Znalezione w pudełku sprzed dziesięciu lat

Ewa Maria Slaska

Miłość wyżera trzustkę

Jestem po ciężkiej operacji. Rzeźnickiej jak określił jeden z moich lekarzy, który grzecznie zapytał, czy mógłby obejrzeć bliznę. Mam w brzuchu węzeł, który nie chce się rozpuścić. Wściekle boli. Nie mogę się ruszać, cierpię. Lekarze (niemieccy) mówią, że przejdzie, a jak do jesieni nie przejdzie (jest wiosna!), to będzie trzeba zoperować bliznę. Dopiero polski doktor w sanatorium aplikuje mi zastrzyki, sprawia, że ból mija niemal natychmiast, a ja jak ciemna baba z ludu, gotowa jestem paść na klęczki i wielbić lekarza cudotwórcę boga. Ale to później. Na razie leżę w szpitalu po operacji i oświadczam: Nie dam się już więcej operować. Jeden zabieg za drugim. Nie chcę. Żyć a potem umrzeć. Żółta krowa uratowała mi życie.

Informuję Czytelników, że nie wiem, o co mi chodziło z tą krową. O Kandinsky’ego? Reprodukuję tu jednak nie Kandinsky’ego, lecz inną krowę: Lena Róża Wawrzyńczak. Ta krowa była już na blogu dwa lata temu, ale dopiero widzę, że to jednak byk, ale nie ten, co porwał Europę, tylko taki bardziej swojski, bo w domku w środku byka mieszka kot, Europa jest żydowskim (chyba) Wodnikiem, komin jest grzybem (a dokładniej kanią, czyli sową) i przypomina, że właśnie zaczyna się jesień (podpis z roku 2020)

Dopiero jak przestaje boleć, jestem w stanie zacząć normalnie myśleć. Sęp wyżera mi nie wątrobę jak Prometeuszowi, lecz trzustkę. Porobił w niej dziury i trzeba ją było wyciąć. Za karę. Nie wolno kochać aż do samozatraty. Za to bogowie ukarali Prometeusza. Nie za to, że zabrał im ogień, lecz za to, że kochał jak bogowie bez oglądania się na konsekwencje. Oni mogli, byli w końcu bogami. On nie. Był człowiekiem (a tak naprawdę – był człowiekiem?) I został ukarany. Gdzie jest ta skała, do której go przykuto? Kaukaz, prawda? Czy można ją obejrzeć, jak się jedzie koleją transsyberyjską?

Potrójny celtycki Biały Jeleń w Trzech Koronach urodzony pod znakiem Trzech Króli wyżarł mi trzustkę i zostawił brzuchu węzeł. Mógł być królem i symbolem, a był tylko głodnym facetem. Wiedziałam to, a przecież nie mogłam się ruszyć, nie mogłam odejść. Nie mogłam się oderwać od spektaklu, jaki mi zafundowali bogowie. Patrzeć, jak królewicz z bajki w swej prawdziwej postaci węszy po mrocznych zakamarkach, szukając żeru. Nie powinno mnie to było dotykać. Oficjalnie byliśmy tylko zaprzyjaźnieni.

Z książek sączą się wzniosłe mądrości. Na przykład – przyjaźń to miłość dwóch niezależnych duchów. To się naprawdę Mallarmemu udało. Facetowi, który zakochał się w otyłej, utlenionej utrzymance (skąd ja to wiem?) w guście dzisiejszej polskiej fryzjerki na emigracji.

W każdym razie, dopiero, gdy doktor R. rozbił węzeł, uświadomiłam sobie, że to wróci. Jak nie dziurami w trzustce, która się sama wyżera, to węzłem nierozsupłanych nici w brzuchu lub guzem w gardle. Wróci zawsze i będzie wracało, dopóki się go nie pozbędę.

Doktor R. twierdzi, że jestem wojowniczką i że z trzustką w garści wygrałam walkę ze śmiercią. Ale ja wiem, że po kilku latach beznadziejnych zmagań wreszcie wygrałam walkę z królewiczem z bajki, który przecież był tylko głodną zmorą. On był królewiczem, ja królową elfów, która się zakochała w głowie osła.


Lena Róża Wawrzyńczak, Kobieta z kotem (dopisek Adminki: czyli kobieta wyzwolona). Zaczyna się jesień, życie jest piękne. Jak to dobrze, że wszystko minęło i nie potrzebuję już królewicza z bajki.
Poniżej: tańce na łące podczas festynu w Lübars 13 września 2020 roku
(filmik Ela Kargol) – TU

Rok temu umarł Edgar Hilsenrath

Jutro rocznica

Ewa Maria Slaska

Bardzo się zdziwiłam, ale Edgar Hilsenrath, którego uważam za jednego z najlepszych pisarzy niemieckich starszego pokolenia, nie ma wpisu w Wikipedii po polsku, choć w Polsce ukazała się jego najsłynniejsza książka, Nazista i fryzjer. Myślę więc, że podobnie jak to było z André Kaminskim, gdy ten wpis się ukaże, umieszczę go też w Wikipedii – bo, przypominam, jeśli czegoś nie ma w tej największej encyklopedii na świecie, to każdy z nas może to dopisać.
Umarł rok temu i myślę, że za mało mu poświęcaliśmy uwagi. Tak nas zajmowały Wielkie Spory Literackie Wielkich Starych Gwiazd Literatury Niemieckiej – Grassa i Walzera, że niewiele zostało miejsca dla innych pisarzy, urodzonych jeszcze przed wojną. Johannes Bobrowski i Wolfgang Koeppen, tak, owszem, ale może głównie z uwagi na nostalgiczną tęsknotę za utraconymi Kresami Wschodnimi (skąd my to znamy?)
Lenz, no tak, Lenz na pewno. Ale potem już od razy byli ci młodsi, ci swobodniejsi, mniej obciążeni ciężarem niemieckiej winy i zobowiązani do tego, by się z nią rozliczyć i uporać.

Nie chcę wartościować. Nie wiem, który z nich był lepszy, który z nich odegrał ważniejszą rolę w zmienianiu niemieckiej wizji świata, ale Hilsenrath miał w tym procesie ogromny udział. Jak wielki, niech świadczy fakt, że książka Nazi i fryzjer ukazała się najpierw po angielsku w USA, a dopiero potem w Niemczech. Bo w Niemczech bardzo bolała. Jak napisał ponieżej w komentarzach Tibor Jagielski, nie dlatego że Hilsenrath był Żydem, tylko z uwagi na problemy, które poruszała. A przede wszystkim to, jak je poruszała.

Poznałam go w roku 1993 przy okazji prezentacji książki, w której znalazły się jego tekst i mój. Starszy, przystojny pan w stylu Brasensa – beret, fajka, czapka z daszkiem i ten niemal niezauważalny uśmiech, serdeczny, ale zdystansowany. Nasza wydawczyni  przedstawiła mu mnie, ale gdy usłyszał, że jestem Polką, poinformował mnie takim tonem, jakby się opędzał od natrętnej muchy, że jeśli chodzi mi o wydanie Nazisty… w Polsce, to on ma już tłumacza, po czym obrócił się do kogoś innego, bo po co mu była jakaś Polka, jeżeli w ogóle, to tylko po to, żeby wydać książkę, a tak, to sio mucho, nie zawracaj głowy.
No i rzeczywiście – w rok później powieść Nazista i fryzjer ukazała się po polsku.
Czytaliście?
Jeśli nie, to koniecznie przeczytajcie. To naprawdę genialna, przewrotna powieść, wartka, ironiczna, sarkastyczna i kostyczna, zabawna i odrażająca. Ach, jak się tę powieść dobrze czyta! Ach, jaka szkoda, że się spóźniłam i to nie ja ją przetłumaczyłam na polski tylko Ryszard Wojnakowski.
Potem nie widziałam go bardzo długo. Kiedyś nasza wspólna wydawczyni poinformowała nas, że Edgar przeżył wylew i jest ciężko chory. A potem pojawił się znowu, ale nie było już francuskiego bonvivanta z fajką – na scenę dotruchtał do fotela maleńkimi kroczkami maleńki, siwiuteńki, zgarbiony staruszek. Poczułam się strasznie, jakbym to ja była winna tej przemianie. To było niesprawiedliwe… Podniósł się z tego starczego niedołęstwa. Na kilka lat przed śmiercią ożenił się po raz drugi. Wyglądał znowu jak francuski intelektualista z lat 60, tylko starszy.
Rok temu umarł.

Nazi i fryzjer to jego najsłynniejsza powieść. W Polsce ukazała się dwa razy, a potem jeszcze Baśń o myśli ostatniej (2005) – opowieść o pierwszym ludobójstwie XX wieku – tureckiej masakrze Ormian podczas I wojny światowej.



Był niemieckim Żydem. Urodził się 2 kwietnia 1926 roku w Lipsku, zmarł na zapalenie płuc 30 grudnia 2018 roku w Wittlich, w Nadrenii-Palatynacie. Wyrastał w Halle w rodzinie zamożnego kupca. Edgar i jego brat zdołali wraz z matką opuścić Niemcy w listopadzie 1938 roku – jeszcze przed nocą kryształową. Zamieszkali u dziadków w Serecie, jednym z najstarszych miast na Bukowinie rumuńskiej. Ojciec nie zdołał dołączyć do rodziny, ale udało mu się uciec z Niemiec – wojnę przeżył we Francji. W roku 1941 cała rodzina przebywająca w Serecie została przymusowo przesiedlona do getta w Mohylowie Podolskim na granicy z Mołdawią. Getto zostało wiosną 1944 roku wyzwolone przez Armię Czerwoną, a Edgar zamieszkał najpierw w Serecie, a potem w Czernowcach. Dzięki organizacji Ben Gurion otrzymał sfałszowane papiery i wyjechał do Palestyny, gdzie jednak nie powodziło mu się najlepiej. Wkrótce, bo już w roku 1947, wyjechał do Lyonu, bo tam w międzyczasie zamieszkała cała jego rodzina. Na życzenie ojca podjął naukę zawodu kuśnierza. W latach 50 wyemigrował do Nowego Jorku, gdzie, podobnie jak w Palestynie, imał się różnych przypadkowych zajęć.
Później powie, że za długo mieszkał w Nowym Jorku i to mu nie wyszło na dobre, ale jednak to tu postanowił, że zostanie pisarzem i napisał pierwszą powieść – Noc – o życiu w getcie żydowskim na Ukrainie. Noc ukazała się w roku 1954 w USA, w Niemczech – dopiero 10 lat później i w  mikroskopijnym nakładzie. Jak już pisałam – podobny los spotkał następną powieść Hilsenratha, Nazista i fryzjer. W roku 1975 Hilsenrath powrócił do Niemiec i zamieszkał w Berlinie. Mimo iż powieść w tłumaczeniu na angielski, włoski i francuski sprzedała się w świecie w nakładzie dwóch milionów egzemplarzy, w Niemczech odrzuciło ją kilkadziesiąt wydawnictw po kolei (dużych i znanych). Wreszcie w sierpniu 1977 wydało ją małe wydawnictwo z Kolonii Literarischer Verlag Helmut Braun w nakładzie dziesięciu tysięcy egzemplarzy, nie przeczuwając, że wkrótce sprzeda ich ćwierć miliona. Żadna z następnych książek Hilsenratha nie przyniosła mu takiej sławy jak Nazista… Zresztą nie napisał ich zbyt wiele.

Został pochowany w Berlinie na cmentarzu Dorotheenstädtischen Friedhof, tam gdzie leżą również Georg Friedrich Hegel, Berthold Brecht i Christa Wolf, a na sąsiednim cmentarzu francuskim – polski rysownik z Gdańska, czynny w Berlinie w XVIII wieku – Daniel Chodowiecki.

Dwa dni temu pojechałam na cmentarz, zapalić świeczkę na grobie Hilsenratha i… zrobiło mi się smutno. Grób jest opuszczony. O tym, że to grób Hilsenratha informuje cmentarna urzędowa tabliczka. To właśnie dlatego nie chcę mieć grobu i proszę, by mnie pochowano anonimowo. Hilsenrath zostawił żonę, zostawił pełnomocnika odpowiedzialnego za rozprowadzanie jego książek, zostawił czytelników. Więc jeżeli ważny pisarz niemiecki, który przecież nie umarł samotnie, leży w rok po śmierci w grobie, który tak wygląda, to lepiej wcale nie mieć grobu. (Uwaga – grób Hilsenratha to ta pusta przestrzeń po prawej stronie, zdobna zwiędłym wrzosem; czerwony znicz stoi na sąsiednim grobie).

R.i.P.

Wbrew temu, czego się nauczyliśmy 50 lat temu o zadaniach dziennikarza – dziennikarz pokazuje świat, nie poprawia go – rano następnego dnia wstałam z poczuciem, że muszę coś zrobić z tym opuszczonym grobem. Może na żydowskim cmentarzu ten grób by nie raził, nie wiem – cmentarze żydowskie są z reguły gęsto zarośnięte bluszczem – ale na berlińskim cmentarzu to opuszczenie jest dojmujące. Wstałam więc, wypiłam kawę, zabrałam kolejną świeczkę i pojechałam. Po drodze kupiłam gałęzie sosny i różową prymulkę.

