Z domowego aresztu (11)

Zbigniew Milewicz

Kocynder, czyli dowcipniś

Kolejne urodziny, tym razem równa setka, a więc nie można ich pominąć. Tym bardziej, że jubilat wcale nie jest dostojny, wysuszony, ani napuszony, tylko rozdokazywany jak nastolatek, każdemu by dowalił śmiechem, podłożył nogę, albo szpilę wsadził… Może trochę pożółkł z upływem czasu, ale to mu darujmy, tak się już dzieje z papierem. Nazywa się Kocynder i ma dopisek: Czasopismo wesołe, górnośląskie. Wychodzi kiedy chce i kiedy może. Niestety od blisko 70 lat już nie wychodzi, ale zrobiło w swoim czasie tyle dobrego dla jego czytelników i Śląska, że trzeba o nim trochę opowiedzieć.

Marek Szołtysek – śląski pisarz, dziennikarz i historyk, zrobił to z właściwą mu swadą ( 28.06.2017) na łamach Dziennika Zachodniego:

Wykształcony mieszkaniec współczesnego Śląska wie, że Zagłoba jest dowcipnym bohaterem powieści Sienkiewicza, a Stańczyk to błazen. Większość wie też, gdzie Telimenie z „Pana Tadeusza” wlazły mrówki. Ale ten sam mieszkaniec Górnego Śląska nie ma pojęcia, kim są: Francek Fyrtok, Róźla Pyscycka czy Walek Brózda (…), bohaterowie Kocyndra, jednej z najważniejszych gazet w dziejach Śląska.

Ów Kocynder – co znaczy dowcipniś – to była śląsko-polska gazeta, a jej najlepszym okresem były lata 1920-1922 – czas powstań śląskich, plebiscytu i włączenia części Górnego Śląska do Polski. Ludzie czekali na kolejne wydania i masowo utożsamiali się z bohaterami. Były to postacie fikcyjne.

Z jednej strony były to pseudonimy, za którymi ukrywali się autorzy niepokorni wobec niemieckiej władzy na Śląsku. Z drugiej strony stworzono pozytywnych bohaterów, którzy weszli wówczas do świadomości śląskiej społeczności.

Tymi kocyndrowymi wicmanami byli przede wszystkim:

* HANYS KOCYNDER – to jakby główna postać. Jego imię i nazwisko można dosłownie przetłumaczyć ze śląskiego na polski, jako Jaś Dowcipniś. W większości Kocyndrów Hanys Kocynder narysowany był na pierwszej stronie, w tytułowej winiecie.

* RÓŹLA PYSCYCKA – co znaczy Róża Pyskata. Przedstawiana jest jako klachula, czyli plotkara, chodząca w śląskim stroju. Mo chopa, dziecka, we chlywiku wieprzka, a komyntuje, co sie na beztydziyń na Śląsku wyrobio. Oto fragment z zachowaniem oryginalnej pisowni: „Jak tam we tyj Genui [na konferencji międzynarodowej w 1922] mogom ci Francuzi i nasi siedzieć ze Niymcami przi jednym stole i z niymi godać, jak łoni tu mordujom Francuzow i Polokow? Jo bych im do pusku napluła i nazdałabych im /…/”.

* MUZYKANT GUSTLIK – grywa na harmonii i układa wesoło-polityczne pieśniczki, przykładowo: „Grywom na harmonii, śpiewom mej dziewczynce, zaś zeszłego roku grołech na maszynce [karabin maszynowy]. Hej, pod Świętą Anną bitwa się toczyła, a maszynka moja orgeszów [niemieckich bojówkarzy] kosiła”.

* WALEK BRÓZDA – to śląski gospodarz, co do Kocyndra pisuje listy, w których sam się przedstawia: „Mom 20 jutrzyn (1 jutrzyna = pół hektara], dwie krowy, konia, moja staro Brózdzino, maciora z prosiętami, pora kur, gęsi i ośmioro dzieci”.

* FRANCEK FYRTOK – buks i elwer, czyli cwaniak i bezrobotny, który spogląda na śląskie sprawy z punktu widzenia biednych, ale wesołych ludzi.

DEJCIE POZÓR! Powiedzmy jeszcze, że jeżeli ktoś czuje braki w kocyndrowym wykształceniu, to łatwo temu zaradzić, bo przez internet w Śląskiej Bibliotece Cyfrowej można za darmo zapoznać się z treścią kilkudziesięciu Kocyndrów (TU). Zachęcam!

Tyle Marek Szołtysek. Dodam, że współzałożycielami pisma byli Stanisław Ligoń – literat, malarz, ilustrator, reżyser, aktor, polityk i działacz kulturalny, piszący pod pseudonimem Karlik z „Kocyndra” lub St.L., który pełnił jednocześnie funkcję głównego grafika, publikującego w nim swoje antypruskie karykatury; Jan Przybyła, Wiktor Polak, Józef Bednorz i Edward Rybarz. Swoje grafiki zamieszczali ponadto Kazimierz Grus, Jan Szwajcer pseud. „Jotes”, Antoni Romanowicz, Gwidon Miklaszewski, Franciszek Miądowicz oraz Wacław Lipiński. Współpracowali literacko Teodor Tyc pod pseudonimem „K.” oraz Julian Tuwim.

Pierwszy numer ukazał się w Mikołowie i drukowany był w wydawnictwie Karola Miarki, później doszły drukarnie w Bytomiu i Katowicach. Ze względu na niespokojną sytuację polityczną redakcja bardzo często zmieniała lokalizacje. Zmienny był także nakład pisma; w roku 1921 wyniósł on 20 000 egzemplarzy. Swoim zasięgiem gazeta obejmowała cały Górny Śląsk. Pismo wychodziło raz w miesiącu jednak czasami redakcja publikowała również numery specjalne, które powiększały liczbę wydanych egzemplarzy.

W okresie plebiscytu na Górnym Śląsku Kocynder prowadził pro-polską agitację drukując nawet karty do głosowania ze wskazaniem, gdzie należy postawić krzyżyk. Jego stałym elementem było wyszydzanie pruskiego imperializmu i drylu, czyli walka z germanizacją Śląska. Wybuch II wojny światowej przerwał wydawanie miesięcznika, a redakcja się rozproszyła. Jan Przybyła w 1942 roku zginął w obozie koncentracyjnym Auschwitz-Birkenau, a Wiktor Polak w Mauthausen-Gusen. Po zakończeniu wojny pismo zostało wznowione i ukazywało się w Katowicach aż do roku 1958. Dla satyryków nie brakowało nowych tematów, zatem dalej było chętnie czytane, ale przecież nic nie trwa wiecznie.

Na zdjęciu: strona tytułowa Kocyndra z 1921 roku.

Spotkania z Księciem Ciemności 21

Ksawery Kopański

Jam jest Książę Ciemności!

O czemże pisać, gdy nie bardzo jest o czym pisać? – to, jak mniemam, kluczowy problem każdego stałego felietonisty. Coś na blogu umieścić trzeba – no, w każdym razie wypada – a tu nie bardzo jest co, bo nic szczególnego się nie wydarza: dni mijają, wiosennej (czy właściwie już prawie letniej) pogody brak, kwarantanna trwa, a Książę całe dnie spędza „w terenie”. Oczywiście: wciąż przychodzi najeść się i wyspać, pobawić z Kropką i odrobinę pomiziać z moją Żoną, ale są to wizyty sporadyczne. Wszak tyle jest do zrobienia wszędzie gdzie indziej!

Może więc właśnie o tej nieobecności?

Często zastanawiam się, co On wówczas robi, gdzie się szlaja, dokąd go nosi. Właściwie już się przestałem o Niego bać: wszak złego diabli nie biorą, a to przecież Książę Ciemności! Ale ciekawość pozostała: na co też Sierściuch mitręży tak wiele czasu?

Pozostanie to zapewne tajemnicą. Przecież, jak się już kiedyś zdeklarowałem, szanuję jego wolność i śledzić go nie będę. Inwigilować tym bardziej nie. Trochę szkoda, ale słowo się rzekło…

To już dorosły mężczyzna. Ma swój koci świat, do którego nigdy nie będę miał wstępu. Lecz nie mam wątpliwości, iż jest to świat fascynujący: domyślam się tego z migawek, które incydentalnie przemkną przed mymi oczyma.

I niech tak zostanie. Korzystaj z życia, Książę. Tylko proszę, uważaj na siebie! Bo my tu na Ciebie czekamy z Kropką.

Maki nad Odrą, dalie w ogrodzie

Ela Kargol

Przybyłam, zobaczyłam i wróciłam, tak można by sparafrazować słowa Juliusza Cezara. Veni vidi reveni, tak brzmiałoby po łacinie, jeśli córka dobrze przetłumaczyła i odmieniła ostatni czasownik.
Maki nad Odrą po słubickiej stronie kwitną najpiękniej. Chociażby po to, żeby je zobaczyć, warto było zadać sobie tyle trudu podróży spowodowanego pandemią i częściowym brakiem połączeń kolejowo-autobusowych między Berlinem a Poznaniem.

14 marca wszystko jeszcze funkcjonowało.

Od lat raz w tygodniu przekraczałam Odrę pociągiem i z okna wagonu Warsu podziwiałam szeroko płynące jej wody. Gdy jechałam z wnukiem, mieliśmy pewien dowcipny rytuał. Ja mówiłam spoglądając przez okno: „Patrz Magnus, Wisła!“, a on na to: „Babciu, to przecież Odra”. Ostatnio się zagapiłam i Magnus pierwszy odezwał się do mnie: „Patrz babciu, Warta!“ A to naturalnie była Odra.

