w pokoju Maryli nad drzwiami (teraz znajduje się, wraz z całym Archiwum Maryli, w Archiwum Forschungsstelle Osteuropa Uniwersytetu w Bremie).

W kiosku w ośrodku można było zaopatrzyć się m.in. w widokówki. Największym powodzeniem cieszyły się te przedstawiające sam ośrodek, położony malowniczo w głębi lasu. Każda z internowanych chciała wysłać taka kartkę rodzinie… Prawie jak z wakacji…

Kobiety miały przemyconą gitarę i magnetofon kasetowy. Wspólny śpiew, a także tworzenie i nagrywanie piosenek było ważnym czynnikiem integrującym wspólnotę internowanych i namiastką życia kulturalnego. Bardzo dokuczała im nuda. Życie w ośrodku cechowała monotonia, kobiety szukały więc różnych aktywności, które mogły ją przerwać. Regularnie odprawiane były msze święte , na które chodziły wszystkie, zarówno wierzące jak i niewierzące. Korzystały ze znajdującej się w ośrodku biblioteki. Całe godziny spędzały na robótkach ręcznych, dziergały swetry, a także długie węże z kolorowych resztek wełny. Na piękny las otaczający ośrodek mogły tylko popatrzeć przez okna. Maryla opowiadała, jak obserwowały biegające po konarach drzew wiewiórki, kiedyś widziała mamę-wiewiórkę przenoszącą w pyszczku swoje młode…

Internowanych pilnowali milicjanci, z reguły zachowujący się przyzwoicie. Wartę na zewnątrz pełnili młodzi żołnierze, z którymi, jak twierdziła Maryla, relacje były pozytywne. W zimowe, mroźne noce kobiety robiły im kawę, którą następnie w słoikach uwiązanych na sznurkach spuszczały przez okno.

Gdy Maryla i jeszcze jedna z kobiet zachorowały, zezwolono im na pobyt w pobliskim szpitalu, na czas potrzebny do wyleczenia. Tu, w szpitalu nie pilnowali ich strażnicy, można było nawet na krótki czas wyjść na zewnątrz.

30 czerwca 1982 roku Maryla otrzymała miesięczną przepustkę z internowania. Maryla nie wróciła już do ośrodka odosobnienia, ponieważ generał Jaruzelski wydał decyzję o zwolnieniu z internowania wszystkich kobiet z dniem 22 lipca. Było to wówczas święto o nazwie „Odrodzenia Polski”, symboliczna data przejęcia władzy przez komunistów w 1944 roku.

Listopad 1982 roku był miesiącem szczególnym. Dziesiątego tego miesiąca zmarł Leonid Breżniew. W tym dniu przypadała rocznica rejestracji NSZZ Solidarność, planowana była manifestacja. Zapewne dlatego o śmierci Breżniewa oficjalnie poinformowano dopiero następnego dnia. Maryla w tym czasie znów przebywała w szpitalu z powodu planowanej wcześniej operacji laryngologicznej. Termin wybrała chyba też dlatego, że obawiała się ewentualnych prewencyjnych aresztowań związanych z rocznicą.

Frauenblick: Im Sumpf

Monika Wrzosek-Müller

Die Coronazeit, die Quarantäne hat uns auf die neuen Fernsehmöglichkeiten aufmerksam gemacht, vor allem in Prag, wo wir von öffentlich-rechtlichen Fernsehanstalten nur ARD in unserem Appartement empfangen konnten. So lernten wir Netflix kennen, manchmal auch schätzen, und schauten uns einige Produktionen an, die sonst wahrscheinlich an uns vorbeigegangen wären.

Unter den unendlich langen, in vielen Staffeln und Folgen (ja, man lernte das entsprechende Vokabular dazu kennen) und immer wieder neu gedrehten Filmen stach für mich eine kurze und spannende polnische Serie (mit nur 5 Folgen) heraus. Zugegeben, zuerst haben mich vor allem die Namen auf dem Abspann neugierig gemacht – lauter Söhne bekannter polnischen Film- und Theaterleute: Jan Holoubek, der Sohn vom Gustav Holoubek, und Magda Zawadzka (an die beiden kann sich meine Generation wunderbar erinnern), Kasper Bajon, Sohn von Filip Bajon; als Hauptdarsteller Andrzej Seweryn. Es handelt sich um eine polnische Produktion für Netflix, gedreht 2018, in Deutschland zu sehen erst ab 2020: Rojst, Witaj w polskim bagnie, [Im Sumpf] unter der Regie von Jan Holoubek.

Auch wenn ich sagen würde: der polnische Sumpf war damals vielleicht nicht so sumpfig, ist die Produktion durchaus gelungen. Man fühlt sich richtig in die frühen 80er Jahre versetzt, mit ihrer Tristesse, Hoffnungslosigkeit und Hässlichkeit; fast kam mir der Gedanke, ob es denn wirklich so schrecklich um uns herum war oder ob es um eine gewollte Überhöhung für filmische Zwecke ging, und dann gab ich mir die Antwort selbst; meine fast krankhafte Liebe und Aufmerksamkeit für das Schöne, für die Schönheit stammt wahrscheinlich daher. Im Film spielen brutale menschlichen Beziehungen, wo der Sinn für Wahrheit und moralische Normen und Menschlichkeit längst verschwunden ist (wo war denn die viel beschworene polnische katholische Kirche?) eine große Rolle. Die Natur um die Kleinstadt in Schlesien, wo die Handlung spielt, ist auch morastig und undurchdringlich, zwar nicht sumpfig (wäre noch besser), doch auf jeden Fall geheimnisvoll. Es waren die Jahre der Dunkelheit, des Kriegszustandes, in denen viele Leute aus dem Land emigrierten, fortgingen. Das alles wird fast bis ins Surreale gesteigert, dazu kommt eine Handlung, die sich für einen Krimi vielleicht zu langsam und unspektakulär entwickelt, aber die mit Fetzen der Erzählung aus der Vergangenheit, aus den direkten Nachkriegsjahren durchsetzt ist und dadurch noch geheimnisvoller wirkt. Die Geschichte von den vertriebenen Deutschen, die in einer Nacht und Nebel-Aktion aus den Häusern geholt wurden, in einen Wald, in ein Lager gezwängt und da ihrem Schicksal überlassen, litten, ist vielleicht auch zugespitzt, doch sie macht neugierig. Darüber herrscht natürlich im Film, wie tatsächlich auch in der Nachkriegswirklichkeit, großes Schweigen, nur die Namen, im Film in die Rinde der Bäume eingeritzt, mit den Jahren fast unsichtbar geworden, zeugen von den Ereignissen und das Leuchten über den Feuchtgebieten, im Wald, sendet ihre Botschaften.

Noch mal von vorne: die Handlung spielt in einer kleinen Stadt, irgendwo in Schlesien, Anfang der 80er Jahre. Im Wald nahe dem Städtchen werden ein Sportfunktionär für Jugendliche und eine Prostituierte tot aufgefunden. Die Ermittlungen dauern nicht lange und die Polizei nimmt einen Verdächtigen fest, den Mann der Prostituierten, der, mit dubiosen Methoden verhört, die Tat gesteht, so dass die Miliz den Fall ad acta legen kann. Man nimmt den angeblichen Täter fest und liefert in die geschlossene Psychiatrie ein. Doch zwei Journalisten der lokalen Zeitung, die darüber berichten wollen, stoßen auf Ungereimtheiten und neue Verdachtsmomente; wie es der Zufall will, kommt ein junger Praktikant aus Kraków, dessen Vater ein bekannter politischer Apparatschik ist, bei der Lokalzeitung zum Einsatz. Er wird von einem älteren, profilierten Kollegen betreut. Die beiden ermitteln gegen die Anweisung des Chefredakteurs in dem Fall weiter. Letztlich beschäftigt sich damit nur noch der junge, unerfahrene und naive Journalist auf eigene Faust und stößt auf einen Sumpf von Verflechtungen, Verwicklungen und bedrohlichen Situationen. Es sterben noch zwei Jugendliche und ein Metzger wird aufgehängt, der Fall endet mit einer richtig sumpfigen Lösung, die ich hier nicht verraten will.

Es ist aber nicht die kriminalistische Handlung, die für die Story den Ausschlag gibt. Es ist die Szenerie, die dunklen Bilder, die oft so düster sind, als ob sie durch einen Grauschleier gedreht worden seien; auch die Musik untermalt die dunklen Momente. Sogar die jugendliche Liebe muss diesem fatalistischen und hoffnungslosen Hauptstrang geopfert werden, sie fügt sich in die Reihe der Katastrophen, die auf dem Bildschirm passieren. Einzig der junge Journalist aus Kraków und seine schwangere Frau kommen unversehrt, wenn auch mitgenommen, aus der Geschichte heraus; sie sind der einzige Lichtblick, die einzigen Hoffnungsträger in der Geschichte. In dem ganzen Film scheint niemals Sonne über die Landschaft, es ist finster, düster aber stimmungsvoll und, wie ich am Anfang gesagt habe, wahrscheinlich so, wie es am Anfang der 80er Jahre in Polen wirklich war.

Ich kann die Serie guten Gewissens empfehlen, nicht nur polnischen Zuschauern.

