Łucja, żaden autorytet 14

Łucja Fice

Apel do rozsądku

Nie jeden raz pisałam, że żyjemy w czasach ZŁA. Mówiłam i pisałam już od roku 2015, kiedy zaczęła się mega emigracja. Pisałam o moich przeczuciach i wizjach przyszłości w ostatniej powieści Druga strona grzechu.
Jesteśmy teraz w kulminacyjnej fazie walki DOBRA ze ZŁEM. Może komuś otworzę oczy? Uważam, że TERAZ powoli zaczynamy stąpać na gruzach walącego się systemu, do którego dopuścił obecny system. To system obłędu i strachu, do którego doprowadziło ZŁO. Propaganda przekupionych polityków, którzy w przekazach medialnych głównego nurtu doprowadzają ten świat w kierunku obłędu i umysłowego zniewolenia.
Osobiście zachowuję dozę zdrowego rozsądku i wiary w siebie, jako wolnego człowieka, nie poddałam się terrorowi kłamstw. Czy Państwo wiecie co zrobili Japończycy ze swoim przemysłem po II Wojnie Światowej? (temat do zgłębienia.) Całe życie zadawałam pytania i teraz zadaję o przyszłość POLSKI i EUROPY. Mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć, że wielu z nas brakuje poczucia rzeczywistości w najbardziej podstawowych sprawach, wszystkiego co nas otacza i tego co nas dotyczy. Wielu z nas wydaje się, że są realistami, materialistami, ale w rzeczy samej są najbardziej abstrakcyjnymi teoretykami, jakich możemy sobie wyobrazić. Są całkowicie wypchani czystymi teoriami, śnią o teoriach, nie będąc świadomi, że to tylko sen. Kiedy już ktoś przypadkowo przebudzi się, przecierając oczy przytomnie zreflektuje się, że dał się strasznie oszukać.
Wychowana jestem na słowie DEMOKRACJA. Uczono mnie, że DEMOKRACJA ma przeniknąć świat i tylko ona jest lekiem na całe ZŁO. Co ludzie DZIŚ wiedzą o tym, czym jest DEMOKRACJA? Żonglują tym słowem, biorąc je za PRAWDĘ. Pewne elity (finansjera) usypiają całą rasę ludzką iluzją tego pięknego słowa. Jeśli będziemy nadal żyć tą iluzją, to otrzymamy pojęcie demokracji nie takiej o jakiej marzymy, bo za sznurki pociągają nieliczni, usypiając ludzkość abstrakcyjnymi pojęciami. Tak! Obecna DEMOKRACJA, ta teatralna sztuka, za kurtynę której obecnie zaglądam, nie jest wcale taka, jak myślimy, że jest. Wmawia się nam, że żyjemy w demokracji, to w nią wierzymy i nie zauważamy, jak jesteśmy manipulowani przez grupy ZŁA. Usypia się nas abstrakcyjnymi pojęciami, na podstawie wcześniej przeprowadzonych eksperymentów, które dowodzić mają, że psychika ludzka jest słaba i poddaje się wszelkiej manipulacji. Dlatego można całkiem dobrze nas uśpić, tak byśmy uwierzyli w oszukaną rzeczywistość i brali ją za PRAWDĘ. Elicie elit (największy kapitał) udało się rasę ludzką omamić, zaczarować tym pięknym słowem, jakim jest DEMOKRACJA i jednocześnie wykorzystać to słowo, jako narzędzie zbrodni, czyli wyzysku ludzkiej wspólnoty. To finansiści są wrogami demokracji i stoją za jej parawanem w tym TEATRZE. SZTUKA jest dobrze skrojona na miarę XXI wieku i jej technologii. Możnowładcy tego świata ukrywają swoje metody wyzysku pod pięknymi aksjologicznymi cytatami na przykład: DOBRO CZŁOWIEKA, EKOLOGIA, LGBT i setki innych. Przywódcy w swoich finansowych instytucjach traktują je jako środek obronny przeciw ewentualnemu buntowi ludzi. Mają już technologiczne narzędzia, by nas zniewolić i nie dopuścić do buntu, na przykład za pomocą broni elektromagnetycznej. Marzyło się to im od wieków ale nie mieli narzędzi. Co z tego, że wielu z nas już pojmuje istotę zagrożenia, że wielu zaczyna rozumieć prawdziwe znaczenie słowa DEMOKRACJA, które dziś zagrożeniem dla świata.
Moja konkluzja: Prawdziwa DEMOKRACJA nie zagrozi narodom, które ze sobą współpracują. Prawdziwa DEMOKRACJA, to nie antagonizmy i przeciwieństwa pomiędzy narodami. DEMOKRACJA, to nie izolacja i sanitarny terroryzm. To nie to samo, co dzisiejsza DEMOKRACJA zza kurtyny, która ma służyć uśpieniu mas ludzkich. Wywołuje dziś wydarzenia, które dotyczą losów całej ludzkiej rasy.
Finansiści opanowali świat i go wyzyskują. Osobiście przebywam w tej jak najbardziej realnej rzeczywistości i nie dam się zakłamać. Są we mnie naturalne impulsy, które nie pozwalają mną manipulować. Jestem w stanie stanąć stanąć z nim oko w oko, zmierzyć się z tym kłamstwem. Wiem, jak wielu rodaków piastując wysokie stanowiska, zaprzedało się mamonie. Otworzyłam już dawno oczy i zmysły dla realnych faktów i zdaję sobie sprawę, że wiele rzeczy, które ludzie uważają za dobre, już niedługo przestanie funkcjonować. Można to jeszcze zmienić, bo NADZIEJA umiera ostatnia.
W miejsce FAŁSZYWYCH słów trzeba wprowadzić PRAWDZIWE. Ludzkość musi zrozumieć, jak jest oszukiwana i manipulowana tym pięknie brzmiącym słowem, musi zrozumieć, jak ZŁO kontroluje i cenzuruje nasz świat.

Ostatecznie widzę nasz kraj odbudowany, nowy, inny, sprawiedliwy. Jakim kosztem?! Co stanie się po drodze. Ja wiem. W moich snach powtarza się liczba cztery i śpiew tysięcy ludzi, śpiew o wolności.

Równoległy świat

Ewa Maria Slaska

Na blogu tak się ostatnio dobrze dzieje, że prawie nic nie muszę robić – oczywiście wstawiam Wasze wpisy, oczywiście czasem je redaguję, a zawsze layoutuję, oczywiście usuwam trolle (tego to się jakiś czas temu namnożyło, ale ostatnio jakby trochę lepiej), ale dawniej często było tak, że musiałam błagać i żebrać, żeby ktoś mi przygotował wpis, a jak i tak nic nie dostałam, pisałam własny tekst, choćby na kolanie. A teraz jest Was dużo i wypełniacie mi cały mój blogowy świat, a czasem wręcz musicie się naczekać na “swoją kolejkę”.