Moja prawie 90-letnia mama mieszka z moją niepełnosprawną siostrą w Poznaniu. To do nich jeździłam, przytulałam, robiłam zakupy, płaciłam rachunki, układałam lekarstwa, prałam, sprzątałam, dawałam dobre rady, których i tak nikt nie sluchał. Ostatni raz byłam w połowie marca. Nie o wszystkim pomyślałam, nie wszystko załatwiłam. Nie odmówiłam wizyty księdza, który mamę co miesiąc odwiedzał i na początku kwietna znowu przyszedł. Nawet nie mogłam mu wiele zarzucić. Przed wejściem do domu zapytał się, czy mama i siostra go przyjmą. Przyjęły go z otwartymi rękami. Ale w sumie może wymodlił opiekę nad nimi u swojego szefa.

Minęły już ponad dwa miesiące odkąd nie byłam w poznańskim domu rodzinnym.

Wyruszyłam z berlińskiego domu 22 maja, dzień później niż zamierzałam.

Ponieważ pandemia trwa już jakiś czas, przepisy zmieniają się z dnia na dzień i nikt już nie wie, co można, czego nie wolno, co jest otwarte, a co zamknięte, czy możesz wyjść z domu, pojechać do innego miasta, ba, do innego kraju. Nie tak dawno protestowali mieszkańcy przygranicznych miejscowości, ci co mieszkają po jednej stronie, a pracują lub uczą się po drugiej. Protesty przyniosły „dobre zmiany“. Nie przeczytałam nigdy tych przepisów regulujących przyjazdy i wyjazdy przez granicę, coś tam usłyszałam w radiu, ktoś znajomy wyjechał, sąsiadka przyniosła formularz, który pracodawca miał wypełnić i wypełnił, ale nie było na nim żadnej pieczątki, więc równie dobrze mogłam wypełnić go sama. Wiedziałam, że w przepisach regulujących przyjazdy i wyjazdy przez już dawno otwartą unijną granicę są jakieś luki, niedopowiedzenia i możliwości wielorakiej interpretacji. Nie ustalono, o ile wiem, jak daleko od granicy należy mieszkać, pracować. No i jak tu ustalić swoje stałe i prawdziwe miejsce pobytu, gdy wielu z nas żyje w ciągłym rozkroku, nie tu i nie tam, nie tam i nie tu.

Od wielu lat mieszkam w Berlinie, sercem i duszą zawsze w Polsce. Pamiętam granicę niemiecko – niemiecką, niemożliwość wyjazdów do Poski, później przejazdy w zatłoczonych pociągach trwające godzinami. W roku 1984 moja kwarantanna trwała dwa lata, teraz dwa miesiące.

Mam zaświadczenie od pracodawcy, polski dowód osobisty, niemieckiego nigdy nie miałam, zameldowanie w Poznaniu, umowę o pracę, paczkę landrynek jako lek antystresowy, plecak na plecach i wychodzę z domu, i odczuwam lęk jak przed laty, gdy kontrole graniczne nie należały do przyjemnych. Jadąc do Frankfurtu zastanawiam się, skąd jestem, gdzie moje miejsce. Z całej mojej rodziny tylko ja nie zasymilowałam się do końca z mieszkańcami kraju mojej emigracji. Nie umiem powiedzieć dlaczego, czy kompleksy Polaka i to mniejsze poczucie wartości wzięły górę, czy mój charakter, bo na pewno nie światopogląd. Polska jest na wyciągnięcie ręki i mimo braku umiejętności prowadzenia samochodu jeździłam tam co tydzień. Trzy bardzo ważne miejsca, które odwiedzam, to mój dom rodzinny w Poznaniu, dom w Lachowicach w miejscu rodzinnym mojego ojca i ostatnio Szczecin z jego historią niemiecko-polską.

Uważam więc, że nawet bez „bumagi” mam prawo do wyjazdów za Odrę, w jedną i drugą stronę.

Rozglądam się wokół, patrzę na pasażerów w pociągu. Już dawno po karnawale, a my wszyscy w maskach. Łapię się na tym, że choć mam trzy maseczki lub cztery, zakładam najczęściej tę w biało-czerwone paski. Już to zestawienie kolorów powinno być wystarczającym biletem wstępu za Odrę. Są maski w kwiatki, kropki, gwiazdki, galaktyki, koniki i w koniczynki, motylki, pszczółki, maski z uśmiechem lub bez, z jakimś sloganem z nakrętką jak z butelki…

Pokaż mi swoją maskę, a powiem ci, kim jesteś!

Gdy wychodziłam z mieszkania w Berlinie, obejrzałam się za siebie, spojrzałam przychylnym okiem na mój bałagan, który zostawiam i do którego chciałabym wrócić, żegnam klatkę schodową w promieniach porannego słońca, maki, które wyrosły przed domem, nie wiedząc jeszcze, że będą moim towarzyszem podróży, maki. Na przystanku autobusowym na płytach chodnikowych odczytuję zamazany napis „Be Vegan” i myślę sobie, że mi to nie grozi. Nawet nie jestem wegetarianką, nad czym ubolewa jedna z moich córek.

Dojezdżam do dworca ZOO, przez długie lata był to dworzec, z którego odchodziły pociągi do Polski. Dworzec główny, Berlin Hauptbahnhof otwarto w 2006 roku. Mimo swoich niedoskonałości jego architektura mnie zachwyca.

Na peronie jest dość pusto. Pociągi do Warszawy nie są wykreślone z rozkładu jazdy. Ale ja wiem, że żaden pociąg nie przyjedzie i nie odjedzie, jeszcze nie. W pociągu do Frankfurtu jest nas sporo. Tuż obok siedzi dziewczynka w dzierganej na szydełku kolorowej masce. Na kolanach trzyma lalkę, też w szydełkowej masce.

Wysiadłam we Frankfurcie. Zapytałam panią w informacji o ostatnie pociągi do Berlina, a potem o przejście graniczne. Pani spojrzała na mnie wyrozumiale informując o pociągach i o przejściu, przez które nie przejdę. Autobusu nie mogę znaleźć, zresztą jest ich dużo mniej. Po co mają jeździć w kierunku zamkniętej granicy? Wiem, że ta podóż będzie wyjątkowa i wyjątkowo dużo będzie mnie kosztowała, a więc wsiadam do taksówki. Taksówkarzowi wyjaśniam, że chcę przejść i że powinno się udać. Życzy mi powodzenia, ale proponuje, że poczeka. Przed mostem stoją niemieccy policjanci. Pytam się, dokąd mam pójść: „Prosto, przed siebie, nas to nie interesuje, tam stoją polnische Kameraden.” Szukam w czeluściach plecaka dowodu i zaświadczenia, żeby mieć pod ręką i idę wolnym krokiem w kierunku mostu, mostu, który jest świadkiem wielowiekowej historii. Nie zawsze był mostem przyjaźni. Jak podaje wikipedia w Polsce jest tylko mostem granicznym, a w Niemczech nazywa się Stadtbrücke Frankfurt (Oder). Nie szłam chyba nigdy tym mostem, może raz jako nastolatka, wracająca z zakupów w enerdowskim Frankfurcie. Most, który łączy i dzieli miał dzisiaj łączyć. Zmierzono mi temperaturę, nie patrząc nawet na wynik. Przeszłam na drugą stronę z dowodem i zaświadczeniem z pracy. Ci, którzy sprawdzali bilety wstępu ledwo spojrzeli na moje papiery, a ja jeszcze niepewna swojego szczęścia przeszłam na makową stronę.

Maki nad Odrą po słubickiej stronie kwitną najpiękniej. Całe zbocza czerwienią się makami. Stoję i patrzę i przez chwilę nie chcę już dalej jechać, choć wiem, że muszę i chcę, do domu, do mamy.

Z taksówkarzem uzgadniam cenę podróży do Rzepina, mając nadzieję na szybkie połączenie pociągiem do Poznania. Jedziemy, taksówkarz miły, chwali rząd, który walczy z pandemią, nie to co w Szwecji, gdzie nikt niczego nie zabrania. Cieszy się, że w Lubuskim zniosą częściowo obowiązek przywdziewania masek: „Bo kto w tym wytrzyma, pani?” Nagle dostrzegam drogowskaz na Ośno Lubuskie. Uzgadniam następną cenę i jedziemy choć na chwilę pod budynek byłego Liceum Pedagogicznego, gdzie moja mama zdawała w 1951 roku maturę. Budynek z czerwonej cegły był kiedyś Królewskim Ewangelickim Seminarium Nauczycielskim, potem szkoła realną, teraz jest Młodzieżowym Ośrodkiem Socjoterapii.

Jestem w Rzepinie, na pustym dworcu, przy zamkniętych kasach. Jakiś entuzjasta przekonany o swojej misji wyjaśnia wszystkim, którzy próbują odczytać rozkład jazdy, że pociągi nie jadą, tylko niektóre i on wie które. Mój pociąg do Zbąszynka jedzie za trzy godziny, a tych państwa obok mnie z walizkami dopiero za pięć.

