Jom Kippur 5779

Für meine Deutsche Leser ein Link zu einem Beitrag über Meike Weinemuth – sehr interessant.

Mija dziesięć Strasznych Dni Pokuty. Zaczął je Nowy Rok czyli Dzień Sądu, kończy Jom Kipur – Dzień Pojednania. Bóg zakończył osądzanie ludzi, wydał wyroki oraz wybaczył pokutującym winy.

Księga Kapłańska 23:27–30

Dziesiątego dnia tego samego siódmego miesiąca będzie dzień pojednania. Będzie to dla was święte zgromadzenie. Ukorzycie się i złożycie Panu ofiary ogniowe. Żadnej pracy w tym dniu wykonywać nie będziecie, gdyż jest to dzień pojednania, aby pojednać się z Panem, Bogiem waszym.

Maurycy Gottlieb, Żydzi modlący się podczas święta w synagodze (1878)

Stanisław Vinzenz, Tematy żydowskie, rozdział Ofiary w Kołomyi

W miasteczku Pistyń pod Kołomyją wierzono wśród Żydów, że podczas nabożeństwa umarli wstają z cmentarza i biorą udział w Sądnym Dniu, w nocy Sądu Bożego. Niech i dziś będą obecni w sądzie nad światem (…).

Poszedłem na nabożeństwo Sądnego Dnia. Znalazłem fenomen modlitwy tak gorącej, tak przemieniającej, a tak odmiennej u każdego z modlących się, że wszelkie ślady nowoczesnych “wmówień”, jakoby sama modlitwa była tylko jakimś wmówieniem, wyłącznie ułudą czy iluzją, odpadały ze mnie. (…) Wnikając w teksty modłów, przedłożone nam gościnnie w przekładzie niemieckim, słuchając śpiewów i łamiącego się tragicznie głosu starca, przewodnika modlitwy, oglądając twarze starców, lecz także ludzi zupełnie młodych, wyczerpane postem i wysiłkiem nieustannej modlitwy, przesiedzieliśmy razem (…) aż do północy, a następny dzień aż do wieczora (…), a wszyscy modlący się pościli bez przerwy, nawet ci starcy, nawet ci, którzy mdleli z wyczerpania, nie wzięli do ust ani kropli wody.

Ale myli się Vinzenz, bo to co opisał tak pięknie, to nie Dzień Sądu lecz Dzień Pojednania, Jom Kippur – dzień całkowitego postu. Na stronie israel heute (izrael dziś) znajduję informację, kiedy zaczynamy i kiedy kończymy pościć:

Jerusalem – początek (wczoraj) 18:05 koniec (dziś) 19:16
Tel Aviv – początek 18:22 koniec 19:16
Haifa – początek 18:15 koniec 19:17
Beersheva – początek 18:23 koniec 19:17
Eilat – początek 18:11 koniec 19:16

Gmar Chatima Tova

I pamiętajcie, że najlepiej, żeby na kolację były ciasto, owoce i ryba na słodko z bakaliami.

Przypominam sobie, że przed kilkunastu laty, podczas pielgrzymki do Santiago de Compostella, nocowałam tej nocy w czteroosobowym pokoju (na piegrzymce wielka rzadkość!) – były ze mną dwie studentki z Izraela i niemiecki strażak, który czytał Biblię. Była to ostatnia noc pielgrzymki – następnego dnia wieczorem spotkałam się z siostrą na placu przed najpiękniejszą katedrą na świecie katedrą, wzniesioną przez Mistrza Mateusza dla szczątków apostoła Jakuba.

A przy okazji – wiecie, że są co najmniej dwie książki polskie z Jom Kippur w tytule? A ja do dziś o żadnej z nich nie słyszałam. Mylą się więc ci, którzy sądzą, że ja to wszystko czytałam. O nie!

Powieść Wiesława Mandryki-Bukowińskiego nie jest podobno (nie wiem, nie czytałam) powieścią o Żydach lecz o kondycji ludzkiej, nie chodzi w niej o religię lecz o kondycję ludzką.

Natomiast druga książka, Jom Kipur Kazimierza Traciewicza to przede wszystkim powieść o polskich Żydach, a raczej, jak można sądzić z blurba (tej powieści też nie czytałam) o Polakach i Żydach w czasie wojny: Powieść Traciewicza osadzona jest mocno w materii życia i materii historii a ich zrozumienie prowadzi do uznania niejednoznaczności i wielości krańcowych przejawów człowieczeństwa: od heroizmu do podłości, i to tak po stronie polskiej jak i żydowskiej. 

Mam nadzieję, że ten tekścik nie odpowiada jakością książce – przyznaję, że dawno nie czytałam takiego pustosłowia jak to jedno zdanie.

Reblog (bo nie dało się inaczej): sukienka

Nie dało się inaczej, bo o sukience swojej mamy opowiedziała mi Helena Klitenik, ale jak ją poprosiłam o tekst, to powiedziała mi, że sukienka jest w Muzeum Polin i że mogę tam o niej przeczytać. Helena mieszka w Warszawie i bywa… Bywa w wielu miejscach, na wykładach, w teatrach, w kinie, Helena czyta, słucha, ogląda… Namawiam ją, żeby raz na miesiąc pisała dla nas o nowościach kulturalnych w Polsce czy w Warszawie. Wczoraj przyszedł mail:

Ewa,
pamiętam o Twojej prośbie. Odezwę się po 3 maja.
28 kwietnia będę w Teatrze Na Woli na “Historii Jakuba” Słobodzianka, a 3 maja w Teatrze Nowym na “Francuzach” w reż.Warlikowskiego.
Pozdrawiam.
Helena
P.S.
Mnóstwo pracuję na działce. Przyniosłam na balkon niezapominajki. Na działce już kwitnie miodunka, bratki, trochę tulipanów, niezapominajki, dużo żółtych kwiatów, których nazwa uciekła mi z głowy, niedługo zacznie kwitnąć pełnik europejski. Wzeszła rukola, koperek, rzodkiewka a zeszłoroczny jarmuż odbił świeżymi liśćmi.


Reblog:

Opracowanie i zdjęcie Przemysław Jaczewski, opowieść o sukience: Helena Klitenik

Sukienka Grani Klitenik: Historia Zagłady zapisana w przedmiotach

Grania Klitenik, z domu Juziuk, mieszkała z mężem i małym dzieckiem w Telechanach, niedaleko Pińska (obecnie w granicach Białorusi). Kiedy w czerwcu 1941 roku wybuchła wojna niemiecko-radziecka, zdecydowali natychmiast, że muszą uciekać na Wschód. Klitenik był komunistą, a spodziewano się, że Niemcy aresztują komunistów w pierwszej kolejności. Rodzina zabrała tylko najpotrzebniejsze przedmioty.

W czasie ucieczki rozstali się. Mężczyzna cofnął się do Telechan po swego ojca. Ten jednak zbagatelizował niebezpieczeństwo i zdecydował się pozostać. Uznał, że osobom niezaangażowanym politycznie nic nie grozi. W tym czasie Grani przydarzyła się straszna rzecz – ktoś zabrał jej dziecko, kiedy spała. Nie wiemy jak, ale mężowi udało się później je odnaleźć. Oddał je w Homlu do całodniowego żłobka. Sam wstąpił do armii.

Samotna Grania znalazła się po wschodniej stronie Wołgi. Była krawcową od 17 roku życia, więc udało jej się dostać pracę. Ponieważ z Telechan uciekła latem i bez jakichkolwiek ciepłych ubrań, musiała zdobyć jakieś okrycie na jesień i zimę. Z 50 skrawków szyneli wojskowych uszyła sobie sukienkę. Używała jej przez całą wojnę. Miała ją ze sobą również wtedy, gdy po odnalezieniu męża, przyjechali w 1946 roku do Polski.

Cała rodzina Grani i jej męża z Telechan zginęła, zabita w masowym mordzie ludności żydowskiej jeszcze w sierpniu 1941 roku.

Grania całe życie ich wspomniała – dziadków, mamę, zmarłego wcześnie ojca i siostrę. Siostra wyszła wcześniej niż ona za mąż, urodziła troje dzieci, które Grania bardzo kochała.

Klitenikowie nigdy nie dowiedzieli się, mimo usilnych poszukiwań, co stało się z ich dzieckiem. Żłobek homelski podczas bombardowań przenosił się z mijesca na miejsce, po synku wszelki ślad zaginął.