Hilsenrath był Żydem, nie kładzie się kwiatów na żydowskich grobach, ale kamyk niczego by tu nie załatwił. Nie był jednak Żydem wierzącym, więc może mu wszystko jedno.

Mam nadzieję.

PS. Po kilku dniach, 2 stycznia jeszcze raz poszłam z przyjaciółmi na ten grób, mimo moich gałązek taki biedny i smutny. Nikt inny tu nie przyszedł, ani na Chanukę, ani na święta, ani na rocznicę śmierci, ani na Nowy Rok.

Wiosną pójdę i obsadzę grób rozchodnikiem.

ReReblog: Tokarczuk. Grzyby.

Wstęp Ewy Marii Slaskiej: Ten tekst był powodem, dla którego przestałam współpracować z blogiem QRA czyli kuchnia i kultura, co z kolei doprowadziło do zlikwidowania tamtego bloga i powstania dwóch nowych. Tak powstały Altana i Salon Ewy Marii czyli ten blog, na którym teraz gościcie. Oczywiście to, co osiem lat temu wywołało masę emocji, dawno przestało być emocjonujące. Salon i Altana współpracują ze sobą, reblogują się nawzajem, a autorzy z jednego bloga swobodnie mogą publikować i publikują na blogu u przyjaciół. Kilka dni temu spotkaliśmy się tak ponownie z okazji urodzin Seniorki Rodu i Bloga.

We wpisie, który doprowadził do secesji, a generalnie dotyczył grzybów, “poszło” o Tokarczuk. Wiele się teraz pisze o Oldze Tokarczuk. Każdy, jeśli tylko ma zdjęcie z Olgą (traktuje ją wtedy familiarnie), natychmiast je publikuje, a jeśli przypadkiem ma coś jeszcze więcej do pokazania lub opowiedzenia, to też to robi. Pomyślałam, że w pewnym szerokim sensie, Tokarczuk stała się “matką założycielką” tego bloga. A ponieważ w inkryminowanym poście pisałyśmy o grzybach, to, dedykując ten wpis grzybiarzom, przypominam go, póki jeszcze lasy i łąki pełne są grzybów.

trzyksiezniczkiTekst był wspólnym dziełem Ewy Marii, Panny Dorotek czyli Doroty Cygan oraz Panny L czyli Lidii Głuchowskiej. Został opublikowany na blogu QRA 10 listopada 2012 roku. Na zdjęciu u góry – figurki trzech baktryjskich księżniczek z 2 lub może 3 tysiąclecia przed naszą erą, które sfotografowałyśmy wspólnie na dOCUMENTA w Kassel.

Część Ewy Marii Slaskiej

Nieznany (bo nie podany) autor zachomikowanego na chomiku opracowania tak pisze o grzybach w Domu dziennym, dom nocnym Olgi Tokarczuk:

Często pojawiają się grzyby. Opisy różnych gatunków, przepisy na potrawy z grzybów, a po opisie śmierci dziecka, które zatruło się grzybami – przepis na muchomory w śmietanie. Autorka mówi, że gdyby nie była człowiekiem, byłaby grzybem. Rosłaby na tym co umarło. Byłaby nietrwała, ale ludzie też są nietrwali. Broniłaby się przez grzybiarzami, hipnotyzując ich, ukrywając się wśród liści. Oddawałaby swoje ciało ślimakom i robactwu. Nie bałaby się niczego. Nie groziłaby jej śmierć – jedyne co grozi grzybowi, to, że go zerwą i zjedzą. Grzyby: flammulina  – grzyb zimowy, jest jak człowiek nie pasujący do swoich czasów. Olszówka – grzyb, którego toksyny odkładają się w organizmie. Jedząc go człowiek nie ginie od razu, staje się w jakiejś części żywy, a w jakiejś martwy. Autorka nie rozumie dlaczego ludzie boją się momentu, kiedy stają się bardziej martwi. Ludzie boją się jedzenia grzybów, ona się nie boi. Ludzie dzielą grzyby na jadalne i trujące, a nie np. ładne i brzydkie. Autorka je wszystkie grzyby i nigdy nie umarła, zdarzało jej się umierać z powodu innych rzeczy. Nie wierzy, że grzyby mogłyby chcieć ją zabić.

Część Doroty Cygan – cytat z Olgi Tokarczuk. Dom dzienny, dom nocny:

Tort z muchomora

3 duże świeże kapelusze muchomora
5 dkg suszonego muchomora
2 bułki
szklanka mleka
garść rodzynek
1 cebula
nać pietruszki
całe jajko
żółtko jajka
bułka tarta
sól, pieprz do smaku

Namoczyć bułki w mleku. Cebulę podmażyć na tłuszczu, dodać namoczone i drobno pokrojone suszone grzyby, wbić żółtko, dodać posiekaną natkę, przyprawić nadzienie do smaku. Panierowane w jajku i bułce tartej kapelusze usmażyć na złoty kolor. Przekładać nadzieniem i zapiec w piekarniku.

Część Ewy Marii Slaskiej

Panna Dorotek poszukiwała jeszcze dwóch zdań kończących ten cytat, które ona tak dobrze zapamiętała, że teraz nie może się nadziwić, że ich  nie ma: „Dokładnie przeżuwać. Czekać”. Niestety bezlitosne metody poszukiwawcze komputera pozwalają stwierdzić, że słowa „czekać” w bezokoliczniku nie ma w tekście ani razu! Nawet znacznie mniej dramatyczne „poczekać” czy „odczekać” też się nie pojawiają.

Przypomniały mi się wizyty na Mazurach u szalonego wujka pisarza. Prawdopodobnie każdy z nas ma jakiegoś szalonego wujka. Nasz mieszkał na wsi pod Olsztynem, dużo pił i często wieczorem jechali z sąsiadem traktorem po wódkę do jakiejś dość odległej wioski, bo tam GS był dłużej czynny. Miał w Olsztynie żonę i córkę, a na wsi przyjaciółkę, też zresztą z Olsztyna, która mieszkała u niego z mężem i dwoma synami. Kiedyś, gdy się kochali, byli tacy głośni, że obudzili psa na podwórku. Przestraszony zwierzak zaczął szczekać, budząc sąsiednie psy, które też zaczynały szczekać, budząc następne psy…  Wuj i jego kobieta kochali się pod akompaniament szczekania wszystkich psów w całej wsi. Wydaje mi się, że księżyc powinien był być w pełni. Niestety, gdy mi to oboje opowiadali, nie zapytałam, a teraz już nie mam kogo zapytać. Dlatego zawsze powtarzam, jak chcecie o coś zapytać, pytajcie, pytajcie, pytajcie, bo kiedyś będzie za późno.

W każdym razie wujek świetnie i oryginalnie gotował, często korzystając z zebranych lub zabranych bez pytania dobrodziejstw pól, lasów i łąk. Jadaliśmy kukurydzę, masy grzybów, ciasto z rumiankiem i pestkami sosen, zupę z młodych pokrzyw, pieczoną pietruszkę pastewną… Pewnego dnia wujaszek pokazał przyniesione właśnie z lasu muchomory. Nie było wątpliwości, to ewidentnie były muchomory, miały odpowiedni pokrój i kropki, tyle że kapelusze nie były intensywnie czerwone, lecz raczej rudoceglaste. To muchomory jadalne, oznajmił wujaszek i podsmażył je na maśle. Popatrzyliśmy z mężem na siebie, niepewni, ale i zainteresowani. Obudź dziecko powiedziałam, niech też zje kawałek, bo jeśli mamy umrzeć, to umierajmy wszyscy razem…

Nie martwcie się, muchomory były jadalne.

Część Lidii Głuchowskiej

Skoro wpis jest o jedzeniu grzybów powszechnie uznanych za niejadalne, ja też dodam coś do tej opowieści. Znam osoby, które uważają, że opieńki są niejadalne.

Zupa z opieniek  i pierwszy śnieg

Jakieś trzy lata temu Rodzice po raz pierwszy ugotowali zupę z opieniek, którą zapamiętali ze swych pierwszych wspólnych wczasów. Jest znakomita i prosta w wykonaniu. Jest taka pyszna, że nie mogłam pojąć dlaczego tyle lat trzymali ją w tajemnicy. Dziś wreszcie poprosiłam ich o przepis.

Potrzebne są następujące składniki:

Spora kobiałka opieniek (lub dwie, gdy więcej gości)
W obróbce dużo tracą na objętości, więc lepiej trochę więcej
a ja od razu kupiłam 3 za całe 10 zł
włoszczyzna na wywar
2 –3 kostki rosołowe
1 lub 2 pory (zależnie od ilości grzybów)
3-4 łyżki masła (najlepiej klarowanego – nie przypala się i jest wydajniejsze)
śmietana
ew. trochę maki do zagęszczenia
pieprz i sól do smaku
oraz
duży garnek, patelnia, cedzak i durszlak

A przygotowuje się ją tak:
Z włoszczyzny i kostek rosołowych ugotować wywar.
Grzyby  bardzo dokładnie umyć i odsączyć. Kapelusze grzybów pokruszyć na ćwiartki (nóżki są twarde, więc jeśli mimo wszystko chcemy je wykorzystać, należy pokroić je w bardzo cienkie paseczki, o grubości 2 mm), a następnie podgrzać w wodzie i odszumować (tzn. zebrać pianę), jednak nie gotować. Dokładnie odcedzić.
Pora umyć i jego białą część pokroić w bardzo cienkie półtalarki, zeszklić na maśle. Nie dopuszczać do zbrązowienia.
Dorzucić odcedzone grzyby i smażyć, a potem dusić ok. pół godziny, co jakiś czas mieszając.
Po zdjęciu z ognia połączyć z wywarem warzywnym, doprawić solą i pieprzem.
Gdy przestygnie, do kubeczka wlać śmietanę i rozprowadzić ją z kilkoma łyżkami zupy, a potem powoli połączyć z jej pozostałą częścią, tak by się nie zwarzyła.
Ewentualnie można zagęścić zasmażką z mąki, którą ostrożnie  jeszcze na patelni miesza się z częścią zupy, a następnie przelewa do garnka, ciągle mieszając, tak, by nie powstały grudki.

UWAGA – zupa ma bardzo silny faktor uzależniający. Ja serwować ją będę w kuchni, z której okien widać pierwszy śnieg. W Jeleniej Górze spadł tej nocy.

PS. Ewy Marii Slaskiej z 13 listopada 2012 roku skierowany do jednej z komentatorek blogu QRA

Konsti! Zdarzył się dziś przedziwny przypadek – wróciła z wojaży Panna Dorotek, z którą wspólnie przygotowałyśmy wpis o jedzeniu muchomorów i innych jadalnych grzybów niejadalnych. Być może akurat tego nie zauważyłaś, ale wpis spotkał się z krytyką współautorek i współredaktorek, wyrażoną publicznie i prywatnie, i w końcu – z przykrością – go usunęłam.
Główną osią tego wpisu był wybrany przez Pannę Dorotek cytat z Domu dziennego, domu nocnego Olgi Tokarczuk – przepis na przygotowanie tortu z muchomorów. Cytat wzięłam z portalu Chomik i nie było tam dwóch zdań, które zdaniem Panny Dorotek musiały tam być, ale ich nie znalazłyśmy: “Jeść powoli. Czekać.”
Panna Dorotek twierdziła, że jest w internecie jeszcze inny blog, w którym też jest ten cytat-przepis i kończy się on tak właśnie, jak jej zdaniem powinien się kończyć.
I jest to twój blog i twój wpis, a ty jesteś naszą autorką!
apparecchiamo.blogspot.de/2012/02/tort-z-muchomora-czerwonego.html
Dziękuję!

Verlorenes Geheimnis unserer Identität oder wie es begann

Irgendwo in Deutschland (West!) vor fast 40 Jahren. Wie frei wir noch waren, wie unabhängig 🙂

Maria Hel

Das Abenteuer, ein Inserat aufgeben zu Wollen

Hannover, Anzeigerhochhaus, Mittwoch, den 29. Oktober 1980, nachmittags – eine große Halle mit mehreren Schaltern, über denen die Art der Dienstleistung geschrieben steht, die gegen Bezahlung in Anspruch genommen werden kann. Ich gehe an den Schalter Anzeigenannahme, denn ich will ein Stellengesuch aufgeben. Weil ich vorhabe, eine Erwerbstätigkeit aufzunehmen – besser gesagt, ich will Geld verdienen. Zur Zeit arbeite ich zwar auch – als Hausfrau – diese Tätigkeit wird aber, seit sie erfunden wurde, nicht entlohnt, bestimmt nicht mit Bargeld, im besten Falle mit Anerkennung und Zuwendung der Familienangehörigen.