Postanawiam pójść w miasto, do banku, bo jak dojadę do Poznania, to już będzie za późno i nie zdążę nic załatwić. Pan, który wszystko wie, pokazuje mi drogę. Przy dworcu w Rzepinie stoi stara parowa lokomotywa, którą zawsze podziwiam z okien pociągu, wreszcie mogę jej prawie dotknąć. Mijam poniemiecki kolejowy budynek, w którego oknie łopocze biało-czerwona flaga. Niektóre sklepy są pozamykane, niektóre otwarte, ale puste. Mogłabym kupić córce drabinę, której potrzebuje, ale po namyśle rezygnuję. W banku załatwiam wszystko sprawnie i szybko wracam na dworzec. Przy dworcu właśnie po dwumiesięcznej przerwie otwarto bar-bistro z ogródkiem, piwem i pierogami. Przy stoliku siedzi para włosko-polska. To ci, którzy do odjazdu pociągu mają pięć godzin. Wyjechali w marcu do Włoch na karnawał. Jedenastoma pociągami przyjechali do Rzepina, spod Florencji. Przez znaczną część Austrii podróżowali taksówką. Ale o tym powiedziała mi dopiero polska żona włoskiego męża, gdy ten poszedł rozprostować kości: „Ja powiedziałam mężowi, że ten pan taksówkarz, to nas za darmo przewiezie, inaczej mąż by się nie zgodził. Do Austrii nas nie chcieli wpuścić i wtedy ten taksówkarz zaproponował pomoc. Ale za kurs to policzył sobie chyba potrójnie. Teraz mamy kwarantannę, jak dojedziemy do Warszawy, ale ja to się nawet cieszę.”

Do Afrykańczyka, siedzącego w innym kącie, podchodzę sama. Pytam, co tu robi, dokąd jedzie. Jest studentem z Warszawy, pojechał szukać pracy do Berlina, nie znalazł, wraca, ale dostał kwarantannę, nie wie dlaczego.

Opuszczam moich towarzyszy pandemicznej podróży, bo mój pociąg do Zbąszynka niedługo odjeżdża. Pamiętam Zbąszynek, na tyle, na ile dziecko może coś zapamiętać. Poniemiecki dom niedaleko dworca, zbudowany w latach 30 dla niemieckich kolejarzy, dom z dużym ogrodem. Na dworcu mam za mało czasu, żeby wyjść za perony.
Mama spędziła w Zbąszynku kilka lat, mieszkała w poniemieckim domu u polskiej już właścicielki. W poniemieckiej szkole uczyła polskie dzieci. A gospodyni gotowała w poniemieckich garnkach. Przyjaźń z polską właścicielką zbąszyńskiego domu z czerwonej cegły przetrwała lata. Pamiętam ganek, sad, poręcze wymalowane na ciemnozielono i mamę, która mnie tam zabierała.
Dworzec w Nowym Tomyślu i droga do miasta przemknęły mi szybko przed oczami, gdy siedziałam w następnym pociągu do Poznania. Nowy Tomyśl pamiętam lepiej, spędziłam tu kilka pierwszych lat życia, a następne lata przyjeżdżałam tu często w odwiedziny.

Z Berlina wyjechałam rano, wieczorem dotarłam do celu podróży. Mama czekała już na mnie. Mimo ciepłego wieczoru siedziała owinięta swetrem na tarasie. Poznała mnie po głosie. Mamie przez te dwa miesiące, przybyło lat, urosły włosy, ubyło wzroku i pamięci. Mama ma prawie 90 lat, prawie nie chodzi, prawie nie widzi, prawie żyje, czuje, kocha i tęskni. Ja też tęsknię i dlatego tu jestem.

W ogrodzie nikt nie skosił trawy. Szkoda tylko, że mama nie dojrzy stokrotek, które się w niej ukryły i zakwitły, ani dmuchawców, które rozwiał wiatr. Nie zobaczy też niezapominajek rozsianych za sprawą taty po wszystkich możliwych miejscach. Nie posadził nikt georginii, które tata co roku na wiosnę sadził dla mamy pod tarasem. Biorę łopatę i wkopuję kłącza kwiatów które już wypuściły pierwsze pędy, w ziemię.

Myślę, że latem znowu zakwitną. A ja przyjadę i opowiem mamie jak wyglądają, kilka zetnę i włożę do wazonu.

Wiersze w duecie…

Teresa Rudolf

Ja jestem taka…

A ja jestem, jakaś
taka, jak woda
do kostki,
mówiła.

Ludzie wiedzą
tyle, potrafią też
tyle, mają
głębię.

Wiedzy głebię,
na każdy temat,
tym się więc
szczycą.

A ja, nie znam
się na historii
choć ogonem
świata ona.

Nie znam się
na muzyce,
choć bez niej
uszu bezsens.

Nie znam się
na geografii,
choć każdy loch
ma położenie.

Nie znam się
na poezji, choć
muzyką przecież
dla oczu.

Nie znam się
na ludziach, choć
ciągle tyle obok,
jak mrówki.

Nie znam się?
Bo ty tak mówisz?
Bo ty tak myślisz?
Bo ty tak chcesz?

To ty “nie znasz się
na mnie”, na mnie!
wrzeszczała głośno
swą depresją płacząc.

 

Mówił jej, że…

Pomyśl tylko,
jak to jest kiedy
nie patrzysz na mnie…

Pomyśl tylko,
jak to jest kiedy
tak patrzysz na mnie…

Robisz wszystko
inaczej, tak jakoś
obok mnie.

Robisz wszystko
inaczej, tak jakoś
obok siebie.

Co stało się z nami,
z tobą, ze mną,
płyniemy obok życia.

Życie płynie obok
nas, przez nas,
nad nami, pod nami.

Życie ucieka jak
piasek przesiewany
przez sito oddalania.

Pomyśl tylko…

„I can’t breathe”

Ewa Maria Slaska

Zbieram w mediach informacje o tym, co się zdarzyło, i co to może oznaczać. Uderza mnie symbolizm tego wydarzenia. Bo czy to nie symboliczne, że ostatnie słowa, jakie wypowiedział George Floyd brzmiały właśnie tak:
„I can’t breathe”? W czasach pandemii coronawirusa, gdy ci, którzy umierają, umierają na zapalenie płuc, a ci, którzy najciężej chorują, leżą pod respiratorami, bo nie mogą oddychać, czy to nie symbolicznie złowrogie zatem, że ostatnie słowa czarnego człowieka udoszonego kolanem przez białego policjanta tak właśnie brzmiały.

A zobaczyłam je jako hasło na zdjęciu profilowym na FB u dziewczyny, która kilka dni później ze zdiagnozowanym coronawirusem trafiła do szpitala. Nie ma mnie, jestem w szpitalu, napisała. Proszę nie chcieć ode mnie niczego. Bardzo źle się czuję. Aha, jakby ktoś nie wierzył, że wirus istnieje, zdiagnozowano u mnie właśnie wirusowe zapalenie płuc. 

Nie mogę oddychać. I can’t breathe.
Biały policjant z Minneapolis, Derek Chauvin, trzymał kolano na szyi unieruchomionego kajdankami czarnego George’a Floyda przez 8 minut i 46 sekund (2 minuty i 53 sekundy po tym, jak Floyd przestał się ruszać). Słowa Floyda „I can’t breathe” od wielu dni odbijają się o widzialne i niewidzialne mury w Stanach Zjednoczonych i nie tylko, napisał na Facebooku Jacek Pałasiński. Talmud powiada, że „Kto ratuje jedno życie, ten ratuje cały świat”. To zdanie jest wyryte na medalach wręczanych sprawiedliwym wśród narodów świata. To zdanie można odwrócić: „Kto zabija jednego człowieka, zabija cały świat”.
Derek Chauvin, który zabił George Floyda, być może zabił cały znany nam świat.


Arkadiusz Łuba napisał jako kometarz: wrapped in smoke, can democracy breathe? – where is the world going?! (cartoon from Sinisa Pismestrovic, in: “Süddeutsche Zeitung” 02.06.2020, p. 4) – more

Nasze europejskie #blacklivesmatter wygląda trochę inaczej niż w Stanach, pisze Antoni Komasa-Łazarkiewicz. To życie osób tonących w wodach Morza Śródziemnego w drodze na nasz kontynent. To życie i zdrowie uchodźców stłoczonych w obozach w Grecji, porzuconych i zapomnianych przez swoją Ziemię Obiecaną, wystawionych na postrach kolejnym, którzy spróbowaliby wyrwać się z nędzy, suszy i wojny, sprowadzonej na nich przez białego człowieka rabunkiem, kolonizacją i imperializmem.
To życie setek tysięcy ludzi stłoczonych w nieludzkich warunkach w Libii, gdzie opłacamy lokalnych zbirów, żeby trzymali ich z dala od nas. (…) To, że u nas policjant nie udusił niewinnego czarnego człowieka kolanem, to że problem jest mniej widoczny w naszym codziennym życiu, nie oznacza, że nie istnieje, a jedynie że udało nam się zepchnąć go dostatecznie daleko od naszych oczu. Ale on jest.

Chora odpowiada ze szpitala jednym słowem: jest.

Ale oczywiście i w Polsce są protesty. Wczoraj (3 czerwca) kilkuset poznaniaków położyło się na ziemi z rękoma na plecach. Był to spontaniczny protest po śmierci George’a Floyda. Protestujący przeszli w milczeniu przez centrum miasta. Takie działania są w Polsce zabronione, ale policja nie interweniowała.

A polski Avaaz przysłał apel o podpisanie protestu (podpisałam):

Przyjaciele i Przyjaciółki!