W takich sytuacjach, jeśli nie ma jakiegoś specjalnego powodu, że koniecznie trzeba akurat właśnie opublikować wpis mój własny, kiedy przysyłacie mi wpisy, a ja już zapełniłam bloga, wszystko musi się poprzesuwać. A wtedy pierwsze wpisy, jakie przesuwam na kiedy indziej, to właśnie te moje własne, pomyślane, zaplanowane, zapisane w kalendarzu, a potem, ot, przesunięte. Przy czym ogólnie wiadomo, że jeśli coś się w tym przesuwaniu ma ostać, to będą to przede wszystkim rocznice, cmentarze i Barataria. Tak więc wpis o okrągłym kościółku św. św. Feliksa i Adaukta w Krakowie czekał od maja. Uprzedzam jednak. To nie jest zwykły wpis, to wpis-problem, próba znalezienia odpowiedzi na pytanie, co się dzieje z moją pamięcią?

Bo zasadniczo pamięć mam dobrą, a nawet niekiedy przypuszczam, że znakomitą. Jeszcze dziś obudzona w środku nocy mogę Wam opowiedzieć o układzie pokarmowym królika, a uczyłam się tego 60 lat temu i nigdy nie powtarzałam.

Ale tu tymczasem moja pamięć przypomina mi coś, czego teoretycznie i formalnie nie ma, a zatem zapewne nie było. Możliwe, że nigdy. A przecież było, dam za to głowę. Mało tego, kiedyś o tym napisałam w wypracowaniu szkolnym. I gdy zaczęłam drążyć temat, zeszyt z tymżeż wypracowaniem wychynął na powierzchnię z czeluści szafy, w której trzymam różne rzeczy, ale, przysięgam, nie własne zeszyty szkolne. Po prawdzie, to głowę bym dała, że nie mam żadnych swoich zeszytów szkolnych. Dowiedziałam się jednak, że lepiej nie dawać głowy, bo posiadam zeszyt, który ewidentnie przeniosłam ze sobą, gdy przemieszczałam się z tamtego świata, do tego, który wprawdzie jest równoległy i niemal identyczny, ale jednak inny.

W tym tekście piszę więc o kaplicy świętych Feliksa i Adaukta i lokuję ją tam, gdzie ją do dziś lokuje moja wyobraźnia. Piszę o niej również dlatego, że do poprzedniego roku w czasie wakacji zawsze ją odwiedzałam. Widziałam ją więc wielokrotnie – nieduży okrąglutki kościół romański z absydami, posadowiony w lewo skos za Kościołem Mariackim w Krakowie.

Makieta kaplicy św. Feliksa i Adaukta, wykonana w latach 20 przez Stanisława Kolowca (1904-1968); fotografia ze zbiorów Muzeum Miasta Krakowa (ale w muzeum makiety nie ma).

Tymczasem tego kościoła na pewno nie ma! Chciałam go w tym roku pokazać Konradowi – nie ma i, jak się zdaje – nigdy nie było! Ale jak to? Przecież widziałam go na własne oczy wielokrotnie!

Bywałam w Krakowie z Karusią, moją ukochaną cioteczną babką, Karoliną Lubliner-Mianowską, która w roku 1963 umarła. Karusia przez kilka cudownych lat zabierała mnie na wakacje w góry. Poznałam wtedy jej przyjaciół, Marię Kann, Zofię Radwańską-Paryską i jej męża, pana Paryskiego, autorów Encyklopedii Tatrzańskiej. Mieszkałyśmy u górali w drewnianych chatach – na obrzeżach Zakopanego, w Bukowinie czy Murzasichlu, chodziłyśmy na spacery lub niezbyt wyczerpujące wyprawy – do Jaworzyny, na Nosal, na Gubałówkę, do Doliny Kościeliskiej, Wąwozu Kraków, do Morskiego Oka i Doliny Pięciu Stawów, na Miętusią, obejrzeć Wantule, las na kamieniach. Tknięta przeczuciem sprawdzam, czy ten las istnieje. Pamiętam go znakomicie, pamiętam też książkę Marii Kann, która się tam rozgrywa. Zaglądam więc do Wikipedii i czytam: Teren Wantuli zarastał górnoreglowy las świerkowy. W 1968 roku wyłamała go potężna wichura, obecnie odtwarza się on na nowo.

A więc lasu na kamieniach też nie ma. Ale przynajmniej odtwarza się na nowo. A kaplica nie.

Ta historia to tajemnica. Wspomnienie nałożone na przypomnienie, a może zapomnienie. A może by tak użyć tu zagubionego słowa: odpomnienie?

Każdy, komu, odkrywszy nieistnienie kaplicy, opowiedziałam o tym, był pewien, że musiał to być kościół na Wawelu, kościół, który nie istnieje od kilku setek lat, a którego domniemany plan i wygląd przedstawiają zdjęcia na stronie 22 książki o nieistniejących kościołach w Krakowie. Zarysy kościoła odsłoniły dopiero wykopaliska archeologiczne i jak się teraz pójdzie na Wawel, to widać w odległym kącie wrastające w mur zamkowy kawałki romańskich ścian w głębi wykopu.

Grzegorz Bednarczyk, Nieistniejące kościoły Krakowa, pdf 2017

Wykopaliska wyglądają tak jak na górnych zdjęciach, a ja pamiętam tę rotundę tak, jak została zrekonstruowana. Pytanie tylko, dlaczego, skoro tego od średniowiecza nie ma i było ukryte w murach Wawelu, dlaczego więc ja to widziałam, i to w pełnej krasie – z murami, dachem, drzwiami i niezrujnowanymi absydami, w kolorze? No i dlaczego widziałam to koło Rynku a nie na Wawelu?

Próbuję odtworzyć pewien hipotetyczny bieg zdarzeń. Przez kilka lat, powiedzmy, że było to w latach 1958-1962, jeżdżę z Karusią na wakacje w góry. Za każdym razem robimy postój w Krakowie, oglądamy i Rynek, i Wawel. Dzieje się tak przez długi czas. Kiedyś pokazuje się mi może jakąś planszę albo książkę z obrazkiem zrekonstruowanej Rotundy z Wawelu. A może nawet samą makietę. Pokazuje mi ją na przykład pan Paryski. Być może oglądam to podczas spaceru po Rynku, mówi mi się, że to kościół Feliksa i Adaukta z Wawelu, ja tego słowa Wawel nie słyszę, a obrazek zmienia mi się w kościół i przykleja się tam, gdzie akurat go widziałam, czyli z tyłu za Kościołem Mariackim, na obrzeżach Rynku. Wszystko pięknie. Możemy założyć, że tak było.