Upojny aromat róż

Tomasz Fetzki

Kilka lat temu pojechałem na wycieczkę do Berlina. Wycieczkę grupową. Rzadko mi
się to zdarza, bom zmizantropiał ostatnio okrutnie. Ale to był wyjazd z koleżankami i
kolegami
z pracy, więc ostatecznie – czemu nie?
Po mieście oprowadzał nas profesjonalny Przewodnik. Zawodowiec nie tylko w tym
znaczeniu, że brał za to pieniądze. Przede wszystkim dlatego, iż był świetnie przygotowany:
miał dużą wiedzę i umiał ją atrakcyjnie przekazać. Słuchałem z przyjemnością. Sam
dorywczo param się tym rzemiosłem, wielokrotnie mówiono mi, że jestem niezły
– bez
ukrytego interesu mówiono
, więc zakładam, że szczerze. Słowem: trochę się na tym znam i z przyjemnością (gdyż, nieco paradoksalnie, moja mizantropia nie jest zaprawiona zawiścią) stwierdzam, iż facet był dobry.
Dla mnie to nie była pierwsza wizyta w Niedźwiedzim Grodzie, ale dla większości
uczestników wyprawy – tak. Przeto i program standardowy: Reichstag, Brama
Brandenburska, Alexanderplatz i takie tam oczywistości. Gdy przechodziliśmy obok
Fernsehturm, zagadnąłem dyskretnie Przewodnika, czy zabierze nas o tam, w ten
zaułek
. Z najszczerszym zdziwieniem spytał: A po co?
Zaraz potem była krótka przerwa na „aktywności osobiste”. Po niej nasz Cicerone znów
błysnął profesjonalizmem: w tak zwanym międzyczasie przygotował się (co, nota bene, nie
jest trudne, gdy się ma komórkę z internetem, no ale przecież nie musiał!), zaprowadził nas tam, w ten zaułek i fachowo zaprezentował jego historię.
Po co ten przydługi wstęp?
Skoro świetny Przewodnik, erudyta i człek o szerokich horyzontach (nie kpię –
z jakim
znawstwem i pasją opowiadał o tutejszych modernistycznych osiedlach!; inna rzecz, że akurat wtedy słuchałem go chyba „tylko głównie” ja), nie wiedział niczego o Rosenstraße, cóż powiedzieć o słabszych? A przecież to miejsce powinno być punktem OBOWIĄZKOWYM dla wszystkich wycieczek, dla każdego odkrywcy Berlina. Adminka nasza najdroższa twierdzi, że mam na tym punkcie lekkiego hyzia. Niewykluczone. Ale dobrze mi z nim i nie może być inaczej. Uliczka znajduje się w najściślejszym centrum, lecz jest ukryta i trafić na nią trudno. Wydarzenia, które się tam rozegrały równo 75 lat temu, też są centralnym, jednym z najważniejszych epizodów ostatniej wojny, ale przy tym mają dość skryty, nieefektowny charakter i również mało kto trafia na ich ślad. Wielki błąd!
Do początku 1943 roku niemieccy Żydzi, pozostający w małżeństwach (zwanych
Mischehen) z Niemcami, jakkolwiek objęci nadzorem, choć wiodący życie pełne upokorzeń i strachu, byli względnie bezpieczni: traktowano ich jak trzeci czy czwarty sort, poniżano,
wykorzystywano w roli niemal darmowej siły roboczej dla fabryk zbrojeniowych, ale żyli!
I
żyło tak około 30 tysięcy osób. O ile „aryjska” strona, powodowana wyrachowaniem,
małostkowością lub wygodą, czasem też strachem, nie wystąpiła o rozwód. Wtedy
perspektywa dla Żyda (lub Żydówki) stawała się oczywista i tragiczna. Niestety, przyszedł
czas i na „mieszane” związki. Pod koniec lutego 1943 roku rozpoczęły się aresztowania i wywózki do obozów koncentracyjnych. Na prowincji przebiegały sprawnie. W Berlinie stało się inaczej.
Pod dawną siedzibą gminy żydowskiej,
przy Rosenstraße, gdzie uwięziono berlińskich mężczyzn z Mischehen, zaczęły się spontanicznie gromadzić ich żony i dzieci.
Pierwszy raz spotkały się 27 lute
go. Przychodziły codziennie, by pod lufami wycelowanych
w nie karabinów maszynowych skandować:
Oddajcie nam naszych mężów! Przychodziło ich ponad tysiąc. I, w co trudno uwierzyć, po tygodniu wydarzył się cud. Mężczyzn
wypuszczono, a nawet zawrócono z trasy kilkudziesięciu, którzy podążali już
transportem do Auschwitz. Prawie wszyscy dożyli końca wojny.
Rozpisywać się szczegółowo na temat
Protestu na Rosenstraße (bo taką nazwę z
czasem otrzymało to wydarzenie
) nie warto, skoro ktoś już to zrobił wcześniej i bardziej
fachowo. Można sobie poczytać
ciocię Wikipedię, trzeba koniecznie poznać znakomity
artykuł Agnieszki Hreczuk, dobrze także obejrzeć film nakręcony na kanwie Protestu. Lepiej zrozumiemy uwarunkowania i specyfikę wydarzeń, łacniej pojmiemy, jak dokonywał się wybór: pozostać człowiekiem, czy stać się szmatą.
A ja sobie pozwolę już tylko na garść refleksji.
Klękam z szacunkiem (i nie ma w tym stwierdzeniu cienia
patosu) przed kobietami z
Rosenstraße, prze
d wielkością ich człowieczeństwa i siłą ich miłości. Bo zważmy: porwały się właściwie z motyką na słońce. Wbrew wszelkiej nadziei. Cóż z tego, że minęły raptem
trzy tygodnie od klęski
pod Stalingradem? Wehrmacht trzymał straż od wybrzeży Atlantyku po stepy nadwołżańskie i od kręgu polarnego po Saharę. Znikąd odsieczy. A wszędzie panoszy się Gestapo, siejąc terror w zgwałconym społeczeństwie. Ba, jeszcze w ostatnich tygodniach wojny Volksgerichtshof szczodrze szafował wyrokami śmierci! Zaś kobiety z Rosenstraße już od dawna, od września 1935 roku – momentu ogłoszenia Nürnberger Rassengesetze – dokładnie wiedziały, na co stać chłopców Himmlera i Müllera. Hańbą i strachem do syta napoione, nie miały złudzeń. Ale nie dały się złamać, nie porzuciły swych mężów ani przez te wszystkie lata, ani 27 lutego. Skąd się bierze taką siłę?
Właściwie dziwię się Niemcom, że za symbol Widerstandu czyli oporu uznali Zamach 20 lipca. Naprawdę się dziwię, bo wielu spośród spiskowców (nawet sam Graf von Stauffenberg) moralnie było co najmniej niejednoznacznych, nad czym zresztą już się kiedyś zastanawiałem, bo temat nie daje mi spokoju.
Róże, które zakwitły na mrozie 27 lutego, są znakiem jednoznacznym, czystym i
wielkim. One i ten bukiecik białych różyczek, skoszony w Monachium zaledwie pięć dni
wcześniej! Przypadkowa zbieżność? Sophie Sholl i jej brat Hans, Christoph Probst, profesor Kurt Huber, Hans Leipelt… Zaprawdę, obrodziła różami ta zima. Ich zapach przetrwał do dziś i nim chcę się upajać. To najlepsza cząstka Niemiec tamtego czasu.
Nie tylko Niemiec. I nie tylko tamtego czasu. Długo się wahałem, czy nawiązać do
aktualiów. Aby nie trywializować ofiary Zimowych Róż. Gdyż nie da się porównać tamtego
ryzyka do tego, na co patrzymy i z czym się musimy mierzyć dziś. Proporsją muszą być gard
e, nie popadajmy w śmieszność i żenadę. Nam grozi nieporównanie mniej, waga naszej odwagi (cóż za fraza, swoją drogą), bo przecież jeszcze nie bohaterstwa, jest z tamtą
„
niezestawialna”, by tak rzec.
Jednak, po namyśle, zdecydowałem się na wycieczkę we współczesność, bo sprawa
jednak jest poważna i staje się, na naszych oczach, coraz poważniejsza. Żarty się kończą. C
o prawda skala zagrożnia nie ta, ale mechanizmy podobne. Tamte róże niszczono, nasze
skromne białe różyczki, póki co, zostały nazwane symbolem nienawiści. Otóż to: póki co.
Mechanizm szmacenia się jest ten sam. Aromatem róż pijany roję sobie, iż warto teraz być
przyzwoitym i odważnym, by nie trzeba było stawać się za jakiś czas bohaterem. Mam gdzieś bohaterstwo. Wolę
, banalny i zwyczajny, dumać w różanym ogródku.

Rzeźba Ingeborg Hunzinger ustawiona na Rosenstrasse w roku 1995; zdjęcia Autor

Cziste szaleństwo

Lech Milewski

Cziste szaleństwo czyli fortepian Stalina w Temple Beth Israel

Cziste szaleństwo? To nie pomyłka w tłumaczeniu, przeciwnie, czyż można lepiej zintepretować błąd ortograficzny – shir zamiast sheer?

