Spotkania z Księciem Ciemności 5

Ksawery Kopański

Jam jest Książę Ciemności! Książę zachowuje się jak… Książę. Przychodzi kiedy chce: czasem dołącza do mnie i do Kropki na podwórku podczas spaceru, innym razem czeka na korytarzu. Zostaje, jak długo ma ochotę: nieraz zaledwie parę minut, kiedy indziej kilka godzin; zdarzyło mu się już nawet, raz czy drugi, spędzić u nas noc. Wychodzi, gdy uzna to za stosowne: dumnie kroczy wtedy w kierunku drzwi, dając wyraźnie do zrozumienia, że wizyta skończona.

Robi, co chce. To pobawi się z Kropką, to znów pomizia z moją Żoną.

Jednego dnia rozrabia, próbując na przykład usilnie ściągnąć ze stołu obrus: najlepiej ze wszystkim, co na nim leży. Kiedy indziej refleksyjnie układa się pod tymże stołem. Lub na fotelu. Albo na wypranych ubraniach, które właśnie ściągnąłem z suszarki i na chwilę zostawiłem w kącie, przed ułożeniem ich w szafie.

Całe mieszkanie traktuje jako swe książęce włości. Wszędzie czuje się u siebie. I w prawie.

 

Generalnie: czuje się świetnie.

I, trzeba to uczciwie przyznać, świetnie też wygląda.

Od ponad dwóch lat, na mocy świadomej i wspólnej – żoninej i mojej – decyzji, nie mamy w mieszkaniu telewizora. Po każdej z wielkoksiążęcych wizyt upewniam się w słuszności takiego wyboru. Telewizor? A po co? Oto lepsze theatrum. Czyż nie?

Warto jakoś utrwalić te chwile, bo niewątpliwie są tego warte. Takie chwile bowiem stanowią o smaku życia. Uważność na to, co ważne (ładnie mi się powiedziało) powoduje, iż to życie nie przecieka między palcami. Telewizja? A idźcież z nią do cholery! Co innego literatura. No, powiedzmy: wprawki literackie. Wprawki do czegoś, co skądinąd nigdy nie powstanie. Wprawki na własny użytek, bo i tak nie dorównam Mistrzom. Do pisania o Księciuniu zainspirowała mnie niedawno wydana książka, autorstwa Tadeusza Konwickiego (ściśle rzecz biorąc, to kompilacja Jego tekstów z różnych dzieł): Iwan Konwicki, z domu Iwaszkiewicz. Iwan jest chyba najsłynniejszym kotem polskiej literatury. Książę Ciemności mu nie dorówna, jak i moje wprawki nie dorównają frazom Wielkiego Wilnianina. Ale, jako się rzekło, na własny użytek, by wzmóc doznawanie codzienności i utrwalić jej ulotne smaki – wystarczy.

Marzy mi się jeszcze jedna rzecz. Coś, co by sprawiło, iż moja satysfakcja byłaby pełna. Książkę Tadeusza Konwickiego zilustrowała pięknie jego córka Maria. Ja nie mam córki, a za rysowanie sam się na pewno nie zabiorę: są przecież jakieś granice żenady; wystarczy, iż piszę. Ale gdyby któryś/któraś z Szanownych Czytelników/Czytelniczek obdarzonych plastycznie (lub mających tak obdarzonych Przyjaciół) chciałby/chciałaby się tego podjąć… Nieprzypadkowo tak bogato wyposażyłem dzisiejszy tekst w fotografie: może okażą się inspiracją? Poza dozgonną wdzięcznością i uściskiem spracowanej ręki Autora stawiam wystawny (znów ładnie mi się powiedziało) obiad – w Berlinie lub gdziekolwiek indziej –
i dorzucam własne przy nim towarzystwo! Technika, konwencja, styl nieważne. Warunek jest jeden. Poza Księciem na ilustracjach musi pojawić się też Kropka. Bez niej wizyty Czarnucha nie mają bowiem sensu.


Od Adminki: okładka i wpis o książce o Iwanie TU

Tibor. Rysunki, wiersze, tłumaczenia

Tibor Jagielski

momente

leyla (azubi)
erzählt in der pause
über schönheit ihrer heimat kenia (gorillas im nebel u.s.w.)
– ich bin eine giraffe –  schaltet sich die  jackie (schichtleiterin) ein
– brauche nur 4 stunden schlaf!
– du blöde kuh – denke ich
beisse die zähne zusammen
und schweige

Walter Kempowski (spolszczył Tibor Jagielski)

Wdrapałeś się do ucha
a w oczach słyszysz,
co twoje uszy widzą.
Statek widzisz od dołu,
a ptaki z góry.
Stempel podsumował wszystko.
X
Ins Ohr hast du dich verkrochen,
und in den Augen hörst du,
was deine Ohren sehen.
Das Schiff siehst du von unten,
die Vögel von oben.
Das Stempel hat alles zusammengefaßt.
Ucho przy ścianie.
Usłyszałeś cień,
kiedy przemykał.
Czy to było westchnienie?
Czy to był daleki krzyk?
X
Das Ohr an der Wand.
Du hörtest den Schatten,
als er vorüberglitt.
War es ein Seufzer?
War es ein Schrei weit weg?
Rzadkie dni światła,
wiatr potrąca harfę krat:
aż do judasza w drzwiach!
Zimno go nie powstrzyma.
X
Seltene Tage des Lichts,
Wind streicht durch die Harfe des Gitters:
bis an die Lupe der Tür!
Kälte hält ihn nicht auf.
To były wakacje!
Krzyki ponad falami
i trawa na wydmach tnąca w stopy.
X
Chętnie wspominasz burze,
porwany brezent.
Piasek w oczach.
Synem i ojcem byłeś jednocześnie.
Trzymałeś się sam za rękę.
X
Das waren Ferien!
Das rufen über den Wellen,
und Strandhafer schnitt in die Füße.
X
An das Gewitter denkst du gern,
an die gerissenen Planen.
An Sand in den Augen.
Sohn warst du und Vater zugleich.
Du hieltest dich selbst an der Hand.
Nad tobą siorbią,
a pod tobą maszerują.
Raz zawołałeś.
ale odpowiedzi nie było.
X
Über dir schlurft es,
und unter dir wird marschiert.
Einmal hast du gerufen,
doch eine Antwort kam nie.
Walter Kempowski (1929 – 2007)

z cyklu: “Langmut (Wytrwałość)” (2009)

był czlonkiem niefomalnej grupy bedacej w opozycji do hitlerjugend i hitleryzmu w ogóle
nastepna zaraza wsadziła go tutaj
https://de.wikipedia.org/wiki/Justizvollzugsanstalt_Bautzen
na ćwierc wieku, ale trzy lata po śmierci bat’ki – jak wielu innych ułaskawiony; dyrygował chórem więziennym

