Odcinek 1

Rozpoczynam dziś publikację ogromnej powieści, której fragmenty już kiedyś tu umieściłam (Deszczowa delegacja), a której poszczególne części rozgrywają się co 10 lat. Główni bohaterowie tych historii znikają, pojawiają się nowi, jedni umierają, inni przesuwają się na boczny plan, przenosimy się wzdłuż osi czasu to wstecz, to do przodu, a sens całości zrozumiemy zapewne, jak się to monumentalne dzieło skończy, a może i wtedy nie, bo już pozapominamy, kto kiedy kogo o co podejrzewał, kto umarł i kto komu podstawił nogę. Trzeba więc będzie przeczytać całość raz jeszcze, łudząc się, że tym razem zrozumiemy, ale też, że autorowi nie przydarzyło się to, co mianowicie było udziałem Antoniego Gołubiewa, autora wielotomowej i wielowątkowej powieści Bolesław Chrobry. Gołubiew nie poradził sobie z tym, co stworzył i nie umiejąc rozplątać i zakończyć zawikłanych wątków, nigdy powieści nie dokończył.

No to zaczynamy.

Mieczysław Bonisławski

JESZCZE WE WRZEŚNIU. NIEMAL TUŻ PO WAKACJACH I URLOPIE

ok. godz. 9:00 rano

To posłuchajcie teraz tego. Przecież wy też wracacie z wakacji, urlopów. Z urlopów… Pierwszy dzień w pracy, jeszcze ta rozgrzana plaża, zimne piwo, gorące rytmy… A tu od rana sprawa, taka bardziej poważna. Posłuchajcie zatem mojej opowieści, trochę, właśnie o tym…

– Panie Olku… Niech pan sobie wyobrazi, proszę, słoneczne popołudnie w Zielonej Górze. Stoimy na zachodnim krańcu miasta. Jest ciepły, bardzo ciepły wrzesień. Złota jesień. Dzieci od dwóch tygodni znowu chodzą do szkoły. Właśnie wróciły po lekcjach do pustych mieszkań w bloku. Rodzice nie przyszli jeszcze z pracy. Dla tych, co nie jedzą obiadu w szkole, gorący posiłek przy rodzinnym stole będzie dopiero za godzinę. Albo za dwie lub trzy? Niech pan nam powie może, co dziesięcio-, dwunastolatek robi w bloku, gdy nie ma dorosłych?

– Właśnie wyobrażam sobie bloki.
Nowe bloki. I raczej szare, bo sklecone tak na szybko z betonowych płyt (zwanych nawet „wielką płytą”). Niskie, czteropiętrowe, są bardzo proste i bardzo długie. I przy tych ich kilkunastu klatkach schodowych i jednostajnym, wydłużonym kształcie, bez żadnych załamań czy skosów, wydają się takie niskie, jeszcze niższe niż te cztery piętra.
I całe są szare, chropowate od betonu, zimne. Bo jedyne żywsze barwy, to jakieś schnące po praniu szmaty, kwiat w doniczce, plażowy leżak. A rozłożone są one po wciśniętych w bryłę bloku balkonach (balkony tak zwanym kosztem pokoju). I pozostają tak stłamszone w czeluściach budynku, że nie stanowią krzykliwej toni w morzu szarości. I są raczej szeptem, niknącą w odmętach kolorową plamką…
Wokół domów ciągle coś się buduje, bo osiedle jest nowe. I nawet dojazdy nie są jeszcze do końca gotowe. I dlatego wzdłuż bloku prowadzi ulica z betonowych płyt, w pewnym momencie kończąca się łachą piachu. A dalej wiedzie już tylko rozjeżdżona ciężkim sprzętem piaszczysta, błotnista breja. Ta betonówka, to ulica generała Waszkiewicza. Wznosi się nieco i nagle urywa w miejscu, gdzie architekci zaplanowali na przyszłość niewielki wiadukt.
A między blokami widzę przestrzeń międzyblokową.
I próbuję przejść tunelem, ziejącym ni stąd ni zowąd z niczym nie zaburzonej bryły bloku na jego drugą stronę. Próbuję wejścia w tę przestrzeń…

– Tak, rozumiem to. I niech pan nam powie może, co się wówczas dzieje?

– A, staję przed drugim, takim samym blokiem. A dwie betonowe, równolegle do siebie ściany z szarej wielkiej płyty wygradzają przestrzeń, gdzie na boisku z betonu, wokół paru huśtawek i przy piaskownicy, obok ceglanego śmietnika dokazuje stadko dzieciaków. A nad ich głowami, spomiędzy betonowych ścian unosi się stłumiony zasłoną z wielkiej płyty gwar. I tonacja tych głosów jest zniekształcona swoistym echem tej studni i zwielokrotnieniem kakofonii dźwięków wydobywających się na raz z tak wielu gardeł. Gwar, szum głosów, głuchy dźwięk odbitej piłki od betonu, przenikliwego pisku rozbujanej huśtawki, może brzdęk dzwonka od roweru. I na pewno słychać odgłosy skakania przez skakankę.
I właśnie tu możesz, w oczekiwaniu na matkę, ciotkę, sąsiadkę, ojca, wujka robić to, co inni, ci wszyscy. O ile masz się do kogo przyłączyć. A tak właśnie powinno być, bo skoro tu, w jednym z tych bloków, mieszkasz…

– Wracamy jeszcze przed blok, proszę. Na rozkopaną, niedokończoną ulicę.

– Dobrze. Po jej drugiej stronie nie ma ani kolejnego bloku, ani śmietnika z placem zabaw. Bo tam zieje pustka, a raczej krajobraz, potocznie nazywany przez dorosłych, księżycowym.
I ciężko powiedzieć, czy tak właśnie powinno nazywać się dużą skarpę świeżego, żółtego piachu, która wznosi się po prostu na wysokość pierwszego piętra? I ułożone po jej bokach w sterty drewno budowlane (głównie deski i kantówki). I stos przygotowanych do układania cegieł, i pryzmę ułożonych jedne na drugich płyt stropowych? A jeżeli powinno, to dlaczego? Czy tak właśnie wygląda księżyc? Czy stojący też tutaj, na szeroko rozstawionych szynach, dźwig, w ogóle, czy to gabarytem, czy konstrukcją przypomina księżycowego łazika?
A za dźwigiem, nazwanym imieniem „Marian”, wyłania się niedokończona jeszcze budowla z białej cegły. I, co ciekawe, ta biel ożywia cały widok.
Czy nie mówią: biały to nie kolor? A niech tylko pani spojrzy na to morze szarości wielkiej płyty i bure błoto wkoło, a zrozumie pani, że świeża, śnieżna biel to też żywy, wesoły kolor!
A ta budowla jest bardzo ciekawa. Bo stanowi ją konstrukcja z żelbetonowych filarów łączonych belkami stropowymi i poprzecznymi (chyba też z betonu). Pustą przestrzeń pomiędzy nimi robotnicy wypełniali jeszcze przed godziną właśnie tą białą cegłą. I przypomina to trochę technikę budowy, zwaną pruskim murem, choć cegła tu znacznie większa i biała a nie czerwona, a szkielet przecież nie drewniany.
A czy nie jest dziwne, że cegły zaczęto układać od piętra? Tak, że dół tej konstrukcji na razie jest niezabudowany. I wygląda ona z daleka jak zadaszona hala, nad którą wznosi się jeszcze piętro. Otwarta całkowicie na zewnętrzne otoczenie, ale z przegrodami wewnątrz, niczym ciąg grot czy jaskiń.
Bo wrażenie to potęguje mrok panujący w tych zamkniętych od góry, ale nie obudowanych ścianami zewnętrznymi pomieszczeniach parteru. A tym głębszy, że białe ściany piętra wręcz lśnią we wrześniowym słońcu popołudnia. I kontrast jest przejmujący.
I do tego dochodzi ta zupełna pustka i towarzysząca jej cisza. Bo robotnicy zaczynają tu robotę z samego rana, stąd po godzinie piętnastej plac budowy zupełnie się wyludnia. A do niedawna nie było tu nawet stróża. I całe piętro i wszystkie nisze na parterze, przestrzeń między stosami desek i cegieł, zbocza hałdy piasku, dźwig są teraz po prostu jak martwe.

– Dobrze, znamy już czas i miejsce, czyli scenę dramatu. Teraz niech pan sobie wyobrazi może, w takiej mrocznej, ceglanej grocie, pustej i martwej, samego jak palec dziesięciolatka…

Dwa dni później, znowu ok. 9 rano

– Dzisiaj kogoś poznamy, panie Olku. Przenieśmy się, może, do pobliskiej szkoły. W nowym gmachu przy ulicy Gwardii Ludowej jest któraś z kolei lekcja. Na szczęście przedostatnia dzisiaj. W końcu! Przyjrzyjmy się, proszę, przez chwilę mikremu Januszkowi. Z ciężkim, wielkim tornistrem na przygarbionych pleckach. Niech pan nam o nim opowie może.