Okolicznościowo 2

We wczorajszym wpisie Autor pisał o podziemnej szczecińskiej efemerydzie wydawniczej, “Jednodniówce bezokolicznościowej”, dziś  – o innej własnej i niezależnej publikacji podziemnej w stanie wojennym. Oba wpisy są oczywiście przypomnieniem, że dziś to wczoraj, tylko jeszcze gorzej. Bo wtedy dokładnie wiedzieliśmy, kto pierwszy był za a kto przeciw. I tak jak słowami Moczulskiego śpiewał Grechuta, wiedzieliśmy, gdzie mamy być i my. Teraz już trudniej to wiedzieć. 35 lat temu nikt już nie wierzył w Komunę, nawet komuniści w nią nie wierzyli, a teraz dostaliśmy się w łapy tych, którzy wtedy mogli spać za długo.

Zanim jednak oddam głos autorowi, aby uczcić pamięć tamtego dnia i wszystkich, które potem przyszły, pozwolę sobie przypomnieć naszego barda i polskiego Boba Dylana:

Kto pierwszy szedł przed siebie?
Kto pierwszy cel wyznaczył?
Kto pierwszy w nas rozpoznał —
Kto wrogów? Kto przyjaciół?
Kto pierwszy sławę wszelką i włości swe miał za nic?
A kto nie umiał zasnąć nim nie wymyślił granic?

Kto pierwszy w noc bezsenną wymyślił wielką armię?
Kto został bohaterem? Kto żył i umarł marnie?
Kto pierwszy został panem? Kto pierwszy został sługą?
Kto musiał wstawać wcześnie, a kto mógł spać za długo?

Ryszard Dąbrowski

„Niezależny Samorządny Informator”, tytułowany również „nsi”

Organ prasowy jednoosobowej „agencji informacyjnej” miasta Szczecina utworzonej przez Ryszarda Dąbrowskiego, który był jego jedynym redaktorem.

Celem tego „pisemka” było przełamanie jednostronnego i tendencyjnego monopolu mediów komunistycznych.

Dąbrowski zbierał informacje o aktualnych wydarzeniach na terenie Szczecina i publikował je w biuletynie „nsi”, który przepisywany był na maszynie do pisania, obustronnie na przebitkowym papierze, w nakładzie 8 egzemplarzy (tzn. oryginał i 7 kopii).

Dostarczycielami informacji do tego pisma byli:

– z Politechniki Szczecińskiej – dr Jerzy Słonecki oraz także tam pracująca jego żona Alina,
– z więzienia w Potulicach, gdzie odbywali wyroki szczecińscy działacze „S”, żona jednego z tam uwięzionych, Sławomira Milczanowska,
– z ośrodka dla internowanych w Wierzchowie – żony tam uwięzionych,
– z terenu Stoczni Szczecińskiej – Longin Komołowski,
– ponadto wykorzystywane były informacje zbierane od znajomych Dąbrowskiego, którzy byli świadkami różnych wydarzeń, a których nie informowano, iż ich relacje zostaną opublikowane.

W miarę możliwości Dąbrowski starał się, informacje te, przed ich opublikowaniem, weryfikować.

Biuletyn ten przekazywany był do warszawskich pism: „Tygodnika Wojennego” i „Tygodnika Mazowsze” oraz szczecińskich „Feniks”, „Prolet”, „Biuletyn Informacyjny” i „Z podziemia”.

Dąbrowski znajdywał niekiedy przedruki ze swojego serwisu informacyjnego w w/w pismach, i tak w „TW” wykorzystano jego teksty w numerach: 26, 29, 30, 34, 35, 41 i 44, w „TM”: 27 i 28 oraz „Z podziemia” w numerach 12, 13 i 15. Przedruków tych tekstów musiało być znacznie więcej niż tutaj podano, jednak redakcja otrzymywała te pisemka nieregularne, co uniemożliwiało pełną ich weryfikację.

nsi” otrzymywali także, poprzez ks. Stanisława Małkowskiego, dziennikarze z telewizji niemieckiej i francuskiej akredytowani w Warszawie.

Pierwszy numer „nsi” ukazał się w maju 1982 r. a ostatni w połowie grudnia 1982 r. i nosił numer 17.

30 grudnia 1982 Ryszard Dąbrowski wyemigrował z Polski.

Nie zarchiwizował on niestety poszczególnych wydań tego biuletynu i ich nie zreprodukował, i tak wiatr historii zmiótł z powierzchni ziemi prawie wszystkie jego wydania, poza dwoma numerami (12 i 15). Tutaj ich reprodukcje:

nsi-12 nsi-15

Okolicznościowo

hallo,

w stanie wojennym “bawiły”, mnie, młodego prowokatora, różne niedozwolone dzialania.
ślady tych poczynań można niekiedy napotkać w różnych książkach czy stronach internetowych oraz archiwach i nie zawsze odpowiadają one zaprzeszłej rzczywistości.
z tego też względu pstanowiłem krótko dać im świadectwo. powodowało mną też to, aby w przyszłosci, kiedy mnie już nie będzie, jakiś “ziutek” nie stwierdził: “to moje, to ja to robiłem“.
tutaj krótka historia “jednodniówki bezokolicznościowej” oraz skany wszystkich posiadanych jednodniówek od nr. 1 do 8.
brak jeszcze numeru 9. kazik jordan twierdzi, że przeszukał już swoje archiwum, ale go nie znalazł.
ale nie traćmy nadziei…
może kiedyś, za sto lat, znajdzie się gdzieś jej egzemplarz.osobnym e-mailem posylam bardzo szczątkową dokumentację jeszcze jednego periodyku przy którego egzystencji “maczałem palce”, czyli “nsi”.*
ha… to były czasy…
komuniści ścigali nas z pepeszami w ręku, śnieg po szyję, a my w zboże i kukurydzę uciekliśmy im do lasu do naszych ziemianek i sanitariuszek.
na shledanou.
uściski.
r.

Ryszard Dąbrowski**

„Jednodniówka bezokolicznościowa”

 „Jednodniówka bezokolicznościowa” była ciekawą efemerydą na „podziemnym” rynku prasowym w Szczecinie, a być może i w całej Polsce. W dużej części humorystyczne, surrealistyczno-anarchistyczne i ekstrawaganckie pismo wyróżniało się szatą graficzną i licznymi rysunkami.

Wydanych zostało dziewięć numerów, drukowanych techniką sitodruku, przy pomocy farby drukarskiej „zmiękczanej” pastą do prania „Komfort”, w nakładach po 1.000 egzemplarzy. Drukarzem pierwszych czterech numerów, aż do zaaresztowania go w dniu 13 kwietnia 1983, był Piotr Jarocki.

Pod koniec listopada 1982 roku, Ryszard Dąbrowski, który był w trakcie finalizowania formalności związanych z wyjazdem „na stałe” z Polski, na pożegnanie, wraz ze swoim kolegą Longinem Komołowskim, opublikował obustronną ulotkę formatu A4. Pomysłodawcą nazwy dla tej ulotki był Dąbrowski.

W „Jednodniówce bezokolicznościowej”, z datą 23.11.82, w myśl zasady: mamy godność, honor i jesteśmy przeciwko, zamieszczony został apel Aleksandra Sołżenicyna, aby żyć w prawdzie i z honorem. Pismo to niejako z rozpędu oznaczone zostało numerem „1?

1dniowka

Później były jeszcze dwa wydania, a jeszcze później sześć.

Kolejne wydanie pisma (29.11.82) zostało opatrzone numerem „2!

Powstało ono w niecodzienny sposób. Ryszard Dąbrowski zainspirowany humorystyczną prasą konspiracyjną z okresu drugiej wojny światowej wymyślił jej paralelę. W mieszkaniu Komołowskiego, stymulując się pół litrem wódki, w obecności niepijących Longina i jego żony Zosi, „stworzył” ten numer samodzielnie. W miarę opróżniania butelki, gospodarze zmuszeni byli hamować jego eskalujące wulgaryzmy. Wtedy też, z rozpaczy, że „redakcji” brak odwagi i determinacji, aby powtórzyć gest Jana Palacha, Dąbrowski wymyślił nazwę dla drukarni Jednodniówki, a właściwie jej drukarza P. Jarockiego: „drukarnia im. J. Palacha”.

Trzeci numer ukazał się z datą 09.12.82 i zamieszczono w nim karykaturę Jaruzelskiego, zainspirowaną rysunkiem ze szwajcarskiej gazety.

Po wyjeździe R. Dąbrowskiego z Polski, jego miejsce w redakcji zajął Radzimierz Nowakowski (autor szeregu rysunków do kolejnych wydań pisma), który wraz z Komołowskim wydal czwarty numer pisma (27.01.83).

Kolejne numery, od piątego do ósmego (17.02.83, 27.09.83, 09.12.83, 14.12.83) redagowali: Radzimierz Nowakowski, Piotr Jassem i Kazimierz Jordan.

Po wyjeździe Nowakowskiego do Szwecji i Jassema na kontrakt do Libii, Kazimierz Jordan zredagował jeszcze samodzielnie dziewiąty numer tego periodyku. Jest on szczególnym białym krukiem, gdyż drukarnię zdążyło opuścić tylko kilkadziesiąt egzemplarzy, a cały pozostały nakład został skonfiskowany przez Służbę Bezpieczeństwa podczas rewizji.