Coś się dzieje, nie wiadomo co

Redakcja

Do redakcji dotarł pewien list otwarty, adresowany jednak wcale nie do Ewy Marii i Przyjaciół tylko… Ale to zaraz, trzeba bowiem zacząć od pewnego wyjaśnienia natury ogólnej.

W roku 2019 w polskich placówkach dyplomatycznych dało się zaobserwować niespodziewane, niekiedy z dnia na dzień, i nie wyjaśniane odgórnie zwolnienia ambasadorów. Kijów i Tokio, o których za chwilę, to nie jedyne takie przypadki. Ciekawe, że zwolnienia dotyczą dyplomatów, którzy zostali mianowani już za czasów rządów PiSu, ambasadorów spoza podwórka PiS, których Ministerstwo Spraw Zagranicznych zaprosiło do pracy jako ekspertów. Niestety, słowo “ekspert” po raz kolejny okazało się dla pisowskich urzędników wrednie niewygodne, zapewne dlatego że sami eksperci okazali się “zasobem ludzkim” za słabo podatnym na naciski z góry.

A zatem list…

Błędne mapy (nie ma Baratarii)

Wiadomo Komu w podziękowaniu za wieczór filmowy i film

Ewa Maria Slaska

Obejrzałam film Błędne mapy w reżyserii Szymona Uliasza na podstawie scenariusza Magdaleny Barbaruk, kulturoznawczyni, zajmującej się współczesnym trwaniem dziedzictwa Cervantesa
i nowymi obliczami donkichotyzmu. Film został wyprodukowany już kilka lat temu, po hiszpańsku i po polsku, w ramach projektu badawczego realizowanego dla Narodowego Centrum Nauki. Niestety mimo iż film był sponsorowany przez NCN, a od czasu jego produkcji minęło już siedem lat, nadal nie ma go na youtubie, w cda i na zalukaj.

Szkoda. Opowiem więc wam o tym filmie.

Autorzy wyszli od pierwszego zdania powieści: W pewnym miejscu w La Manchy, którego nazwy nie chcę pamiętać… „W pewnym miejscu”, czyli właściwie gdzie? Od dawna wiele miejscowości w tym regionie Hiszpanii pretenduje do miana „tego miejsca”. Twórcy filmu postanowili to wyjaśnić.

Film jest esejem antropologiczno-kulturoznawczym. Jego twórcy wędrują po La Manchy w poszukiwaniu Don Kichota, próbując powtórzyć słynną podróż literacką zrealizowaną w trzechsetlecie powieści Cervantesa (1905) przez Azorína, którą nazywa się “starą trasą Don Kichota”. Polacy wędrują już jednak po “nowej trasie”. Spotkane przez ekipę filmową postaci, obserwowane wydarzenia (np. Madryt podczas strajku śmieciarzy) stają się okazją do zaktualizowania wzorca podróży sprzed stu lat. Za stolicę nowej trasy, która powstała z okazji czterechsetlecia powieści (2005), uznać można prowincję Ciudad Real, gdzie do 2012 roku zapowiadano utworzenie „Królestwa Don Kichota” i zbudowano lotnisko „Don Kichota”. La Mancha z miejsca tranzytowego miała stać się regionem docelowym setek tysięcy turystów. W obliczu idei budowy gigantycznego parku tematycznego, opartego na figurze błędnego rycerza, spór o to, gdzie leży prawdziwe un lugar de la Mancha nabrał nowego sensu. Podróż stała się również refleksją nad przemianami krajobrazu La Manchy – nie ma już bowiem krajobrazu, który widział Cervantes i po którym wędrował jego bohater. Więc już z góry wiadomo, że nie da się wędrować po śladach Don Kichota. Podobnie jak tak naprawdę nie ma Baratarii, bo baratarystyczna wędrówka prowadzi przez obszary psychologii. Stąd specjaliści w dziedzinie marketingu wymyślili hiszpański narodowy Disneyland  – Królestwo Don Kichota i Park Rozrywki.
***
Ale mimo to wciąż ktoś szuka miejsc, które zdaniem Cervantesa odwiedzili Don Kichot i jego giermek. Kilka lat temu na trasę ruszyli Aron Moses i jego ojciec. Zaczęli za Madrytem. Przeszli tysiąc kilometrów. (Kto zna niemiecki może zajrzeć TU.)
Ale i oni nie dotarli do Baratarii. I… w swej relacji nie zamieścili żadnej mapy 🙂

Mapę znajdę dopiero na oficjalnej stronie rządowej, promującej Hiszpanię.
Trasa obejmuje następujące etapy:

Dzień 1. Alcala de Henares (miejsce urodzin Cervantesa)
Dzień 2. Madryd
Dzień 3. Esquivias – Toledo
Dzień 4. Consuegra – Alcazar de San Juan
Dzień 5. Campo de Criptana – El Toboso
Dzień 6. Argamasilla de Alba – Ossa de Montiel – Villa Nueva de los Infantes
Dzień 7. Ciudad Real – Almagro

Tata i syn Mosesowie zaczynają od wędrówki przez mesetę, bezdrzewną równinę Hiszpanii, świetnie znaną każdemu, kto kiedyś szedł trasą francuską do Santiago de Compostela. Nie tłumaczę opisu ich wędrówki, jest za długi, ale postaram się w skrócie opowiedzieć o ich trasie.