Tylko…

Tylko, że gdy przekonałam się naocznie, że tej kaplicy nie ma, zapytałam moją siostrę, Kasię, czy ją pamięta, a ona natychmiast odpowiedziała: tak, z tyłu za rynkiem, na skos.

Czy mogłam mojej siostrze przekazać moje wyobrażenia i to z tak dokładną lokalizacją?

Czy jednak istnieje rzeczywistość równoległa i myśmy obie, moja siostra i ja, tam były i widziały tę rotundę z tyłu w skos po lewej za Kościołem Mariackim?

PS. Inną pamięcią ze świata równoległego jest moje przekonanie, że w roku 1966, w rocznicę Chrztu Polski, Czesław Niemen wjechał do morza na białym koniu, śpiewając pieśń wojów Bolesława Krzywoustego.
I otóż w TYM świecie Niemen nadal śpiewa tę pieśń, ale na żadnym koniu nie wjechał do żadnego morza. Nie wjechał, bo nikt w internecie o tym nie pamięta, a przecież wiemy, że jak czegoś nie ma w internecie, to tego nie ma i nie było.

A tu rzeczona pieśń

Z kim idę, za kim idę?

Ewa Maria Slaska

Przeczytałam właśnie w (prawie) codziennym doniesieniu Jacka Pałasińskiego nt. polityki polskiej i zagranicznej na Facebooku, że podobno przeciętny człowiek z tzw. przeciętnej strefy białego człowieka posiada przeciętnie 330 tysięcy przedmiotów.

330 000 przedmiotów.

Ach, fuj, aż się myśleć nie chce.

Kusi, żeby policzyć, ile ja mam – tylko jak się to liczy? czy dwie skarpetki to dwie skarpetki, czy jedna para? Czy każdą bombkę choinkową osobno, czy pudło ozdób? Ryż? Kasza? Jabłka?

Nieważne. Na pewno mamy za dużo i jeszcze wciąż wszyscy oczekują, że się wymieni stare na nowe, zasłoni rury i wyrzuci rozchwierutane krzesło, spostponuje umywalkę z pajęczynką cienkich popękań i dzikie astry, które się same zasiały na balkonie. “Nie wymieniasz”, powiedział mi ktoś niedawno. Z przyganą? Ze zdumieniem? Nie sądziłam, że to widać. Myliłam się. Widać. Stare wyrzucamy. Wszystko musi być nowe i nowoczesne. A ja, jak w (dawnym) życiu – nie wymieniam. Przypomniałam sobie fragment książki Schmidt czyta Prousta. Berliński pisarz Jochen Schmidt opisuje pojemnik z enerdowską trutką na owady, który w latach dwutysięcznych (czyli, jak to się dziś mówi, zerowych) wciąż jeszcze stoi na taborecie w jego wiejskim domu w Brandenburgii. Pisałam o tym i dużo o tym od tego czasu rozmyślałam.

Niedziela, 20.8.2006, Alt-Lipchen (Stara Lipka), przed południem

Turkot taczek na podwórku. Bzyczenie muchy, które zawsze będzie takie samo i nigdy się nie zestarzeje. Również układ krajobrazu nie wymaga aktualizacji. Dom, w którym każda zmiana będzie zakłóceniem. Spray na muchy produkcji enerdowskich zakładów aerozoli w Karl-Marx-Stadt od ponad trzydziestu lat stoi niezmiennie nieużywany w łazience. Kto dał nam prawo, by go wyrzucić? Każdy szczegół w domu oznacza jakiś problem, który kiedyś ludzie tu mieszkający musieli rozwiązać i nawet jeśli nie wiesz, co to był za problem, bo ci co ten dom budowali, dawno umarli, trzeba respektować rozwiązania, które wybrali. Gdyby to ode mnie zależało, ograniczyłbym się do jak najmniejszych poprawek, do prowizorki, która latami by wypełniała swoje zadania, stosowałbym tylko jakieś znalezione materiały.

***

Na facebooku znalazłam nowe grafiki Czesława Tumielewicza z cyklu Don Kichot.

Są zdecydowanie inne niż te poprzednie, bardziej wyraziste, mniej oniryczne i mniej barwne. Być Don Kichotem to nie jest miękki, kolorowy sen, to twarda rzeczywistość, która rani przy każdym podmuchu wiatru.

Dawniej Don Kichot był taki – i jakby kto go chciał kupić, np. pod choinkę, to niech znajdzie artystę na Facebooku. Drzeworyt kolorowany akwarelą, 350 złotych.

Przepraszam Czytelnika każdej płci i niepłci, że dodam tu dłuższy wywód o mnie samej. Bo oto pisząc to, co piszę (a napisałam to w tworzonej właśnie powieści o pokoleniu Solidarności), zrozumiałam ni stąd ni zowąd, w proustowskim wręcz olśnieniu, że od lat zajmowali mnie starzy biali mężczyźni, którzy całe życie idą. Idą i nic nie mają, a jeśli mieli, to zrezygnowali, stracili lub im odebrano.

Dariusz Bogucki, mój ojciec, żeglarz polarny

To archetyp mojego ojca, stary biały mężczyzna, który całe życie szedł. Jak byłam dzieckiem, ojciec był jeszcze młody, ale już wtedy był siwy, a poza tym dla dzieci wszyscy ludzie, którzy nie są dziećmi, są starzy.

Najpierw więc czytałam Odyseję.
Potem przez lata zbierałam informacje o Ahaswerusie, Żydzie Wiecznym Tułaczu. Legenda głosi, że był szewcem w Jerozolimie. Miał dom, który mu służył za warsztat, przy drodze prowadzącej na miejskie miejsce kaźni – Golgotę. Podobno Jezus idąc na Golgotę poprosił go o łyk wody. Odmówił. Idź swoją drogą, człowiecze, miał mu powiedzieć, a Jezus odparł, tak pójdę, ale i ty pójdziesz i nigdy nie ustaniesz. Zgodnie z legendą Żyd Wieczny Tułacz poszedł wtedy przed siebie i tak idzie dziś i po wsze czasy.
Markiz Bonifacy d’Oria był renesansowym bogaczem. Posiadał ogromne majątki na południu Włoch, a kiedy przystał do reformacji, zrezygnował z majątku, zabrał worek złota i cztery beczki książek i przez kilkadziesiąt lat wędrował po Europie, aż stary i ślepy dotarł do Gdańska, gdzie oddał swoje księgi Radzie Miasta Gdańska w zamian za rentę w wysokości jednego guldena miesięcznie. Zbiory markiza przetrwały do dziś w bibliotece Polskiej Akademii Nauk, tej, która ściana w ścianę sąsiaduje z liceum numer jeden w Gdańsku, czyli liceum, do którego chodziłam. Pisałam o nim przez wiele lat.
Alonso Quijano to Don Kichot, bohater, który wędruje po Hiszpanii, próbując pokonać Zło i zaprowadzić Królestwo Dobra. Trzeci zastępczy ojciec, zajmuje mnie od wielu lat. Na tym blogu jest o nim kilkaset wpisów.