– A, wiem, że od kilkunastu dni mały chłopiec chowa coś na parapecie swojego pokoju. I cały czas czujemy razem tę tajemnicę, skrywaną nawet przed domownikami. Bo słoik jest wyciągnięty gdzieś z piwnicy, gaza podprowadzona z domowej apteczki w kuchni.
Bo woda w słoiku – po cichu przeniesiona nocą z łazienki. A nasączona nią gaza, chroniona ściankami słoika skrywa coś, co w końcu osiągnęło cel, udało się temu chłopcu. Bo ziarnko fasoli nie jest już ziarnkiem. Napęczniało, pękło, spomiędzy dwóch połówek wydostał się żółty ogonek. I teraz, po kilku dniach, ogonek nie jest już żółty, tylko zielony. I nie jest ogonkiem, ale coraz grubszą i wyższą łodyżką, obrastającą kolejnym listkiem.
I od paru nocy mały tuli co wieczór słoik, który zdejmuje z parapetu, zza zasłony i bierze pod pierzynę. I przytula buzię, muska usteczkami, szepce doń słowa pieszczoty. I bardzo uważa, aby nie zasnąć ze słoikiem, bo wtedy, we śnie mógłby go zrzucić z łóżka, stłuc. A to byłaby tragedia. Pilnuje się zatem, czeka do ostatniej chwili przed zaśnięciem i odkłada słoik na parapet, za zasłonę, czule go żegnając i życząc roślince w środku „dobranoc” i dobrych snów.
A zaraz potem zasypia, bezpieczny, silny, gotowy ustrzelić z haubicy wrogie czołgi, atakujące batalion Czernousowa i Marusi, przywalić Kotlarskiemu w ryja, najlepiej tak, aby to zobaczyła Kamila Graczyk…
…Czy Arleta Gratyniuk już się ze mnie nie naśmiewa, a nauczyciel techniki stoi z rozdziawionymi ustami, słuchając jak doskonale tłumaczę zasadę działania… A, czekaj, jak to się nazywa…? No, nie pamiętam. A, co tam wszystkim do tego! To jest cokolwiek, kolejne z urządzeń omawianych na poprzedniej lekcji. A ten „Technik” mówi tak niezrozumiale, dyktuje tak szybko i dużo. I jak tu zdążyć to wszystko zapisać w zeszycie i do tego wyraźnym, wyprostowanym pismem technicznym, tak aby potem, sprawdzając zeszyty, Technik nie krzyczał, nie wyśmiewał przy całej klasie? Czy to jest normalne, że im wszystkim się to udaje? Jak oni to robią? Kiedy się tego nauczyli?
…A przecież w twojej poprzedniej szkole nie było żadnego pisma technicznego, żaden nauczyciel tak nie dyktował. Pani rozmawiała z tobą, tłumaczyła, była taka bliska…

– Proszę, kto tak myśli!?

– A rankiem chowam się pod pierzyną i nie chcę wstawać, a przecież muszę. I nagle zrywam się, po długiej chwili ociągania się. A zanim pójdę do łazienki, tulę słoik, odkładam go. A gdy wracam stamtąd, wyciągam słoik, przyglądam mu się, gadam z fasolką i zaczynam się ubierać. I jem śniadanie. I w końcu wychodzę do szkoły. A przed wyjściem żegnam się z fasolką.

– Jednak, kto to wszystko robi!?

– Januszek. Bo on wie co go czeka. A to będą ciężkie chwile, ale trzeba się przemóc. Przeboleć te godziny, po to, by po południu wrócić do domu, gdzie jest słoik z rosnącą fasolką. I znowu jest do kogo się przytulić, z kim porozmawiać. A ona tak wszystko rozumie, wszystkiego wysłuchuje. I pociesza samym tylko tym, że po prostu jest, jego jest i z nim.
Ale dzisiaj słoik trzeba było zabrać ze sobą, do szkoły. I obaj wiemy, że to nic dobrego. Bo to coś złego, co czai się cały czas wokół nas. No i ta przyroda jest właśnie przedostatnią lekcją. Po niej jeszcze tylko technika. A wokół słoneczny, wrześniowy dzień, a w środku, w nas, mrok. Kiedy, gdzie i jak stąd szybko uciec, schować się…?

– Ale z kim my teraz rozmawiamy? Proszę, kim wy jesteście? Czy jest tu jeszcze pan Olek?

– Ja jestem Januszek, proszę pani… Drodzy ludzie! Tu nikogo więcej nie ma!

– Ten mały chłopiec, tak? A co się dzieje z panem Olkiem, jednak gdzie jest pan Olek?

– Ja nie wiem o kim pani mówi? Ja nie znam takiego pana!

– Zatem…

– Ja jestem Januszek. Januszek z piątej klasy… Tak, droga pani, kogo pani jeszcze będzie chciała tu widzieć?!

– Zatem, mój drogi Januszku… Tydzień temu też była przyroda. Dobrze to pamiętasz? Czy tak samo zapamiętałeś to jak ja…? Masz ciągle przed oczyma to…

… jak Arleta Gratyniuk stoi przy Kapale. I pokazuje na ciebie. A jest przerwa przed przyrodą. A do tego, dyżurująca nauczycielka znikła gdzieś z korytarza.
I tulisz się do ściany, tam gdzie hol zwęża się i kończą się okna, wychodzące na plac apelowy przed wejściem do szkoły, a zaczynają się ubikacje. I Szczepański ze złośliwym grymasem na twarzy podchodzi do ciebie.
– Co, ty – pada obraźliwie określenie, przed którym tak się wzdragasz, ilekroć ktoś nim w ciebie rzuca – znowu odpierdalasz?! Powiedziano ci ostatnio…
I Szczepański popycha cię silnie oboma rękoma. Zasłaniasz twarz tornistrem, który spada ci z ramion.
I doskakuje Kapała i wyrywa ci tornister. I otwiera go pospiesznie i niedbale, prawie wyrywając zamek.
– Dawaj, gdzie to masz? Jak znajdę, to…
I wyciąga ci z tornistra małe kartonowe pudełko z wyciętymi całkowicie dwoma ścianami. A to praca na lekcję przyrody, która będzie po tej przerwie. Bo to ulepiony z plasteliny kwiatostan pospolitej rośliny. Płatki, pręciki, szypułka są bardzo udane, bo odtworzone z wielką dokładnością, wiernie do ostatniego szczegółu. A delikatna linia krawędzi poszczególnych elementów płynnie rozdziela kolory różnych kawałków plasteliny. Naprawdę doskonały efekt kilkugodzinnej pracy, z którego można być dumnym. I może, w końcu, wpadnie piątka z przyrody, ta pierwsza piątka po kilku miesiącach w nowej szkole?
A tu nic z tego. Bo Kapała rechocząc wyciąga model kwiatu z chroniącej go tekturki. I bierze dwoma palcami, kładzie sobie na drugiej dłoni i powoli, celebrując poczucie satysfakcji zaciska pięść z tracącą jakąkolwiek postać, stającą się bezkształtną masą plasteliną w środku.
I podbiega zdziwiona Beata Dunaj, pełniąca w tym tygodniu funkcję dyżurnej.
– Co ty robisz? – strofuje rozbawionych Kapałę i Szczepańskiego. A nieco z tyłu, jakby nie mając z nimi, z tym co się tu dzieje, nic wspólnego, stoi jeszcze Kotlarski. I udaje ni to obojętność, ni to uprzejme ubolewanie.
– I po co mu to zabieracie? Przecież możecie mu to oddać, dlaczego ma mieć kolejną dwóję – pastwi się nad tobą tą swoją służbową litością Beatka z trzeciej ławki. Och, tylko nie to – dziewczyna broni cię przed dwoma największymi, klasowymi cwaniakami… I to tak przy wszystkich, na oczach całej szkoły…! A żeby to była chociaż Kama Graczyk, która gdzieś na uboczu, poza zasięgiem wzroku całej klasy i tak, tylko we dwoje, pomaga ci ulepić na nowo ten model…
– No, masz – Szczepański odbiera Kapale zniszczoną pracę i ze złośliwym uśmiechem oddaje ci ją.
I Kapała niemal rzuca w ciebie jeszcze pustą kartonową osłonką.
– I jeszcze to jest twoje. Bierz – krzyczy za tobą, gdy ty łykając łzy, tak aby ich nikt nie zobaczył uciekasz do szkolnej ubikacji. Aby jak najdalej od tych chłopaków i dziewczyn. I od nich wszystkich.
A z korytarza dobiega cię jeszcze dzwonek na lekcję przyrody.

Tego samego dnia, ale już późnym popołudniem

– Zacznijmy już, może, panie Olku. Dziś jest dla nas nowy dzień…
– I nowa lekcja przyrody. I masz ze sobą tę fasolkę, która wyrosła dla ciebie. A w dupę nawet z tą kolejną, ostatnią lekcją techniki, na której „Technik” znowu… Bo przed nią jest ta przyroda, która pozwala na najbliższy czas zapomnieć o technice.
I wychodzisz dumny z gabinetu matematycznego, dzierżąc w rękach słoik, w którym wykiełkowała dla ciebie twoja fasolka. Czy wszyscy patrzą i widzą jak wyrosła? Raczej nie patrzą, bo i co w tym nadzwyczajnego, każdy ma dzisiaj ze sobą taki słoik. I raczej nie widzą, ty jednak jesteś tak zapatrzony, że bodaj całego świata wokół nie dostrzegasz.
I wychodzisz z klasy. A przed sobą niesiesz słoik. I skręcasz w ten korytarz w stronę klatki schodowej. I jesteś na końcu korytarza. A za jego rogiem zaczynają się schody i nie widzisz czającego się tam w ukryciu Kotlarskiego. Nie zauważasz jego delikatnego gestu w stronę przyglądających się wszystkiemu z dołu Kapały, Szczepańskiego, Arlety i reszty. A może zresztą tej reszty nawet nie ma, przecież to nie kino, tylko szkoła?
I nie widzisz jak Kotlarski lekko wystawia nogę, o którą zahaczasz. I nie rozumiesz też dlaczego Kotlarski niby niechcący, zza węgła, delikatnie na ciebie wpada, popychając w stronę schodów. Jakby było mało już tego, że potykasz się o jego nogę, którą ci po chamsku podstawił.
I w pierwszej chwili nie widzisz też tego, jak słoik leci ci z rąk i toczy się po schodach, rozbijając się na wiele okruchów.
A ty spadasz na dół i podnosisz z podłogi złamany, zielony badyl ze zwisającym, naderwanym ostatnim liściem.
W pierwszej chwili nie rozumiesz co do ciebie mówi Kotlarski, pochylając się nad tobą z udawaną troską.
– Och, stary, przepraszam cię. Wyleciałeś na mnie taki, taki zza tego rogu. Nic nie mogłem zrobić. Wszystko w porządku?
I bierze połamaną fasolkę z twoich rąk.
– Czekaj, pomogę ci… Ale, ale z tego to chyba już nic nie będzie…? Bo tego się nie uratuje. Może wyrzucę ci to do kosza? Czy jednak chcesz to sobie zabrać, do domu…?
Ale oszołomienie mija. I zabierasz Kotlarskiemu trupa fasolki. I porywasz z podłogi otwarty tornister i tłumiąc płacz, rozpychając uczniów na korytarzu wybiegasz przez drzwi wejściowe ze szkoły…

– Gdzie wtedy pan był? Co pan czuł? Ten chłopiec…

– Drodzy ludzie! Przecież chłopiec cały czas jest tutaj! O co pani będzie jeszcze pytać?

