Krystyna Koziewicz
Zgaduj zgadula!
Jak nazywa się miejscowość w której znajduje się 1 sklep spożywczy, 13 galerii artystycznych i 1 Muzem Sztuki?
***
Raten Sie mal!
Wie heißt die Stadt mit 1 Lebensmittelladen, 13 Kunstgalerien und 1 Kunstmuseum?






Wpisy po polsku
Krystyna Koziewicz
Zgaduj zgadula!
Jak nazywa się miejscowość w której znajduje się 1 sklep spożywczy, 13 galerii artystycznych i 1 Muzem Sztuki?
***
Raten Sie mal!
Wie heißt die Stadt mit 1 Lebensmittelladen, 13 Kunstgalerien und 1 Kunstmuseum?






Jacek Dehnel
Czwartek, 30 lipca 2020
Jestem niewierzący, ale jak wielu niewierzących dość dobrze znam i ewangelie, i katolickie tradycje. Czytam je tak, jak całą wielką księgę kultur świata: jako mity, opowieści, baśnie. Literaturę. I coś chciałbym Wam powiedzieć o głównym bohaterze dzieła literackiego pt. „Nowy Testament”. Mówił wiele o miłości, ani razu nie powiedział ani słowa o gejach, lesbijkach, biseksualnych i transpłciowych. Mówił, że królestwa niebieskiego nie wejdą bogacze (no, w każdym razie że są na to mniejsze szanse, niż na przejście ucha igielnego przez wielbłąda, co było ówczesnym określeniem „tu mi kaktus na ręku wyrośnie, jeśli), ale o elgiebetach ani słowa (w przeciwieństwie do tego nienawistnika Szawła).
Jeśli pójdziecie do wielu kościołów, zwłaszcza gotyckich, w łuku łączącym prezbiterium z nawą zobaczycie belkę, a na niej krzyż z trzema figurami: umierającym człowieko-bogiem, Jezusem, i dwiema najbliższymi mu osobami. Kona przez kilka godzin, odzywa się zaledwie siedem razy, im dalej w agonię, tym krótszymi zdaniami (dopiero przed samą śmiercią wyda z siebie dłuższe). To jest trzecie z ostatnich słów: „Niewiasto, oto twój syn; oto twoja matka.”
W tym micie Artur nie ma swojej Ginewry, Herakles nie ma swojej Dejaniry, Jezus nie ma żony. Głupio jest oczywiście pisać o jakimś bohaterze literackim, że ma taką czy inną orientację seksualną – może być po prostu aseksualny. Gdzieś musiałoby być napisane, że ma żonę czy ukochaną, albo ukochanego… chyba, że jest napisane? Chodzi z tymi dwunastoma mężczyznami, których sobie wybrał w całych wędrówkach, a ma między nimi jednego umiłowanego. Najmłodszego zresztą. Pozostali ewangeliści o tym nie wspominają, ale Jan i owszem, dumnie pisze o sobie: „uczeń, którego miłował”, „uczeń, którego kochał”. Jest z nim w czasie przemienienia na górze Tabor, w czasie ostatniej wieczerzy leżał na jego piersi (bo przecież jedli na leżąco), w Ogrójcu, potem pod krzyżem, był pierwszy przy pustym grobie i kiedy po zmartwychwstaniu Jezus objawił się uczniom nad brzegiem jeziora.
Ale teraz jest ten moment, kiedy Jezus umiera i musi załatwić swoje ziemskie sprawy, trudno wygłaszać długie testamenty konając na krzyżu; na krzyżu człowiek się dusi, każdy oddech wymaga podniesienia się na wbitych w ręce i nogi gwoździach, a słowa to gorzej niż oddech. Mówi do tych dwojga pod samym krzyżem krótko: to twój syn, to twoja matka. I tyle. Żeby ktoś się tą starą kobietą zajął, kiedy on umrze. I wybiera młodego mężczyznę, którego kocha i który jego kocha. Wszystko to jest verbatim opisane w ewangelii. Nie mówię, jak było w rzeczywistości – nie wiem nawet, czy Jezus istniał. Mówię o tym, co jest w książce.
Wiecie, dlaczego takie popularne są te wszystkie opowieści, od apokryfów po Dana Browna, o miłości Jezusa z Marią Magdaleną, o dzieciach Jezusa z Marią Magdaleną, o tym, że byli małżeństwem? Bo Jan po prostu nie odpuścił i napisał, jak było. I trzeba jedną literaturę przykryć drugą literaturą.
Wiecie, jak się nazywa ten łuk i ta belka? To łuk tęczowy i belka tęczowa.