Wszyscy wierzyli w Utopię, czyli miejsce bez miejsca. Ja też.


Wielu starych białych mężczyzn i nie mówcie mi, że Ahaswer, Żyd Wieczny Tułacz, był Żydem i wcale nie był biały, bo oczywiście w europejskim odczuciu, tak jak Jezus był białym człowiekiem, tak i inni osobnicy pojawiający się w Biblii, są umownie biali. Każdemu z tych mężczyzn oddałam wiele lat mojego intelektualnego życia, znacznie więcej niż kiedykolwiek poświęciłam jakiejkolwiek kobiecie, na przykład Nauzykai, która pojawia się tu nie bez przyczyny, ponieważ jest kobietą z Odysei, a przeczytałam o niej po raz pierwszy, gdy miałam siedem lat. Umiałam już czytać, leżałam chora w łóżku i kwękałam, że chcę coś do czytania, bo nic już nie mam. I rzeczywiście, przeczytałam już dawno wszystko, co było w naszej dziecinnej biblioteczce i wizja spędzenia w łóżku całego dnia bez książki była przerażająca. Ojciec wychodził do pracy, nie miał czasu na moje marudzenie, wszedł do swojego pokoju i wyjął z półki swoją ulubioną książkę, czyli Odyseję w przekładzie Jana Parandowskiego. I gdy teraz myślę o tym (a myślę o tym, uwierzcie mi, proszę, po raz pierwszy, teraz właśnie, pisząc do Was to, co piszę), to myślę, że wzorem tych wędrujących po świecie białych mężczyzn, którzy tak mnie przez całe moje życie zajmowali i o których mnóstwo napisałam, byli po równi Homer i mój ojciec. Zawsze myślałam, że zawdzięczam ojcu to, że sama wciąż i bez przerwy dokądś idę, jakby to było moje główne zadanie życiowe – iść. Dopiero teraz widzę, że zawdzięczam mu znacznie więcej, bo obsesję mojego życia, że idzie się po to, żeby znaleźć utopię, w Cervantesowskiej Baratarii, na Homerowej Scherii, wyspie Feaków, w Gdańsku albo na polarnej Wyspie Jan Mayen, do której ojciec dopłynął jako pierwszy polski żeglarz i bodaj czy nie drugi w ogóle. Przy okazji wyjaśniłam też sobie, niemal od niechcenia, dlaczego nieustannie czytam Prousta, dlaczego zajmował mnie Platon i skąd się wzięła moja wiara w magię wysp.

Idę i nic nie mam, aż dziwne, że nie jestem starym białym mężczyzną.

Fota Brigitte von Ungern-Sternberg

Zima naszych pandemii

Teresa Rudolf

Normalnie

Powolnym krokiem  
wślizguje się zima,
w nowych, białych, 
leciutkich butach.

Zza okien, zza 
firanek domów,
dzieci ciekawskie,
smutne oczy. 

Dzwony kościelne
w samo południe,
obwieszczają znów
swą niezmienność,

odmierzają święta, 
pogrzeby, procesje,  
stabilnie wydzwaniając
ciągły upływ czasu.

Kot czarny przelatuje
drogę, to Gaweł,
a ten biały na balkonie
z kolei, to Paweł.

Niby wszystko tak
normalnie, jakby 
zupełnie normalnie, 
całkowicie normalnie…

… tak?…

Nie dziwi nic

A Panią, proszę Pani 
znam tylko z oczu,
powiedział mężczyzna
bez ust.

A Panią poznaję, z tych
czarnych, proszę Pani
masek, powiedział 
ten sam głos.

A Pani, to nigdy nic
nie mówi, a czemu? 
Pierwszy raz było to…
rok temu?

A Panią to nie dziwi,
że znów te maski?
Nie znam Pani inaczej.
Nie dziwi nic?

Nie dziwi, proszę Pana,
przed dwoma laty 
zdumiewało, przed rokiem
dziwiło dość jeszcze.

A  teraz, 
proszę Pana, 
nie dziwi
już nic.

Z wolnej stopy 61

Zbigniew Milewicz

Quo vadis…

W końskiej albo krowiej kupie siedzą robaczki, mama, tata, dzieci. Synek pyta ojca:
– Tato, a jak jest w jabłuszku?
– Rozkosznie mój kochany, świeżutko, pachnąco, żyć nie umierać.
– A w śliweczce?
– Soczyście, przytulnie…
Dociekliwy syn nie daje ojcu spokoju i wypytuje go kolejno o wszystkie znane rodzaje owoców. Wszędzie odpowiedź brzmi podobnie, jest w nich, jak w raju.
– To dlaczego my mieszkamy w gównie? – pyta płaczliwie dzieciak.
– Bo istnieje synu takie pojęcie, jak rodzina – odpowiada godnie ojciec.

Dowcip ten opowiedziano mi kiedyś w Rosji, nie pamiętam dokładnie kiedy, pewnie już po pierestrojce, ale kojarzył mi się jednoznacznie z komuną Kiedy czterdzieści lat temu wprowadzono w Polsce stan wojenny, co odważniejsze robaczki wywędrowały na Zachód, gdzie miał być ów wyśniony raj, ja też to zrobiłem. Z ociąganiem wprawdzie, bo dopiero w osiemdziesiątym ósmym roku, ale przez swoją ślamazarność dość wcześnie przekonałem się, że w moim Reichu (podoba mi się ta gra słów) nie ma niczego za darmo. Pierwszy Weihnachtsgeld, który wspaniałomyślnie dostałem od niemieckiego socjalu (och, jacy ludzcy byli ci urzędnicy!), musiałem oddać co do pfeniga, kiedy przyznano mi zasiłek dla bezrobotnych, ale to takie odległe dzieje, że prawie o nich zapomniałem. Niemieckie urzędy nigdy natomiast nie zapominają o swoich obywatelach, bo kiedy na skutek swojej błędnej decyzji wypłacą im nienależne świadczenia, to zawsze wiedzą, jak je później w całości wyegzekwować od dłużników. Kiedy zaś obywatel nie ma z czego oddać długu, to siedzi na powrót w tej samej kupce końskiego, albo krowiego gnoju, w której tkwił ileś tam lat temu, tylko że głębiej.

Na dobrą jednak sprawę, to wszyscy – niezależnie od strefy geopolitycznej i zasobności portfeli – jedziemy tym samym szambowozem. Covid 19 nie pozwala się z niego wychylić, prawa obywatelskie stały się czczym pojęciem, o mieszkaniu w pachnącym jabłuszku albo soczystej śliweczce można zaledwie pomarzyć. Tylko pytanie: dokąd ten pojazd zmierza?