– Gdzie? Tutaj, razem z nami, proszę…?

– Czy…? Tak, oczywiście! Januszku, drogi chłopcze, obywatelka się ciebie pyta…

– Zatem… Tak, powiedz nam zatem, chłopcze, może, o swych uczuciach, o swych przeżyciach.

– Januszek! Czemu milczysz…? To nie jest w porządku. Odpowiadaj obywatelce…
Czy nie pamiętasz tego? I nie wiesz jak to wtedy jest?
Wychodzisz pospiesznie do góry. Po rozkopanej, nieutwardzonej jeszcze skarpie, która okala szkolny plac apelowy, rozciągający się przed głównym wejściem do szkoły i wzdłuż jej całego gmachu. A buty grzęzną ci w miękkiej glinie. I potykasz się. Przystajesz. Ruszasz i dalej się ślizgasz w mokrej breji. I nieporadnie próbujesz założyć tornister, co udaje ci się za trzecim razem. I gdy jesteś na szczycie skarpy, wrogi korytarz szkolny, który masz gdzieś za plecami, wydaje ci się już tylko wspomnieniem. A włożony w to twój wielki wysiłek, jest ceną, którą płacisz za sukces, jaki udało ci się osiągnąć. I mierzysz to zmęczenie zgodnie ze skalą oddającą bezmiar twojego dokonania. Ale czujesz też na karku złowrogie skurcze. Bo to stres z obawy przed skuteczną pogonią.


A stając już na wzniesieniu, jesteś na skraju nowej, wyasfaltowanej niedawno ulicy. W lewo rozszerza się ona w dwujezdniową arterię, przedzieloną po środku pasem zieleni. I w tym kierunku idzie się do liceum i amfiteatru. A twoje osiedle jest jednak w prawo.
I masz do wyboru dwie drogi. Tę krótszą – gdyby zawrócić i stojąc znowu twarzą do szkoły – odbić w lewo ku długiemu czteropiętrowemu mrówkowcowi, stojącemu na górnym skraju obszernego, lejkowatego obniżenia, zwanego Kaczym Dołem, za którym, na dole, pieszy szlak biegnie dalej pomiędzy otynkowanymi na brązowo punktowcami. I ta trasa wiedzie obok ogrodzonego betonowym parkanem więziennego baraku, u podnóża wieżyczki strażniczej. A najgorsze jest to, że idzie się tędy, okrążając plac przed szkołą, niemal tuż nad nim i będąc cały czas widocznym z okien korytarzy szkoły. A tędy też wracają do siebie uczniowie z owego mrówkowca i ulicy punktowców. I na tej drodze do domu nikt nigdy przez to nie jest sam, pełno tu chłopaków i dziewczyn z różnych klas. I tu jesteś widoczny dla nauczycielki przyrody i innych nauczycieli, jeżeli tylko szukają cię, zaniepokojeni tym, że cię nie ma na lekcji przyrody. I tu widzi cię cała banda Szczepańskiego, o ile chce cię dopaść i pobić lub sprowadzić w niesławie do klasy, w taki haniebny sposób karząc cię za ucieczkę z lekcji. I tu cię zagadują, widzą, śmieją się z twoich wagarów ci wszyscy inni, wracający do domu tak jak się należy, po zakończeniu swoich lekcji.
A ty chcesz się schować, zniknąć. I dlatego skręcasz w prawo (czyli gdybyś zawrócił, to te „w prawo”, byłoby właśnie tamtym „w lewo”, obok więziennej wieżyczki, którego tak chcesz unikać), ale odbijasz nieco dalej (wyżej) niż więzienie, szerokim, odchodzącym od szkoły łukiem tej nowej, asfaltowej ulicy Gwardii Ludowej.
A ta ulica, choć jeżdżą nią już prywatne samochody osobowe, ciężarówki z zaopatrzeniem a nawet autobusy miejskie, jest jeszcze cały czas w budowie. Bo prowadzi praktycznie przez wielki plac budowy. I gotowa jest tylko nie za szeroka (dwa pasy), asfaltowa jezdnia, a nie ma ciągle chodników. I idzie się obok wylanej masy bitumicznej bez krawężników (niczym szosa gdzieś między polami lub w lesie), wydeptaną w gliniastej brei ścieżką. I w dni deszczowe jest to zdradliwe, wciągające buty bagno, a w porze suchej i słonecznej – najeżone koleinami twarde klepisko. A ścieżka wije się to przy samym asfalcie, to odchodząc od szosy, raz w dół raz w górę, jeszcze innym razem po płaskim. W zależności od położenia budowy konkretnego budynku względem tej, okrążającej, jeden po drugim, cały ich ciąg ulicy.
Szosa generalnie wiedzie szerokim łukiem w prawo, łukiem obchodzącym pozostającą nieco w dole szkołę i domy zgrupowane wokół Kaczego Dołu (na górze mrówkowiec, na dole punktowce). A w oddali, na linii horyzontu, stoją po wewnętrznej stronie tego łuku (na prawo od wygiętej ulicy) dwa zamieszkałe już dziesięciopiętrowe wieżowce. Bliższe, budowane zaraz za szkołą (patrząc wzdłuż łuku ulicy od strony liceum i amfiteatru) trzy inne wieżowce są już gotowe, ale jeszcze nieotynkowane i puste. A w jednym, najbliższym szkole, nie ma jeszcze nawet okien i drzwi balkonowych. I wszystkie tworzą jedną, wygiętą linię, po tej stronie ulicy. A po jej drugiej stronie jest pustka, pofałdowana łąka z kępami owocowych drzew, przechodząca w oddali w lity las. Gdzieś pośród tych traw i krzewów są glinianki, a w nich wielkie mrowie traszek i żab. I będą tam, dopóki w miejscu łąk nie powstanie kolejne osiedle.
Dla dziesięciolatka wybór tej trasy, to trzykrotne nadrobienie odległości i wyprawa niemal po skraju poznanego świata. Ale tylko tutaj jest szansa na przebycie drogi do domu w samotności, skutecznej ucieczki.
I dlatego idziesz w stronę domu właśnie tędy.

Początek następnego tygodnia, poniedziałek, godz. 11 przed południem.

– Wróćmy może jeszcze do tego co się stało po ucieczce z lekcji przyrody… Jednak od początku tej wędrówki wiadomo, że po drodze, daleko poza ostatnim blokiem osiedla Łużyckiego, aż na linii widnokręgu jest krzyżówka ulicy Gwardii Ludowej z ulicą Łużycką. To tędy trzeba wracać ku blokom przy Waszkiewicza. Ale zanim dojdzie się do bloku Januszka, przechodzi się obok tej budowli z piętrem z białych cegieł. Obok dźwigu na szeroko rozstawionych szynach. Januszek, gdy wie, że w domu nikogo nie ma, nie idzie do pustego mieszkania. Nie zostaje też na placu zabaw lub na boisku. Nie kładzie tornistra na trawie i nie dołącza się do kręgu bawiących się dzieci. Januszek skręca do białego budynku. Przenika przez ogrodzenie. Daje się wchłonąć mrocznym grotom na parterze budowli.
Niech pan nam teraz opowie coś, proszę, właśnie o tym.

– Wzrok ci się już przyzwyczaił do półmroku. Pomimo kontrastu z jasnym, pozostającym w ostrym słonecznym świetle otoczeniem, rozróżniasz dokładnie szczegóły wnętrz skrytych pod wymurowanym z cegieł piętrem. Czujesz się niczym przy wchodzeniu z olbrzymiej, otwartej przestrzeni do dusznej, wąskiej i niskiej pieczary. Pieczary, czyli jaskini? Nie, to chyba niezbyt trafne. To ma być zejście z pustyni, gorącej i nasłonecznionej do wnętrza piramidy? Zaprzeczamy. To jest raczej wejście z obszernego, zatłoczonego, pełnego spoconych i zmęczonych gwarem, intensywnością dnia wielu ludzi placu pod kolumnadę jakiejś starożytnej, greckiej lub rzymskiej budowli. Budowli opartej o kolumny, z dachem hen wysoko nad głową, bez ścian na wyciągnięcie ręki, w jej mrok, w jej ograniczoną przestrzeń, w jej otchłań. Otchłań? Skąd tu otchłań? Tylko dlatego, że schodzimy z pełnego słońca, z bezkresną linią horyzontu w cień? W ciemność tak kontrastującą, że ograniczającą do minimum wgląd w postrzegane granice widnokręgu?
Przy wchodzeniu między kolumnadę akropolu, jakichś ruin hellenistycznej świątyni, czy pozostałości imitacji innej Arkadii (gdzieś zupełnie z dala od Grecji czy Italii) nie towarzyszy poczucie zanurzania się w otchłani… To jest coś innego. Rzeczywiście wchodzisz ze strefy gorąca i jasności w obszar cienia, półmroku, mroku. Tak, robi się coraz mniej jasno, coraz mniej przestronnie. Jest coraz ciemniej, idziesz dalej, głębiej, nie rozróżniasz już kształtu kolumn, ich ilości, tego gdzie są. Robi się coraz ciaśniej, schodzisz w dół. Najpierw szerokim korytarzem, który łagodnie, ale systematycznie, za każdym kolejnym krokiem się zwęża. Możesz już dotknąć ściany z lewej, ściany z prawej, sklepienia. Jesteś w korytarzu, korytarz skręca, w lewo, w prawo, wyczuwasz stopami, że jego spąg się obniża. Czujesz całym ciałem, iż stąpasz w dół, zapadasz się… Ale…
Jak to się dzieje, że robisz zaledwie kilka kroków, a zmienia się całe twoje otoczenie, całe życie? Ze światłości, w mrok. Spomiędzy przestronnej, strzelistej kolumnady świątyni w kręty, wąski korytarz wiodący gdzieś w dół? Co to za głębia? Co to za czeluście?
Spąg nie jest już pochylony, pod nogami są schody. Schodzisz. Przed tobą jakieś szmery, odgłos spadającej wody. „Tam” jest gdzieś podziemny wodospad?
Zakręt w lewo, pod kątem prostym. I cztery bardzo wysokie stopnie w dół, ledwo dajesz radę je przestąpić, niemal obijasz sobie uda o kamienie. Teraz kilka, kilkanaście kroków ostro schodzącą upadową. I w prawo, tym razem prawie zawracasz, to niemal kąt półpełny. Znowu schody, tym razem płytsze, ale jest ich chyba z dziesięć. I nagle… co?
Zeszliśmy z placu pełnego turystów, z rynku (?), ze świątynnego wzgórza (?) pod dach zabytkowej arkady, opisywany w każdym szkolnym podręczniku, w tysiącach przewodników turystycznych, w stu pięćdziesięciu językach. Przestronnej, ale przecież skończonej, ograniczonej zamysłem architekta i wykonawcy. Po stokroć zbadanej, po tysiąckroć schodzonej. Skąd w tej ograniczonej budowli ten długi, niekończący się, pełen zakrętów korytarz, jak tu się mieści ten bezmiar? Jakieś podziemne wodospady, tajemnicze przejścia, labirynty. To niemożliwe.
A jednak. Te ostatnie dziesięć, czy nawet kilkanaście schodów sprowadza nas na skraj wielkiej, podziemnej sali. Nie widzisz jej sklepienia ani ścian. Wokół jest przecież ciemno, a one są daleko od ciebie, daleko od siebie. Wyczuwasz tylko tę przestrzeń poprzez niosące się echo twoich kroków, echo skapujących kropel wody, poprzez nagle rozrzedzoną wilgoć, powiew powietrza (skąd w tej pieczarze wiatr?) Czujesz ją intuicyjnie, nie widzisz jej, ale wyobrażasz ją sobie.