Am Schalter stehen zwei Datensichtgeräte – für jede Angestellte ein Bildschirm – auf dem infolge Hineintippens von Zeichen dieselben auf diesem Bildschirm erscheinen. Ich lege ein weißes Blatt vor die Frau hin, darauf habe ich den Text meiner Anzeige geschrieben – mit Schreibmaschine – vier Zeilen – die Zeilen genau nach den Vorbild der Zeitung – die ersten beiden Wörter betont, die anderen Zeilen um drei Buchstaben eingerückt, also eine voll gebrauchsfertige Anzeige:

xxxxxxxxxxxxxxxxxxFrühere Verwaltungsangestellte, 49 Jahre,
xxxxxxxxxxxxxxz. Zt. Hausfrau, su. halbt. Erwerbstätig-
xxxxxxxxxxxxxxxxkeit außer Haus. Schreibmaschine perfekt,
xxxxxxxxxxxxxxxxStenokenntniese vorh. Chiffre . . . . . . .

Die Frau liest die Zeilen. Sie sagt: “Weshalb schreiben Sie ‘Erwerbtätigkeit außer Haus’ und nicht einfach Halbtagstätigkeit?” Ich sage, daß es für mich einen Unterschied darstellt, ob ich nun eine Tätigkeit ausübe oder ob ich erwerbstätig bin. Denn ich übe jetzt auch eine Tätigkeit aus, diese ist aber keine Erwerbstätigkeit. Außerdem soll sie “außer Haus” stattfinden, denn zur Zeit bin ich im Hause tätig und ich will das ändern. Ich nehme aber an, daß mich diese Frau nicht verstanden hat, weil sie meine Problem nicht kennt. Ich bitte die Frau um einen Kostenvoranschlag dieser formulierte Anzeige. Bevor ich diese aufgebe, will ich wiseen, was ich dafür hinlegen muß. Die Frau fängt also an, den Text in den Bildschirm zu tippen, um dieses zu errechnen. Nun verlangte sie von mir, daß ich ihr meinen Nemen sage. Ich weigere mich, dies zu tun: “Wie komme ich denn dazu” und überhaupt, ich will die Anzeige ja noch gar nicht aufgeben, sondern erst mal erfahren, wieviel sie kostet. Die Frau holt ihre Kollegin und fragt, was sie tun soll, eine dritte Kollegin kommt hinzu. Ich merke, die drei haben ihre Schwierigkeit mit mir. Ich merke auch noch, daß ich etwas gegen diese Automaten habe, die mich “schlucken” wollen und ich wehre mich. Die Frauen können nicht begreifen, daß da jetzt ein Mensch ist, der sich nicht den Maschinen anpassen will. Ich kann nicht begreifen, warum die Frauen nicht verstehen wollen, daß eine Maschine für die Menschen da sein soll, also den Menschen angepaßt und nicht umgekehrt. Die Frauen werden patzig und aggreseiv mir gegenüber. Eine der Frauen gibt nun der anderen den Rat, sie solle einfach ihren eigenen Namen in das Gerāt tippen, damit der Endpreis errechnet werden kann. Ich weiß, daß ich übertrieben reagiere. In mir ist eine ungewisse Angst davor, daß meine Daten für andere zugänglich werden und diese dann Macht über mich bekommen. Das alles spielt während dieses Vorgangs eine Rolle. Nun, da ich den Preis habe, er ist hoch, über DM 40,-, will ich die Anzeige nicht mehr aufgeben, ich bin aber immer noch empört über dieses Verhalten der Frauen. Ich sage ihnen, daß ich sie unfreundlich empfunden habe. Die Frauen wissen sich nicht mehr zu helfen und holen einen älteren Herrn, der nebenan hinter einem Schalter steht. Dieser ruft dann heraus, daß ich recht hätte und sie hätten ihre Ruhe. Ich habe ihm dann noch was von “Monopol” vor die Fuße geworfen und bin frustriert gegangen. Und das alles, weil ich meinen Namen nicht preisgeben wollte, nur weil ich einen Kostenvoranschlag haben wollte. Warum hat mich das so viele Nerven gekostet? Weil ich mich nicht einer Norm angepaßt habe – ich habe ihre Erwartungen nicht erfüllt und wurde deshalb bestraft.

3. November 1980

Z książki nie wydanej

Jeden z terminów określających ten blog brzmi: salon odrzuconych. Nie jest on w przypadku tego wpisu formalnie właściwy, bo oficjalnie nikt tej książki, której początek tu publikuję, nie odrzucił. Przeciwnie – tekst został dobrze, ba, z dużym uznaniem przyjęty… Tyle, że było to w kwietniu, a teraz jest sierpień i od tego czasu nikt się do mnie nie odezwał…

Ewa Maria Slaska

Umarła

Było lato. Umarła. Siedzieliśmy w ławkach kościoła św. Mikołaja na gdańskiej Starówce. Kasia miała na głowie śliczny czarny kapelusik z woalką, ja też miałam włożyć podobny, ale poprzedniego dnia powiesiłam go na lampie i przepaliłam. Było dużo ludzi. Ksiądz coś mówił, ale już wtedy nie wiedziałam, co. Płakałam. Miałam czerwone oczy i zapuchnięty nos. Podczas Podniesienia do kościoła wleciał gołąb, widzieliśmy jak wlatuje przez wielkie otwarte odrzwia. Doleciał nad ołtarz i zaczął kręcić rundy pod sklepieniem. W kółko, w kółko, cały czas w kółko. Do końca mszy.

Nikt z nas nie miał wątpliwości, że to była ona.

Minęło 20 lat. (Uwaga – tekst napisany był rok temu – przedwczoraj minęło 21 lat)

Moja siostra, Kasia, twierdzi, że do kościoła weszła Cyganka z dzieckiem na ręku. Ktoś chciał ją wyprosić, ale ona zaczęła głośno krzyczeć, nie chciała wyjść. Ciekawe, w ogóle tego nie pamiętam, a przecież to takie zdarzenie, które się tam i wtedy MUSIAŁO zdarzyć.

Mama była niezwykłą, nadzwyczaj wrażliwą i utalentowaną artystką i to w dwóch dziedzinach: w grafice i tłumaczeniach poezji, głównie hiszpańskiej. Była nieprzeciętnie inteligentna, miała ogromną erudycję i wybitny talent narratorski. Otaczały ją tłumy przyjaciół i wielbicieli, a mimo to była nadzwyczaj samotna. Zamknięta w sobie i w swoim pokoju, osłonięta zwielokrotnionym murem milczenia, rezerwy, muzyki i opowieści, w których było wiele, ale nie ujawniało się nic, w każdym razie nie o niej samej. Zawsze skryta za maską, za milczącą grafiką i pozornie cudzym tekstem. Bo te teksty wcale nie były cudze, to były jej teksty, to ona je wybierała i to ona je dla nas wyrażała w słowach.

Oczywiście miała wady. Teraz, gdy już jesteśmy dorosłe, moja siostra i ja (choć zapewne nie mam prawa mówić w imieniu mojej siostry) wspominamy ją jako niezwykłego człowieka, ale gdy byłyśmy małe, nie było nam łatwo.

Nie było łatwo. Niestety, nikt nie powiedział, że mamy mieć w życiu łatwo. Nie było to  sprawiedliwe, bo życie nie jest sprawiedliwe. Ale było ciekawe. I na pewno wyposażyło nas na przyszłość w zupełnie już dziś nieistotne przymioty, jak erudycja, uprzejmość i uczciwość, tego jednak, że dziś te cechy już się na nic nie przydadzą, Mama nie mogła przewidzieć, bo chyba nikt nie mógł tego przewidzieć. Nauczyła nas, że trzeba pracować, bo jest to ważne, trzeba więc pracować, jak trzeba, to ponad siły i nie oglądając się na własne korzyści. Nie należy o nic zabiegać, bo zabieganie jest nieeleganckie podobnie jak odginanie małego palca przy piciu herbaty. Nagrodą za pracę jest sama dobrze wykonana praca, a nie pieniądz.

Ojciec zresztą wyznawał tę samą teorię. Nie wolno się dać opętać masie towarowej. Zrobili więc w życiu bardzo dużo, ale niczego się nie dorobili.

No i tak właśnie i ja zrealizowałam swoje życie, bez najmniejszych osobistych korzyści, a za to w konfrontacji z kolejnymi stratami.

Podobno to moja karma.

Wyznawcy teorii karmicznej twierdzą, że twoje życie się spełni, gdy połączysz w swoim życiu karmiczne losy twego ojca i twojej matki. Mnie się to przydarzyło dwa razy. W roku 1999 i w roku 2006. Na Odrze i w Hiszpanii.

W roku 1999 po raz piąty i ostatni odbywał się Polsko-Niemiecki Statek Literacki na Odrze. Zaplanowałam na ten rejs, wtedy jeszcze zresztą nie wiedziałam, że ostatni, iż będziemy podczas rejsu tworzyć i drukować książkę. To były te właśnie słowa – podczas rejsu tworzyć i drukować książkę – które połączyły Ojca mego i Matkę moją w mym własnym życiu. Ojciec projektował statki i jachty, budował je i pływał na nich. Matka tworzyła grafiki. Oboje tworzyli książki. W ich mieszkaniu, podobnie jak w ich życiu, były wydzielone i oddzielone od siebie dwie przestrzenie – pracownia Mamy do tworzenia grafiki i pokój Ojca, miejsce, gdzie projektował statki, jachty i wyprawy.

Drugi raz poczułam, że spełniam swe karmiczne zadanie, gdy poszłam – sama rzecz jasna – na pielgrzymkę do Santiago de Compostela. W naszej rodzinie to Ojciec podążał gdzieś daleko i to tak, żeby było trudno, a Mama kochała Hiszpanię. Tymczasem w roku 2006, to ja szłam na piechotę, a byłam sama, było daleko i trudno, i działo się to w Hiszpanii.

Ale to już nie ta Hiszpania, którą kochała Mama. Na trasie do Santiago zdarzają się bowiem i takie momenty:

Paskudny dzień. W jednym ze sklepów sprzedawczyni, możliwe, że Cyganka, próbuje mi wmówić, że nie zapłaciłam za papierosy (wtedy jeszcze paliłam), w drugim straszny Cygan z poranioną twarzą sprzedaje mi dwie marchewki i dwa jabłka, i dopisuje jedno euro do ceny za to, że jestem obca.

Och, Mamo, tyle zostało z dumnych Gitanos Lorki! Widzę ich masowo na ulicach Berlina. Przyjechali tu z Polski, Czech, Słowacji, Węgier, ale też z Hiszpanii i Portugalii. Kobiety wróżą, dzieci żebrzą na ulicach, mężczyźni handlują kradzionymi samochodami, bo teraz to już samochody, a nie konie. To te same twarze, twarze pięknych zakochanych Cyganów, pięknych niewiernych Cyganek i mordowanych kobiet z dziećmi. Lorca kochał ich piękno i ich szlachetność. Nie wiem, czy wówczas tacy jeszcze byli, czy już wtedy poeta przyłożył do ich pięknych twarzy lustro poetyckiej licencji i poetyckiego współczucia. Byli w Hiszpanii lat dwudziestych ubiegłego wieku pogardzanym zapewne ludem, tak jak w całej Europie, a on był pierwszy, który ich wyniósł do rangi ludzi i to ludzi godnych zazdrości, kochanych, kochających. Pięknych, kochanych, nieszczęśliwych. Szlachetnych.

Było.

Ciekawe, czy Mama w to wierzyła… ?

Dziewięciu odrzuconych noblistów

Taki tekst przyszedł we wczorajszych mailach. Dostałam go od moich przyjaciół z Toronto, ale jak rozumiem, to nie oni są autorami, tylko tekst po prostu krąży. Salon odrzuconych – i to jak!

Dziwne “polskie obyczaje” czyli “kto nasz a kto obcy”?

Polskie źródła podają, że jest tylko sześciu polskich laureatów Nagrody Nobla: Henryk Sienkiewicz, Władysław Reymont, Maria Skłodowska-Curie (znana na świecie jako Marie Curie), Lech Wałęsa, Czesław Miłosz i Wisława Szymborska.

Bardzo dziwne! Polska zapomniała o… dziewięciu innych polskich laureatach Nagrody Nobla!

Chociaż oficjalny spis noblistów wymienia tych dziewięciu mężczyzn jako polskich noblistów, to Polska, która przecież wśród krajów europejskich ma najmniejszą liczbę noblistów w stosunku do liczby ludności, oficjalnie się do tych dziewięciu nie przyznaje.

Warto przypomnieć polskich noblistów, o których ich ojczyzna Polska nie pamięta:

Reichstein, Thadeus (1897-1996)1) Tadeusz Reichstein (1897-1996) urodzony we Włocławku chemik, w 1950 roku otrzymał nagrodę Nobla z medycyny i fizjologii za odkrycie kortyzonu.

800px-Isaac_Bashevis_Singer2) Izaak Singer (Isaac Bashevis Singer) (1904-1991) urodzony w Leoncinie niedaleko Warszawy, w Polsce mieszkał do 1935 roku, w 1978 roku otrzymał nagrodę Nobla z literatury.