Mury

Kobiecy stan wojenny – praca Anny Krenz i Antona Lee Slaskiego

Dzisiaj rocznica wprowadzenia stanu wojennego, z tej okazji Mury, być może najsłynniejsza piosenka tamtych czasów i jej rodowód.

Lluis Llach, zwolennik i piewca autonomii w czasach reżimu generała Franco, stworzył w roku 1968 piosenkę l’Estaca, która szybko stała się hymnem ruchu niepodległościowego Katalonii. W dekadę później, przetłumaczona, czy raczej zinterpretowana przez Jacka Kaczmarskiego piosenka pod tytułem Mury, stała się hymnem Solidarności. Jednak obie piosenki różnią się znacznie od siebie.

Po pierwsze, Mury zmieniają metaforę użytą do przestawienia zniewolenia – Llach śpiewał o owcach przywiązanych do pala, u Kaczmarskiego rosną mury, bliższe nam kulturowo za sprawą murów warszawskiej cytadeli, jak i nieodległego muru berlińskiego.

Po drugie, Kaczmarski rozwinął historię przedstawioną w utworze, dopisując do niej pesymistyczną pointę. W katalońskim oryginale rewolucja nie wybucha – w ostatniej zwrotce śpiewający pieśń starzec odchodzi, pieśń natomiast trwa, podchwycona przez podmiot mówiący. U Kaczmarskiego doczekujemy rewolucji, i orientujemy się z rozczarowaniem, że nie rozwiązała ona problemów które rozwiązać miała: mury rosną, rosną, rosną, łańcuch kołysze się u nóg.

On natchniony i młody był
Ich nie policzył by nikt
On dodawał pieśnią sił
Śpiewał, że blisko już świt

Świec tysiące palili mu
Znad głów unosił się dym
Śpiewał że czas by runął mur
Oni śpiewali wraz z nim
Wyrwij murom zęby krat
Zerwij kajdany połam bat
A mury runą, runą, runą
I pogrzebią stary świat

Wyrwij murom zęby krat
Zerwij kajdany połam bat
A mury runą, runą, runą
I pogrzebią stary świat
Wkrótce na pamięć znali pieśń
I sama melodia bez słów
Niosła ze sobą starą treść
Dreszcze na wskroś serc i głów

Śpiewali więc, klaskali w rytm
Jak wystrzał, poklask ich brzmiał
I ciążył łańcuch, zwlekał świt
On wciąż śpiewał i grał
Wyrwij murom zęby krat
Zerwij kajdany połam bat
A mury runą, runą, runą
I pogrzebią stary świat

Wyrwij murom zęby krat
Zerwij kajdany połam bat
A mury runą, runą, runą
I pogrzebią stary świat
Aż zobaczyli ilu ich
Poczuli siłę i czas
I z pieśnią, że już blisko świt
Szli ulicami miast

Zwalali pomniki i rwali bruk
“Ten z nami, ten przeciw nam!”
“Kto sam ten nasz najgorszy wróg!”
A śpiewak także był sam
Patrzył na równy tłumów marsz
Milczał wsłuchany w kroków huk
A mury rosły, rosły, rosły
Łańcuch kołysał się u nóg

Patrzy na równy tłumów marsz
Milczy wsłuchany w kroków huk
A mury rosną, rosną, rosną
Łańcuch kołysze się u nóg

Po trzecie wreszcie, Kaczmarski, zmieniając postać starca na natchnionego śpiewaka który po wybuchu rewolucji pozostaje sam, uczynił z piosenki utwór autotematyczny, pieśń opisującą losy… pieśni, podchwyconej przez ruch masowy, jakim były ruch walki o niepodległość Katalonii jak i polska Solidarność. Autotematyczny charakter piosenki podkreślał jej wczesny tytuł – Ballada o pieśni.

Kaczmarski wiele lat później powróci do wątku utraty kontroli nad pieśnią przez autora, pisząc: zostały jeszcze pieśni, one – czy chcę, czy nie chcę – nie są moje.

***

Za ciekawe i częściowo nieznane mi informacje dziękuję autorowi poniższej strony:

Irysy

Wpis z inspiracji Danuty Starzyńskiej-Rosieckiej. Dziękuję.

Edgar Maxence (1871–1954) francuski malarz symboliczny, Portret dziewczyny z irysami (1948 )
Kazimierz Sichulski, Irys, 1911, Muzeum Narodowe w Krakowie
Maria Wiik, (1853-1928) malarka fińska, Irysy

Julian Tuwim
Irysy

Ciem­nych iry­sów do­sta­łem pęk,
Nie wiem od kogo.
Ser­ce me drżą­cy ogar­nął lęk,
Ciem­nych iry­sów do­sta­łem pęk
I pa­trzę na nie z dzie­cin­ną trwo­gą:
“Co też te kwia­ty mi przy­nieść mogą?”
— Lęk.

I list do­sta­łem. Sło­wa: “Bez słów”
Jeno w nim były.
…Jak tchnie­nie daw­nych naj­droż­szych bzów,
Żal mi przy­nio­sły sło­wa: “Bez słów”…
Śród wspo­mnie­nia słod­kiej bez­si­ły
Znów mi się oczy two­je przy­śni­ły,
Znów…

***

Na obrazie poniżej Irysy nad morzem, obraz namalowany w roku 1993 przez Jamie Wyetha, syna słynnego Andrew Wyetha, przedstawiający latarnię morską na Southern Island w stanie Maine. Andrew i Jamie Wyethowie byli właścicielami latarni od roku 1978 i być może to oni właśnie posadzili wokół latarni błękitne irysy.

***
Iris, 1945; Roswell Museum and Art Center, Roswell, New Mexico, United States of America © photo Roswell Museum and Art Center

Autorką tych irysów jest Henriette, siostra Andrew, jeszcze jedna malująca osoba z tej wielce utalentowanej rodziny. Zasłynęła głównie z portretów i martwych natur. Uczyła się u swego słynnego taty, od kiedy ukończyła 11 lat, a potem studiowała malarstwo. W dzieciństwie chorowała na paraliż dziecięcy (choroba Heinego-Medina) i była częściowo sparaliżowana. Malowała prawą ręką, a rysowała lewą.

***
Irysy to moje ulubione kwiaty. Najpiękniejsze są ciemnoniebieskie. Zimne. Tak jak je przedstawiła Vicky Oldfield, współczesna graficzka brytyjska.

