Z wolnej stopy 1

Zbigniew Milewicz

Powstanie bokserów

Jak i po co powstał koronawirus? Teorii na ten temat, w tym spiskowych, jest już tyle, że jedna więcej nie zaszkodzi. Kiedy więc niedawno usłyszałem w radiu, że właśnie mija 120 rocznica wybuchu Powstania Bokserów w Chinach, które miało przepędzić stamtąd europejskich kolonialistów, ale zostało stłumione, to wymyśliłem sobie, że covid-19 jest zemstą za tamtą niedokończoną robotę. Chińczyk jest cierpliwy i z zemstą potrafi czasem długo czekać. Produkując wirusa sam się zaraził, ale szybko się z tego wykaraskał, i teraz śmieje się całemu światu w oczy, patrząc jak ten wije się jeszcze w chorobie i biedzie. Już sama nazwa powstania zastanawia. Wyobraziłem sobie Michalczewskiego, Adamka i Gołotę, jak na czele tłumu atletów idą na Belweder i dają czadu w imię sprawiedliwości, tylko w Chinach to wyglądało serio i zupełnie inaczej.

Państwem Środka od połowy XVII wieku rządziła obca, mandżurska dynastia Qing. Jak to często z władzą bywa, początkowo była bardzo kreatywna i ekspansywna, na północy włączyła do imperium tereny za rzekami Amur i Ussuri, podbito Mongolię, a na zachodzie granice wyszły poza góry Tien-Szan i cesarstwo Tybetu. Podporządkowano również politycznie Koreę. Zasięg imperium był największy w jego historii, jednak w końcu XVIII wieku zapanowała stagnacja, a niezmieniane od stuleci struktury polityczne, społeczne i gospodarcze można było włożyć tylko do lamusa. W XIX wieku były więc Chiny państwem wielkim terytorialnie i liczebnie, ale w porównaniu z krajami zachodnimi słabym gospodarczo i militarnie, czego skutkiem były przegrane wojny, m.in. z Wielką Brytanią i Francją. Jednocześnie imperium przeżywało ogromne problemy wewnętrzne; zacofanie chińskiej gospodarki (ciągle opartej na pracy setek tysięcy małych, niezmechanizowanych warsztatów rzemieślniczych) i społeczna bieda szły w parze z ogromną korupcją aparatu urzędniczego, co skutkowało coraz śmielszymi buntami poddanych, domagających się poprawy swojej doli. Największy z nich, powstanie tajpingów (1851–1864), miało wyraźny antyfeudalny oraz egalitarny charakter i niemal obaliło władzę pięciu milionów Mandżurów nad 400 milionami Chińczyków. Bunt został wprawdzie stłumiony przy pomocy armii mocarstw europejskich, ale przyszło za nią drogo zapłacić.

Za interwencję narzucono Państwu Środka niekorzystne traktaty, głównie o charakterze handlowym, które dzieliły jego tereny przybrzeżne na strefy wpływu państw kolonialnych, zainteresowanych eksploatacją chińskich bogactw naturalnych i handlem. Do Europy płynęły statki z drogocenną herbatą, jedwabiem, porcelaną i ryżem, zaś do Chin głównie z używkami, takimi jak opium, które Brytyjczycy sprowadzali ze swoich indyjskich kolonii.

Na mocy tych traktatów cudzoziemcy, nazywani przez Chińczyków „zamorskimi diabłami”, uzyskiwali rozliczne przywileje, takie jak np. ograniczenie ceł. Na wybrzeżu chińskim zaczęły powstawać eksterytorialne osady dla Europejczyków, w wielu ośrodkach, np. w Szanghaju, budowano istne miasta w mieście, zamieszkane przez tysiące białych osadników, posiadających własne szkoły, policję, firmy i urzędy. Przybyszów obowiązywały także inne, sprzyjające im przepisy prawne. Na domiar złego wybuchł militarny konflikt z Japonią (1894–1895), krajem sprzymierzonym z Zachodem, który do tej pory traktowany był w Pekinie jako młodszy brat lub uczeń, i Chiny tę wojnę z wielkim wstydem przegrały. Utraciły wtedy między innymi Tajwan i wpływy w Korei oraz musiały zapłacić wysoką kontrybucję. Szok wywołany klęską spowodował pragnienie zmian. Niestety młody reformator, pro japoński cesarz Guanxu, autor tzw. reformy stu dni, został zastopowany przez konserwatywną arystokrację mandżurską i odsunięty od tronu. Faktyczna władza pozostała w ręku jego ciotki, cesarzowej-wdowy Cixi, rządzącej faktycznie Chinami niemal przez pół wieku (1861–1908).

Cixi nie rozwiązała żadnego problemu Chin, toteż dwa lata później, w 1900 roku wybuchło tzw. powstanie bokserów. Organizatorzy powstania pochodzili z chińskiej, tajnej organizacji o nazwie Yihequan, “Pięść w imię sprawiedliwości i pokoju” (brzmi jakoś znajomo, prawda?). Była to jedna z grup wywodzących się z antymandżurskiego Stowarzyszenia Białego Lotosu. Nazywano ich bokserami, ponieważ trenowali sztuki walki i przykładali wielką wagę do sprawności fizycznej, wierząc, że silne ciało pozwoli im zdzierżyć wystrzelone pociski. Praktykowali oni także rozmaite techniki szamańskie, przed walką wprowadzając się w mistyczny trans. Kiedy pod koniec XIX wieku Chiny nawiedził szereg klęsk żywiołowych, takich, jak dwuletnia susza, kiedy wystąpiła z brzegów Żółta Rzeka, prorocy różnych buddyjskich i taoistycznych sekt uznali, że winni temu są cudzoziemcy, którzy zakłócili istniejącą harmonię natury, budując koleje żelazne i otwierając kopalnie. Klęski te spowodowały wielki wzrost przestępczości i chłopi w obawie przed rabusiami napadającymi na wioski, powierzali swoją obronę tajnym stowarzyszeniom, takim właśnie, jak Yihequan. Byli więc także gotowi na ich rozkaz chwycić za broń i dołączyć do powstania. Pierwsze rozruchy miały miejsce w prowincji Shandong, gdzie znajdowały się niemieckie koncesje. Mieli poparcie gubernatora Yuxiana i znacznej części lokalnych arystokratów, pragnących tego samego, co powstańcy, a więc wypędzenia z Chin wszystkich cudzoziemców. Aby tego dokonać, antymandżurska opozycja musiałaby przejść najpierw na stronę pekińskiego dworu, co z czasem stało się realne, bo cel jak wiadomo uświęca środki i łączy starych wrogów przeciw nowemu, choćby tylko na chwilę.

W listopadzie 1899 roku, pod naciskiem zagranicznych posłów, Yuxian został odwołany ze stanowiska, a w Shandongu pojawiła się chińska armia z rozkazem stłumienia rebelii. Gubernator wraz z oddziałami Yihequanów zdołał się jednak wycofać do innej prowincji. Po drodze do buntowników dołączali okoliczni chłopi, rzemieślnicy i biedota, co pozwoliło ostatecznie sformować ponad 100-tysięczne, regularne oddziały. Pod koniec maja 1900 roku ich pierwsze oddziały pojawiły się w okolicach Pekinu. Zaniepokojeni tym przedstawiciele mocarstw kolonialnych zaczęli wzmacniać obronę ambasad w stolicy; pod koniec maja dotarły posiłki, w tym grupa żołnierzy japońskich. Również Rosjanie rozpoczęli marsz w kierunku Pekinu, zajmując po drodze wiele miast w Mandżurii, z której później nie dało się już ich usunąć. 3 czerwca powstańcy przerwali linię kolejową z Tianjinu, zatrzymując kolejne posiłki. Na wezwanie z Pekinu, stacjonujące u chińskich wybrzeży cudzoziemskie oddziały połączyły się i w sile 2100 żołnierzy, pod dowództwem admirała Edwarda Seymoura, ruszyły na stolicę. Sprzymierzyły się również siły przeciwnika, oddziały cesarskie i bokserów wyruszyły wspólnie na spotkanie Seymourowi i pokonały go w bitwie pod Langfang. 19 czerwca interwenci, porzucając większość ciężkiego wyposażenia, zawrócili do Tianjinu.

Od dwóch dni wyjęci spod prawa powstańcy, na mocy dekretu cesarzowej Cixi, mieli urzędowy status chińskiej milicji i nazywali się odtąd Stowarzyszenie w imię sprawiedliwości i pokoju, czyli ze starej nazwy tylko pięść poszła w zapomnienie. Pięść może kojarzyć się z gwałtem, a stowarzyszenie przywodzi na myśl harmonię oraz ład i bardziej przystoi milicji. Zwycięstwo nad oddziałami Seymoura wywołało falę entuzjazmu w całych Chinach, więc kiedy na dwór cesarski dotarła wiadomość, że wojska kolonialne opanowały strategicznie ważne forty Dagu, Cixi wydała armii rozkaz ataku na broniącą się przed bokserami dzielnicę poselską.

Tego samego dnia, 19 czerwca, rząd nakazał cudzoziemcom , aby opuścili Pekin w ciągu 24 godzin. Rankiem następnego dnia bokserzy zastrzelili niemieckiego posła Clemensa von Ketteler, który zmierzał do ministerstwa spraw zagranicznych z oficjalną skargą. Mimo przedłużenia ultimatum o następną dobę, jeszcze tego samego dnia oddziały chińskie rozpoczęły ostrzał dzielnicy ambasad. 21 czerwca dwór Qingów poczuł się na tyle silny, że wypowiedział oficjalnie wojnę wszystkim ośmiu pastwom , które kolonizowały Chiny: Niemcom, Japonii, Rosji, Wielkiej Brytanii, Stanom Zjednoczonym, Francji, Włochom i Austro-Węgrom. Do rządów poszczególnych prowincji przesłano dekrety nakazujące wymordowanie wszystkich cudzoziemców, a oddziałom bokserskim dano wolną rękę w łupieniu nabrzeżnych koncesji. Za dostarczenie żywego cudzoziemca cesarzowa wyznaczyła nagrody: 50 taeli za mężczyznę, 40 za kobietę i 30 za dziecko. W odpowiedzi na oblężenie swoich ambasad mocarstwa zawiązały koalicję i podjęły decyzję o zbrojnej interwencji, ale zanim ta ruszyła minęło kolejne osiem tygodni.

Przez dwa miesiące 43 obrońców dzielnicy poselskiej bohatersko i skutecznie odpierało ataki bokserów, chroniły ich grube mury, dobra taktyka walk i reglamentacja żywności (na koniec do zjedzenia mieli już tylko kucyki wyścigowe) oraz nieustająca wiara szturmujących w magię, która chroni od kul… Bronili blisko tysiąca cywili i żołnierzy korpusów cudzoziemskich oraz trzech tysięcy chińskich chrześcijan, którzy znaleźli tutaj schronienie. Głównie przeciw chrześcijanom szło bowiem to powstanie, przeciw misjonarzom i misjonarkom, masowo przyjeżdżającym do Niebiańskiego Cesarstwa łowić dusze oraz chińskim neofitom. Ci ostatni budzili w bokserach szczególną odrazę, gdyż nie praktykowali kultu przodków, nie posiadali konkubin, nie pracowali w niedzielę i nie mogli krępować swoim córkom stóp. Ponadto mieli status uprzywilejowanych, gdyż podlegali łagodniejszym przepisom prawnym, obowiązującym cudzoziemców, a więc jednocześnie stanowili obiekt zazdrości. Szacuje się, że w czasie powstania zamordowano około 240 misjonarzy i misjonarek, 30 tysięcy chińskich chrześcijan oraz 10 tysięcy cudzoziemców, którzy nie byli związani z kościołem.