Już z daleka widzimy Toledo, kościoły i domy na wysokiej skale nad Tagiem. Cervantes uważał, że Toledo jest najpiękniejszym miastem hiszpańskim. Być może dlatego cała historia Don Kichota zaczyna się właśnie tu, na targu w Toledo, gdzie narrator kupuje od pewnego młodzieniaszka zapisane po arabsku szpargały, które okazują się ni mniej ni więcej, tylko historią Don Kichota napisaną przez niejakiego Sidi Haméta Benengelíego. Narrator jest więc zaledwie tłumaczem.
Na południe od Toledo Mosesowie powędrują przez la Manczę. To arbskie słowo al-Mansha, które oznacza “suchy kraj”. Latem jest to rzeczywiście archaiczny suchy kraj, podzielony na czerwone i brunatne  kwadraty pól. Na wzgórzu w Consuegra fotografują jedenaście wiatraków, które są prawdziwym cudem techniki, jaki Arabowie zostawili w spadku Hiszpanom. Podobnie jednak jak nie wiadomo, w jakim miasteczku w la Manczy zaczyna się opowieść o Don Kichocie i skąd obaj, on i jego giermek, pochodzą, tak nie wiadomo też, które zachowane jeszcze z czasów Cervantesa wiatraki, stały się wyimaginowanymii wrogami błędnego rycerza. Może właśnie te? Nieważne, ważne że już na zawsze weszły do historii kultury, stając się symbolem wszystkiego, z czym kiedykolwiek przyszło walczyć idealistom.

Wiele scen powieści rozgrywa się w oberżach i zajazdach – w La Manchy niemal w każdym miasteczku można więc zobaczyć blaszane sylwetki Rycerza o Smętnym Obliczu i jego giermka. Tak też jest w Puerto Lápice. Wg powieści tu właśnie, w “Venta de Don Quijote”, Don Kichot został przez złośliwego oberżystę pasowany na rycerza, stoczywszy jednak najpier zaciekłą walkę z bukłakami czerwonego wina.

Wzorem Don Kichota i Sancho Pansy Mosesowie często gęsto śpią na świeżym powietrzu, czasem jednak korzystają z gościny w pensjonatach. Pewnego dnia docierają do Villanueva de los Infantes, małego miasteczka, pełnego domów z czasów reneansu i baroku, jednogo z tych, skąd pochodzić miał błędny rycerz. W Ruidera, gdzie kilkanaście jezior rozciąga się jedno za drugim schodzą do podziemnego labiryntu jaskiń, w którym zbłąkali się też 400 lat temu nasi bohaterowie. Don Kichot wierzył, że znalazł tam kryształowy pałac i spotkał bohaterów legend o Królu Arturze.

W Argamasilla de Alba, w podziemnym więzieniu miał spędzić jakiś czas nie tyle nasz chudy szaleniec, ile sam autor opowieści o nim. Podobno wtedy właśnie zaczął pisać tę historię. Mieszkańcy wioski i pracownicy muzeum wierzą bez zastrzeżeń, że tak właśnie było. Podobno nie ma na to żadnych dowodów. No i co? Idźcie do muzeum, zobaczcie stół, krzesło, kamienną ławę przykrytą matą słomianą, obejrzyjcie, jak przez małe okienko wpadają promnienie słońca i oświetlają stół. Jeszcze macie wątpliwości, że to tu? Doprawdy jesteście niepoprawnymi realistami, jak owi historycy, przykuci do skały dokumentu i dowodu, a całkowicie pozbawieni fantazji.

El Toboso, miasto Dulcynei, wędrowcy uważają z jedno z najpiękniejszych miasteczek La Manczy. W El Toboso mieszkała przed ponad 400 laty Ana Zorca de Morales, z którą Cervantes przeżył podobno gorącą hiszpańską miłostkę. Jej dom to kolejne muzeum na trasie: “Museo Casa Dulcinea”, a parę ulic dalej można jeszcze odwiedzić “Biblioteca Cervantina” – zbiór dzieł sztuki, wydawnictw, karykatur oraz ponad 300 wydań książkowych w 50 językach, w tym po galijsku, arabsku, chińsku, persku, hebrajsku i esperanto. W księdze gości znajdują się podpisy znamienitych osobistości, króla Juana Carlosa, Margaret Thatcher, Ronalda Reagana, Richarda von Weizsäckera i Paula von Hindenburg. Franco, Mussolini i Hitler też się tu wpisali.

Pewnego popołudnia wędrowców zaskakuje burza. Całkowicie przemoknięci spotykają na drodze Frederica, starego wieśniaka z krzywym wąsem, w połatanym kaszkiecie na głowie. Frederico oferuje im nocleg w starej szopie, a potem przynosi im dzban wina i kolację – pieczonego kurczaka z kartoflami. Burza się skończyła, przez ciemne chmury prześwituje wieczorne słońce.

W zamku Belmonte Don Kichot stoczył pojedynek z rycerzem luster, a trasa prowadzi Mosesów dalej, przez pola wyschniętych słoneczników i porośnięte sosnami wzgórza do casas colgadas, wiszących domów w Cuenca. Dalej przez góry i wąwozy docierają do Ocana i Aranjuezu. To miasto letnich rezydencji hiszpańskich królów, malowniczo rozsianych nad brzegiem Tagu. Ani Ocany ani Aranjuezu nie ma na oficjalnej propozycji trasy Don Kichota. Ale co tam, każda trasa i tak doprowadzi wędrowca do  Madrytu i na Plaza de Espana, gdzie stoi wspaniały pomnik Cervantesa i jego błędnych bohaterów.

Tu się zaczyna albo tu się kończy każda wędrówka po błędnych trasach błędnych rycerzy.

PS. Gdy szukałam w internecie wspomnianego na początku filmu, ze zdumieniem stwierdziłam, że istnieje w sieci cała subkultura błędnych map – błędnych celowo i przez przypadek.