Wspomnienia o Maryli 30

Magdalena Ciechomska

Adwent oznacza oczekiwanie. W pierwszej kolejności – na święta Bożego Narodzenia. To jest to radosne oczekiwanie, którego klimat przejęła komercja, to świąteczne, gwarne jarmarki, gdzie popija się grzane wino, to wszechobecne „Mikołaje” w czerwonych kapotach i czapkach, Last Christmas i Jingle Bells. Nasz polski Adwent, ten prawdziwy, który pamiętam z dzieciństwa, jest zupełnie inny. Jego rozpoczęcie poprzedza czytanie liturgiczne fragmentów Apokalipsy św. Jana, przywołujące motyw końca świata. Potem robi się coraz zimniej i coraz ciemniej, coraz wcześniej zapada noc. Adwentowa liturgia katolicka podkreśla oczekiwanie na przyjście Pana – Maranatha. Chodzi o Paruzję, powtórne przyjście przy końcu czasów. Grudzień to także koniec kalendarza, zamknięcie, podsumowanie, uświadomienie sobie, że znów minął rok, koło czasu się obróciło. Nasz Adwent jest w istocie apokaliptyczny, jest uświadamianiem sobie nieuchronności końca ziemskiego życia, otwiera się na wieczność. Nadchodzące święta z całą swoja magią, ciepłem i słodyczą zdają się jakąś obroną, schronieniem przed grozą przemijania. Zapalamy gwiazdę betlejemską i lampki na choince, jakbyśmy chcieli zapomnieć, że czarne niebo nad nami to w rzeczywistości bezlitosna otchłań Wszechświata. Wolimy wypełnić ją postaciami aniołów śpiewających „Gloria”. A przecież natura sama w tych ostatnich miesiącach roku przypomina o śmierci. Od Zaduszek przechodzimy ku Bożemu Narodzeniu, żeby w Wigilię patrzeć na puste miejsca przy stole. Z roku na rok coraz bardziej te święta narodzin Boga dla nas stają się świętami nieobecnych. I te życzenia powtarzane przy łamaniu opłatkiem: „żebyśmy się znów za rok spotkali wszyscy przy tym stole”. Pamiętam wyraz twarzy Maryli i jej znaczące spojrzenie, kiwnięcie głową, gdy w ostatnią, spędzoną z nią Wigilię wypowiedzieliśmy te słowa. W tym momencie poczuliśmy ich wagę i znaczenie. Nie wiedzieliśmy, że za rok nie będzie już z nami Maryli, ale świadomość jej choroby sprawiła, że zabrzmiały jak zaklęcie, jak modlitwa.

Wciąż mamy nadzieję, że cykliczność czasu świętego pozwoli nam za rok wrócić w to samo miejsce. Ale i tak będziemy myśleć o naszych zmarłych. O tym, że z czymś nie zdążyliśmy, czegoś nie udało się dopilnować. Że odeszli za wcześnie, nie w porę, niepotrzebnie. Jakby to od nas, od naszej czujności zależało ich trwanie, jakbyśmy usiłowali w magiczny sposób zatrzymać ich przy sobie. Dlatego nasz prawdziwy Adwent podszyty jest niepokojem, obawą, co przyniosą kolejne, zimowe miesiące. Zanim z nadzieją powitamy Nowy Rok, spoglądamy za siebie, w ten, który właśnie przemija. W ciemności Adwentu błądzą duchy naszych zmarłych. A my czekamy na powrót światła z nadzieją, że tym razem przetrwamy wszyscy.

Czułość systemu zdrowotnego

Krystyna Koziewicz

Nasze życie to ciągła walka między zdrowiem i chorobą. Żadna choroba nie jest dobra dla organizmu, w którym następują zaburzenia funkcjonowania. Choroba to stan, który wcześniej czy później dotyka każdego człowieka i nie da się uniknąć wizyt lekarskich, choćby dla zapewnienia sobie własnej kontroli nad organizmem. Trzeba chodzić na badania i już! Moje dotychczasowe wizyty w gabinetach lekarskich miały różne zabarwienia emocjonalne, najczęściej jednak lekarze traktowali mnie z atencją, jako pacjenta. W gruncie rzeczy ważne jest, by w relacjach pomiędzy lekarzem a pacjentem była dobra komunikacja, oparta na zaufaniu, empatii, wzajemnym słuchaniu i adekwatnym reagowaniu. Tylko wtedy można mówić o jakości tej relacji, stworzonej przez lekarza, nie pacjenta.

Mnie jakoś w większości przypadków zawsze udawało się trafić na wyjątkowych lekarzy, którzy z powagą i empatycznie podchodzili do moich problemów zdrowotnych. Nie wszyscy jednak, dlatego po przykrych doświadczeniach nauczyłam się, że trzeba być niezwykle ostrożną i czujną. Regularne kontrole u lekarzy nie zapewniają wcale życia w błogim spokoju. Życie pokazało, że moja skłonność do systematycznych badań nie zawsze jest nagrodzona, wręcz odwrotnie, sama u siebie wykryłam objawy chorobowe, który zaprowadziły mnie na stół operacyjny. Na końcu tej drogi trzeba było przejść uciążliwą terapię, która de facto zrujnowała cały system odpornościowy. Podobnie było i teraz. Wydawało mi się, że mam niepokojące symptomy. Lekarz zlekceważył to, wychodząc z założenia, że skoro mammografia nic nie wykazała, to nie ma powodu do robienia paniki. Miałam spać spokojnie i przyjść dopiero za rok na kontrolę. No tak, tylko dlaczego krew wciąż wyciekała z piersi? Intuicja podpowiadała mi całkiem inną reakcję, dlatego zgłosiłam się po poradę do specjalisty.

Uważam, że pierwszym lekarzem zawsze jesteś ty sam, sama dla siebie. Ty i ja! To my sami musimy z czułością obserwować swoje ciało, reagować choćby na najmniejszą zmianę, która powinna być wyjaśniona, badaniami. Tu była potrzebna analiza histopatologicznym. Po prostu, nie można postawić diagnozy, bez dokładnego zbadania przyczyn. Zawsze najważniejsza jest i będzie diagnostyka, jedne są trafne i właściwe, inne błędne i nieoprawne. Wiadomo, w końcu nikt nie jest nieomylny, a lekarz lekarzowi nie równy. Trzeba o tym pamiętać samemu!

Tak się złożyło, że zachorowałam w okresie szalejącej pandemii. W Niemczech to jeszcze nie jest dramat i jak na razie żaden wielki problem, operacje się odbywają w przyspieszonym tempie, lekarze też się spieszą z przeprowadzeniem badań diagnostycznych.

Jak to było w moim przypadku?