Na odsiecz obrońcom pekińskich ambasad wyruszył korpus pod dowództwem Niemca, feldmarszałka Alfreda von Waldersee. Żegnając żołnierzy cesarz Wilhelm II Hohenzollern wygłosił swoją osławioną huńską mowę. Powiedział:

Tępić bez pardonu, nie brać jeńców, kto wpadł wam w ręce, niech ginie. Podobnie jak tysiąc lat temu Hunowie zdobyli sławę pod przywództwem swojego króla Attyli (…) tak niech zapisze się dzięki wam na tysiące lat w Chinach imię Niemców w taki sposób, żeby nigdy żaden Chińczyk nie odważył się chociażby krzywo spojrzeć na Niemca.

14 lipca 1900 roku wojska interwencyjne wylądowały w Tianjinie, odblokowując jednocześnie tamtejszą koncesję z miesięcznego oblężenia. Po spaleniu miasta dwudziestotysięczny korpus, składający się z żołnierzy japońskich, rosyjskich, amerykańskich, brytyjskich i francuskich, ruszył na Pekin. Chińczycy nie stawiali zorganizowanego oporu, wielu kluczowych dowódców qingowskich popełniło samobójstwo. Interwenci wkroczyli do Pekinu 14 sierpnia. Rozpoczęły się grabieże i gwałty, splądrowano m.in. Zakazane Miasto. Cesarzowa Cixi wraz z dworem zdołała uciec do Xi’anu. Zdobycie stolicy oznaczało faktyczny koniec powstania; opór był znikomy – w czasie marszu wojsk interwencyjnych całe wsie i dzielnice miast poddawały się bez walki, nie stawiając jakiegokolwiek oporu. Jednocześnie fanatyczni członkowie oddziałów Yihequan bronili się zaciekle do śmierci, wzbudzając zdumienie cudzoziemców. Powstanie zdołało objąć jedynie obszar północno-wschodnich Chin, ale karę za nie zapłaciło całe imperium.

Zgodnie z tzw. protokołem końcowym, panujący reżim zobowiązał się do wypłacenia interwentom w ciągu 39 lat gigantycznej kontrybucji, wartości 330 miliardów dolarów oraz do zamrożenia na dwa lata zakupów broni. Gospodarka chińska jeszcze bardziej uzależniła się od zachodnich mocarstw, stracono Mandżurię na rzecz Rosji, jedynym dobrym następstwem klęski było to, że rząd w Pekinie wziął się wreszcie za reformy. Dzięki nim m.in. zaczęto budować nowoczesną armię i system szkolnictwa oraz podjęto próby uzdrowienia aparatu urzędniczego, choć dni monarchii były już policzone. W 1911 roku przyszedł czas na republikę.

Francuski rysunek przedstawiający kolonialnych władców, dzielących tort w postaci Chin, 1898 rok (rys. Henri Meyer, domena publiczna)

Żołnierze bokserów (1900)

Starcie między bokserami i oddziałami angielsko-japońskimi.


Pisząc ten materiał, korzystałem z pracy Wojciecha Tomaszewskiego – Rewolucja Xinhai i upadek chińskiego cesarstwa oraz Wikipedii.

Wiersze gorszego sortu

Roman Brodowski

Polska To – My

Odnalazłem się wczoraj
Niby w domu a bezdomny
Odarty z wolności słowa
Zdobytej dramatem niemych ust
Ojczyźnianego aktu „Jestem“
Przytuliłem matczyny płacz

Tak niedawno szliśmy „My“
(Nie oni, tamci, inni, ale „My“)
Ciernistym żywotem ojców
Do ziemi wielobarwia Dusz
Szliśmy po nowy lepszy los
Dla dzieci, wnuków… “Nam”

W końcu doszliśmy zmęczeni,
Silni mocą polskiej wspólnoty
Nad brzeg rzeki zakrzepłej krwi
Płynącej losem przodków naszych
Do chłodnych ruin pustego gniazda
Do kolejnej szansy naszego “Być”

To gniazdo ponownie odzyskało blask
Powstało niby z zmartwychwstania
Z tradycji kultur, z wiar, z przekonań
Z szacunku innym z tolerancji
Polskiej Rzeczy jakże nam Pospolitej
Z żywej historii wielobarwna w “nas ”

Dziś ta mozaika wspólne dzieło
Obraz Ojczyzny dumnej i trwałej
Ta nasza jedność “My Nam i w Nas”,
Po raz kolejny w fekaliach tonie
W poklasku, w tanim populizmie
W faszyzmie w dyktatorskim “ja”

Nie dajmy więcej się podzielić
Z różnego ciasta może powstać chleb
Tęcza jest ponoć znakiem z nieba
Bożym przymierzem z ludzkim rodem
Nie ze mną, z Toba, lecz nie z nim…
Obudź się Polsko jednym sortem.

Sortem, co zwie się – “Jedność, My ”

W mojej kolekcji

Wczoraj kupiłem
Czyjeś sumienie
Za bezcen
Leżało przecenione
W starym koszu
A na nim napis
Towar przeterminowany

Zbędny przedmiot
Pomyślałem
Wkładając nabytek
Do starego plecaka.
Z zapałem zbieram
Zużyte wartości
Człowieczego “wczoraj”

W mojej kolekcji
Mam ich wiele.
Zagubioną prawdę
Namiastkę empatii
Zużytą tolerancję
I młodzieńczą życzliwość
Do rozdania

Nikt jednak nie chce.
Dziwny świat z lamusa
Jakże już niemodny
Komu potrzebna
Ludzka słabość
Minionej epoki…
Nadszedł “lepszy” Dla “silnych” czas

09.11.2019

Nadzieja odchodzi ze mną

Odnalazłem pożółkłą
Obleczoną w przeszłość
Pamięć zapisaną
Młodzieńczym tekstem

Usłyszałem siebie
W nocnym seansie
Niemego kina snów
Podczas pierwszego – ach!

Kilka prostych rymów
W intymności serca,
Romantyczne kocham
Pachnącej ekstazy

Dziś znów imię miłości
Powróciło tęsknotą
Wnętrze płacze cicho…
Mefisto – dlaczego?

A Ona wiernie czeka
W mroku przemijania
Moja wielka… no właśnie
Zegar wybija kolejny rok

Nadzieja?

22.03.2020

Przyrzeczenie

Obiecałem Ojczyźnie i sobie
Że się w nowym roku zmienię
Bo i szronu przybyło na głowie
I społecznie mniejsze przyzwolenie.

Dziś po latach walki z PiS dyktatem
Walki w sprawie polskiej Konstytucji
Zrozumiałem czego chce nasz naród
Kasy, wódy, politycznej prostytucji…

Znów historia zatoczyła koło
Kiedyś były “Bar” i “Targowica”
A obecnie? – sorty – lepszy, gorszy
Władza PiS-u, dyktator, ulica.

Niepotrzebne są moim rodakom
Praworządność, jedność, demokracja
Dla nich ważne są treści z ambony,
Polityka dyktatu, populizm, dewiacja.

Żal mi naszej polskiej tożsamości,
Krwi ofiary przodków naszych…
Dziś historię nową pisze PiS-u władza
Dumnie kroczy nacjonalizm, faszyzm

Obiecałem Ojczyźnie i sobie
Że się w nowym roku zmienię
Gaśnie we mnie dusza romantyka
Pozostają gorycz i … łzawienie.

15.02.2020

Mojej Liluszce

Moja Żoneczka jak przed laty
Gdy ją ujrzałem po raz pierwszy
Uśmiechem kusi mnie codziennie
Więc nie żałuję dla niej wierszy.

Z ochotą biorę pióro w dłonie
W myślach przytulam mą Liluszkę
I piszę strofy, tylko dla niej
Bo ona jest mym dobrym duszkiem

Ona jest mamą mej córeczki
Płomykiem ciemnej duszy mojej
Jest tym kto sens nakreśla życia
Mojego życia… za nas troje.

Chociaż nie zawsze świeci słońce
Czasami wieje wiatr mi w oczy
To wiem że “jutro” będzie lepsze
Bo ona śmiało przy mnie kroczy.

Moja Liluszka jak przed laty,
Gdy ja ujrzałem po raz pierwszy,
Niezmienna treścią swoich uczuć
Miłością… wartą także wierszy.

13.04.2019

Z cyklu Apokryfy Broma

Apokryf XXXVIl

Wiatr znów nam
Wieje ze złej strony
Znów nie tę prawdę
W purpurze niesie
Zmienia się wiara
Ginie przeszłość
Nastał czas rządu
Dla nierządnych

Naród się ubrał
W czas pogardy
Ruszyła przed się
Myśl prostacza
Przewodnik powiódł
W otchłań bagien
Na horyzoncie
Widać strach

Dzwony na alarm
Biją żałośnie
Nikt nie chce słuchać
Ich wołania
Kupionym duszom
Dziwnie dobrze
A ja się boję
Wściekłość i żal

Dziś “dobra zmiana”
Jutro? Nie wiem
Nie wiem czy będzie
Dla nas jutro
Brunatny sztandar
Wciąż powiewa
I polskie krzyże
Na nich… Nikt

Na mojej starej
Polskiej ziemi
Jedność narodu
W błocie tonie
Nienawiść, kłamstwo
Płoną w ofierze
Nowemu Bogu
Smutny to dar

A ja wciąż szukam.

Listopad 2017 – 29. 04.2020

O jeden strach za dużo

O tym strachu
Co większy niż mój
Już powstały
Ballady i wiersze
Więc napiszę
Ja także
A niech tam
Nie ostatnim
Wszak będę
Nie pierwszym

Widać coś się
W przyrodzie zmieniło
Jakaś nowa
Zależność powstała…
Więc strach większy
Lub mniejszy
Jest teraz
W zależności
Od rozmiarów
Ciała

Nasz dyktator
Jest przecież
Niewielki
Nosi z sobą
Tę swoją drabinkę,
Więc go straszy….
Strachem Jego większym
Pożałujmy Jarka
Odrobinkę

Strachów mamy
W kraju dziś
Dostatek
Obrodziły latoś
Ponad miarę
Zaś strach
Sortu najlepszego,
Ten strach PiS-u
Jest ponad wymiarem

Ja nie równam
Tu mojego strachu
(Bo moj strach, strachem hołoty)
Z wielkim strachem
Jaśnie Kaczyńskiego
Jego strach jest Potężny
Wręcz złoty

Strachów mamy
W kraju dziś bez liku
Nikt nie może
Zaprzeczyć to fakt,
A kaczyści tworzą
Nam wciąż nowe
Więc empatii
Na kaczy strach
Brak

12.06.2020

Jezus czyli ten Idiota Don Kichot (Barataria)

Współczucie jest najważniejszym, a może jedynym prawem istnienia całej ludzkości.
Fiodor Dostojewski, Idiota, s. 256, przekład Jerzy Jędrzejewicz

Czułość jest najskromniejszą odmianą miłości.
Olga Tokarczuk, Wykład noblowski, str. 24

Ewa Maria Slaska

Prefiguracje i naśladownictwa

Czytam sobie tę książkę, Structure and Theme. “Don Quixote” to James Joyce Margaret Church, amerykańskiej literaturoznawczyni, ale, jak to w nauce anglosaskiej – piszącej przystępnie i zrozumiale. Church stawia tezę, że Don Kichot, pierwszy prawdziwy bohater powieściowy na świecie, był prefiguracją wszystkich ważnych, uniwersalnych bohaterów literackich. Z całą pewnością, twierdzi autorka, był wzorem księcia Lwa Nikołajewicza Myszkina, tego bożego pomyleńca, epileptyka, który ogląda świat oczami dziecka, widzi zatem, że król jest nagi.

No cóż, nie ma wyjścia, trzeba sięgnąć do Idioty, co jest właściwie całkiem interesującym zadaniem, bo nie czytałam tej książki ze 40 lat i oczywiście niewiele pamiętam. Albo nic. Oprócz tego, iż wiadomo było, że stłucze wazę. I stłukł.