Kazimierz Jordan nie kontynuował już tego swoistego pomysłu wydawniczego i zajął się „poważną” publicystyką oraz działalnością opiniotwórczą.

_______________________

** tekst zostanie opublikowany jutro w osobnym wpisie
** w oparciu o wspomnienia K. Jordana, M. Paziewskiego oraz własne

_______________________

Kolejne numery jednodniówki jako pliki pdf:

jb-1 jb-2 jb-3 jb-4 jb-5 jb-6 jb-7 jb-8

Reblog: Drobnostka

Magdalena Parys o Marianie Stefanowskim
na blogu tygodnika “Zwierciadło”; kiedyś

Historia I. Człowiek z historią

BILLY_WILDER_-13Poznałam go kilka lat temu temu. Umówiliśmy się na zdjęcia. Potrzebne było mi chociaż jedno, jakiekolwiek. Wsiadł do mojego samochodu i od razu pomyślałam, że go lubię.
Ja gadałam. On milczał. Potem powiedział parę zdań. Zamilkłam, aż do końca naszej wspólnej drogi. Po tych paru zdaniach nie widziałam w nim fotografa, zdjęcie też już nie było ważne. Ciekawy był ON. Człowiek z historią.
W Polsce pracował dla różnych wydawnictw prasowych. Był fotoreporterem na etacie starszego fotoreportera.
Przyjechał do Berlina Zachodniego wiele lat temu na jeden dzień, aby zakupić lampę błyskową do aparatu fotograficznego. Kilka dni później umówiony był na reportaż z Catherine_Deneuvemłodymi gwiazdami jazdy figurowej na lodzie i mistrzyniami kraju w gimnastyce artystycznej. Bez lampy ani rusz.
W Berlinie zatrzymał się u znajomych dosłownie na jedną noc. W sobotę zakupił lampę METZ 45CT i chciał wracać do domu. Ale znajomi mówią: co będziesz tak zaraz wracał, chodź z nami do znajomych! Poszedł do tych znajomych. Zima stulecia, zimno jak diabli. Przespał się u nich, z nimi razem w dużym małżeńskim łóżku, młodzi studenci, mieszkanie na Kreuzbergu, samo życie.
Następnego dnia czas wyjeżdżać. Poszedł jeszcze na pchli targ, kupił parę płyt i szykuje się z powrotem do Polski. A tu znajomi mówią, że w Polsce wojna.
DANNY_DE_VITO_-6– Jaka wojna, czyja? – pyta.
– Wojna!
Dzwoni do Polski. Telefon głuchy. Na polskich falach radiowych – Chopin. Ktoś coś wie? Nikt nic nie wie. Może żart? Chyba żart. Trzeba przeczekać.
– I tak czekałem, męcząc siebie i innych. Wyszedłem z domu 11 grudnia 1981 roku w zimę stulecia i do dziś nie wróciłem. Jak ten facet z tego żartu, co wyszedł po papierosy.
Nie zaśmiał się, ja też nie.
Poszliśmy robić zdjęcia.

Historia II. Człowiek ze zdjęciem

Daniel_OlbrychskiNie umiem pozować do zdjęć. Poza tym nie mogłam się skoncentrować, ponieważ myślałam przez cały czas o historii byłego fotoreportera na stanowisku starszego fotoreportera. Marian nie tracił cierpliwości. Szukał odpowiedniego światła. Tyle zdjęć już zrobił, ja tysiąc póz, ale widzę, nic mu się nie podoba. Mijają godziny, ja już nie mogę, za chwilę ma przyjechać po niego przyjaciel i zawieźć ze sprzętem do domu, bo wiadomo, zdjęcia, to nie tylko aparat, to statywy, lampy i jakieś sztuczne światła w postaci wielkiego czegoś srebrnego i metrem się tego nie przewiezie.
Przyjechał nasz wspólny przyjaciel i czeka. Marian dalej robi zdjęcia. Przyjaciel wzdycha, zjada ciasto, wypija kawę i macha ręką.
– On tak zawsze!
Gregory_Peck_I teraz znajmy opowiada mi ciąg dalszy historii. Mariana.
Marian znalazł się w Berlinie Zachodnim bez szczoteczki do zębów za to z lampą błyskową. Obce miasto, obcy język. Rok 1981 i nie ma dokąd iść, co ze sobą zrobić. Odpowiadam temu przyjacielowi, że pewnie gdzieś tam w końcu zamieszkał, coś ze sobą robił. Jestem spocona, głodna i chyba naprawdę niefotogeniczna. Marian dalej szuka światła. Jaki miły – światła szuka.
– No zamieszkał. Przychodzę do niego, wieszam przy ścianie na haku kożuch, a kożuch przymarzł do ściany, wyobrażasz sobie?
Nie za bardzo.
Isabelle_Rossellini.1748– Jest! Mam to zdjęcie! To jest TO zdjęcie – przywołuje nas do siebie Marian. Wygląda naprawdę na szczęśliwego.
Potwierdzają się moje obawy. Trzeba blisko tysiąc zdjęć, żeby machnąć mi jedno dobre. Pakują, jadą.
Marian wysyła mi następnego dnia zdjęcia. Nie jedno. Kilkadziesiąt. Wszystkie są… niesamowite. To ja? Nie wiem, które wybrać na okładkę książki.
Po jakimś czasie spotykam Mariana. Chcę, żeby mi opowiedział, jak dalej się jego sprawy w Berlinie potoczyły. Mówi, że różnie bywało i pyta, kiedy zrobimy zdjęcia u niego w studio, bo przydałyby się inne. Pewnie, że zrobimy i pytam znów o to samo, więc mówi, że w Jodie_Foster_31982 roku pracował dla różnych wydawnictw emigracyjnych, a pięć lat później otrzymał propozycją z FDK Arsenal. Chodziło o naprawienie i przygotowywanie do pokazu filmów archiwalnych. Po roku zapytano go, czy nie zechciałby poprowadzić całego archiwum. Dowiaduję się, że rozpoczął od 750 filmów, dzisiaj archiwum posiada ich ponad 14 tysięcy. Większość to unikaty, jedyne takie kopie na świecie, w latach 60 i 70 kręciło się na tak zwanej odwrotkach, czyli na filmie pozytywowym. Film bez negatywu.
Pyta czy rozumiem. Nie rozumiem.
Rozumiem tylko, kiedy mówi, że to po USA drugie co do wielkości archiwum filmu eksperymentalnego na świecie. I to jeszcze, że dla niego najważniejszą sprawą jest doprowadzenie kopii do stanu projekcji. Pytam o ręce. Chowa je za siebie. Ręce KRZYSZTOF_KIESLOWSKI_-6zniszczone, bo wciąż kontakt z chemią. Alergie się porobiły. Zmienia temat. Jest najszczęśliwszy na świecie, kiedy może doprowadzić taki stary film do używalności. Pytam o zdjęcia. Odpowiada, że takie tam drobnostki jeszcze robi, wystawy na przykład.
Rozmawiam o tych „drobiazgach” ze znajomymi. Okazuje się, że Marian współpracuje na stałe z Niemieckim Muzeum Kinematografii Filmowej i Telewizyjnej w Berlinie. Wykonuje najróżniejsze prace do katalogów, wystaw, publikacji.
– W tym MUZEUM na Potsdamer Platz?
– W tym.
Liv_Ulmann_-Norwegen_1994Aha. To zapewne jedna z tych „drobnostek”, jak i ta, że pierwszą wystawę miał w Berlinie już w 1985 roku, a w roku 1988 zaczął wystawiać prace z tak zwanej „GUMY”. Dowiaduję się też zupełnie przypadkiem, że to jeden z najbardziej ulubionych fotografów Catherine Deneuve. No pewnie, cóż w tym dziwnego. Marian dalej mówi o tych swoich archiwach, o zdjęciach jakiegoś tam Billy Wildera czy Alana Delona ani słowa.
Marian ciekawi mnie coraz bardziej jako fotograf. Piszę do niego maila i pytam o te wystawy, odpowiada, że nic wielkiego, nic takiego i że Sophia_Loren_7kiedyś lubił kręcić, kiedyś dawno temu, reportaże kamerą 35 mm, ale to było tak dawno, że nie wie, czy to prawdziwe było, pamięta tylko kamerę. Prawdopodobnie powróci do tego, zbliża się bowiem nieuchronnie czas dojrzewania do niedosłyszenia, niedowidzenia, wypadania włosów i… to będą wspaniałe filmy, lekko nieostre, ale za to … O wystawach, zdjęciach i ciekawych ludziach, których spotyka ani słowa. Znów naciskam, ale widzę, że nie chce już o tym mówić, twierdzi że jest tylko dobrym fachowcem, tak jak inni w swoim zawodzie. W odpowiedzi pytam o zdjęcia z „gumy”. Specjalnie o tę technikę pytam, bo wiem, że to jego ulubiona. W ten sposób Daniel_Olbrychskiwywoływano zdjęcia 150 lat temu. Przesyła wreszcie… Zobaczcie sami….