Otóż, około dwa miesiące temu na prawej piersi pojawiły się symptomy, które mnie zaniepokoiły do tego stopnia, że już następnego dnia udałam się do lekarza, pracującego we wspólnym gabinecie z kilkoma innymi. Wiedziałam, że muszę natychmiast ten przypadek wyjaśnić, bo krwawy wyciek z jakiegokolwiek organu to zły znak. Mojego lekarza akurat tego dnia nie było w pracy. Ponieważ żaden inny lekarz nie zaproponował mi badania, poprosiłam o skierowanie do specjalisty. Otrzymałam bez problemu, w ciągu pół godziny znalazłam się u mojego dawnego lekarza, który mnie przed 22 laty operował i opiekował się mną przez ponad trzy lata. Z dobrym skutkiem. Lekarz, o dziwo, mnie zapamiętał, od razu zostałam dokładnie zbadana. Na monitorze nie było widać nic podejrzanego, wiemy jednak, że istnieją niewidoczne choroby, które są niebezpieczne dla zdrowia i życia. Lekarz zlecił zatem dalsze badania i wręczył mi skierowanie z dopiskiem „pilne”. Od razu poszłam zarejestrować się do gabinetu radiologicznego po drugiej stronie ulicy. W gabinecie natychmiast dokonano mammografii. Na ekranie, zdaniem radiologa, widać było ewidentne zagęszczenie tkanek, co oznaczało, że coś się tam jednak zaczyna patologicznie rozwijać. Uspokoiłam się, bo wyglądało to niegroźnie, co też lekarz potwierdził. Wynik był pomyślny dla mnie, zatem szybko pobiegłam do lekarza z radosną nowiną, że nie jest tak źle.

– To się dopiero okaże po dokonaniu biopsji, usłyszałam od specjalisty.

A jednak, nie było dla mnie dobrej wiadomości. W ciągu zaledwie dwóch dni dowiedziałam się, że wynik biopsji wskazuje, iż w piersi pojawiły się złośliwe komórki rakowe. Wyrok zapadł. Trzeba pierś operować! Koniec. Kropka.

Termin operacji został wyznaczony w następnym tygodniu. Od tego momentu w przyspieszonym tempie ruszyła machina urzędnicza, już wcześniej dostałam pakiet dokładnych instrukcji, co mnie czeka, gdzie, kiedy, o której godzinie?

Do szpitala zgłosiłam się dzień przed operacją, by dokonać wszelkich formalności papierkowych. Było tego całkiem sporo, mnóstwo pytań, informacji o przebytych chorobach. Zajęło mi to dobre dwie godziny, a i to tylko dlatego, że koleżanka czytała i od razu zaznaczała właściwą odpowiedź, sama nie miałabym głowy czytać długich objaśnień. Dodam jeszcze, że moja przyjaciółka Ewa zadeklarowała wszechstronną pomoc w dniu, kiedy miałam pójść do szpitala i w czasie mojego pobytu. Byłam wdzięczna losowi, że na swojej drodze spotkałam człowieka, który zasługuje na szacunek za swoje czyny. Człowiek to brzmi dumnie. Ona zawsze wie, kiedy trzeba pomóc, a kiedy nie trzeba się pchać. Nigdy wcześniej nie doznałam aż tylu dowodów człowieczeństwa. Jeszcze o tym będzie mowa!

Dzień operacji zaczął się bardzo wcześnie bo już o godzinie 5.30, odebrała mnie z domu Ewa i ku memu wielkiemu zaskoczeniu przyszła też druga przyjaciółka, Ela, która przyjechała z dalekiej dzielnicy. Dla wyjaśnienia dodam, że od dłuższego czasu tworzymy zgrane trio, nazywając się MY TRZY. W trójkę poruszamy świat z przeszłości w jego różnych aspektach, spotykamy się, jeśli któraś z nas ma coś ciekawego do pokazania, co pozwala nam interesująco spędzać wspólny czas.

– Nigdy nie będziesz szła sama! – usłyszałam dwugłos Ewy i Eli, kiedy otworzyłam drzwi wczesnym rankiem. Mojemu wzruszeniu nie było końca, była to chwila niezwykłych emocji oraz wyrazu wdzięczności, że dane mi było spotkać na swej drodze osoby o wielkim sercu. Okazuje się, że czas weryfikuje prawdziwych przyjaciół, jestem z tego powodu niezwykle szczęśliwa, że wokół siebie mam osoby, na które zawsze można liczyć.

– Dziewczyny, jesteście wielkie! Kocham Was!

Na oddziale czekały mnie szpitalne procedury, specjalna bielizna i łóżko gotowe do odjazdu punkt o godzinie 7. 15. Operacja była wyznaczona na godzinę 8.00, zatem skoro świt zostałam zawieziona na szpitalnym łóżku w długą drogę z szóstego piętra na oddział operacyjny na pierwszym piętrze. Takich jeżdżących pojazdów łóżkowych było więcej w tym dniu. Stałam jako czwarta w kolejce do różnych pomieszczeń, zmieniano mi legowisko na takie, przypominające stół, okrywano ciepłymi kołdrami, zakładano czepki, ustawiano pozycję ciała, mierzono temperaturę, ciśnienie. Po czym wreszcie nastąpiła iniekcja narkozy, podczas której siostra trzymała mnie czule za ręce. Rozmawiała ze mną o podróży do egzotycznego kraju, czułam się błogo w tym pięknym przekazie, aż do momentu kiedy zasnęłam.

Z narkozy wybudziłam się szybko, niemal zaraz, jak powiedziała siostra.

Przez pierwsze dwa dni leżałam „plackiem” w łóżku, bez ruchu, poza zmianą pozycji leżącej. To taki moment, w którym personel medyczny determinuje życie pacjenta. Nie musiałam nic robić, co chwilę byłam kontrolowana z wielką estymą. Ku memu zaskoczeniu dwukrotnie odwiedził mnie mój lekarz, ten, który mnie operował. Opatrywał ranę i nie pozwolił siostrom tego robić. Specjalny bonus? Ależ skąd, tak funkcjonuje system zdrowia w Niemczech. Miałam dobrą opiekę pomimo tego, że przy licznych pacjentach pielęgniarki miały pełne ręce roboty. Uwijały się w pocie czoła i…z uśmiechem na twarzy. Najbardziej cieszył mnie fakt, że trafiłam na lekarza, który o swoich pacjentów dbał nawet w niedzielę. Miałam też dużo szczęścia, trafiając na kompetentne pielęgniarki i lekarzy, którzy nie tylko leczą chorobę, ale też wpływają pozytywnie na samopoczucie pacjenta. Czy to było szczęście, czy normalność? Sama nie wiem? Inni pacjenci nie narzekali, okazywali wdzięczność.

Chyba jest tak, jak powinno być – dzisiaj człowiek jest dla medyków całością, leczą chore ciało, ale uwzględnia też psychikę pacjenta. To taki wyższy wymiar ludzkiej natury. Ojciec medycyny Hipokrates – lekarz Ciała i Duszy wiedział najlepiej, czego potrzebuje pacjent? Pielęgniarki i lekarze – to specyficzny zawód, ich zadaniem jest opieka i dbałość o komfort powierzonego im pacjenta. Ich reakcje i działania wpisane są w kod zawodu, którego podstawowym przesłaniem jest idea Hipokratesa – lekarz zobowiązuje się świadczyć pomoc, starając się pomagać i nigdy szkodzić pacjentom.