Bilet otrzymałem przez internet i miałem czas na przeczytanie reguł tego szaleństwa. Poniżej kilka istotnych wskazówek.
LEGAL SPIEL:
The Festival has all rights to film, photo and video production of this Festival and your sheyna punim may be filmed incidentally.
Don’t be a schmuck!
If you’re a schmo we will deal with you.
Footwear is to be worn at all times, you’ll look like a schlub otherwise.
Sorry, but don’t schlep your pets to the festival.

Pełen słownik – TUTAJ.

Shir Madness to festiwal gromadzący doskonałych żydowskich muzyków z całego świata. Odbywa się corocznie, naprzemian, raz w Melbourne raz w Sydney.
To ci okazja, można posłuchać na żywo najlepszych nowojorskich klezmerów bez potrzeby wyjazdu do Krakowa. Więcej o festiwalu TUTAJ.

Tu przyznam się do drobnej wpadki. Przetłumaczyłem tytuł imprezy fonetycznie, ale jak widać choćby z cytowanych wyżej wskazówek, na tym gruncie trzeba być ostrożnym – shir w języku hebrajskim znaczy pieśń.

Impreza odbywała się w Temple Beth Israel.

Temple Beth

Wbrew nazwie nie jest to świątynia, ale kehilla kedosha czyli zgromadzenie duchowe. W tym przypadku ma ono na celu wprowadzenie innowacji i postępu do żydowskiej tradycji – KLIK.

Oczywiście dla mnie głównym magnesem był wspomniany w tytule Fortepian Stalina. Jest to tytuł multimedialnego programu opierającego się na ryzykownym według mnie pomyśle – tworzenie na żywo podkładu muzycznego do wygłaszanego tekstu.

Istotnym magnesem była dla mnie, znana mi z innych występów, wykonawczyni tego programu pianistka Sonya Lifschitz – KLIK.

Na wstępie wykonawczyni wspomniała o pewnym związku artystów i polityków. Oczywiste, że artyści są zależni od polityków. Wszak od polityków w dużej mierze zależy czy artysta będzie miał wolność tworzenia. Do tego dochodzi sponsorowanie z państwowej kasy.
Sonya Lifschitz wymieniła również kilku artystów, którzy na krócej lub dłużej byli politykami. Jakże przyjemnie mi było, gdy na początku wymieniła Ignacego Jana Paderewskiego. Mina mi nieco zrzedła gdy wymieniła również R. Reagana i A. Hitlera.

Podczas godzinnego występu na ekranie zostały wyświetlone wypowiedzi 18 osób. Czasem były wyświetlone tylko teksty z podkładem głosowym. Na tym tle artystka grała na fortepianie muzyczną interpretację tych wypowiedzi.

Było kilka ciekawych punktów.

Fragment przesłuchania Bertolda Brechta przez Komisję do badania działalności antyamerykańskiej – KLIK.

Wypowiedź Le Corbusiera – “I am a young man of 71 years old. I am a visual man…” – była kilkakrotnie ucinana i wyświetlana od nowa. Dawało to efekt muzyki rap. Na tyle wyraźny, że nie zwróciłem uwagi na to, co grała pianistka.

Podobną technikę zastosowano w przypadku rozmowy Johna F. Kennedy’ego z generałami w okresie kryzysu kubańskiego, z tym że tym razem nie sposób było nie zauważyć muzyki – radosna rumba.

Któż jeszcze na tej liście? Frank L. Wright, australijski kompozytor Percy Grainger, Tomasz Mann, Mao Tse Tung, Joseph Goebbels.

A gdzie Stalin i jego fortepian?
W tym przypadku nie było przemówienia i fortepianowej interpretacji, tu przemówiła artystka.
Opowiedziała o przypadku gdy J. Stalin usłyszał w radio transmisję z koncertu, na którym pianistka Maria Judina wykonała koncert fortepianowy nr 23 W.A. Mozarta. Koncert spodobał mu się tak bardzo, że zażądał aby dostarczono mu jego nagranie na płycie gramofonowej.
Problem w tym, że koncert nie był nagrywany.
Pracownicy Kremla obudzili w środku nocy Judinę i członków orkiestry, zawieźli ich do studio i kazali grać. Dwóch kolejnych dyrygentów nie wytrzymało napięcia, dopiero trzeci poprowadził dobrze orkiestrę. Maria Judina nie miała żadnych problemów. Pospiesznie wytłoczono jeden egzemplarz płyty i rano czekała już na Stalina w sekretariacie.

Wkrótce po tym wydarzeniu Maria Judina otrzymała z Kremla przekaz na poważną kwotę. Judina napisała list z podziękowaniem: …będę się modlić za Was dzień i noc i prosić Boga by przebaczył grzechy popełnione przeciw ludziom i krajowi. Bóg jest miłosierny i Wam przebaczy.
Stalin przeczytał ten list na głos w wąskim gronie zaufanych osób. Wszyscy czekali w napięciu na jakiś sygnał lecz Stalin w milczeniu schował list.

Ciekawe, że gdy Stalin umarł, pierwsze osoby, które dotarły do jego sypialni zauważyły kręcący się gramofon, a na nim właśnie tę jedyną w swoim rodzaju płytę – M. Judina, koncert fortepianowy nr 23 Mozarta.
Maria Judina przeżyła Stalina o 9 lat.

Akompaniamentem do opowieści o tym wydarzeniu był szum kręcącego się gramofonu.
Powyższa historia i nieco więcej o Stalinie i Judinie TUTAJ.

Moje osobiste wrażenie z tego punktu programu to jednak zawód. Pomysł fortepianowej interpretacji przemówień nie był udany. Dużo większe wrażenie robiły filmowe sztuczki.

Na szczęście w sąsiednich salach dużo się działo:
– David Krakauer i jego zespół Ancestral Groove. Ten sam, z którym wystąpił na otwarciu Muzem Żydów Polskich – Polin – KLIK.
– zespół Klezmatics z programem zaprezentowanym na festiwalu w Krakowie – KLIK . Ja trafiłem na ich występ w momencie gdy wykonywali piosenkę Mury J. Kaczmarskiego. Proszę skoczyć do 34 minuty na zlinkowanym filmie.
– zespół Zourouna – klimat Turcji, Syrii, Libanu.

Zdążyłem jeszcze wpaść na ostatnie chwile występu Bretta Kaye, tenora znanego z występów jako kantor.
Swój występ zakończył słowami: We all have music in our kishkas.

Pełna zgoda.

Przenikanie życia i książek

Ewa Maria Slaska

Krajobraz po bitwie

To kolejny wpis o niczym, nawet nie o liczbie 40, co było przynajmniej tematem tego posta, ale bardzo się z tym swoim poprzednikiem sprzed ponad roku wiąże. Zastanawia mnie, że to już ponad rok temu pisałam tam, że “teraz” zajmują mnie Mongołowie, Mongołowie i Tatarzy. Czyli jakie “teraz”, skoro w moich zainteresowaniach nie posunęłam się ani o krok do przodu? Niczego przez ten rok nie zrobiłam, nie pojawił mi się nawet cień zarysu pomysłu na to, jak mogłaby wyglądać książka o “moich Tatarach”. Nie wiem, jak robią to “normalni” pisarze, jakim cudem udaje się im w jakimś sensownym czasie napisać kolejną powieść. Ja się noszę z tematem latami, zbieram materiały i myśli, notuję w zeszytach i w komputerze, zaczynam, przerywam, sprawdzam, zapominam, czytam. Powstają kolejne wersje, a ja, fanatyczny niszczyciel wersji nieaktualnych, czyszczę pole po raz siódmy, dwunasty, trzydziesty trzeci i czterdziesty. Do niczego, co było, nie można wrócić, bo po moim przejściu trawa nie porośnie, jak po Tatarach, ale też jak po potwornych walkach wszystkich innych wojen, a tej Pierwszej zwanej Wielką może najbardziej…

ypern-18-en-pioniere-DW-Kultur-Ypern-jpg

Ypern, po trzeciej bitwie pozycyjnej na polach Flandrii (fotograf nieznany)

Przejmują mnie te zniszczone krajobrazy, te ruiny miast, te pogorzeliska. Natura zawsze wraca tam, skąd wygonili ją ludzie, dziś w tym miejscu jest piękna zielona trawa, jak to we Flandrii, to przecież kraj najpiękniejszej zieleni w Europie…


Foto Klodien 2014

Miałam pisać o czymś innym, o Żydach i Tatarach, i o książkach, a jednak w ciągu pół godziny pisania dotarłam tu, na cmentarz Bard Hütte Friedhof von Ypern. Sprawdzam z niedowierzaniem, jak to zrobiłam… Tatarzy, spalona ziemia, trawa nie porośnie. Ale porośnie, oczywiście. Kiedyś porośnie.