To są ostatnie słowa George’a Floyda, 46-letniego mężczyzny, który zmarł po tym, jak funkcjonariusz policji przygniótł go do ziemi i klęczał na jego szyi przez niemal 9 minut, dopóki się nie udusił:

„To moja twarz, człowieku
człowieku, nie zrobiłem niczego takiego
proszę
proszę
proszę, nie mogę oddychać
błagam, człowieku
proszę was
proszę, człowieku
nie mogę oddychać
nie mogę oddychać
proszę
(niezrozumiałe)
człowieku, nie mogę oddychać, moja twarz
wstań
nie mogę oddychać
proszę, kolano na karku
nie mogę oddychać
k****
ja zaraz…
nie mogę się ruszać
mamo
mamo
nie mogę
moje kolano
mój kark
jestem wykończony
jestem wykończony
mam klaustrofobię
boli mnie brzuch
boli mnie kark
wszystko mnie boli
dajcie wodę, cokolwiek
proszę
proszę
nie mogę oddychać, panie oficerze
nie zabijaj mnie
człowieku, oni mnie zabiją
daj spokój, człowieku
nie mogę oddychać
nie mogę oddychać
oni mnie zabiją
oni mnie zabiją
nie mogę oddychać
nie mogę oddychać
panie, proszę
proszę
proszę
błagam, nie mogę oddychać”

Potem jego oczy się zamknęły. Jego prośby ucichły. George Floyd nie żył.

Stoimy teraz przed wyborem. To może być po prostu kolejna tragiczna śmierć z rąk funkcjonariusza amerykańskiej policji – albo moment, w którym wreszcie nastąpi zmiana.

Jesteśmy ruchem ponad 60 milionów osób – gdy wszyscy razem zabieramy głos, nie sposób nas zagłuszyć. Więc zawołajmy głośno, razem z wszystkimi innymi, którzy wzywają do zatrzymania tej fali rasistowskich zabójstw, i wymagajmy tego samego od osób dzierżących władzę.

Podpisz ten list. Gdy będzie nas mnóstwo, Avaaz opublikuje jego treść w najważniejszej prasie w USA i na portalach na całym świecie. Niech to będzie hymn wzywający do zatrzymania tej fali zabójstw i oddający cześć wszystkim tym, których do tej pory straciliśmy.

Podpisz teraz
Jako Obywatele i Obywatelki całego świata, opłakujemy bezsensowną śmierć kolejnego człowieka z rąk amerykańskiego policjanta.

Stajemy jako społeczność po stronie tych, którzy teraz cierpią.

Te brutalne zabójstwa muszą się skończyć. Każde z nich to rana na sercu całej ludzkości oraz wstydliwa, niedająca się zmyć plama na wspaniałej fladze Stanów Zjednoczonych.

Rasizm rośnie w siłę w ciszy – a my nie zamierzamy milczeć. Rasizm jest problemem, który dotyczy nas wszystkich. To nasza walka.

Ale nie pozwolimy, aby tę walkę opanowała nienawiść, bo wtedy nie będziemy wcale lepsi od tych, których serca chcemy zmienić. Jak mówił Martin Luther King: „Ciemność nie może wypędzić ciemności, tylko światło może to zrobić. Nienawiść nie może wypędzić nienawiści; tylko miłość może to zrobić.”

W tym właśnie duchu wzywamy wszystkich sprawujących władzę by działali TERAZ i oczekujemy od prezydenta Trumpa oraz władz stanowych i lokalnych USA by wzięli odpowiedzialność za:

  • Zapewnienie, że wszyscy oficerowie zamieszani w zabójstwo George’a Floyda staną przed sądem.
  • Wydalenie ze służby i konsekwencje prawne dla funkcjonariuszy nawet za pojedynczy przypadek użycia nadmiernej siły lub nie zapobieżenia jej.
  • Zapewnienie, że każde policyjne zabójstwo będzie przedmiotem niezależnego i transparentnego dochodzenia.

Zobowiązujemy się robić to, co do nas należy, mierząc się twarzą w twarz z ignorancją, gniewem, strachem i rasizmem, mając po swojej stronie całą nadzieję, miłość i siłę naszego człowieczeństwa.

Spoczywaj w Mocy, George Floyd.
Twoja śmierć nie pójdzie na marne.

Podpisz teraz

Z niekończącą się nadzieją,

Mike, Marie, Meetali, Sarah, Andrew, Ricken i Bert wraz z całym zespołem Avaaz

Dowiedz się więcej:

Jego śmierć wstrząsnęła Ameryką. Kim był i jak zginął George Floyd? (RMF24)
https://www.rmf24.pl/fakty/swiat/news-jego-smierc-wstrzasnela-ameryka-kim-byl-i-jak-zginal-george-,nId,4527878

Oczywiście, że są protesty. Państwo zawodzi osoby czarnoskóre (New York Times – tekst w języku angielskim)
https://www.nytimes.com/2020/05/29/opinion/george-floyd-minneapolis.html


PS: Tymczasem Spiegel (i oczywiście wiele innych gazet) donosi, że w USA jest już ponad 40 milionów bezrobotnych i przybywa ich w taki sam sposób jak chorych na koronę – w ciągu wykładniczym czyli zgodnie z funkcją potęgową. Bezrobocie jednej osoby dotyczy zazwyczaj również rodziny, czyli w każdym wypadku dotknięte zostały co najmniej trzy osoby. Jest ich zatem sto kilkadziesiąt milionów. Trzy państwa wielkości Polski. Kilkadziesiąt milionów ludzi straciło nie tylko pracę, ale i dach nad głową. Powstają ogromne obozowiska bezdomnych, gdzie za chwilę stosunki będą takie same jak w obozach dla uchodźców na granicy Europy. USA zmieniają się w oazy białych i bogatych otoczone płonącym morzem nędzy i buntu.

Prasa podała też, że w ciągu pandemii właściciele Amazona i Facebooka wzbogacili się o 500 miliardów dolarów.

Bogaci się nadal bogacą, biedni nie mają czym oddychać.

Z domowego aresztu (10)

Zbigniew Milewicz

Sacrum i profanum

Red. Tadeusz Dyniewski, na którego się powoływałem przy Sprawie Cywińskiego, był autorem Pitavalu Śląskiego – Zbrodnia Zdrada Kara, wydanego w 1986 roku, w nakładzie 60 tysięcy egzemplarzy, a opisującego głośne niegdyś procesy sądowe z terenu dawnego województwa katowickiego. Dziś są już one pokryte kurzem zapomnienia, a nawet jeżeli żyją jeszcze w czyjejś pamięci, to drugiego wydania książki już nie było i myślę, że warto do niej powrócić. Na pierwszy ogień wziął autor Zbrodnię Damazego Macocha, która przed ponad stu laty budziła w Polakach przeogromne emocje, pisano o niej liczne artykuły, reportaże i felietony, trafiła na scenę i do literatury, a wszystko przez miejsce, gdzie ją popełniono oraz tło polityczne i obyczajowe.

26 lipca 1910 roku w przydrożnym rowie niedaleko wsi Zawady, koło Częstochowy, znaleziono sofę zawierającą zwłoki nieznanego człowieka. Denat miał zmasakrowaną twarz, więc ustalenie jego tożsamości było niełatwe. Carskiej policji jakby poza tym nie zależało na wykryciu sprawcy zbrodni i zanosiło się na umorzenie sprawy. Znalazł się jednak pewien dociekliwy policjant, mianowicie komisarz Denisow, który ustalił ponad wszelką wątpliwość, iż ofiarą jest Wacław Macoch z Warszawy, zaś zabójcą jego stryjeczny brat, zakonnik – paulin Damazy Macoch. Komisarzowi nie udało się aresztować sprawcy, ten kiedy wyczuł, że traci grunt pod nogami, zbiegł w niewiadomym kierunku. Denisowowi zaś zawodowa gorliwość nie wyszła na dobre, nie dano mu doprowadzić sprawy do końca i aresztowano pod zarzutem popełnienia politycznego przestępstwa.

„Zbrodnia nabrała wielkiego rozgłosu. – pisze T. Dyniewski – Ze zrozumiałych względów – zważywszy status społeczny zabójcy – wieść o niej docierała do społeczeństwa polskiego przez wszystkie granice zaborów. Wśród różnych plotek i pogłosek funkcjonowała i ta, że Macoch był agentem ochrany, związany z Rybakiem, prowokatorem zabitym przez polskich rewolucjonistów w Krakowie na początku 1910 roku. I wersja o agenturalnej pracy Macocha wydaje się bardziej niż prawdopodobna. Zda się za nią przemawiać również wspomniane wyłączenie Denisowa, jak i odebranie sprawy pierwszemu prokuratorowi. Powierzenie prowadzenia śledztwa dwom prokuratorom też wiele mówi: po prostu jeden drugiego pilnował. Znani ze współpracy z ochraną, sformułowali wobec Macocha i współoskarżonych wyłącznie zarzuty natury kryminalnej.”

Sprawca zbrodni został ujęty jesienią 1910 roku na dworcu kolejowym Krakowie. Śledztwo w tej procesowo łatwej sprawie trwało aż półtora roku. 1 marca 1912 roku na salę rozpraw Sądu Okręgowego w Piotrkowie wkroczyło siedmiu oskarżonych, pod strażą kordonu policyjnego z karabinami „na sztyk.” Poza Damazym Macochem stanęli przed sądem dwaj inni księża zakonni , Izydor Starczewski, który pomógł zabójcy zatrzeć ślady zbrodni, i Bazyli Olesiński, oskarżony wspólnie z nimi o regularne okradanie jasnogórskiego skarbca. Ściślej – powinienem był napisać “byli księża”, po wykryciu tych przestępstw zostali bowiem wykluczeni ze społeczności Ojców Paulinów. Czwartą oskarżoną była Helena Krzyżanowska-Macochowa, w swoim czasie urzędniczka łódzkiego telegrafu, a prywatnie kochanka zabójcy i żona ofiary, której zarzucano m.in. korzystanie z pieniędzy uzyskanych drogą przestępstwa i pomoc w ukryciu zbrodni. Pozostali oskarżeni to Wincenty Pianka, dorożkarz, który wywiózł z klasztoru ukryte w sofie zwłoki, Józef Pertkiewicz, podejrzany o dorobienie kluczy do skarbca i Lucjan Cyganowski. Zarzut – wyprodukowanie fałszywych dokumentów na użytek Damazego Macocha i Krzyżanowskiej.