Jacek Pałasiński
Niedziela, 13 lutego 2022. Trzy dni do wojny.*
Piękne słońce i choć chłodno, od razu inaczej się żyje. Bug i Narew jak Missisipi i Missouri, w podmokłych łąkach odbija się słońce, ozimina kłuje zielenią w oczy. Na wylotówkach od samego rana dziesiątkami migają niebiesko policyjne suki. Stoją stadami, ale nie łapią, jak to zwykły czynić. Szepce się, że mają ułatwiać przejazd kolumnom wojskowym. Ale kolumn nie widać. Po południu dalej stoją i migają, złowrogo, jak to one, odkąd policja polska stała się wrogiem Polek i Polaków.
Minął kolejny dzień pokoju. Czy ostatni? Czy będzie jeszcze jeden, może dwa? Każda chwila pokoju, choćby pełnego nieznośnego napięcia, jest cenniejsza od brylantów.
Ile razy takie chwile pojawiały się już w historii? Czy myślałeś o tym, Czytelniku, pochłaniając z obowiązku lub dla przyjemności książki o historii? To się musiało zdarzać już setki, tysiące, setki tysięcy razy w historii homo sapiens. A przedtem w historii innych gatunków ludzkich, Cro-Magnon, Neandertalczyków.
Mamy wszak rok 5782 od stworzenia świata. Wierzysz, Czytelniku, w żydowskiego Boga, więc uwierz i w żydowski kalendarz. Jahwe stworzył świat 5782 lata temu. Czyli 3761 lat p.n.e. Och, pardon! Szajka chce karać za pisanie „przed naszą erą”. Mamy obowiązkowo pisać „przed Chrystusem”. Czyli Mesjaszem. Czyli Namaszczonym. Z tym, że za życia nikt Jeszuy za mesjasza nie uważał. No i z tym, że „Jeszua” – zbawiciel – prawie na pewno nie miał na imię Jeszua, tylko Jan. Dokładniej Jan z Gamali, syn królewskiego rodu Hasmodeuszów, potomek ukrzyżowanego przywódcy antyrzymskiej rebelii przeciw Herodowi, nie-Żydowi na czele żydowskiej prowincji. Jan Nazirejczyk, czyli członek mesjanistycznej sekty fanatyków Prawa, dążący do wygnania Rzymian i stworzenia teokratycznego państwa żydowskiego. Nie „Nazareńczyk”, bo z całą pewnością za jego czasów Nazaret w ogóle nie istniał.
Niedługo po stworzeniu świata, Jahwe ulepił z gliny Adama, a potem z jego żebra stworzył Ewę. Adam zmajstrował Ewie dwóch synów i od razu zaczęły się wojny. Brat zabił brata.
Nie jest jasne, co prawda, skąd się wzięli kolejni ludzie, bo ze związku Kaina z Ablem dzieci by nie wyszły. Zwłaszcza po śmierci Abla. Ale co? Naprawdę uważacie tę właśnie kwestię za najbardziej absurdalny szczegół w Biblii?
Nieważne: jedno jest pewne, nieudany twór Jahwe nie może żyć bez jedzenia, picia, powietrza i wojny.
_________
* Na wypadek, gdyby jakimś cudownym zrządzeniem losu do wojny nie doszło, przypomnę, że 12 lutego amerykańska telewizja CNN podała, że wojna Putina z Ukrainą rozpocznie się w środę, 16 lutego 2022 roku.
Ela Kargol
Тризуб
Skąd wziął się herb Ukrainy? Na to pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Herb nie jest aż tak stary, choć historia jego powstania sięga bardzo zamierzchłych czasów. Czy zawdzięczamy go dynastii Rurykowiczów, czy ma coś wspólnego z herbem księstwa Ruskiego i świętym Michałem na niebieskim polu, ubranym w złote szaty, dlaczego najpierw był dwuząb, czy może herb ma związek z pismem runicznym?

Tu kilka linków o „małym herbie Ukrainy“, bo taka jest prawidłowa jego nazwa:
https://ukrainamarcina.pl/tryzub/
https://pl.wikipedia.org/wiki/Herb_Ukrainy
https://www.polskieradio.pl/7/5098/Artykul/2918805,Tryzub-jak-sie-stal-symbolem-Ukrainy
***
Skąd wziął się na secesyjnej kamienicy przy Heidelberger Platz 1 w Berlinie? Nie wiem. Cały czas myślałam, że jest to jakiś secesyjny element zdobnictwa. Zresztą dawno już o nim zapomniałam. A tak naprawdę nigdy przedtem nie znałam i nie interesowałam się herbem Ukrainy. Prawdopodobnie jakby mnie ktoś zapytał o kolory flagi, też bym nie wiedziała. Gdy wybuchła wojna, niektórzy z nas, Polacy może mniej, spojrzeli na mapę, gdzie właściwie leży ta Ukraina i z kim graniczy, i jak daleko od Berlina?