Panieńska Góra koło Dwikoz, foto Jarosław Kubalski. Tytuł galerii: Tatarzy panny tam mordowali. Trawa rośnie włosowata i powabna

Niewiele więc zrobiłam w sprawie tatarskiej książki, ale ponieważ skończyłam pisanie książki żydowskiej (ukaże się w październiku tego roku), a coś we mnie domaga się głosem wielkim książki o Tatarach, oko wychwytuje Tatarów. Czytam jedną z czarnych książek (wyjaśnienie TU). Konwicki Rzeka podziemna, podziemne ptaki. Wydanie Wydawnictwa Alfa z roku 1989, były jednak dwa wcześniejsze – Krąg, Warszawa 1984 i Aneks, Londyn 1985.  Pierwszy obieg, drugi, trzeci. To ważne. Pasuje ta książka na moją czarną półkę. Portal lubimyczytać.pl pisze, że to chyba najczarniejsza powieść Konwickiego – o stanie wojennym.

Ale w domu czytam van Gulika, jedną z moich ulubionych opowieści o Sędzim Di. Pei-Tscho to miasto na północy Chin. W polskim tłumaczeniu nazywa się Bei Zhou. W czasach dynastii Tang (630-700) gdzieś tu przebiegała granica między cywilizacją a barbarzyństwem. Trzysta mil od miasta stacjonuje wielka armia chińska, której zadaniem jest nie dopuścić barbarzyńców w granice Cesarstwa, ale kiedyś to tu mieszkali barbarzyńcy, a Chińczycy ich wypchnęli na północ. Tam, za obozem zaczyna się Wielki Step, matecznik wszystkich najeźdźców zmierzających do Europy, do Indii, do Chin, od Ariów i Hunów po Mongołów, Słowian i Armię Sowiecką. To dziedziny Tatarów, pustynia Tatarów. Tatarzy są też w mieście, gdzieś pojawia się tatarska garkuchnia, gdzieś tatarska, szamańska magia, morderca boksera to młody tatarski chłopak, boksera otruto tatarską trucizną. W mieście jest zimno, wszyscy marzną, grzeją się przy koszach pełnych rozżarzonych węgli. Tao Gan, jeden z asystentów Sędziego marznie mniej niż reszta, bo ubiera się na modłę tatarską w kaftan ze skór koźlich. Jest zdania, że ta szmatława okryjbida lepiej grzeje niż wszelkie kosztowne szuby.

Rozmyślam przy tej okazji o naszych polskich kożuchach, po które moje pokolenie namiętnie jeździło do Nowego Targu. Dziewczyny nosiły jednak raczej kożuszki, kożuch to była męska sprawa. Nigdy nie pojechałam po kożuszek do Nowego Targu, kroiłam się już na wegetariankę, nie lubiłam mięsa i nie chciałam nosić takiej masy martwego zwierzęcia na grzbiecie. Wtedy to jeszcze mało komu przeszkadzało, ani kożuch, ani futro, nawet karakuły, a zimą wszyscy nosili ogromne czapy ze srebrnego lisa. Jechałam kiedyś tramwajem, zaczytana, niezbyt obecna. Tramwaj szarpnął, podniosłam głowę i zobaczyłam nad sobą stado wielkich, napuszonych srebrnych lisów zwiniętych w kłębki czy może raczej w kłęby. Może się odechcieć na zawsze.

Ta polska miłość do lisich czap – żydowskie to? Do kożuchów i kożuszków – tatarskie? Kozackie?

Ten kożuch bez przeszkód przepływa z opowieści o Chinach w VII wieku naszej ery do pierwszego dnia stanu wojennego w Warszawie. Bohater, Siódmy, budzi się w nocy…

Krótką chwilę walili butami w drzwi. Echo leciało przez wszystkie piętra odbijając się od ścian pokrytych szrenią. Któryś z nich krzyczał, powtarzał płaczliwym głosem jakiś wyuczony rozkaz albo zaklęcie. Wreszcie zajęczała rozdzierająco futryna, poczęły pękać deski drzwi.

Siódmy czekał na tę chwilę od wielu dni. Tak ją sobie właśnie wyobrażał albo może pamiętał z dzieciństwa. Kiedyś ją widział lub usłyszał w opowieści brata, który nie żył już od wielu lat, tak długo nie żył, że w ogóle może nigdy nie żył.

Siódmy odrzucił koce, nie zapalając światła wymacał stopami przygotowane buty, buty jak do więzienia, jak na zesłanie, mocne, o grubej zelówce, z cholewami. Obok butów na podłodze leżał kożuch i ta torba do dalekiej podróży. Na kożuchu spał kot. Nie chciał zejść, jak zwykle, z ulubionego miejsca, czepiał się pazurami kłaków kożucha i grubego swetra na piersiach Siódmego.

(…) Siódmy zobaczył nagle w oszklonej witrynie sklepiku bieliźniarskiego mężczyznę w baranicy z podniesionym kołnierzem. Patrzył przez chwilę na tę nieruchomą postać. To przecież ja, pomyślał. To ja, uciekinier.

Człowiek w kożuchu grzejący się przy prowizorycznym piecu, koksowniku, ognisku, kozie, koszu węgli swobodnie przechodzi między książkami.

Na placu stały transportery opancerzone, kręcili się żołnierze w rosyjskich czapkach zimowych, ale z orzełkami, jakieś skulone cienie grzały się przy prowizorycznym ognisku rozpalonym niedaleko pomniczka. Grzechocząc gąsienicami żywy czołg wlókł na żelaznym drągu martwy czołg. Lecz pod tym gwarem motorów była martwa cisza miasta, które spało albo udawało, że śpi.

Trzej przyboczni sędziego Di siedzieli w strażnicy, dookoła
płonącej na kamiennej podłodze kłody drewna, w milczeniu
wpatrywali się w ogień. (…) Sprawcie, Niebiosa, powiedział Ma Joong, bym już nie musiał oglądać tego wytartego kaftana!
– Przenicuję go, gdy już będziemy w stolicy! – spokojnie
odparł Tao Gan.

Mężczyźni w kożuchach grzeją się przy ogniu. Może myślą o kobietach, Siódmy o Tatarce czy Karaimce, która była jego pierwszą miłością, tak dawną, że on już o niej nie pamięta, ale ona nie zapomniała. Przyboczni Sędziego Di myślą o atrakcyjnej młodej kobiecie i o tym, że zabiła ich przyjaciela, boksera Lan – to wdowa Lu, półkrwi Tatarka, dzika i dumna, która, przebrana za tatarskiego chłopaka, weszła do łaźni. Jakże to jednak chińskie, że tatarska trucizna, którą kobieta wrzuciła mistrzowi do herbaty została włożona do kwiatu jaśminu.

Czy muszę dodawać, że właśnie przyszła koleżanka i pijemy jaśminową herbatę w chińskiej biało-niebieskiej porcelanie? Nie, zapewne nie muszę, cóż w tym zresztą dziwnego? Gorzej, że wychodzę z domu, będę dość długo jechała metrem, zabieram do czytania Konwickiego. I gdy czytam…

Siódmy wgramolił się do wozu, oparł zdrowe biodro o kanapkę pokrytą dermą i tak zamarł z wyciągniętymi sztywno nogami.
– Tylko nie zapomnijcie gdzieś torby – upominał agent, podając sierżantowi zdobycz.
Sierżant z kolegą wskoczyli do wnętrza, zasunęli blaszane drzwi. Sierżant stuknął w druciane okno, za którym widać było plecy kierowcy.
– Do szpitala. Na dyżur – zadysponował.

… słyszę jękliwy głos, który mówi to samo po niemiecku, bitte, helfen Sie mir, ich habe Schmerzen, ich muss ins Krankenhaus… Nie muszę nawet patrzeć, wiem, to ten sam żebrak, którego już kiedyś spotkałam w metrze, Turek, wyglądający jak Żyd z getta warszawskiego, chodzi zgięty w pół, patrzy człowiekowi z dołu prosto w oczy i żebrze jękliwym głosem. Już przez niego kiedyś płakałam, bo wszedł w moje myśli, gdy czytałam w metrze książkę o śmierci w getcie kogoś, kogo nigdy nie znałam, ale kto jest mi bardzo bliski, a wtedy ten Turek… I teraz też ten Turek… daję mu wszystkie pieniądze, jakie mam, nie jest tego dużo, nigdy nie mam przy sobie dużo, i patrzę na tego Turka, który idzie do szpitala, tak jak Siódmy z powieści Konwickiego, Turka, który wygląda jak Żyd, i przypominam sobie, że Tatarzy to wcale nie jest lud mongolski tylko turecki…

***
PS1. “Zupełnie przypadkiem” nagrywałyśmy dziś z Joasią Ratajczak (“piękna Polka w Berlinie”) audycję o tym, kto, kiedy i dlaczego daje (lub nie daje) w Berlinie jałmużnę żebrakom. Jeden z naszych rozmówców powiedział, że Polacy dają znacznie rzadziej i skąpiej niż Niemcy i niż cudzoziemcy. “Jestem dla nich niewidzialny”, skomentował. Sami Polacy są przekonani, że dają dużo i hojniej niż reszta świata.