Para poznała się w konfesjonale. Penitentka była młodą kobietą z tzw. przeszłością, z obydwu stron – jak to się dzisiaj mówi – zaiskrzyło, ale trzeba było zadbać o zasłonę dymną. Do kadzielnicy wsypał cwany mnich następującą miksturę : „Przy pomocy wytwórcy pieczęci Lucjana Cyganowskiego z Częstochowy, sfabrykował świadectwo ślubu niejakiego Kacpra Macocha z Heleną Krzyżanowską. Kacper to było imię świeckie Damazego i dziwić się tylko wypada, że przed sądem odpowiadał pod imieniem zakonnym. Równocześnie na to samo imię wystawił sobie świadectwo zgonu. Tym sposobem Helena Krzyżanowska mogła się legitymować wobec swojej, zresztą przyzwoitej rodziny majątkiem kilku tysięcy rubli, otrzymanym dzięki małżeństwu zawartemu z człowiekiem na łożu śmierci. Jako rzekomy brat zmarłego, dłuższy czas uchodził za opiekuna Heleny, a gdy sytuacja zaczęła stawać się dwuznaczna, wydał podopieczną za mąż za swojego stryjecznego brata Wacława, małego urzędniczynę, chętnie zgadzającego się na rolę familijnego parawanu. Huczne wesele, luksusowe mieszkanie, służąca, podróż poślubna do Zakopanego. Damazy wszystko finansował. I trwało to małżeńskie szczęście zaledwie sześć tygodni. Wacław rychło się znarowił i zaczął żądać coraz więcej pieniędzy. Damazy gotówki odmawiał, więc doszło do szantażu. Bo nie zazdrość, lecz konieczność definitywnego usunięcia szantażysty była motywem zbrodni“.

Oskarżony bronił się przed sądem, utrzymując, że zabił Wacława w afekcie, w czasie kłótni o Helenę, a nie, kiedy ten spał w jego celi. Narzędziem zbrodni była siekiera, która… przypadkiem znajdowała się w pobliżu. Według wersji Macochowej, jej mąż przyjechał z Warszawy do Częstochowy, wezwany przez Damazego obietnicą tysiąca rubli pożyczki. Skończyło się morderstwem. Po utopieniu zwłok sprawca pojechał do Warszawy i opowiedział wszystko Helenie. Brakuje relacji, jak przyjęła śmierć męża, ale zgodziła się rozpuścić pogłoskę, że Wacław ją opuścił i wyjechał do Ameryki. Informowany na bieżąco przez Starczewskiego o rozwoju śledztwa, kiedy zaczęło być gorąco, Macoch wyjechał wraz z kochanką z Warszawy, zawiózł Helenę do jej siostry, a sam ukrył się na terenie zaboru austriackiego. Finał tego posunięcia już znamy.

Z zeznań świadków złożonych przed sądem wynikało, że Wacław szantażował kuzyna ujawnieniem informacji na temat jego osoby, których nikt się nie spodziewa. Jakich konkretnie? Tego się już nie dowiemy, ale wszystko wskazuje na to, że chodziło o domniemane powiązania Damazego Macocha z ochraną, rosyjską policją polityczną. Jest to tajemnica czternastu stron usuniętych z pierwotnego aktu oskarżenia; prokuratora, który nie wahał się to udokumentować, odsunięto, jak już wcześniej wspomniałem, od sprawy, podobnie jak komisarza Denisowa. Oczywiście czas najwyższy odpowiedzieć na pytania, kim był Damazy, czy raczej Kacper Macoch i jak się znalazł na Jasnej Górze, w miejscu dla Polaków świętym. Zanim na to odpowiem, muszę cofnąć się jeszcze bardziej w czasie. W pracy Jana Pietrzykowskiego, p.t. „Jasna Góra po kasacie klasztorów 1864-1914”, opublikowanej w 1982 roku na stronach Studia Claramontana, czytamy: W trzydzieści lat po zniesieniu zakonów na Litwie i Rusi car Aleksander II, idąc za przykładem Katarzyny II, wydał ukaz o kasacie klasztorów rzymsko-katolickich w Królestwie Polskim (Kongresowym). Decyzję tę uzasadniono przede wszystkim popieraniem przez zakonników powstania styczniowego i bezpośrednim w nim udziałem. Powstańców nazywano zbrodniarzami, zakonników zaś, udzielających im pomocy, świętokradcami.

Ukaz carski z 19 grudnia 1864 roku, cytowany przez historyka, głosił: Zakonnicy, nie bacząc na przykazanie Ewangelii i pogardzając dobrowolnie złożonymi przed ołtarzem ślubami zakonnymi, pobudzali w roku 1863 do przelewu krwi, podpuszczali do morderstw, profanowali mury klasztorne, odbierając w nich świętokradzkie przysięgi na spełnienie zbrodni, a niektórzy wchodzili sami w szeregi buntowników i broczyli swe ręce w krwi ofiar niewinnych… Wśród napiętnowanych znaleźli się również ojcowie Paulini, padli w walce lub wywieziono ich na Sybir. 30 września 1863 roku pod Lelowem zginął wybitny strateg wojskowy, o. Zygmunt Trawiński, 1 września pod Piłsudami – o. Paweł Bohdanowicz, w Kownie poległ o. Augustyn Dębski. Na Sybir zesłano między innymi o.o. Rocha Ejsmonda, Czesława Harwozińskiego i Bonawenturę Gawełczyka, który przebywał na zesłaniu aż 15 lat… Z mocy ukazu klasztorami zarządzali właściwi terenowo biskupi, przy pomocy mianowanych przez siebie administratorów, którzy najczęściej nie mieli pojęcia o życiu zakonnym. Mieli oni natomiast obowiązek raz do roku składać władzom pisemne sprawozdania ze swojej pracy, z oczywistym wyszczególnieniem wszelkich podejrzanych, antypaństwowych zachowań. Biskupi zostali też uprawnieni do mianowania bezpośrednich przełożonych w klasztorach: przeorów i ich pomocników – prokuratorów i wikariuszy. Tak rozprawiono się z wewnętrzną organizacją zakonów i ich zwierzchnością – kwituje Jan Pietrzykowski.

Dostać się do zakonu Ojców Paulinów na Jasnej Górze teoretycznie nie było łatwo, reguła wymagała wytrwania dłuższego czasu w nowicjacie, ale po wejściu w życie carskiego ukazu, znalazły się skróty. Rosyjskiemu zaborcy zależało na osłabieniu wewnętrznej spoistości, poziomu umysłowego i etycznego zakonników, a więc kandydat musiał przede wszystkim uzyskać aprobatę gubernatora i zezwolenie Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, które dostawało się po policyjnym zbadaniu lojalności obywatela. Musiał wcześniej odbyć służbę wojskową i ukończyć 24 lata, uroczyste śluby mógł złożyć dopiero w trzydziestym roku życia. Natomiast intelekt i wykształcenie kandydata były nieistotne, przez klasztorne furty mogli więc przechodzić także ludzie niegodni noszenia habitu.

Damazy Macoch pochodził z Lipia, podczęstochowskiej wsi. Dzięki protekcji stryja, który był wójtem, został pisarzem gminnym, później zamarzyła mu się księżowska sutanna. Z seminarium duchownego musiał po pewnym czasie odejść, gdyż zabrakło mu stosownych, umysłowych kwalifikacji. Wtedy dostał się do klasztoru na Jasnej Górze. Cztery miesiące nowicjatu i świadectwo prawomyślności wystarczyło, aby stał się paulinem, ze wszystkimi właściwymi temu statusowi obowiązkami i przywilejami. Przeor Rejman zaliczył mu do stażu czas nauki w seminarium i nie był to przypadek odosobniony. Ten szanowany skądinąd paulin – czytamy w Pitavalu – był człowiekiem miękkim, zabiegał – jego zdaniem w interesie zakonu – o względy władz państwowych, a to sprawiało, że protegowanym władz kariera duchowna przychodziła łatwo. W tych warunkach wprowadzenie na teren klasztoru prowokatorów i agentów ochrany nie mogło przedstawiać żadnych trudności. A że ochrana liczyła na dokonanie przez Macocha prowokacji, świadczy nalot żandarmerii na klasztor zaraz po ucieczce zabójcy. W czasie rewizji zaglądano w każdy kąt klasztorny, szukano bomb, broni i ulotek nawet za głównym ołtarzem. Prowokacja nie wypaliła, pozostało prowadzić śledztwo w sprawie kryminalnej.