Powrót barda

Piękna dziś data, prawda? 02.02.2020
Zobaczcie TU
Ponadto jest to 33 dzień roku i do końca roku pozostały 333 dni

Kiedyś pisał tu co miesiąc, potem stał się bardem opozycji i zniknął, teraz wraca. Za pierwszy z opublikowanych poniżej wierszy dostał wczoraj, po raz kolejny zresztą, jak to sam określił, “bana na Facebooku”. Poczułam, że nie mam wyjścia, muszę poprzestawiać zaplanowane wpisy i natychmiast zamieścić te wiersze.

Roman Brodowski

Taka sobie polityczna rymowanka

Może ktoś mi głupiemu wyjaśni
Może ktoś mi zrozumieć pomoże
Jak to jest że nad naszą Ojczyzną
Kaczor krąży nie polski zaś orzeł.

W Sejmie PiSu czcigodni posłowie
Uczą nowych zasad konwersacji
Język płynąć ma prosto z rynsztoka
Mowa kłamstwa pomówień dewiacji

W rządzie także są sami kaczyści
Klub wzajemnej siebie adoracji
Rządzą w imię swej części narodu
Uwalniając ich z pęt demokracji.

Obiecują więc dają… na krechę
Pięćset plus dotacje socjalne…
Choć z pustego Salomon nie nalał
Oni leją – cud Tadka? – normalne?

Poza Sejmem też nowe zwyczaje
Faszyzm śmiało kroczy do wielkości
Krzyże w dłoniach różańce na szyjach
Wartko płyną słowa kat kaczo – miłości.

Może ktoś mi głupiemu wyjaśni
Bo zrozumieć nie potrafię tego
Skąd się biorą jednostki społeczne
Które mówią być z PiSem? – nic złego

Berlin 24.01.2019

A teraz kolejne wiersze już z tego roku, ale też jeszcze z ubiegłego.

To tylko sen

Przebudziłem się ciszą
Niby w domu a bezdomny
Odziany w wolność słowa
Krzywego zwierciadła prawd

Ruszyłem w ponad światy
Do ziemi bogatej w jutro
Do nowych lepszych idei
Do wspólnoty bez wad

W gniazdach bogobojnych
Plaga fałszywej miłości
Rozpoczęła kolejny już akt
Ojczyźnianej tragedii jutra

Przebudziłem się płaczem
Przodków czasem pokorny,
Głosem przestrogi wnętrza.
Pamięcią proszącą o trwanie

Berlin 07.01. 2020

Hobbysta

Wczoraj kupiłem
Czyjeś sumienie
Prawie za bezcen
Jak zużyty stary łach

Leżało przecenione
W starym koszu
A na nim napis
Towar przeterminowany

Zbędny przedmiot
A jednak to smutne
Powiedziałem ciszy
Podnosząc nabytek

Jak szalony zbieram
Sentyment wartości
Człowieczego “wczoraj”
Na pokarm filozofii

W mojej kolekcji
Jest wiele homo nihil
Pordzewiała prawda
Namiastka empatii

Jest zużyta tolerancja
I starcza życzliwość
Do oddania młodym
Jako relikt przemijania

Lecz nikt nie chce
Dziwny świat z lamusa
Stał się niemodny
Dla karłowatej pustyni

Dziś niepotrzebne
Zwierciadło bożych łask
Dobro tonie w rynsztoku
A przed nami?…. “lepszy” czas.

Berlin 09 .11. 2019

Na zawsze Ona

Odnalazłem poszarzały
Obleczony w przeszłość
List zapisany strofami
Młodzieńczego patosu

Kilka prostych rymów
W Intymności serca
Romantycznej duszy
Na przedsionku trwania

Odnalazłem czas miłości
Odziany w tęsknotę
Jęczącą pokorą wnętrza
I to pytanie – Dlaczego?

Tylko Jej uśmiech wędruje
W mroku przemijania
Moja wielka… no właśnie
A zegar wybija kolejny rok.

Berlin 22. 06. 2019

A w nowym roku inaczej

Obiecałem Ojczyźnie i sobie
Że się w nowym roku zmienię
Bo i szronu przybyło na głowie
I społecznie mniejsze przyzwolenie

Dziś po latach walki z PiS dyktatem
Walki w sprawie polskiej Konstytucji
Zrozumiałem czego chce nasz naród
Kasy, wódy, politycznej prostytucji

Znów historia zatoczyła koło
Kiedyś były “Bar” i była “Targowica”
A obecnie? – sorty – lepszy, gorszy
Władza PiSu dyktator ulica

Niepotrzebne są moim rodakom
Praworządność jedność demokracja
Dla nich ważne są treści z ambony,
Polityka dyktatu populizm dewiacja

Żal mi naszej polskiej tożsamości
Krwi ofiary przodków naszych…
Dziś historię nową pisze PiSu władza
Dumnie kroczy nacjonalizm faszyzm

Obiecałem Ojczyźnie i sobie
Że się w nowym roku zmienię
Gaśnie we mnie dusza romantyka
Pozostają: gorycz i oczu łzawienie

Berlin, Grudzień 2019

Moja Żoneczka

Moja Żoneczka jak przed laty,
Gdy ją ujrzałem po raz pierwszy
Uśmiechem kusi mnie codziennie
Więc nie żałuję dla niej wierszy

Z ochotą biorę pióro w dłonie
W myślach przytulam mą Liluszkę
I piszę strofy…. tylko dla iej
Ona jest moim dobrym duszkiem

Światełkiem w mroku mego życia
Lekarstwem na jesienny smutek
Płomieniem w czasie niepogody
I zbiorem najpiękniejszych nutek

Jest taka sama jak przed laty
Gdy ją ujrzałem tam… na kresach
Wierny Towarzysz na czas słoty
Który pociesza i rozgrzesza

Berlin 13. 04. 2019

Apokryf XXXVIl

Wiatr znów nam
Wieje ze złej strony
Znów nie tę prawdę
Purpura sprzedaje
Zmienia się wiara
Zmienia przeszłość
Płyną złowieszcze
Chmury nad krajem

Na horyzoncie
Armia zbawienia
Czeka na wiernych
Miecza i krzyża
Dzwony na alarm
Biją żałośnie
Lecz nikt nie wierzy
Że mrok się zbliża