***
Fotografie Marian Stefanowski. Z góry na dół: Billy Wilder, Catherine Denevue, Danny de Vito, Daniel Olbrychski, Gregory Peck, Isabelle Rossellini, Jodie Foster, Krzysztof Kieślowski, Liv Ullmann, Sophie Loren, Tom Hank. Zdjęcia wykonane techniką odbitek na gumie. Na swojej stronie internetowej Marian pisze:
Gum printing is an old photographic process which experienced its heyday at the turn of the century. The term ‘art photography’ is inseparable from the technique of gum printing. It was used because, unlike pure photographic printing, it opened up a number of creative possibilities. It allowed one to alter, deliberately emphasise or subdue shades of colour and creates pictures according to one’s own specifications.

Więcej o MarianieXXXXX Więcej o Magdzie

Zbyszek

Roman Brodowski, O moim bracie

Zbigniew Brodowski ur. 10.01.1955 w Gdańsku,

działacz Solidarności, v-ce przewodniczący Komitetu Więzionych za Przekonania w stoczni im. Lenina. Uczestnik strajku głodowego zorganizowanego w proteście przeciwko więzieniu za przekonania polityczne, który odbył się w Akademii Medycznej w Gdańsku w maju 1981 roku.
Do stanu wojennego zajmował się kolportowaniem prasy oraz ulotek. Rozwieszał plakaty na terenie byłego powiatu tczewskiego. W domu jego matki Teresy Brodowskiej zamieszkałej w miejscowości Pszczółki, pełniącej funkcję przewodniczącej NSZZ Solidarność w zakładach pralniczych „Śnieżka“ z siedzibą na Oruni, znajdował się punkt spotkań kolporterów, oraz skład materiałów do kolportażu.
Internowano go 13 grudnia 1981 roku o godzinie 4°° w obecności żony oraz maleńkich dzieci. Zakutego w kajdanki policyjną „suką“ wywieziono do obozu w Strzebielinku.

O miejscu jego pobytu rodzina dowiedziała się po siedmiu tygodniach.
Ze względu na stan zdrowia oraz sytuację rodzinną 14.02. 1982 zwolniono go do domu.
Za szkodliwą działalność przeciwko państwu polskiemu, otrzymał tak zwany wilczy bilet (w jedną stronę) czyli paszport na wyjazd z kraju bez prawa powrotu.
Wraz z rodziną wyjechał do Berlina Zachodniego pod koniec maja 1981 roku.

W Berlinie wraz z innym Polakami spontanicznie uczestniczył w organizowaniu pomocy (w formie paczek żywnościowych) na rzecz naszych rodaków potrzebujących materialnego wsparcia w Polsce.

Odszedł z własnej woli w wieku 43 lat, w Berlinie, w grudniu 1998 roku, pozostawiając troje dzieci.
Został pochowany na cmentarzu katolickim w Berlinie-Reinickendorf.

Roman Brodowski
Przed burzą

Mojemu Bratu

To był piękny chociaż bardzo niespokojny wieczór, piątek 11 grudnia 1981 roku. Przyjechałem ze Śląska do domu rodzinnego na kilka dni, by podzielić się moimi obawami dotyczącymi najbliższej przyszłości z moimi bliskimi, biorącymi aktywny udział w bodajże największym po zakończeniu drugiej wojny światowej konflikcie socjalno-politycznym zaistniałym pomiędzy społeczeństwem a polskim rządem, innymi słowy, między „Solidarnością“ a komunistyczną władzą PRL-u.

Wiedziałem, że coś niedobrego wisiało w powietrzu. Kilka dni wcześniej mój serdeczny przyjaciel (którego traktowałem niemalże jak drugiego ojca), podpułkownik w stanie spoczynku, A. Humański, wiedząc o działalności mojej mamy i brata w „Solidarności“, przestrzegł mnie przed czymś, co miało wkrótce nastąpić, a czego on sam wówczas jeszcze nie rozumiał. Otóż niespodziewanie, mimo nienajmłodszego już wieku, otrzymał powołanie do wojska w trybie natychmiastowym. W ciągu czterdziestu ośmiu godzin miał się zgłosić do wyznaczonych koszar. Mobilizacja taka (jak mi wytłumaczył) mogła nastąpić tylko w przypadku bezpośredniego zagrożenia państwa, wewnętrznego lub zewnętrznego.

Siedzieliśmy z bratem, rodzinnie, przy stole, rozmawiając o problemach, z jakimi przyszło nam się borykać w tym kończącym się 1981 roku. Zbyszek długo opowiadał mi o tym, jak to pięknie będzie, gdy związek zawodowy rozłoży „komuchów“ na łopatki. Mówił o historycznej szansie, jaka została nam dana, abyśmy się mogli uwolnić spod wpływu i dominacji ZSRR, o sile w jedności narodowej, dzięki której jesteśmy w stanie zmienić sytuację polityczną kraju. Był dumny z tego co robi i (jak powiedział) przekonany o słuszność swojej walki.
Gdy słuchałem jego relacji dotyczących organizacji strajku głodowego, jaki miał miejsce w akademii medycznej w Gdańsku, trwającego od maja do lipca tego roku, o jego przebiegu, o szczytności celu, jakim był protest w obronie więzionych za przekonania, zrozumiałem, że nie mam prawa, by go w jakikolwiek sposób zawracać z obranej drogi. Z jednej strony byłem dumny z jego działalności, z drugiej zaś ogarniał mnie niesamowity strach o niego, o jego rodzinę, jego młodą żonę oraz malutkie jeszcze dzieci.
Ja niestety nie byłem takim jak on bezkrytycznym i niepoprawnym optymistą. Wiedziałem (i to nie tylko z historii) o tym, jak Układ Warszawski, na mocy klauzuli zawartej w umowie i podpisanej przez wszystkich członków tego paktu, potraktował narody Węgier w 1956 roku oraz Czechosłowacji w 1968, gdy te próbowały wydostać się spod opiekuńczych skrzydeł wielkiego i znienawidzonego brata, gdy upomniały się o prawo do samostanowienia.

Byłem przekonany, że po tym jak w Bydgoszczy jeden z przedstawicieli NSZZ nawoływał do siłowego rozprawienia się z czerwoną, jak określił hołotą, Rosja, w ramach „braterskiej pomocy“ przy udziale związanych układem militarnym państw powtórzy scenariusz z pięćdziesiątego szóstego roku i jako obrońca jedynego „słusznego“ ustroju, rozpocznie czystki z wrogim klasowo elementem.

Ja sam, chociaż nie uczestniczyłem czynnie w tej konfrontacji narodu z władzami, to jednak dzięki kilku wierszom popierającym patriotyczne działania mające na celu uzyskanie suwerenności kraju, jakie napisałem, a które pod osłoną nocy zostały przyklejone na kopalnianych murach w „Dymitrowie“, na „Rozbarku“ i „ Bobrku“ w Bytomiu – też czułem się nieco zagrożony, co jednak było niczym w porównaniu do obaw o przyszłość mojego Brata.
Wieczorem następnego dnia wyruszyłem w drogę powrotną na Śląsk. Do domu powróciłem mroźnym porankiem 13 grudnia. W progu czekała na mnie moja kochana (przybrana) starka*, u której wynajmowałem pokój. Wtuliła się w moje ramiona i przełykając łzy powiedziała:
– W telewizji powiedzieli, że jest wojna. Co z nami będzie synoczku ? – Podniosłem oczy do góry i zobaczyłem pustą przestrzeń. – Boże, dlaczego? – odparłem półszeptem.

* starka – babcia w gwarze śląska cieszyńskiego
Żory 18.03.1983

Ballada o grudniowej niedzieli

To była zwyczajna sobota
Zimowy mroźny wieczór
Na stole pachnąca kolacja
I dzieci siedzące przy piecu.

Za oknem wiatr chłodno tańczył
W gwieździstym balecie nieba
W kuchni zaś ciepło, przytulnie…,
Na ścianie krzyż ulepiony z chleba

Jutro znów będzie niedziela
To już trzynasty dzień grudnia
I czas na wspólną zabawę
Rodzinnie, do południa.

Więc jeszcze dziecięce uśmiechy
Bajeczka na nockę spokojną
Wieczorna z tatą modlitwa,
I sen, – prawdziwa wolność.

*********

Godzina czwarta nad ranem
Przed dom radiowóz zajechał
Ktoś głośno do drzwi zapukał,
Pies niespokojnie zaszczekał…

Weszli do domu, z hałasem
Milicja i młody żołnierzyk
Zaczęli szperać po kuchni
Wśród garnków, wśród talerzy.

Następnie w ciszy, bez słowa
Podeszli do ojca, do męża
Chwycili go mocno za ręce,
Zaczęli do bólu wykręcać

Włożyli stalowe kajdanki,
Jak zwyczajnemu bandycie,
A przecież on walczył o jutro
O lepszą przyszłość, o życie.

Wywlekli go z domu, bez palta
Wsadzili do suki więziennej…,
I szybko ruszyli w nieznane
Gdzie? O to i pytać daremnie

A dzieci w matkę wtulone
Jak małe bezbronne pisklęta
Patrzyły ze łzami w oczach
Ten dzień będą zawsze pamiętać.