PS2. Zdarzyło się też przedziwne przenikanie pomiędzy Konwickim a Jaqueline  Susan. Ktoś mógłby zapytać, co mogą mieć ze sobą wspólnego powieścidło amerykańskie wydane w roku 1969, a traktujące o Stanach w latach 50, i polska powieść polityczna z roku 1984. Ale okazuje się, że i tu zdarzają się przetoki i synapsy. W obu książkach bohaterowie, uprawiający seks wszędzie i z kim popadnie, trafiają na przepiękną kobietę, która, co okazuje się jednak dopiero po stosunku, jest zoperowanym mężczyzną. Obie kobiety płaczą, bo czują, że trafiły na wspaniałego mężczyznę, którego mogłyby pokochać na całe życie, ale nic z tego, bo ten, kogo pokochały i tak nie zechce takiej “odmieńczyni”…
Nie znam się na tym, ale podobieństwo tych dwóch tekstów daje do myślenia, nie dlatego bym sądziła, że to prawda, skoro pisze o niej dwoje pisarzy z innych światów. Zaskoczyło mnie, bo oba teksty wydały mi się przede wszystkim pobożnym życzeniem, jakąś męską fantasmagorią o tym, że jestem tak wspaniały, iż transseksualna kobieta uległa memu męskiemu czarowi i mojej seksualnej mocy.
No, ale przecież jedną z tych książek napisała kobieta. Sprawdzam więc, czy może Susan była mężczyzną, ukrywającym się pod kobiecym pseudonimem, ale nie – to na pewno autorka, tyle że pomawiana (takie były czasy, Susan żyła w latach 1918-1974, kobiety się pomawiało) o biseksualizm… Hmmm, nie wiem, co o tym myśleć, i chyba nawet unikam wyciągania wniosku z tej konstatacji, obawiam się, że może tym samym atakuję czyjeś prawo do bycia tym, kim jest, albo może imputuję kobietom transseksualnym, że… Nie będę już brnęła… Ale jakby mi ktoś pomógł, to bym była wdzięczna. Nawet nagrodę bym może dała/ wysłała…

PS3. A może po prostu wszystko, co myślimy, czujemy i wiemy, wpływa do ogromnego rezerwuaru i wszyscy pisząc czerpiemy z tego ogromnego źródła i wszystko jest naszą wspólną myślą, i dlatego właśnie przenikają się bez końca nasze lektury, sny, spotkania i to, co piszemy…

Frauenblick 15

Monika Wrzosek-Müller

Cherchez la femme Perücke, Burka, Ordenstracht im jüdisches Museum

Die Ausstellung wurde bis zum 27. August verlängert… es lohnt zu gehen, speziell mit einer Führung.

Aufmerksam wurde ich auf die Ausstellung durch ein Plakat geworden, das an mehreren Orten in Berlin hing. Es war die Fotografie eines androgynen Wesens, den Kopf nach vorn gebeugt, halb von hinten, das Gesicht völlig durch die Haare verdeckt, nackt; es sollte quasi wie ein Porträt aussehen. Ich konnte mich nicht entscheiden, ob das ein Jüngling, ein Mädchen oder eine Frau war. Die Haare waren hinten ganz kurz, vorne aber hingen sie wie ein ganz langer Pony. Es löste bei mir ein Gefühl der Unsicherheit aus, zum einem wusste ich nichts über das Geschlecht, und das Gesicht war durch die Haare auch verdeckt, es irritierte mich.

Also ging ich ins Jüdische Museum und sah mir die Ausstellung an, zum Glück mit einer kompetenten Führung. Da die Kuratoren nicht mit Texten und direkter Vermittlung von Wissen arbeiten, hätte ich vielleicht eher hilflos dagestanden.

Zuerst sind es die Augen der Männer, die Blicke, die dich verfolgen. Unter diesen Blicken beginnt das Nachdenken über das eigene Aussehen – und die Haare haben einen wichtigen Platz in diesen Gedanken. An die Wände der Ausstellung werden Zitate aus der Bibel, dem Koran und dem Alten Testament projiziert, die von der Verhüllung des Kopfes sprechen. Eigentlich sollen in allen Religionen die Frauen ihre Haare bedecken, wenn sie aus angesehenen Schichten kommen. Das Haar wird als sehr intim und wichtig für das eigene Aussehen empfunden. In den Vitrinen sind alle möglichen Formen und Arten weiblicher Kopfbedeckungen ausgestellt; für mich fehlen vielleicht Darstellungen der Art und Weise, wie die jüdischen Frauen ihren Kopf bedecken. Es gibt auch Exponate von Ganzkörperbedeckung, den arabischen Hidschab, der im Persischen Parde genannt wird und immer Vorhang, Schleier, Bedeckung bedeutet, es gibt auch Niqab und Burka bis zum weißen Hochzeits- und dem Trauerschleier aus unserer christlichen Kultur, es gibt auch Platz für die Ordenstracht, die Kopfbedeckung der christlichen Nonnen.

Die Ausstellung will vermitteln, wie Frauen zu der Entscheidung kommen sich zu verhüllen oder auch nicht, zugegeben: nicht alle haben die Wahl. Doch der letzte Schliff oder die Eleganz liegt in den Händen der Frau, und es ist nicht zu leugnen, dass die Frauen mit Kopftuch in der Ausstellung sehr anziehend aussehen. Es werden Videos gezeigt, wie man die Tücher auf dem Kopf bindet und richtig arrangiert, damit es perfekt aussieht; ich finde, und vielleicht will die Ausstellung das auch vermitteln, dass wenn die Frauen ihren Kopf so schön und präzis umhüllen, dann wird das Kopftuch nicht mehr zum Element der Unterdrückung der Frau.

Irgendwo im Raum steht dann auch eine Skulptur, eine Installation. Sie wurde von einer persischen Künstlerin, die in Schweden lebt, Mandana Moghaddam geschaffen. Von Weiten ist sie als eine Frauenfigur erkennbar, die gänzlich aus Haaren geknüpft wurde und in einer Glasvitrine steht. Von Nahem sucht man vergeblich nach dem Gesicht, der Blick verliert sich in der Unmenge von Haaren. Sie ist zwar in einem gläsernen Kasten eingegrenzt, doch die Haare kommen unten aus dem Glas heraus. Natürlich ist das eine Anspielung, dieses schöne, kräftige schwarze Haar, das die Frauen in dem Teil der Welt haben und das sie verstecken müssen. Doch die Skulptur drückt viel mehr aus; sie ist kräftig, und zugleicht zerfließt sie, die Gesichtslosigkeit macht sie auch gruselig. Die Künstlerin hat eine Reihe von „Chelgis“, wie sie das Werk genannt hat, geschaffen. Die Chelgis ist eine Figur aus einem persischen Märchen und bedeutet so viel wie „vierzig Zöpfe“. Im Märchen geht das Mädchen mit den vierzig Zöpfen in einen wunderschönen Garten und wird dort von bösen Dämonen eingeschlossen. In der Umgebung des Gartens leiden die Menschen an Wassermangel, weil das Wasser aus den Quellen, die im Garten sind, aufgehört hat zu fließen. Doch die Menschen können die Dämonen nicht töten und nicht in den Garten eindringen. Die einzige Hoffnung für sie ist Chelgis; sie soll das Lebenselixier der Dämonen finden und es zerstören, dann beginnt das Wasser wieder zu fließen. So hängt alles von der Frau ab, sie muss die Dinge des Lebens regeln und die Menschen beschützen. Für die Künstlerin soll die Figur das repräsentieren.

An einer anderen Wand hängt eine Videoperformance einer jungen Künstlerin, Nilbar Güres; sie heißt Undressing, in der sich die Künstlerin von mehreren Schichten von Schleiern befreit, man steht lange vor dem Bildschirm und schaut gebannt zu, wie sie Schicht für Schicht entfernt, und als man fast schon glaubt, sie würde das Gesicht nie entblößen, kommt es zum Vorschein. Andere Videoinstallationen zeigen, wie die Frauen die Kopfbedeckung arrangieren, und Interviews mit einigen zeigen, wie sie sich damit fühlen und warum sie eine Kopfbedeckung bevorzugen. Es sind Frauen, die freiwillig das Kopftuch tragen. Das Foto aus dem Plakat hängt auch in der Ecke, es ist von einer US-Künstlerin, Anna Shteynshleyger, und es heißt Covered , und obwohl der Kopf bedeckt scheint, sind die nackten, entblößten Schultern und der Rücken das Gegenteil von covered.

