Tysiąc dróg do Mekki 1

Lech Milewski

Thousand.roads.to.mecca.jpgLink

Ta książka to zbiór 23 relacji o odbytej pielgrzymce do Mekki – KLIK.
Nie znalazłem żadnej informacji o Michaelu Wolfe, który dokonał selekcji materiału do książki i nie potrafię odgadnąć kryteriów, jakimi się kierował. Niezależnie od tego trzy relacje zwróciły moją uwagę.

Trafiłem na tę książkę “od kuchni” a właściwie od pralni, podczas lektury książki Washerwoman’s Dream.
Praczka w Mekce, australijska praczka – to zapowiadało się interesująco. To co wyszło w praniu przewyższyło moje oczekiwania.

Jeszcze jedno – patrząc na listę 23 relacji zauważyłem, że na rok 1927 przypadają dwie – Winifred Stegar z Australii i Muhammada Asada z Galicji.
Z Galicji, w roku 1927, Muhammad – o kogo chodzi? Jak to o kogo? O Leopolda Weissa ze Lwowa.

Chyba zostaniemy w Mekce trochę dłużej.

Zacznę jednak od Lwowa.
Rok 1900, w rodzinie Akivy Weissa, prawnika z rodziny z rabiniczną tradycją, urodził się syn, Leopold. Chłopiec od dziecka pobierał nauki religijne, znał hebrajski i aramejski.
Gdy wybuchła I Wojna Światowa, 15-letni Leopold uciekł z domu i zaciągnął się do armii austriackiej pod fałszywym nazwiskiem. Ojciec z pomocą policji zdołał go wyciągnąć i zorganizował mu pobyt i naukę w Wiedniu.
W wieku 20 lat Leopold porzucił studia i chwytał się dorywczych zajęć – m.in. pracował w studio filmowym Fritza Langa, przeprowadził wywiad z żoną Maxima Gorkiego.

W 1922 roku przeniósł się do Palestyny gdzie pracował jako free-lancer dla Frankfurter Allgemaine Zeitung.
W Palestynie mocno zainteresowała go tematyka syjonizmu a w szczególności reakcja Arabów na tę ideologię. Frankfurter Allgemaine zlecił mu dwuletni projekt – głębsze zbadanie tematu w okolicznych krajach arabskich.
Efektem była książka i zafascynowanie Islamem oraz sprawami arabskimi.

W roku 1926, w Berlinie, Leopold Weiss ożenił się. Jego żona, Elsa, była znacznie starsza od niego i miała syna z poprzedniego związku. Po kilku miesiącach wraz z żoną  przyjęli Islam przy czym Leopold zmienił nazwisko na Mohammad Asad. Uwaga: arabskie imię Asad znaczy lew – Leo.

Niecały rok później razem wybrali się na pielgrzymkę do Mekki.

Proponuję zacząć wizytę w Mekce zgodnie z miejscowym zwyczajem…

Tylko pielgrzymi byli na pokładzie statku płynącym po Morzu Czerwonym w rejsie z Egiptu do Arabii. Przewoźnik, goniący tylko za zyskiem, załadował statek dosłownie po brzeg, nie troszcząc się zupełnie o wygodę pasażerów.
Zostali upchnięci wszędzie. Na pokładzie, w kabinach, w korytarzach, w salach jadalnych. W magazynach pod pokładem. W każdym kącie boleśnie stłoczone stworzenia ludzkie. W pokorze, z tylko jednym celem przed oczami, znosili bez narzekań te cierpienia.

W tym momencie ja podniosłem oczy – Patna – tam nie było wzmianki o pielgrzymach na pokładzie, chyba nie byliby tak zapatrzeni, żeby nie zauważyć dezercji dowództwa statku.

Opuszczam oczy… tłoczyli się na pokładzie zajęci gotowaniem – przewoźnik nie zapewniał posiłków. Widziałem jak krążyli w te i z powrotem po wodę przenoszoną w puszkach, jak tłoczyli się pięć razy dziennie przy kranach, aby dopełnić obmycia przed modlitwą, jak cierpieli w duchocie kilka poziomów pod pokładem.
Wszędzie widać było siłę wiary, która pozwalała zapomnieć im o cierpienach, gdyż pochłaniała ich myśl o Mekce.

To tu, to tam, co chwila rozlegało się – Labayak, Allahumma, labayak!

Drugiego dnia mężczyźni przebrali się w ihram – dwa niezszyte kawałki płótna. Ten strój ma eliminować obcość, różnice między wiernymi.
Kobiety pozostały w swoich codziennych strojach gdyż ihram odkrywa zbyt wiele ciała.
O świcie trzeciego dnia dotarliśmy do niewielkiego portu Jedda. Jak strzały pomknęły do nas od nadbrzeża żaglówki. Ich szerokość i niezgrabność niemile kontrastowały z pięknem smukłych masztów i żagli.
Zapewne na takiej łodzi, może nieco większej, ale tego samego typu, dzielny podróżnik Sindbad wybrał się na swoje przygody.

Dotychczas wiedziałem, że zamierzam żyć w krajach Wschodu, wśród muzułmanów, ale nie wiedziałem, że mój stary świat się kończy, świat zachodnich idei i odczuć, doświadczeń i dążeń. W tym okresie miałem już za sobą pobyt w wielu krajach Wschodu. Znałem Iran i Egipt lepiej niż jakikolwiek kraj w Europie, Kabul mnie nie zaskakiwał, znane mi były bazary Damaszku i Isfahanu. Szedłem teraz ulicami Jeddy i myślałem – jak trywialne.

Jedda to było jedyne miasto na arabskim brzegu Morza Czerwonego gdzie wolno było przebywać niewiernym.
Po południu następnego dnia ruszyliśmy karawaną do Mekki.
Beduini, obładowane wielbłądy, osły. Czasem mijały nas samochody, pierwsze samochody w Arabii Saudyjskiej. Wyprzedzały nas hałasując sygnałami typu Klaxon. Wielbłądy reagowały bardzo nerwowo na ich dźwięk, chyba czując, że sygnalizują one ich zmierzch.
Po chwili opuściliśmy miasto i zanurzyliśmy w ciszy pustyni, podkreślanej jeszcze przez klapanie wielbłądzich kopyt, okrzyki Beduinów i śpiew pielgrzymów.

Czasem odezwał się śpiew grupki pielgrzymów, czasem jakaś kobieta zaśpiewała pieśń ku chwale Proroka, czasem inna wydała z siebie ghatrafa, ten radosny krzyk arabskich kobiet, bardzo wysoki, przenikliwy tryl, wznoszony przy świątecznych okazjach – ślub, urodziny, obrzezanie, procesje religijne.
Google nie potrafiło znaleźć ghatrafa, ale po pobycie na Bliskim Wschodzie nie mam wątpliwości, że jest to to samo co ululation lub zaghrouta – KLIK.

Większość pielgrzymów jechała w dwuosobowych lektykach, które bujały się w rytm kroków wielbłąda.
Nad ranem dotarliśmy do Bahry, gdzie karawana zatrzymała się na porę dnia, gdyż było za gorąco na podróż.
Wiele osób, nie przyzwyczajonych do długich podróży, nie wiedziało, co ze sobą zrobić. Wiele z nich po prostu siedziało nieruchomo, zapatrzeni w stronę Mekki.

Pod wieczór starszy mężczyzna nieopodal – umarł. Kobiety nie podniosły krzyku, jak to mają w zwyczaju we wschodnich krajach. Wszak zmarł jako pielgrzym, na świętej ziemi, jest błogosławiony. Mężczyźni obmyli jego ciało i ubrali je w ten sam strój, który ostatnio nosił.
Po dwóch nocach wędrówki dotaliśmy do Mekki.

Załatwiłem kwaterę u znanego przewodnika. Po sytym śniadaniu udaliśmy się do Świętego Meczetu. Zatłoczone ulice, stragany, ludzie wszelkich ras i narodowości, nagle znaleźliśmy się przed bramą. Potrójny łuk bramy, a za nim wielki kwadrat placu, otoczony kolumnadami krużganków, a w środku czarny sześcian o boku około 40 stóp – Ka’ba – cel marzeń milionów na przestrzeni wieków.
Widziałem setki przepięknych meczetów, od północnej Afryki do Samarkandy, ale nigdzie nie czułem się tak jak tutaj, gdzie budowniczy zbliżył się tak bardzo do religijnej idei.
Ostateczna prostota sześcianu, całkowite wyrzeczenie się piękna linii i formy przekazywała jego myśl: zarozumialstwem byłoby sądzić, że jakiekolwiek piękno stworzone przez człowieka może być warte Boga. Dlatego im prostsze twoje dzieło, tym bardziej wyrażasz chwałę bożą.

Oto przede mną była ta niewielka budowla, z którą nie może się równać żadna inna na ziemi.
Wnętrze budunku nie ma istotnego znaczenia, w jego wschodnim rogu znajduje się Czarny Kamień w szerokiej srebrnej ramie.
Ten kamień, wycałowany przez miliony pielgrzymów, wywołuje niezrozumienie wśród niewiernych. Uważają go za fetysz przejęty przez Mahometa jako ukłon w stronę pogańskich mieszkańców Mekki. Nic błędniejszego. Podobnie jak Ka’ba, Czarny Kamień jest obiektem szacunku, ale nie czci.
Jest szanowany jako jedyna pozostałość z domu Abrahama i ponieważ dotknęły go usta Mahometa.

I tak stałem przez Świątynią Abrahama nie myśląc (refleksje przyszły później) i czułem w sobie jakiś ukryty, uśmiechający się rdzeń, w którym dojrzewało uniesienie, jak pieśń.

Częścią pielgrzymki jest przejść siedem razy wokół Ka’ba. Więc szedłem i ja, powoli, aż stałem się częścią strumienia ludzi. Minuty mijały i wszystko co było małe i gorzkie w moim sercu, zaczęło je opuszczać. Minuty roztapiały się, czas stanął i oto tu było centrum wszechświata.