Gdy Ksenia odbierała od nas gar zupy dla swoich rodaków przyjeżdżających z Ukrainy, mój mąż poradził jej pójść zamiast na stację metra od razu do kolejki podmiejskiej, S Bahny przy Heidelberger Platz, bo tam jest ten dom, dom z niemiecką restauracją na dole Heidelbeere, z ukraińskim herbem u góry.
W Heidelbeere byłam tylko raz. Niemiecka kuchnia jakoś nigdy mnie nie pociągała. Byłyśmy z przyjaciółką, zamówiłyśmy niemieckie piwo i Bockwurst z Kartoffelsalat. Dzisiaj weszłam tam drugi raz, jeszcze przed otwarciem. Miałam szczęście, spotkałam właściciela. Tyle co mi powiedział, potwierdziło nasze przypuszczenia, dom był budowany dla ukraińskiego przedsiębiorcy w roku 1910 i w latach dwudziestych lub później mieściło się tutaj coś w rodzaju przedstawicielstwa konsularnego Ukrainy. Kamienica dostojna, niedawno odrestaurowana. Teraz trwają prace remontowe od strony podwórza, Zajrzałam przez dwa identyczne wejścia do klatki schodowej. W spisie mieszkańców nie ma ukraińskobrzmiących nazwisk, ale to nic nie znaczy.

P.S.
Tekst pisałam kilka dni temu nie mając wiedzy, takiej, którą mam dzisiaj. Najpierw przyszedł mail od znajomego z dołączoną widokówką domu i z wiadomością, że kamienicę zbudowano w roku 1907, a w miejscu herbu był zupełnie inny znak, a dzisiaj wiem już dużo więcej i przyznaję się do niewiedzy na temat historii i herbu Ukrainy.
Niestety historia ma też swoje ciemne strony, o których w czasie agresji Rosji na Ukrainę prawie nie wypada pisać. Ale może jednak warto wiedzieć. Dociekliwszy okazał się w tym przypadku mój mąż, który też do teraz uważał ten herb za ukraiński. Pod tym linkiem wiele rzeczy jest wyjaśnionych.
Krótki fragment dotyczący kamienicy cytuję tutaj w tłumaczeniu:
Przy Heidelberger Platz w Wilmersdorfie znajduje się “Dom z Trójzębem”, który przyciąga uwagę emblematem Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) na szczycie. W okresie międzywojennym był ważnym ukraińskim ośrodkiem emigracyjnym w Berlinie, a od 1923 r. mieściły się w nim różne organizacje, m.in. społeczność ukraińska, ukraińska służba prasowa i Związek Ukraińskich Oficerów. OUN, która rezydowała tu po 1931 r., miała przymocowany trójząb z mieczem, co laicy łatwo mogą pomylić z herbem Ukrainy (trójząb bez miecza). Historia OUN obejmuje również współpracę z narodowymi socjalistami, czego oczywiscie nie można przemilczeć.