Josef_Rotblat3) (Sir) Józef (Joseph) Rotblat (1908-2005) urodzony w Warszawie, w 1938 roku na Uniwersytecie Warszawskim otrzymał doktorat z fizyki, dwa lata później wyjechał do Wielkiej Brytanii, w 1995 roku otrzymał pokojową nagrodę Nobla za wysiłki w celu zredukowania broni jądrowej na świecie.
Józef Rotblat całe życie mówił po polsku i podkreślał, że jest Polakiem z brytyjskim paszportem. Protestował przeciwko zapisywaniu jego imienia jako “Joseph”.

Menachem_Begin4) Mieczysław Biegun (Menachem Begin) (1913-1992) urodzony w Brześciu nad Bugiem, opuścił Polskę w 1940 roku, został szóstym premierem Izraela, w 1979 roku otrzymał pokojową nagrodę Nobla za podpisanie traktatu z Egiptem.

631px-Leonid_Hurwicz5) Leonid Hurwicz, urodzony w 1917 roku, od 1919 roku mieszkał w Warszawie, gdzie ukończył studia prawnicze, w 1940 roku wyjechał do USA, w 2007 roku otrzymał Nagrodę Nobla z ekonomii.

Shimon_Peres6) Szymon Perski (Szimon Peres) urodzony w 1923 roku w Wiszniewie (województwo wileńskie), wyjechał z Polski w 1934 roku, został dziewiątym prezydentem Izraela, w 1994 roku otrzymał pokojową Nagrodę Nobla.

CHARPAK_Georges7) Jerzy Szarpak (Georges Charpak) urodzony w 1924 roku w Dąbrowicy (województwo wołyńskie), wyjechał do Francji w 1931 roku, otrzymał nagrodę Nobla z fizyki w 1992 roku.

Schally_portrait8) Andrzej Wiktor Schally (Andrew Viktor Schally), urodzony w 1926 roku w Wilnie, syn generała Kazimierza Schally, szefa gabinetu prezydenta RP Mościckiego, po wybuchu II wojny świat. wyjechał z Polski, otrzymał nagrodę Nobla z medycyny w 1977 roku.

Schally pochodził z żydowsko-szwedzko-francusko-polskiej rodziny o nieokreślonej przynależności religijnej. Według rasowych kryteriów nazizmu był tzw. “mieszańcem” i groziła mu śmierć. Ocalał z masakry holokaustu ukrywając się w Rumunii w środowisku polskich Żydów.

Roald_Hoffmann9) Roald Hoffmann, urodzony w 1937 roku w Złoczowie (województwo lwowskie), wyemigrował do USA w 1949 roku, otrzymał nagrodę Nobla z chemii w 1981 roku, od 1965 roku do dzisiaj pracuje na Cornell University w USA.

Dlaczego Polska nie uważa tych noblistów za Polaków? Ośmiu z nich (z jedynym wyjątkiem Reichsteina) posiadało obywatelstwo polskie i zdobywało w Polsce wykształcenie. Język polski był dla nich językiem macierzystym lub drugim najważniejszym.

Trzeba pamiętać, że Skłodowska-Curie nigdy nie miała polskiego obywatelstwa (początkowo była obywatelką Rosji, potem Francji) a Polskę opuściła na zawsze w wieku 24 lat. Czesław Miłosz przez wiele lat posiadał tylko obywatelstwo litewskie, a pisał głównie w języku angielskim. Wiele jego wypowiedzi wskazuje, że uważał się za Litwina, mówiącego po polsku.

Dlaczego Polska przyznaje się do Skłodowskiej i Miłosza, a nie przyznaje się do Reichsteina, Singera, Rotblata, Szarpaka, Hurwicza, Perskiego, Bieguna, Schally’ego i Hoffmanna?

Powód jest, niestety, typowy: są to Żydzi, a więc według polskich kryteriów nie mogą być nazwani Polakami. Polska jest niechlubnym wyjątkiem, bo na przykład Niemcy szczycą się wszystkimi swoimi laureatami Nobla, z których wielu było niemieckimi
Żydami. Bardzo dużo laureatów Nobla jest zaliczanych jednocześnie do dwóch narodowości, na przykład Skłodowska – do francuskiej i polskiej. Oficjalny spis laureatów Nobla nie zawiera kategorii “Żydzi”, a nagrodzonych klasyfikuje według kraju pochodzenia lub / i zamieszkania. Dlaczego w takim razie Polska nie uznaje na przykład Perskiego i Bieguna za noblistów polsko-izraelskich?

Wstyd, że Polska wobec polskich laureatów nagrody Nobla wyraźnie stosuje kryteria religijne, a właściwie kryteria rasowe, a nie religijne, ponieważ wśród polskich noblistów pochodzenia żydowskiego są osoby nie praktykujące judaizmu.

Tych, którzy urodzili się jako katolicy, uznaje się za “swoich”, innych – urodzonych jako Żydzi – odrzuca. “Urodzili się jako katolicy”, ponieważ Skłodowska i Miłosz faktycznie stali się później ateistami. Miłosz nawet otwarcie krytykował tradycyjny polski katolicyzm, nazywając go “ciemnogrodem”. Jednak przed śmiercią oficjalnie powrócił “na łono Kościoła”. Wszyscy pamiętamy jakie problemy były z pogrzebem, prawda?

Wstyd tym większy, że pięciu z wymienionych, odtrąconych przez Polskę noblistów cudem uratowało się z holokaustu. Niestety wątpliwe, czy Polska kiedykolwiek się do nich przyzna. Propagowany przez Kościół mit głosi, że “Polak to tylko katolik”. Pewnie dlatego Polska woli mieć sześciu noblistów, zamiast piętnastu.

Jeszcze trochę śniegu…

Oto tekst z klasycznej kategorii salon odrzuconych. Dawno nic takiego tu nie było, a przecież to był, że się tak wyrażę, prymarny powód powołania tego blogu do życia. Jak szybko się to zmieniło…

Zbigniew Milewicz

Reportaż ten napisałem trzydzieści parę lat temu, nie udało mi się go wówczas nigdzie opublikować, ale w nodze na zmianę pogody nadal strzyka. Z wiekiem, coraz bardziej i zawsze przypomina mi się wtedy tamten dzień w Karkonoszach. Śnieg jeszcze zalega na górskich stokach, narciarzy na nich nie brakuje, może sobie apres ski poczytają, jak się w 1977 roku szusowało. Bogu dzięki, nie wszyscy uprawiali ten sport tak lekkomyślnie, jak ja.

Raport z buta (gipsowego)

Szklarska Poręba, 2 marca. Tamtego dnia wszystkie szlaki na zboczach Szrenicy były przejezdne. Z treści komunikatów Górskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego wynikało jednak, iż warunki zjazdowe są trudne, a miejscami nawet bardzo trudne. Informowano sumiennie m.in. o oblodzonym „Puchatku”, muldach na „Śnieżynce” i korzeniach, tudzież głazach, wystających tam spod śniegu oraz o tych wszystkich przypadłościach pospołu – gdy chodziło o zjazd trasą „Lolobrygidy”.

Za sumienność płaci się sumiennością. Tamtego dnia około godziny 16.30 załoga placówki GOPR na Hali Szrenickiej poinformowana została telefonicznie, że uległem wypadkowi na dwutysięcznym metrze „Loli” i nie potrafię o własnych siłach się stamtąd ruszyć. Wiadomość przekazała ratownikom pracownica dolnej stacji wyciągu krzesełkowego na Szrenicę, już 10 minut po kraksie. Dowiedziała się o tym od Pawła, który mi towarzyszył na trasie i widział wypadek, zjechał więc do stacji po pomoc. Przyjechała dopiero po godzinie z hakiem, po kolejnej, osobistej interwencji kierownika wyciągu, ale o tym opowiedziano mi później. Tkwiąc na trasie zjazdu nic nie wiedziałem o przebiegu akcji. Kiedy tak poleżałem godzinkę na śniegu, ogarnęła mnie otucha, mówiąc mi:

Nie bój się, nie jesteś sam. Jako narciarz amator poruszasz się wolno, zjazd z Hali Szrenickiej do tego miejsca zajął ci około 15 minut, średniej klasy wyczynowiec robi ten dystans dwa razy szybciej. Leżysz o rzut kamieniem od placówki GOPR, wcale więc nie jesteś w krytycznej sytuacji. Prawda, uziemia cię kontuzja prawej nogi, ale lewa i pozostałe części ciała są w porządku. Gdybyś miał wstrząs mózgu, albo połamany kręgosłup, to mógłbyś narzekać. Na upartego, bo niektórzy giną na miejscu wypadku i mimo to  czekają cierpliwie, aż GOPR się nimi zajmie. Różnie giną, niektórzy np. z zimna, ale tobie to nie grozi. Fakt, nie masz na sobie modnego kombinezonu, tylko przetarte levisy, ale w południe na szczycie Szrenicy było tylko minus 15 stopni. Wiadomo zaś, że w górach im niżej, tym cieplej i wieczorem bliżej ci do wiosny, niż miałeś w południe. Poza tym od czego męska wyobraźnia? Niech cię rozgrzeje, leżysz na łonie Lolobrygidy, niejeden by chciał.
lolka
Następnie odezwało się sumienie, czy aby nadaremnie nie wzywam imienia GOPR… Dzielni, górscy ratownicy, potrafiący z poświęceniem forsować groźne żleby, ściany i granie, aby przyjść z pomocą ofiarom lawin, karkołomnych wspinaczek i zjazdów, mogą poczuć się ambicjonalnie urażeni, że zaprzątam ich uwagę tak banalnym przypadkiem, jak mój. Tego oczywiście nie chciałem, więc dopaliwszy ostatniego „sporta”, zatrąbiłem wsiadanego.
Jurek, mój drugi kompan nartowy, który zgodził się trwać ze mną dopóki nie przyjadą, puknął się znacząco palcem w czoło.
– Jakim cudem chcesz zjechać? – zapytał życzliwie.
– Żurnaliści nie pękają – odparłem wymijająco.
– No dobrze – zgodził się. Załóżmy, że jakoś poradzimy sobie sami, ale co zrobisz, kiedy oni w międzyczasie przyjadą tutaj i nie zastaną cię? Ty wiesz, ile patoli kosztuje taka akcja? Zgłoszą w centrali, że wpuściłeś ich w maliny i będziesz miał kupę smrodu. Góry są niebezpieczne, skoro już strąciłeś kamień, to musisz poczekać na lawinę.

Jakby na potwierdzenie tych słów, coś w górze grzmotnęło, zaszumiało i nim zdałem sobie sprawę, że to pusty tobogan grzmotnął o muldę, że to krótkofalówki tak szumią, zjawili się przy nas, chrupiąc miętówki. Dwaj młodzi ludzie, z ratowniczymi  emblematami  na czerwonych skafandrach. Dochodziła 17.45.
– Urwanie głowy macie dziś zapewne – zagaiłem.
– Dzisiaj raczej spokojnie, w południe połamały się dwie Niemki, pan jest trzeci – odparli.
Po czym raźnie zabrali się do roboty. Jeden z przybyszów – rosły i gładkolicy – poprosił Jurka, aby pomógł mu kijkiem odbezpieczyć „Markery”. Drugi – skromniejszej postury, ale za to wąsaty – nadał  krótkofalówką do centrali, że właśnie przybyli na miejsce. Czerwony skafander wypięty z wiązań stracił równowagę i poleciał do przodu, wprost na moją prawą nogę, usztywnioną prowizorycznie przez Jurka przy pomocy bandaża i kijków narciarskich. Wydałem z siebie jakiś nieartykułowany dźwięk. Wymamrotał przeprosiny, był pewien, że to lewą nogę mam złamaną. Uspokoiłem go, że jestem ubezpieczony w PZU. Za pomocą kilku wprawnych chwytów przeistoczony zostałem w brezentowy tobołek na płozach, przed drogą ratownicy obejrzeli mój sprzęt narciarski i miejsce wypadku. Sprawa była dla nich prosta: na tych deskach nie powinienem był w ogóle jeździć. Słabo trzymał spód prawej, odpadła końcówka i do płozy przymarzł śnieg. Nie wyrobiłem więc ostatniego zatrzymania skokiem, nartę na jej oblodzonym kawałku wykręciło na zewnątrz i wtedy oczywiście powinno było puścić wiązanie. Niestety zablokowało się, za to puściła noga w kostce.

Stare wiązania marki Kadry powinny były pójść już na szmelc, razem z tymi wysłużonymi Rysami…, jeździłem na nich cały tydzień. Były własnością Wypożyczalni Sprzętu Sportowego FWP w Szklarskiej Porębie, przy ul. 1 Maja, której kierownik zapewnił mnie, że otrzymałem jego najlepszą parę nart, „zarezerwowaną w zasadzie dla kogoś bardzo ważnego”. Chyba za bardzo za tym ważniakiem nie przepadał, skoro mi je pożyczył. GOPR-owcy przytroczyli sprzęt do toboganu i w towarzystwie Jurka, na krechę, zwieźli cały majdan pod stację wyciągu, gdzie od kwadransa czekała już karetka Pogotowia Ratunkowego, przybyła z odległej o 19 kilometrów Jeleniej Góry.