Tak, miała być piękna niedziela,
Rodzinnie, aż do południa
A teraz, – no właśnie teraz…,
Teraz trzynasty jest grudnia.

Co będzie jutro? – nie wiemy
Gdzie nasi najbliżsi? – nie znamy
Kolejny dramat w Ojczyźnie!
Nie płaczcie dziatki – wytrwamy!

Żory, 17 grudnia 1981

Tak trudno o tym mówić

Trudno uwierzyć w przyszłość
Gdy hańbą umiera przeszłość.

Trudno uwierzyć w niebiosa
Gdy wiara leży w rynsztoku.

Ty uwierzyłeś w lepsze jutro,
Choć fałsz tańczył wokół Ciebie,

Karmiłeś wilcze stado nadzieją
Chociaż kąsało twe dłonie.

Ja? – ujrzałem prawdę w jej nagości
Kąpiącą się w ludzkim bezwstydzie,

Przyszłość żebrzącą o wsparcie
Dla dobra dziwnej niewiadomej.

Moja nadzieja odeszła w raz z tobą
Zbyt słaby jestem, by wierzyć.

Wilki wyrosłe na twych cierpieniach
Rozszarpują resztki naiwności.

Nie! – nie znalazłem wybaczenia,
Choć mnie o to prosiłeś – Bracie

Berlin 17.01.1998

Jubileusz

Ewa Maria Slaska

andrzejandrzej2

Andrzej Piwarski
i Barbara Ur wzięli ślub przed 50 laty. O Barbarze i jej niezwykłych rzeźbach pisałam już tu. Dziś wpis o Andrzeju. Skończył w tym roku 75 lat. Zaczął studia w roku 1960. Pierwszą wystawę miał w roku 1967.  Jesienią ich odwiedziłam. Odpowiadają i opowiadają. Robią to świetnie, choć zupełnie inaczej – Barbara cicho i krótko, celnie puentując wypowiedzi. Andrzej wspaniale i panoramicznie, wpisując się w długą tradycją polskiego gawędziarstwa.

Ile razy dorwę się do głosu, pytanie się odmienia, prowadzi rozmowę do kolejnego etapu życia obojga twórców. Siedzimy w ich mieszkaniu, potem idziemy do pracowni. Cudowne wnętrza, pełne najwspanialszej sztuki. Malowane świątki i ludowe obrazy z XVII wieku, krzyżyk, którym błogosławił Niemców przebrany za księdza ślepy ojciec artysty, wyprowadzając siebie i syna ze spalonej Warszawy do Pruszkowa. Ceramiczne gobeliny Barbary, jej rzeźby bogiń-księżniczek z włosami z łańcuchów.

andrzej3aJuż o tym pisałam, ale cóż, czasem nie ma wyjścia – trzeba się powtarzać. Ach, mieć pieniądze, kupić te boginie, ustawić w ogrodzie przed domem, powiesić w oknach tego nieistniejącego domu obrazy Andrzeja, tak by widać je było z ogrodu, zaprosić ludzi, powiedzieć im, patrzcie i nie zapomnijcie, że jesteście głupkami. Wydaje się Wam, że to co robicie jest taaakie ważne. A tymczasem, moi drodzy, ważna jest tylko sztuka. Ważni są tylko twórcy. Nikt nie pamięta, jak nazywali się politycy czy urzędnicy w Paryżu w roku 1918 roku, a przecież na pewno w swoim czasie byli ważni i o rozmowę z nimi zabiegali ambasadorzy i konsulowie. Nikogo już te osoby nie obchodzą, ale każdy Europejczyk wie, że w listopadzie 1918 roku w wydawnictwie Gallimard ukazał się drugi tom W poszukiwaniu straconego czasu Marcela Prousta, pierwsza francuska, a zapewne także europejska książka wydana natychmiast po zakończeniu I wojny światowej. Ten fakt w tym roku też obchodzi jubileusz.

andrzej3Andrzej obchodzi jubileusz, albo raczej obchodzić go będzie za dwa tygodnie. Ale jubileusz to też pojęcie teoretyczne, bo co to jest jubileusz i jak się go liczy? Nie ma problemu, gdy jest to na przykład rocznica przyznania Nagrody Nobla Wałęsie. Wiadomo, dostał ją 5 października 1983 roku, minęło 30 lat, Wajda nakręcił film, 4 października 2013 roku z okazji jubileuszu odbyła się polska premiera filmu i tak dalej, i tak dalej… Jubilat i jego rodzina mieli zresztą z Noblem dla Wałęsy też coś do czynienia, bo zorganizował w Oslo wielką wystawę w ratuszu, na przeciwko budynku uniwersytetu, gdzie 10 grudnia w imieniu Wałęsy Danuta odbierała nagrodę. Wystawa Piwarskich była jedyną polską akcją zorganizowaną z tej okazji w Oslo. Składał się na nią cykl Andrzeja “Ślady, myśli, nadzieje. Polska 1970-1981”, prace Barbary oraz prace ich syna, Krzesisława Piwarskiego i jego akcja artystyczna na placu przed aulą uniwersytecką, gdzie wręczano Danucie nagrodę dla męża.

andrzej1Piszę dziś o jubileuszu Andrzeja, opierając się na googlowskiej zasadzie, że wszystko jedno, ile lat minęło i czy rocznice, które czcimy są okrągłe czy kanciaste, uczczę na tym blogu 51 rocznicę ślubu obojga i 75 urodziny Andrzeja, i 53 rocznicę rozpoczęcia studiów, ale też – 50 rocznicę przyznania artyście pierwszej nagrody za obraz (19 grudnia o godzinie 17:00), namalowany poza murami sopockiej Alma Mater. Ale obchodzimy też 46 rocznicę jego pierwszej wystawy indywidualnej oraz dwudziestolecie powołania przez Andrzeja i Barbarę do życia Europejskiego Laboratorium Sztuki w Tuchomiu, co jest jak rozumiem, nadaniem rangi instytucjonalnej kaszubskiej chałupie z ogrodem.

andrzej3bA poza tym w sobotę w galerii NaKole odbędzie się wernisaż malarstwa Andrzeja. Pójdę oczywiście na to otwarcie i wygłoszę mowę. Zostałam o to poproszona:

Szanowni Jubilaci… I co? Co mam dalej powiedzieć? Mam wymienić, co zrobili oboje? Nie, nie, nie. Precz z wyliczankami, które zanudzają słuchacza na śmierć. A więc jeszcze raz: Szanowni Jubilaci, od kilkudziesięciu lat tworzycie sztukę. Sami mi powiedzieliście w rozmowie, że ani jednego dnia nie przepracowaliście w inny sposób. Stworzyliście wielkie dzieło. Jestem z Was dumna i bardzo Wam za to dziękuję!

Brawo, brawo. Huczne oklaski.

PS. Barbara Ur i Andrzej Piwarski mieli kiedyś we Frankfurcie nad Menem wspólną wystawę z Matką Autorki tego tekstu, graficzką Ireną Kuran-Bogucką.

Świat jest mały.

 

