Z domowego aresztu (5)

Zbigniew Milewicz

Sprawa Cywińskiego

W czasach mojej wczesnej młodości, w tak zwanym porządnym, śląskim domu za niewinne słowo pierona, można było dostać w pysk. Dzisiaj szkrab jeszcze nie chodzi, ale słownictwo ma już takie, że nawet szewcowi więdną uszy. Nie ma się co dziwić, klną na potęgę rodzice, ludzie z pierwszych stron gazet, internauci, nie tylko lumpy, i nikt ich za to pod żadnym publicznym pręgierzem nie stawia, a jak już trafi się czasem jakiś językowy lub moralny kaznodzieja, to go w społecznościowych mediach wyśmieją. Schamieliśmy jako naród, elity nam w czasie wojny wyrżnięto, z ocalałymi rozprawił się stalinizm, nie było od kogo uczyć się dobrych manier. Oczywiście upraszczam i narażam się na zarzut efekciarstwa, ale właśnie od niego zaczyna się ta historia, o której kiedyś opowiedział mi Tadzio Dyniewski, mój starszy kolega po piórze z katowickiego Wieczoru.

Ustawa o ochronie imienia Józefa Piłsudskiego, rzetelnie opisana również w Wikipedii, weszła w życie dnia 7 kwietnia 1938 roku. Miała zapobiegać naruszaniu czci zmarłego Marszałka i Naczelnika Państwa i była przejawem jego kultu w obozie rządzącym. Za uchybienie tej literze prawa groziła kara więzienia do lat pięciu. U podstaw obowiązującej ustawy leżała tak zwana sprawa Cywińskiego. Historyk literatury i docent Uniwersytetu im. Stefana Batorego, a zarazem dziennikarz, Stanisław Cywiński w recenzji propagandowej książki Melchiora Wańkowicza COP – ognisko siły*, opublikowanej 30 stycznia 1938 roku w endeckim Dzienniku Wileńskim, zawarł m.in. takie sformułowanie:

Wańkowicz /…/ daje szereg żywych obrazków tego, co widział, no i czego nie widział, ale co ma podobno powstać w czasie najbliższym, w tym sercu Polski, zadając kłam słowom pewnego kabotyna, który mawiał o Polsce, że jest jak obwarzanek: tylko to coś warte, co jest po brzegach, a w środku pustka.

Rzekomym kabotynem, czyli efekciarzem, liczącym na tani poklask, był ś.p. Pierwszy Marszałek II RP, tutaj nawet nie wymieniony z imienia i nazwiska. Wileńska cenzura dopuściła recenzję do druku i dopiero anonimowy autor, w artykule p.t. Plugastwo słowa, opublikowanym 13 lutego 1938 roku, w dwutygodniku Naród i Państwo, wskazał, że recenzent obraził Józefa Piłsudskiego. Kiedy tekst dotarł do inspektora polskiej armii w Wilnie, gen. Stefana Dąb-Biernackiego, ten wiedział, co należy do jego obowiązków. 14 lutego wieczorem grupa podkomendnych generała, w stopniach majorów i pułkowników złożyła wizytę w mieszkaniach Stanisława Cywińskiego oraz Aleksandra Zwierzyńskiego, naczelnego redaktora Dziennika Wileńskiego i Zygmunta Fedorowicza, jego zastępcy. Cała trójka została brutalnie pobita i skopana. Zwierzyńskiego i Fedorowicza nie było w domach, dostali swoje w redakcji, przy okazji ucierpieli też inni pracownicy gazety. Pomieszczenia redakcji zostały zajęte przez policję, a wszystkich trzech aresztowano, z oskarżenia o zelżenie Narodu Polskiego poprzez użycie obelżywego epitetu pod adresem jego Marszałka.

W Wilnie, w obronie aresztowanych, wyszła na ulice młodzież, a cała sprawa szybko trafiła pod obrady sejmu. Już 17 lutego jedna z posłanek z okręgu wileńskiego wystosowała interpelację do rządu, w której potępiła protesty młodzieży i zapytała, co władze mają zamiar uczynić z tą obrazą majestatu. W podobnym tonie zareagował Senat, senator Władysław Malski stwierdził:

[…] Honor służby nakazuje nam reagować bez względu na to, kto, gdzie i jak uwłacza imieniu Komendanta. Nie jest istotą czy mniej bili czy dużo bili […] reagować będziemy bez względu na to czy wymiar sprawiedliwości będzie działał sprawnie, czy mniej sprawnie. Serca nasze i honor żołnierski każą nam reagować natychmiast.