Opinia publiczna, jak to zwykle w przypadku głośnych procesów bywa, koncentrowała się na pikantnych szczegółach sprawy. Na detalach okrutnie popełnionej w świętym miejscu zbrodni, na krociach, jakie źli mnisi grabili z klasztornego skarbca, z tych groszy, „które lud ubogi niósł do puszek ukochanej świątyni, i grosze te rzucali kobietom”. Prokurator Katranowski był starym wyjadaczem w swoim fachu, wiedział, jak zbudować oskarżenie, jego przemówieniu na sali sądowej towarzyszyły burzliwe oklaski audytorium. Publiczność sądowa zawsze ceniła sobie piękne pod względem retoryki oracje stron procesowych. Ale coś w tej mowie Katranowskiego zabrzmiało fałszywo, co podchwycił obrońca Krzyżanowskiej, znakomity adwokat, dr. Korwin-Piotrowski.

Wysoki Sądzie – powiedział – panowie prokuratorzy wnieśli jeden akt oskarżenia, do którego mam się ustosunkować. W rzeczywistości akty oskarżenia są dwa. Ten drugi zapisany w myślach i sercach narodu polskiego. I przeciwko temu drugiemu ja wystąpić bym się nie odważył…

Jako poddany cara Wszechrosji mógł wyrazić swój protest przeciwko tendencyjnemu prowadzeniu procesu tylko w sposób aluzyjny, co już nie obowiązywało w sąsiednich zaborach, niemieckim i austriackim. Tamtejsza prasa otwarcie więc i na bieżąco informowała opinię publiczną o wszystkich szczegółach sprawy. To czego nie odważył się powiedzieć mecenas Korwin-Piotrowski, wyartykułował na sali sądowej paulin, który wrócił z pięcioletniego zesłania, o. Pius Przeździecki:

– Nie mogę zbrodni usprawiedliwiać – powiedział – ale wyznać muszę, że my, zakonnicy w trudnym bardzo znajdujemy się położeniu. Z jednej strony bowiem mamy prawa zakonne, które nas w sumieniu obowiązują, z drugiej strony mamy tym prawom całkiem przeciwne przepisy prawa rządowego. Zachowując te prawa, działamy przeciwko sumieniu, zachowując zaś nasze, narażamy się rządowi. Oto parę przykładów: według naszych przepisów kandydatów do zakonu przyjmują przeorowie i definitorzy wybrani przez Zakon, tymczasem u nas o przyjęciu kandydatów decyduje nie Zakon, lecz rząd. Urzędy przeorów i definitorów rząd skasował i sam wyznacza przełożonego na czas nieokreślony, co również jest przeciwne ustawom naszym. Przyjęci do zakonu winni odbyć roczny nowicjat, tymczasem rząd skasował i nowicjat i urząd magistra. Po nowicjacie winny się odbywać przez szereg lat studia filozoficzno-teologiczne, tymczasem rząd wszelkie studia skasował. W tych warunkach zakon nie może ponosić odpowiedzialności za smutne następstwa, jakie się po tym muszą wytworzyć wśród zakonników.

Przebieg procesu, któremu przewodniczył sędzia Wołkow, śledził z ramienia generała gubernatora dyrektor departamentu obcych wyznań. Niebawem w rosyjskim dzienniku urzędowym ukazała się następująca wzmianka: „Rzecz godna podziwu – na procesie Macocha w Piotrkowie o. Przeździecki nie zawahał się odpowiedzialnym za zbrodnię Macocha uczynić nie kogo innego, tylko panujący rząd rosyjski”. O. Pius zapłacił za swoją odwagę kolejnym wyrokiem, ponownie musiał opuścić klasztor i przygotować się na następne, pięcioletnie zesłanie na Sybir. Ostatecznie pozwolono mu „dobrowolnie“ opuścić Częstochowę i wyjechać za granicę.

Proces Macocha trwał krótko. 38-letniego oskarżonego bronił z urzędu mecenas Dobrosław Kleyna; Macoch przyznał się do popełnienia zarzucanych mu czynów, aczkolwiek próbował je minimalizować i wielokrotnie zmieniał zeznania. Otrzymał karę 12 lat ciężkiego więzienia. Starczewski – 5 lat, Olesiński – 2,5 roku, Macochowa – dwa lata. Cała czwórka została pozbawiona wszystkich tzw. praw stanu. W stosunku do pozostałych oskarżonych orzeczono kary od roku pozbawienia wolności do siedmiu dni policyjnego aresztu. Wszystkim zaliczono w poczet kary areszt śledczy. Do jasnogórskiego klasztoru wróciła część zagrabionych dóbr – 10 tysięcy rubli i klejnoty, które wspólniczka głównego oskarżonego powierzyła przed aresztowaniem na przechowanie swojej rodzinie. T. Dyniewski pisze, że podczas rozprawy ta 27-letnia kobieta zionęła wprost nienawiścią do mordercy, zaklinała się, że ślubnego męża kochała, a zgodziła się na ukrywanie winowajcy tylko ze strachu przed jego rewolwerem. Przekazała depozyt ojcom Paulinom za pośrednictwem swojego obrońcy, który nawiasem mówiąc zrezygnował na rzecz klasztoru z adwokackiego honorarium, w wysokości 1500 rubli. Chyba zbyt wielka była presja moralna opinii publicznej – czytamy – by ta przewrotna i zepsuta niewiasta mogła postąpić inaczej. Jaki los spotkał złote korony, wysadzane drogimi kamieniami i suknię z pereł, które skradziono z obrazu Matki Boskiej, tego nie wiem.

Damazy Macoch liczył na to, że niedługo, w 1913 roku, z powodu trzechsetletniego jubileuszu domu Romanowych, jego kara będzie zmniejszona do połowy; zmarł w 1916 roku, w piotrkowskim więzieniu, na gruźlicę. Przed śmiercią prosił, żeby pogrzebano go na drodze cmentarnej, tak aby przechodnie deptali jego grób. Życzenia tego nie spełniono, został pochowany w pobliżu kwater żołnierskich na piotrkowskim cmentarzu, na grobie widnieje napis: Śp. ksiądz Damazy Macoch, wielki grzesznik i wielki pokutnik prosi o modlitwę. Śp. znaczy świętej pamięci, tak? Albo może ja czegoś nie rozumiem… ponad to, że Jezus jest miłosierny.

Pocztówka z procesu (oba zdjęcia z Wikipedii)

Prowincjonalne Theatrum Mundi 4

Stefan Andrzejewski

Jest wiosna 1987 roku. Uczniowie klasy humanistycznej jedynego w mieście liceum ogólnokształcącego, przygotowują się do udziału w Miejskich Spotkaniach Teatralnych. Niewielka scena domu kultury gościć będzie, przez siedem kolejnych wieczorów, rozmaite zespoły teatralne z całego kraju. Spotkanie z nimi da mieszkańcom prowincjonalnego miasteczka na Ścianie Wschodniej poczucie obcowania z wielką sztuką, a przez to posmak przynależności do elity.

Podniecenie udziela się szczególnie redakcji nowego klasowego czasopisma, silnego niedawną fuzją dwóch rywalizujących do tej pory periodyków: podczas jednego z teatralnych wieczorów reporterzy gazetki mają udać się za kulisy, by przeprowadzić wywiad z twórcami wystawianego w tym dniu przedstawienia. Uzyskali już zgodę kierownictwa domu kultury i, co najważniejsze, aktorów grających w spektaklu.

Mimo sporej ilości godzin przegadanych podczas przygotowania tego wywiadu, w dniu spektaklu Redaktor Naczelna i jej Zastępca, piszący dziś te słowa, czują w głowie pustkę – nie są wszakże profesjonalnymi dziennikarzami. Mają po kilkanaście lat i, choć ambicji im nie brakuje, onieśmiela ich perspektywa rozmowy z aktorami znanej w kraju i utytułowanej krakowskiej sceny. Ponadto ułożone zawczasu pytania mogą okazać się bezużyteczne: nie wiadomo przecież, w jakim kierunku potoczy się rozmowa. Tym bardziej, że kierownik domu kultury naciskał, by trwała ona krótko. Na naszych Miejskich Spotkaniach Teatralnych istnieje bowiem tradycja, że po każdym spektaklu odbywa się spotkanie z Publicznością. A jej nie można kazać, by zbyt długo czekała na artystów. Zresztą i sami aktorzy, zmęczeni po przedstawieniu, też będą zapewne chcieli jak najszybciej udać się do hotelu na wypoczynek.

Kiedy Naczelna i jej Zastępca tuż przed rozpoczęciem przedstawienia zajmują miejsca na widowni, świadomość pustki w głowach jest już dojmująco odczuwalna.

– A może by zapytać, czy młody człowiek z małego miasteczka, takiego jak nasze, może zrobić aktorską karierę? – wyrywa się z ust piszącego te słowa.

Ten, graniczący z obsesją, kompleks prowincji u licealistów może dziś – w Polsce Anno Domini 2020 – dziwić. Przecież nawet pobieżna lektura biografii rozmaitych ludzi kultury wskazuje, że nie wszyscy spośród nich przyszli na świat w Warszawie, Krakowie czy Poznaniu. Prowincja od dawna zasilała wielkie ośrodki. Młodzi ludzie z małych miejscowości zawsze odczuwali presję, by skończyć studia i znaleźć swoje miejsce w wielkim świecie. Tego jednak nasi bohaterowie w roku 1987 nie wiedzą – i to nie tylko dlatego że nie mieli jeszcze dostępu do wszechwiedzącej wikipedii: trudno im to sobie wyobrazić także z tego powodu, że ponura codzienność mrocznych lat osiemdziesiątych w ich prowincjonalnym miasteczku, jest wyjątkowo przygnębiająca. Jedno liceum, jeden dom kultury, jedno kino… Wielki świat wydaje się tak odległy! … Dlatego też projekt pytania o możliwość wypłynięcia z naszej małej zatoki na szerokie morze wydaje się w pełni uzasadniony.