Ela Kargol
Jako dziecko musiałam w niej od czasu do czasu uczestniczyć, mam na myśli wielkopostne obrządki kościoła katolickiego, zwane drogą krzyżową, bo w tych obrządkach zostałam wychowana, bardziej w obrządkach niż w wierze. A dzisiaj o sobie mówię niewierząca, ale katoliczka. Zwiedzając kościoły, przede wszystkim ich wnętrza, zawsze zwracam uwagę na umieszczoną w nich, a czasami na zewnątrz lub jeszcze dalej niż na zewnątrz drogę krzyżową. Każdy kościół ma inną: bardziej wyeksponowaną lub mniej, artystycznie doskonałą lub taką, której do doskonałości daleko, na bogato lub na skromnie, malowaną lub rzeźbioną…
Ta, o której tu piszę jest drogą krzyżową na cmentarzu w Berlinie przy Röblingstraße 87–117 (Friedhof der St.-Matthias-Gemeinde).
Cmentarze to często cel moich spacerów, poszukiwań minionego czasu, dla tych już świętej pamięci czasu straconego raz na zawsze.
Pierwszy raz odwiedziłam to miejsce dopiero dwa lata temu, nawet moje wnuki były tu przede mną, gdy chodziły jeszcze do katolickiego przedszkola i w ramach obchodów świąt katolickich wybierały się rokrocznie na początku listopada na ten właśnie cmentarz.
A teraz jestem tu często. Odwiedzam grób bliskiej mi bardzo osoby. Nie było jeszcze grobu, gdy przyszłam tu pierwszy raz, żeby się rozejrzeć.
Uwagę moją od razu zwróciły dość równe nagrobki z płaskorzeźbami scen poszczególnych stacji drogi krzyżowej. Pierwszej stacji nie mogłam długo znaleźć. Już wiedziałam, że może być inna, tak jak czternasta, druga, dziewiąta…
Dopiero niedawno, słońce zaświeciło w ten sposób, że zobaczyłam w końcu pionową kreskę, która jest rzymską jedynką, na pomniku, nie na grobie upamiętniającym Ericha Klausenera, niemieckiego polityka katolickiego, przeciwnika Hitlera, zamordowanego podczas tzw. Nocy długich noży (stacja I: Pan Jezus skazany na śmierć). W estetyce lat 60. ubiegłego wieku utrzymana jest stacja II drogi krzyżowej (Pan Jezus bierze krzyż na ramiona).
Następne, ale nie wszystkie są już dziełem rzeźbiarza Friedricha Klesse, podobne w swoim formacie, przypominają kapliczki przydrożne. Trzecią stację drogi krzyżowej w formie mozaiki możemy podziwiać na ścianie kaplicy przycmentarnej i jako kapliczkę – grób na cmentarzu (Pan Jezus upada pod krzyżem po raz pierwszy). Te kapliczki – stacje nie są już grobami pierwszych zmarłych tam pochowanych, chociaż właściwie nadal są, bo nigdzie nie przeniesiono pierwszych „lokatorów”. Gdy minie termin uiszczenia opłaty prolongacyjnej, grób przestaje istnieć, może być zrównany z ziemią lub wynajęty na nowo. Starsze nagrobki, ważne i artystycznie ciekawe rzeźby, grobowce, mauzolea najczęściej nie są niszczone, tylko wynajmowane dalej. Na grobie Josepha Breitkopfa-Cosela figuruje zupełnie inne nazwisko. A może to nie jest wcale jego grób, tylko rzeźba, która kiedyś była umieszczona na miejscu pochówku rzeźbiarza. Joseph Breitkopf-Cosel zmarł kilka lat po założeniu cmentarza. Jego przejmująca rzeźba Letzte Zuflucht (Ostatnie schronienie) przetrwała do dzisiaj. Tak jak do dzisiaj przetrwał grób, albo upamiętniający nagrobek pierwszej osoby pochowanej na tym cmentarzu, pani Gertrudy Mootz.















Grób Friedricha Klesse autora większości przystanków drogi krzyżowej jest przy stacji IV: Pan Jezus spotyka swoją matkę. Następne stacje, stacja V: Szymon z Cyreny pomaga dźwigać krzyż Jezusowi, stacja VI: Weronika ociera twarz Jezusowi, stacja VII: Drugi upadek pod krzyżem, stacja VIII: Jezus spotyka płaczące niewiasty, stacja X: Pan Jezus z szat obnażony, stacja XIII: Pan Jezus zdjęty z krzyża opowiadają, historię Męki Pańskiej cały czas w tej samej formie artystycznej przydrożnej kaplicy. Stacje IX: Pan Jezus upada pod krzyżem po raz trzeci i XI: Pan Jezus przybity do krzyża są dziełem innych artystów. Nie wiem czy dobrze lokalizuję stację XII: Pan Jezus umiera na krzyżu. Myślę, jestem prawie pewna, że jest nią wysoki krucyfiks przy grobach duchownych. Stacja XIV: Pan Jezus złożony do grobu to relief z mosiądzu wybitnego rzeźbiarza berlińskiego Wilhelma Haverkampa.
Stacje męki pańskiej zaczęto budować około 600 lat temu. Najstarsza w Europie kalwaria powstała w latach 1405‒1420 w Hiszpanii niedaleko Kordoby. Później zaczęły powstawać następne, na terenie dzisiejszych Niemiec i Włoch.
Znam dość dobrze Kalwarię Zebrzydowską. Co roku w Wielkim Tygodniu odwiedzałam to miejsce. Co roku wybierałam się też na uroczystości wielkopiątkowe, zaczynające się wczesnym świtem, ale nigdy jeszcze w ten dzień o tej godzinie tam nie dotarłam. Kilka dni temu odwiedzając berliński cmentarz, spojrzałam na tablicę informacyjną i przeczytałam, że w Wielki Piątek o 6 rano odbędzie się tu nabożeństwo drogi krzyżowej, tu na cmentarzu.
Jeśli się wybiorę, dam znać w komentarzach.
Dlaczego piszę o kalwarii? Cmentarz przy Röblingstraße powstał na wzniesieniach tzw. Szorstkich Gór (Rauhe Berge), a kalwarie zakładane były na wzgórzach, tak żeby przypominały swoim położeniem Jerozolimę. Cmentarz w początkowym swoim istnieniu był pagórkowaty. Góry i doliny stopniowo zasypywano. Zostało tylko jedno wzniesienie z wysoką kolumną, na której Maria z dzieciątkiem ma widok i ogląd na cały cmentarz.
Podczas wojny cmentarz był miejscem walk, są groby wojenne i jest otwór po kuli w maryjnym posągu. Piękna i dostojna anielica autorstwa Martina Schaußa zastygła, miejmy nadzieję na następne sto lat a może dłużej, w majestatycznej pozie, a obok kruki kolejnego artysty rzeźbiarza Ludwiga Vordermayera. Jest jeszcze kamień z wężem (Schlangenstein) https://de.wikipedia.org/wiki/Schlangenstein_in_Weimar, nie oryginał ale jego kopia. Kopia słynnej rzeźby z Weimaru jest ozdobą jednej z mogił. Gdyby nie cmentarz, może nigdy bym się o rzeźbie nie dowiedziała. Inskrypcja Genio huius loci – Duchowi tego miejsca – odnosi się do harmonijnego połączenia ducha, przyrody, literatury i sztuki.
To wszystko można tu znaleźć i ciągle szukać, a drogą krzyżową można przejść niekoniecznie jak Chrystus, tylko z ciekawości.