Rząd zajął się tematem może nie tak szybko, jak pułkownicy generała Biernackiego, ale już 15 marca przedłożył sejmowi projekt ustawy o ochronie imienia wybitnego wilnianina, która została przyjęta w trybie natychmiastowym i jednogłośnie. Kilka dni później przegłosował ją senat. Weszła w życie, lecz wobec Stanisława Cywińskiego nie mogła być zastosowana, zgodnie z zasadą, że prawo nie działa wstecz. Mógł być osądzony jedynie na podstawie przepisów obowiązujących w chwili rzekomego popełnienia czynu, czyli za przestępstwo publicznego zelżenia bądź wyszydzenia Narodu lub Państwa Polskiego, za które paradoksalnie groziła niższa, niż w przypadku ustawy, kara więzienia do lat trzech. Otrzymał najwyższy wyrok, ale Sąd Apelacyjny zmniejszył go do 18 miesięcy pozbawienia wolności, z czego szczęśliwie odsiedział tylko pięć.

Tadziu Dyniewski pisał w tygodniku Tak i Nie o archiwalnej sprawie Józefa Mrukwy ze wsi Studzionka, koło Pszczyny, który podpadł pod ustawę. Aresztowano go za opowiedzenie dowcipu o Piłsudskim i żartobliwe porównanie polskiego i niemieckiego potencjału militarnego, ale był to już marzec 1939 roku. W maju sprawa została skierowana do Sądu Okręgowego w Katowicach, Mrukwa miał odpowiedzieć za uwłaczanie czci Józefa Piłsudskiego i rozpowszechnianie fałszywych wiadomości, mogących osłabić ducha obronnego społeczeństwa. Mrukwa był prawdopodobnie jednym z niewielu Polaków, którzy powitali wybuch wojny z radością, bo do skazania już nie doszło. Poza jego sprawą ustawa została uruchomiona jeszcze tylko raz na przestrzeni ponad 30 lat jej istnienia. Tym razem zapadł prawomocny, skazujący wyrok; przed Sądem Okręgowym w Toruniu stali Zygmunt Felczak, redaktor Obrony Ludu i Kazimierz Klimczak, rysownik pisma, oskarżeni o obraźliwy artykuł i grafikę pod adresem Marszałka i prezydenta Ignacego Mościckiego, dokładnie w rocznicę jego prezydentury. Redaktor otrzymał karę 18 miesięcy pozbawienia wolności, rysownik sześciu. Czy wybuch wojny wpłynął na skrócenie ich odsiadki, tego nie wiem.


Sprawcy pobicia dziennikarzy byli w pełnym, oficerskim umundurowaniu i pod bronią, bili swoje ofiary po głowach kolbami pistoletów i kopali leżących butami, do nieprzytomności. Nigdy za to nie ponieśli konsekwencji, ponad rok po zdarzeniu ich zleceniodawca, gen. Dąb-Biernacki otrzymał order Legii Honorowej.

Po wojnie nastał u nas nowy, polityczny ład i ustawa nie była już stosowana, choć prawnie dalej obowiązywała, do archiwum zawędrowała dopiero w 1969 roku, wraz z innymi, przedwojennymi przepisami Kodeksu Karnego. Po 1989 roku nie została przywrócona, czego dzisiaj pewnie wielu polityków żałuje, bo można byłoby ją na bieżąco nowelizować i poszerzać o liczące się nazwiska (niepotrzebne by się skreślało), a jakie, to już pozostawiam czytelnikom do wyboru.


*Centralny Okręg Przemysłowy – okręg przemysłowy przemysłu ciężkiego o powierzchni 60 000 km² i zamieszkany przez 6 mln ludzi, budowany w 1936–1939 w południowo-centralnych dzielnicach Polski. Był jednym z największych przedsięwzięć ekonomicznych II Rzeczypospolitej.

1 thought on “Z domowego aresztu (5)”

  1. Jakos pasuje chyba tutaj…
    Wiadomosc z bliskiej byc moze przyszlosci…


    T.Ru

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.