Zanim Naczelna zdąży odpowiedzieć, z rzędu krzeseł nieco bliżej sceny, odwraca się starsza pani i mówi:

– Oczywiście, że tak! Przykładem jest mój syn. W ubiegłym roku skończył łódzką filmówkę, obecnie jest aktorem Teatru Powszechnego w Łodzi.

Młodzi dziennikarze przytakują grzecznie starszej pani, dumnej ze swojego syna, pytają o jego nazwisko. Niczego im ono jeszcze wtedy nie mówi. Dopiero kilkadziesiąt lat później dowiedzą się, że ów aktor również jest absolwentem ich liceum: jego twarz stanie się w Polsce bardzo znana*. Ale w 1987 roku na młodego adepta sztuki aktorskiej, który wyrwał się z naszej prowincji w wielki świat, czeka jeszcze wiele pracy, nim zrobi on karierę.

Tymaczasem rozpoczyna się spektakl. Dziś na afiszu «Ławeczka» Aleksandra Gelmana, w wykonaniu pary aktorskiej z Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie.

Fenomenalne przedstawienie, zagrane brawurowo. Mimo że w obsadzie są tylko dwie osoby, od pierwszej do ostatniej minuty potrafią one skupić uwagę widza.

Czas mija szybko i nasi dzielni redaktorzy, po opadnięciu kurtyny, z duszą na ramieniu udają się za kulisy. Okaże się jednak, że lody zostają przełamane bardzo szybko. Pani Ania i Pan Krzysztof** to ludzie przystępni i serdeczni. Na szczęście Polska Anno Domini 1987 nie zna jeszcze pojęcia «celebryta»: licealiści prowadzący wywiad stykają się nie z rozkapryszonymi gwiazdami, ale z artystami, którzy, niezależnie od swojej wielkości, są ludźmi bardzo sympatycznymi i szanującymi rozmówcę. Nawet jeśli ten rozmówca to gówniarz z drugiej klasy ogólniaka.

Gdy pada fundamentalne pytanie o możliwość zrobienia aktorskiej kariery przez młodego człowieka z prowincji, pan Krzysztof odpowiada, że jest to realne: więcej – że on sam jest tego najlepszym przykładem. Wspomina swoje dzieciństwo spędzone w małej wiosce na Ścianie Wschodniej; mówi o rocznym epizodzie pracy w charakterze górnika przodowego w jednej z katowickich kopalń – był to wszak czas, gdy wielu «naszych» szukało szczęścia na Górnym Śląsku – w epoce «wczesnego Gierka» praca górnika cieszyła się prestiżem i zapewniała przyzwoite dochody. Wreszcie nasz rozmówca ujawnia swoje niezrealizowane marzenie o wstąpieniu do seminarium duchownego. Jako człowiek wierzący dodaje, że widocznie to Reżyser nie dał mu powołania do kapłaństwa, ale wybrał dla niego inną drogę.

Pani Ania uzupełnia:

– Nie rezygnujcie z waszych marzeń i aspiracji. To nie miejsce pochodzenia decyduje o tym, kim jesteście i co możecie osiągnąć. Liczy się praca i determinacja, oczywiście w przypadku zawodu aktorskiego, także i odrobina talentu.

Aktorzy nie sprawiają wrażenia zmęczonych ani zniecierpliwionych przedłużającą się rozmową. Wcześniejsze ustalenia co do długości wywiadu, wynikały chyba bardziej z nadgorliwości kierownika domu kultury, niż z sugestii samych artystów.

Trzy dekady później piszący te słowa nie pamięta już wszystkich pytań i odpowiedzi. Nie wie nawet, czy gdzieś tam, może w którymś zakamarku szkolnego strychu, znajduje się jeszcze jakiś pożółkły egzemplarz gazetki z owym pamiętnym wywiadem. Ale jeszcze dziś czuje emocje i atmosferę, jakie towarzyszyły rozmowie: serdeczność i otwartość rozmówców, lecz przede wszystkim ich nieoczekiwane podobieństwo do nas, młodych ludzi, żyjących na prowincji i mających wielkie marzenia. Im udało się te plany zrealizować, a przecież punkt wyjścia mieli wcale nie lepszy niż nasz.

Redaktor Naczelna gazetki klasowej i jej Zastępca wyszli ze spotkania pokrzepieni na duchu i uskrzydleni. Za kilka lat każde z nich, jak również pozostali uczniowie klasy humanistycznej, opuszczą rodzinne gniazdo, by realizować swoje marzenia, aspiracje, a może tylko zwykłe plany zawodowe.

W każdym jednak przypadku wszyscy oni zapamietają te ważne słowa, które padły na spotkaniu w garderobie domu kultury:

– Nie rezygnujcie z waszych marzeń i aspiracji. To nie miejsce pochodzenia decyduje o tym, kim jesteście i co możecie osiągnąć.

* Robert Rozmus – aktor, prezenter telewizyjny, artysta kabaretowy.

** Anna Sokołowska i Krzysztof Jędrysek – aktorzy Teatru im. Słowackiego w Krakowie.

Spotkania z Księciem Ciemności 20

Ksawery Kopański

Jam jest Książę Ciemności!

Popatrz Książę, jak to życie się plecie… Trwamy sobie cicho i na uboczu, ciesząc się nawzajem swą obecnością – to znaczy ja cieszę się Twoją, bo Ty mnie traktujesz instrumentalnie; za to jednak, ile radości dajesz Kropce i mojej Żonie, jestem Ci w stanie wszystko wybaczyć – słowem, żyjemy sobie na uboczu, marząc, by świat o nas zapomniał, ale gdzie tam. Drań jest pamiętliwy, że hej! Z zasady i konsekwentnie omijamy aktualia, lecz one nachalnie pchają się na karty naszej opowieści. A kto temu winien? Wiadomo – Adminka! Podobnie jak Ty wyczuła, iż serce mam miękkie i pomocy nie odmówię. No i obciążyła mnie pewnymi aktualiami, wartymi przywołania. Inna sprawa, że chyba faktycznie warto je wspomnieć, bo są, co by nie mówić, dość nietypowe i w sumie miłe.

Pierwsze primo: dziś Dzień Dziecka. Ciebie on nie dotyczy: Ty wyrosłeś, nie wiadomo jak i kiedy, gdzieś w trakcie snucia się naszej opowieści, na prawdziwego i dorodnego mężczyznę. Po wypłoszonej, włochatej kuleczce, z oczyskami wielkimi na pół twarzy, nie pozostało ani śladu!

Ale za to ja mogę się cieszyć jak dziecko, patrząc na Twoje zabawy z Kropką, te zapasy lub gonitwy, które urządzacie po całym domu. Skoro dotąd – a stoję wszak na progu starości – nie spoważniałem, to chyba już nigdy się to nie stanie. Może i dobrze. Owszem: jestem jak dziecko bezbronny wobec świata, ale za to dziecięcej radości nikt mi nie zabierze. Chwilo trwaj, jesteś taka piękna! A ona trwa… już kilkadziesiąt lat. Między innymi dzięki Tobie, Książę. Dziękuję.

Ale co tam doktor Faust, gdy na karty naszej opowieści pcha się inny niemiecki bohater literacki! I to jest drugie primo, to są te drugie „aktualia”: świeżutka, bo trzechsetna, rocznica urodzin! Po prawdzie wypadła ona dwadzieścia dni temu, ale cóż znaczy marne dwadzieścia dni obsuwy wobec trzech wieków! Zresztą zawsze możemy, powołując się na klasyka, stwierdzić, iż oto brygada młodzieżowa zobowiązuje się zaciągnąć wartę młodzieżową przy nowo zakupionych parówkach, dla uczczenia trzydziestej pierwszej okrągłej rocznicy… lub coś równie absurdalnego. Bowiem kto jak kto, ale nasz Jubilat miał – do czego jak do czego, ale do prawdy – stosunek wyjątkowo swobodny i niefrasobliwy: oto 11 maja 1720 na świat przyszedł Hieronymus Carl Friedrich, Freiherr von Münchhausen!

No dobrze, to wielka uroczystość. Tylko jak zlepić tę rocznicę z opowiastką o Tobie, Czarnuszku? Nie będzie to chyba zbyt trudne. Wszak Ty jesteś poniekąd Prinz von Münchhausen. Prawdziwy Prinz!

Tylko może trochę mniej świadomy tego faktu. Baron manipulował, zmyślał, mistyfikował co się da i ile wlezie. Ty Książę czynisz to samo. Intencje, trzeba przyznać, macie odmienne. Baron robił to, aby życie było ciekawsze, piękniejsze, by miało smak i aromat. Ty Książę postępujesz tak, by nas wykiwać i wykorzystać, ale efekt osiągasz odwrotny do zamierzonego: masz się za króla oszustów, lecz jedynie wzruszasz i bawisz.

Obaj, czy to świadomie, czy też w sposób niezamierzony, dajecie innym radość oraz szczęście. I tego się trzymajmy. Macieju Kocie, idź tą drogą!

Zakończę dzisiejsze obchody wniesieniem drobnego protestu. Kto wpadł na głupi pomysł, aby zaburzenie psychiczne, polegające na wywoływaniu u siebie objawów somatycznych, nazwać Zespołem Münchhausena!? Zespół Münchhausena tyle ma wspólnego z Baronem Münchhausenem, co, nie przymierzając, marksiści z Marksem, a kanciarze z Kantem, jak mawiało się za nieboszczki Komuny; trochę już żyję, stoję na progu starości, więc pamiętam takie sentencje. Wszak, jako się rzekło, Baron robił to, co robił, dla zabawy. By łatwiej było znosić przykrości życia. Zaś ktoś dotknięty Zespołem sobie i innym robi jedynie krzywdę. Czyż nie?