Ciąg dalszy za tydzień

Rozmowy z Konradem: kobiety

Wieczny dylemat, czyli mówić czy wyglądać?

Ewa Maria Slaska

Dla moich koleżanek i dla mnie, czyli tych kobiet, które zdały maturę w okolicy marca 1968 roku (to ważna cezura, jeszcze będę do niej wracać), bycie kobietą emancypowaną, było sprawą jak najbardziej naturalną. Miałyśmy nowoczesne matki, a niekiedy również babki, nasze nauczycielki były pełnokrwistymi indywidualnościami, a na dodatek nasze młode ciotki były dla nas jeszcze wzorem urody, powodzenia, ubierania się i czesania. Nie wiem, czy któraś z nas poświęciła w ciągu lat nauki choćby jedną myśl pytaniu, co to znaczy być kobietą emancypowaną, albo czy chcemy być emancypowane? To w ogóle nie było pytanie – było oczywiste, że już jesteśmy emancypowane i nie przychodzi nam do głowy żadna inna wersja losu kobiety. Miałyśmy studiować, a potem pracować, miałyśmy być piękne, dobrze ubrane i uczesane, chciałyśmy gotować fajne potrawy z oryginalnymi jarzynami i przyprawami (nie darmo Kalkowski od lat promował w Przekroju taki styl gotowania) i mieszkać w ładnych domach lub mieszkaniach z przystojnymi mężami podobnymi do Beatlesów i grzecznymi, inteligentnymi dziećmi.

Ten świetny model wielu z nas zatruł(by) życie, uczesane włosy były(by) w dwa dni po wizycie u fryzjera znowu potargane, na kolorowych podłogach zbierał(by) się kurz, mężczyźni podobni do Johna Lennona okazali(by) się zazdrosnymi nudziarzami, a szpinaku i tak nie było ani w sklepie, ani w polu, ani w zagrodzie.

Na szczęście w międzyczasie pojawili się hippisi i nie chodzi mi o te niewielkie grupki tzw. “prawdziwych hippisów PRL-u”, tylko o ideę, modę, muzykę, taniec, pacyfizm, tolerancję, luz, lekceważenie konwenansów, wegetarianizm, kwiaty we włosach, trawkę, wolny seks, pigułkę antykoncepcyjną i radio Luxemburg, czyli wszystko, co się zgromadziło wokół słowa “hippisi”. To osłabiło szczelny perelowski model emancypowanej kobiety i, choć w mniejszym stopniu, peerlowski model “prawdziwego mężczyzny”. Oba mocno się porysowały, a w drugiej połowie lat 60 zyskały nową treść – nasyciły się polityką. Dotychczas byliśmy, tak naprawdę, istotami apolitycznymi, urodziliśmy się po wojnie, stalinizmu świadomie nie pamiętaliśmy, nasi rodzice przezornie milczeli, partia i ZMS nie miały do nas dostępu, a kościół traktował nas łagodnie, kiedyś zostaliśmy ochrzczeni, potem poszliśmy do komunii, niektórzy z nas do bierzmowania, ale na pewno nie wszyscy. Partia przymykała oczy na sprawy społeczeństwa z kościołem, kościół nie żądał od społeczeństwa, by przestrzegało przykazań i zbyt surowo odcinało się od partii – wszyscy się jakoś “zaaranżowali”. Każdy próbował na swoją modłę urządzić sobie życie, no cóż – jak najprzyjemniej.

W drugiej połowie lat 60 polityka jednak gwałtownie wtargnęła w nasze życie. Zaczęło się od tego, że Willy Brandt podpisał umowy z Polską i z PRL zaczęli oficjalnie wyjeżdżać Niemcy. Okazało się wtedy, że w Polsce są jacyś Niemcy. Jeszcze nie otrząsnęliśmy się z faktu, że są Niemcy, gdy w roku 1968 pojawili się Żydzi. Pawłowi Jasienicy wytknięto jakiegoś ukraińskiego Łupaszkę, a to przypomniało, że byli kiedyś Łemkowie i Bojkowie, Ukraińcy. Rzeczpospolita przestała być jednolita “jak postaw czerwonego sukna” i mocno wystrzępiła się na brzegach. W roku 1970, właśnie próbowaliśmy być (mimo Marca 1968 roku) szczęśliwymi studentami, z całą mocą spadła na nas polityka, której już nie dało się pominąć. To nie były “obrzeża i skraje”, to nie byli Niemcy (nie byliśmy Niemcami), to nie byli Żydzi (nie byliśmy Żydami), to nie byli Ukraińcy. To był sam środek naszego życia. Polityka stała się jego główną treścią i, mimo iż stale przegrywaliśmy, a od czasu do czasu partia, rząd i milicja zabijały nas i biły, czuliśmy się silni, bo byliśmy razem. To była gra MY kontra ONI, i oni mogli mieć w garści wszystko, a my i tak byliśmy lepsi. Czyli było strasznie, ale wciąż było przyjemnie, pewnie dlatego że nie mieliśmy dylematów, czyli znaliśmy odpowiedzi na wszystkie pytania, jakie mogło zaserwować nam życie.

I tak było do roku 1980, czyli do strajków sierpniowych i powstania Solidarności, kiedy to cały ten pięknie funkcjonujący gmach, zbudowany przez nas w procesie wzajemnego aranżowania się Partii, Kościoła, Opozycji i Społeczeństwa, runął do śmietnika historii, a z każdego kąta zaczęły wyłazić upiory. Im więcej zdobywaliśmy wolności, tym było gorzej, tym więcej upiorów wsysało się nam w szyję i wypijało krew. Rozpadło się nasze “razem”, wszędzie czaili się wrogowie, często my nimi byliśmy dla innych. To czego nie dokonała Komuna, tego dokonała Wolność. Niestety, zaczęło się od razu po podpisaniu porozumień. Jeszcze nie wiadomo było, jak ruch się będzie nazywał, a już zaczęły się pojawiać zwiastuny tego, co nas zniszczy. Ruch w Obronie Dziecka Poczętego. Albo żołnierzy wyklętych. Skąd mogliśmy wiedzieć, że trzeba je zdusić w zarodku..

Przez ostatnie 40 lat podzieliśmy się, może na zawsze, a w każdym razie na długo. Nie  będę się tu zajmować “prawdziwymi Polakami”, nacjonalizmem, Obrońcami Jezusa, strefami wolnymi od uciekinierów, Żydów, gejów i gender, nie piszę rozprawy o Polsce PiSu, pozostanę zatem przy tym, co mnie dotyczy(ło) jak najbardziej bezpośrednio, czyli sprawie kobiet.

Pierwszy raz dowiedziałam się, że istnieje sprawa kobiet za czasów Solidarności. Przyjechały z Anglii dwie feministki i miałam im opowiedzieć o sprawie kobiet w Polsce. I w ogóle nie zrozumiałam, o co im chodzi. Przez cały czas mówiłam o polityce, o niesprawiedliwości społecznej, o potrzebie wolności, o skorumpowanej władzy i biedzie robotników i chłopów. A one pytały o sprawę kobiet. No to odpowiadałam, że nie ma podpasek, albo że są z ligniny twardej jak deska, że nie ma pieluch jednorazowych, ani proszku do prania pieluch z tetry. A one nadal pytały o sprawę kobiet, i nie interesowały ich nawet dziesięcioletnie kolejki po klucze do własnego mieszkania.
Wreszcie machnęły na mnie ręką.