Ewa Maria Slaska
Wszyscy marzyliśmy o wolności, nie wiedzieliśmy jednak, że są dwie.
Eli Kargol
Rozdział I, / cz. 2. Rodzice Stefana (1985)
Rodzice Stefana nie doczekali czasu, kiedy Stefan w Ameryce będzie miał dość pieniędzy, żeby ich zaprosić – zginęli w wypadku samochodowym 20 maja 1985 roku, gdy Stefan i Basia byli już oboje w Nowym Jorku, ale jeszcze marnie im się działo i nie mogli pojechać do Gdańska na pogrzeb. Zresztą były to wciąż jeszcze czasy PRL-u, najprawdopodobniej i tak by nie mogli pojechać.
Rodzice Stefana mieli malucha. Wieczorem oddali samochód do przeglądu, odebrali go rano, podjechali pod dom, zabrali walizki i pojechali do Warszawy. Za Tczewem śruby mocujące koło, czyli tak zwane szpilki, tu akurat te mocujące przednie koło po lewej stronie, których w warsztacie nie dokręcono, odkręcały się powolutku w czasie drogi, aż wypadły jedna po drugiej, koło odpadło, potoczyło się na przeciwny pas, prosto przed maskę wielkiej ciężarówki, którą zarzuciło tak, że wepchnęła malucha Szarzyńskich dachem w dół prosto do rowu. W rowie niestety nie było wody ani trawy, tylko jakieś gruzy i śmieci, które nie zamortyzowały uderzenia, lecz przeciwnie, jeszcze je wzmogły. Dodały też całej tragicznej sprawie, którą samemu naprawdę trudno unieść, okropnego, polskiego symbolicznego posmaku. Zginęli na śmietniku, w każdym razie mama. Zanim bowiem przyjechało pogotowie, mama Stefana już zmarła, tam w tym dole ze śmieciami. Tatę odwieziono do szpitala w Świeciu, gdzie po dziesięciu dniach zaczął wychodzić ze śpiączki i akurat wtedy zakrzep, który się zrobił w prawej nodze, dotarł do serca. To, co rozpoczęły cztery wolniutko odkręcające się śruby, zakończył wolniutko pełzający strzępek krwi.
Ale Stefan i tak wiedział, że w jego rodzinie wszyscy szybko siwieli. Mama już w dniu ślubu była lekko szpakowata, w wieku 50 lat była siwiuteńka, ale chodziła co tydzień czesać się u pana Zygmunta, który raz na miesiąc kładł jej czarną farbę. Stefan nigdy więc nie widział mamy siwej, ona zaś nigdy nie zobaczyła, że i on szybko zaczął siwieć.
Stefana przez wiele lat nurtowało pytanie, czy te niedokręcone w warsztacie śruby były konsekwencją zwykłego polskiego niechlujstwa, tak jak gruz i śmieci w rowie, czy też ktoś z góry nakazał, aby ich nie dokręcać. Sęp-Szarzyńscy byli bowiem nie tylko rodzicami znanego opozycjonisty, ale sami cieszyli się przyjaźnią i zaufaniem środowisk inteligenckich, tych mniej kościelnych, a bardziej lewicujących (dziś można by ich było określić jako opozycyjnych „agentów wpływów” i „lewaków”), władze mogły więc… Stefan nigdy nie domyślił tej myśli do końca. Zresztą po co?
Rozmawiali o tym z Markiem, gdy ten kilka lat później, już w czasach Wolnej Polski, przyjechał do nich do Ameryki.
– Moglibyśmy się upomnieć o rehabilitację, powiedział Stefan.
– Rodzicom by to już i tak nie pomogło, odpowiedział mu brat.
– Nie, ale może by im teraz oddano honor.
– Teraz, powiedział Marek, honory robią się coraz bardziej kościelne, nie wiem, czy mama i tata życzyliby sobie takich honorów. Co mieli dostać, to dostali. W podziemnej prasie pisano o ich śmierci i o stracie dla środowiska gdańskiego. Na pogrzeb przyszły tłumy.
Marek powiedział, że to było zresztą bardzo zabawne, bo ubecja nie mogła przepuścić takiej okazji i przysłała kilku tajniaków, żeby stwierdzili, czy na pogrzebie nie pojawią się jacyś ukrywający się wciąż jeszcze koledzy Stefana. Bo było tak, że wielu z tych, którzy zakamuflowali się w czasie stanu wojennego, nie kwapiło się do wychodzenia z ukrycia, gdy stan wojenny najpierw poluzowano, a potem zawieszono. Zdarzało się bowiem dość często, że taki ujawniający się działacz po jakimś czasie bywał wezwany na przesłuchanie i jednak szedł siedzieć. Jak to w Komunie – powód zawsze się znalazł. Ewa, z którą Stefan się znał od dzieciństwa, bo mieszkali w przylegających do siebie willach, napisała nawet powieść na ten temat, Dochodzenie, którą ktoś z podziemnego Komitetu Kultury Polskiej przeszmuglował za granicę i która w roku 1985 ukazała się w paryskiej Kulturze.