Pierwszy piątek czerwca

Roman Brodowski

Cicho! – uspokajał mnie Mietek, dotykając palcem ust – oni jeszcze tam są, czekają na kogoś – dodał, puszczając delikatnie gałąź rozłożystego świerku, tajemnicę naszego schronienia.
Milicjanci stali spokojnie obok muru okalającego naszą starą kopalnię, rozmawiając o jakiejś przygotowywanej akcji. Szkoda, że nie słychać z tej odległości, o czym oni rozmawiają, pomyślałem. Kogo lub czego ma ta ich akcja dotyczyć. Można by było przestrzec tego, na kogo się szykują, przed niebezpieczeństwem.
Wiatr coraz bardziej dawał się we znaki, a późnowieczorny mróz przenikając niezbyt grube kurtki, bezlitośnie ziębił ciało.
– Kiedy w końcu te psy się stąd zabiorą? – pytałem szeptałem przestworza, zły na cały świat. Skostniałe od zimna dłonie z trudnością trzymały zwinięty w rulon nowy wiersz, napisany wczorajszego popołudnia, a przeznaczony do przyklejenia.
Mietek trząsł się jak osika. W oczach jego coraz bardziej malował się strach, a na czole widoczne były pojedyncze krople potu. – Czy to warto tak się narażać na nieprzyjemności czy więzienie za tą twoją konspiracyjną pisaninę, którą i tak w firmie przeczytają tylko nieliczni?
Spojrzałem, zaskoczony, bo przecież kto jak kto, ale on, mój wieloletni przyjaciel, z którym przez wszystkie lata nauki dzieliłem pokój w internacie, dla którego byłem i jestem niemalże jak brat, i kogo jak brata traktuję, właśnie on wątpi w sens naszych działań, mających przecież na celu ukazanie naszej niezgody na to, co się dzieje, na stan wojenny.
Tak, to prawda, przyjacielu. Ryzykujemy i możemy ponieść koszty tego ryzyka. Ale czy nie warto? Naprawdę nie widzisz w tym sensu? – odpowiedziałem. – Nawet jeżeli te wiersze, ta jak mówisz pisanina, którą wieszamy nielegalnie i pod osłoną nocy tam, gdzie rano łatwo będą je mogli przeczytać przechodzący na szychtę górnicy, nawet jeśli przeczyta je zaledwie kilka osób, a może nawet jedna, i będzie to dla nich pokrzepieniem w tym narodowym nieszczęściu, to bądź przekonany że czynimy dobro większe, niż możemy sobie wyobrazić. To przecież ty – kontynuowałem moją myśl – cierpliwie namawiasz mnie do uczestnictwa w niedzielnych nabożeństwach kościelnych, to ty starasz się wpajać we mnie wszelkie pozytywne wartości zawarte w biblii, którą tak dokładnie czytasz.  Więc przypomnij sobie, czego te twoje mądre księgi uczą. „Choćbyście pomogli tylko jednemu z moich maluczkich, to tak jakbyście pomogli mi samemu”. To słowa Jezusa.  A więc, jeżeli wierzysz w to wszystko, o czym ze mną tak często rozmawiasz, to masz dzisiaj okazję sprawdzić siłę twoich przekonań w praktyce, a nie tylko w teorii.
Mietek milczał, a ja dopiero wówczas, gdy opadły emocje, zrozumiałem w jak perfidny sposób użyłem jego poglądów religijnych, naruszając najważniejszą sferę intymności, jego wiarę i poczułem się z tego powodu bardzo podle.
Nagle usłyszeliśmy odgłos twardo stąpających po ubitym śniegu stóp, zbliżających się powoli w naszym kierunku.
To już po nas! – powiedziałem.  Uciekajmy! może nas nie dogonią – dodałem, podnosząc się energicznie z ziemi.
Leż spokojnie!  – odparł Mietek, chwyciwszy mnie za ramię.
Milicjant zbliżył sie do miejsca naszego azylu na około dziesięć kroków, po czym rozpiąwszy spodnie, wysikał się, ciężko przy tym wzdychając. Następnie, wyraźnie zadowolony, popatrzył w kierunku kolegów i zaczął przeklinać głośno swą ciężką i źle płatną służbę.
Leżeliśmy tak przez kilka minut, wtuleni w lepki śnieg, czekając na najgorsze.
Mietek blady ze strachu modlił się, całując co jakiś czas srebrny medalik, ja gryzłem palce, by nie daj Boże przypadkiem nie wydać jakiegoś mogącego nas zdekonspirować dźwięku.
Nagle do stojących funkcjonariuszy podjechał radiowóz czyli suka, z którego wysiadł porucznik w towarzystwie swojego rotweilera czyli ormowca.
– Plutonowy do wozu! – zawołał donośnym głosem w naszym kierunku.
Policjant dopiąwszy szczelnie mundur biegiem udał się do wozu i odjechał wraz z innymi, a my podnieśliśmy się z ziemi i, patrząc na siebie z niedowierzaniem, długo staliśmy w milczeniu.
Upewniwszy się, że nic nie stoi na przeszkodzie, aby wykonać nasze dzieło, przykleiliśmy butaprenem na murze trzy niepozorne kartki, zawierające mój gniew   przeciwko tym – między innymi – którzy jeszcze przed paroma minutami tu stali, przeciwko polsko-niepolskiej władzy.
Następnie oddaliliśmy się spokojnie, wiedząc, że nie był to nasz ostatni raz.
Po powrocie do „Domu Górnika“, gdzie mieszkaliśmy, Mietek poprosił mnie o wspólną modlitwę dziękczynną na intencję tego, że Pan Bóg otoczył nas opieką i pozwolił szczęśliwie powrócić z akcji. Zgodziłem się oczywiście, mimo wewnętrznego sporu.
Bo przecież…, może jednak istnieje.

Berlin  14.03.2013

Biały kruk

Ukryty pośród zakurzonych ksiąg.
Czekający swojej pory biały kruk
Śpi niemym pożądaniem objawienia.
Ideą ukrytą w iluzorycznych słowach.

Na czarnej oprawie znak cierpienia.
Błogosławione narzędzie słabości,
Symbol braterstwa zła i dobra,
Szepcący psalmy, oliwny krzyż.

Zapisane strony Bożego Testamentu
Wypełnia ginąca bezpowrotnie prawda
Karmiąc ostatek nadzieją odkupienia,
Ofiarą złożoną z trzydziestu srebrników.

Ta wielka tajemnica prostej wiary
Ten proroczy obraz rzeczywistości
Umiera w cierniowej koronie dogmatów,
Ubierając w światłość boga tego świata.

A ja błądząc po stronicach objawienia
Szukam mojej drogi do ziemi obiecanej
I odnajduję: odium, chorobę, śmierć.
Sąd, ostatni akt stwórczego dzieła.

Lecz ufny nadal trzymam płonącą lampę.

Przedsionek raju

Słońce bezlitośnie wypala
Resztki wysłużonej nadziei,
Pustynie modlą się o deszcz

Jednak nikt tego nie słyszy.

Dziewicze niegdyś puszcze
Pozbawione dostojeństwa
Wznoszą kikuty ku niebu

Jednak nikt tego nie widzi.

W umarłych korytach rzek
Woda przenosi bezpłodność,
Pachnąc ludzkim władaniem

Jednak nikt tego nie czuje.

Tworzymy własny Armagedon
W powietrzu unoszą sie fekalia,
A zmierzch kończy tragifarsę

Jednak nikt tego nie rozumie.

I nikt już nie czeka wybawienia.
I nikt nie prosi o ziemie obiecaną,
Pokora odeszła w pohańbieniu.

A my stoimy w kolejce do raju.

Żory, 14. 03. 1987

Obok Prawdy

Na odwiecznym wernisażu
Dziwnie sakralnej wyobraźni,
Jak gołąb, prosto ku niebu
Wyleciały z mej pamięci
Słowa wszystkich modlitw.

Dawidowe psalmy dziękczynne,
Sto pięćdziesiąt pieśni
Otuliła nieznośna cisza.
Zamilkły sterylnie zamknięte
W ukrytych nieszporach.

W kanonach kompozycji
Ujrzałem doskonałość formy.
Idealne proporcje postaci
Patrzące na mnie ze ścian
Jak na intruza
W galerii Bożego przybytku.

Wyszedłem zniewolony
W asymbiozie myśli.
Stojący przy drodze Krzyż
Objął mnie starym ramieniem,
A łzy poczęły płynąć po twarzy
I poszedłem przed siebie
Ad limina apostolorum
W poszukiwaniu prawdy.

Berlin 30.03. 1992

W Gołdapi i w Berlinie

Dzisiejszy wpis jest osobistym uzupełnieniem do wczorajszego referatu napisanego przez historyka.

Maria Gast-Ciechomska

podobnie jak ja została poproszona o napisanie referatu na konferencję w Bydgoszczy o polskich odniesieniach do Muru Berlińskiego. Z całego tekstu wybieram tu fragment o pobycie Maryli w obozie dla internowanych kobiet w Gołdapi i Berlin Zachodni. Reszta w linkach:

Cały referat po polsku          mury-maryla-pl
Text auf Deutsch                  mury-maryla-DE

goldapW Gołdapi internowano działaczki “Solidarności”. Pierwsze z nich trafiły tu 6 stycznia 1982 roku. Przez obóz przewinęło się 397 (lub według innych rachunków 394) kobiet, reprezentujących 33 regiony “S“. Najwięcej, bo 116, z Dolnego Śląska, 67 z Mazowsza, 25 z Gdańska. Przywieziono je z 83 miast i 6 wsi: było wśród nich 51 przedstawicielek zawodów inżynieryjno-technicznych, 46 nauczycielek, 38 studentek, 33 etatowe działaczki “S“, 23 robotnice, 16 dziennikarek. Najstarsza internowana kobieta miała 63 lata, najmłodsza 19 lat.

W Gołdapi

Dla mnie osobiście stan wojenny był zaskoczeniem – podobnie jak i odkrycie, że byłam dla wojskowego rządu na tyle groźna, by objąć mnie postanowieniem o internowaniu. Najpierw trafiłam do więzienia w Olszynce Grochowskiej. Najbardziej brutalnych represji z lat 80, a już na pewno tego lekkiego w sumie aresztu nie można porównywać z tym, co było w czasach stalinowskiej dyktatury. Mimo to internowanie do przyjemności nie należało. Dlatego tak ważne były wszelkie oznaki wsparcia z zewnątrz. Pamiętam, że wkrótce przyjechała do nas do więzienia Kalina Jędrusik, która na bramie wykłócała się tak długo i tak głośno, aż została wpuszczona z paczkami zawierającymi jakże potrzebną ciepłą odzież i artykuły higieniczne. W Wigilię, gdy było nam szczególnie smutno, słyszałyśmy, jak maszyniści pociągów przejeżdżających przez Olszynkę Grochowską pozdrawiają nas specjalnym sygnałem. W Nowy Rok natomiast niespodzianką były odwiedziny prymasa Józefa Glempa.