W stacji pogotowia stwierdzono, że mam złamane podudzie i kwalifikuję się prawdopodobnie do umieszczenia na szpitalnej urazówce. Zawieziono mnie więc do jeleniogórskiego Szpitala Miejskiego, który pełnił ostry dyżur. Miejscowy chirurg (ortopedy nie było) rzucił w przelocie okiem na przywiezione zdjęcie RTG, obmacał złamane podudzie i znalazłem się w gipsowni. W dwadzieścia minut złożył to, co uznał za złamane i ulepił ładny, gipsowy but do kolana. Po czym zrobiono mi kolejnego rentgena i zlecono leżenie na korytarzu, pod kaloryferem.
– Przyjedzie karetka, to pana odstawi do Szklarskiej – powiedział lekarz.
Poinformował mnie też, że mam tylko proste złamanie kości strzałkowo-piszczelowej, która w zasadzie nie jest taka ważna jak inne kości i za parę dni będę mógł chodzić, stąd ten obcasik w moim gipsowym bucie. Słowem nie ma potrzeby, abym pozostał w szpitalu. Zresztą nawet gdyby istniała taka konieczność, to on nie miałby mnie gdzie położyć, dysponuje tylko kilkoma wolnymi łóżkami, a jest dopiero ósma wieczorem. Przy ostrym dyżurze, do rana może mieć zatrzęsienie różnych, poważnych stanów.
– Ile jest kilometrów stąd do Tychów? – zainteresował się.
– Około trzystu – odpowiedziałem.
– Śmiało pociągiem można jechać – orzekł. Nie sądzę, żeby pogotowie dało panu karetkę na taką trasę, to jest inne województwo, a nasz szpital zrobił swoje. Pan jest w gruncie rzeczy zdrowy.

Podbudowany tą szczerą, męską rozmową późnym wieczorem wróciłem do Szklarskiej, do DW „Belweder”, w którym przebywałem na dwutygodniowych wczasach. Nudy w nich nie zaznałem do końca. Najpierw okazało się, że jestem winien trochę gotówki panu od nart, bo je podniszczyłem w czasie kraksy. Później zjawiła się pokojowa z „Belwederu”, aby wysprzątać moją kwaterę i podzieliła się wiadomością, że dopiero co chwalili w telewizji karkonoski GOPR i pokazali na żywo, jak chłopcy zgrabnie przeprowadzają akcję ratunkową. Pani pokojowa ciekawa była, czy o mój wypadek chodziło… Duże poczucie humoru wykazało również kierownictwo jeleniogórskiej Stacji Pogotowia Ratunkowego, radząc mi wziąć taksówkę do Tychów. W tej sytuacji zrezygnowałem z przedterminowego zakończenia wczasów i oparłszy sprawę o bufet z pewnym zmotoryzowanym wczasowiczem z Katowic, pojechałem do domu 7 marca.

Największą niespodziankę sprawił mi jednak doktor M. z przychodni ortopedycznej przy Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym w Tychach, do którego zgłosiłem się po powrocie, aby pokazać mu dokumentację z jeleniogórskiego szpitala i załatwić sobie zwolnienie lekarskie, a przy okazji ustalić termin zdjęcia gipsu. Zbadał mnie, zrobił kolejnego rentgena i okazało się, że faktycznie mam „złamaną kostkę boczną, z podwichnięciem stawu skokowego i rozerwany więzozrost strzałkowo-piszczelowy”, nie wolno mi więc obciążać chorej nogi. Proste złamanie kości strzałkowej z buta z obcasikiem nagle zabrzmiało groźniej, bo w uszkodzonych kościach rozpoczęły się zmiany. Zabieg operacyjny wykonano następnego dnia, trwał ponad trzy godziny, uszkodzone tkanki trzeba było skręcić śrubą. Wzbogaciłem się, bo metal zawiera platynę. Pod koniec marca wypisano mnie do domu, do nowego gipsowego buta dostałem gratis dwie kule. Mówią, że w sierpniu, jak dobrze pójdzie wzbogacę się po raz kolejny, tym razem o cenny dar chodzenia na obydwu nogach. Wtedy też (może) wyjdę na swoje.

Weshalb nehmen wir es an?

Der Text ist vor drei Jahren entstanden und zig mal zu verschiedenen Redaktionen geschickt. Meistens ganz ohne Reaktion, aber auch da, wo man, angeblich, Interesse zeigte und etwas tun wollte, passierte gar nichts.

Offensichtlich nehmen wir es an, weil es uns überhaupt nicht interessiert.

Ewa Maria Slaska

Pavel S., geboren 1982, ist von der Geburt her ein Spastiker, einer, der unter spastischen Tetraparese leidet, einer Krankheit, die sich geistig und somatisch äußern kann, und die bei ihm, zum Glück, nur körperlich in Erscheinung trat. Diese „nur“ reicht aber vollkommen, um das Leben eines Menschen tief und unreparabel zu beeinflussen, im Grade, von dem wir, die Gesunden, überhaupt nichts wissen wollen, da die spastische Tetraparese eine Lähmung aller vier Gliedmassen bedeutet. Und dies bedeutet wiederum, dass der Mensch nie allein, ohne fremde Begleitung sein Leben gestalten wird. Nie – auch ein Wort, von dem wir, die Gesunden, keine Ahnung haben. Eine Hilflosigkeit, die einem würgen wird. Mich auf jeden Fall.

Er wurde aber als Kind sehr geliebt und wirkt heute ausgeglichen und gelassen ironisch.  Man hatte ihn fürs Leben erzogen, für Teilnahme und Teilhabe an sozialen, kulturellen und politischen Prozessen, die unsere Gesellschaft aufbauen und prägen oder aber dekonstruieren und degradieren. Ein normaler Bürger halt, mit Handicap zwar, aber bewusst und engagiert.

Er ging zuerst in eine Grundschule für Körperbehinderten, nach der 5. Klasse wechselte in eine „normale“, wo er nächste vier Jahre verbrachte. Dann kamen weitere vier Jahre in einer, ebenfalls „normalen“, Oberschule, anschließend zwei Jahre Berufsförderung, ein in Berlin und ein in München und letztendlich drei Jahre Ausbildung zur Bürokraft, die er mit Ausbildungszeugnis erfolgreich abgeschlossen hat. In dieser Zeit verbrachte er auch acht Jahre in einem Behinderten Sportverein, währenddessen er an zahlreichen Schwimmwettbewerben teilgenommen hat und etliche Medaille gewann.

2006 endete der Bildungsweg. Er kam zurück nach Berlin, war ein Jahr arbeitslos und suchte in dieser Zeit sowohl die Arbeit als auch die Wohnung. Beides gelang fast gleichzeitig und kam noch dazu mit der Zuerkennung des Pflegedienstes. Jetzt ist der Weg, auf dem er gelernt hatte, ein vollwertiger Bürger dieser Gesellschaft zu sein, abgeschlossen. Er kann zwar nicht ohne Hilfe leben, braucht eine ständige Lebens-Begleitung und eine besonders eingerichtete Wohnung, aber diese Umstände berücksichtigend, ist er jetzt ein vollberechtigter Mitglied der Gesellschaft. Mit Rechten und Pflichten, wie jeder Andere. Er arbeitet, wohnt, lebt. Beruflich kann er alles, was mit dem Büro zu tun hat: Datenverarbeitung, Internet und Emails, Telefon- und Faxdienst, Personalwesenpflege, Schriftverkehr. Dazu noch Englisch. Er reist gern, hört gern Musik, pflegt gesellschaftliche Kontakte durch das facebook, lässt sich ab und zu ins Kino begleiten.

Jetzt, drei Jahre später, ist er ein Rentner. Drei Jahre hatten gereicht, um aus einem engagierten und arbeitswilligen Menschen einen Menschen am Abstellgleis zu machen. Und, um es nach Heine zu wiederholen, dies hat mit ihren Taten die Gesellschaft getan. Mit einer, oder vielleicht zwei, Redewendungen. Es ist halt so. Und – es ist gang und gäbe. Beides bedeutet fast das gleiche. Beides weist Einen, der rebelliert, sanft aber entschieden ab. Es ist halt so, die Rebellen haben hier nicht zu suchen. Der Gehorsam ist Der Wert, der unterstützt wird. Nicht die Kritik, egal konstruktiv oder nicht. Es ist gang und gäbe.

Was ist also passiert? Es ist der 1. August 2007. Pavel beginnt eine Arbeit. Sein Arbeitsgeber waren die Berliner Werkstätten für Behinderte in Berlin-Wedding mit dem Hauptsitz Westhafenstr. 4. Einsatzort: Eine Aussenstelle der Werkstätten für Behinderten, Zeiss-Ikon Betrieb in der Goerzallee in Zehlendorf. Ein Betrieb also in dem man Geld vom Staat kassiert, dass man die Behinderten beschäftigt.

Am ersten Tag meldet sich Pavel bei der Arbeit und erfährt – von einem Gruppenleiter aber auch von einer Sozialarbeiterin – dass seine Toilettengehzeiten auf 8.00 Uhr und 12.00 festgelegt sind. Das geht bei einem Spastiker nicht. Und wenn ich darüber nachdenke, bin ich der Meinung, dass es bei einem normalen Menschen auch nicht geht. Wie kann man auf Kommando pinkeln? Oder ebenfalls auf Kommando den Stuhlgang drei Stunden anhalten? Dies war vielleicht in den Zeiten des wütenden Kapitalismus gang und gäbe, in den „Modernen Zeiten“ mit Charlie Chaplin gibt es zwar davon keine Rede, aber sich Ähnliches vorstellen kann man schon. Da sind aber 80 Jahre her und  man hat inzwischen ein paar Errungenschaften des Sozialen Staats entdeckt und auch praktiziert. Z.B. die Idee, dass der Arbeitnehmer ein Mensch ist und somit den menschlichen Nöten und Bedürfnissen ausgesetzt. Wie Pinkeln.

Was einem normalen Menschen nur schwierig erscheinen mag, ist für einen Spastiker das Unmögliche. Er kann nicht auf Kommando, und verlangt man es zu heftig, dann erlöst man bei ihm noch Angstzustände, die in Depression führen.

Er weißt es. Er weißt, dass er es nicht schafft. Er weiß, dass er auch die Ratschläge – sich bei Schwierigkeiten eine Windel zuzulegen – nicht annehmen wird. Es ist ein Höhn. Mit dem Ratschlag fühlt er sich gedemütigt und erniedrigt, und er möchte wie ein Mensch arbeiten und behandelt werden. Er ruft bei Kumpel aus den Ausbildungszeiten und bei anderen Werkstätten in ganz Deutschland an. Er möchte wissen, wie es gehandhabt wird. Was er erfährt, erschreckt. Es ist überall so. Es ist gang und gäbe in all solchen Betreiben, wo die Behinderten arbeiten. Es ist halt so! Trotzdem schreibt er an die Leitstelle des Betriebs und der Werkstätten und schildert die Situation. Benutzt die Worte, die ihm als Bürger zustehen, wie Menschenwürde.

Theoretisch gewinnt er. In einem klärenden Gespräch erfährt er plötzlich, dass es doch in dem Betreib keine festgesetzte Toilettengehzeiten gibt. Er darf aufs Klo, wann er will. Er fühlt sich in seinem Verlangen, wie ein Mensch behandelt zu werden, bestätigt. Wenn man sich wehrt, gewinnt man. Mensch-zu-sein muss man sich als Behinderte hart erkämpfen.

Die Freude dauert jedoch sehr kurz. Weil spätestens nach drei Wochen normalisiert sich die Situation im Betrieb wieder und er darf nicht mehr aufs Klo, wann er will. So also geht man mit den Rebellen um. Man lässt denen ein Gefühl, dass sie gewonnen haben und dann neutralisiert man es mit dem alltäglichen Kram. Und mit diesen zwei Redewendungen, die er nicht mehr hören kann: wieso regst du dich so auf, es ist halt so! Und zwar überall.

Bei ihm endete es so, wie es enden musste – irgendwann hielt er es nicht mehr aus. Irgendwann ging es in diesem Betrieb gar nichts mehr. Er bekam einen heftigen Nervenzusammenbruch, wurde entlassen und in die Rente geschickt. Mit so einem, der nicht auf Kommando pinkeln kann, kann diese Gesellschaft offensichtlich nichts anfangen.

Es ist jetzt ein Jahr her. Die Sache ist bei ihm immer noch heiß. Immer noch fragt er sich und die Umgebung, wie ist es möglich? Weshalb musste er wegen Pinkeln, nur wegen Pinkeln, in die Rente? Er ist doch nicht der Einzige in Deutschland. Weshalb wehren sich die Anderen nicht? Weshalb nehmen sie es an?

Ogrody

Jest 2 stycznia. Powinnam pisać o zimie, ale ponieważ jest ciepło i wiosennie i właśnie popracowałam chwilę na balkonie, postanowiłam, że opublikuję tu artykuł, który nie ukazał się w “Odrze” – o ogrodach. I tak zaraz trzeba się będzie zabrać za wiosenne prace ogrodnicze, to zobaczmy, co przed nami.