Pewnego dnia książę pisze niespodziewanie liścik do swojej kuzynki, Agłai Jepanczyn.

Kiedyś zaszczyciła mnie Pani swoim zaufaniem. Może teraz Pani o mnie całkiem zapomniała. Jak się to mogło stać, że piszę do Pani? nie wiem: ale uczułem nieodparte pragnienie, żeby przypomnieć Pani o o sobie, właśnie Pani. Tak często wszystkie trzy panie były mi potrzebne, ale ze wszystkich trzech widziałem tylko Panią. Pani mi jest potrzebna, bardzo potrzebna. Nie mam nic do napisania o sobie, nic do opowiedzenia. Zresztą nie o to mi chodzi: strasznie bym chciał, żeby Pani była szczęśliwa. Czy Pani jest szczęśliwa? Tylko to chciałem Pani powiedzieć.

Brat pani ks. L. Myszkin.

Przeczytawszy ten króciutki i dosyć bezsensowny liścik. Agłaja nagle się zarumieniła i zamyśliła. Trudno by było odtworzyć bieg jej myśli. Między innymi spytała siebie: “Czy pokazać komukolwiek?” Było jej jakoś wstyd. Na koniec zresztą z drwiącymi i dziwnym uśmieszkiem wrzuciła liścik do swego stolika. Nazajutrz znowu go wyjęła i włożyła do grubej, oprawnej, z mocnym grzbietem książki (zawsze tak robiła ze swoimi papierami, żeby je w razie potrzeby móc szybko znaleźć). I dopiero po tygodniu przypadkiem spostrzegła, co to była za książka. Był to Don Kichot z La Manczy. Agłaja strasznie się uśmiała – nie wiedzieć czego.

Str. 212

Ale już kilka stron dalej Agłaja Jepanczyn potwierdzi i to w obecności wielu osób, w tym samego księcia, że i ona, i wielu innych widzą w nim uosobienie Don Kichota, a zarazem puszkinowskiego Biednego rycerza, który zresztą, co tu dużo gadać, jest Don Kichotem.

Aleksander Puszkin

Żył na świecie rycerz biedny
tłumaczył Julian Tuwim

Żył na świecie rycerz biedny,
Małomówny, prosty, twardy,
Z twarzy chmurny był i szpetny,
Duchem śmiały i otwarty.

Miał on kiedyś przywidzenie
Ponad rozum i pojęcie
I głębokie zachwycenie
Tkwiło w sercu i pamięci.

Od tej chwili duszą spłonął,
Na kobiety patrzeć przestał
I do żadnej, aż do zgonu,
Już się słowem nie odezwał.

Szyi szarfą nie okręcał,
Lecz różańcem, a przyłbica,
Gęstą kratą nasunięta,
Osłaniała jego lica.

Cudownemu wierny snowi,
Tchnąc miłością czystą, jasną,
A.M.D. na tarczy swojej
Rycerz krwią nakreślił własną.

I w pustyniach Palestyny,
Gdy po piasku i kamieniach
W bój pędzili paladyni,
Sławiąc damy swe z imienia,

– Lumen coeli! Sancta Rosa! –
Krzyczał dziki, opętany,
Gromem wpadał w bój i groza
Z nóg waliła muzułmany.

Gdy w rodzinne wrócił strony,
Wiódł surowe dni jak więzień,
Wciąż milczący, wciąż strapiony,
Aż samotnie zmarł w obłędzie.

Sceny z czasów rycerskich, 1835

Cóż, możnaby domniemywać, że książę uważany jest za Don Kichota dzięki owej, wynikającej z choroby, dziecinnej naiwności, jaką kieruje się w życiu, ale nie, bo na przykład na str. 313 jeden z bohaterów powieści, mówi, iż wszyscy wiedzą, że książę kieruje się w życiu rycerskimi poglądami co do obowiązków honoru i sumienia. O ile jednak książę sam kieruje się szlachetnością, to jednocześnie potrafi zrozumieć wszelkie ludzkie zachowania, każdą podłość, niegodziwość i słabość. Wszystko zrozumie, wyjaśni i wybaczy. Wdzi człowieka na wylot, i słowa, i czyny, i kłamstwa, i prawdę.

Zamiast niezwykłych przygód z owczarzami, pokutnikami i galernikami, księciu przydarzają się dziwaczne i niepojęte przygody z ludźmi, z których każdy chce go oszwabić lub wyśmiać, a prędzej czy później będzie zabiegał o jego przyjaźń, miłość i wybaczenie. Każda z tych historii kończy się podobnie: książę rozumie intencje szalbierza, wybacza je, ba, sam prosi o wybaczenie, robi to jednak niezręcznie, a może nawet wręcz obraźliwie i w końcu gotów jest za niezręczność tego przebaczenia zapłacić, przy czym te pieniądze są równie nierealne, co cięgi, jakie zbierają Don Kichot i Sancho Pansa. Jest to gruncie rzeczy ciągle ta sama opowieść, szkatułkowa i lustrzana. Renesansowa opowieść o przygodach ostatniego błędnego rycerza jest parodią traktowanych całkiem na poważnie średniowiecznych przygód króla Artura i jego rycerzy i powtarza się w Don Kichocie w kilkudziesięciu wersjach. Podobnie przygody księcia Lwa Nikołajewicza Myszkina w XIX-wiecznej Krainie Oszustów są wciąż i od nowa tą samą opowieścią, tylko że XIX-wieczni rozbójnicy zabijają plotkami, intrygami i machlojkami. Obu bohaterów dzieli 300 lat i… kobieta. Jest ona w renesansie zaledwie symboliczną figurą, w XIX wieku stanie się jednak złowrogą animą wszelkich poczynań. Jest młodą i piękną nierządnicą, prostytutką, kobietą lekkich obyczajów, utrzymanką, a jej siła polega na tym, że potrafi opanować nie tylko lubieżników, ale przede wszystkim – uczciwych, szlachetnych i inteligentnych mężczyzn. Andreas Leverkühn zostaje na całe życie zarażony syfilisem przez prostytutkę Esmeraldę hetaerę, Swann traci dziesięć lat życia dla Odetty, kobiety, którą każdy mógł mieć, ale która jego właśnie nie chciała. I nawet, jak to sam sceptycznie przyznaje, właściwie wcale mu się nie podobała. Rosa Fröhlich, czyli Błękitny Anioł doprowadza do upadku profesora Unrata. Szlachetny i naiwny książę Myszkin staje się ofiarą manipulacji ze strony Nastazji Filipowny, i tak dalej, i tak dalej…

Inne jest też uwikłanie księcia Myszkina w uczucia dwóch kobiet, tej jednej – dobrej i porządnej, acz złośliwej, i tj drugiej – nierządnicy i obłąkanej. Książe kocha je obie i obie traci. Obie kochają w nim to samo – dziecięcą uczciwość i szlachetność. Agłaja Jepanczyn uświadamia to sobie, czytając na głos, w salonie, przy ludziach wiersz Puszkina o biednym rycerzu. Nikt podczas tego pierwszego głośnego czytania nie uświadamia sobie, że to wiersz proroczy i że wszystko już zostało w nim powiedziane.

Gdy w rodzinne wrócił strony,
Wiódł surowe dni jak więzień,
Wciąż milczący, wciąż strapiony,
Aż samotnie zmarł w obłędzie.

Tak będzie i z księciem, który chory wyjedzie z powrotem do Szwajcarii i tam umrze.

 

Wiersze

Teresa Rudolf

Ostatnio tak się składa, że obok mnie wokoło bardzo dużo ludzkiego cierpienia… w każdej formie.
I tym wszystkim ludziom poświęcam dziś moje wiersze…

Czas jak rzeka…

Czas jak rzeka
z prądem rwie,
wciąż do przodu.

Złodziej pamięci
jednym, innym,
podstępnie, zdrowia.

Zabiera bliskich,
pokazując odchodzenie
już za ścianę, strasząc.

Czas jak wicher
przebiega po nas,
zdzierając wszystko.

Czyżby… tylko?
A gdzie kolor czyichś
oczu, barwa głosu?

A gdzie zapach
wiosny, rudy włos
jesieni pięknej?

A gdzie widok
z pagórka na te
domki z klocków?

A gdzie uśmiech
przechodnia miłego
przypadkowej uliczki???

A gdzie śmiech
szczęśliwego dziecka,
jego malusieńka stópka?

A gdzie po deszczu
tęcza, wciaż wolna
od wszelakiej krytyki?

A gdzie jest świat
ogonem opowiadany,
przez twego psa?

A gdzie uwodzenie
kota na kolanach
czyichś, z figurami?

Więc płyńmy sobie
naszą łódką czasu
dalej, dalej z prądem,

zamiast ciągle przeciw!!!

I tak nagle…

I tak nagle obuchem
w głowę, zanim
w serce, żołądek…

I tak nagle wszystko
ważne i nieważne,
za daleko i za blisko.

Za cicho i za głośno,
za wyraźne i za nijak,
do góry nogami…

I tak po omacku
ale też za rączkę,
na smyczy lęku.

Strach siedzący
na karku, trzymający
usta, by nie krzyczały.

Strach przed bólem
z przyszłoscią, ale
też niebytem bez bólu.

Nadzieja, że się jest
wybrańcem losu,
bez wiedzy, czy na pewno

Nadzieja, ten kwiat
najwazniejszy, jedyny
w tym momencie…
DO ZAOPIEKOWANIA!

Z domowego aresztu (12)

Zbigniew Milewicz

W służbie Najjaśniejszej…

Wiódł życie o jakim marzą mężczyźni. Ciekawe i pełne przygód, pozbawione trosk materialnych, miał ogromne powodzenie u kobiet, z czego czerpał pełnymi garściami i z każdej opresji wychodził obronną ręką, tylko pod koniec się wszystko popsuło. 81 lat temu, 17 czerwca 1939 roku oficer polskiego wywiadu, Jerzy Sosnowski został skazany na karę 15 lat pozbawienia wolności i grzywnę w wysokości 200 tysięcy złotych, za zdradę i współpracę z Niemcami.

Urodził się 3 lub 4 grudnia 1896 roku we Lwowie, w rodzinie ze szlacheckimi korzeniami; to był mniej więcej rocznik mojego dziadka, a więc jako młody człowiek aktywnie uczestniczył w patriotycznych i parawojskowych organizacjach – w konnym oddziale Sokoła i ćwiczeniach Strzelca. W sierpniu 1914 roku wstąpił jako ochotnik do formowanego właśnie przez Piłsudskiego 1 pułku piechoty, chrzest bojowy miał szybko, w bitwie pod Karczówką, pod Kielcami. Przeszedł szlak Pierwszej Brygady od Kielc przez Chmielnik, Pińczów do Szczucina, walczył koło Opatowa, pod Wiślicą, w Czarkowie i Szczytnikach. Później pod Laskami koło Dęblina i w odwrocie Brygady do Krakowa. Kiedy dowództwo armii austriackiej sprzeciwiło się dalszemu werbunkowi żołnierzy do Legionu i zaczęło ich wcielać do swoich formacji, Sosnowskiego skierowano do szkoły oficerów kawalerii w Holicach.

Pół roku później awansowano go do stopnia podchorążego i powierzono mu dowództwo plutonu w austriackim pułku kawalerii. W kwietniu 1916 roku promowany na stopień podporucznika i od razu wyjazd na front rosyjski. Wraca w marcu 1917 roku z pięcioma medalami i odznaczeniami. Kończy szybki kurs dowódców broni maszynowej i już w stopniu porucznika udaje się do Wiener Neustadt na kurs lotniczy, gdzie po trzech miesiącach zdobywa kwalifikacje obserwatora i pilota. Dostaje przydział do 13 kompanii lotniczej i walczy w niej aż do końca wojny – na froncie rosyjskim, m.in. w Odessie oraz na froncie albańskim, najpierw jako oficer techniczny,  później jako pilot. Za skrzydlate zasługi otrzymuje Wojskowy Krzyż Karola (cesarza).