Dziewięć dni później Elsa umarła.
Umarła nagle, po kilku dniach ostrej choroby, którą potem zidentyfikowano jako tropikalną dolegliwość. Ogarnęła mnie czarna rozpacz.
Pochowaliśmy ją na piaszczystym cmentarzu w Mekce. Położyliśmy kamień na jej grobie. Nie chciałem żadnego napisu.  Napis oznacza myślenie o przyszłości, a ja nie wyobrażałem sobie żadnej przyszłości teraz.

Niedaleko stąd leżała równina Ararat, na której zbierają się pielgrzymi na przypomnienie Ostatecznego Zgromadzenia, kiedy człowiek odpowie Stwórcy za wszystkie uczynki swego życia.

Po chwili wracałem do Mekki na cwałującym wielbłądzie. Wokół mnie tysiące falujących głów, okrzyki Allahu Akbar. Ci ludzie wyrośli ponad swoje małe życia i teraz ich wiara pcha ich ku nieznanym horyzontom.

Tu kończy się relacja.

Wiara popchnęła Mohammada Asada daleko.

Wkrótce po odbyciu pielgrzymki osiedlił się na dobre w Arabii Saudyjskiej, gdzie został stałym doradcą króla Abdulaziza (znanego na Zachodzie jako Ibn Saud).
W 1928 roku król wysłał go z misją wywiadowczą do Kuwejtu, gdzie brytyjczycy zaangażowali się w budowanie opozycji.
Wywiad brytyjski donosił, że Mohammed Asad miał powiązania z “bolszewikami”.

W 1932 roku Mohammed Asad przeniósł się do brytyjskich Indii, gdzie nawiązał bliski kontakt z poetą i politykiem Mohammedem Iqbalem.
Wtedy właśnie powstawała idea utworzenia Pakistanu, niezależnego islamskiego państwa.

W momencie wybuchu wojny Mohammed Asad jako obywatel austriacki został internowany w obozie.
Po zakończeniu wojny idea Pakistanu stała się ciałem.
Mohammed Asad współpracował w tworzeniu konstytucji pierwszego kraju muzułmańskiego i dołożył starań, żeby zapewniała ona kobietom prawo głosu i prawo zajmowania najwyższych stanowisk w państwie.
Działało to w praktyce – w 1988 roku, czyli jeszcze za życia Mohammeda Asada, Benazir Bhutto została premierem Pakistanu.

W 1949 roku Mohammed został kierownikiem oddziału Bliskiego Wschodu w MSZ Pakistanu, trzy lata później został wysłany do siedziby ONZ w Nowym Jorku jako minister pełnomocny.

W latach 60 Mohammed Asad, żonaty z Arabką Munirą, zakochał się w Poli, Amerykance, polskiego pochodzenia.
Pola zadeklarowała chęć przyjęcia Islamu, Mohammed zaproponował jej małżeństwo.
Tego małżeństwa nie dało się pogodzić z pracą w służbie dyplomatycznej Pakistanu, Mohammed zrezygnował z pracy, rozwiódł się z Munirą (mieli syna – Talal-a) i pobrał z Polą.
Od tego pory spędzał wiele czasu poza Pakistanem.
Ostatecznie osiadł na stałe w Hiszpanii, gdzie zmarł w 1992 roku.

Pamiątki:
Wiedeń: Muhammad-Asad-Platz – Distrikt 22, przed UNO City.
Berlin: Berliner Gedenktafel – Hannoversche Str 1.

Materiały studyjne – 4-częściowy wywiad z Mohammadem Asadem.
Przepraszam, że tak się panoszę z tym tematem. Na jego zgłębienie trzeba by kilku dni. Zachęcam jednak choćby do wysłuchania pozycji 2, to tylko 8 minut, a dla mnie rewelacja.
Niestety posiadane przeze mnie tłumaczenie Koranu na polski nie potwierdza poglądów religijnych Mohammeda Asada.
Wspomina on o niedostatkach tłumaczeń dokonanych przez europejskich orientalistów, oferuje swoje.
Polski tłumacz – Józef Bielawski – wspomina, że tłumaczenie Mohammada Asada jest mu znane. Jednak to nie wystarczyło.

1. Spotkanie ze światem Islamu, tłumaczenie Koranu – KLIK.
2. Opinia na temat wiary, religii, istnienia – KLIK.
3. Koran – KLIK.
4. Grzech, czytanie Koranu – KLIK.

Ciąg dalszy jutro i pojutrze.

Żonkile

Ela Kargol

Gdy wielu z nas zaczęło umieszczać na fejsbukowych profilach żonkile na znak, że pamiętamy rocznicę i symbol, zrobiłam to samo. Dwa dni później zerwałam dwa żonkile w berlińskim ogrodzie mojego pracodawcy i pojechałam na Peron 17 berlińskiego dworca w Grunewaldzie. Prawie każdemu berlińczykowi, a na pewno temu zachodniemu, Peron 17, miejsce upamiętniające deportację Żydów do obozów zagłady, jest doskonale znany.

To właśnie z tego dworca i dwóch innych w Berlinie wywieziono od października 1941 do końca wojny około 50 tysięcy kobiet, mężczyzn, dzieci. Najpierw transporty odbywały się w wycofanych z użytkowania wagonach Reichsbahny, potem w przepełnionych wagonach towarowych. Pierwsze transporty pojechały do gett, w Łodzi, potem w Warszawie. A więc przybysze z Berlina dotarli do warszawskiego getta jeszcze przed wybuchem powstania w getcie, 19 kwietnia 1943 roku. Nie wiem, czy ktoś z tych transportów z berlińskiego Grunewaldu przeżył powstanie, był jego świadkiem, albo nawet walczył.

Przed 77 laty powstanie w getcie, od początku skazane na klęskę, dobiegło końca.

Żonkile powoli przekwitają, tylko te późne odmiany świecą jak słońca lub raczej gwiazdy wśród zielonej berlińskiej wiosny. Po nich dopiero zakwitają tulipany, jeszcze później bez i inne kwiecie. Większość odmian żonkili jest sześciopromienna jak Gwiazda Dawida.

Symbolem obchodów 70 rocznicy Powstania w Getcie Warszawskim był żonkil – kwiat, którego płatki układają się w kształt sześcioramiennej gwiazdy. W każdą rocznicę żydowskiego zrywu żonkile kładł pod pomnikiem Bohaterów Getta ostatni dowódca powstania – Marek Edelman, tyle wikipedia. Co roku 19 kwietnia na ulicach Warszawy tysiące wolontariuszy rozdają przechodniom papierowe żonkile, żeby przypomnieć, żeby pamiętać, żeby choć na chwilę pomyśleć o powstańcach z getta.

W 2013 roku spędziłam z córką kilka dni w Warszawie. Nocowałyśmy w hotelu na Muranowie, niedaleko miejsca, gdzie był kiedyś Plac Muranowski, tam gdzie trwały najzagorzalsze walki powstańcze. Muzeum Historii Żydów Polskich nie było jeszcze otwarte, choć w zasadzie już było. Działała już dość duża kawiarnia, a pani przewodniczka oprowadziła nas ciekawie po budynku prawie pustego jeszcze muzeum. Zapytałam ją o kamienie pamięci. Zdaję sobie sprawę, że cały Muranów musiałby być nimi wybrukowany, a w Warszawie musiałybyśmy się potykać o nie prawie na każdym kroku. W Polsce pojawiły się już wtedy nieliczne „stolpersteine”, we Wrocławiu i Słubicach. Te mosiężne tabliczki zaprojektowane przez niemieckiego artystę Guntera Demniga informują o konkretnej osobie, która kiedyś mieszkała w miejscu, przed którym są one wyłożone i w czasach nazizmu musiała to miejsce opuścić, co najczęściej kończyło się dla niej tragicznie, śmiercią w obozie zagłady. Dla niektórych włodarzy miast kamienie pamięci są w dalszym ciągu niegodną formą upamiętnienia ofiar.

Do mnie, od kiedy je pierwszy raz zobaczyłam, przemawiały zawsze czytelnie i dobitnie.

Żonkile nie budzą tyle kontrowersji, co „stolpersteine”. Wiosną jest ich dużo, nie tylko w Berlinie, nie tylko w Warszawie. Rosną na każdym skwerze, są ozdobą parków, ogrodów, balkonów i mieszkań. Niemcy lubią żonkile. Już od stycznia sprzedawane są w każdym supermarkecie, wiązane po 10 sztuk leżą w pudłach, zduszone bez życia. Czasem kupię wiązkę, wiązkę nierozkwitniętych zielonych patyków, z dziwną końcówką, która w wazonie dopiero wypięknieje i zaświeci jak gwiazda. Porównanie nasuwa się samo, niestety bez dobrego zakończenia. Prawie nikt z tych ludzi ściśniętych w przeładowanych wagonach wyruszających z dworca w Grunewaldzie nie przeżył.

Do dworca w Grunewaldzie mam niedaleko, około 3,5 kilometra, po drodze mijam cztery kamienie pamięci. Gdybym trochę skręciła w bok, byłoby ich kilka lub kilkanaście więcej. Na mojej ulicy, Binger Straße, mieszkał Hans Liebermann, bratanek malarza Maxa Liebermanna. Hans Liebermann był profesorem chemii organicznej, który po przejęciu władzy przez nazistów został zwolniony z pracy. Nie pogodził się z tą upokarzającą go decyzją i we wrześniu 1938 roku popełnil samobójstwo.

Następną osobą upamiętnioną na mojej trasie w kierunku Peronu 17 jest Bärbel Utermarck. Bärbel miała pięć lat, gdy umierała. Prawdopodobnie znałam jej siostrę, która sprzedawała nam ołówki, zeszyty i książki w swoim sklepie papierniczym, założonym jeszcze przez jej i Bärbel rodziców przeszło 80 lat temu. Bärbel urodziła się we wrześniu 1939 roku z zespołem Downa. W grudniu 1943 roku po narodzinach „zdrowej” siostry i po staraniach ojca, żeby „chorą” córkę umieścić w dobrym chrześcijańskim domu opieki, udało się takie miejsce znaleźć w Sulechowie (Heim der Inneren Mission), gdzie po dwóch miesiącach pięcioletnia Bärbel została zamordowana w ramach akcji T4.