Co roku latem w tzw. gazetach miejskich Zitty lub Tip w Berlinie (bo są dwie i ukazują się co 2 tygodnie, zawsze w środę i na przemian, jeśli w tym tygodniu Zitty, to w przyszłym – Tip) będzie jakiś artykuł poświęcony zieleni miejskiej, zatytułowany „Lato na balkonie” (był to również tytuł sympatycznej berlińskiej komedii z roku 2004 w reżyserii Andreasa Dresena).

Ewa Maria Slaska

Balkony, ogrody i ule to najnowsze hity życia w Berlinie. Przy czym nie chodzi o to, co miasto robi w tym kierunku dla swoich mieszkańców, polityków i turystów, tylko o to, co my, mieszkańcy robimy dla siebie. Poniekąd, żeby (po raz kolejny) pokazać, że miasto jest naszą własnością i powiedzieć politykom, żeby nas zostawili w spokoju. Najnowsza fala fascynacji ogrodami jest więc częścią wielkiego nieformalnego projektu społecznego „reclaim your city” i walki o sprawiedliwą strukturę społeczną miasta, a jednocześnie wiąże się z troską o ekologię, ochronę środowiska i zrównoważony rozwój.

Aby to wszystko uzyskać, można lub należy mieć działkę, ogród, podwórko do zazielenienia, balkon, ale jak nic takiego nie mamy, to możemy jeszcze posadzić kwiaty wokół drzew, zagospodarować paski nieużytków wzdłuż płotów lub torów albo ustawić doniczki na parapetach okien. A jak i to jest niemożliwe, to jeszcze pozostaje nam… beczka, plecak, worek, koszyk po truskawkach lub skrzynka po pomarańczach.

Jak już nawet nie możemy sobie pozwolić na worek, to już chyba musimy zrezygnować, podobnie jak ów angielski chłopczyk, który napisał list do Mikołaja. Drogi święty Mikołaju, proszę, podaruj mi w tym roku słonia. Jeśli nie możesz mi ofiarować słonia, no to może być tygrys. Jeśli nie dasz rady załatwić tygrysa, to proszę daj mi konia. No, ostatecznie mógłby być też pies. Lub może kot. A jak już naprawdę nie może być nawet kot, to daj mi, proszę, mysz. Ale jeśli nie potrafisz podarować mi nawet myszy, to nie dawaj mi innych, jeszcze mniejszych zwierząt, bo jestem już za duży na zwierzęta mniejsze od myszy.

Część tych pomysłów, odkrywanych z zachwytem przez berlińczyków, jest w Polsce tak znana, że aż dziwne, że nikt nie dorobił jeszcze ideologii do zajmowania trawników  wokół bloków, pod oknami na parterze lub wykopywania plastikową łopatką dziur w skruszałym betonie na postkomunistycznych podwórkach, po to by nanieść tam ziemię i posadzić groszek, lawendę lub mahonię.

Człowiek jest zwierzęciem naturalnym, przez miliony (albo, jak chcą kreacjoniści, tysiące – zapewne nawet to wystarczy) lat żył „w naturze” i wciąż jeszcze nie wyzwolił się od tych atawistycznych potrzeb. Pamiętam, jaką grozę wzbudziła we mnie informacja, że w Korei Południowej w okresie cudownego boomu gospodarczego wokół coraz to nowych fabryk wyrastały coraz to nowe miasta, gdzie nie było ani jednego drzewa! I jak już wreszcie Koreańczycy zagonieni do niewolniczej pracy w owych fabrykach zaczęli się buntować, to zażądali… parków miejskich.

Potrzeba życia choćby w namiastce natury to jednak tylko jeden aspekt rewolucji ogródkowej w Berlinie w XXI wieku. Ogród (i wszystko, co powyżej wymieniłam i co nam może posłużyć za ogród) powinien nam dawać kwiaty, z których bez wyrzutów sumienia możemy się cieszyć i to nie tylko dlatego, że ich nie musimy kupować, ale przede wszystkim – bo nie „wyprodukowały” ich w „fabrykach kwiatów” słaniające się z gorąca i umierające od trucizn kobiety w Wietnamie, Gwatemali czy Hondurasie. I jeszcze na dodatek nasz ogród będzie nas karmić czymś, co jest smaczne, zdrowe i wyprodukowane bez trutek. Tu każdy powie, znamy, wiemy, każdy ogródek działkowy w Polsce jest producentem kwiatów, jarzyn i owoców, ale, odpowie nowoczesny berlińczyk, chlubne to i sprawiedliwe, jednakże nie jest sztuką hodowanie jarzyn i owoców tam, gdzie da się to robić, sztuka wyhodować je tam (i tak), gdzie (i jak) nikomu by to nie przyszło do głowy.

Rewolucja zaczęła się od ziół. Może dlatego, że są skromne, a jak nam nie wyjdzie, to nie przyniesie to hańby hodowcy. Bo jak posadzimy pomidory i nie zbierzemy nawet trzech, to znaczy, że marni z nas ogrodnicy, ale jak posadzimy dziesięć różnych ziół, to któreś przecież się uda.

Ja osobiście mam na balkonie co najmniej cztery zioła, które „wyszły”, a ponadto co tydzień świeże kiełki rzodkiewek, dwie (słownie dwie) truskawki i trzy poziomki. Ale ja dopiero zaczynam. Moim marzeniem jest własna dynia na balkonie, taka duża, żeby można było zrobić jesienią zupę dla wszystkich krewnych-i-znajomych Królika. I choć w tym roku dynia hokaido nawet nie zechciała wypuścić kiełków, już wiem, jak się mam za nią zabrać w przyszłym roku. Marzy mi się też wielka młoda kapusta (polana roztopionym masłem, och!) i żółta fasolka. Kapustę i dynię posadzę w przyszłym roku w skrzynkach po pomarańczach – zwykłe skrzynki balkonowe to za mało.

No a jak mi się zachce ziemniaków to wtargam na czwarte piętro beczkę.

Jak się wpisze w Googla niemieckie hasło „Kartoffeln im Fass” natychmiast pojawi się odpowiednia odpowiedź czyli „Kartoffeln im Fass anbauen” –  hodowla kartofli w beczce (a nie na przykład – przechowywanie) i tekścik niejakiej Nikoli:

http://www.hausgarten.net/gartenforum/obst-und-gemuesegarten/81-kartoffeln-im-fass-anbauen.html

Po pierwsze – twierdzi Nikola – będziemy mieli zbiory trzy razy do roku! Uwaga – ja nie miałam! Mnie udało się zebrać trzy ziemniaczki. Ale nie zrażajcie się, bo ja jak ksiądz, nie mówię, że macie robić jak ja robię (bo jak ja robię, to nie wychodzi), tylko róbcie jak ja mówię. A mówię za Nikolą tak:
Potrzebujemy do tego jakiejkolwiek beczki, która musi być jednak zaopatrzona w odpływ jak każda normalna doniczka (oczywiście możemy go zrobić sami). Na dno kładziemy warstwę drenującą, np. żwir a potem warstwę ziemi i warstwę ziemniaków-sadzeniaków. Gdy sadzonki wyrosną na wysokość ok. 20 cm, pokrywamy je znowu ziemią. I tak aż do wypełnienia beczki. Wtedy pozwolić kartoflom dalej rosnąć i czekać aż zakwitną, przekwitną i wyprodukują bulwy. Podobno po 10 tygodniach będziemy mieli beczkę pełną młodych ziemniaczków. Osobno w małej doniczce należy wyhodować koperek. No bo co człowiekowi po młodych kartoflach bez koperku?

Gdy zaczęłam zbierać materiały do tego artykułu, wszyscy przyjaciele zaczęli mi znosić gazety i ulotki na ten temat. Poszłam też na tzw. festiwal ochrony środowiska. Efektem tej działalności jest portfel pełen wizytówek i ogromna sterta materiału. Dzięki tej lekturze dowiedziałam się między innymi, że ziemniaki można też hodować w worku i przepis ów zamieściło w dziale „Styl życia” szacowne pismo „Die Zeit”(http://www.zeit.de/lebensart/essen-trinken/2011-05/prinzessinnengarten-zucchini), które dotychczas zajmowało się kulturą i polityką! O dzikich akcjach zazieleniania miasta, zwanych po angielsku green guerilla czyli terror zieleniny, piszą już nawet gazetki dla rodziców, bo otóż możemy i powinniśmy podejmować takie akcje z dziećmi. W jednym z berlińskich sklepów ze zdrową żywnością pojawił się nawet specjalny automat, w którym zamiast cukierka i gumy do żucia dziecię może sobie za 10 centów zakupić kulkę z nasionami, które wysieje gdziekolwiek, a potem będzie chodzić i sprawdzać, jak rosną.

Nowa filozofia ogrodów oznacza zresztą również nową filozofię chwastów. Otóż zapomnijmy o dawnej wizji grządek, które trzeba pielić. Teraz już się niczego nie pieli, a wzorem jest tu ogród grecki, w którym nie ma w ogóle chwastów, bo albo chwasty traktuje się jak rośliny użyteczne, albo sieje się  i sadzi rośliny użyteczne tak gęsto, że nie ma miejsca dla chwastów.

A oto kilka możliwości nowego spojrzenia na chwasty: mają kwiaty jak ognicha, mak, nawłoć, chaber czy kąkol i z tych kwiatów robi się (i sprzedaje) bukiety. Odstraszają szkodniki jak pokrzywa lub cebula. Można je jeść jak lebiodę lub mlecz, albo pić jak rumianek, skrzyp, rutę i tężeż samą pokrzywę. Służą jako pokarm dla ptaków jak oset, którym żywią się szczygły. Dają miód i nektar owadom, a też są dla owadów miejscem zamieszkania. Przywabiają motyle. I wreszcie ostatni argument, najmniej może pragmatyczny, ale jakże wymowny:  trawnik pełen chwastów super wygląda i przypomina, że my, podobnie jak rośliny, nie musimy być koniecznie piękni i bogaci, żeby żyć szczęśliwie! Jest też dowodem, że jeszcze nie zdołano nas ze wszystkich stron zabetonować.

Jednak podstawowym aspektem obecnej fali urban gardening jest przekonanie, że każdy z nas ma PRAWO do uprawiania kawalątka ziemi. I jeśli jej nie mamy, to musimy ją sobie wziąć, zdobyć, wyszarpnąć czy przekonać władze, żeby nam ją dały. Tak powstały w ostatnich latach ogrody sąsiedzkie w przestrzeni pomiędzy blokami mieszkalnymi, gdzie każdy uprawia półtora metra kwadratowego, ogrody dla dzieci z grządkami wielkości chustki do nosa, ogrody międzynarodowe i interkulturowe, które przypominają, że świat jest różnorodny, a jednocześnie wspierają wspólną pracę i rozrywkę migrantów i „tubylców”, a też stawy ze złotymi rybkami na podwórkach i gaje brzozowe na dachach kamienic.

To wszystko może się wydawać śmieszne. Po co dorabiać ideologię do głowy kapusty i dwóch marchewek? Ale wbrew pozorom ruch urban gardening jest już w tej chwili tak silny, że muszą się z nim liczyć politycy.

Inne jest też pochodzenie społeczne nowych miejskich ogrodników. To nie biedota, dla której w połowie XIX wieku wymyślono ogródki działkowe, to ludzie wykształceni i społecznie zaangażowani. Jeśli walczą z władzą, to walczą przede wszystkim na słowa i wiedzą znakomicie, jak ich używać. Ale jak zajdzie taka potrzeba, potrafią też walczyć nie na słowa lecz dosłownie, jak to się zdarzyło w Stuttgarcie, gdzie walka uliczna o wstrzymanie planów budowy nowego dworca nie zastopowała wprawdzie samego projektu, ale doprowadziła do zmian politycznych i oddała władzę partii zielonych. W Berlinie, jeszcze zanim doszło do rękoczynów, zwycięstwem zakończyła się akcja nowoczesnych ogrodników, która uniemożliwiła sprzedaż pod zabudowę części byłego lotniska Tempelhof. Jednym z argumentów dyskursywnych, jakimi posłużyli się przeciwnicy zabudowy lotniska, była informacja, że w już i tak przegrzanym do niemożliwości Berlinie temperatura wzrośnie latem o 3 stopnie Celsjusza.

Nie należy więc lekceważyć ludzi, którzy sadzą kartofle w beczkach i wrzucają za płoty placów budowy worki z torfem i sadzonkami brzóz. Zielona guerilla już dawno nie jest żenująca ani śmieszna.

Mamy prawo do naszego miasta! Nie chcemy, żeby nas wyrzucano z domów i zabierano przestrzeń. Mamy prawo żyć w nim tak jak chcemy i nikt nie może nam dyktować tego, jak mamy chcieć!

Nie wiem, czy się to nam uda, ale zawsze lepiej próbować, niż nic nie robić.

A tu jeszcze wpis o balkonach z blogu “Kura”:

http://ewamaria030.blox.pl/2012/05/Balkony.html

Pamiętajcie o ogrodach
Czy tak trudno być poetą
W żar epoki nie użyczy wam chłodu
Żaden schron, żaden beton

Jonasz Kofta

Obóz

Infos über das Lager auf Deutsch findet man hier: AusgrabungenZwangsarbeit2

Ewa Maria Slaska

Niedzielny spacer

Jest piękna wrześniowa niedziela. Może ostatnia już taka letnia niedziela w tym roku. Wychodzę na spacer.