An anderer Stelle gibt es Informationen über die Verbote von Verhüllung des Gesichts in Frankreich und vom Baden in Burkinis. Es gibt auch eine Weltkarte, auf der die Regionen farblich gekennzeichnet sind, wo die Frauen welche Kopf- und Körperbedeckung tragen.

Eine andere Welt wird in einer Reihe von Fotografien westlicher Frauen mit Kopfbedeckungen gezeigt: mit Hut, Perücke oder Mütze und ohne. Manchmal kann man die Frau mit einem Hut oder in einer Perücke gar nicht wiedererkennen.

Dann gibt es auch eine Installation von Modenschauen aus Istanbul; da wird ganz genau sichtbar, dass die Welt des Kopftuchs ihren Weg in die ‚High Fassion‘ gefunden hat, alle Elemente der traditionellen orientalischen Kleidung fließen in diese Designerstücke, in die moderne Kleidung ein.

Was sehr positiv an dieser Ausstellung ist: sie drängt niemandem etwas auf, ist neutral bis zum geht nicht mehr, und durch ihre Konzeption zwingt sie den Besucher nachzudenken und sich auseinander zu setzen mit den Fragen von Verbote und Abneigungen. Wie die Kuratorin Miriam Goldmann sagt, sei die Ausstellung „als Kommentar zur Diskussion gedacht und ganz sicher nicht als abschließende Bewertung“.

Gwiazda Dawida (reblog)

Przekraczając granice

Ostatniego dnia pobytu w Warszawie wybrałem się do dwóch miejsc, które przekazują informacje o tej części naszej historii, o której niby wiemy, a która tak naprawdę owiana jest dla wielu z nas tajemnicą.

(…) ruszyłem wzdłuż ulicy Emilii Plater, na której końcu znajduje się 44-piętrowy budynek Cosmopolitan. Ale to nie on był celem mojej wędrówki, a znajdująca się na jego tyłach, jakby schowana Synagoga imienia Małżonków Rywki i Zalmana Nożyków. Świątynia ta jest jedyną czynną przedwojenną synagogą w Warszawie. Nabożeństwa odbywają się w niej codziennie, choć ja niestety miałem pecha i nie udało mi się dostać do środka.

Została ona wybudowana na przełomie XIX i XX wieku i w większości przypadków służyła bogatym żydom. Spytacie czemu bogatym, powód jest prozaiczny, otóż za możliwość uczestniczenia w nabożeństwach trzeba było płacić. Co prawda były też specjalne spotkania dla tych, których nie było stać na opłaty, ale odbywały się one nieregularnie i stosunkowo rzadko.

II wojna światowa obeszła się z budynkiem dość łagodnie, dzięki temu, że urządzono w nim stajnie, nie został zbytnio zniszczony, co pozwoliło już w lipcu 1945 roku przeprowadzić w nim pierwsze nabożeństwo. Później bywało różnie, aż do 1983 roku, od kiedy to synagoga działa już nieprzerwanie.

Pomiędzy budynkiem Cosmopolitan a synagogą ustawiono kilkanaście tablic informacyjnych, z których można dowiedzieć się sporo o kulturze, religii i obyczajach żydów. Bo niby dużo wiemy, ale… no właśnie gdy zacząłem czytać okazało się, jak wiele cennych informacji umyka nam gdzieś bokiem.

Chociażby takie, że w alfabecie hebrajskim, każda litera jest równocześnie jakąś cyfrą bądź liczbą, że w języku polskim często używane są słowa zapożyczone z jidysz (np. ciuch, machlojka, czy plajta). Wyczytałem też dlaczego żydzi noszą pejsy i brody. Wyjaśniono również w sposób przystępny co oznacza koszerny. Raczej wszyscy z nas wiedzą czym jest Tora lub menora, ale pewnie większe problemy byłyby gdybym spytał Was o znaczenie takich słów jak szofar albo kipa.

Gdy już zapoznałem się z tablicami i popodziwiałem świątynię z zewnątrz, ruszyłem, aby zobaczyć główny punkt mojego tego dniowego programu zwiedzania. Było nim otwarte dla zwiedzających w 2013 roku Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN.

Duży nowoczesny budynek mieści w swoich trzewiach ponad tysiącletnią historię żydów na terenach Polski. Wydarzenia historyczne przeplatają się z różnymi podaniami ludowymi, ot chociażby z tym jak to prześladowani na zachodzie Europy żydzi udali się w podróż w poszukiwaniu bardziej przyjaznego miejsca do osiedlenia trafili w końcu na nasze ziemie i gdzie ponoć usłyszeli głos z nieba mówiące Po-lin, co w tłumaczeniu na polski oznacza „tutaj odpoczniesz”.

Poza wielowiekową historią polskich żydów w muzeum tym znaleźć można też wiele informacji dotyczących ich kultury, jak na przykład tych dotyczących ceremonii ślubnej. Czy wiecie, że bogobojne żydówki goliły sobie głowy i nosiły peruki, lub czepce? Ja tego nie wiedziałem.

Takich „smaczków” można znaleźć w Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN dużo więcej, dlatego uważam, że jest to jedno z ciekawszych miejsc jakie można odwiedzić w Warszawie. A jeśli ciekawi Was czemu wybudowano je właśnie w naszej stolicy to niewątpliwie zaważyło o tym również to, że przed II wojną światową, gdy jeszcze nie istniało państwo Izrael, Warszawa była drugim po Nowym Jorku miastem pod względem mieszkającej w nim populacji wyznania mojżeszowego.

A oto liczne historie i informacje, na które trafiłem w muzeum.

This slideshow requires JavaScript.

Grób na cmentarzu w Berlinie

Ewa Maria Slaska

Achtung: unten befindet sich ein Appendix auf Deutsch

Nadtytuł tego wpisu jest tak długi, że musiałam mu zmienić funkcję i stał się tytułem

Mężczyźni z cmentarza na Heerstrasse (Friedhof Heerstraße) koło Stadionu Olimpijskiego w Berlinie: Hermann Minkowski i Oskar Minkowski

Historia grobu braci Minkowskich przypomina mi naszą walkę o grób profesora Aleksandra Brücknera.

Ale zacznijmy od początku.

Kilka tygodni temu zadzwoniła do mnie Krystyna Fertner, znajoma ze stowarzyszenia Fraueninitiative Berlin-Warschau. Pogawędziłyśmy o tym i owym, o moim nowym wyglądzie z siwymi włosami (jej zdaniem o niebo lepszy niż ten z farbowanymi na rudo:-)), o jej dziadku, pierwszym polskim aktorze, Antonim Fertnerze, a przeto i o Antonim Padewskim, patronie Lizbony, o naszej książce, Michała i mojej, o grobach w Berlinie i w Szczecinie, a skoro już o grobach, to o cmentarzach, bo w Berlinie jest tyle pięknych cmentarzy, gdzie przyjemnie jest chodzić na spacer, i wtedy Krystyna spytała, czy znam cmentarz koło Stadionu Olimpijskiego, a ja odpowiedziałam, że oczywiście znam, jest piękny, zwłaszcza jezioro z czaplą, i że kiedyś spędziłyśmy z moją przyjaciółką Anią cały dzień, kręcąc się w kółko po tym cmentarzu, szukając grobu słynnej aktorki niemieckiego kina niemego – nazywała się Hella Moja i była polską Żydówką z Ukrainy. A grobu nie znalazłyśmy, bo został kiedyś zrównany z ziemią. Hella nazywała się naprawdę Helena Gertruda Morawska i żyła w latach 1890-1951. Umarła w Hamburgu. Ta jedna z najsłynniejszych aktorek niemieckich pracowała w czasie wojny i po wojnie już tylko jako suflerka, żyła w nędzy, umierała z głodu i popełniła samobójstwo. Przed śmiercią zaprosiła do siebie dziennikarzy lokalnego brukowca i powiedziała im, żeby sobie zobaczyli jak umiera wielka aktorka i że mogą ją sfotografować. Pochowano ją w Berlinie i kiedyś po prostu zrównano jej grób z ziemią. To tak, jakby najpierw pozwolono Smosarskiej umrzeć z głodu, a potem pozbawiono ją grobu, powiedziałam i zadrżałam z przerażenia, bo przecież nie miałam w tym momencie pojęcia, ani jak umarła Smosarska, ani czy w ogóle ma grób. Jednak na szczęście szybko sprawdziłam, że Jadwiga Smosarska urodziła się w roku 1898, była więc o kilka lat młodsza od Morawskiej, zmarła w roku 1971 i została pochowana w Alei Zasłużonych na Cmentarzu Powązkowskim w Warszawie. I ma grób, a przynajmniej w Wikipedii jest jego zdjęcie.