W połowie stycznia przewieziono nas do ośrodka odosobnienia w Gołdapi. Najpierw była długa podróż milicyjnymi “sukami” i postoje na komendach w Ełku i Suwałkach. Potem znalazłyśmy się w okazałym budynku w środku ośnieżonego lasu: w domu wczasowym Komitetu Radia i Telewizji. W porownaniu z celami więziennymi pokoje były komfortowe. Te dobre warunki miały, rzecz jasna, cel propagandowy: do Gołdapi przywożono regularnie zagranicznych dziennikarzy i delegacje Czerwonego Krzyża, by pokazać im, jak żyją internowani. My podlegałyśmy jednak nadal regulaminowi więziennemu, byłyśmy nękane rewizjami i przesłuchaniami. Ale dla mnie osobiście najbardziej dołujące przeżycie z tego okresu miało miejsce poza ośrodkiem: gdy strażniczka zawiozła mnie do lekarza do Gołdapi. Było styczniowe popołudnie, robiło się ciemno, paliło się niewiele latarń – takim bardzo słabym, oszczędnościowym światłem. W tym półmroku widać było szare, ponure miasto, błoto na ulicach, upiornie puste sklepy, a w tym wszystkim przemykających jakby ukradkiem nielicznych ludzi. Widok ten był wyjątkowo przygnębiający, zwłaszcza gdy miało się jeszcze przed oczami ożywione ulice Warszawy podczas karnawału “Solidarności”.

W ogóle internowanie i stan wojenny wspominam jako wydarzenie z jednej strony dramatyczne, z drugiej zaś niebywale groteskowe. W pamięci mam iście surrealistyczne epizody: strażniczka w Olszynce Grochowskiej czytająca nam więzienny regulamin i z trudem zachowująca powagę; uwięzienie w domu wczasowym, znanym niektórym internowanym z wcześniejszych pobytów urlopowych; pilnujący nas uzbrojeni żołnierze, którym w mroźne noce spuszczałyśmy przez okna na sznurku słoiki z gorącą kawą. Było w tym coś nierealnego, poczucie, że żyjemy w jakiejś pomyłce, w fałszywej rzeczywistości, która lada chwila pęknie niczym bańka mydlana. I myślę, że to przeświadczenie pozwoliło mi przetrwać siedem miesięcy internowania w jako tako dobrym stanie.

Potem wielu z nas komunistyczne władze skutecznie przeszkadzały w powrocie do normalnego życia. Niektórym uniemożliwiono ukończenie studiów czy pracę zawodową. Trudno także pogodzić się z tym, że w czasach wywalczonej przez siebie wolności sporo tych zaangażowanych kobiet znalazło się poza głównym nurtem polityki. Ale były sprawy bardziej bolesne. W rozmaitych oficjalnych laudacjach dla kobiet zaangażowanych w opozycji czy w “Solidarności” podkreśla się stale, że wykonywały te same zadania co mężczyźni i płaciły podobną cenę. To niezupełnie tak, w przypadku kobiet cena bywała wyższa: rozpad małżeństwa lub rodziny. Bo o ile było jasne, że żona aresztowanego opozycjonisty ma do spełnienia rolę towarzyszki walki i pracy, dającej wsparcie, o tyle od mężów opozycjonistek nikt poświęceń nie oczekiwał i wydawało się niejako naturalne, że po pewnym czasie tracili cierpliwość i znajdowali sobie nowe partnerki, o odmiennych zainteresowaniach i mniej zdecydowanych poglądach. Temat tego – mówiąc współczesnym językiem feministycznym – nierównego statusu nie był jednak wtedy podejmowany. Bo też “Solidarność”, walcząc z zakłamaniem na poziomie politycznym, nie tykała wielu innych społecznych tabu, nader dotkliwych dla kobiet, jak np. przemoc domowa czy problemy życia rodzinnego, kłócące się z sielankową wizją.

W Berlinie Zachodnim

Pod koniec roku 1987 wyjechałam na studia do Berlina Zachodniego. Ten chwilowy wyjazd ostatecznie zmienił się w emigrację. Z drugiej strony bronię się przed tym określeniem, gdyż niezupełnie oddaje ono sytuację. Polska była stale blisko, na wyciągnięcie ręki, a odkąd znikły ograniczenia paszportowo-wizowe, spędzam tam mniej więcej jedną czwartą roku, tak z powodów prywatnych, jak i zawodowych.

Wtedy jednak, w grudniu 1987 roku, gdy znalazłam się w Berlinie Zachodnim, największym szokiem było nie upajające powietrze wolności, nie bogato zaopatrzone sklepy, lecz rzeczy jeszcze bardziej prozaiczne: chodniki bez dziur oraz punktualna i sprawna komunikacja. W tej sytuacji w środku zimy nawet mróz był łatwiejszy do zniesienia, a śnieg wydawał się bielszy. Mur stał jeszcze w najlepsze i nic nie zapowiadało, że wkrótce go nie będzie. Po obu jego stronach były dwa kompletne, samodzielne miasta. Tylko raz przemknęła mi przez głowę absurdalna myśl, jakiż to moloch by powstał, gdyby obie części kiedyś się połączyły.

Z pięter domów po zachodniej stronie, które z Murem sąsiadowały, widać było nocą łunę reflektorów, wieżyczki obserwacyjne, zasieki i uzbrojone patrole. Mur rozbijał naturalną rzeczywistość, fizyczna bliskość Berlina Wschodniego kontrastowała z jego politycznym oddaleniem. Zatelefonowanie do znajomej za Murem było przedsięwzięciem znacznie trudniejszym niż rozmowa z Ameryką. Jadąc metrem mijało się nieczynne stacje po stronie wschodniej: na peronach leżały porzucone bilety i zużyte opakowania, poza tym było pusto, zupełnie jak gdyby obecnych tam ludzi jakiś nagły kataklizm zaskoczył, wymiótł niczym bomba neutronowa. Na tych stacjach pociągi zawsze zwalniały – jak mówiono, by w razie czego mogły się zatrzymać, gdyby komuś udało się tam dostać. Pomnik w pobliżu lotniska Tempelhof dokumentował niezwykły i jedyny w swoim rodzaju akt solidarności Zachodu: most powietrzny, dzięki któremu podczas blokady miasta w roku 1961 skutecznie obroniono ten wyjątek w świecie radzieckiej dominacji. A przejście graniczne Checkpoint Charlie, gdzie w tym samym czasie stanęły naprzeciw siebie, lufa w lufę, czołgi niegdysiejszych aliantów, uświadamiało, jak cienka była w Berlinie granica między wojną zimną a gorącą. Nota bene właśnie na Checkpoint Charlie, na ścianie jednej z kamienic, doskonale widocznej po drugiej stronie Muru, przez całe lata drażnił wschodnioniemieckich strażników wielki napis „Solidarność’”.

W latach 60 Witold Gombrowicz pisał: “Berlin Zachodni to błyskotka o amerykańskim profilu z pulsującymi, mrugającymi i oślepiającymi neonami. Na wschód od Muru panują ciemności aż po Władywostok”. Nic dodać, nic ująć, miasto było witryną zachodniej prosperity najbliżej granicy z siermiężną Rosją. Było także – mimo swej wielkości – przejrzyste i na swój sposób przytulne. Bo też Mur nie tylko otaczał więzienie, jakim stało się NRD, lecz także, paradoksalnie, zdawał się chronić wyspę wolności przed tamtą rzeczywistością. Gdyby go porównać z innymi murami znanymi z historii, był tyleż Ścianą Płaczu co Murem Chińskim, broniącym cywilizacji przed zalewem barbarzyństwa. A gdy w końcu padł, to jak mur Jerycha – w ciągu jednego dnia.

W Berlinie Zachodnim żyło się nieźle dzięki hojnym subwencjom z Bonn. Mieszkańcy uchodzili za tolerancyjnych, przypisywano im otwartość na świat i przychylność dla indywidualizmu oraz bardziej wyostrzoną świadomość: że postrzegali więcej niż ich rodacy na Zachodzie. Toteż nie przypadkiem właśnie to miasto stało się najpierw centrum rewolty roku 1968, a potem alternatywnego stylu życia. W Berlinie Zachodnim noce zaczynały się szybko i kończyły późno, był europejskim Big Apple, które nigdy nie śpi. Był także potęgą kulturalną, zarówno w odniesieniu do sztuki klasycznej, jak i przede wszystkim awangardy. Ekscentryczne formacje artystyczne bowiem potrafiły wyjątkowo trafnie oddać atmosferę tej zamkniętej metropolii: miasta na wariackich papierach, odczuwającego stale niepokój o własne przetrwanie.

W czerwcu roku 1989 Polacy dali znać reszcie demoludów, że komunizm można obalić za pomocą kartki do głosowania. Ale w samym Berlinie forpoczta polskich przemian pojawiła się wcześniej, bo już w roku 1988: pod postacią ulicznych handlarzy. Po zniesieniu obowiązku wiz masowo handlowali oni na położonym nieopodal Filharmonii tzw. Polenmarkt, budując mozolnie podstawy nowej, kapitalistycznej już egzystencji. Ci handlarze byli często krytykowani, także przez ludzi opozycji. A przecież ich działalność to również był protest, wyraz niezgody na biedę i brak perspektyw. Tę atmosferę wokół Polenmarkt doskonale oddawała popularna wtedy piosenka zespołu Big Cyc:

Jakaś karafka, stary zegarek
Trzeba zarobić te parę marek
Renta, stypendium, wyżyć się nie da
Tu kupisz, tam sprzedasz, nie weźmie cię bieda.