Następne feministki spotkałam już w Niemczech. Był rok 1985. Zapytały mnie o sprawę kobiet, ale tym razem już wszystko wiedziałam. Poprosiły, żebym napisała o tym artykuł na światową konferencję kobiet w Nairobi. Czekałam na azyl polityczny w Niemczech i nie mogłam wyjechać, pojechał tylko mój referat. Nazywał się “The rights we don’t have”. Myślę, że był to taki tekst, może jedyny w moim życiu, który przeczytały miliony ludzi. Zapewne głównie kobiet. Był cytowany tak długo, że postradał i tytuł, i autorkę, a potem i sens, bo po roku 1989 wszystko się zmieniło. W referacie do Nairobi pisałam o tym, co się dzieje z prawami kobiet w kraju komunistycznym, jeśli kobieta nie należy (jak ja należałam) do uprzywilejowanej wyższej klasy średniej, nie ma emancypowanych rodziców, w miarę zamożnego życia i nie mieszka w wielkim mieście. O tym, że o obrazie świata decydowałyśmy my, inteligentne studentki z Warszawy, Gdańska, Krakowa i Poznania, a Polska wygląda zupełnie inaczej. Już Rzeszów albo Białystok są w stosunku do nich opóźnione o co najmniej 20 lat, miasta powiatowe są jeszcze bardziej zacofane, kobieta mieszkająca na wsi opóźniona była w stosunku do najbliższego miasta o kolejne 20 lat. O tym, co to jest potrójne obciążenie kobiety, czyli praca, dom i rodzina oraz, jako trzeci rodzaj zajęcia kobiety – zapewnianie zaopatrzenia, głównie stanie w kolejkach i dźwiganie siat. O źle płatnych sfeminizowanych zawodach, gdzie jednak zawsze nad całą gromadką pracownic stał kierownik lub dyrektor. O strajku głodowym pracownic fabryk włókienniczych. O wioskach, w których najbliższy ginekolog oddalony jest o 70 kilometrów, a autobus jeździ dwa razy dziennie. O szklanym suficie, czyli o tym, że dziewczęta lepiej się uczą, jest ich więcej w liceach i na studiach, a przecież ilość kobiet spada w miarę wspinania się po szczeblach kariery naukowej i że kadra profesorska to głównie mężczyźni. I że opozycja wcale nie jest lepsza, bo choć jest dużo niepokornych politycznie pisarek, to od roku 1962 do roku 1985 nagrodę Kościelskich dostało 85 osób piszących, a tylko 11 z nich to były kobiety, bo to nagroda dla polskich opozycjonistów, czyli dla mężczyzn. I że wszędzie (zresztą do dziś) przedstawia się Solidarność jako ruch brodatych mężczyzn koło 30, choć to kobiety wykonywały większość prac usługowych w Solidarności i niemal wszystkie, również przywódcze, w czasie stanu wojennego. I że w encyklopedii Solidarności nie było haseł kobieta, matka, prawa kobiet, aborcja, nierówne płace…

Był rok 1985, nie mogłam więc jeszcze napisać, że jak już w roku 1989 doszło do rozmów Okrągłego Stołu, to brała w nich udział tylko jedna kobieta, Grażyna Staniszewska.

I wtedy się okazało, że gdy odeszła Komuna, to sprawa kobiet przecież nie odeszła, ale wraz z Wolnością przyszła sprawa kobiet numer 2. Zaczęła się od odesłania kobiet do domu i publicznego głoszenia tezy, że miejscem kobiety jest rodzina. Pierwszy raz przeczytałam taką wypowiedź tuż po czerwcu 1989 roku. Właśnie tworzyliśmy zręby wolnej Polski. Powiedziała to w wywiadzie wnuczka Józefa Piłsudskiego, żona opozycjonisty i ważnego polityka nowej Polski, pierwszego cywilnego ministra obrony narodowej – Janusza Onyszkiewicza.
W roku 1993, za czasów, gdy Hanna Suchocka była premierką, wprowadzono niemal całkowity zakaz aborcji, obowiązujący do dziś i nazywany, nie wiadomo czemu – kompromisem aborcyjnym.

Poszliśmy do przodu, żebyśmy musiały się cofnąć, żeby się okazało, że tkwią w nas nauki nie tyle i nie tylko matek i babek, ale pewnie i praprababek. Gdzie one się podziewały, gdy byłam uczennicą i studentką? Skąd wychynęły?
Mężczyzna pracuje, kobieta przebywa w domu z dziećmi.
Kobieta nie odmawia seksu mężowi, nawet jeśli jest chora lub zmęczona.
Przetrwaj, przeczekaj.
Mąż może bić, poniżać i gwałcić. Wykorzystywać seksualnie dzieci.
Trzeba nieść swój krzyż.

Ale nie sięgajmy nawet do rejonów, które za moich młodych lat albo w ogóle nie istniały, albo uważałyśmy je za jakieś przeraźliwe patologie.
Bo nasze zniewolenie jest również znacznie subtelniejsze.
Mamy być powabne, ale przecież również chcemy być powabne. Zobaczcie, co robimy, jeśli do pokoju wchodzi mężczyzna. Porozwalałyśmy się z koleżankami na kanapach i fotelach, siedzimy wygodnie, naokoło nas bałagan, szklanki, gazety, ciastka. Gdy wchodzi mąż gospodyni, nagle wszystkie siadamy prosto, szybciutko uprzątamy bałagan, układamy nogi, by łydka zgrabnie się prezentowała, wciągamy brzuch…

Ale jest i na odwrót, mężczyzn w pokoju jest kilku, my dwie, a może nawet tylko jedna… Toczy się dyskusja na temat edukacji. Jedna z nas jest pedagożką i matką, miałaby coś do powiedzenia, ale póki co rezonują mężczyźni, nie ma jak dojść do głosu, wiedzą lepiej. No wreszcie, udało się, próbujemy coś powiedzieć, ale zanim to zrobimy, już się nas popędza. Właściwie może lepiej zamilknąć. Czy to znowu takie ważne, to co mamy do powiedzenia? OK, jednak udało się wygłosić jakieś zdanie, ale już ten Iksiński mi przerywa i… powtarza to, co ja właśnie powiedziałam jako swoją tezę. Tylko, że ja stosowałam wszystkie znane od tysiącleci sposoby mówienia niewolników, mówienia tak, by nie zirytować pana i jego przedstawicieli. Bo, gdy mówimy, irytujemy ich lub rozśmieszamy. Wiem, wszystkie wiemy, jak możemy próbować tego uniknąć. Mówiłam przepraszająco, ciszej, łagodniej, używałam słów chyba, może, wydaje mi się, a on po prostu zasuwa propagandową mowę z mównicy. Ale o co chodzi, przecież i tak było nienajgorzej, bo przecież mogłam usłyszeć, że nudzę i się wymądrzam, za dużo gadam, nie umiem się skracać, gdyby to było publiczne wystąpienie, można by mi było na przykład nie dać mikrofonu do ręki, tylko podetkać go pod nos lub głośnym szeptem pouczać, co mi wolno, a czego nie. To naprawdę nic trudnego publicznie mnie poniżyć i obrazić. Tak, żeby wszyscy słyszeli. A jeśli grzeczność będzie jednak wymagała przeprosin, zostanę przeproszona po cichu i prywatnie. Przez telefon albo smsem.
Ale nie mam czasu, żeby go przeczytać. Panowie stworzenia poszli na taras na papierosa. To ja tu tymczasem szybciutko trochę posprzątam… Bo przecież lubię, żeby naokoło było ładnie i powabnie.

Zasadniczo stale to robimy, automatycznie polepszamy nasz wygląd i wygląd naszego otoczenia, a pomniejszamy naszą inteligencję. Taki mechanizm obronny. Dzień w dzień próbujemy rozwiązać dylemat: mówić inteligentnie, czy ładnie wyglądać, czyli jak się nie narażać? I, moje młode, młodsze i najmłodsze, koleżanki. Nawet jeśli świadomie potraficie się temu przeciwstawić, w środku w Was tkwi wciąż ta istota, która pod atrakcyjnym wyglądem ukrywa fakt, że jest mądra. Nawet jeśli prowokujecie i mówicie jak zwyciężczynie. Przyjrzyjcie się sobie uważnie.

***

Nie mam racji? To proszę, posłuchajcie wystąpienia pastorki Pauli Stone Williams, która przeszła zmianę płci, a zatem dobrze wie jak to jest być mężczyzną, a jak kobietą. Jej całe wystąpienie jest właśnie o tym, nie o przemocy, gwałtach i niesprawiedliwości, nie, jej wystąpienie dotyczy tych subtelnych różnic:

Wystąpienie jest świetne, ale najlepsze jest zdanie: WHY DO I HAVE TO APOLOGISE FOR BEING RIGHT?

thatorfor

Przepraszam…

Z wolnej stopy 16

Zbigniew Milewicz

Mściwe niemowlę

Szperając w swoich starych publikacjach spod paragrafu, natrafiam przeważnie na historie cięższego kalibru – rozboje, oszustwa, tragiczne wypadki, ponure morderstwa w hotelach robotniczych, albo melinach, popełnione dla zdobycia pieniędzy na jeszcze jedną ćwiartkę… Nie mam ochoty do tych spraw wracać i ponownie się ładować ich złą energią, ale przecież były i lżejsze. Takie, jak Mściwe niemowlę, które napisałem jesienią, albo zimą 1975 r. Przytoczę je ze skrótami i poprawkami stylistycznymi, bo z perspektywy czasu dawny tekst aż prosi mi się o korektę:

Urodziło się planowo, w pierwszej połowie stycznia 1975 roku, w Gliwicach, zgodnie z obyczajem noworodków – rozwrzeszczane, zaborcze. Ile ważyło i mierzyło, nie wiem, ale spore chłopię to było i dano mu na imię Pawełek. Zaraz po przywiezieniu do domu, zażądał ten Pawełek całej masy rzeczy. Od rodziców – całodobowego czuwania nad kołyską, zawsze czynnego bufetu z błyskawiczną obsługą i takiej że wymiany brudnych pieluch na czyste. Od krewnych oczekiwał nieustannych wyrazów uwielbienia na swój widok, a od miejscowego proboszcza, że ochrzci go w stosownym czasie. Później miało się odbyć w domu wystawne przyjęcie z okazji chrztu i wręczenie dziecku okolicznościowych, godziwych prezentów.

Życzeniom Pawełka stało się zadość. Mama Maria i ojciec Marian nie liczyli bezsennych nocy, spędzonych nad kapryszącą zawartością becika, ani pieluch zmienianych w iście atomowym tempie. Nie milkły pełne zachwytu „ochy“ i „achy“, zgromadzonych wokół kołyski babć, cioć i wujów. Chrzest odbył się z iście królewską pompą, a o przyjęciu lepiej nie mówić, takie było udane. Z prezentów też był kontent, bogate były i ze szczodrego serca dane. Wszystkie, z wyjątkiem jednego… Chodziło o dar wujka Romka, brata mamy, tego co namiętnie palił fajkę. Otóż ten wujek Romek, w sposób nie licujący z bliskim pokrewieństwem, oszukał niemowlę, dając mu w prezencie podrobioną jednodolarówkę. Sądził, że Pawełek, z racji braku życiowego doświadczenia, weźmie ją za dobrą monetę, a raczej banknot, ale się pomylił i przyszło mu za to niebawem słono zapłacić.