Z takim wojennym wianem byłby znakomitą partią dla niejednej Emmy czy Johanny nad pięknym, modrym Dunajem, z błogosławieństwem mamusi i majątkiem tatusia żyli by sobie beztrosko i szczęśliwie w otoczeniu gromadki dzieci, choć  niedługo by to trwało, bo następna wojna była już za rogiem…Sosnowski poszedł jednak za swoim brygadierem Piłsudskim, bronić ojczyzny przed bolszewikami. Zgłosił się do elitarnego 8 pułku ułanów Księcia Józefa Poniatowskiego w Krakowie, gdzie dowodził szwadronem karabinów maszynowych i przez pewien czas pełnił w zastępstwie funkcję dowódcy pułku.

Za  akcję pod Maniewiczami otrzymał pochwałę Dowódcy Grupy, gen. Rydza-Śmigłego. Był czterokrotnym kawalererm Krzyża Walecznych. 23 stycznia 1920 roku na wniosek dowódcy pułku, ppłk. Henryka Brzezowskiego, odznaczono go orderem Virtuti Militari V klasy. W uzasadnieniu napisano m.in.: „Po ciężkich walkach z przeważającymi siłami (…) w krytycznym momencie rzuca się porucznik Sosnowski na czele swego szwadr. na zbliżające się szwadrony Budzionnego i brawurową szarżą wpędza je do bagna, gdzie przez ogień km zostały dziesiątkowane. 25/7 wysłany jako straż boczna pułku przez Dżekrwiny zdobywa tę miejscowość wyrzucając pułk bolszew. zadając mu duże straty (…) Przy zdobyciu Beresteczka 25/7 przez 8 p.uł. wpada jako pierwszy w konnym szyku do miasteczka”( pisownia oryginalna).  1 września 1920 r. zostaje rotmistrzem.

W styczniu 1920 roku rotmistrz Sosnowski był już na Litwie, najpierw w Lidzie, później w Wilnie, w dyspozycji II Odziału 2 Armii, co było kryptonimem polskiego wywiadu. Po wojnie polsko-rosyjskiej skierowano go do 13 pułku ułanów w Nowej Wilejce, był szefem sztabu dywizji kawalerii, a później  brygady kawalerii Wojsk Litwy Środkowej w Wilnie. W trakcie służby wykonał szereg tajnych zadań rozpoznawczych. We wrześniu 1921 roku dostaje się do Sztabu Generalnego w Warszawie, na stanowisko referenta kawalerii i instruktora jazdy konnej, i tutaj mogłaby się zacząć fikcyjna historia Rittera von Nalecza, bogatego, polskiego barona, bez pamięci zakochanego w hippice, który pewnego dnia przyjechał do Berlina i zatrzymał się tu na dłużej. Wojsko Polskie mogłoby się jednak wydać Niemcom podejrzane, więc niby baron się nim nie afiszuje, natomiast nie kryje swojej obecności na zgrupowaniu ekipy olimpijskiej w Grudziądzu, a następnie na międzynarodowych wyścigach konnych w Paryżu, dokąd przed Berlinem wyjeżdża na krótko. Jest bogaty i nikt nie zabroni mu podróżować.

Prawdziwy rotmistrz Sosnowski w styczniu 1921 roku zmienia stan cywilny, jego żoną zostaje starsza o 18 lat Aleksandra Gabriela Knaapowa, o której względy konkurował z samym pułkownikiem Rómmlem. Małżeństwo to zostaje rozwiązane krótko po rozpoczęciu przez Sosnowskiego misji szpiegowskiej w Berlinie. Do czego polskim władzom potrzebny był szpieg w Berlinie? Od początku lat 20 ubiegłego stulecia napływały do Polski wysoce niepokojące informacje o licznych przypadkach, kiedy to Republika Weimarska nie respektowała postanowień Traktatu Wersalskiego odnośnie zakazu zbrojeń. Już w 1919 roku utworzono w Niemczech nielegalnie Reichswehr, Sztab Generalny, który powstał pod niewinną nazwą Truppenamt, Biuro Wojsk. Twórca i szef sztabu, stary generał Hans von Seeckt był gorącym orędownikiem zbliżenia z sowiecką Rosją i równie wielkim przeciwnikiem istnienia odrodzonego państwa polskiego. 11 września 1922 roku w liście do ministra spraw zagranicznych Republiki, był nim Ulrich von Brockdorff-Rantzau, napisał: „Istnienie Polski jest nie do zniesienia, jako sprzeczne z warunkami życia Niemiec. Polska musi zniknąć i zniknie”. Sytuację pogorszyło zbliżenie pomiędzy Związkiem Radzieckim i niemiecką Republiką Weimarską na mocy układu z Rapallo, zawartego 16 kwietnia 1922 roku. Stał się on m.in. podstawą nawiązania bezpośredniej współpracy zbrojeniowej pomiędzy obydwoma państwami. Zatem polski wywiad wojskowy starał się o aktualne informacje i przy pełnej aprobacie “góry” rozbudowywał siatkę szpiegowską w Niemczech.

31 grudnia 1924 roku rotmistrz Sosnowski zostaje przeniesiony w normalny, żołnierski stan spoczynku i z nowym rokiem jest żołnierzem wywiadu WP – Oddziału II SG WP, Referatu „Zachód”. 25 lutego 1925 roku, po krótkim przeszkoleniu, jedzie wraz z żoną i swoimi końmi najpierw dla niepoznaki do Paryża, a stamtąd w kwietniu do Berlina, gdzie rozpoczyna organizowanie placówki wywiadu głębokiego „In-3”*. Pretekstem przyjazdu do stolicy Niemiec były kolejne, międzynarodowe zawody jeździeckie. Sosnowski pełnił służbę wywiadowczą z pozycji nielegalnej, bez immunitetu dyplomatycznego, pod przykrywką polskiego arystokraty, niechętnego Józefowi Piłsudskiemu, zwolennika nawiązywania przyjaznych stosunków z Niemcami oraz członka ponadnarodowej organizacji do walki z bolszewizmem. Przedstawiał się tam jako wielbiciel niemieckiej kultury i zagorzały przeciwnik barbarzyńskiej (unkultur) sowieckiej Rosji. Znany na skalę europejską doskonały jeździec konny, będący jednocześnie wielbicielem kobiet i wystawnego nocnego życia, które (ze szczodrze przydzielanych mu pieniędzy operacyjnych Oddziału II) finansował swym towarzyszom, a zwłaszcza towarzyszkom, w zubożałym po wielkiej wojnie Berlinie. Taka postawa młodego i przystojnego rotmistrza wraz z jego wyjątkową inteligencją, urokiem osobistym i poczuciem humoru zjednywała mu śmietankę towarzyską stolicy Republiki Weimarskiej.

Szybko zdobył popularność w berlińskich kręgach towarzyskich. Pierwszym, istotnym z punktu widzenia wywiadu, był kontakt z jego dawnym znajomym – Richardem von Falkenhayn, z którym kiedyś skutecznie rywalizował na torach wyścigów konnych. Już na terenie kompleksu hippicznego w Hoppegarten zdobył pierwsze informacje o udziale niemieckich oficerów i generalicji w sowieckich ćwiczeniach wojskowych oraz o spodziewanej rewizycie w Niemczech “oficjeli” na fałszywych, bułgarskich paszportach, w tym Marszałka ZSRR M. Tuchaczewskiego, głównego przegranego wojny polsko-bolszewickiej. Nie czas jednak i miejsce na opis działalności agenturalnej rotmistrza Sosnowskiego w Niemczech, bo to temat na grubą książkę. Napisał ją już inny były agent wywiadu, PRL-owskiego, gen. Marian Zacharski, który działał w Stanach Zednoczonych. Książka nosi tytuł „Rotmistrz“ i jest często cytowana przez Wikipedię, z której ja z kolei korzystam.

Mnie jednak interesuje przede wszystkim polski proces sądowy Jerzego Sosnowskiego, a nie napiszę o nim, póki bodaj krótko nie opowiem o jego wsypie w Niemczech, bo to fakty ze sobą powiązane.

Niemiecki kontrwywiad deptał baronowi von Nalecz (ojciec naszego bohatera był herbu Nałęcz) po piętach już od samego początku jego pobytu w Berlinie, jednak chroniły go przyjaźnie z establishmentem, a później jeszcze Günther Rudloff, wysoki oficer Abwehry. Rozpracowywał barona, ale jako namiętny hazardzista miał spore długi, więc pozwalał sobie pomagać finansowo, a później przystał na współpracę z polskim wywiadem, jako podwójny agent. Ponieważ były różne donosy na Sosnowskiego, które groziły dekonspiracją, Rudloff zarejestrował go jako współpracownika Abwehry, oficerem prowadzącym czyniąc… samego siebie, póki co więc wszystko było pod kontrolą. Zmieniło się to mocno na niekorzyść, kiedy naziści doszli w Niemczech do władzy. Jesienią 1933 roku Gestapo wpadło na trop polskiej siatki wywiadowczej. Mimo że Sosnowski otrzymywał informacje o grożącym niebezpieczeństwie, kontynuował działalność z zamiarem przeorganizowania działalności szpiegowskiej tak, by mogła funkcjonować bez jego udziału.

O wydanie Sosnowskiego był podejrzewany porucznik Józef Gryf-Czajkowski, podwójny agent, współpracownik niemieckiego wywiadu, a wcześniej poprzednik Sosnowskiego na stanowisku w Berlinie. Do rozpracowania Ritter von Nalecza została użyta także aktorka Lea Kruse, jego kolejna kochanka, którą poznał jesienią 1933 roku. Mimo kolejnych ostrzeżeń o jej działalności, otrzymał on z centrali zadanie zwerbowania jej do pracy dla polskiego wywiadu. Posiadał również informacje o nielojalności służącego, Hermanna Spiegla, które zbagatelizował. Wiedząc, że znajduje się pod stałą obserwacją, zdołał 25 lutego 1934 ostrzec trzech polskich agentów, którzy zbiegli z Niemiec. Sam planował ucieczkę dwa dni później, podczas balu, jaki wyprawił dla śmietanki towarzyskiej Berlina po wieczorze w operze.

27 lutego 1934 roku na zaproszenie majora Sosnowskiego zjawiła się cała socjeta Berlina: elita towarzyska i artystyczna, politycy i dyplomaci, biznesmeni i przedstawiciele prominentnych rodów, a także… Abwehra. Pierwsza część uroczystości odbyła się w Sali Bacha opery berlińskiej, wybranych 80 gości zaproszonych było do berlińskiego mieszkania barona przy Lützowufer 36. Gestapo aresztowało Sosnowskiego w trakcie odbywającego się tam hucznego przyjęcia wraz ze wszystkimi gośćmi. Aresztowani zostali przewiezieni dwiema przygotowanymi wcześniej ciężarówkami do głównej siedziby Gestapo przy Prinz-Albrecht-Straße 8. Korowód szykownych dam z najwyższych sfer w kapiących złotem kreacjach i najważniejszych berlińczyków we frakach i smokingach został przeszukany, przesłuchany i powędrował do cel. W ciągu najbliższych kilku dni do aresztu trafiło kilkadziesiąt osób, w tym Benita von Falkenhayn, Renate von Natzmer i Irene von Jena, które miały dostęp do niemieckich tajnych dokumentów i były głównymi informatorkami wywiadowcy. Aresztowania uniknął tylko Günther Rudloff, który twierdził, że znajomość z Sosnowskim miała mu pomóc w uzyskiwaniu informacji operacyjnych. Proces Sosnowskiego i  jego agentek rozpoczął się rok później, wyrok zapadł 16 lutego 1935 roku. Benitę von Falkenhayn i Renate von Natzmer skazano za zdradę na karę śmierci. Hitler nie skorzystał z prawa łaski i wyroki na młodych arystokratkach wykonano. Jerzy Sosnowski i Irene von Jena otrzymali wyroki dożywotniego pozbawienia wolności i horrendalne grzywny.