Berlin Zachodni, Berlin Zachodni
Tu Polak stoi co drugi chodnik
Za każdym rogiem czai się Turek
Sprzedasz mu wszystko, tylko nie skórę.
Nasza bieda nas rozgrzesza
Polski handel, Trzecia Rzesza /…/

Pilsnera wypić trzema łykami
Opylić fajki, kupić salami
Gdy Polizei, to dawać chodu
Wrócisz do kraju, będziesz do przodu
Bo tu w dzień jeden zarobisz tyle
Co górnik w miesiąc w trudzie i pyle.

*

Pamiętnego 9 listopada obchodziliśmy urodziny koleżanki z akademika. Siedząc wieczorem w zacisznej włoskiej restauracji w dzielnicy Wannsee, nie mieliśmy pojęcia, co się stało. Po powrocie do akademika późną nocą wszyscy niezwłocznie udaliśmy się na spoczynek, ignorując sensacyjne opowieści sąsiadki z piętra. Dopiero rankiem okazało się, co przespaliśmy: oto berlińczycy zmienili świat nie ruszając się z miasta, a tylko robiąc dziurę w Murze. Tę dziurę zresztą wkrótce własnoręcznie powiększyłam, gdy udałam się pod Mur z młotkiem i odłupałam kawałek pomalowany na zielono. Tak więc również z moim skromnym udziałem rozpoczął się – najpierw amatorski, potem fachowy – demontaż Muru i zamknęła się lista jego ofiar. A co by było, gdyby wtedy Muru nie obalono, gdyby podczas owej konferencji prasowej włoski dziennikarz nie zadał słynnego pytania, a Günter Schabowski był bardziej powściągliwy w mowie? W ciągu Jesieni Ludów upadały po kolei, jeden po drugim, reżimy komunistyczne, ale jest możliwe, że NRD długo jeszcze opierałaby się przemianom, że przez lata byłaby politycznym skansenem – na podobieństwo Białorusi, ale nieporównanie bardziej groźnym.

Tak czy owak po tym 9 listopada i w ogóle po roku 1989 znaleźliśmy się w diametralnie odmiennej rzeczywistości, bardzo często niezgodnej z oczekiwaniami. Po 20 latach można już wyciągnąć wnioski i aż się prosi, by porównać lekcję polską i niemiecką.

Überrachy

Kolejne opowiadanie o paczkach, jakie dostawaliśmy w Polsce podczas stanu wojennego. Autor, Leszek Pękalski, słynny gdański fotografik, nie nadesłał go na konkurs, tylko  na moją prośbę napisał je teraz, zainspirowany tekstami naszych autorów.

Jesienią 1981 roku pojechałem na saksy do RFN. Najpierw przez miesiąc zbierałem winogrona w Rheinpfalzu, a potem wylądowałem we Frankfurcie nad Menem, gdzie moja przyjaciółka, niemiecka fotoreporterka Erika Sulzer-Kleinemeier, załatwiła mi pracę w biurze architektonicznym, w charakterze człowieka do wszystkiego. Sprzątałem piwnicę z zalegających tam gratów, grabiłem w ogrodzie liście na kompost, skuwałem tynki w mansardzie (przy okazji, w zapale, nieco ją nadmiernie zdemolowałem), kserowałem jakieś albumy, no, słowem wszystko. Dostałem pokoik dwa piętra nad biurem, które mieściło się w dużej kamienicy na Westendzie tudzież klucz do biura, żebym mógł korzystać z łazienki i robić sobie śniadania i kolacje. Lunche jadałem wspólnie z całym personelem biura przy dużym stole i muszę przyznać, że traktowany byłem – wtedy dla mnie zaskakujące – jak członek zespołu, a nie jak robol z zapóźnionego kraju.

Jeden z architektów siedzących przy tym stole zachowywał się zwykle dość głośno – ot tak mniej więcej, jak przeciętny Polak wyobraża sobie Prusaka: butny, arogancki, hałaśliwy, niezbyt sympatyczny, blondyn o czerwonej twarzy. Zdarzyło się któregoś wieczoru, że, gdy zszedłem do biura zrobić sobie kolację, ów Niemiec był tam jeszcze, widać kończył jakąś zaległą robotę. Dwóch mężczyzn w dużym, pustym biurze – zaczęliśmy rozmawiać. Okazało się, że pochodzi ze Świebodzina, przed wojną Schwiebus. Mieszkał tam aż do 1947 roku, kiedy to całej rodzinie kazano się wynosić. Nie pojmuje, dlaczego, bo nigdy nikt z jego rodziny żadnemu Polakowi nie zrobił krzywdy. Wysłuchałem ze współczuciem, powiedziałem, że go rozumiem, bo mojej rodzinie też kazano się wynosić ze Lwowa, ale że on z kolei powinien zaakceptować fakt, iż po tym wszystkim, co zaszło między Polakami i Niemcami podczas ostatniej wojny, woleliśmy zostać we własnym domu sami. Pokiwał głową….

Miałem być w Niemczech do świąt Bożego Narodzenia, ale czułem się zmęczony, tęskniłem do rodziny. Wróciłem 4 grudnia. 13 zaczął się stan wojenny. Do dziś się zastanawiam, co bym był zrobił, gdyby zastało  mnie to we Frankfurcie – pewnie nie byłbym tu, gdzie teraz jestem, ale to już inna historia…

Gdzieś na początku stycznia dostaliśmy paczkę z RFN – „Absender” Winfried Gladis, Braunfels. W środku żywność, jakiś proszek do prania, kosmetyki… Kto to u diabła jest Winfried Gladis?! Dopiero po chwili przypomniałem sobie, że to ów „Prusak”, z którym raz rozmawiałem późnym wieczorem w pustym biurze we Frankfurcie. Skąd wziął mój adres? Pewnie zostawiłem w biurze, albo skontaktował się z Eriką…

Potem zaczęły przychodzić dalsze paczki – mniej więcej co dwa tygodnie. Czasem żywność, czasem „Haushaltsmittel”, kiedy indziej odzież dziecięca. Widać skądś wiedział, że mamy dwójkę dzieci, wtedy sześciolatka-chłopca i roczną dziewczynkę. Ciuszki były używane, ale w bardzo dobrym stanie i nieskazitelnie czyste. Zawsze też było wśród nich coś zupełnie nowego, prosto ze sklepu i jakieś drobne zabawki dla dzieci. Rozpakowywanie tych przesyłek było świętem, szczególnie dzieci asystowały przy tym pełne emocji. Największym powodzeniem cieszyły się, jak to one nazywały, „überrachy” (Überraschung), czekoladowe jajka z niespodzianką w środku – małą, plastikową zabawką do składania. Dziś można to kupić w każdym nieomal sklepie, wtedy był to ewenement – no i powiew szerokiego świata…

Chcąc się jakoś zrewanżować za te wszystkie dobra, napisałem do Winfrieda, czy jest może coś, w czym mógłbym mu być pożyteczny lub czym mógłbym mu sprawić przyjemność. Odpowiedział, że chętnie przyjąłby jakieś foldery turystyczne lub inne wydawnictwa dotyczące jego „Schwiebus”. Wątpiąc, czy coś takiego w ogóle znajdę, wolałem spakować się – i wybrałem w podróż. Chodziłem po tym Świebodzinie przez bodaj trzy dni i fotografowałem wszystko, co wydało mi się godne uwagi, przede wszystkim oczywiście to, co pamiętało czasy niemieckie. Jako rzetelny dokumentalista uwieczniłem na zdjęciach i to, co piękne, i to, co nie bardzo – m.in. totalnie zdewastowane poniemieckie cmentarze i ogólnie dość smętny, typowo PRL-owski obraz prowincjonalnego miasteczka. Wróciłem do domu, wywołałem materiał, zrobiłem porządne powiększenia, oddałem introligatorowi do oprawy i wysłałem. Poniewczasie sądzę, że chyba jednak trochę przesadziłem z tym uczciwym obrazem, bo odzew nie był nadmiernie entuzjastyczny – chyba zgoła żaden… No, ale zrobiłem, co było w mojej mocy.

Paczki stopniowo przychodziły coraz rzadziej, ale zawsze piękne i przemyślane – jak się potem okazało, stała za tym żona Winfrieda, Ute. W 1987 roku udało mi się wreszcie wybrać do Niemiec, do mojego brata, który od lata 1981 roku mieszka w Hanowerze. Postanowiliśmy pojechać do Braunfels i rzeczywiście spędziliśmy tam, goszczeni po królewsku, dwa bardzo miłe dni. Ogólnie ciepłej atmosfery nie zepsuł mi nawet fakt, ze w pokoju pana domu wisiała na ścianie wielka mapa Niemiec… z granicami z 1938 roku. No, ja też lubię sobie wyobrażać, że Lwów jest znowu polski, choć absolutnie nie myślę go szablą odbierać…

Potem byłem tam jeszcze raz, a później kontakt się urwał. Stale sobie obiecuję, że napiszę albo zadzwonię, a czas ucieka. Może kiedyś…