Stefan kupił ją sobie niedawno w polskiej księgarni w Ottawie. Była to księgarnia prowadzona przez jego kolegę z Warszawy, Andrzeja Lifschesa. Andrzej przysyłał mu katalogi, a Stefan czasem zamawiał u niego książki. Dochodzenie było właśnie o tym, że władza na każdego mogła znaleźć tak zwanego haka, bo każdy gdzieś kiedyś robił lub chociażby raz zrobił coś niepoprawnego politycznie lub zakazanego. Nie działo się tak, bo ludzie byli źli i grzeszni, tylko dlatego że system tak funkcjonował. W PRL-u nie dało się żyć z czystą kartą. Każdy kiedyś wszedł w konflikt z kodeksem i katechizmem.
Tak czy owak, opozycjoniści nie palili się do wychodzenia z ukrycia, ale można było przypuszczać, że pojawią się na pogrzebie ważnych osób. Było więc oczywiste, że ubecja przysłała swoich pracowników. Z kwiatami, żeby nic nie podpadło. Ale coś i tak podpadło, bo agenci ubrali się nieodpowiednio. „Strój służbowy” ubeka pracującego w latach 80. wśród inteligencji i studentów był od kilku lat ustalony. Dżinsy, podniszczone, ale prawdziwe, nie jakieś szariki czy teksasy, koszula w kratę, też niezbyt nowa, mocne buty skórzane typu trapery, w zimne dni kurtka z kapturem lub wciągany przez głowę brezentowy skafander typu kangur z kieszenią z przodu. Strój agentki obejmował długą spódnicę, farbowaną domowym sposobem w białe koła, drewniaki i jakąś, też farbowaną, ale na jednolity kolor, bluzkę. Kilku tak ubranych osobników przyszło na pogrzeb i zapewne według instrukcji, takich właśnie posthippisów mieli również wypatrywać wśród gości. Nikogo nie znaleźli, za to sami zostali natychmiast rozpoznani jako ubecy, bo mężczyźni, z opozycji czy nie, przyszli na uroczystość ubrani w garnitury i pod krawatem, a kobiety miały na sobie czarne suknie za kolana, rajstopy i czółenka na niewysokim, szerokim obcasie.
– Gwiazda, Łopiński i Krementowski też byli, powiedział Marek, i nie zostali rozpoznani. Nie ma to jak kamuflaż dzikusa przebranego za elegancika. Krementowski był bez brody i nawet włosy miał obcięte na jeża, zupełnie jak jego brat. Sam go ledwo poznałem, stwierdził Marek.
Krementowski był podziemnym działaczem Unimoru, Łopiński podziemnym dziennikarzem, Gwiazda jednym z najsłynniejszych „naziemnych” założycieli Solidarności, który właśnie niedawno po raz kolejny wyszedł z więzienia. Po raz kolejny, bo po wprowadzeniu stanu wojennego został zatrzymany od razu 13 grudnia i internowany w Strzebielinku. Wkrótce przeniesiono go do aresztu śledczego na Białołęce, a we wrześniu 1982 roku do jednego z ośrodków dla internowanych. W grudniu internowanie zostało zamienione na areszt, bo Gwiazda otrzymał wreszcie oskarżenie – próbował mianowicie obalić ustrój. Przebywał w areszcie śledczym na Mokotowie. Zwolnienie uzyskał 22 lipca 1984 na mocy amnestii, ale już 16 grudnia tego roku został ponownie aresztowany podczas uroczystości rocznicowych. Został wówczas skazany w dwóch procesach politycznych na kary 3 miesięcy i 2 miesięcy pozbawienia wolności. Zwolniono go 15 maja 1985.
Wypadek, w którym zginęli rodzice Stefana, miał miejsce pięć dni później.
Z Facebooka, wczoraj
Czy Państwo też zwrócili uwagę na szerzące się wokół poradnictwo? Wszyscy są ekspertami od wszystkiego, od cudzego życia też.
– Bo ty powinnaś uwierzyć w siebie, pojechać do sanatorium. Zosia była w Świnoujściu, chwali sobie. I po co się tak przejmujesz, gdybyś się nie przejmowała, to byś lepiej na tym wyszła – usłyszałam niedawno.
Przejmuję się, bo Najwyższy uczynił mnie istotą myślącą: doświadczam, obserwuję, czuję, analizuję. Nie pojadę do sanatorium. Jak Woody Allen na wieś, tam nie ma gdzie – upiera się – chodzić na spacer.
Idę drogą, która mnie wybrała. Może nie upojną – w końcu nie jesteśmy w cyrku – ale ukojną. Moją.
Nie zatrzymuj mnie.
„Noli me tangere”, niech nikt nie stoi
O mnie, gdyż Cezar jeno mię oswoi.
– z wiersza sir Thomasa Wyatta „Chce kto polować wiem, gdzie znaleźć łanię”, w tłumaczeniu Stanisława Barańczaka.