Mieszkam naprzeciwko zamkniętego przed czterema laty lotniska Tempelhof, które właśnie staje się jednym z najbardziej uczęszczanych i modnych miejsc w Berlinie. To taki dziwny park, niemal nic tu nie ma, tylko dziko rosnąca trawa, przestrzeń, nieczynne pasy startowe i wielka kopuła nieba.  Przeprowadziłam się tu gdy lotnisko zostało zamknięte, obserwuję więc wzrost jego popularności w miarę jak wrastam w swoją nową dzielnicę. Kiedyś było to miejsce spacerów, potem pojawili się grillowicze, teraz jest masa wrotek, rowerów, deskorolek, latawców, paralotni i windsurfingu. Niebo furczy jak tańczący trzmiel.

Jestem namiętną spacerowiczką, dawno więc spenetrowałam już całą okolicę, odkryłam dziwne mosty, pochowane zieleńce, maleńkie zaułki o wielkich nazwach, chociażby jak moja uliczka, obarczona nieprzemyślanie mianem stanowczo na nią za ciężkim: Paradestrasse, ulica parad.

W tę niedzielę idę na lotnisko z zamiarem przejścia go w poprzek i dojścia do dzielnicy Neukölln.

Na płycie lotniska odkrywam szczaw. Zawsze, jak mi się zamarzy zupa szczawiowa, jadę w odwiedziny do koleżanki, która mieszka poza miastem, a tu proszę, zupa rośnie niemal pod nosem.

Godzinę zajmuje mi przejście na drugą stronę płyty, czyli muszą to być cztery kilometry, a może nawet pięć. Wchodzę w uliczkę, między cmentarzami. I…

W zmierzchu i cieniu drzew wcale nie jest łatwo zrozumieć, co widzę, ale po chwili już wiem – GEDENKORT -ZWANGSARBEITERLAGER. MIEJSCE PAMIĘCI – OBÒZ PRACY PRZYMUSOWEJ.

tablica-klein

Więcej nie da się odczytać. Dziwne to miejsce pamięci. Za płotem, prawie jak za kratą, zamknięte na kłódkę, a tablica tak ulokowana, że nic nie widać.

Idę dalej i myślę, że to przecież jasne, wzdłuż lotniska, na nieodległej Columbiadamm było i więzienie, i obóz koncentracyjny, i obozy pracy. Tu zapewne był jakiś podobóz, pracujący na potrzeby Luftwaffe.

Dochodzę do ulicy. Po lewej brama cmentarza St. Thomas, po prawej wspólny cmentarz Jerusalem & Neue Kirche V.

Najpierw zwracam uwagę na złoty napis cyrylicą – w kaplicy cmentarnej ma swoją parafię bułgarska gmina wyznaniowa. Złote litery wzraźnie odcinają się od ciemnego tła.

Jest coraz ciemniej, reszty napisu niemal nie można odczytać. ZUR ERINNERUNG UND MAHNUNG. A pod spodem, mniejszymi literami: Auf diesem Friedhof betrieben christliche Gemeinden 1942-1945 ein Zwangsarbeiterlager.

DLA PRZYPOMNIENIA I PRZESTROGI. Na tym cmentarzu w latach 1942-1945 parafie chrześcijańskie prowadziły obóz pracy dla robotników przymusowych.

Prowadziły.

Tak jakby prowadziły schronisko dla sierotek. Tymczasem ten łagodny chrześcijański tekst oznacza, że był tu obóz pracy, założony przez parafie kościelne.

Wiem, bo nie można nie wiedzieć. Od roku 1941 wszyscy niemieccy mężczyźni poszli na wojnę, a wykonywaną przez nich dotychczas pracę „przejęli” robotnicy przymusowi z Europy Wschodniej, w Berlinie głównie ze Związku Sowieckiego. Natomiast nie wiem, bo skąd miałabym wiedzieć, że również Kościół korzystał z tej nieludzkiej formy wyzysku niewolników.

Jest niedziela wieczorem, cmentarz jest zamknięty, niczego się już dziś nie dowiem.

W dwa dni później idę znowu na cmentarz. Tym razem jest otwarty. Tuż za bramą pomnik, za nim kolumienka z dwiema czworobocznymi gablotami.

Piękny pomnik. Czarny szlifowany bazalt. To polodowcowy ostaniec. Kamień przecięto, a jego górna część została umieszczona w bramie cmentarnej jako tablica informacyjna.

W środkowej części cmentarnego pomnika smutny napis:

42 parafie chrześcijańskie założyły tu obóz pracy dla robotników przymusowych. Niech Bóg, Ten, który wyzwala niewolników, zmiłuje się nad nami. Pomnik ufundowany przez Chrześcijan i parafie w Berlinie.

Wokół 42 ślady po wyciętych „cegłach” z nazwami parafii. Same „cegły” znajdują się w tych parafiach. Ku przypomnieniu i przestrodze.

Czyli to nie pomnik ku czci ofiar, lecz pręgierz dla sprawców.

Już wiem, że muszę pojechać do co najmniej kilku kościołów i popatrzyć, jak zostały „wystawione”?  Coś mi mówi, że wcale.

W każdym razie autor pomnika, Rainer Fest, przewidział, że podczas specjalnych uroczystości, np. podczas Niemieckiego Dnia Żałoby (Volkstrauertag), przedstawiciele wszystkich parafii przynoszą te cegły na cmentarz i układają je na pomniku.

Podwójna gablota za pomnikiem składa się z ośmiu tablic informacyjnych, niedużych, gdy teksty mają powiększoną czcionkę nie zmieści się tu więcej niż tyle, co normalnie na arkuszu A3. 16 arkuszy papieru maszynowego.

Czego ja właściwie chcę? Przecież sama twierdzę, że Foucault miał rację i historia umarła. A jak umarła, to umarła, to niech umarli grzebią swoich umarłych, a my się zajmijmy życiem.

Zatrudnieni tu robotnicy przymusowi byli w większości nieletni i pochodzili z Ukrainy, Rosji, Białorusi. Pracowali jako grabarze, nie grzebali jednak swoich umarłych, tylko berlińskich – tych co zmarli sami z siebie i tych, którzy zginęli w bombardowaniach.

Czytam i myślę. Kolejność tablic w gablocie jest tajemnicą, zaczynam czytać gdziekolwiek. Obóz pracy nie był, jak sądziłam, częścią znanego KZ Columbia-Haus. Był samoistną jednostką, założoną przez kościoły berlińskie, gdy zatrudniani przedtem robotnicy z Bułgarii okazali się zbyt drodzy. Urząd Pracy przyznał więc parafiom 100 robotników przymusowych do obsługi cmentarzy. Aby ich gdzieś pomieścić, zbudowano dla nich obóz. Nadano mu rangę obozu ważnego dla prowadzenia wojny („kriegswichtige Funktion”), co dawało mu pewne przywileje. Jeszcze nie wiem, jakie, domyślam się tylko, że przywileje dla obozu nie oznaczały przywilejów dla pracujących tu niewolników.

I tu się mylę. Sprawdzam jak zawsze w Internecie i dowiaduję się, że taka klasyfikacja nieco polepszała warunki życia pracujących w takich obozach robotników. Nie chodziło bowiem o to, żeby ich wykończyć, tylko o to, żeby jak najwydajniej pracowali.

Ale z kolei pracownik obozu musiał być „przydatny” czyli zdrowy i nie powinien był sprawiać kłopotów. Nieposłusznych odsyłano do „Arbeitserziehungslager” – „obozu wychowania przez pracę” co było eufemistyczną nazwą na KZ – Konzentrations Lager, obóz koncentracyjny. Osoby „nieprzydatne”, zbyt wycieńczone lub chore stawiano do dyspozycji Urzędu Pracy lub odsyłano bezpośrednio do tzw. „Sterbelager”, obozu-umieralni. Na ich miejsce Urząd przysyłał następnych jeńców.

Więźniowie obozu kościelnego obsługiwali wszystkie cmentarze w Berlinie. Ich praca była ważna, może nie dla machiny wojennej, ale na pewno dla sprawnego funkcjonowania miasta. Co rano pojedynczo lub po kilku wychodzili do pracy. Często bez obstawy policyjnej! Sami.

Byli ubrani w cywilne ubrania, a na piersiach mieli niebieską Ostmarkę – znaczek identyfikujący ich jako „Ostarbeiter”, robotników ze Wschodu – najwyraźniej władze nie chciały już samą nazwą przypominać zwykłym mieszkańcom miasta, że to niewolnicy. Jechali metrem lub autobusem, a „Ostmarka” upoważniała do jazdy za darmo. Mogli też wchodzić do sklepów, choć co mogli tam kupić? Mieli nawet pieniądze, zarabiali 146 RM miesięcznie, trzy razy mniej niż zatrudniani przedtem Bułgarzy, ale z tych pieniędzy niewiele zostawało, bo musieli zapłacić za… lokum i wyżywienie w obozie. Zresztą za pieniądze niewiele można było kupić, wszystko było na kartki, a kartek nie mieli. Byli niewolnikami, ale w jakimś sensie pozwolono im żyć jak ludziom. Nie mieszkali za kratami i pracowali bez policyjnego nadzoru. Było to jednak bardzo ciężkie życie.

Przede wszystkim byli bardzo młodzi. Głodowali, marzli, pracowali ponad siły, chorowali, nie mieli opieki lekarskiej, ani duchowej, choć byli przecież więźniami obozu pracy prowadzonego przez Kościół. Zresztą wcale tego nie wiedzieli, myśleli, że „zatrudnia” ich komunalne biuro pogrzebowe.

O tym jak żyli informuje druga wystawa w zamkniętym pawilonie na cmentarzu po przeciwnej stronie ulicy.

Obóz w roku 1945 wyzwolili Rosjanie i do roku 1995 nikt o nim nigdy nawet nie wspomniał. Ani historycy, ani sam Kościół. Był to kawałek historii wojny i historii miasta, o której wszyscy postarali się zapomnieć. Pierwsze informacje o tym, że taki obóz istniał pojawiły się w 50 lat po wojnie i zostały po prostu zlekceważone. Potraktowano je poważnie dopiero w kilka lat później.

Dokładnie 10 lat temu, w roku 2002 Kościół berliński przeprowadził to, co Niemcy nazywają „Traueraurbeit” – praca żałoby. To już była praca następnego pokolenia, tego, które spokojnie mogło się pokajać za winy, bo nie były to jego winy.

Jestem zdumiona i chyba nawet przestraszona. Rozumiem, że do winy korzystania z pracy niewolników nie przyznawali się przemysłowcy, kapitaliści, czy ja wiem – bezduszna administracja. Ale Kościół? 42 parafie – 39 parafii ewangelickich i trzy katolickie.

Ponawiam pytanie do samej siebie. Czego ja właściwie chcę? Co niby miało się zdarzyć i kiedy? Lepiej, że odpracowano tę żałobę teraz, niż żeby kościoły nie miały jej w ogóle wykonać. Nigdy. I że żałobę odprawili przedstawiciele sprawców, a nie…

Przecież wiem, że mieszkam w mieście, w którym Pomnik Holokaustu zbudowały sobie za własne pieniędze ofiary zbrodni. Holocaust Monument to dzieło żdowskie a nie niemieckie. I wznoszono je już za mojej, ludzkiej pamięci, w latach 2003-2006 czyli więcej niż pół wieku po wojnie. I pamiętam, jak politycy bronili się rękami i nogami przed tym, by im nie budowano pod nosem takiej „wypominajki”.

Obóz powstał z inicjatywy Kościoła. Z tekstów w gablotkach nie wynika, by ktoś Kościół przymuszał do korzystania z pracy jeńców. Z kilkunastu parafii katolickich w Berlinie tylko trzy przystąpiły do „spółki”. Nie wiem, jak radziły sobie pozostałe? Dalej zatrudniały Bułgarów i płaciły im trzy razy więcej czy też założyły jakiś inny obóz, o którym po prostu nic nie wiem, tak jak do zeszłej niedzieli nie wiedziałam i o tym obozie?

Szukam w internecie. Władze kościelne twierdzą, że innych takich obozów nie było, ani w Berlinie ani w całych Niemczech.

Był to jeden jedyny obóz.

Zaczynam poszukiwania kamieni z pomnika. Oczywiście – zapewne powinnam napisać do odnośnych parafii i po prostu zapytać. Ale tak naprawdę chciałabym sprawdzić, czego się dowie zwykły człowiek, gdy wejdzie z ulicy i zapyta.