W przeciwieństwie do swoich rodziców, cwany maluch od razu rozpoznał falsyfikat i żeby odegrać się na oszuście, wysłał ich do Pewexu po zachodnie kosmetyki dla niemowląt. Jak pamiętamy, choć pewnie nie wszyscy, w sieci tych sklepów, głównym środkiem płatniczym były dolary i tzw. bony dolarowe. Pan Marian dołożył jeszcze pięć swoich zielonych, które trzymał w szafie, w charakterze zaskórniaków i poszedł wraz z żoną do miejscowego Pewexu. Kasjerka rutynowo rozpoznała podróbę, dyskretnie wezwała milicję i tak, po nitce do kłębka, wyszło na jaw oszustwo wujka Romka. Wezwany na przesłuchanie do gliwickiej komendy milicji, przyznał się, że podrobiony dolar był przedtem jego własnością. Na temat okoliczności, w jakich wszedł w jego posiadanie, opowiedział następującą historię:

Gdzieś na początku stycznia zauważył, że kończy mu się Amphora, tytoń, którym zwykł był nabijać swą fajkę. W komisach go brakowało, więc od jakiegoś cinkciarza w mieście kupił 1 dolara, ale upłynęło trochę czasu zanim go upłynnił w sklepie PKO. Pracował jako technik w jednym z biur projektowych w Gliwicach i któregoś dnia dostał zlecenie, aby wykonać kserokopie pewnych dokumentów. Stojąc przy kserografie, przypomniał sobie o zakupionym dolarze i zastanowił się nad tym, jak też wyglądałaby jego kopia w stosunku do oryginału. Podkusiło go, żeby to sprawdzić. Koleżankę z pracy, która obsługiwała urządzenie również temat zaciekawił, więc zrobili kopię banknotu, ale ich rozczarowała. W domu porównał obydwa egzemplarze jeszcze raz i wpadł z kolei na pomysł, że można byłoby wyretuszować kopię kolorowymi kredkami, w kolorach oryginału. Był zdolnym rysownikiem, więc tym razem obydwa wizualnie prawie się nie różniły, ale papierem oczywiście – zdecydowanie tak. Powiedział śledczym, że wykonał tę kopię wyłącznie dla zabawy i kiedy wreszcie wydał oryginalnego dolara na swój ulubiony tytoń, o kopii niemal zapomniał.

Dopiero kiedy dowiedział się o chrzcinach siostrzeńca, na które został zaproszony wraz z małżonką, powstał problem prezentu. Wiedział, że ich krewni będą chcieli się postawić na forum rodzinnym i błysną kosztownymi podarkami, a im akurat wiodło się materialnie nienajlepiej. Byli młodym, startującym w życie małżeństwem, on zarabiał miesięcznie 1900 złotych, ona 2200. Spłacali raty za meble, ledwo radzili sobie z czynszem za ich M-3, coś trzeba było jeść, ciuchy kupić… W sumie nie stać ich było na wystawny prezent dla Pawełka. Poszli więc do sklepu z dewocjonaliami, kupili pamiątkowe serduszko w puzderku, a do środka włożyli tamtą podobiznę dolara, wykonaną dla zabawy.

W naszej rodzinie istnieje zwyczaj przechowywania prezentów, otrzymanych z okazji chrztu – stwierdził na sali sądowej wuj Pawełka, oskarżony o sfałszowanie zagranicznego środka płatniczego. – Nie przypuszczałem, że siostra będzie chciała puścić w obieg tę odbitkę i zamierzałem ją w późniejszym czasie wymienić na prawdziwego dolara. Gdybym wiedział, że sprawa przybierze tak fatalny obrót, nigdy nie odważyłbym się skopiować tego banknotu, nie miałem przecież zamiaru zostać fałszerzem pieniędzy – bronił się roztrzęsiony.

Pawełek otrzymał należytą satysfakcję. 23 czerwca 1975 roku Sąd Wojewódzki w Katowicach uznał jego wuja winnym popełnienia przestępstwa z art. 227 § 1 kk., ferując wyrok w postaci 1 roku i 6 miesięcy pozbawienia wolności, z zawieszeniem na 3 lata i 3 tysięcy złotych grzywny. Dodatkowo zasądzono od skazanego, tytułem opłat sądowych, kwotę 4.000 złotych na rzecz Skarbu Państwa i obciążono go wszystkimi kosztami postępowania w sprawie. Był to niewątpliwie najwyższy, światowy kurs amerykańskiego dolara, w historii tego środka płatniczego. Z czego nieszczęśnik zapłacił sądowe należności, tego się już nie dowiedziałem. Może zaczął kraść, albo zawodowo fałszować pieniądze, niejeden na jego miejscu by to zrobił. Nieznana mi jest również późniejsza droga życiowa Pawełka. Zapowiadał się dobrze na bezkompromisowego, mściwego człowieka władzy, jakich wielu po obydwu stronach polskiej sceny politycznej.

Z wolnej stopy 12

Zbigniew Milewicz

Fotopstryk nieuleczalny

W tej historii występuje troje bohaterów: zwierzę transportowe, nieboszczyk i Bogdan Kułakowski. O dwóch pierwszych wiadomo niewiele, koń był czarnej maści, prawdopodobnie już niemłody, nagle padł na drodze, czyli wyciągnął kopyta. Ciągnął zaś karawan z klientem, lub klientką zakładu pogrzebowego, co w drugiej połowie ubiegłego wieku praktykowano jeszcze w Polsce i może padł z przepracowania, albo go potrącił jakiś samochód, bo trasa była ruchliwa: Częstochowa – Katowice. Trzecim bohaterem tej opowieści jest fotoreporter Trybuny Robotniczej, najważniejszej niegdyś nomenklaturowej gazety na Śląsku, który wracał do Katowic służbowym samochodem z jakiegoś tematu pod Siewierzem. Kierowca w pewnym momencie zwolnił, bo zamieszanie na drodze, leży koń, a na przeciwnym pasie, jak raz, podąża regularny pogrzeb. Takiej perły nie mógł zmarnować, ale miał w aparacie ostatni film, a w nim jeszcze tylko dwie wolne klatki – wtedy techniki cyfrowej jeszcze nie było, a liczył się czas. Pierwsze zdjęcie spudłował, kondukt zasłoniła mu jakaś cysterna.

– Dopiero drugie, to ostatnie, które praktycznie mogłem zrobić, udało się. Był i koń, i karawan, i pogrzeb, i ksiądz, i ruch samochodowy na ruchliwej trasie – wspomina po latach

Tym zdjęciem najpierw wygrał konkurs na Śląską Fotografię Prasową, później pochylił się przed nim Ogólnopolski Konkurs Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, a kiedy stołeczny establishment łaskawie zgodził się wysłać jego pracę w świat, trafiła na prestiżową World Press Photo w Hadze. Za czasów PRL polscy fotoreporterzy nie mogli, jak obecnie, indywidualnie startować w zagranicznych konkursach. Praca nosiła tytuł Ich ostatnia droga i za tę pracę Bogdan otrzymał wyróżnienie. Dzisiaj równoznaczne z drugim miejscem w tym konkursie. To był wielki powód do dumy, jako drugi – po Stanisławie Jakubowskim –, śląski fotoreporter otrzymał nagrodę WPP, a rok był 1980.

Bogdan twierdzi, że pierwszy raz spotkaliśmy się na na rajdzie samochodów weteranów w beskidzkiej Wiśle, w latach 70. On wtedy zaczynał jako fotoreporter, ja już cos wiedziałem o pracy dziennikarza, więc na konferencji prasowej trochę się wymądrzałem, wtedy pomyślał sobie, ale gość. Podobnie, jak ja dzisiaj myślę sobie o Dudim, do tego zasłużenie.

Siedzimy i rozmawiamy w jego mieszkaniu w Katowicach na Słonecznej, mieszkaniu pełnym lwowskich pamiątek po dziadkach i rodzicach, w którym w latach 80, za łaskawym przyzwoleniem Maryli*, małżonki gospodarza, często balowaliśmy do białego rana. Otek Morawski, Włodek Paźniewski, Jaśniak, Filipek, Jasiu Lewandowski, Jurek Miciak, Michał Smolorz, Magda… i wielu innych druhów czasu minionego, nie zawsze słusznie przeszłego. Kiedy w stanie wojennym nieprawomyślni pracownicy mediów dostali wilczy bilet, katowicki Katolik zatrudnił niektórych z nich, między innymi Bogdana i mnie, w swojej redakcji. Pisałem o Katoliku w tym blogu 24. 04. 2015 r. O tym, że pierwszy numer miał być wydrukowany częściowo w kolorze złotym, nie wiedziałem. Posłowi PAX-u i naczelnemu pisma, Janowi Waleczkowi oraz Januszowi Jaśniakowi, jego prawej ręce, zachciało się mianowicie przypodobać kościelnej hierarchii i zarządzili, aby ileś tam egzemplarzy dla niej wydrukować na złoto. Drukarze wykonali zadanie, ale okazało się, że złota farba ma to do siebie, że już przy lekkim dotyku pyli i wszędzie zostawia ślady. Bogdan miał wtedy dyżur w drukarni i kiedy zobaczył Jaśniaka z plikiem szczotek do numeru pod pachą, całego na złoto, to o mało się nie przekręcił ze śmiechu. Katolicki PAX drukował w Katowicach na Liebknechta, w tym samym budynku, co Trybuna Robotnicza i inne pisma, i drukarze dowcipkowali, co by było, gdyby tę świętą pozłótkę zdmuchnęło na partyjne wydania i nazajutrz cały skład komitetu wojewódzkiego PZPR nadawałby się do kanonizacji…

Otek, fotoreporter z Trybuny, słynący nie tylko z dobrego, zawodowego rzemiosła, ale i z mocnej głowy tudzież sarkastycznego humoru, mieszkał w sąsiedztwie Bogdana. Niestety już go nie ma, pożegnaliśmy też Jaśniaka, Mariana Filipka, naczelnego Waleczka, Lewandowskiego i Smolorza, znakomitego felietonistę i gawędziarza. Filmowego reżysera, pisarza i polityka – Kazimierza Kutza, niepodzielnie zrośniętego z kulturą Śląska, którego nigdy osobiście nie poznałem, też już nie ma, a był z Bogdanem i jego rodziną serdecznie zaprzyjaźniony. Drugiego z jego zmarłych przyjaciół, Jacka Cieszewskiego, męża Basi, mojej redakcyjnej koleżanki z Dziennika Zachodniego, także bliżej nie poznałem, a przecież na jego tekstach uczyłem się pisać reportaże.