Akcja T4 (Aktion T4, E-Aktion) – program realizowany w III Rzeszy w latach 1939–1944, polegający na fizycznej „eliminacji życia niewartego życia” (wikipedia). Decyzje zapadały w budynku w Berlinie przy Tiergartenstraße 4 (stąd T4), budynku, który w spadku po ojcu w latach 20 XX wieku otrzymał Hans Liebermann, ten z mojej ulicy. W latach 30 XX wieku dom został bezprawnie przejęty przez nazistów.

Następny przystanek jest przy Hagenstraße. Tam są dwa kamienie pamięci, upamiętniające małżeństwo cukierników Dobrinów, właścicieli kilku kawiarni w Berlinie. Moritz i Helene Dobrin zostali deportowani do Theresienstadt z grunewaldzkiego dworca w sierpniu 1942 roku. Helene zmarła z wycieńczenia, jej mężowi udało się dotrzeć specjalnym transportem w lutym 1945 roku do Szwajcarii. W organizację transportu zaangażowany był Heinrich Himmler, który pod koniec wojny chcąc ratować własną skórę doszedł do porozumienia z ówczesnym prezydentem Szwajcarii i wspólnie z Göringiem zorganizował ten jeden jedyny transport 1200 Żydów z Theresienstad do Szwajcarii. Heinrich Himmler mieszkał przy Hagenstraße 22, był prawie sąsiadem Dobrinów.

Blisko stacji kolejowej Berlin-Grunewald mieszkała Frieda Kalischer, pisarka, kobieta wykształcona i zamożna, która w grudniu 1942 roku deportowana została do Auschwitz. Mieszkała przy samym dworcu, była więc świadkiem wywózki ludzi, których masowo przyprowadzano lub przywożono pod dworzec grunewaldzki i często dopiero po kilku dniach oczekiwań pakowano ich w wagony i wysyłano na wschód, skąd już nie wracali. Ten sam los spotkał Friedę.

W tym czasie mój dziadek Piotr pracował jako murarz w którymś z obozów w Oświęcimiu. Stawiał kolejne baraki. Nigdy już się nie dowiem, czy był robotnikiem przymusowym, czy dobrowolnie zgłosił się u Niemca, bo bieda we wsi małopolskiej była nie do wytrzymania. Mama w tym czasie mieszkająca w Nowym Tomyślu w drodze do szkoły oddawała swoje drugie śniadanie Żydom pracującym przy budowie drogi. Babcia, gdy się o tym dowiedziała, szykowała mamie dwa śniadania. Mama dwóch śniadań już nie oddawała, zawsze tylko jedno.

Istniały dwa równoległe światy. Mało kto był zdolny do czynów bohaterskich, mało kto przewidywał taki obrót spraw. Mało kto wierzył postanowieniom konferencji z Wannsee. Każdy z nas w jakiś sposób przyzwalał, ze strachu, egoizmu, niewiary, potrzeby przeżycia za wszelka cenę. Nie umiem powiedzieć, czy postąpiłabym inaczej.

Kilka dni temu pojawił się w mediach apel zwracąjacy się do wszystkich, którzy są w posiadaniu jakichkolwiek zdjęć dokumentujących deportację 50 tysięcy Żydów w Berlinie. W oficjalnych archiwach nie zachowała się ani jedna fotografia. Być może w prywatnych zbiorach jeszcze się takie znajdują, tym bardziej, że co dziesiąta rodzina w Berlinie posiadała aparat fotograficzny. Link do apelu TU.

W 2008 roku stanął na dworcu w Grunewaldzie tzw. Pociąg Pamięci (Zug der Erinnerung). Czekałyśmy z córką bardzo długo, żeby wejść do wagonu i obejrzeć wystawę o losach deportowanych dzieci.

Pomiędzy październikiem 1940 roku a grudniem 1944 roku naziści deportowali setki tysięcy dzieci do obozów zagłady lub do pracy przymusowej. Ich dokładna liczba nie jest znana. Wagon ten dojechał też do Oświęcimia. Gdy dwa lata później byłyśmy w hitlerowskim obozie zagłady w Auschwitz nikt o takim pociągu, wagonie-wystawie nie słyszał.

Przed dworcem grunewaldzkim jest skwer, od 2015 roku noszący nazwę Karmielplatz. Izraelski Karmiel jest miastem partnerskim berlińskiej dzielnicy Charlottenburg-Wilmersdorf. Po lewej stronie placu stoi kamienica w której mieszkała Frieda Kalischer, w środku skweru biało-niebieskie ławki i budka z książkami. Budka nie jest zwyczajna. Dedykowana jest Peronowi 17, deportacji ludności, zagładzie Żydów. Oprócz książek wmontowany jest w niej głośnik, który obecnie, z uwagi na pandemię, nie działa. Z głośnika można usłyszeć po polsku, niemiecku, angielsku i w języku maori fragment z dzienników Anny Frank. Niedaleko budki wśród brzóz z inicjatywy grupy kobiet z ewangelickiej parafii w Grunewaldzie powstało w 1987 roku miejsce pamięci osób deportowanych. Na dwóch drewnianych podkładach kolejowych leży trzeci, na którym wyryta jest data 18.10.41. Był to pierwszy transport 1013 ludzi do łódzkiego getta. Pierwsza tablica upamiętniająca deportację Żydów była umieszczona na budynku kolejowym już w 1953 roku, następna w 1987. W roku 1987/88 władze lokalne dzielnicy Charlottenburg-Wilmersdorf ogłosiły konkurs na Pomnik Deportowanych.

Konkurs ten wygrał projekt rzeźbiarza Karola Broniatowskiego i architekta Ralfa Sroki. Karola Broniatowskiego poznałam w 2011 roku, podczas trwania wystawy “Obok. Polska – Niemcy. 1000 lat historii w sztuce”. To wtedy dowiedziałam się, że jest on autorem tej przejmującej rzeźby przy Peronie 17. Ślady ludzi, których nie ma, puste miejsca po nich wykute w skale, cienie. Nie można obok nich przejść obojętnie, idąc w kierunku Peronu 17, którego tory w dalszym ciągu prowadzą na wschód. Po obu stronach peronu daty, liczby, miejsca. Ostatni transport wyjechał stąd do Sachsenhausen 5 stycznia 1945 roku. Peron, a zwłaszcza tunel są tak rzeczywiste, że przeszywają mnie ciarki, gdy idę tunelem na drugą stronę Grunewaldu. Myślę o tych tysiącach ludzi: nieświadomych, bezbronnych, przerażonych, nieprzeczuwających, że będzie to ich ostatnia podróż, podróż w jedną stronę.
Kładę swoje żonkile na żeliwnej płycie z datą transportu 14.04.1942 do Warszawy. Kilkanaście kroków przede mną przystają chłopak z dziewczyną. Chłopak zdejmuje czapkę z daszkiem, przywdziewa jarmułkę, otwiera modlitewnik i chwilę stoją pogrążeni w modlitwie. Znikają z mojego pola widzenia tak szybko, jak się pojawili.

Żonkili już prawie nie ma. Mijam jeszcze te ostatnie w drodze do domu. Na drugi rok znowu zakwitną. 16 maja 1943 powstanie w getcie warszawskim dobiegło końca. Na rozkaz Heinricha Himmlera Jürgen Stroop osobiście wysadził Wielką Synagogę na Tłomackiem. Powstańcy zginęli, ludność cywilna została wymordowana lub wywieziona do obozów zagłady, a cały teren getta zrównany z ziemią.

Budapeszt, fryzjer, węgierski chłopiec i korona (1)

Ela Kargol

O tym, że pojedziemy do Budapesztu, wiedzieliśmy już od kilku miesięcy. Był to prezent, trochę przypadkowy, od naszej młodszej córki Heleny, obejmujący wiele okazji, począwszy od Świąt Bożego Narodzenia przez Dzień Babci i Dziadka, skończywszy na Dniu Kobiet. Po drodze była jeszcze najważniejsza uroczystość, a mianowicie 60 urodziny mojego męża, Tomka.

Nasza starsza córka Marta spędziła w zeszłym roku kilka dni w stolicy Węgier i cała w zachwytach podarowała nam przewodniki, udzieliła wskazówek i rad typu: “Co musimy koniecznie zobaczyć!”
Czasu było dużo, więc można było się solidnie przygotować, tym bardziej, że żadne z nas nie jest ignorantem w sprawach poznawania nowych miejsc, innej kultury i innej, choć często wspólnej, historii.

Dwa dni przed planowanym wyjazdem zapytałam Tomka, czy zajrzał do przewodników. On na to, że w zasadzie wszystko wie, jest Buda i jest Peszt, a w pracy miał kiedyś kolegę Węgra, jakby to w czymś miało pomóc. Ja wspomniałam coś o Batorym i Jadwidze Andegaweńskiej, córka Helena, że nie wiadomo, czy w ogóle polecimy, bo zbliża się wirus korony i jeżeli dolecimy, to ona i tak nie wyjdzie z wynajętego mieszkania, najwyżej na krótki spacer w samotności.

Dla Tomka oprócz wspomnianych dwóch części miasta i kolegi Węgra najważniejsza miała być wizyta u fryzjera w Budapeszcie. Ten zwyczaj powstał wiele lat temu, kiedy to po raz pierwszy byliśmy w Stanach. Na pytanie “Jak było w Ameryce?” mój mąż odpowiadał: “Byłem u fryzjera”. Później już wszystkie wyjazdy dalsze i bliższe związane były z wizytą w salonie fryzjerskim.

Dzień przed wylotem do Budapesztu przypomniałam sobie o „Węgierskim Chłopcu“, pomniku, stojącym na Jasnych Błoniach, w Szczecinie, mieście, które kocham, i odwiedzam w każdej wolnej chwili. Wiedziałam, że bliźniacza rzeźba stoi w Budapeszcie i chciałam ją koniecznie zobaczyć. Wprawdzie oba pomniki powstały w czasach autorytarnych rządów obu krajów, w roku 2016, ale nawiązują do historii z roku 1956, kiedy to „Węgrzy maszerowali pod poskimi sztandarami i z wizerunkami orła białego dnia 23 października 1956. Na transparentach widniały napisy: „Niech żyje odważna polska młodzież”, „Niech żyją polskie zmiany”, „Bem, Kossuth, Petöfi”. Marsz zakończył się pod pomnikiem bohatera Polski i Węgier – Józefa Bema odczytaniem listy żądań studentów. Studenci węgierscy skandowali hasło: „Polska ukazuje drogę…” Solidarnościowa demonstracja studentów węgierskich z protestami polskich robotników stała się przyczyną wybuchu Powstania na Węgrzech w roku 1956“ (https://pl.wikipedia.org/wiki/Stosunki_polsko-wegierskie).