Z kolei nie jestem w stanie obejść wszystkich 42 kościołów wymienionych na liście. Oto lista parafii ewangelickich, które wspólnie założyły obóz:

Andreas, Auferstehung, Christus, Dorotheenstadt,  Elisabeth, Emmaus, Friedrichsfelde, Friedrichswerder, Georgen, Gethsemane, Gnaden, Golgatha, Heiland, Hlg. Kreuz, Jacobi, Jerusalems- und Neue, Joh.-Evangelist, Karlshorst, Lankwitz, Luisen, Luisenstadt, Marien, Marienfelde,  Nazareth, Nicolai, Nikolassee, Parochial, Segen, Simeon, Sophien, St. Lukas, St. Markus, Köpenick, Stralau, Tegel, Thomas, Weißensee, Zion, Zwölf-Apostel.

A to parafie katolickie: St. Hedwig, St. Matthias, St. Michael.

Postanawiam więc, że zacznę od kościołów katolickich. Po pierwsze na liście są tylko trzy, po drugie myślę, że o ile kościół ewangelicki jest znakomity w służbie społecznej, o tyle podejrzewam, że katolicy mogą być lepsi w okazywaniu skruchy.

A zatem St. Hedwig – katedra św. Jadwigi w samym centrum miasta, na Bebelplatz (tu palono książki w 1933 roku), naprzeciwko Uniwersytetu przy ulicy Unter den Linden. Główny kościół katolicki Berlina, siedziba arcybiskupa, a przy tym świątynia, która wielorako wiąże się z Polską.

Patronką katedry jest Jadwiga Śląska, księżniczka niemiecka z Andechs, żona Henryka Brodatego i matka Henryka Pobożnego. Była, jak wiele średniowiecznych księżniczek, prawdziwą Chrześcijanką. Ufundowała liczne kościoły i klasztory, w tym pierwszy polski klasztor kobiecy w Trzebnicy, ale przede wszystkim słynna była z umartwień i pomocy, jaką niosła chorym i biednym. Zmarła w roku 1243, w roku 1267 została kanonizowana. Czczona jako patronka Polski i Śląska.

Król Prus Fryderyk II Wielki ufundował katedrę berlińską pod jej wezwaniem, co nie było działaniem ot takim sobie. Fryderyk przeprowadził w ciągu swego panowania trzy wojny śląskie, które doprowadziły do przyłączenia Śląska do Prus. Jednakże oderwany od Królestwa Czeskiego Śląsk nie był zachwycony nową przynależnością państwową. Zgoda na budowę kościoła katolickiego w protestanckim mieście i lokalna śląska patronka miały pozytywnie nastroić niechętnych śląskich katolików do protestanckiej władzy. W latach 1747-1773 zbudowano Jadwidze wielki kościół, a ją samą ogłoszono patronką całego miasta. Świątynia została zbudowana w stylu klasycystycznym, a konsekrował ją 1 listopada 1773 roku zaprzyjaźniony z królem Fryderykiem arcybiskup gnieźnieński, Ignacy Krasicki. Tak, ten sam, nasz wielki książę poetów… Nie obyło się zresztą bez głosów krytyki, że co Polakowi do katedry w Berlinie… Gdy umarł, został tu pochowany, a ciało jego przeniesiono do Gniezna dopiero w roku 1829.

Podczas wojny katedra została zniszczona, po wojnie odbudowana. W krypcie znajduje się grób bł. Bernharda Lichtenberga, proboszcza katedry w latach 1938-1941 – obrońcy Żydów. Lichtenberg został aresztowany w październiku 1941 roku, w maju 1942 roku skazano go na 2 lata więzienia. Zmarł w drodze do obozu w Dachau, 5 listopada 1943. W dniu 23 czerwca 1996 na stadionie olimpijskim w Berlinie papież Jan Paweł II dokonał jego beatyfikacji.

Gdy kościoły berlińskie podejmowały decyzję założenia obozu pracy przymusowej, Lichtenberg przebywał już w więzieniu i nie mógł zaprotestować. Bo wierzę, że by to uczynił.

W katedrze nastrój raczej turystyczny niż podniosły. W przedsionku nowiutka, właśnie otwarta wystawa o historii kościoła katolickiego w Brandenburgii w ogóle, a katedry – w szczególe. Trzon wystawy stanowią tablice o okresie nazistowskim. Prześladowania, ofiary… Ani słowa o tym, że katedra współpracowała przy zakładaniu obozu i ciągnęła zyski z zatrudniania jeńców sowieckich. Czyli w 10 lat po tym, jak (wreszcie) kościół zabrał się za „pracę skruchy i żałoby” katedra katolicka ani słowem nie wspomina o własnej winie.

Chodzę po kościele i kaplicach, zaglądam w kąty – nie ma kamienia. Myślę sobie, że na pomniku owe kamienie są niewielkie, ale przecież do kościołów przekazano je zapewne w jakimś stosownym pudełku i ze stosownym wyjaśnieniem. Czyli nawet niewielki kamień nie jest w stanie się zawieruszyć, jeśli mu się nie pomoże. Tu mu najwyraźniej udzielono odpowiedniej pomocy, bo nikt nic nie wie i nikt nic nigdy nie słyszał, ani o obozie, ani o kamieniu. Jeden z rozmówców też nie wie o co chodzi, ale podkreśla, że zrobili to ewangelicy, a katolicy nie mają z tym nic wspólnego. Mam napisać maila z zapytaniem, to ktoś postara mi się udzielić odpowiedzi.

Jadę do kościoła św. Michała. To też kościół z polskimi akcentami – kiedyś odbywały się tu msze po polsku, nawet całkiem jeszcze niedawno, teraz kościół jest remoncie, a za restaurację odpowiada polska firma konserwatorska z Wrocławia. U św. Michała informacje są podobne jak u Jadwigi, ale przynajmniej człowiek, który ze mną rozmawia, wie, o co pytam, wie że był obóz i że pomiędzy parafie rozdzielono ku przestrodze kamienie z pomnika. Wie nawet, że kamień tułał się gdzieś w głównym biurze w zupełnie innym kościele i w końcu zabrała go do domu Susanne, świecka pracownica nietatowa Rady Parafialnej…

Kolej na parafie ewangelickie. Trochę dzwonię, generalnie rozmowa jest łatwiejsza niż z katolikami, bo wszyscy moi rozmówcy wiedzą, o co pytam, ale też wszyscy odsyłają mnie do pani Lachenicht z Archiwum Kościelnego. Tam telefon nie działa, trzeba dzwonić na komórkę, a komórki nikt nie odbiera… Trudna rada, trzeba napisać maila…

Bardzo liczę na to, że czegoś się dowiem w ewangelickim kościele Heilig Kreuz Kirche na Kreuzbergu – Kościół św. Krzyża w dzielnicy Góry św. Krzyża. Jest to Kościół Otwarty, ma kawiarnię i centrum obrad. Prowadzi się tu pomoc dla bezdomnych i potrzebujących. Obywają się spotkania dzieci i seniorów. W niedzielę 30 września odbyła się msza dla ludzi i zwierząt. Tu się chadza na występy teatralne, koncerty, pokazy slajdów, a nawet na oglądanie fajerwerków sylwestrowych z wieży kościoła. Sama, bywało, czytałam tu swoje teksty. W roku 2012 kościół otrzymał Nagrodę Ekumeniczną. Tu też nie wiadomo, gdzie jest kamień, mam napisać maila…

Nieobecność osób, które mogłyby udzielić informacji i ich nie działające komórki są w tej sprawie symptomatyczne. Piszę maila do pani odpowiedzialnej za pracę nad upamiętnieniem głównego obozu przy lotnisku, tzw. Columbia Haus, licząc na to, że coś wie o tym, kto odkrył fakt istnienia obozu. Pytam, czy mogę zadzwonić na komórkę. Tak proszę, w tych i tych godzinach. Dzwonię, komórka nie działa. Muszę więc napisać maila…

Dzwonię do Evangelischer Friedhofsverband Berlin Stadtmitte, bo to oni 12 lat temu zainicjowali pracę w celu przypomnienia faktu istnienia kościelnego obozu pracy przymusowej. Chcę rozmawiać z szefem – po pierwsze, bo go znam, po drugie – bo w czasie, gdy rozdzielano kamienie, był pastorem Kościoła św. Krzyża. Nie ma go, mam napisać maila…

W pierwszym kontakcie ewidentnie kamienia nie da się zobaczyć. Piszę kilka maili, ale już wiem, co chciałam wiedzieć…

Wszędzie, gdzie się obrócę, osobisty kontakt ma zostać zastąpiony napisaniem maila. A ja nie chcę. Myślę, że nikt mi nie odpowie, ale myślę też, i jest to myśl jeszcze gorsza, że jak mi odpowie, to najpierw, nie mówiąc mi o tym, poszuka, gdzie ten kamień jest…

Być może tak też jest w ewangelickim kościele św. Krzyża, gdzie wreszcie po kilku tygodniach telefonowania i pisania maili udaje mi się dotrzeć do kamienia. Leży na stole w bocznej nawie, obok księgi gości. Prosty czarny czarny kamień z nazwą kościoła. Bez informacji i kontekstu nic nikomu nie powie.

Odpracowano żałobę, rozdzielono kamienie, wystawiono pomnik, urządzono wystawę, ale tak naprawdę nadal nikt nie chce pamiętać.

Niech umarli grzebią swoich umarłych.

18 listopada 2012, niedziela. Volkstrauertag, Dzień Żałoby Narodowej. To ów dzień, kiedy wszystkie kamienie mają symbolicznie wrócić na pomnik. Z kościoła św. Krzyża dostaję zaproszenie na uroczystości o godzinie 16. Jest ciemno i zimno, pierwszy naprawdę mroźny dzień tej jesieni. Zbiera się około stu osób, w tym dwoje muzyków – trębacz i akordeonistka – oraz grupa młodzieży, która na lekcjach religii zajmowała się tematem kościelnego obozu pracy. Każdy, kto kładzie kamień na pomniku, mówi głośno nazwę parafii i ewentualnie kilka słów. Dwie osoby informują, że kamień jest w ich kościele wystawiony na stałe – w jednym z kościołów na głównym ołtarzu, w jednym – koło chrzcielnicy. Pastor z parafii św. Krzyża, przyznaje, że sam nie wie, co z tym kamieniem zrobić. A więc miałam rację – ten kamień, jedyny, jaki do dziś udało mi się zobaczyć, ułożono dla mnie, polskiej dziennikarki.

Na apel stawili się przedstawiciele prawie wszystkich parafii ewangelickich. W dywanie z kamieni niemal nie ma luk. W imieniu parafii katolickiej z kościoła św. Michała pojawia się Susanne, ewidentnie nieoficjalnie, aczkolwiek w towarzystwie dwóch innych osób z Rady Parafialnej. Kładąc kamień mówi, że reprezentuje swoją parafię i że dołoży wysiłków, by w następnych latach pojawili się tu też przedstawiciele parafii św. Jadwigi i św. Mateusza.

„Dołoży wysiłków”.

Wspominam moją wizytę w kościele św. Jadwigi i wiem, że nie będzie to łatwe zadanie. Po uroczystości Susanne opowiada mi, że znalazła ten kamień w biurze parafialnym. Kamienie nie mają żadnego napisu, no i ewidentnie odnośne kościoły dostały go luzem a nie w pudełkach z informacją. Widać to choćby dziś, gdy przyniesione kamienie wyciąga się z plecaków, toreb plastikowych lub kieszeni płaszczy. Susanne myślała więc, że to przycisk do papierów. Przez przypadek, czyli dokładnie tak jak ja, zawędrowała kiedyś na cmentarz Nowej Jerozolimy, zobaczyła pomnik i pomyślała, że gdzieś już widziała taki czarny, wyszlifowany bazalt.

Kojarzenie faktów a potem szukanie informacji zajęło jej sporo czasu, ale w końcu dowiedziała się, znowu tak jak ja, że aby zobaczyć, co się dzieje z pamięcią i poczuciem winy, musi się pojawić dziś przy pomniku.

Patrzymy na rozchodzących się powoli ludzi i na pomnik pełen białych zniczy. Przeliczamy szybko, że na uroczystość przybyli przedstawiciele prawie 40 parafii ewangelickich – po dwie, trzy osoby, ponadto organizatorki, młodzież szkolna, pani pastor… Trudno powiedzieć, jak głęboko temat winy za prowadzenie przez Kościół obozu dla robotników przymusowych został w poszczególnych parafiach przepracowany, co wiedzą o tym parafianie, ale przynajmniej oficjalnie parafie ewangelickie stanęły na wysokości zadania.

Trzy parafie katolickie, w tym jedna będąca siedzibą Arcybiskupa, reprezentuje tylko Susanne i dwie towarzyszące jej osoby.

Mówię, że być może mój artykuł o obozie ukaże się w jednej z gazet katolickich w Polsce. „To dobrze”, odpowiada Susanne, „bo wtedy może wreszcie berliński kościół katolicki będzie musiał coś zrobić.”

Dopisane w dzień Wigilii. Czekałam ponad miesiąc na odpowiedź “jednej z gazet katolickich w Polsce”. Mieli odpowiedzieć, czy wydrukują mój tekst. Po miesiącu myślę, że znowu wiem coś, czego wcale nie chciałam wiedzieć. Wiem, że temat został formalnie “przepracowany”, a i tak nikt nie chce się z nim konfrontować. W Polsce też nie.

Jesień 2012