Odszedł zabrzanin Marek Dworaczyk, młody, pryszczaty i prywatnie nieśmiały fotoreporter z Katolika, którego zdjęcia Bogdan cenił najbardziej ze wszystkich… Wyjechał do Duisburga, wydał rewelacyjne albumy fotograficzne, później zachorował na chorobę nowotworową i wszystko się skończyło, szkoda.

Bogdan wie, że jest już na zasłużonej emeryturze, ale nie wyobraża sobie, żeby dokądkolwiek pójść, czy pojechać bez aparatu fotograficznego. Przecież w każdej chwili może się zdarzyć coś, co trzeba koniecznie uwiecznić. Osobiście jestem podobnego zdania, tylko warsztat mam inny. Kiedy parę lat temu zwierzyłem się pewnej swojej rosyjskiej znajomej, że żałuję przejścia w stan spoczynku, jako dziennikarz, odpowiedziała mi:
– Nie dręcz się się, podobnie jak nie ma byłych pracowników KGB, tak nie ma i byłych dziennikarzy.
Po rosyjsku brzmiało to soczyściej:Ne terzaj, net bywschych kagebeschnikow, kak i bywschych żurnalistow. Może sama pracowała w służbach, nie wiem. W każdym razie, tak trzymać Bogdan.


Od  góry: Bogdan Kułakowski i zdjęcie Ich ostatnia droga, a na dole kilka innych prac Bogdana Kułakowskiego.

1985 Piekary Śląskie
Fabryka wszystkich świętych, zakład wykonujący z betonu figury religijne


2013-10-02 Katowice
Ruiny Kopalni “Kleofas” w Katowicach


18.07.2018-Katowice
Uliczna śpiewaczka z Charkowa na Ukrainie

11.02.2008 Skaryszew
Targi koni w Skaryszewie organizowane w pierwszy (wstępny – stąd nazwa) poniedzialek po Środzie Popielcowej. Tradycja ta pozostała do dzisiejszego dnia. Drugi dzień targów (wtorek) jest dniem “poprawin”. Jarmark koni jest do dziś dnia jednym z najstarszych, najsłynniejszych i najpopularniejszych tego typu targów w Europie. Na tegorocznym jarmarku bylo ok. 1700 koni


Autor dodaje jeszcze:

***
Bogdan Kułakowski, fotoreporter ur. w roku 1944.

Fotografią prasową zajmuje się od 1962 roku. Członek legendarnego Gliwickiego Towarzystwa Fotograficznego. Pracował etatowo w dziennikach i tygodnikach wydawanych na Górnym Śląsku. Kierował działami fotoreporterskimi „Panoramy”, „Katolika”, „Gościa Niedzielnego”, „Trybuny Górniczej”, „Dziennika Zachodniego”. Sporadycznie pracuje na planach filmowych jako fotosista.

Uczestnik i laureat wielu wystaw i konkursów profesjonalnej fotografii reportażowej. Ostatnia (2016, w Katowicach, Gliwicach, Tychach) duża wystawa autorska „Bogdan Kułakowski-Fotografie”. Współautor fotograficzno-poetyckiej książki F.M.R.ydy. W 1980 roku wyróżnienie World Press Photo w kategorii życie codzienne, za zdjęcie „Ostatnia jazda” (last ride). Obecnie fotograf niezależny.

A ja dodam jeszcze tylko: dla przyjaciół to od zawsze Dudi, z racji swojego uderzającego podobieństwa do Ptaka Paradoksalnego artysty Andrzeja Dudzińskiego

***
Prof. dr hab. Maria Szwajger-Kułakowska jest profesorem zwyczajnym w Katedrze Kameralistyki Akademii Muzycznej w Katowicach. Prowadzi zajęcia dla pianistów z zakresu nauki akompaniamentu oraz zespoły kameralne.

Z wolnej stopy (7)

Zbigniew Milewicz

Na gapę przez życie

Moja przygoda z kryminalnym światem zaczęła się w liceum, od czytania powieści kryminalnych. Tytuły i autorzy już ulecieli mi z głowy, ale pamiętam, że zło zawsze było udziałem przestępców, a dobro po stronie stróżów prawa. Na czwartym roku studiów slawistycznych zamieszkałem w krakowskim „Żaku“, akademiku, z przyszłymi prawnikami i te pojęcia mi się trochę przemieszały. Na piątym natomiast, za politykę, poszedłem na miesiąc do kryminału i poznałem go od środka. Kiedy więc zacząłem w Dzienniku Zachodnim pisać “moje kryminałki”, to już nie byłem kompletnym amatorem, ale jak je dzisiaj czytam, to mi często głupio. Widzę młodzieńczą pychę autora, naiwność osądu, błędy gramatyczne… Dzisiaj na przykład historię Maksia napisałbym zupełnie inaczej, wtedy zakpiłem z bezdomnego i wstyd mi za to.

Pisaniem sądowych felietonów zajmował się za moich czasów w Dzienniku red. Marek Wydra, elegancki, starszy pan, zawsze pod muchą, albo krawatem, który publikował swoje teksty pod pseudonimem Marcin Prawda. Mnie początkowo musiały wystarczyć materiały, które uzyskiwałem z milicji, niekiedy jakiś smakowity kąsek podsunął mi mecenas Berezowski, albo Lolek Zahraj, który pracował w Prokuraturze Wojewódzkiej, z czasem jednak wywalczyłem sobie dostęp także do akt sądowych. Bohaterowie moich materiałów zwani byli w PRL-owskiej propagandzie ludźmi z marginesu, dla podkreślenia, że większość społeczeństwa jest zdrowa moralnie – nie kradnie, nie oszukuje ani broń Boże zabija, tylko owocnie pracuje dla dobra swojego kraju, a swój wolny czas spędza godziwie, przy herbacie i ciastku. Nikt jednak nie informował, jaki jest rozmiar owego marginesu. A ja, nawet gdybym to wiedział i napisał, to zaingerowałby cenzor, z powodu szkodliwych ustrojowo uogólnień, więc wystarczyło mi, że relacjonuję poszczególne przypadki społecznej patologii. Oto kilka dawnych tekstów z tego podwórka:



Z wolnej stopy 6

Zbigniew Milewicz

Myszy wolą bułki…

Zanim młodemu dziennikarzowi pozwolono napisać jakiś większy tekst, musiał poćwiczyć w kronice miejskiej. Biegałem więc po mieście w poszukiwaniu dziurawych ulic, a tych akurat w Katowicach nie brakowało, zepsutych latarni, zapchanych studzienek kanalizacyjnych, kolizji komunikacyjnych, pijanych już z rana budowlańców i dziesiątków innych tematów, które mogły zainteresować czytelników. Później to trzeba było odręcznie sklecić, przedyktować jednej z redakcyjnych maszynistek i na czas oddać do wstępnej oceny szefowej działu, pięknej, ale wymagającej Zofii Pietrzyckiej. Później materiał lądował w sekretariacie redakcji, przechodził adiustację i razem z tekstami kolegów i koleżanek po piórze docierał do drukarni na Liebknechta. Na kółkach naszego redakcyjnego Fiata 125 p, albo Wołgi, ale ta druga najczęściej była tylko do dyspozycji naczelnego.

Informacje do kroniki miejskiej, w naszym slangu – szpunty, musiały być zwięzłe, tematycznie zróżnicowane, napisane dobrą polszczyzną i oczywiście sprawdzone. Na luksus fantazjowania mógł sobie pozwolić felietonista, ale przyłapanemu na cygaństwie szpunciarzowi groziły konsekwencje w postaci służbowej nagany, obciętej wierszówki, a nawet zwolnienia z pracy. Poza tym kronika miejska była najuważniej czytanym działem gazety, więc przykładaliśmy się do roboty. Tylko, skąd tu było brać u licha ciągle nowe wiadomości, kiedy często w zasięgu wzroku, słuchu i węchu nic szczególnego się działo… Była to zmora, która nękała wszystkich początkujących dziennikarzy, także i mnie. Każdy z nas miał swoich informatorów w różnych miejskich służbach, którzy niejednokrotnie ratowali nam skórę, ale jak i oni nie mieli nic nowego do powiedzenia, to ostatnią deską ratunku był ślepy przypadek. Jemu też zawdzięczałem różne ciekawe materiały, chociażby takie:

Kiedyś obowiązywała taka maniera, że dziennikarz-narrator pisząc o sobie używał liczby mnogiej, co mnie dzisiaj trochę śmieszy i irytuje, ale to było i na szczęście  minęło.

Kilka innych faktów, które przypomniały mi się w trakcie lektury moich starych szpuntów z DZ:

Zdarzyło się, że dosłownie chwilę po moim wyjściu z Domu Prasy w Rynku, na sąsiedniej ulicy, pirat drogowy wjechał w grupę ludzi na przejściu dla pieszych, wśród których był inwalida o kulach, kobieta z dzieckiem i opisujący to zdarzenie. Jakimś cudem nikt z nas nie ucierpiał, kierowca nie zatrzymał się, przejechał obok posterunku milicyjnego w Rynku i zniknął za zakrętem. Udało mi się odnotować numery rejestracyjne pojazdu, nazajutrz w DZ ukazała się stosowna notatka na temat zdarzenia, jednak  jego sprawca nie został pociągnięty do odpowiedzialności. Kiedy uparcie próbowałem dociec w drogówce, kim był, bez ogródek dano mi do zrozumienia, że na takich tablicach jeżdżą tajniacy i powinienem dać sobie spokój ze sprawą. Tym bardziej, że nie było ofiar.