Powstanie, nazwane później rewolucją węgierską, zostało krwawo stłumione przez wojska radzieckie. W wyniku walk zginęło po węgierskiej stronie 2500 osób, ponad 20 tysięcy aresztowano lub internowano, a około 200 tysięcy osób uciekło z kraju do Austrii i Jugosławii. Polacy, już po odwilży gomółkowskiej, a właściwie w czasie jej trwania, zareagowali natychmiast, zaangażowali się w pomoc narodowi węgierskiemu, przekazując krew, lekarstwa, żywność i artykuły pierwszej potrzeby. Dary ze Szczecina przekazano do robotniczego Csepel, dzielnicy na obrzeżach Budapesztu, w jego południowej części. O tej dzielnicy nie piszą przewodniki. Dojazd do niej z centrum Budapesztu był dość skomplikowany, ale to najważniejsze moje budapesztańskie życzenie zostało w pełni zrealizowane i spełnione.

Inaczej rzecz się miała z życzeniami dalszych członków rodziny. Nasza córka nie została w mieszkaniu, które nazywało się obiecująco „Balzac apartament”, a było zwykłą kawalerką z całym zachowanym wyposażeniem z lat 80 ubiegłego wieku. Lot był tani, mieszkanie tanie, ale takie, że niekoniecznie chciałoby się spędzać w nim całe dnie. Helcia stwierdziła, że z „koroną“ jeszcze nie jest tak źle, a my sobie nie poradzimy bez komórek, tylko z mapą. Tomka plany też legły w gruzach, choć na naszej budapesztańskiej ulicy Balzaka było aż czterech fryzjerów. Jeden był zamknięty, drugi zbyt ekskluzywny, a u dwóch pozostałych trzeba było zawsze poczekać godzinę. Tomek w końcu stwierdził, że do fryzjera pójdzie w Lachowicach pod Suchą Beskidzką, dokąd mieliśmy pojechać wkrótce potem. Bądź co bądź trochę ponad sto lat temu były to Austro-Węgry, a moja beskidzka babcia śpiewała o Franciszku Józefie cesarzu Austrii i królu Węgier pochwalne pieśni.

Wylądowaliśmy w Budapeszcie 5 marca, na lotnisku Ferenca Liszta, w dniu urodzin mojego męża Tomka (1960), świętej Kingi (1234) i Ludwika Węgierskiego (1326), przyszłego króla Polski.

Mieszkaliśmy w Peszcie, ale pierwszy dzień spędziliśmy w Budzie, a wieczór w węgierskiej knajpie, nie pamiętam po której stronie miasta, gdzie świętowaliśmy potrójne urodziny.

Do Budy zaprowadził nas Most Elżbiety (żony Franciszka Józefa, czyli Sissi. Jest jeszcze dzielnica żydowska nazwana jej imieniem), wprost na Wzgórze Gellerta, wzgórze samych sprzeczności. Kiedyś zbierały się na nim czarownice i odprawiały sabat, potem przybył biskup Gellert, chcący nawrócić niewiernych, ale poganie poradzili sobie z biskupem, spuszczając go ze szczytu w drewnianej beczce. Pomnik Wolności na szczycie, postawiony w podzięce Armii Czerwonej, po zdjęciu czerwonej gwiazdy upamiętnia wszystkich, którzy polegli za Węgry. Nawet roślinność jest przeciwstawna, na stoku południowym śródziemnomorska, a na północnym prawie alpejska. Spojrzałam na Dunaj, a on piękny i modry tylko u Straussa i w fotoshopie, majestatyczny, dzielący i łączący miasto. Ruszyliśmy do zamku.

Najstarsze zachowane fundamenty Zamku Królewskiego w Budzie pochodzą podobno z czasów Ludwika Węgierskiego. Ludwik, król Polski w latach 1370–1382, nie posiadając męskiego potomka, przekupił szlachtę polską i łapówkarstwem załatwił dziedziczenie tronu swojej córce Jadwidze, właśnie tej Jadwidze Andegaweńskiej, która musiała poślubić Jagiełłę i zrezygnować z zaręczyn z Wilhelmem Habsburgiem. Setki lat Jadwiga wraz z Kingą czekały na kanonizację. No i wreszcie, po znajomości, się jej doczekały. Obie stały się świętymi i patronkami Polski za sprawą papieża Polaka. Pomnik Jadwigi i Jagiełły znaleźliśmy w Budzie przy Bramie Wiedeńskiej, dość nowoczesny, odsłonięty nie tak dawno, powstał z inicjatywy i na koszt Litwy. Żartując jeszcze z „korony”, dotykaliśmy koron obu władców Polski, Litwina i Węgierki, siedzących w dość dużej odległości od siebie, takiej jak odległy był ich związek małżeński i tak jak nakazuje dzisiejszy czas pandemii. W środku insygnia ich władzy, którymi w imię wyższej konieczności ich połączono. Pomnik samej Jadwigi, bez męża ustawiony naprzeciwko pomnika Kingi przy kościele śródmiejskim pw. NMP jest dużo radośniejszy. Nieszczęśliwy był też Batory, zmuszony do ślubu z 10 lat od niego starszą 53-letnią Anną Jagiellonką. Jego pomnik stoi w w dość nieciekawym miejscu, jakby opuszczony, małoważny. A przy jego grobie na Wawelu Węgrzy zawsze przystają i śpiewają hymn „Boże zbaw Węgrów” i wtedy Batory staje się ważny.

Jeśli już o pomnikach piszę, Budapeszt to miasto pomników, pomniczków, monumentów, postumentów, statui (tak się odmienia w liczbie mnogiej statua!), rzeźb na fasadach, na dachach, na stacjach metra, w bramach, parkach, mostach i na… cokołach jak przystało. Pomniki towarzyszyły nam wszędzie. Pan z psem, robotnik z młotem, człowiek z beczkami, Colombo z jamnikiem, maszkaron nad bramą, święty Stefan i święty Emeryk, ryczący lew przy zamku w Budzie, mityczny ptak Madziarów, turul, Węgierski Chłopiec i wiele innych postaci ważnych dla Węgrów, mnie zupełnie nieznanych. Największe jednak wrażenie robią na nas „Buty na brzegu Dunaju”. Pomnik przedstawia 60 par butów damskich, męskich, dziecięcych. Upamiętniają one ludzi, przede wszystkim Żydów, którzy zostali tutaj rozstrzelani, a ich ciała wpadły do Dunaju. Napis na tablicy pamiątkowej w języku węgierskim, angielskim i hebrajskim głosi: Pamięci budapeszteńskich ofiar rozstrzelanych nad brzegiem Dunaju przez uzbrojonych strzałokrzyżowców (było to faszystowskie ugrupowanie założone w 1935 roku, w czasie II wojny światowej kolaborujące z Trzecią Rzeszą).

W ten dzień byliśmy w synagodze budapesztańskiej, największej w Europie, choć przewodniczka, opowiadająca o niej, dodała, że tych największych w Europie jest kilka. Na dziedzińcu pomnik płaczącej wierzby, której metalowe gałązki i liście z wygrawerowanymi nazwiskami zamordowanych Żydów dźwięczą na wietrze, jakby chciały przypomnieć o Holokauście i skomplikowanej historii Węgrów.

Niedaleko dworca Kaleti, dworca wschodniego, wybudowanego w latach 80 XIX wieku, dworca, na który wjeżdżają pociągi z Polski, leży potężny, jak wszystko w tym mieście, cmentarz Kerepesi. Od 1855 roku Węgrzy chowają tutaj swoich zasłużonych artystów, polityków, dziennikarzy, architektów, no jednym słowem wielkich i ważnych ludzi. Grobowce wzbogacone są majestatycznymi rzeźbami. Nad wszystkimi góruje mauzoleum Lajosa Kossutha, wielkiego przywódcy walki o niepodległość z czasów Wiosny Ludów. Pomnik Józefa Bema, przyjaciela Kossutha, bohatera węgierskiego z tamtych czasów i nabrzeże jego imienia musieliśmy minąć idąc na wyspę Małgorzaty. Oprócz pomnika „ojczulka Bema”, jak go nazywali Węgrzy, znajduje się w tym mieście 14 placów oraz ulic noszących jego imię. Czyli chodząc dużo po mieście, być może stąpaliśmy po jednej z nich.