Wyroki śmierci wykonano dwa dni po ogłoszeniu wyroku w więzieniu Plötzensee. Obie  kobiety zostały w obecności Sosnowskiego ścięte toporem przez kata Karla Gröplera. Wykonanie kary śmierci na młodych niemieckich arystokratkach przy użyciu średniowiecznego narzędzia, nie stosowanego od setek lat w Europie, zszokowało światową opinię publiczną. Było ono równie patologiczne, jak cały faszystowski system.

Skutkiem sprawy Sosnowskiego służby bezpieczeństwa Rzeszy sporządziły dwa dekrety o zwalczaniu szpiegostwa, które weszły w życie 1 stycznia 1935 roku. Pierwszy zobowiązywał wszystkich członków NSDAP do zwracania uwagi na treść rozmów toczonych w miejscach publicznych, drugi dekret nałożył na dozorców kamienic obowiązek donoszenia o podejrzanych zachowaniach lokatorów i przesyłkach do nich adresowanych.

Nazajutrz po wsypie siatki w centrali w Warszawie wybuchła panika. Minister spraw zagranicznych, Józef Beck, wraz z płk. Mayerem, powiadomiwszy Naczelnika, postanowili aresztować całą znaną niemiecką agenturę na terenie Polski i natychmiast wystąpić do Niemców z propozycją wymiany więźniów. Intensywne próby uratowania majora – ów awans otrzymał Sosnowski 1 listopada 1929 roku – były ponawiane, m.in. w czasie wizyty w Warszawie ministra propagandy Rzeszy, Goebbelsa, oraz późniejszej – Göringa. Kiedy 12 maja 1935 roku zmarł Józef Piłsudski, przychylny Sosnowskiemu do końca, nastąpiły liczne zmiany kadrowe w polskim wojsku, w tym także w służbach wywiadowczych. Do władzy doszli zawzięci przeciwnicy Sosnowskiego – płk. Stefan Mayer, kpt. Stefan Maresch i kpt. Adam Świtkowski, którzy od dawna gromadzili w zaciszu swych gabinetów materiały mające go skompromitować. M.in. pomówienia niemieckich służb specjalnych, że as polskiego wywiadu przez szereg lat był ich płatnym współpracownikiem. W niepamięć poszły doskonałe opinie byłych przełożonych majora i uznanie Naczelnika Państwa dla jego dokonań, za które w 1929 roku otrzymał Srebrny Krzyż Zasługi. Kiedy więc w kwietniu 1936 roku udało się wreszcie sprowadzić go do Polski , w ramach wymiany szpiegów, zaraz po przekroczeniu granicy został przewieziony do centrali wywiadu w  Sztabie Głównym i tam osadzony w areszcie domowym.

Przesiedział w nim w całkowitej izolacji od otoczenia 17 miesięcy, bez możliwości skontaktowania się z rodziną, prawnikami, szefostwem II Oddziału i… bez  jakichkolwiek zarzutów. 17 miesięcy trwało śledztwo, w którym prowadzący oficerowie starali się udowodnić mu nierzetelność finansową, zawodową łatwowierność i przede wszystkim zdradę. Po roku  zdesperowany podciął sobie żyły, ale go odratowano, więc rozpoczął głodówkę. Gdy stan zdrowia majora się pogorszył, wezwano lekarza i podjęto próby przymusowego odżywiania, na szpital śledczy nie wyrażono zgodzili. Wreszcie, wobec zagrożenia życia zatrzymanego, zostało wystosowane zawiadomienie do Wojskowej Prokuratury Okręgowej, na podstawie którego orzeczono dwumiesięczny, tymczasowy areszt wobec majora Sosnowskiego. Przewieziony został do wojskowego aresztu śledczego przy ul. Gęsiej w Warszawie i dopiero wtedy przerwał głodówkę. Prowadzący jego sprawę prokurator ppłk. Porębski  w piśmie do sądu stwierdził, że na razie nie ma żadnych  materiałów dowodowych, obciążających zatrzymanego, ale wdrożył postępowanie. Na wokandę Wojskowego Sądu Okręgowego w Warszawie sprawa weszła dopiero pod koniec marca 1938 roku; w celu uniknięcia rozgłosu rozprawy odbywały się w miejscu odosobnienia majora, przy ul. Gęsiej. W ciągu 15 miesięcy trwania procesu sędziemu – był nim płk. Górecki – nie udało się również zebrać żadnych dowodów winy przeciwko delikwentowi, poza  wziętą z księżyca korespondencją, dotyczącą budowy willi ze zdefraudowanego, wojskowego mienia. Dodajmy – w sytuacji, kiedy ten nadal znajdował się w ścisłym areszcie, bez kontaktu z otoczeniem i najbliższymi. Tak sztucznie sfabrykowanych dowodów prokurator nie zdecydował się zastosować.

W procesie, podobnie jak w postępowaniu przygotowawczym, oskarżony zaprzeczył wszystkim stawianym mu zarzutom. Skazujący go wyrok urągał prawu i tzw. sędziowskiej niezawisłości. Był nieprawomocny, ale do rozpatrzenia sprawy w kolejnej instancji już nie doszło, ponieważ wybuchła wojna. Jakie były dalsze losy majora Jerzego Sosnowskiego, tego nie wiemy. Najprawdopodobniej był ewakuowany z więzienia na Wschód, później jedne źródła podają, że został zastrzelony przez konwojentów w okolicach Jaremcza, albo Brześcia nad Bugiem, a inne, że tylko został ranny i dostał się w ręce NKWD. Data zgadzałaby się, to miało się wydarzyć około 17 września 1939 roku. Jeżeli zastrzelił go konwój, to działał na mocy ustnego polecenia służb więziennych, aby w razie wybuchu wojny po cichu „likwidować” więźniów, których uwolnienie  mogło być niebezpieczne dla państwa polskiego. Natomiast w drugiej wersji miał wylądować na Łubiance, gdzie przekonano go do współpracy z rosyjskim wywiadem, albo nie przekonano, jak twierdzą jeszcze inni, więc później przewieziony został do więzienia w Saratowie, gdzie podjął kolejną głodówkę i zmarł z wycieńczenia. Data śmierci majora nie jest więc dokładnie znana, zmarł między 1939 a 1945 rokiem – podaje Wikipedia.

*Do 1934 roku placówka „In-3” uważana była za główne źródło informacji Polski o Reichswehrze. Przez cały okres swojej działalności pochłonęła 2 miliony złotych. Major Sosnowski przekazał do centrali w Warszawie charakterystyki dwustu kandydatów do potencjalnego werbunku, ze szczególnym uwzględnieniem ich stanowisk i rozpoznanych słabości.

 

 

 

rtm. Jerzy Sosnowski, 13 Pułk Ułanów Wileńskich

 


PS: Każdy areszt, nawet ten domowy kiedyś się na szczęście kończy. Granice otwarte, można znowu podróżować, więc od następnego tygodnia będę pisał “z wolnej stopy”.

Nie bądźcie obojętni

Z uwagi na aktualność tego wpisu przesunęłam Zbycha Milewicza na jutro…

Aleksandra Puciłowska

Hejt i krzywdzące obelgi rzucane w stronę osób LGBT, do których sama należę, już dawno przestały robić na mnie wrażenie.

Pancerz, którym człowiek obrasta przez lata ciągnącego się braku szacunku i bezpodstawnych, bezsensownych oskarżeń, jest naprawdę gruby i ciężko jest się przez niego w jakikolwiek sposób przebić.

Kiedy jako  jeszcze niewyoutowana osoba nieheteronormatywna słyszysz w swoim rodzinnym domu – miejscu, w którym powinienieś czuć się najbezpieczniej na świecie, na przykład: Hitler wiedział co robił, gdy chciał zagazować pedałów, to możesz albo się załamać i poddać, albo postanowić walczyć o siebie, swoją godność i swoje życie.

Ja osobiście wybrałam to drugie. A o tym, jak złe i niemoralne ma być to, że kocham kobiety, dowiedziałam się w życiu niejeden raz.

Wyobraźcie sobie, że słyszycie podczas rodzinnego przyjęcia wulgarne i pozbawione jakiegokolwiek taktu wypowiedzi o swojej psychoseksualności. Teksty tak obrzydIiwe, że nie chce się ich cytować i powielać. Pomyślcie, że te słowa padają z ust kogoś, do kogo jeździliście wcześniej, jako dziecko, na wakacje. I że wy wtedy – zdobywając się na resztki odwagi w obronie swojej godności – protestujecie głośno i otwarcie, a zostajecie wyśmiani. Przez bliskie osoby, u których zawsze szuka się przecież wsparcia, zrozumienia i akceptacji. Zwłaszcza, gdy świat wokół nam nie sprzyja.

Pomyślcie, jak czuje się młody człowiek LGBT na lekcjach religii, gdzie mówi mu się że homoseksualizm to grzech śmiertelny.

Zastanówcie się choć raz, jak to jest iść za rękę z ukochaną osobą przez ulicę i usłyszeć, że „takich zboków to tylko zajebać”.

A jak może czuć się kobieta, której mówi się, że receptą na to, by „przestała być pieprzoną lesbą”, byłoby przymusowe wydanie jej za mąż za „jakiegoś chłopa, który pokaże jej gdzie jest jej miejsce”? I że pewnie żaden jej do tej pory nie chciał bo jest „brzydkim babochłopem”? Co dzieje się w głowie takiej dziewczyny…?

Spróbujcie postawić się w sytuacji młodego, wchodzącego dopiero w okres dojrzewania człowieka, który odkrywając swoją seksualność, zamiast cieszyć się z pierwszych miłosnych uniesień, musi się ukrywać w strachu przed tym, jak zareagują inni.

Wyobraźcie sobie, jak wiele odwagi potrzeba, by powiedzieć o tym głośno – zarówno przed innymi, jak i – po prostu – przed sobą samym. Mając doskonałe pojęcie o tym, jak dalej wyglądać może wasze życie.

Jak czuje się młoda dziewczyna, która w odpowiedzi na swój coming out słyszy od rodziców, że nie jest już ich córką?

Jak czuje się młody chłopak, którego koledzy znieważają i poniżają, tylko dlatego, że kocha nie tak jak „powinien”…? Gdy codziennie boi się, czy dziś „tylko” go wyzwą od „pedałów”, czy może jednak przejdą już do rękoczynów, jak wielokrotnie mu grozili?

Z takimi problemami i sytuacjami muszą mierzyć się osoby LGBT od najmłodszych lat – czy to w życiu szkolnym, cyz rodzinnym czy, później, zawodowym. Wiem to ze swojego życia i wiem to z opowiadań moich znajomych i przyjaciół. Często tak przerażających, że chwilami myślę że ja sama – choć nie było łatwo – i tak mam całkiem sporo szczęścia, bo mogło być o wiele gorzej…

Jeśli się to wszystko przetrwa, to później w dorosłym życiu już naprawdę trudno o to, by niesprawiedliwe, homofobiczne wypowiedzi innych mogły nas w ogóle jakoś dotknąć. Zbroja, którą się obrosło do tej pory jest na tyle silna i mocna, że nie przebije jej byle co.