Kroczy przed siebie
„Pierwiastek“ ludu
Z hasłem na ustach
„Bóg, honor, Ojczyzna“
A dla mnie słowa
Dumne, szlachetne
W tym towarzystwie
Brzmią jak „obczyzna“

Nie ma tam Boga
Gdzie nienawiść kwitnie
I nie ma honoru
Gdzie kłamstwo zwycięża
A Ojczyzna umiera
Gdy język wspólnoty
Miast mową przyjaźni
Jest językiem węża

Berlin, wrzesień 2019

Sąsiedzi 6

Teresa Rudolf

Filomena i ten uśmiech…

Filomena weszła do swego mieszkania, kompletnie zdezorientowana po przypadkowej,  niespodziewanej wizycie u Pani Klary.
– U licha, przeciez nie cierpiałam tej kobiety od lat, nigdy nie rozmawiałyśmy wcześniej, a tu teraz jest tak, jakbyśmy się od lat znały – myślała – mało tego, mamy nawet coś ze sobą wspólnego, chociaż to kompletnie inna generacja.
Mąż Klary też czasem mówił do niej “Mona-Lizo”, jak i ten mój Franz do mnie.
Ale u niej to tak jakoś wszystko było romantyczno-dramatycznie, kochali się, a ona po jego śmierci do dziś jest tylko z nim, na każdym kroku. Prawie ogladam się, będąc u niej, czy aby on nie wyjdzie gdzieś do nas z balkonu, lub z kuchni.

Tak rozmyślając, Filomena siadła przy maleńkim stoliku, w małym pokoju. Zapaliła papierosa, który miał być znów ostatnim, tak jak to się działo od dwóch lat. Założyła nogę na nogę, włączyła radio i słuchając jakiejś sentymentalnej muzyki zatonęła, w gorzkich  wspomnieniach.
Franz (tak kazał na siebie mówić, po powrocie z Niemiec, po pięciu latach pobytu) na ogół kojarzył się jej teraz, dziesięć lat od rozstania, jak najgorzej.
Poznała go w podróży, stojąc na korytarzu pociągu linii Warszawa-Wrocław. Było tak  tłoczno, że nawet konduktor zrezygnował z przebijania się przez ten tłum.
Nadepnęła mu na nogę, zaklął siarczyście,  po polsku i po niemiecku, ale później jednak  przeprosił:
– Ach, zabolało, ale nie powinienem być tak ordynarny, bardzo Panią przepraszam, wie Pani, ból na ogół nie jest salonowy, jest albo bardzo wulgarnym, albo tchórzliwym fenomenem, czyli albo klnie, albo się modli. Jeszcze raz przepraszam, mogę to Pani jakoś wynagrodzić, może kawa, po wyjściu z tego, tutaj piekła?
Nagle pociąg  znów tak ostro przyhamował, że Franz zachwiał się z całej siły i teraz to on nadepnął na stopę Filomeny, a ona zaklęła jak robotnik na budowie, głęboko przekonany, że nikt go nie słyszy.
I dodała – Na razie klnę, bo tak to boli i tak zostanie, a modły zostawię Panu, bo chyba  zaraz oddam…
W tym momencie zaczęli się oboje tak  śmiać, że zarazili innych pasażerów, przylepionych do nich ciasno w tłoku…

Franz był wtedy bardzo czarującym brunetem, jak i ona w wieku około 40 lat.
Na poczekaniu miał slogany, dowcipy, cytaty, no i nie odrywał od niej wzroku, kiedy znaleźli się już na tej zapowiedzianej kawie.
Restauracja średniej jakości, niedaleko dworca, nagle stała się dla niej najpiekniejszą, najromantyczniejszą, jaką w tym mieście znała.
Ciągle mówił: – Pani będzie moją Moną-Lizą, ten uśmiech… Znów sobie przypomniała,  co opowiadała dziś Pani Klara i pomyślała, czy ci faceci naprawdę muszą wszyscy być tacy sami, tacy banalni???…
Ale z drugiej strony, nigdy wcześniej nikt do mnie tak nie mówił, i poza Panią Klarą nie znam też i innej kobiety, którą by podobnie nazywano, dziwne bardzo…

Znów w myślach wyłonił się nagle, w całej okazałości, Franz…
Nie mogla opanować złości na samą siebie, za to, że kiedyś tak była nim zaślepiona.
Dla niego prawie natychmiast rzuciła pracę w banku wrocławskim, gdzie byla szanowaną, elegancką, kompetentną pracownicą, zajmującą się udzielaniem kredytów. Pracę swą lubiła i ceniła.
Franz po powrocie z Niemiec zamieszkał na stałe w Krakowie. Tam też ustabilizował się zawodowo. Był dyrektorem administracyjnym jednego z większych przedsiębiorstw naftowych.
Posiadał ogromne mieszkanie w centrum miasta, pięć minut od Rynku. Był singlem z odzysku, po  intensywnym “koszmarnym małżeństwie” z niejaką Krystyną.
No i los rzucił go pod nogi Filomeny.
Stwierdzili oboje, że takiego zbiegu okoliczności nie wolno ignorować, trzeba było brać natychmiast “byka za rogi”.
Więc najlepiej, gdyby bykiem zajęła się Filomena, rzucając wszystko we Wrocławiu, a on zajmie sie rogami, aby, rymując, przygotowć im grunt pod nogami.
Przypominała teraz sobie, jak zaczał wprowadzać ją w swoje, jak później stwierdziła, szemrane towarzystwo.
Wszędzie przedstawiał ją: Filomena, moja Mona Liza!
– No proszę, pomyślała ironicznie, spotkałam dziś drugą Monę Lizę i to w tym samym bloku, starszą ode mnie o ponad 25 lat!!!
Ale za czasów, gdy Klara była młoda, Mona Liza miała się dużo lepiej, była muzą, boginią, a nie jak ona sama później – zdzirą.
Zapłakała gorzko nad sobą, swą naiwnościa, i nad swą samotnością, teraz już nie do zniesienia.
No i co zrobił z moim życiem ten bandyta?
Mona Liza, psiakrew…

Spotkania z Księciem Ciemności 4

Ksawery Kopański

Ktoś zauważy: to nepotyzm. Odpowiadam: oczywiście. Inny zarzuci: kolesiostwo! Replikuję: jak najbardziej. Świadome. Z premedytacją.