Ciąg dalszy jutro

Berlinale i inne filmy

Ewa Maria Slaska

Agnieszce Łaszczuk z podziękowaniem

W Berlinie zaczęło się Berlinale (TU program). Ludzie biegają zaaferowani pomiędzy kasami, a znajomymi, którzy może mogliby pożyczyć wejściówkę (choć to chyba ostatnio strasznie się zrobiło trudne) lub mają bilety do odstąpienia. Czasem można się  przy okazji załapać na jakieś spotkanie wieczorne z udziałem osobistości, których jednak ani nie dotkniesz, ani nawet nie obejrzysz z bliska. Bo zwykły człowiek, z wejściówką lub bez, dociera tylko do poziomu sali, gdzie na stołach ustawiono zakąski i napitki, a kelnerzy uwijają się, rozdając wino i zbierając kieliszki. VIPy natomiast (taki Jeremy Iron na przykład) przebywają w ogrodzonym wybiegu dla lwów, na podwyższeniu. Siedzą przy stołach, kelnerzy zgięci w pół, z lewą ręką na plecach, nalewają trunki z butelek owiniętych w wykrochmalone serwety. Jeśli my dostajemy pomidorki i szynkę, to na stołach, jak sądzę, królują dewolaje i świeże szparagi, a jak u nas łosoś i truskawki, to u nich zapewne kawior i polędwica z wołków Kobo. W mieście pojawiają się dokładne rozpiski, kiedy i gdzie można “upolować” jakąś sławę, ale informacje są celowo niedokładne, trzeba godzinami stać na dworze, a potem co – pstrykniesz zdjęcie ponad głowami tłumu i przez czerwony kordon, a głównym motywem będą łyse głowy, czapki z pomponem i wyciągnięte do góry ręce z komórką. Skarżył mi się ostatnio jakiś operator telewizyjny, że już w ogóle nie można filmować publiczności. Ochrona danych osobistych?, zapytałam. Nie, odpowiedział, komórki. Trzymane w górze, wiadomo, ale też te na podołku, a nad nimi pochylone głowy, bo nie ma już żadnej okazji, kiedy nie sprawdza się wiadomości. Co przypomniało mi oczywiście pewien mem, jaki obiegł internet jakiś czas temu. Nie znalazłam, ale na potrzeby tego postu odtworzyłam go. Na górnym zdjęciu Wałęsa swobodnie gawędzi z Królową (angielską oczywiście). Oboje się uśmiechają, choć nikt nie wie, jak się ze sobą porozumiewali. Na drugim, ćwierć wieku później, Królowa z kamienną twarzą siedzi wyprostowana jak kij, a z tyłu za nią, w drugim rzędzie, Morawiecki. Zasłoniłam mu napis na piersiach, bo nie znalazłam tego zdjęcia w innej wersji, tylko ze słowem na k, które tu przecież wcale a wcale nie jest potrzebne, bo Morawiecki jaki jest, każdy widzi.

Czym to się człowiek nie pociesza w trudnych czasach.
Jednak mój filmowy luty to wcale nie Berlinale, lecz filmy o wojnie. Bo obejrzałam w lutym pięć filmów o II wojnie.

Gdy Hitler ukradł różowego króliczka, film nakręcony na podstawie wspomnień Judith Kerr, córki słynnego przedwojennego dziennikarza niemieckiego, żydowskiego pochodzenia. Hitler dochodzi do władzy, Kerrowie uciekają, wojna wybucha, gdy kończy się film, ach nie, oczywiście na odwrót – film kończy się w momencie wybuchu wojny. Piękny, wzruszający film, pokazujący wojnę z perspektywy dziesięcioletniego wrażliwego dziecka. Podobną perspektywę przyjmuje Jo Jo rabbit, amerykański film satyryczny w reżyserii Nowozelandczyka, Taika Waititi. Tu też głównym bohaterem jest dziesięcioletnie dziecko – chłopiec, który się zaprzyjaźnia z wyimaginowanym Hitlerem.

Mam dziesięcioletniego wnuka i Bogu dziękuję, że on i jego rówieśnicy, że pokolenie ich rodziców, ba, że my, pokolenie dziadków, nie musieliśmy przeżywać tego, co te dzieci. Strach, głód, bieda, poniewierka.  Ile szczęścia nam przypadło! Przecież wystarczyło się urodzić o kilka lat wcześniej, albo i teraz, ale tysiąc kilometrów dalej, na wschód, na południe. Cztery tysiące kilometrów na południe od nas dzieci w Aleppo zmarzają w obozach dla uchodźców. To się dzieje na naszych oczach. Gdy wojna, tamta wojna wybuchła, nasi rodzice byli w tym właśnie wieku, mieli pięć, dziesięć, dwanaście lat. I świat też na to patrzył, jak ginęli w bombardowanych miastach, łapankach, kacetach, gułagach i wagonach bydlęcych.

I wreszcie ostatnio przez trzy dni pod rząd oglądałam słynny niemiecki serial telewizyjny sprzed kilku lat – Nasze matki, nasi ojcowie. Tak się złożyło, że dopiero teraz, miałam okazję go obejrzeć. Ten film został potwornie skrytykowany przez polską prawicę spod znaku PiS, za fałszywe przedstawienie Polaków. Obejrzałam i nie dopatrzyłam się niczego, o czym byśmy nie wiedzieli. Oskarżono ludzi z AK, że byli antysemitami. A nie byli? Nie wszyscy oczywiście, ale przecież byli. Oskarżono ich o to, że byli brutalni. A nie byli? To była wojna.

To dobry film, a nasz problem z nim leży zupełnie gdzieś indziej, ale o tym za chwilę.

Pięć filmów pokazujących filmę oczami Niemców, bo nawet jeśli Żydów, to Niemców. Uderza prywatność tej wojny. W tle dzieją się wielkie zdarzenia, pojawiają się informacje radiowe. Niemcy rozpętują wojnę, lub ją przegrywają, w Afryce, na Sycylii, w Rosji, w Berlinie. Amerykanie lądują w Normandii, w Naszych matkach… bracia Winter walczą w Rosji i pod Kurskiem biorą udział w największej bitwie pancernej w historii, bitwie, którą wygrała Armia Czerwona, co przesądziło o losach wojny i świata. Ale mimo to wojna pokazywana w latach 2010/2020 jest przede wszystkim sprawą prywatną. Już same tytuły formułują tę perspektywę: Różowy króliczek, Jojo króliczek, nasze matki, dzieci i ich rodzice. Tak chyba jest, że po 80 latach od wybuchu wojny, nie chcemy już chyba oglądać bitew, tylko życie.

To wszystko są filmy o Niemcach w czasie wojny. JoJo Rabbit to satyra, nie można się pośmiać, bo tragiczna, ale nie trzeba jej brać poważnie. Poza tym hitlerowcy mówią po angielsku, czyli z góry wiadomo, że to wszystko nieprawda.
Różowy króliczek z kolei jest filmem dla Polaków łatwym do samoidentyfikacji, bo pokazuje świat z perspektywy ofiary. A tylko tak chcemy widzieć wojnę – jako ofiary lub bohaterowie. I tylko takie chcemy znać perspektywy opowiadania o wojnie. Nie jesteśmy przyzwyczajeni do prywatnej perspektywy niemieckiej, jak to się dzieje w Naszych matkach… Tu właśnie czai się niebezpieczeństwo, z jakim polski widz sobie nie radzi, i może to właśnie ono tak naprawdę wywołało ataki ze strony prawicy. Pięcioro bohaterów filmu to młodzi ludzie, nasze córki, nasi synowie. Nie mamy wyjścia, utożsamiamy się z nimi. W pierwszym odcinku nie jest to trudne, bo są młodzi, ładni i niewinni. Ale utożsamiamy się z nimi również potem, wtedy, gdy przestali już być naiwni i niewinni, bo wojna ich wszystkich zmieniła, bo już dopuścili się zdrad, już się zaprzedali, już stali się okrutni. Gdy bracia Winter z oddziałem atakują sowiecką stację nadawczą, perspektywa filmowa jest “nasza”, “nasz” oddział atakuje Złego, który czai się na poddaszu. Wszystkie filmy naszego dzieciństwa tak były kręcone i z takiej perspektywy poznawaliśmy zło. Takie były w owym czasie wszystkie westerny. Dobrzy atakują Złego, ten się broni, ale Dobrzy zawsze w końcu wygrywają. Rio Bravo z Johnem Waynem i Ricky Nelsonem. Gdy oglądam scenę napadu niemieckiego na stację sowiecką, oglądam Rio Bravo, moja podświadomość chce więc, żeby im się udało. Chcę, żeby udało się Niemcom! Jest tak, bo tak się przyzwyczaiłam i jest tak, bo przywiązałam się do młodszego Wintera jeszcze wtedy, gdy nie chciał tej wojny i nie umiem usunąć tej sympatii, gdy stał się już okrutnym wykonawcą zadań wojennych. I to jest, moim zdaniem, największa groza tego filmu. Udało mu się. Tak, udało mu się. Ja, Polka, oglądając ten film utożsamiam się z wrogiem! Przyjmuję jego rolę. Widzę w Niemcu człowieka, a nie zbrodniarza.
No cóż, za moich czasów mówiło się, że film “zmusza do myślenia”. Nasze matki, nasi ojcowie zmuszają nas do pójścia znacznie dalej, do zejścia do piwnic naszego polskiego ja, do głębokiego przeanalizowania tego, co się tam kryje. Bo zawsze dotąd myślałam, że moje reakcje na takie filmy wynikały z “naszyzmu”, nasi walczyli, nasi cierpieli, nasi wygrywali. A dopiero teraz widzę, że może to wszystko, cały ten “naszyzm”, to bzdura, bo to co się liczy, to… miłość. Bo nie umiem zobaczyć w tych młodych Niemcach zbrodniarzy, nawet wtedy, gdy widzę, jak popełniają zbrodnię, a widzę w nich tylko nasze dzieci. Nasze córki, naszych synów…

I nic na to nie mogę poradzić.

Rok temu umarł Edgar Hilsenrath

Jutro rocznica

Ewa Maria Slaska

Bardzo się zdziwiłam, ale Edgar Hilsenrath, którego uważam za jednego z najlepszych pisarzy niemieckich starszego pokolenia, nie ma wpisu w Wikipedii po polsku, choć w Polsce ukazała się jego najsłynniejsza książka, Nazista i fryzjer. Myślę więc, że podobnie jak to było z André Kaminskim, gdy ten wpis się ukaże, umieszczę go też w Wikipedii – bo, przypominam, jeśli czegoś nie ma w tej największej encyklopedii na świecie, to każdy z nas może to dopisać.
Umarł rok temu i myślę, że za mało mu poświęcaliśmy uwagi. Tak nas zajmowały Wielkie Spory Literackie Wielkich Starych Gwiazd Literatury Niemieckiej – Grassa i Walzera, że niewiele zostało miejsca dla innych pisarzy, urodzonych jeszcze przed wojną. Johannes Bobrowski i Wolfgang Koeppen, tak, owszem, ale może głównie z uwagi na nostalgiczną tęsknotę za utraconymi Kresami Wschodnimi (skąd my to znamy?)
Lenz, no tak, Lenz na pewno. Ale potem już od razy byli ci młodsi, ci swobodniejsi, mniej obciążeni ciężarem niemieckiej winy i zobowiązani do tego, by się z nią rozliczyć i uporać.