Pamiętać musimy jednak o tych wszystkich młodych ludziach, którzy dopiero stoją u progu swej dorosłości. O tych, którzy być może nie odnajdą w sobie wystarczająco dużo odwagi, by nie udawać, że pada deszcz, gdy ktoś pluje im w twarz. O dzieciakach, które boją się powiedzieć kim są, jak kochają, co czują. A także o dorosłych już ludziach, którzy żyją nie swoim, udawanym życiem, bojąc się przyznać przed sobą samym, że nie tak chcą i nie tak powinni żyć. O tym jak cholernie przesrane musi mieć ktoś, kto całe swoje życie udaje kogoś, kim nie jest, a wszystko w imię społecznych oczekiwań i strachu przed brakiem akceptacji, być może agresją, utratą pracy…

O tolerancji i akceptacji LGBT powiedziano już w Polsce dużo. Dyskusje, które się w naszym kraju na ten temat prowadzi, przeraziłyby większość zachodniego świata. Sama wyjechałam do Niemiec w wieku lat 19, zaraz po maturze. Do Polski tęsknię nieustannie, ale nie umiem wyobrazić sobie powrotu do kraju, w którym stygmatyzuje i dehumanizuje się ludzi. Gdzie urzędujący Prezydent wypowiada klarownie i otwarcie słowa, które przerażają i powodują, że nadzieja na to, że będziesz mógł poczuć się we własnej Ojczyźnie jak u siebie, jest niestety niezwykle płonna i złudna.

Rodziny ani kraju się nie wybiera. Można jednak próbować zmienić – zarówno jedno jak i drugie.

Można szukać wsparcia i zrozumienia – i choć wiele razy towarzyszy temu na koniec uczucie zawodu i odrzucenia (o czym sama niejednokrotnie musiałam się niestety przekonać), to warto próbować.

Nie umiecie sobie nawet wyobrazić, jak wiele znaczyć mogą takie gesty wsparcia i zrozumienia od kochanych osób. Choćby nawet te najmniejsze, których większość otoczenia nawet nie zauważa. My je widzimy – tak mocno odznaczają się od fali hejtu i nagonki, która nieustannie jest wokół nas…

Dawno straciłam nadzieję, że apelowanie do polityków ma jakikolwiek sens. Większość z nich nie widzi niczego poza czubkiem własnego nosa, który wychylają tylko po to, by zawalczyć o kolejny stołek, o władzę i o kasę.

Człowiek, jego godność i prawo do poszanowania ma w tym najmniejsze znaczenie. Cholernie boli mnie fakt, że urzędujący Prezydent RP publicznie porównuje mnie, moją partnerkę, naszą miłość i uczucia do ideologii sowieckiej, która wyrządziła ludziom i naszemu krajowi tak wiele niewyobrażalnych krzywd.

Wiele więcej się po Panu Andrzeju Dudzie nie spodziewałam. O wiele bardziej boleśnie da się odczuć w sercu ból na widok słupków jego poparcia. Bo to oznacza, że albo w Polsce jest aż taka rzesza ludzi myślących tak samo jak obecny obóz władzy, albo że jest jeszcze większa grupa ludzi którzy na tego typu słowa pozostają po prostu obojętni.

I to do tych drugich właśnie apeluję. Nie róbcie tego. Nie zamykajcie oczu. Miarą człowieczeństwa jest to, w jaki sposób traktujemy bliźnich. Jeśli dziś to ja nie jestem człowiekiem, a groźną ideologią, która zagraża całemu społeczeństwu, to jutro możecie być nią Wy. Kto nie jest z nimi, jest przeciwko nim. Tak a nie inaczej to działa.

Jeśli twierdzicie, że Wasz głos i tak nie ma znaczenia, to ja Wam mówię, że jest inaczej. Każdy pojedynczy głos w nadchodzących wyborach, który oddany zostanie w sprzeciwie wobec homofobicznej propagandy obecnego obozu władzy, nie będzie głosem straconym.

Nie musicie głosować w mojej obronie, ja sobie już doskonale radzę sama.

Zróbcie to dla Waszych dzieci, a może wnuków? Dla znajomych, przyjaciół, sióstr, braci, wujków i cioć. Dla tych wszystkich, których kochacie. Nawet nie podejrzewacie, ilu wśród nich mogło mieć łzy w oczach, gdy usłyszeli ostatnio w mediach, że „nie są równi ludziom normalnym”…

LGBT to nie żadna ideologia. To my, ludzie – Wasi znajomi, przyjaciele, rodzina, koledzy i koleżanki z pracy.

Nie chcemy żadnych przywilejów, chcemy tylko równych praw. I poczucia bezpieczeństwa we własnym, mimo wszystko – ukochanym i pięknym kraju.

Spotkania z Księciem Ciemności 22

Ksawery Kopański

Jam jest Książę Ciemności!

Wspomniałem swego czasu, że Książę jest chimerycznym łazęgą. To prawda, ale nie cała: ON W OGÓLE JEST CHIMERYCZNY.

Od kilku dni znów dość regularnie przychodzi do nas z rana. By zjeść śniadanie, pomiziać się z moją Żoną oraz pobrykać z Kropką. I zostać na kilka minut… albo na kilka godzin. Niemal codziennie pojawia się w innym nastroju, czego nawet nie próbuje ukrywać. Czasem odprężony. Nieraz zaaferowany. Kiedy indziej podenerwowany. Innym razem rozmarzony. Albo wystraszony. Lub umordowany całonocną pracą. Domagający się czułości. Oschły. Zależy – żadnych reguł w tym zakresie wyznaczyć się nie da.

Książę to uczuciowy gość. Pewnie, że zwykle za jego aktualną aurę emocjonalną odpowiadają jakieś okoliczności zewnętrzne, ale gdyby nie był wrażliwcem, nie znalazłyby one odzwierciedlenia w jego afektach.

Tak, Sierściuch ma swój sekretny świat uczuć. Bo też obdarzony jest subtelną duszą, która unosi się, jako dym kadzidła, gdzieś tam ku górze. Ja, ateusz, wam to mówię!

Jeśli któryś z Czytelników (raczej przypadkowych, niż stałych, jak mniemam) żachnie się na stwierdzenie, iż zwierzęta posiadają duszę, to uprzedzam: nie dam się wciągnąć w żadną dyskusję. Ja jestem Ksawery, nie Tomasz! Akwin znam tylko z opisów. I, jako niewiarek zatwardziały, choć praktyczny, nie potrzebuję niczego teoretycznie uzasadniać. Nie dorobiłem się, jak dotąd, systemu swej ateuszowskiej scholastyki; co więcej, nie odczuwam nawet takiej potrzeby. Tym bardziej, iż niedouk ze mnie okropny! Jeśli ktoś zechce, bez trudu wyłapie logiczne niekonsekwencje w moich dociekaniach. No i co? No i nic! I tak wiem, że zwierzęta, nie tylko koty, kryją w swym wątłym korpusie ducha niezłomnego, a wrażliwego. Czym on jest? Nie wiem. Jaka jego natura? Nawet nie próbuję zgadywać. Jak długie jego trwanie? Nie mam pojęcia! Ale że jest – to rzecz pewna.

Nie da się istnienia Księcia sprowadzić do jedzenia, marcowych manewrów i rozkoszy drapania za uszkiem! Weź go na ręce, pogłaskaj, spójrz w zielone oczy. No i…?

*

A na drugim końcu Europy, pod błękitnym niebem Brabancji Walońskiej i pod dachem plebanii w Ryżej Tafli – jak pozwalam sobie z niewinną i życzliwą złośliwością tłumaczyć nazwę miejscowości, w której rezyduje mój Przyjaciel ksiądz – spokojny żywot wiedzie Neige, czyli Śnieżynka. Czy dla owego zacnego duchownego uznanie, że ją również obdarzono duszą, stanowi jakiś problem? Myślę, że nie. Tym bardziej, iż kapłan ten od wielu dziesięcioleci przesiąknięty jest na wskroś franciszkańską miłością do wszystkich stworzeń bożych, a więc i braci oraz sióstr zwierząt. Nawet dla mnie – zatwardziałego ateusza – znajduje miejsce w swym wielkim sercu!

Fascynujący to temat: dociekać, jak rozwija się życie duchowe kotki Śnieżynki w domu duchownego! Jakich iluminacji doznaje tam owa ślicznotka!

Co prawda Przyjaciel zarzekał się, że ta fotografia wyszła mu przypadkowo, bez interwencji z góry, ale kto go tam wie… Kocia dusza. Tajemnica. Taką niech pozostanie.

Z Berlina

Ela Kargol

W Berlinie, wśród tysiąca atrakcji turystycznych są miejsca, gdzie trudniej trafić, choć dostęp do nich nie jest ograniczony. Jedno z takich miejsc ukryte jest niedaleko Placu Poczdamskiego, resztek muru berlińskiego, Martin Gropius Bau i ruin Dworca Anhalckiego.

Wiedzialam, że tam musiało być coś wyjątkowego, tylko nie mogłam sobie przypomnieć, co. A więc po krótkiej przerwie na placu, który wzięłyśmy w posiadanie, opuściłam moje towarzyszki pandemicznych spacerów i poszłam ulicą Bernburger Straße, mijając kościół świętego Łukasza i kilka budynków (podobno cztery), które przetrwaly II wojnę światową, w kierunku który wydawał mi się właściwy i był właściwy. Między nowymi i nowszymi blokami jest duży obszar zieleni, zielona przestrzeń, przez którą wielu wtajemniczonych skraca sobie drogę. Uwagę zwraca budynek z drewna albo nim obity o dziwnych kształtach powyginanej elipsy. To tu zaczął się pilotażowy projekt berlińskiego Uniwersytetu Technicznego nazwany “Roof Water-Farm”. O projekcie wiecej tu: http://www.roofwaterfarm.com/partner/tu/. Tak jak zrozumiałam, mieszkańcy jednego z bloków swoje ścieki, tzw. wodę szarą, odprowadzają do ekologicznej oczyszczalni, znajdującej się na podwórzu. Ta woda po oczyszczeniu wraca do tych samych mieszkań, w tej wodzie pełnej trzciny i sitowia, pływają ryby, tą wodą podlewanie są warzywa. Nie wiem, czy projekt jeszcze trwa, bo dofinansowanie już dawno minęło.
Owszem wszystko bardzo ciekawe i na pewno przy grożących nam suszach i zmianie klimatu warte dalszych badań i starań.

Ale bardziej niż malowniczy wodny ogród połączony kilkoma mostkami, interesuje mnie to, co tu było kiedyś, prawie 150 lat temu. Resztki fundamentów i dziesiątki cegieł ułożone w murki okalające tarasy przy blokach mogłyby opowiedzieć historię tego miejsca.

W 1876 roku wybudowano według projektutu Gustava Knoblaucha na dwóch parcelach przy Bernburger Straße  wielki tor wrotkarski (Central Skating Rink), licząc na to, że wrotkarstwo będzie cieszyło się coraz większą popularnością wśród berlińczyków.
Tak się nie stało. Kilka lat później zamiast wrotkarzom i łyżwiarzom pomieszczenia zaczęto wynajmować na koncerty. A kilka lat później instrumenty stroili tu już Berlińscy Filharmonicy. Gdy Franz Heinrich Schwechten, ten sam architekt, który projektował pobliski Anhalter Bahnhof, w 1888 roku przebudował halę wrotkarską na salę koncertową, mówiono już o niej dumnie – filharmonia. Tu dyrygowali Wilhelm Furtwängler i Hans von Bülow. Albert Einstein i Tomasz Mann wygłaszali tu swoje tezy, mowy i wykłady. Wszystko tu było z górnej półki, oprócz krzeseł, a było ich ponad 2000. Tylko proste krzesła można było szybko wynieść, gdy sala koncertowa, stawała się balową.

O starej berlińskiej filharmonii:

https://de.wikipedia.org/wiki/Alte_Philharmonie_Berlin

Stara filharmonia stała nad samą wodą, tak jak Elbphilharmonie w Hamburgu, przy najstarszym berlińskim porcie śródlądowym, Schöneberger Hafen. Co po nim zostało? Plac Portowy (Hafenplatz), który jest ulicą, a nie placem.
Kiedyś czytałam, że Einstein dojeżdżał, a w zasadzie dopływał łódką do filharmonii. Teraz wreszcie rozumiem, o jaką filharmonię chodziło i o jaki port. Port zasypano po wojnie, podobno piaskiem, ale mogę sobie wyobrazić, że też częścią gruzu ze zniszczonej podczas bombardowania filharmonii. Na porcie powstał park Mendelssohna-Bartholdyego. Mendelsson filharmonii nie znał, ale śmiem przypuszczać, że filharmonia znała jego.