A tu cały wiersz. U Julity był na Facebooku w komentarzu, ale oczywiście należy do tego tekstu:
Chce kto polować — wiem, gdzie znaleźć łanię: Dla mnie, niestetyż, za późno na łowy; Tak-ci mię znużył ów pościg jałowy, Że ledwie słyszę w dali rogów granie. A przecie, mimo całe me znękanie, Tropem zwierzyny dążę przez dąbrowy, Niczym nie trzeźwiąc rozpalonej głowy, Gdy w sieci jeno wiatr mi się dostanie. Chce kto ją łowić — niech łowi, lecz szczerej Zazna udręki: to jedno mu powiem. Na smukłej szyi obróżkę albowiem Ujrzy, a na niej z diamentów litery: „Noli me tangere”, niech nikt nie stoi O mnie, gdyż Cezar jeno mię oswoi
Aru
Stanisław Łubieński, Książka o śmieciach
Kilka lat temu ogromne wrażenie zrobił na mnie debiut Stanisława Łubieńskiego Dwanaście srok za ogon, książka pełna pasji związanej z ornitologią. Tym razem autor pisze o nas, a właściwie o tym co po sobie pozostawiamy, czyli o śmieciach. Od całkiem niedawna produkujemy niezliczoną ilość śmieci, z którymi nie mamy co zrobić, śmieci które zatruwają nas oraz środowisko i to nie tylko te najbliższe. Przy okazji marnujemy sporą ilość surowców naturalnych, których mamy przecież coraz mniej. Rzeczy niby oczywiste, ale jakoś na co dzień większość z nas kompletnie się nad tym nie zastanawia I właśnie dla tej krótkiej refleksji Książka o śmieciach warta jest poświęconego jej czasu. To rzecz nie tylko ważna, ale przede wszystkim mądra, a do tego ciekawie napisana. Cóż warto się czasem zastanowić po co nam kolejny przedmiot, czy faktycznie jest nam niezbędny, a jego posiadanie przyniesie nam aż tyle radości? Myślę, że świadomość tego, co stanie się po zużyciu przez nas tych rzeczy może skłoni nas do bardziej świadomej konsumpcji, bo nie chodzi o to aby całkowicie zrezygnować z dóbr wszelakich, bo jak to mówią, wszystko jest dla ludzi, natomiast warto żyć tak, żeby po naszym odejściu mogli tu żyć inni.