Nie chcę wartościować. Nie wiem, który z nich był lepszy, który z nich odegrał ważniejszą rolę w zmienianiu niemieckiej wizji świata, ale Hilsenrath miał w tym procesie ogromny udział. Jak wielki, niech świadczy fakt, że książka Nazi i fryzjer ukazała się najpierw po angielsku w USA, a dopiero potem w Niemczech. Bo w Niemczech bardzo bolała. Jak napisał ponieżej w komentarzach Tibor Jagielski, nie dlatego że Hilsenrath był Żydem, tylko z uwagi na problemy, które poruszała. A przede wszystkim to, jak je poruszała.

Poznałam go w roku 1993 przy okazji prezentacji książki, w której znalazły się jego tekst i mój. Starszy, przystojny pan w stylu Brasensa – beret, fajka, czapka z daszkiem i ten niemal niezauważalny uśmiech, serdeczny, ale zdystansowany. Nasza wydawczyni  przedstawiła mu mnie, ale gdy usłyszał, że jestem Polką, poinformował mnie takim tonem, jakby się opędzał od natrętnej muchy, że jeśli chodzi mi o wydanie Nazisty… w Polsce, to on ma już tłumacza, po czym obrócił się do kogoś innego, bo po co mu była jakaś Polka, jeżeli w ogóle, to tylko po to, żeby wydać książkę, a tak, to sio mucho, nie zawracaj głowy.
No i rzeczywiście – w rok później powieść Nazista i fryzjer ukazała się po polsku.
Czytaliście?
Jeśli nie, to koniecznie przeczytajcie. To naprawdę genialna, przewrotna powieść, wartka, ironiczna, sarkastyczna i kostyczna, zabawna i odrażająca. Ach, jak się tę powieść dobrze czyta! Ach, jaka szkoda, że się spóźniłam i to nie ja ją przetłumaczyłam na polski tylko Ryszard Wojnakowski.
Potem nie widziałam go bardzo długo. Kiedyś nasza wspólna wydawczyni poinformowała nas, że Edgar przeżył wylew i jest ciężko chory. A potem pojawił się znowu, ale nie było już francuskiego bonvivanta z fajką – na scenę dotruchtał do fotela maleńkimi kroczkami maleńki, siwiuteńki, zgarbiony staruszek. Poczułam się strasznie, jakbym to ja była winna tej przemianie. To było niesprawiedliwe… Podniósł się z tego starczego niedołęstwa. Na kilka lat przed śmiercią ożenił się po raz drugi. Wyglądał znowu jak francuski intelektualista z lat 60, tylko starszy.
Rok temu umarł.

Nazi i fryzjer to jego najsłynniejsza powieść. W Polsce ukazała się dwa razy, a potem jeszcze Baśń o myśli ostatniej (2005) – opowieść o pierwszym ludobójstwie XX wieku – tureckiej masakrze Ormian podczas I wojny światowej.


Był niemieckim Żydem. Urodził się 2 kwietnia 1926 roku w Lipsku, zmarł na zapalenie płuc 30 grudnia 2018 roku w Wittlich, w Nadrenii-Palatynacie. Wyrastał w Halle w rodzinie zamożnego kupca. Edgar i jego brat zdołali wraz z matką opuścić Niemcy w listopadzie 1938 roku – jeszcze przed nocą kryształową. Zamieszkali u dziadków w Serecie, jednym z najstarszych miast na Bukowinie rumuńskiej. Ojciec nie zdołał dołączyć do rodziny, ale udało mu się uciec z Niemiec – wojnę przeżył we Francji. W roku 1941 cała rodzina przebywająca w Serecie została przymusowo przesiedlona do getta w Mohylowie Podolskim na granicy z Mołdawią. Getto zostało wiosną 1944 roku wyzwolone przez Armię Czerwoną, a Edgar zamieszkał najpierw w Serecie, a potem w Czernowcach. Dzięki organizacji Ben Gurion otrzymał sfałszowane papiery i wyjechał do Palestyny, gdzie jednak nie powodziło mu się najlepiej. Wkrótce, bo już w roku 1947, wyjechał do Lyonu, bo tam w międzyczasie zamieszkała cała jego rodzina. Na życzenie ojca podjął naukę zawodu kuśnierza. W latach 50 wyemigrował do Nowego Jorku, gdzie, podobnie jak w Palestynie, imał się różnych przypadkowych zajęć.
Później powie, że za długo mieszkał w Nowym Jorku i to mu nie wyszło na dobre, ale jednak to tu postanowił, że zostanie pisarzem i napisał pierwszą powieść – Noc – o życiu w getcie żydowskim na Ukrainie. Noc ukazała się w roku 1954 w USA, w Niemczech – dopiero 10 lat później i w  mikroskopijnym nakładzie. Jak już pisałam – podobny los spotkał następną powieść Hilsenratha, Nazista i fryzjer. W roku 1975 Hilsenrath powrócił do Niemiec i zamieszkał w Berlinie. Mimo iż powieść w tłumaczeniu na angielski, włoski i francuski sprzedała się w świecie w nakładzie dwóch milionów egzemplarzy, w Niemczech odrzuciło ją kilkadziesiąt wydawnictw po kolei (dużych i znanych). Wreszcie w sierpniu 1977 wydało ją małe wydawnictwo z Kolonii Literarischer Verlag Helmut Braun w nakładzie dziesięciu tysięcy egzemplarzy, nie przeczuwając, że wkrótce sprzeda ich ćwierć miliona. Żadna z następnych książek Hilsenratha nie przyniosła mu takiej sławy jak Nazista… Zresztą nie napisał ich zbyt wiele.

Został pochowany w Berlinie na cmentarzu Dorotheenstädtischen Friedhof, tam gdzie leżą również Georg Friedrich Hegel, Berthold Brecht i Christa Wolf, a na sąsiednim cmentarzu francuskim – polski rysownik z Gdańska, czynny w Berlinie w XVIII wieku – Daniel Chodowiecki.

Dwa dni temu pojechałam na cmentarz, zapalić świeczkę na grobie Hilsenratha i… zrobiło mi się smutno. Grób jest opuszczony. O tym, że to grób Hilsenratha informuje cmentarna urzędowa tabliczka. To właśnie dlatego nie chcę mieć grobu i proszę, by mnie pochowano anonimowo. Hilsenrath zostawił żonę, zostawił pełnomocnika odpowiedzialnego za rozprowadzanie jego książek, zostawił czytelników. Więc jeżeli ważny pisarz niemiecki, który przecież nie umarł samotnie, leży w rok po śmierci w grobie, który tak wygląda, to lepiej wcale nie mieć grobu. (Uwaga – grób Hilsenratha to ta pusta przestrzeń po prawej stronie, zdobna zwiędłym wrzosem; czerwony znicz stoi na sąsiednim grobie).

R.i.P.

Wbrew temu, czego się nauczyliśmy 50 lat temu o zadaniach dziennikarza – dziennikarz pokazuje świat, nie poprawia go – rano następnego dnia wstałam z poczuciem, że muszę coś zrobić z tym opuszczonym grobem. Może na żydowskim cmentarzu ten grób by nie raził, nie wiem – cmentarze żydowskie są z reguły gęsto zarośnięte bluszczem – ale na berlińskim cmentarzu to opuszczenie jest dojmujące. Wstałam więc, wypiłam kawę, zabrałam kolejną świeczkę i pojechałam. Po drodze kupiłam gałęzie sosny i różową prymulkę.

Hilsenrath był Żydem, nie kładzie się kwiatów na żydowskich grobach, ale kamyk niczego by tu nie załatwił. Nie był jednak Żydem wierzącym, więc może mu wszystko jedno.

Mam nadzieję.

PS. Po kilku dniach, 2 stycznia jeszcze raz poszłam z przyjaciółmi na ten grób, mimo moich gałązek taki biedny i smutny. Nikt inny tu nie przyszedł, ani na Chanukę, ani na święta, ani na rocznicę śmierci, ani na Nowy Rok.

Wiosną pójdę i obsadzę grób rozchodnikiem.

Cmentarz żydowski w Nicei

Cimetière juif

Uwaga – nie wszystkie motywy w tym filmiku naprawdę sfotografowano na cmentarzu żydowskim w Nicei.  I w ogóle w sieci jest okropny bałagan, niektóre groby pojawiają się wiele razy na różnych cmentarzach, innych nie ma, nie wiadomo – już nie ma, w ogóle nie ma,

Prochy z Auschwitz.


Mydło wyprodukowane w Auschwitz, Majdanku i Treblince.

Zmarli, którzy urodzili się wszędzie, w krajach arabskich, w północnej Afryce, we wszystkich trzech częściach Polski pod zaborami. W Rumunii, Armenii i na Ukrainie. W Beserabii i Erewaniu, Berlinie, Pradze, Lwowie i Trypolisie. Czasem cenotafy, jak ten Maurycego Łukowskiego, najczęściej groby tych, którzy urodzili się wszędzie, a umarli w tu, w ciepłym łagodnym klimacie Lazurowego Wybrzeża, w Nicei, w Eze, w Mentonie.

Najstarszy grób z roku 1540.

Leży tu kilka znanych osobistości, nicejski malarz, śpiewaczka operowa, matka Garibaldiego, Rosa, zmarła w roku 1852. Na wielu grobach stoją bardzo ekspresyjne rzeźby, przedstawiające postaci ludzkie – widać w odległym uzdrowisku można sobie było na więcej pozwolić niż w rodzinnej Łodzi czy Berlinie.

Leży tu też słynny René Goscinny (1926-1977), autor komiksów (Asterix & Obelisk, Lucky Luke) i słynnych książeczek o Mikołajku.

Polacy.

Fanny Moszkowicz, o której rodzina pisze po angielsku, tylko tyle, że była matką, ale zostawia jej w nazwisku sz i cz, choć inni członkowie rodziny używają już pisowni łatwiejszej do wymówienia dla cudzoziemców – np. Moskowitz. Anna Lichtenbaum z domu Eisenmann, rówieśniczka mojej praprababki, z nagrobkiem po polsku.

Ze wszystkich nagrobków wybieram jeden i próbuję dociec, kto tu leży. Wyobrażam sobie, że to pisarz, rzeczywistość mnie jednak surowo zawodzi.