W latach 30 ubiegłego wieku zaczęło się wszystko zmieniać. Filharmonicy nie sprzeciwili się nazistowskim rządom. Berlińska Filharmoniczna Orkiestra, zamieniła się w Reichsorchester, orkiestrę rzeszy, podlegającą Goebelsowi. Zmienił się również repertuar i wykonawcy.

30 stycznia 1944 roku podczas alianckiego nalotu filharmonia przy Bernburger Strasse została zbombardowana. Podobno Teufelsberg kryje w sobie jej gruzy, wyposażenie, może nawet instrumenty.

62 lata była ważnym miejscem spotkań berlińczyków, nie tylko miłośników muzyki. Mendelssohn-Bartholdy-Park nie budzi mojego zachwytu, prędzej krótka ulica, ścieżka prowadząca prosto do starej filharmonii. Fanny Hensel Weg, bo tak się nazywa ten krótki przesmyk miedzy Schöneberger Straße, a Dessauer Straße jest pełna światła, czerwcowej zieleni i ma taką lekkość w sobie. Fanny Hensel zmarła w tym samym roku, co jej wielki brat Mendelssohn-Bartholdy.

Nie znała portu przy Landwehrkanal, ani filharmonii. Nigdy nie była doceniona tak jak jej wspomniany brat. Ojciec pozwolił kształcić się dalej muzycznie Feliksowi, natomiast Fanny musiała pogodzic się z ojcowską wolą, nieprzychylną w tamtych czasach kobietom: Die Musik wird für ihn [Felix] vielleicht Beruf, während sie für Dich stets nur Zierde, niemals Grundbaß Deines Seins und Tuns werden kann und soll. (Muzyka będzie dla Feliksa może zawodem, dla ciebie tylko ozdobą, a nigdy nie powinna być i nie będzie podstawą twojego działania i twojego bytu).

Gdy przechodziłyśmy ulicą Bernburger, spojrzałyśmy wszystkie na powalone drzewo i stalowe, jak się później okazało zwieńczenie bramy, które albo spadło, albo zostalo zdemontowane z dwóch betonowych filarów. Brama prowadzi na terytorium po filharmonii. Teren jest prywatny, wejście zabronione, choć na małej tablicy pamiątkowej wśród płyt chodnikowych widnieje napis: „Ta droga prowadzi do miejsca starej filharmonii 1882 -1944”.

Sąsiedzi 19

Teresa Rudolf

Lesio/ Lesław

Regina weszła do sypialni Lesia, by zbudzić go na śniadanie.

– Lesławie, wstawaj, już dziewiąta, śniadanie na stole. Tu masz swoją laseczkę, chodzisz coraz lepiej już… no, hop, hop, umyj się, w tym czasie zrobię kawę.
Lesław dość niechętnie dziś wstawał, nie widział sensu dnia, który miał właśnie nadejść. Zaczął się rzeczywiście coraz lepiej poruszać, ale zdawał sobie sprawę, że gdyby nie to zamknięcie w domach z powodu groźnej dla całego świata epidemii, na pewno miałby już rehabilitację w jakimś  dobrym policyjnym, lub wojskowym sanatorium.
A tak musiał ćwiczyć pod dyktando bezwzględnej Reginy, która zapowiedziała, że nie będzie lekko, skoro bierze za swą pracę pieniądze i to niemało.
Jej zdaniem robił postępy, ale sam wolałby jeszcze szybciej stanąć na nogi, by móc samodzielnie żyć.
To uzależnienie od drugich osób wyraźnie go upokarzało, a już od Reginy specjalnie.
Często przed snem dopadały go przebłyski wspomnienia, o tym, co stało się tego feralnego poranka, gdy został napadnięty i prawie ze skutkiem śmiertelnym, pobity.
Całą prawą stronę ciała miał wtedy prawie zmiazdżoną kijem bejsbolowym, kiedy leżąc już na ziemi, tą stroną “wystawił” się napastnikom.
Wszystko działo się  bardzo szybko, natychmiastowy ból uderzanej głowy nie pozwolił na jakąkolwiek percepcję sytuacji. Poza zakapturzonymi męskimi postaciami, nie pamiętał ani ilu ich było, ani też, jak byli ubrani. Zapamiętał tylko, że słyszał jakieś męskie głosy i chyba zdanie: “przestań, bo go zabijesz”.

Szybko stracił przytomność i podobno dopiero po wielu, wielu godzinach ocknął się w szpitalu policyjnym. Nie czuł wtedy za wiele, poza otumanieniem ciężkimi środkami przeciwbólowymi, nawet język był jakby sparaliżowany. Nie mógł normalnie mówić. Pamiętał teraz jak przez mgłę, że byli  u niego w sali, bardzo krótko, jacyś dziennikarze z TV, pamiętał flesze aparatów fotograficznych
i to, że siostra oddziałowa wszystkich wyrzuciła z sali.
Pózniej niewyraźnie, przez bandaże na twarzy, widział bardzo zamazane twarze kobiet, w tym jedna z kobiet miała rude włosy jak Regina, jednak to nie była ona. Jak się później okazało, były to sąsiadki z drugiego piętra, pani Klara i Filomena. W tym momencie znali się w tŕójkę bardzo powierzchownie, ba, ich wzajemny stosunek był dotąd niezbyt przyjazny.
Jak się to wszystko niemal z dnia na dzień zmieniło, pomyślał…
Na początku odwiedzali go też koledzy z pokrewnych detektywistycznych kancelarii, na ogół w jednym, jedynym celu, by jak najwięcej dowiedzieć się o przebiegu tamtego porannego napadu.
Wyczuwał strach siedzący im na karku, bali się, wyraźnie, bali się na pewno tego, że mogą stać się kiedyś również ofiarami. Ponieważ nie miał im zbyt wiele do powiedzenia, te odwiedziny skończyły się dosyć szybko. No i dobrze, pomyślał.
Natomiast policja pojawiała się często, stawiając wiele pytań, niektóre z nich były dość  irytujące, wkraczające brutalnie w prywatne życie, lub też drobiazgowo w pracę zawodową, coraz bardziej  jednak zawężając listę jego klientów, mogących wchodzić w grę jako osby podejrzane.

Od wielu lat zajmował się bardzo niewdzięczną, lecz dobrze płatną klientelą, a zawsze chodziło o to samo, zdrady partnerów żyjących w stałych związkach.
Sam osobiście miał zdecydowany wstręt do grzebania się w najbardziej obrzydliwych zakamarkach zachowań ludzkich, w  kłamstwach, trikach, by oszukać tę drugą osobę pod każdym względem, często nie tylko damsko-męskim, ale również finansowym. Na jego oczach dokonywały się tragedie ludzkie, szklane domy z hałasem rozpadały się na miazgę, a domki z kart, jak w dziecinnych zabawach, w jednej sekundzie leżały żalośnie przed nosem obojga partnerów życiowych.
Zakłamana rzeczywistość nagle śmiała się szatańskim chichotem, łaskocząc dumę i wstyd czlowieka, a wzbudzając bezbrzeżną agresję przegrywającego.
Można by parę  kryminalnych ksiąg napisać o każdej rozstającej się parze, myślał.
Policja podejrzewała, że jego ostatni dramat leży właśnie w tym ogromnym śmietniku ludzkich spraw,
gdyż chyba dogrzebał się niezłego dynamitu. Sam również myślał, że parę śledzonych przez niego osób, mogło było mieć poważny powód, by go chwilowo, lub na zawsze uciszyć. Na myśl o tym dostawał gęsiej skórki, a nawet ataków paniki. Nie wiedzał nawet, czy jeszcze kiedyś będzie się czuł na tyle pewnie, by wyjść znów normalnie na ulicę.
Jeden z policjantów, kiedy zauważyl, że mówienie o pracy i jej niebezpieczeństwach, kosztowało Lesia wiele wysiłku i powodowało intensywne trudności w oddychaniu, zaproponował mu ostrożnie, by wziął może pod uwagę psychoterapię lub traumaterapię.
Teoretycznie istniała nawet możliwość, by Lesio skorzystał z takich rozmów u psychologa policyjnego, ale z powodu pandemii, nie doszło nawet do pierwszego spotkania.

Najgorsze było dla Lesława jednak to, że cała historia, która mu się przydarzyła, ocierała się bardzo blisko o jego własne, w niektórych aspektach niezbyt chlubne życie, w którym to również swe partnerki oszukiwał, zdradzał, okłamywał, specjalizując się  w tym wszystkim, z dnia na dzień coraz bardziej, tak doskonale wręcz, że nigdy przecież “nie wpadł”.

Teraz patrząc na to, autoironicznie myślał, że dzięki temu, mógł się dużo szybciej i lepiej wcielić w mentalność zdradzającego.
A zaczęło się to natychmiast po rozstaniu z Reginą, która udowodniła mu, jak można być ślepym, głuchym, naiwnym, jak można niczego nie wiedzień i nie spostrzec, że się jest od dawna zdradzanym. Nie tyle ta jej zdrada go maksymalnie załamała, ale fakt, że sam przenigdy by tego nie przypuścił.
Kiedy na koniec, przed samym rozstaniem wykrzykiwali sobie nawzajem wszystkie oskarżenia, dowiedział sie, że “oczywiście taki zadufany w sobie bufon, nie mógłby nawet założyc, że jego kobieta mogłaby kogoś innego poza nim jeszcze zobaczyć, sama już dawno  będąc niewidzialna!!!!”.
– Odbiło ci w tych Stanach, krzyczała wówczas, uwierzyłeś naprawdę, że jestes drugim Presleyem, a ja glupiutką, młodziutką Priscillą u twego boku, śmiała się, czasem jednocześnie histerycznie płacząc.
To prawda, zostawiał ją samą na całe godziny i dni, a ona, coraz bardziej samotna, dość dlugo w tym związku tylko czekała. Tylko czekała, a przecież była  w innym kraju i to dla niego w tym kraju została.

– No, wreszcie możemy zjeść śniadanie, ale dzisiaj to się guzdrałeś Lesławie, stwierdziła Regina.
Na bardzo estetycznie, jak zwykle, przygotowanym stole, było świeże pieczywo, masło, pomidory, ogórki, wędlina (uwielbiał kabanosy), świeży twarożek i inne smakołyki, do wyboru, do koloru.
Kiedy Lesław tak patrzył na to wszystko, pomyślał, że kiedy byli parą, nigdy się tak na codzień nie starała, odwrotnie, cokolwiek robiła, było to jakby wymuszone,  i ta “bylejakość” była bardzo irytująca.
– Regino, ależ ty się w niektórych sprawach zmieniłaś, jesteś teraz trochę inną osobą niż ta, jaką kiedyś znałem!, powiedział.
– No, no, nie nakręcaj się już tak, po prostu zawsze sumiennie wykonuję swą  pracę, by nie można mi nigdy, niczego zarzucić. Jesteś dla mnie  jedynie “przypadkiem”, którym się teraz zajmuję, a przecież szukałam pracy, powiedziała miękko, zarumieniona, głosem zupełnie nieadekwatnym do tekstu…
Nagle zmieniła barwę głosu: Poza tym trudno mi uwierzyć w to, co mówisz, po tym, jak sobie teraz pozwalałeś mnie traktować, jak trujące powietrze i gdyby moja obecność tutaj nie była właśnie pracą, wyszłabym już stąd po dwóch dniach.
– Ależ, to ty byłaś tak okropna dla Salomona, kiedy tu te parę godzin przebywał, że myślałem już, że mu coś zrobisz, odpowiedział. Wiesz przecież jak go kocham, dodał.
-No i co zrobiliśmy z tego naszego życia?, zapytała Regina raczej samą siebie cichutko, spoglądając nieśmiało i smutno na bezradnego, również smutnego Lesława, a mamy przecież też tyle pięknych wspomnień, dodała jeszcze ciszej i nie czekając już na żadną odpowiedź, wyszła z pokoju.