Frank Westerman, My człowiekowate
Skąd pochodzimy i kim jesteśmy? Na te pytania próbuje odpowiedzieć Frank Westerman w swojej książce My człowiekowate. Muszę przyznać, że jest to niezwykle ciekawa rzecz. Kiedy można mówić o tym, że jakiś gatunek jest człowiekiem? Co sprawiło, że mówimy? My człowiekowate to nie tylko historia odkryć najstarszych pozostałości po hominidach. To także historie ludzi, którzy poświęcili życie na ich poszukiwanie. Zresztą one same już są niezwykle interesujące. To nie jest zwykła książka popularnonaukowa. My człowiekowate jest reportażem, książką, w której Westerman wraz z grupą swoich studentów, prowadzi swoiste śledztwo. Przy okazji możemy poznać warsztat reportera. To rzecz, która ma w sobie coś głęboko humanistycznego, no ale w końcu jest to książka zarówno o człowieku współczesnym jak i o jego przodkach.

Bardzo ciekawy, spokojny, wyważony wywód. Naprawdę warto obejrzeć.
A teraz jeszcze posłuchajcie i obejrzyjcie. Ach Pink Floyd… Cała nasza młodość. I upadł Mur.

Magdalena Szpunar Pojechał po bułki rowerem bo mimo wojny jeść trzeba leży teraz w kałuży co spija z niego ostatnie tchnienie życia a żona mówiła że bułek nie trzeba że można chleb można tylko patrzeć patrzeć bezsilnie aż wyschnie kałuża Pojechał po bułki rowerem, 5 kwietnia 2022

Anna Czekanowicz modlitwa gdzie się podziała cała ta czułość gdzie światło witraży w katedrze szelest liści i pieszczota wiatru gdzie zniknął smak świata toczą mnie robaki czarnych myśli czerwie złych słów plugawych zaklęć mrocznych przekleństw głuchych złorzeczeń jestem kobietą rozpłataną ostrzem bagnetu jestem kruszyną nienarodzoną tuż obok we krwi zakrzepłej i skamieniałej jestem psem co pełznie beznogi wśród gruzu tajemniczym kocim okiem nieruchomo wpatrzonym w nieznane niechaj przeklęta będzie matczyzna co synów swych na żniwo wysłała 7 kwietnia 2022

Moja przyjaciółka napisała (też na Facebooku): Dostałam od przyjaciela i sąsiada Kuby Zaleskiego:
Hej Kochani, taką piosenkę dla Ukrainy napisałem i dograłem do melodii Piosenki dla córki, we własnym aranżu:
https://drive.google.com/file/d/1AZ6tDtJJmnAHNNJKLfj5IJDEROniU6Ey/view?usp=sharing
Miłego, choć pewnie niewesołego słuchania K.
Autor pracuje też nad wersją ukraińską i też ją nam udostępni.

Tibor Jagielski

Lucy i naczynie świata
– Istnieją tacy – powiedziała wielka mistrzyni do swoich uczennic i uczniów,
zgromadzonych pewnego słonecznego, wiosennego, ale mroźnego poranka na polanie nieopodal strumienia – którzy chcą podbić świat i uczynić z niego, to co im sie marzy albo widzi.
Ale ten zamiar nigdy się nie spełni – kontynuowała Lucy – bo naczynie świata nie jest własnością człowieka tylko jego boskiej matki i próby zmiany tego stanu rzeczy są skazane na nieuchronną porażkę, której owocem jest tylko śmierć i zniszczenie.
Lucy i Nicnierobienie
Pewnego, pełnego życia wiosennego dnia, siedziała wielka mistrzyni na progu swojej chatki
i obserwowała świat.
Dzieci bawiły się dookola, a ich rodzice dyskutowali wydarzenia dnia, które poruszyly wioskę i jej okolice.
Pewien nauczyciel, który lubil się z nią przekomarzać, podszedł do niej i zapytał
– Dlaczego nic nie robisz, stara kobieto? Z powodu takiego pięknego dnia nie powinnaś się obijać i siedzieć bezczynnie na słońcu. Dlaczego nie wejdzisz do chatki, aby spisać twoje arcymądre spostrzeżenia?
– W moim stawie – odpowiedziała uśmiechając się Lucy – mieszka bardzo stary karp, który szuka pożywienia na dnie bajora, a robi to powoli i nieustannie, ale kiedy stadko moich kaczek przepływa nad nim i mąci piasek oraz wodę, to zatrzymuje się i czeka, aż staw znowu się oczyści.
– To raczej deszczowe dni – dorzuciła wielka mistrzyni – przynoszą mi ważne spostrzeżenia, a moim kaczkom tłuste robaki.