Fortunato Liscia, urodzony w Tunezji w roku 1840, zmarł w Nicei w roku 1910. Wybrałam ten nagrobek, oczywiście z uwagi na książki, już w Nicei, ale nie studiowałam szczegółów. Dopiero teraz widzę, że Fortunato miał, jak ja, 70 lat.

Urodził się w Médina de Tunis. Był synem Moise Liscia i Scemamy Seroni, jego bratem był Vittorio Liscia. Fortunato ożenił się 20 marca 1861 roku Giulią Liscia (być może kuzynką, bo nazywała się Liscia Liscia – urodziła się w roku 1843 w Livorno); miał liczną rodzinę: córki Fanny, Fortunatę, Adelę i Matyldę oraz synów – Adolfo i Gustavo.
Liscia po włosku to “gładki, gładka”, ale także nazwa małego miasteczka w Abruzji (Abruzzo) we Włoszech i rzeki na wyspie Sardynii, niewykluczone więc, że Fortunato i Giulia mieli nazwiska pochodzące od nazwy miejscowości, tak jak polskie nazwiska Berliner, Lubliner, Warschauer lub Amsterdamski. Dziś w Liscii w Abruzji mieszka 700 osób, dawniej była to pewnie mała wioska. Sardyńska rzeka w latach 50 została przegrodzona tamą, która nazwa się Diga del Liscia.

Człowiek, który ma taki dostatni grób, był na pewno zamożny. Ale w jakiej dziedzinie działał? W sieci pojawiają się zdjęcia budynków podpisane Fortunato Liscia, informacja o hacjendzie i biżuteria. Jak by jednak nie było, wygląda na to, że Fortunato Liscia nie był pisarzem (a takie żywiłam złudzenia, fotografując jego grób w Nicei) i że księgi mają charakter symboliczny:

Księgi występują bardzo często i w różny sposób, pisze Monika Krajewska, w artykule nt. symboliki nagrobków żydowskich, pojedyncza — zamknięta lub otwarta, niekiedy w dłoni, rząd ksiąg zwróconych grzbietem do widza, całe szafy z książkami. Czasem na stronach otwartych książek lub grzbietach bywają wyryte tytuły modlitewni­ków lub dzieł rabinicznych, a na grobach uczonych można spotkać księgi z tytułami ich dzieł (…). Motyw księgi, zdobiący nieraz całe kwatery cmentarza, jest wyrazem uczoności, spełniania religijnego nakazu studiowania Tory i Talmudu, a więc cnót wysoko cenionych przez społeczność żydowską. Jego wszechobecność każe jednak sądzić, że chodzi często o uczoność przypisywaną zmarłemu raczej niż autentyczną.

W innym artykule Krajewska pisze, że…

w końcu XIX w. i w XX w. na wielkomiejskich cmentarzach żydowskich (…) powstały pomniki o motywach stylowych i symbolicznych zaczerpniętych z cmentarzy chrześcijańskich, np. obeliski, kolumny z urną lub draperią, rzeźbione sarkofagi (…)

I tak to nas, zwykłych ludzi, rzeczywistość ze snu budzi. Myślałam, że pisarz, a tu księga jest tylko symbolem. Myślałam, że mądry, a tu, metaforycznie, każdy zmarły jest mądry. Myślałam, że wrażliwy, a tu po prostu moda i jeszcze na dodatek naśladownictwo. Czego ja tu sobie nie myślałam…

Na zakończenie jeszcze jeden grób z cmentarza żydowskiego w Nicei – Sylwio Maurice Asseo, urodzony w roku 1923, zmarł w roku 1931. Miał jak na owe czasy nowoczesne zabawki – kolejkę, autko, samolocik…

 

 

Lato 2019. 22 lipca (wiersze 33)

W poniedziałek 22 lipca, w 77 rocznicę rozpoczęcia akcji likwidacji warszawskiego getta, ulicami Warszawy, po raz ósmy, przejdzie Marsz Pamięci. Tegoroczny Marsz, poza upamiętnieniem tej tragicznej daty, będzie poświęcony w szczególności pamięci Władysława Szlengla, genialnego poety warszawskiego getta, który w swojej twórczości przedstawił tragizm życia i śmierci ludzi uwięzionych w zamkniętej dzielnicy.

Organizatorem Marszu jest, jak co roku, Żydowski Instytut Historyczny im. Emanuela Ringelbluma.

Marsz rozpocznie się o godzinie 18:00 przed pomnikiem Umschlagplatz przy ulicy Stawki w Warszawie. Tegoroczna trasa Marszu zakończy się pod kamienicą przy ulicy Waliców, gdzie przed wojną mieszkał Władysław Szlengel.

Władysław Szlengel (ur. 1912 lub w 1914 w Warszawie, zm. 8 maja 1943 tamże) – polski poeta pochodzenia żydowskiego, autor tekstów kabaretowych i piosenek, dziennikarz, aktor estradowy. W latach 1940–1943 przebywał w getcie warszawskim, gdzie kontynuował działalność pisarską i artystyczną. Za sprawą wierszy pisanych w owym czasie zwany jest poetą getta.

Władysław Szlengel

Obrachunek z Bogiem, (Getto Warszawskie, 1943)

Może to był sen – (chociaż nie)
A może zamroczył mnie trunek
Siedzieliśmy razem Bóg i ja
I robiliśmy rachunek…
Bóg był starszym panem
O spojrzeniu pełnym łaski
Miał siwą długą brodę
I chodził bez opaski…
Kenkarty wprawdzie nie miał
Bo przybył prosto z raju
Lecz miał obywatelstwo
Podobno… – Urugwaju
Wyjąłem dużą księgę
A Pan Bóg Watermana
Otwarłem konto – wiara
I rzekłem… proszę pana
Mam lat trzydzieści dwa
Lat sytych albo biedy
Dotychczas Panie Boże
Otwarty miałem kredyt
Mówiono: módl się
Ja się modliłem
Mówiono: pość –
– pościłem…
Przez ciężkie postu dni
Bez kropli wody w ustach
Dla wielkiej chwały Twej
i urojonych ustaw
W męczących smugach świec
W tumulcie izb bóźniczych
Modliłem się byś mógł
uczynki moje zliczyć
Mówiono  mi „nie kradnij”
nie kradłem
Mówiono: nie jedz świniny…
(lubię) – nie jadłem
Mówiono: Bóg tak chce…
Mówiono: Boża Droga
Mówiono: nie cudzołóż…
Wstrzymałem się… dla Boga
Mówiono nie zabijaj!
nie zabijałem
Nie miej Boga nademną
– nie miałem…
Są różne miłe święta
Są różne trudne święta
Po dziesięć razy na rok
Kazano mi pamiętać
Kazano siedzieć w kuczce
Pić gorzkie jadać macę…
Pokuty różne czynić
i zaniedbywać pracę
Rzemieniem ściskałem ręce
Księgi zżerałem nocą
i umartwiałem ciało
Przepraszam, pytam – po co ?
Mówiłem: Bóg pomoże
Mówiłem: Bóg ocali
Wierzyłem: Pan Bóg ze mną
Mówiłem: i tak dalej…
Spójrz no, popatrz w księgę
Rzecz jasna, oczywista
Patrz! karta Twoich zasług
w stosunku do mnie – czysta…
Biją mnie w twarz
– Nie uciekam
Jak zwierz tropiony z nory w norę
Czekam… a Ty nic…
Głodno mi chłodno i tęskno
Droga wciąż dziksza, daleka
Pusto – wokoło, martwo
Nie płaczę… – czekam…
Na wiatr więc wyrzucone
Błagania posty lament
i sto tysięcy modlitw
i pół miliona „Amen”…
Co Ty mi dajesz dziś
Za wszystkie me uczynki
Ten blok…
Tę blaszkę… plac –
Te bony – czy Treblinki?
Czy jeszcze czekasz bym
Pojutrze jak testament
Pod pruski idąc gaz
Powiedział jeszcze „Amen”?
No mów coś, proszę mów –
Rachunek wyjm z ukrycia
Otwarte ksiegi – patrz! –
Wspólniku mego życia…
Ten miły starszy pan,
z którym przy stole piłem
Ołówek wziął do ręki i rzekł…
i tu się przebudziłem
Czy to był zwykły sen? –
Czy też mnie zmorzył trunek? –
Lecz do dziś nie wiem jak
się skończył obrachunek.

Neues von den Juden

Matthias Nawrat, Der traurige Gast
Rowohlt 2019

Ein Fragment aus dem Kapitel Der Friedhof; es ist ein Aufsatz über polnischen Dichter Arnold Słucki, der in Berlin letzte Jahre seines Lebens verbrachte, hier starb und auf dem Friedhof Ruhleben begraben liegt.

Er ist ein Jude gewesen, hieß Aron Kreiner und ist in Tyszowce (heute Ukraina) geboren. Der Erzähler (der Ich-Erzähler) spricht mit einer Frau, deren Familie auch dort, in sog. Kresy (polnische Ostgebiete) geboren war und nach dem Krieg, wie der Autor selbst, in Opole (Oppeln) lebte.

Słuckis Grab auf dem Friedhof Ruhleben. Zwei Worte unter den Namen – poeta polski – bedeuten: Polnischer Dichter.