W systemie zdrowotnym w Niemczech wrażliwość na potrzeby chorego człowieka odczuwało się na każdym kroku!

Tańcząc w Operze z Don Kichotem

Ewa Maria Slaska

Będzie i dobrze, i marudnie

Zacznę od dobrze. Poszłam do opery na balet Don Kichot i było bardzo, bardzo, bardzo dobrze. Idźcie koniecznie. Do Wigilii włącznie jest masa przedstawień. Muzyka jest piękna, tancerze doskonali, kostiumy cudowne.

Wprawdzie historyjka opowiedziana jest słabiutka i z samym panem Kichotem nie ma niemal nic wspólnego, ale to już nie jest wina twórców przedstawienia. Taka już uroda tego baletu sprzed 150 lat, że wspaniale opowiada słabą historyjkę.

Przedstawienie było więc cudownie piękne, a wokół nagromadziło się trochę spraw, które wydały mi się dziwne, a nawet… dziwaczne. Teraz więc trochę pomarudzę, a przede wszystkim okażę zdziwienie.

Don Kichot (Don Quixote) w tej inscenizacji miał premierę 16 lutego 2018 roku; widziałam spektakl przedwczoraj, czyli od premiery minęły prawie trzy lata, i był to dopiero trzynasty spektakl. Dlaczego tak niewiele razy wystawiono tego Don Kichota? Jest przecież świetny, ma wspaniałe recenzje, publiczność jest zachwycona, o czym świadczy sala tak pełna, jak tylko podczas pandemii może być pełna sala dużej instytucji kulturalnej.

Dziwne.

Ludzie przed przedstawieniem i po przerwach gromadzą się przy kanale dla orkiestry, żeby patrzeć jak tam, w głębi muzycy stroją instrumenty. Gdy gaśnie światło, siadają, ale gdy słychać kroki nadchodzącego dyrygenta, klaszczą.

Dziwne.

Głowa dyrygenta wystaje nieco ponad balustradę kanału dla orkiestry. Siedziałam prawie naprzeciwko i gdy głowa się czasem obracała, jej oczy patrzyły prosto na mnie.

Czułam się dziwnie.

Balet jest złożony z etiud. Po każdej publiczność klaszcze jak oszalała, a tancerze się kłaniają i dziękują. Tak się zachowują widzowie w teatrzykach wodewilowych albo w cyrku, ale też występy są tam tak właśnie koncypowane. W “prawdziwym” teatrze czy “prawdziwej” operze nikt dawniej nie odważyłby się przerwać toku przedstawienia oklaskami. Niekiedy przed rozpoczęciem ktoś w imieniu twórców prosił, żeby, Boże uchowaj, nie klaskać w trakcie, podobnie zresztą jak proszono o to, żeby wyłączyć komórki i nie kasłać w przerwach między jednym a drugim fragmentem spektaklu. Przedwczoraj nikt nie kasłał, ale wszyscy klaskali.

Dziwne. Dlaczego ludzie klaskali jak dzieci w cyrku? Grotowski podobno był wręcz urażony, jeśli ktoś klaskał PO spektaklu, bo jego zdaniem znaczyło to, że sztuka, którą obejrzał, nie powaliła go. Gdyby ktoś klaskał w czasie spektaklu, to mistrza by chyba apopleksja zabiła.

W przerwie przeczytałam opis wystawy pt. Caretaker’s Lounge, berlińskiej rzeźbiarki, Iny Weber. Była pokazywana w holu gmachu Opery (Deutsche Oper) we wrześniu. Już jej nie ma, ale nie szkodzi. Pozostał opis i kolejny powód do zdziwienia. Artystka pisze, iż swoją wystawą w Operze chce złożyć hołd tym, którzy troszczą się o ten budynek, przyklejają naderwane listwy, wymieniają żarówki, polerują klamki, myją podłogi, trzepią dywany. Piękne przesłanie. Po przerwie wracam na salę. W przejściu po lewej widzę podest z oderwanym dużym kawałem okleiny, spod której wystaje jakiś drut. To nie jest zniszczenie ukryte w jakimś kącie, nie, ono się naprawdę rzuca w oczy.

Mam wrażenie, że artystka wie, o czym mówi, jest bowiem rzeźbiarką, a rzeźbienie to ciężka, żmudna i brudna praca. Trzeba więc sprzątać. Ale oprócz Ingi Weber wystawę przygotowało co najmniej trzech mężczyzn, kuratorów, wyjaśniaczy, dyrektorów. Zapewne dobrze zarabiają i może nigdy nie musieli pastować podłóg, wbijać gwoździ i smołować dachu. Możliwe również, że, podobnie jak przywódczyni polskiego Strajku Kobiet (niestety), nie wiedzą, co to znaczy, kiedy ktoś zniszczy twoją właśnie ukończoną (ciężką!) pracę. Myślę, że żaden z tych dobrze ustawionych w życiu mężczyzn nigdy naprawdę nie rzucił okiem na świat, który ich teoretycznym zdaniem wymaga ustawicznej troski, bo zawsze o ten świat troszczył się ktoś inny, ktoś, komu płacimy znacznie gorzej, niż sami zarabiamy i kto przeto być może nie czuje już, że trzeba by naprawdę okazywać troskę, a wykonuje tylko to, co mu zlecił przełożony, albo co zostało ujęte w regulaminie. Sądzę, że czasy prawdziwej troski o człowieka, mebel czy budynek w miejscu publicznym dawno minęły. Ale i tak wydaje mi się dziwne, że w tym samym miejscu można mieć gęby pełne frazesów o niezauważanej przez nikogo pracy i nie zauważyć, że ten, kto ją tu i teraz wykonuje, jest zapewne źle płatnym robotem, który nie wie nawet, co to jest taka troska, bo i o niego nikt się nie troszczy.

Tak zatem dziwnie i dziwacznie ma się teoria sztuki do rzeczywistości. Podobnie zresztą jak się dziwnie i dziwacznie mają sprawy kobiece do sprzątania. Tak się mają, że w spolaryzowanym świecie, jeśli jesteś przeciwko PiS-owi, to nie masz prawa skrytykować Marty Lempart za jej stosunek do sprzątaczki w incydencie z czerwoną farbą. A co ja poradzę, że jestem za tym, żeby nawet w takiej gorącej sytuacji Marta Lempart i Sprzątaczka się porozumiały, a nie żeby ta “lepsza” była “lepsza” od tej “gorszej” i “niżej stojącej”? Nawet jeśli pojawienie się sprzątaczki przed siedzibą PiS-u było prowokacją.

Rzeczywistość skrzeczy.