Dzisiejsza opowieść skupi się na mojej ukochanej Suni. Ją dzisiaj docenię, Ją będę bezwstydnie publicznie promował i Jej przymioty pod niebiosa wynosił. Nie może być inaczej, bo bez Niej nie zaczęłaby się cała historia z Księciem Ciemności w roli głównej. Zaś bez Jej uroku nie byłaby ta klechda taką, jaka jest.

Bez samotności Kropki nie istniałaby bowiem potrzeba przyniesienia do domu na próbę małej, czarnej, futrzanej kuleczki: a nuż się polubią, zaprzyjaźnią? Zresztą i sama Kropka trafiła do nas krótko po swym urodzeniu, sześć i pół roku temu, jako osłoda i podpora starości Łatki. Łatka nie miała własnych dzieci, więc Kropkę potraktowała jak córkę. Przyjęła i wychowała. Były nierozłączne. A że istniało między nimi pewne podobieństwo, zwłaszcza dotyczące umaszczenia (przy tym Łatka była nieco większa) naprawdę wyglądały jak mama z córeczką. Cztery lata to trwało, aż Łatka – do dziś gardło i serce się ściskają, gdy sobie przypominam – krótko przed siedemnastymi urodzinami pobiegła niechętnie, wciąż oglądając się za nami, po tęczowym moście…

I tak Kropka została sama na długie dwa lata. Oczywiście: byliśmy Żona i ja, ale to przecież nie to samo.

Gdy więc koło domu zaczął się kręcić Czarnuszek, wpadłem na pomysł powtórzenia sprawdzonych rozwiązań. Do pewnego stopnia przynajmniej: jak wspominałem, nie było możliwości wzięcia Sierściuszka na stałe. Ale „na przychodne”? Czemu nie. I, jak również już pisałem, udało się. Przyjaźń kwitnie.

Właśnie… Czy słowo „przyjaźń” to dobre określenie na związek łączący Kropkę i Księcia? Jest w nim bliskość, jest czułość. Ale da się też zauważyć coś innego: Kropka okazuje wobec kotka dużą opiekuńczość. Zwłaszcza, jak zauważyłem dwa tygodnie temu, przy korytku. Pozwala mu się najeść, dba wręcz, by mógł to zrobić spokojnie.

Z jednej strony jest serdeczna, z drugiej jednak uczy nieraz moresu czarnego ancymonka i łobuza! Gdy skurkowaniec na przykład nadmiernie intensywnie tuli się do mojej Żony (a ukochanej Pani Kropki), albo gdy w zabawie staje się zbyt rozbrykany i niedelikatny, Kropka pokazuje ząbki i warczeniem przywołuje go do porządku. A on co prawda rezygnuje, odskakuje na kilkanaście centymetrów, uspokaja się. Ale żeby się szczególnie przejął, tym bardziej obraził? Skądże!

Gdybym chciał precyzyjnie określić charakter łączącej ich relacji, musiałbym chyba uznać, że to przyjaźń, ale szczególnego rodzaju, z domieszką czegoś więcej: Kropka do pewnego stopnia zachowuje się wobec Księcia jak mamusia. Lub raczej starsza siostra: kochająca, ale i wymagająca. I tak jest dobrze!

Wspomniałem, że Książę lubi się tulić do mojej Żony i z nią się miziać. A ze mną? Ze mną nie. Mnie traktuje, co ponoć dla kotów typowe, jako narzędzie do otwierania puszek i wykładania jedzonka do miseczki. Przyjąłem te warunki, kontentując się możliwością obserwowania kwitnącej kocio-psiej przyjaźni, jak i po prostu piękna czarnego futra oraz zielonych oczu.

Przyszło mi to tym łatwiej, że mam wsparcie w Kropce. Bo ona, jak to dla psów typowe, kocha głęboko, bezwarunkowo i czule. Zaś swe uczucia dzieli sprawiedliwie między Żoną a mną… i jeszcze dla kotka wystarcza.

Nie będę nawet próbował sportretować naszej wzajemnej miłości. Brak mi warsztatu, nie staje polotu. Uchwycić zachowania i wybryki kocurka to insza inszość – nie jest zbyt trudne. Ale opisać psie uczucia? To potrafiłby tylko mistrz. Mnie by wyszedł nieznośny banał. Powiem tylko, że jeśli chcecie coś z tego zrozumieć, szukajcie w oczach Kropki: tam wszystko jest. Tylko trzeba umieć patrzeć.

Zacząłem kilka tygodni temu swą opowieść deklaracją, iż jestem zaprzysięgłym psiarzem. Podtrzymuję.

KIG 115 (Reblog)

Ela Kargol

Tekst ze strony stowarzyszenia Städtepartner Stettin e.V. na FB / vom Fanpage des Vereins Städtepartner Stettin e.V. 

In Berlin und in Stettin / W Berlinie i Szczecinie

Vor 115 Jahren ist Konstanty Ildefons Gałczyński geboren, ein bekannter polnischer Dichter, der seine lyrischen Spuren sowohl in Berlin als auch in Stettin hinterlassen hat. Der Dichter arbeitete von 1931 bis 1933 als Kulturattaché bei der polnischen Botschaft in Berlin.

Er besichtigte Museen, unternahm viele Reisen und entdeckte für sich ein kleines Kabarett, nah am Potsdamer Platz.
“Die Katakombe” war ein politisch-literarisches Kabarett in Berlin, das von 1929 bis 1935 bestand.
Inge Bartsch, junge Schauspielerin und Sängerin, eine hübsche junge Frau mit roten Haaren, sang Tucholsky’s Texte: „du bist so stolz und fern, und hast mich doch so gern…”
Gałczyński war so beeindruckt, dass er über sie ein Gedicht verfasste, über sie und auch über den sich rasch entwickelnden Faschismus in Deutschland zu der Zeit.