Hella nie ma wpisu po polsku w Wikipedii – TU wpis po angielsku, TU po niemiecku.

Minkowskim też omal nie zlikwidowano grobu, powiedziała Krystyna, ale jak tam ostatnio byłam, to wisiała kartka, że zorganizowana ad hoc grupa zajmująca się ratowaniem grobu braci Minkowskich zebrała dość pieniędzy, żeby zapłacić należności na cmentarzu i grób nadal jest.

Minkowski… Minkowski, ależ tak, oczywiście, mam zdjęcie tego grobu, powiedziałam, i zaczęłam szukać w komputerowym archiwum. Oczywiście, mam! To grób honorowy, ma cegłę od władz Berlina, tak jak Brückner. Jest ich dwóch w tym grobie, Hermann i Oskar.

Foto: Anna Kuzio

Nic nie wiem o żadnej cegle, powiedziała Krystyna (więc szybko wysłałam jej zdjęcie), ale to Polacy, mimo że niemiecka Wikipedia o tym nie pisze. Hermann Minkowski był słynnym matematykiem i fizykiem, nauczycielem Einsteina w Zurychu. Jedną z zasług Minkowskiego (1864-1909) jest wykład szczególnej teorii względności w oparciu o tak zwaną przestrzeń Minkowskiego. Około roku 1907 Minkowski doszedł do wniosku, że idee Einsteina oparte na wcześniejszych pracach Lorentza i Poincarégo dadzą się łatwiej przedstawić, jeśli czas i przestrzeń potraktować jako wymiary pewnej przestrzeni czterowymiarowej, a nie osobne i niezwiązane ze sobą wielkości. Można przyjąć, że to właśnie Minkowskiemu zawdzięczamy interpretację czasu jako czwartego wymiaru i istnienie terminu czasoprzestrzeni. (Wikipedia)

Krystyna opowiada dalej, a ja myślę, że facet był nauczycielem Einsteina, a władze cmentarza likwidują jego grób i tylko jakaś garstka zapaleńców go ratuje, tak jak my we dwie z Anią uratowałyśmy grób Brücknera. I że obaj mieli cegły czyli oznakę, że jest to grób honorowy, znajdujący się pod opieką władz miasta Berlina. Tę honorową cegłę przyznaje się osobom zasłużonym dla miasta, państwa lub świata, a jednak nawet takie groby nie bronią się przed kalkulacją finansową…

A o grób Helli nikt się nie upomniał…

Jest rok 1883. Piękny młody żydowski matematyk z Kowna, ma lat 19 i właśnie odbiera w Paryżu wielką nagrodę matematyczną przyznawaną przez Francuską Akademię Nauk.

A potem jeszcze pomyślałam, że facet był polskim Żydem (polska Wikipedia o tym pisze) i naczycielem Einsteina, a my, Polacy, zamiast się puszyć i chlubić, nic o nim nie wiemy, bo w nosie mamy naszych utraconych naukowców żydowskich, o czym też już TU kiedyś pisaliśmy.

***

Skoro już porozmawiałyśmy z Krystyną o Hermannie Minkowskim, postanawiam jeszcze sprawdzić, kim był Oskar Minkowski (1858-1931) i dowiaduję się, że moje domniemania były słuszne – byli braćmi. Urodzili się w Aleksocie koło Kowna. Oskar był słynnym lekarzem. Po studiach w Królewcu pracował w Strassburgu, Kolonii, Greifswaldzie (czy ktoś jeszcze pamięta, że za czasów Minkowskiego to pomorskie miasto po polsku nazywało się Gryfia?) i Wrocławiu (a więc Breslau). Był praktykującym lekarzem i naukowcem zarazem – tak wtedy było, wiem coś o tym, też mieliśmy w rodzinie takiego praktykującego naukowca, zresztą rówieśnika Minkowskiego. Był to mój pradziadek, Stanisław Leopold Lubliner, znany warszawski pneumolog i laryngolog. Minkowski był kilkakrotnie nominowany do nagrody Nobla. Jego imię nosi doroczna europejska nagroda dla lekarzy diabetologów.

***
Ci słynni ludzie na cmentarzach, którym postanowiono zlikwidować groby:  Aleksander Brückner, Hermann Minkowski, Oskar Minkowski, Hella Moja, Japonka Michiko de Kowa-Tanaka (1909-1988), kolejna aktorka-cudzoziemka w Berlinie… Sic transit gloria mundi. Gdy prosiłam różnych ludzi o podpisy pod petycją w sprawie grobu Brücknera, jeden z nich podpisał wprawdzie, ale zauważył z przekąsem, i po cóż ty się tak angażujesz, przecież to wszystko i tak bez znaczenia… No tak.

***

Für die deutschen Leser – HIER ein Artikel über die Ehrengräber in Berlin und wie man mit der Sache heutzutage umgeht. In diesem Artikel gibt es noch Info, dass die Gräber von Oskar und Hermann Minkowski verschwinden werden. Heute weiß man schon, dass sie noch für nächste 20 Jahre bleiben.

Siła symboli

Jutro 74 rocznica powstania w Getcie Warszawskim. Całą Warszawę zaleją żółte papierowe żonkile. Wzruszające…

Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN już po raz piąty organizuje akcję upamiętniającą powstanie w getcie warszawskim. 19 kwietnia ponad 1000 wolontariuszy wyjdzie na ulice Warszawy i będzie rozdawać papierowe żonkile – symbol pamięci o powstaniu w getcie warszawskim. W tym roku będzie ich aż 100 tysięcy. Do akcji włączyło się również około 1000 szkół, bibliotek i instytucji kultury z całej Polski, m.in. z Łodzi, Bielska-Białej, Płocka czy Katowic oraz partnerzy zagraniczni z USA, Niemiec, Danii i Izraela.

Powstanie w getcie warszawskim jest na świecie symbolem walki o godność, jednak w Polsce powstanie w getcie wciąż pozostaje mało znane. Akcją Żonkile chcemy sprawić, by pamięć o powstaniu stała się częścią wspólnej świadomości historycznej Polaków i Żydów, jednym z elementów kształtujących tożsamość mieszkańców stolicy. Akcja społeczno-edukacyjna Żonkile odbywa się dzięki wsparciu udzielonemu z funduszy norweskich i EOG przez Islandię, Liechtenstein i Norwegię. Współorganizatorem tegorocznej edycji akcji Żonkile jest Stowarzyszenie Żydowski Instytut Historyczny w Polsce.

Ciekawe, że jest to symbol dodany znacznie później, w wiele lat po powstaniu. Zwyczaj zainicjował, jeśli dobrze pamiętam, Marek Edelman, bo jego zdaniem żonkil przypomina żółtą gwiazdę żydowską, którą musieli w getcie nosić Żydzi, ale jest jednocześnie żywym, pięknym kwiatem… Żonkile symbolizują pamięć, szacunek i nadzieję, miał powiedzieć Edelman. Co roku, 19 kwietnia, składał bukiet żonkili pod Pomnikiem Bohaterów Getta Warszawskiego. Na stronie Muzeum Polin znajduję informację, że przez lata dostawał w ten dzień bukiet żonkili od anonimowego ofiarodawcy.

Jedna z ambasadorek inicjatywy, Anja Rubik, powiedziała:

Zgodziłam się wziąć udział w akcji Żonkile organizowanej przez Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN, gdyż uważam, że jest to bardzo istotna kampania „ku pamięci”. Historia powinna nas uczyć i chronić przed popełnianiem tych samych błędów. Przypominać o tym jak ważna jest demokracja, wolność, szacunek, równość i różnorodność narodowa, religijna, która wzbogaca nasz świat.

Innymi ambasadorami Akcji Żonkile są Agnieszka Holland, Małgorzata Kożuchowska, Agata Kulesza i Maciej Musiał.

W tym roku dla uczczenia rocznicy powstania powstał mural przy metrze Centrum, który prezentuje bohaterów Powstania, Marka Edelmana, Pawła Frenkla, Cywię Lubetkin, Mordechaja Anielewicza i Szymona „Kazika” Ratajzera. Autorem projektu jest Andrzej Wieteszka. Mural będzie eksponowany do 23 kwietnia.

O godzinie 12 pod Pomnikiem Bohaterów Getta odbędą się uroczystości rocznicowe.


Piękne kwiaty, żonkile.


Przypomniało mi to, że zaprzyjaźniona ze mną Agnieszka Fetzka też w swej akcji społecznej odwołuje się do symboliki żonkila. I że jest w tym częścią wielkiego ruchu społecznego.