Mój Ty Książę von Münchhausen, cieszę się, że jesteś!

Schody i filozofia

Tabor Regresywny

DZIENNIK BUDOWY SCHODÓW KAMIENNYCH Z WACHLARZEM

Wpis i schody zostały zadedykowane Dominice i Marcinowi z okazji ślubu

Inwestor – Czaki
Wykonawca – Tabor Regresywny

Preambuła:

Budowanie schodów z kamieni ma dużo wspólnego z tworzeniem poezji. I tu i tu trzeba zestawić z sobą elementy, które na pierwszy rzut oka do siebie nie pasują. Próby na zasadzie przymiarek tylko komplikują sprawę. Tu trzeba jakiegoś odmiennego stanu świadomości, iskry Bożej, by wszystko samo się układało. Wykonawca czy autor może być co najwyżej odkrywcą jakiegoś ładu przedustawnego.

Gdy zaczynałem budować te schody, pojawił mi się opór przed pisaniem. Różnie to sobie tłumaczyłem, dziś widzę, że musiałem zamknąć jedne drzwi, by otworzyły się inne. Nie można jednocześnie budować schodów z kamienia i pisać wierszy.

Dzień pierwszy
Ułożyłem czwarty stopień wachlarza. Ciężka praca, nic do siebie nie pasuje.

Dzień drugi
Stwierdziłem, że czwarty stopień trzeba rozebrać i przesunąć. Straciłem zapał do pracy. Przyszedł Toni przyniósł szopską i rakije.

Dzień trzeci
Rzuciłem pisanie i zabrałem się za pierwszy i drugi stopień. Idzie mi trochę lepiej. Rozebrałem czwarty wachlarzowy.

Dzień piąty
Czwarty wachlarzowy jeszcze raz zbudowałem ale w innym miejscu. Wykonałem pomiary i okazało się, że czwarty wachlarzowy jest w miejscu piątego wachlarzowego, tylko o jeden stopień niżej. Czwarty wachlarzowy podwyższyłem do poziomu piątego. Piątego wachlarzowego nie będzie, będzie czwarty podniesiony do rangi piątego.

Dzień szósty
Kamienie zaczynają się same do siebie dopasowywać. Mam już cały wachlarz. Pozostały mi do wykonania stopień trzeci i czwarty oraz od szóstego do dziesiątego i spocznik. Znów straciłem zapał do pracy.

Dzień siódmy, ósmy i dziewiąty
Zapału jak nie ma tak nie ma

Dzień dziesiąty
Żona i sąsiedzi chwalą moja pracę i namawiają bym ją skończył. Znów szopska i rakija. Podejmuję zobowiązanie, że do pierwszego maja skończę te schody.

Dzień jedenasty i dwunasty
Idzie mi jak po maśle. Znalazłem sposób na spoiny między kamieniami.

1 maja
Schody gotowe. Podobno jak jedne drzwi się zamykają, to inne się otwierają.

Zakończenie:
Na zakończenie z rozpędu przedłużyłem Tawcze Grawcze.

*
Objaśnienia: Szopska – sałatka z pomidorów, ogórków, papryki i innych takich, nieodzowna przy rakije.
Tawcze Grawcze – nazwa kamiennej ścieżki na cześć potrawy z fasoli o tej samej nazwie, co oznacza tace fasoli.

U fryzjera

Chyba żaden zakaz wprowadzony podczas kwarantanny, a potem stopniowo łagodzony, nie wzbudzał tylu emocji, co fryzjer. Wizyta u fryzjera urosła do rangi wyznacznika wolności i to w każdym wymiarze, politycznym, społecznym, indywidualnym. Facebook tonie w powodzi selfie spod fryzjerskiego hełmu albo z pasemkami owiniętymi sreberkiem sterczącymi naokoło głowy jak, nie przymierzając, wypustki coronawirusa. Ludzie dzwonią do siebie korzystając z połączeń wideo i na kablach międzykontynentalnych pokazują sobie swoje nowe fryzury. Temat nie jest zastrzeżony tylko dla młodych i tylko dla kobiet. Czy rozmawiam z młodym gniewnym intelektualistą czy z bardzo starą panią, wizyta u fryzjera lub niemożność jej zorganizowania jest tematem numer dwa każdej rozmowy, ważniejsze (temat numer jeden) jest tylko pytanie o zdrowie.

To jak się czujecie?

Maria Marucelli, nasza autorka z Florencji, pisze:

Nareszcie, od poniedziałku a raczej wtorku (bo w poniedziałki we Włoszech fryzjerzy są zamknięci) zostały otwarte zakłady fryzjerskie! Udało mi się umówić na czwartek na godzinę 19:30 – normalnie moja fryzjerka pracuje do czwartej, piątej, no ale teraz mają olbrzymie zaległości, są panie z odrostami, długimi włosami i wszystkie chcemy zrobić porządek z głową. Ja chciałam tylko obciąć włosy, udało mi się więc dostać do fryzjerki szybko, Marianna (moja córka) która ma duże wymagania – bo może tylko w sobotę i chce wyprostować sobie włosy, co jest operacją bardzo długą – umówiła się dopiero na za dwa tygodnie.
Ale ja przecież piszę o mojej wizycie u mojej fryzjerki. Po pierwsze umówić się można tylko przez telefon, bo do zakładu wchodzą tylko osoby umówione, mniej więcej w połowie drzwi jest taśma żeby zatrzymać ewentualnych chętnych bez zamówionej wizyty. Przyszłam pod zakład dziesięć minut wcześniej, wewnątrz nie było żadnej klientki, a trzy panie pracujące tam odkażały salon po obsłużeniu poprzednich klientek – mogą wejść na raz tylko dwie. Odkażały, to znaczy psikały jakimś płynem na wszystko i następnie przecierały papierowymi ręcznikami. Oczywiście zamiotły podłogę i umyły ją też pewno płynem odkażającym. W momencie, kiedy zostałam zaproszona do środka, wszystkie panie założyły maseczki, wydezynfekowały sobie ręce i założyły jednorazowe rękawiczki.
Weszłam, pochylając się pod wyżej wspomnianą taśmą, tuż obok, po prawej stronie na podłodze jest czarną taśmą klejącą wyznaczony kwadrat, w którym należy stanąć, obok umieszczono automatyczny dozownik z płynem do dezynfekcji rąk, wydezynfekowałam je i zostały mi podane jednorazowe rękawiczki, które oczywiście na wilgotne ręce nie wchodzą, zrezygnowałam więc, ale musiałam założyć plastikowe pokrowce na buty, a torebkę wraz z kurtką włożyć do plastikowej torby, która została zamknięta. I tak to byłam gotowa do umycia głowy. Pozostała część: strzyżenie, suszenie i układanie włosów poszła normalnie, bo moje fryzjerki od zawsze stosują urządzenie do dezynfekcji nożyczek i  szczotek, które jeszcze przed dezynfekcją dokładnie się czyści z włosów.
W tym wszystkim najważniejsze jest to, żeby nikt kto nie wie, że jest zarażony, bo wirus jest w fazie wykluwania się, a jest już zaraźliwy, nie zaraził nikogo, tak fryzjerek jak innych klientów. Ale to oczywiście również znak, że zaczynamy z wolna normalnie funkcjonować, bo fryzjer dla kobiety to bardzo ważna rzecz.
W pół godziny byłam gotowa, zapłaciłam, a do worka, w którym przechowywana była moja osobista torebka i kurtka, włożyłam pokrowce na buty i wszystko wyrzuciłam do specjalnego wora na plastikowe odpady.
Nie muszę pisać chyba dwóch oczywistych rzeczy, a mianowicie że cały czas byłam w maseczce i że wyszłam wielce szczęśliwa, że mam porządek na głowie!
We wtorek idę na pedicure!


PS od adminki. A ja dodam jeszcze jedną uwagę. Rękawiczki, maseczki, worki, pokrowce, ręczniki papierowe, spraye, płyny do dezynfekcji, plastikowe taśmy, naklejki, ustawiające nas to tu, to tam… Corona pozwoliła naturze przez chwilę odetchnąć. Sarny chodzą po Krupówkach, delfiny pływają w kanałach Wenecji, ale jednocześnie wzięły w łeb wszystkie nasze starania o likwidację reklamówek, foliówek, kubków jednorazowych i plastikowych naczyń. Ledwo zaczęliśmy się drobnym kroczkiem przymierzać do zmniejszenia ilości zużywanego przez nas plastiku, ledwo wymyślono talerze z otrębów i torebki z ości dorszy, zaczęliśmy od pierwszego dnia kwarantanny zużywać więcej plastikowego badziewia, niż kiedykolwiek w czasach wszechwładzy foliówki w sklepie.
EU chciała wprowadzić od roku 2021 zakaz sprzedaży wszystkich produktów jednorazowego użytku wykonanych z tworzywa sztucznego.
I co?

Gdańsk. Otwarte zakłady fryzjerskie po zniesieniu obostrzeń związanych z pandemią koronawirusa.
Nz. Salon Fryzjerski Piotr Kunderak Hair (https://www.gdansk.pl/wiadomosci/fryzjer-znowu-otwarty-pierwszy-dzien-dzialalnosci-salonow-oczami-ich-wlascicieli,a,171356)