Prowincjonalne Theatrum Mundi 5

Stefan Andrzejewski

Jest wiosna 1988 roku. Uczniowie klasy humanistycznej jedynego w prowincjonalnym mieście liceum ogólnokształcącego znajdują się na półmetku edukacji. Są przecież w drugiej klasie, więc, choć do matury zostały jeszcze dwa lata, nie czują się już nowicjuszami.

Wielu z nich zdążyło odkryć swoje pasje i talenty, powoli zaczynają decydować o tym, co każdy z nich chciałby robić po maturze. Udzielają się również w życiu liceum, występują na szkolnych akademiach, niektórzy działają aktywnie w szkolnym samorządzie.

Klasa ma więc już swoją renomę.

Wychowawczynią jest Pani od Rosyjskiego. Pani, jak na rusycystkę, bardzo nietypowa. Wbrew obiegowym opiniom, głoszącym w tamtych czasach, że nauczyciele rosyjskiego to forpoczta komuny i najzagorzalsi utrwalacze sojuszu ze Związkiem Socjalistycznych Republik Radzieckich, nasza Pani jest przewodniczącą Szkolnego Koła NSZZ «Solidarność» Pracowników Oświaty.

Kiedy rok później, tuż przed wyborami do Sejmu kontraktowego, nauczyciel «wuefu» – a przy tym przewodniczący nauczycielskiej Podstawowej Organizacji Partyjnej PZPR – ukarze sporą grupę uczniów uwagami w dzienniku, za przyklejenie do tornistrów naklejek reklamujących Komitet Obywatelski przy Lechu Wałęsie, dzielna, choć niskiego wzrostu, rusycystka, stanie odważnie w obronie «swoich dzieciaków». Nikt nigdy nie dowiedział się, co miało miejsce podczas posiedzenia rady pedagogicznej, ale następnego dnia, na godzinie wychowawczej, Pani od Rosyjskiego poinformowała lakonicznym i, jak zwykle suchym, tonem:

– Rozmawiałam z panem od «wuefu», kazał was przeprosić i powiedzieć, że się niepotrzebnie uniósł; uwagi, które wam wpisał, nie będą miały wpływu na semestralną ocenę z zachowania.

Wszyscy zachowali kamienne twarze, ale w sercu odczuwali triumf, któremu dali wyraz na przerwie. Z taką Panią od Rosyjskiego szybko obalimy komunę! Strach się było bać takiej profesorki!

Wychowawczyni klasy 2A – Pani od Rosyjskiego, miała też bardzo zwariowane pomysły. Kiedy bowiem musiała przeprowadzić lekcję pokazową dla rusycystów ze wszystkich liceów w województwie, stwierdziła, że sama lekcja nie wystarczy i że nie warto ściągać ludzi z odległych miejscowości na jedyne czterdzieści pięć minut. Dlatego, jako dodatek do tej pokazówki, zaproponowała uczniom przygotowanie przedstawienia na kanwie wierszy Anny Achmatowej. Miały być one recytowane w polskim przekładzie, co znacznie ułatwiało zadanie. Wzięła się za reżyserowanie ostro i energicznie. Bo przecież «jej dzieciaki» to humaniści, z kim, jeśli nie z nimi, można zrobić prawdziwy teatr?

Ponieważ klasy humanistyczne są, w większości przypadków, mocno sfeminizowane, w 2A, na dwadzieścia siedem dziewcząt przypadało tylko siedmiu chłopaków. Tym sposobem, albo – by użyć rosyjskiego – tаким образом, piszący te słowa, jako jedyny przedstawiciel męskiej części klasy, trafił do obsady spektaklu. Czy spośród swoich kolegów był najlepszy do przedsięwzięcia tego typu? Z fałszywą skromnością powie, że chyba nie. Ale już wcześniej, na szkolnych akademiach, udzielał się jako etatowy – i nie najgorszy – recytator, był o sześćdziesiąt kilo młodszy niż obecnie, pisząc te słowa, zaś metr osiemdziesiąt wzrostu zapewniało mu jako taką prezencję. Powiedzmy więc, zgodnie z historyczną prawdą, że był naturalnym kandydatem do wzięcia udziału w tej «rozróbie».

Przez następne kilka tygodni młodzi aktorzy czuli się wybrańcami losu. Co chwilę, zwalniani z lekcji przez swoją Wychowawczynię, uczestniczyli w wielogodzinnych próbach. Pani od Rosyjskiego reżyserowała ich energicznie, ale też pozwalała im samym się reżyserować: chętnie przyjmowała sugestie, dopuszczała kłótnie o ustawienie na scenie, o ruch, gesty i mimikę. Słowem: wyzwoliła prawdziwą aktorską pasję, rozpętała burzę mózgów – każdy, kto miał choćby maleńką rólkę i parę linijek tekstu, czuł się odpowiedzialny za całość przedsięwzięcia.

Dość powiedzieć, że przedstawienie dla nauczycieli języka rosyjskiego okazało się bardzo udane.

Pani od Rosyjskiego uznała jednak, że szkoda marnować wielodniowy trud dla jednego tylko spektaklu. Zaplanowała więc dodatkowe przedstawienie dla uczniów i grona pedagogicznego oraz kolejne, dla komitetu rodzicielskiego. Odbył się ponadto spektakl «na wyjeździe» – czyli na deskach Miejskiego Domu Kultury, tego samego, w którym co roku występują profesjonalne zespoły w ramach Spotkań Teatralnych!

Młodzi artyści poczuli się jak zawodowcy. Żeby nie wyjść z wprawy, trzeba było wznowić próby. Rano lekcje (nie oszukujmy się, aktorzy byli z nich zwalniani, by w tychże próbach uczestniczyć), zaś wieczorami kolejne występy, przez kilka dni z rzędu. Toutes proportions gardées, jak w prawdziwym teatrze, gdy sztuka nie schodzi z afisza przez dłuższy czas!

Trzeba znów przyznać, co autorowi zdarzało się już w poprzednich odcinkach, że – po ponad trzydziestu latach – wiele szczegółów tego jedynego w swoim rodzaju przedstawienia pamięta zaledwie jak przez mgłę. Nie może jednak zapomnieć emocji i twórczego podniecenia, jakie towarzyszyły przygotowaniom i samym spektaklom.

Zapomniał też większość tekstów, ale ten dialog, zagrany z koleżanką, pamięta:

Koleżanka: Wydawało się: stopni tak wiele,
Koleżanka: Lecz wiedzialam, że trzy, na pewno!
Koleżanka: Pośród klonów jesienny szelest…
Koleżanka: On poprosił:
Autor:ankaO umrzyj ze mną!
Autor:ankaOszukały, zabrały mi siły
Aut or:anka
Losy zmienne i nierozumne
Koleżanka: I odrzekłam: «O miły, miły,
Koleżanka: Mnie tak samo! I z tobą umrę!»

Kiedy kilka lat później wyżej podpisany obejrzy genialny film «Stowarzyszenie umarłych poetów» z Robinem Williamsem w roli głównej, wzruszy się głęboko, choć nie będzie specjalnie zaskoczony. Będzie bowiem wiedział z «własnej autopsji» – jak mawiają niektórzy – że tacy nauczyciele istnieją naprawdę, nie tylko w głowach hollywodzkich scenarzystów filmowych.

Ale i dziś nie ukrywa, że łza kręci mu się w oku, a ekran komputera rozmazuje się co jakiś czas. Czyżby nostalgia za utraconą młodością? Przecież to już piąty odcinek, przy poprzednich coś takiego mu się nie zdarzało!

Nie, powód jest zupełnie inny.

Dziewięć lat później, w 1997 roku, autor jest już poważnym alumnem, studentem przedostatniego roku seminarium duchownego. To rok pamiętnej Piątej Pielgrzymki Jana Pawla II do Ojczyzny. Na jej trasie znalazło się także nasze miasteczko, które dopiero za dwa lata straci status wojewódzki. Wszyscy alumni rozjeżdżają się po Polsce, by uczestniczyć w uroczystościach z udziałem Papieża. Nasz bohater, ma się rozumieć, otrzymuje od przełożonych pozwolenie, by udać się do swojego rodzinnego miasta; jakże mogłoby być inaczej!

Kiedy, po wielogodzinnej podróży, wysiada z autobusu, jego wzrok przykuwa skromny nekrolog, naklejony na szybie przystanku dla «pekaesów».

Pani od Rosyjskiego! Choroba nowotworowa zabrała Ją przedwcześnie: w chwili śmierci była o ładnych parę lat młodsza od swojego ucznia w momencie, gdy pisze te słowa.

Nasz autor, wtedy już prawie-ksiądz, wie, że ludzie umierają, że zdarza się to nawet dzieciom.

Ale kobieta tak silna i energiczna, która nie bała się komuchów i trudnych wyzwań, miałaby dać się pokonać jakiejś głupiej chorobie? Niemożliwe! A ponad wszystko, to przecież Nasza Wychowawczyni i Pani od Rosyjskiego!!!! Piszący te słowa przez chwilę łudzi się jeszcze, że może to tylko zbieżność nazwisk. Lecz podpis pod nekrologiem nie pozostawia żadnych wątpliwości: Pogrążeni w bólu dyrekcja, grono pedagogiczne i uczniowie Liceum Ogólnokształcącego w…

*

Od ponad dwudziestu lat absolwenci klasy humanistycznej są sierotami.

Pani od Rosyjskiego nie było przy nich w ważnych momentach ich dorosłego życia. Piszący te słowa tak bardzo chciał Ją zaprosić na swoją prymicyjną Mszę Świętą! Na pewno byłaby dumna. Kiedy kilka dni po maturze okazało się, że, jako jedyny w klasie, nie złożył podania na żaden uniwersytet (a każde takie podanie musiało być podstemplowane przez dyrekcję, z wyjątkiem próśb o przyjęcie do seminarium; Kościół miał własne procedury i – poza świadectwem maturalnym – nie wymagał «błogosławieństwa» szkoły), Pani od Rosyjskiego zaczepiła naszego bohatera na szkolnym korytarzu:

– Nie musisz nic mówić. Wiem, że idziesz do seminarium i obserwując cię, domyślałam się tego od dawna. Nie jesteś zresztą jedyny, w każdej klasie, gdzie byłam wychowawczynią, mam przynajmniej jednego absolwenta, który został księdzem. Może jednak zastanowisz się wcześniej nad jakimiś świeckimi studiami, jakimś zawodem? Nie wszyscy dochodzą do kapłaństwa, więc, tak na wszelki wypadek, dobrze jest mieć jakiś fach w ręku.

Piszący te słowa nie posłuchał Jej sugestii, choć po latach, patrząc na – nierzadko pogmatwane – losy wielu swoich kolegów seminarzystów, którzy w trakcie przygotowania do kapłaństwa zmienili zdanie i wybrali inną drogę, docenił mądrość tej rady.

Bardzo brakowało Pani od Rosyjskiego na hucznych i uroczystych obchodach trzydziestolecia matury w 2020 roku!

Pozostaje tylko przywołać słowa Jej ulubionej poetki, której tworczość, w tak niekonwencjonalnej formie, odkryła przed «swoimi dzieciakami»:

Oszukały, zabrały mi siły
Losy zmienne i nierozumne…

Pamięci Małgorzaty Walciszek, magister filologii rosyjskiej, działaczki podziemnej «Solidarności»; nieodznaczonej, jako aktywistki zbyt niskiego szczebla, Krzyżem Kawalerskim – ani jakimkowiek innym – Orderu Odrodzenia Polski; przede wszystkim jednak jedynej w swoim rodzaju Wychowawczyni i Pani od Rosyjskiego.