Żonkile są międzynarodowym symbolem nadziei, przypominają nam o ludziach cierpiących, oczekujących naszego towarzyszenia w trudnym okresie odchodzenia z tego świata. Podczas kampanii jesiennej akcji w zamian za datek nasi wolontariusze rozprowadzają żonkilowe cebulki wśród przedszkolaków, uczniów,  pracowników instytucji i firm i osób prywatnych. Wiosną posadzone przez nich żonkile rozkwitają tworząc niezliczone „Pola Nadziei”, a uczestnicy akcji zbierają fundusze na rzecz Hospicjum wręczając ofiarodawcom żywy kwiat lub żonkilową broszkę.

„Pola Nadziei” są programem, który został stworzony przez Organizację Charytatywną Marie Curie Cancer Care w Wielkiej Brytanii. Ideą programu jest pozyskiwanie funduszy na utrzymanie hospicjów w Wielkiej Brytanii, a także edukacja i uwrażliwienie społeczeństwa na los terminalnie chorego człowieka. W 1998 roku Organizacja MCCC w Edynburgu obchodziła swoje 50-lecie. Przygotowując się do obchodów tej uroczystości mając za patronkę Marię Skłodowską Curie postanowiła zapoznać ze swoją pracą jedno z polskich hospicjów. Kraków jest miastem bliźniaczym z Edynburgiem, zatem Kraków został wybrany, jako miejsce polskiej edycji “Pól Nadziei”. Beneficjentem programu zostało Towarzystwo Przyjaciół Chorych “Hospicjum”. Wiosną 1998 roku w parkach krakowskich zakwitły pierwsze polskie “pola nadziei”. 350 tys. żonkilowych cebulek oraz niezbędną do przeprowadzenia akcji pomoc i wiedzę przekazała Organizacja MCCC. www.polanadziei.pl

 

Kartka znaleziona na ulicy czyli sami Żydzi

Ewa Maria Slaska

Wiosenny dzień w Berlinie

Już tu pisałam o kartkach książek znalezionych na ulicy. Były strony niemieckiej powieści o młodym homoseksualiście polskim w czasie wojny – Verdammt starke Liebe Lutza van Dijka, była kartka z Miasta za rzeką (Die Stadt hinter dem Strom) Hermanna Kassacka, powieści, która przeczuła wojnę, a teraz jest to kartka z Andorry Maxa Frischa.

 

 

 

 

 

 

 

X
Ciekawe, że wszystkie trzy książki dotyczą wojny i wszystkie są zapisem niemieckich doświadczeń wojennych, nawet jeśli ich bohaterami są Andorrczycy czy Polak. W przeciwieństwie do dwóch poprzednich powieści, które wcale niełatwo było rozpoznać po jednej stroniczce, znalezienie tytułu tym razem okazało się najłatwiejsze pod słońcem. Wpisałam do wyszukiwarki Google’a słowa przeczytane na pogniecionej karteczce: Andorra, Jud i Andri, i natychmiast pojawił się tytuł sztuki teatralnej Frischa. Andorra została po raz pierwszy wystawiona w Zurychu w roku 1961. Akcja toczy się w nieistniejącym kraju, który nie ma nic wspólnego z realnym państwem w Pirenejach. Krytycy uważają, że literacka Andorra Frischa to Szwajcaria lub, ewentualnie, Niemcy.  Jej głównym tematem jest antysemityzm w hitlerowskich Niemczech. Andri, uważany za Żyda, mimo że w istocie nim nie jest, nieustannie doświadcza krytyki za swoje pochodzenie, również na tych dwóch stroniczkach, które dziś znalazłam na ulicy i przeczytałam w metrze.  Ale dopiero z Wikipedii dowiem się, że chłopak, im bardziej się go prześladuje, tym bardziej obstaje przy swoim żydostwie i że zostanie zabity za to, że jest Żydem.

dwiestrandora

Z informacji w Google’u wynika, że sztuka nie została przetłumaczona na polski, co trochę zaskakuje, bo zalicza się ją do najważniejszych powojennych sztuk teatralnych w krajach niemieckojęzycznych.

***

Kartkę z Andorry znalazłam na ulicy w minioną środę i była to nadzwyczaj “żydowska” środa. Najpierw przez całe przedpołudnie borykałam się z korektą książki, sagi polsko-żydowskiej, po czym wyszłam z domu, znalazłam kartkę, poszłam do kawiarni Katulki, gdzie wybrałam sobie stolik przy półce z książkami. Wśród książek po polsku, niemiecku i włosku (Katulki to polsko-włoska kooperatywa gastronomiczna, ale też coś do jedzenia, choć nie wiem co; na fanpagu kawiarni znalazłam nawet zdanie, że kto nie jadł katulek, nic nie wie o życiu!) leżała sobie ta oto tabliczka:

samizydzi-ulica-szeroka

Jak się uparcie poszuka, to znajdzie się też wyjaśnienie, co to takiego ta katulka? Otóż pieróg.

W Berlinie jest już piękna wiosenna pogoda i Berlinale, “wszyscy” więc wychodzą z domu, spacerują, a potem dzwonią do “wszystkich”, żeby się poumawiać do kina. Dla Polaków najważniejszym filmem tegorocznego Berlinale jest Pokot Agnieszki Holland według scenariusza Olgi Tokarczuk (toż mówię… sami Żydzi dziś, albo ci, co o Żydach piszą), obie pojawiły się na premierze w poniedziałek. Ci, co widzieli film, twierdzą, że świetny, dowcipny i trzymający w napięciu. Dodatkowym argumentem przemawiającym za jego obejrzeniem jest opinia, jaką wydał o nim urzędujący u nas od niedawna pisowski korespondent TVP, niejaki Cezary Gmyz, zwany potocznie “trotylem” (trotyl, no wiecie dlaczego trotyl, prawda?): jest to film, zawyrokował Gmyz,  “głęboko antychrześcijański” i “ekoterrorystyczny”. Czyli koniecznie trzeba iść.

A my tymczasem poszłyśmy z koleżanką na inny film zdecydowanie antychrześcijański – Menashe Joshuy Z Weinsteina, film o Chasydach w Nowym Jorku, ma jeszcze tę dodatkową cechę, że został nakręcony w jidish. Smutny film, o smutnym ciężkim losie, człowieka, który chciałby być wesołym Żydem, takim, co to mu się wszystko udaje, ale jest smutnym nieudacznikiem.

Bardzo to wszystko antychrześcijańskie, na pewno… I w ogóle, ten cały Berlin, sami Żydzi… Tak jak Nowy Jork. Współproducentem filmu była jakaś firma z Wrocławia. Nic nie poradzę, Wrocław też… Zwłaszcza jeśli się weźmie pod uwagę ten film, który teraz krąży po niemieckich kinach: Wir sind Juden aus Breslau. Mi się ten film niezbyt podobał, wydał mi się bardzo jednostronny, ale w Niemczech zbiera dobre krytyki. Autorzy pokazali 14 sylwetek Żydów z przedwojennego Breslau, wówczas bardzo młodych ludzi lub wręcz dzieci, którzy przeżyli wojnę i uciekli lub wyjechali z Polski, albo jeszcze w czasie wojny albo zaraz po wojnie – niektórzy są w Stanach, wielu w Izraelu, jedna z kobiet osiadła na Lazurowym Wybrzeżu.  Nie ma w filmie ani jednej osoby, która została w Polsce, ani jednego przedwojennego Żyda, który dożyłby w Polsce starości. Pokazani na filmie Żydzi z Wrocławia są “nowi”, nie tylko dlatego, że znaleźli się tu po wojnie, ale po prostu nowi – młodsi, urodzeni wiele lat po wojnie, nic ich nie łączy z tamtymi. Reaktywują kulturę żydowską, co jest w Polsce od dwóch dziesięcioleci bardzo popularne, ale zawsze sobie myślę, gdy widzę takie tendencje i zjawiska w Warszawie, Krakowie czy Wrocławiu, że jest to chwalebna i potrzebna dla zachowania pamięci, ale jednak taka działalność folklorystyczno-muzealnicza. Odbudowuje się synagogi (wrocławską odbudowano nadzwyczaj pięknie), tworzy muzea i dzielnice żydowskie, powstają kawiarnie, restauracje, teatry, mykwy, ale nadal są to dwa odrębne światy i dzieli je przepaść. Nie ma żadnego związku poza słowem Żyd, pomiędzy tamtymi starymi ludźmi, którzy uciekali przed hitlerowcami i nową Polską miłością do Żydów, i nową polską nienawiścią do Żydów. Może tylko strach jest stary.

juden-aus-breslau2

Twórcy filmu, Karin Kaper i Dirk Szuszies, podczas spotkania z publicznością w Kinie Thalia w Poczdamie, luty 2017