Das ganze Gedicht ist unter diesem Link zu hören und zu sehen:
https://www.youtube.com/watch?v=3hlExHOrr_g…

Meine damals 15-jährige Tochter Helena nahm vor sieben Jahren an einem Projekt “Poesie verbindet” teil, wo sie das Gedicht rezitierte, durch Inge Bartsch’s Berlin schlenderte und in die 30er Jahre des letzten Jahrhunderts abtauchte.

Nach Stettin kam Gałczyński im Frühjahr 1948. Ihn beeindruckten die Magnolien, die gerade blühten, das neue Haus in Pogodno mit großem Garten und Veranda, auch die Straßenbahn, die vorbeifuhr, der Wind, der von der Oder wehte und… damals auch das neue Polen. Er schrieb:

Tutaj mój port, tu słońce mam na czole
i dom i sad i kota – nie do wiary!
Natalia na werandzie Kira w szkole.
A babci wchodzą sny pod okulary…

Hier ist mein Hafen, hier strahlt die Sonne auf meinen Stirn.
Und Haus und Garten und Katze – nicht zu Glauben!
Natalia auf der Veranda, Kira in der Schule
und Großmutter kriechen die Träume unter die Brillen.

Bevor er Szczecin nach einem Herzinfarkt verlassen hat, gründete er den Club der 13 Musen, der bis heute existiert.
In diesem Club wird jedes Jahr Gałczynskis Geburtstag gefeiert. Diesmal ist es der 115.

***
115 lat temu urodził się Konstanty Ildefons Gałczyński, poeta berliński i szczeciński.
W obu miastach nie zabawił zbyt dlugo, ale na tyle wystarczająco, żeby zostawić liryczne ślady. Berlińskim śladem oprócz słynnego „Balu u Salomona“ jest z całą pewnością „Inge Bartsch“ wiersz, nie tylko o pięknej Indze, której głosem i urodą poeta się zachwycił, ale też o rosnącym w Niemczech faszyzmie.

Inge Bartsch nie jest postacią wymyśloną, istniała naprawdę, była aktorką, piosenkarką. Poeta trafił pewnego dnia w Berlinie przy Placu Poczdamskim do kabaretu Katakombe. Na afiszu widniały dwa nazwiska: Kurt Tucholsky i Inge Bartsch. Inge o płomiennych włosach i drobnej sylwetce śpiewała niskim głosem „du bist so stolz und fern, und hast mich doch so gern…” Kabaret, który zapewniał, że jest apolityczny, takim nie był. Nie trzeba było długo czekać. W 1935 na wyraźny rozkaz Goebelsa kabaret zamknięto, a Wernera Fincka, jednego z założycieli aresztowano.
Gałczyński był już wtedy w Wilnie.

Potem była wojna, mobilizacja i cudem uniknięta śmierć w Kozielsku, obóz jeniecki w Niemczech, Kraków i w roku 1948 Szczecin.

Do Szczecina przyjechał wiosną w porze kwitnięcia magnolii. Zachwycony ukwieconymi drzewami, krzewami, wiatrem od Odry, domem na Pogodnie, i nową Polską, a nawet tramwajem „jedynką“, chciał tu pozostać na dłużej. Z żoną, córką i teściową.

Tutaj mój port, tu słońce mam na czole
i dom i sad i kota – nie do wiary!
Natalia na werandzie Kira w szkole.
A babci wchodzą sny pod okulary
Nad klombem ptaka cień przefrunął modry.
Grzmi w rękopisie moim epopeja.
Dobrze mi tu. I wieje wiatr od Odry,
odurzający i zwycięski jak nadzieja.

W Szczecinie powstał Klub 13 Muz, którego poeta, jak legenda głosi był założycielem. Klub działa do dzisiaj.
Urodziny Gałczyńskiego obchodzi się w klubie co roku. W tym roku Salon Artystyczny Seniorów „13 Muz” przygotował interpretacje wierszy poety. Panie recytowały, tańczyły, Zielona Gęś gęgała, szczecinianie bili brawo. Całości dopełnił pokaz filmu „Adresy Konstantego”, według pomysłu i scenariusza Marka Brzezińskiego, a… Konstanty, gdyby żył, może łagodniej spojrzałby na „Bożą krówkę” i nie dziwił się, że zimą jest ich coraz więcej.

Nasz autor Mieczysław Węglewicz spędził dzień 115 urodzin Gałczyńskiego w leśniczówce Pranie – zob. TU

KIG

Już rok temu, w rocznicę urodzin KIGa, autor przysłał mi wiersz. W tym roku wiersz (w nowej wersji) powrócił, a z nim opis urodzin w leśniczówce

Mieczysław Węglewicz

Urodziny poety

Jakie tajemne znaki
zwiastowały Polakom
dzielnym
że się narodzi Konstanty
poeta niebagatelny?
jak poznał lud i socjeta
że przyszedł na świat
poeta?
Nie anonse o niemowlętach
nie literackie gazety
nie blask
gwiazd
nie komety
to Wisła miała kolor zielony
pawie w królewskich
Łazienkach
rozkładały zielone ogony
to zorza była zielona
i atrament zielony podrożał
PS
Konstanty Ildefons Gałczyński urodził się w W-wie 23 01 1905 roku

Program imprezy urodzinowej
1. uwielbiać KIGa i czcić
2. opiewać gęś zieloną
3. śpiewać pieśni i wino pić
4. delektować się gęsią pieczoną

Leśniczówka z czerwonej cegły, porośnięta dzikim winem robiła wrażenie tajemniczej świątyni. Wejścia przed furtką strzegła drewniana gęś. Za furtką, druga gęś, zielona z brązu, na wysokim postumencie, witała przybyłych, szeroko rozpościerając skrzydlate ramiona. Pokornie weszliśmy na podwórze, z szacunkiem dla odchodzącego dnia. Wokół była cisza, chłód i szarość bezśnieżnej zimy. Zapadał zmierzch.
Na ławce przed drewnianym gankiem zjawił się po cichu jak leśny duch wielki, kudłaty kocur main coon.
Próbowaliśmy łasić się do niego, ale pozostawał obojetny na pieszczoty.
Uchyliły się drzwi i na ganek wyszedł wyrośniety czterdziestolatek w zimowej kurtce. Zaprosił przybyłych do leśniczówki. Na parterze w otwartym kantorku z biletami, książkami i pamiątkami, wsród kilku osób jest także pani Grażynka, zawsze uprzejma i pomocna. Droga wiodła po drewnianych schodach, które słyszą i czują każdy krok. Czasem nawet coś mówią skrzypiącym głosem.