Seite 107

Es ist unaushaltbar, sagte sie, dass wir Europäer diese Welt ausgelöscht haben. Es ist unaushaltbar und nie wieder gut zu machen.
Aber das stimmt doch nicht, sagte ich. Nicht die Europäer haben diese Welt ausgelöscht. Die meisten wollten doch die Juden retten.
Das wollen wir gerne glauben, sagte sie. Aber das aufgeklärte Europa konnte diese Welt nicht dulden. Weil sie an etwas erinnere, das Vernunft nicht erklären kann.
An was denn?, sagte ich.
An das Nicht und das Etwas, sagte sie. An die Verlorenheit der menschen in einem leeren All.
Es gibt doch Beispiele für Leute, die ihr Leben riskiert haben, sagte ich.
Sie lachte auf.
(…)
Es ist unvorstellbar, dass meine Mutter, die aus derselben Landschaft und Kultur stammte und ihre Kindheit wie Aron Kreiner, wie Arnold Słucki, dort verbracht und diese Welt noch in sich aufgesogen hatte, mit einer Arche na Opole kam, in der nur die Polen gerettet wurden, um, von einem fünftausend Jahre umfassenden Gedąchtnis abgeschnitten, eine neue Zivilisation aufzubauen. Es ist das Wesen unserer Zeit, dass wir nicht wissen wollen, nicht daran erinnert worden wollen, woher der mensch kommt. Durch den Massenmord, der uns alle in Wahrheit recht kam, ist dieses vorgebliche Unwissen ein fżr alle Mal ausgerąumt. Aron Kreiner alias Arnold Słucki war der letzte seiner Art. Meine Mutter war die letzte ihrer Art. Die Mutter meiner Mutter hat sich bis zu ihrem Tod geweigert, die aus Stanisławów mitgebrachten Einrichtungsgegenstände aus den Holzkisten auszupacken. Sie war davon überzeugt, dass man bald werde zurückkehren können. Aber man konnte nicht zurück. Die Erzählung von der Arche Jalta ist eine Erzählung des Fortschritts. Aus der Arche steigt, nach dem Absinken der Flut, der heutige Westen, In den Konferenzem von Jalta und Potsdam hat die Vernunft gesiegt. Das europäische Wertesystem. Kants große Idee von Weltbürgertum. Es ist ein Wunder, dass Aron Kreiner, inzwischen Arnold Słucki, bis ins jahr 1972 im selben Europa weitergelebt hat. Dass er sich angepasst hat und dem polnischen Staat erst im Jahr 1968 wieder aufgefallen ist. Dass er bis zuletzt als eine Schuld empfand, überlebt zu haben, folgt im Grunde der Logik dieses neuen Westeuropas.
Sie sank in sich zusammen. Sie war ausser Atem. Ich fühlte, wie mir das herz bis in den Hals schlug. Ich war wütend. ich wollte etwas sagen, aber ich wusste nicht, was, weil alles, was sie gesagt hatte, an sich falsch war, nicht aber in sich.
(…)
Ich muss langsam gehen, hörte ich mich sagen.
Wir müssen nicht streiten, sagte sie.
Wir streiten nicht, sagte ich.
Ich stand auf und ging in den Flur. Ich zog mich an. Sie stand daneben und schaute mir zu. Wie sie mir so zuschaute, sah auch ich mich von außen, wie ich mich anzog.Ich gab ihr die Hand, trat aus der Wohnung und ins Treppenhaus. Ich stieg die Treppe hinab und trat auf die Straße. Nur langsam verebbte der Ärger in mir, während ich and den Gärtchen vor den Wohnhäuser entlangging. Ich dachte, dass sie maßlos übertrieb. Ich dachte, dass auch ich maßlos übertrieb. Dass mich etwas wütend machen musste. Ich musste mich nicht wehren. Es waren doch nur Gespräche, die wir führten.

Als der Erzähler vier Wochen später sie wieder besuchen wollte, lebte sie nicht mehr. Sie hat sich umgebracht.

Katz salami

Ewa Maria Slaska

Wspomnienia z Nowego Jorku

Nie wiem, czy wiecie, ale są ludzie, którym nie sposób kupić prezentu, bo nic nie chcą i nic ich nie ucieszy. Mam takich również w rodzinie. Czasem próbuję obejść problem dookoła i, korzystając z nowoczesnych środków komunikacji, znienacka zadaję pytanie: Co przywieźć? Zadałam je pod koniec pobytu w NY. Odpowiedź była lakoniczna, co mnie nie dziwi, bo sama też jestem nader lakoniczna: Nie wiem. Katz salami?

Katz salami? Katzsalami… katzsalami…

Pytam przyjaciół. Nie wiedzą. Katzsalami. Katzsalami? No, salami.

Jedziemy do sklepu, przy okazji pytamy w dziale mięsnym. Katzsalami? No idea.
E tam, mówi przyjaciółka. Kup salami. Nie ma nic takiego, jak kacsalami…

O nie! Jeśli człowiek trudny do obdarowania udziela odpowiedzi, to znaczy, że dobrze wie, czego chce i po prostu muszę znaleźć Katz salami. Szkoda, że zapytałam tak późno, bo zotały mi już tylko dwa dni do wyjazdu.

Siadam do komputera i rozpoczynam research. To moje ulubione zajęcie, a internet jest niezwykłym narzędziem, wymyślonym na pewno tylko po to, żeby mi sprawić przyjemność, ułatwiając poszukiwania odpowiedzi na pytania, które zadają mi inni i które zadaję sobie sama. Taki odwrócony paragraf 22 (i to jest takie zdanko, absolutnie bez związku z czymkolwiek, które tu wam podrzucam, po to, żebyście teraz wy się pogłowili nad tym, co autorka miała na myśli? Jak odgadniecie, to dostaniecie nagrodę.)

Research potrafi człowieka zaprowadzić do niezwykłych światów. I tak też było z Katz salami.

Zacznę od końca. Pamiętacie taką słynną scenę filmową. Dziewczyna i chłopak, którzy nie są parą, idą do restauracji, rozmawiają o życiu, ona publicznie odgrywa orgazm, a pani przy sąsiednim stoliku mówi do kelnera – poproszę to samo, co ona.

No? No? No jasne, Kiedy Harry poznał Sally, choć wszyscy i tak znają ten film jako Harry i Sally. Grają Billy Crystal i Mag Ryan. Autor wpisu w polskiej Wikipedii był niewątpliwie smętnym idiotą. Opowiada beznadziejnie treść filmu i NIE zauważa tej jednej sceny, TEJ, którą wszyscy lepiej pamiętają, niż fakt, że film dostał oskara i całą furę złotych globów.

To szyld, który wisi w restauracji, gdzie miała miejsce TA scena.

Zdanie I’ll have what she’s having weszło do historii kina i na liście najsłynniejszych cytatów filmowych zajmuje 33 miejsce. Podobno na pokazie przedpremierowym wszystkie kobiety się śmiały, a mężczyźni skonsternowani milczeli.

No już dobrze, dobrze… Już wyjaśniam:

To ta restauracja. Ta, w której miała miejsce TA scena. Katz Delicatessen albo jak mówią mieszkańcy NY – Deli. Katz deli. Salami z delikatesów Katza. Ale tak naprawdę Katz słynie przede wszystkim z kanapek z pastrami.

Reszta jest historią, którą znaleźć można na polskiej stronie Pastrami Deli, bo, pastrami ma swoje miejsce w historii kultury i, jak się okazuje, kanapki z pastrami uważane są za najsłynniejszy sandwicz na świecie. Pastrami to marynowana wołowina. Zabrałam moją przyjaciółkę do delikatesów Katza i przyglądałam się z zainteresowaniem jak zjada pół takiej kanapki. Już ta połówka jest pokaźnych rozmiarów, a mięsa ma tyle, że wystarczyłoby na obiad dla sporej rodziny. Ale tak się to właśnie je w Katz’s Deli. Góra marynowanego czerwonego mięsa wołowego na kromkach chleba żytniego, dokładnie takiego, jaki jedliśmy codziennie w PRL-u i nigdy nam się nie znudził. Pewien niemiecki tłumacz (nie podam tu nazwiska, bo każdy z nas ma prawo się pomylić lub czegoś nie wiedzieć) przetłumaczył tę nazwę jako Pastrami auf Roggen, pastrami na życie (co po polsku brzmi już doprawdy najśmieszniej pod słońcem).

Katz`s Delicatessen to restauracja, bar szybkiej obsługi i sklep, który od momentu założenia w roku 1887, mieści się w tym samym miejscu – na rogu East Houston i Ludlow. Była to początkowo niewielka masarnia. Sussman Volk, żydowski rzeźnik z Litwy, sprzedawał tam między innymi pastrami, potrawę, na którą dostał przepis od przyjaciela, emigranta rumuńskiego. W rok później Volk przekształcił masarnię w niewielką resturację. W 1903 roku kolejny emigrant, tym razem Żyd rosyjski, Willy Katz, został wspólnikiem Volka, a potem właścicielem restauracji. Do roku 1988 lokal znajdował się w rękach rodziny, choć linia dziedziczenia nie zawsze przebiegała prosto z rodziców na dzieci i czasem przeskakiwała na szwagra czy zięcia. 30 lat temu restaurację odkupili od Katz’ów polscy Żydzi, bracia Fred Austin i Alan Dell.

Podczas drugiej wojny światowej Katz wprowadził zwyczaj wysyłania salami walczącym na wojnie żołnierzom. Pojawił się slogan „Send a salami to your boy in the army”, wymyślony przez żonę ówczesnego właściciela delikatesów. Ich dwóch synów przebywało na froncie. Zwyczaj się przyjął, po czym stał się tradycją. Delikatesy zaczęły produkować salami w wielkości dostosowanej do wielkości przesyłek na front. Tradycja, jak to tradycja, trwa do dziś. Salami Katza dociarało również  do Iraku i Afganistanu.

Salami produkuje się w trzech wielkościach i może ważyć dwa funty, trzy lub cztery. Firma do dziś nie stosuje żadnych środków przyspieszających produkcję. Kiełbasy powoli dojrzewają, wisząc w sklepie ponad głowami sprzedawców. Jeśli jeszcze nie dojrzały, nie będzie można ich kupić i już. Tak było, gdy dotarłam do Katza. Jedyne salami, jakie akurat było dojrzałe, ważyło cztery funty, i wiedziałam, że po prostu nie mogę zabrać ze sobą takiej ogromnej kiełbasy. Musiałam się zadowolić salami pokrojonym na plasterki, ucięte z wielkiej (dojrzałej) kiełbasy.

Są dwie odmiany salami Katza – miękka i twarda. Ale nie mam pojęcia, czym się różnią. Zapewne tym, że jedna jest miękka, a druga twarda :-).

PS. Dwie uwagi dla tych, którzy postanowią odwiedzić delikatesy Katza. Pierwsza – płaci się tylko gotówką! Druga – przy wejściu dostaniesz niepozorny świstek, na którym kelnerzy i sprzedawcy będą notowali, co kupujesz. Biada, jeśli ów bilecik zgubisz, bo wychodząc zapłacisz 50 dolarów kary.