Weszliśmy jako pierwsi do dużej izby na poddaszu z kaplicznymi rzędami krzeseł.

Przed pierwszym rzędem jak na ołtarzu stały dwie figury zielonych gęsi – duża i mała. Gęś i gąska. Mama i dziecko.

Z każdą minutą więcej i głośniej skrzypiały schody. Przybywało gości. Krzesła zostały zajęte. Niektórzy stali przy schodach. Wreszcie schody zamilkły. Natężała się cisza, niekiedy zakłócana powściągliwymi chrząknięciami.
I kiedy już wszyscy jakoś dojrzeliśmy do słuchania, poeta i dyrektor Wojciech Kass, podzielił się swoja dumą i pochwałami, że heroicznie przybywamy od sześciu lat na urodziny KIGa w Praniu.

Czysta przyjemność po naszej stronie, panie Wojciechu!

Gość honorowy 115 urodzin KIGa, pan prof. Piotr Mitzner (zdjęcie po prawej stronie), snuł ciekawą opowieść o życiu i twórczości ś.p. Jubilata, a my po cichu na huśtawce marzycieli sięgaliśmy w wyobraźni po tort urodzinowy, po herbatę i grzane wino, podane wkrótce podczas wspólnego ogniska.

Na koniec nad ognisko zleciałały się kiełbasy, które co raz to unosiły się dostojnie nad ogniem, to opadały bliżej żaru. Widowisko to obserwowali zgromadzeni wokól ogniska ludzie. Niektórzy wyglądali tak jakby kierowali ruchem kiełbas wzrokiem, u innych zaś widać było czarodziejskie różdżki.
Nocne powietrze, wilgotne i chłodne, nasycone było żywicznym kadzidłem.
Trwały czary…


Nasza autorka, Ela Kargol, pojechała na urodziny poety do Szczecina – zob. TU

Barataria jako ogólna teoria wszystkiego (lub coś w tym rodzaju)

Uczony baratarysta, fizyk, filozof, taboryta i pacyfista, który podjął postanowienie napisania doktoratu z Baratarystyki. Pierwszym krokiem będzie powołanie do życia festiwalu, katedry i księgi…

Marek Włodarczak (vel Tabor Regresywny) 

Festiwal

Żeby Nieistniejący Festiwal Literatury nabrał rozpędu, potrzebny jest napęd i dobre hamulce. Najlepszym napędem są pieniądze. Powiedzmy sobie szczerze, nikt nam ich nie da. Na szczęście jest trochę pieniędzy zakopanych na płycie byłego lotniska Tempelhof, nie mówiąc już o tych zakopanych na Wdzydzach. Co do hamulców, to im lepsze hamulce, tym więcej gazu można dodawać. Mam w domu taki hamulec i chętnie go zabiorę na festiwal.

Autor wyjeżdża do Berlina na zebranie założycielskie Nieistniejącego Festiwalu Literatury, który przeto zaistniał

Katedra

Moje spotkanie z prof. Feliksem Przybylakiem zapoczątkowała myśl, którą będę wielokrotnie powtarzał – nic nie zdarzy się w kulturze, dopóki coś nie wydarzy się w fizyce.
Spotkanie zaowocowało propozycją studiów doktoranckich na wydziale filologii germańskiej w zakładzie poetyki i przekładu. Mając za sobą wszystkie egzaminy, otwarty przewód doktorski i spory zbiór tekstów, odmówiłem formy pisemnej doktoratu, proponując formę ustną.
Profesor stwierdził, że nie ma nic przeciwko temu, ale uniwersytet tego nie przetrzyma. Często gdy przynosiłem mu jakiś tekst, powtarzał. Genialne, ale w tym instytucie nikt tego nie zrozumie. Nie brał pod uwagę szatni i Pani szatniarki. Zbiór tekstów, który opatrzyłem wspólnym tytułem „Na płonącej granicy poetyki i nauki” należy do Baratarystyki, dziedziny, której nie ma w wykazie kierunków i dyscyplin naukowych. Konstytucja dla nauki nie zostawia tu żadnej furtki. Ściśle wyznacza, co jest nauką, a co nie jest. To oznacza koniec Uniwersytetu jako otwartej wszechnicy. Właściwie robi z niego Wyższą Szkołę Zawodową. Jedyna nadzieja w szatni, tu nie ma żadnych ograniczeń, nie obowiązują żadne wykazy, co najwyżej regulamin szatni. Jeśli miałbym bronić doktoratu z Baratarii, to tylko w szatni. Szatnia jako ostatni bastion uniwersytetu.

NA PŁONĄCEJ GRANICY POETYKI I NAUKI, czyli Księga Wstecz

Promotor: prof. Feliks Przybylak
Akuszerka: Ewa Maria Slaska

Motto: Nic nie wydarzy się w kulturze, dopóki coś nie wydarzy się w fizyce.
Feliks Przybylak

Spis treści

1. Barataria, czyli Chatka Puchatka
2. Klątwa, czyli o sposobie egzekwowania prawa w Baratarii
3. Tokarczuk, czyli mandat
4. Ucieczka na Wyspy Szczęśliwe, czyli ciąg dalszy
5. Każdy kto (o coś) walczy, jest Don Kichotem, czyli o walce dobra ze złem
6. Barataria, czyli odjazd na Wyspy Szczęśliwe (próba)
7. Barataria, czyli Wyspy Szczęśliwe (wiersze)
8. Niebiańska Jerozolima, czyli kubatura kuli
9. Barataria 66 (reblog), czyli Historia świata wg EKSK