W 1971 roku swoje dwudzieste szóste urodziny odprawiłem w katowickiej restauracji „Fregata“, w której babcia klozetowa dorabiała handlem wówczas niedostępnymi w sklepach mięsnych… frankfurterkami. Raz łapiąc za ścierkę i wiadro, raz za kiełbaski, zachwalała swój towar nie gorzej od przekupki na bazarze, kazała mi go wąchać i ocenić świeżość, a ja to później opisałem, w szpuncie p.t. Babcia klozetowa i frankfurterki.

Ucząc się dziennikarskiego fachu, starałem się zaopatrywać swoje teksty w dobre tytuły. Jak tytuł jest słaby, to nikt nie przeczyta nawet najlepszego materiału – powtarzali starzy wyjadacze, powołując się na przedwojenną prasę, gdzie  wymyślaniem tytułów trudnili się ekstra fachowcy. Kiedy więc napisałem w nadtytule: Rozpędziła kolejkę, a później: Delikatesowa mysz, wiedziałem, że handel będzie miał do mnie pretensje, ale klienci zastanowią się, zanim przekroczą próg tego sklepu. Chodziło o Delikatesy w centrum Katowic i zdechłą mysz, znalezioną przez ekspedientkę w worku z bułkami oraz o panikę wśród personelu i klientów, która z tego powodu wybuchła, co zrelacjonowałem, jako naoczny świadek zdarzenia. Wtedy kupowałem chleb i pomyślałem sobie: dobrze, że myszy wolą bułki. Ten optymizm mi się skończył, kiedy do redakcji przyszła czytelniczka z połową bochenka, w której zapieczone były bliżej niezidentyfikowane, brzydko pachnące, obce ciała. Wtedy postanowiłem w ogóle zrezygnować z jedzenia pieczywa.

Kronika miejska urodziwej Zofii Pietrzyckiej była dla mnie dobrą szkołą. Pisząc o dziurach w drodze, wypadkach i społecznej znieczulicy nie odkrywałem Ameryki, ale uczyłem się patrzeć trzeźwo na otaczający świat, krytycznie go oceniać i w miarę możliwości definiować. Bardzo mi w tym pomogli w redakcji DZ tacy wspaniali ludzie, jak Bolesław Surówka, Stanisław Kalbarczyk, Kazimierz Skotnicki, Wicio Bieńkowski… Nie byłoby mnie w zespole redakcyjnym bez akceptacji naczelnego, Bronisława Schmidta-Kowalskiego, ale to już zupełnie inna historia.

Prowincjonalne Theatrum Mundi 2

Stefan Andrzejewski

Jest wiosna 1986 roku. Wszyscy uczniowie klasy pierwszej o profilu humanistycznym mają poczucie misji i mocno zakorzenione przekonanie o swojej wyjątkowości. Wszak w naszym miasteczku wojewódzkim jest tylko jedno liceum ogólnokształcące, a w nim klasa humanistyczna z rozszerzonym językiem francuskim. Noblesse oblige!

Jak przystało na intelektualną elitę tego miasta – Pani Polonistka nazwała tak uczniów klasy humanistycznej, i to całkiem na serio – młodzież zakłada czasopismo. Żeby tylko jedno! Nie wszyscy są zgodni co do jego profilu, wkrótce więc okaże się, że w trzydziestoczteroosobowej klasie ukazują się już dwa miesięczniki: jeden prowadzą chłopcy (jest ich siedmiu w całej klasie), drugi zaś redaguje kobieca większość.

Obydwa konkurencyjne periodyki mają charakter wybitnie literacki i artystyczny. Redaktorzy publikują w nich nie tylko swoje wiersze i opowiadania, ale także recenzje teatralne czy omówienia różnych dzieł malarskich. Jak przystało na poważne wydawnictwa, pisma te nie unikają jednak aktualiów. Wszak za trzy lata rozpoczną się obrady Okrągłego Stołu, później runie berliński mur. Trzeba się określić… W tym, jak się określić, przychodzi z pomocą samo życie. Ponieważ tata jednej z koleżanek, prowadzących damskie czasopismo, pracuje w Komitecie Wojewódzkim PZPR, do gazety wydawanej przez dziewczyńską większość szybko przylgnie łatka «komunistycznej» (wdzięczne terminy, takie jak «lewactwo» czy «lewacy», zrobią karierę dopiero dziesiątki lat później).

Tymczasem w redakcji gazetki chłopięcej pracuje aż dwóch ministrantów, zaangażowanych również w działające przy parafii struktury opozycyjne. Aktywność opozycyjna obu chłopców polega na tym, że przed mszą za Ojczyznę każdego trzynastego dnia miesiąca, mają zaszczytne zadanie przypięcia do ołtarza flagi z napisem «Solidarność». Może to jeszcze nie pierwsza linia frontu walki z komuną, ale wystarcza, by prowadzone przez nich pismo klasowe zyskało miano konserwatywnego i opozycyjnego.

Każdy z periodyków ma swoją grupę wiernych czytelników, nie wychodzącą poza ramy klasy. Są to więc czasopisma bardzo elitarne: gazetkę chłopięcą czytają sami jej redaktorzy – w liczbie Siedmiu Wspaniałych; gazetka dziewcząt ma trochę szerszą publikę, boć przecież jest ich w klasie przytłaczająca większość. Ale oczywiście każdy obóz sięga również po czasopismo przeciwnika! Trzeba bowiem mieć adwersarza, z którym można polemizować: każdy artykuł w konkurencyjnym piśmie ma szansę stać się inspiracją do ostrej repliki.

Taki stan rzeczy trwa około dwóch semestrów. Jeden z redaktorów męskiej gazetki, autor niniejszego tekstu – wówczas ministrant i «działacz» opozycji – dzisiaj katolicki ksiądz, dokonuje przedziwnej wolty. Przechodzi do obozu wroga i zaczyna publikować w czasopiśmie dziewcząt! Dlaczego? Może dlatego, że uświadamia sobie, iż zgoda buduje, a niezgoda rujnuje? A może zdaje sobie sprawę z faktu, że w obydwu redakcjach są utalentowani ludzie i szkoda, by rozmieniali się na drobne, zamiast połączyć siły? Wszak wśród chłopców jest przyszły znany krytyk teatralny, który wiele lat później szpalty szkolnej amatorskiej gazetki zamieni na profesjonalne łamy krakowskiego Przekroju. Zaś pomiędzy dziewczynami kryje się późniejsza producentka filmowa, laureatka berlińskiego Złotego Niedźwiedzia….

Tego wszystkiego zdrajca jeszcze wtedy, w 1986 roku, nie wie. Ale przeczuwa, że wielu jego kolegów i wiele koleżanek zajdzie kiedyś wysoko.

Bo przecież uczniowie klasy humanistycznej mają poczucie misji i mocno zakorzenione przekonanie o swojej wyjątkowości!

Oczekujący mocnych wrażeń Czytelnik będzie rozczarowany. Zdrada naszego bohatera nie przyniosła mu ostracyzmu w męskim gronie, jego zbrodnia nie została napiętnowana ani przykładnie ukarana. Wkrótce bowiem dojdzie do fuzji obydwu czasopism: jej owoc ląduje na biurku wychowawczyni klasy, zyskując pełną aprobatę. Zaś ministrant, który zdradził męskie czasopismo, zostaje zastępcą redaktora naczelnego nowego periodyku; funkcję Naczelnej obejmuje była szefowa dziewczęcej gazetki. Nie ma zwycięzców ani pokonanych, wszyscy włączają się w nowe dzieło, każdy na miarę swych talentów i możliwości.

Wkrótce rozpoczną się kolejne Miejskie Spotkania Teatralne. Któregoś spośród wielu teatralnych wieczorów autor wraz z Naczelną udadzą się za kulisy, by przeprowadzić wywiad z aktorami Teatru im. Słowackiego w Krakowie, którzy przyjadą z przedstawieniem Ławeczka Aleksandra Gelmana. Będzie to prawdziwe dziennikarskie zadanie. I to jeszcze z błogosławieństwem dyrekcji szkoły! Kto wie – może ów wywiad stanie się tematem którejś z kolejnych opowieści?

Jakie były dalsze losy periodyku klasy humanistycznej po tym, gdy jego twórcy zdali już maturę? Tego autor nie wie. Jednak kilka lat temu trafił na stronę internetową swojego liceum, na której znalazł pewne informacje. Obecnie wydawana w szkole gazetka nosi tytuł Postscriptum – taki sam, jaki przed ponad trzydziestu laty uczniowie klasy humanistycznej wybrali dla swojego czasopisma….

Czy to tylko przypadek? Chyba nie! Wygląda na to, że następne pokolenia licealistów podjęły się kontynuacji dzieła. Może jakiś uczeń-archeolog wygrzebał na szkolnym strychu pożółkły egzemplarz gazetki sprzed trzech dekad? A może odpowiedź jest bardziej banalna: wszak jedna z redaktorek dawnego pisma pracuje obecnie w liceum jako romanistka. I przez sentyment do czasów młodości, zasugerowała taki tytuł swoim uczniom? Nieważne…

Ważne, że to, co było tak cenne dla uczniów klasy humanistycznej Anno Domini 1986, doczekało się kontynuacji. Piszący te słowa ma nadzieję, że «dzisiejszej młodzieży» nie brakuje pasji czy wyobraźni, a tym bardziej marzeń. Trzeba mieć marzenia, nawet jeśli nie zawsze zostaną w stu procentach zrealizowane. One niosą człowieka przez życie bardzo długo i mogą zaprowadzić daleko.

Ulisses Don Kichot Hamlet Szwejk

Dziś miały być wybory, a sposób w jaki je władza najpierw zamierzała przeprowadzić, a potem zadecydowała, że jednak ich nie będzie, przypomina zamach stanu. Dlatego pozwoliłam tu sobie zamieścić znaleziony na FB obraz Agnieszki Kann, zatytułowany Wybory. Ależ im się ta pandemia przydała.

A teraz w tył zwrot, do starej publicystyki ze “starych, dobrych czasów PRL”:

Andrzej Kijowski, zbiór felietonów publikowanych w Tygodniku Powszechnym w latach 1970-1971, książka wydana w roku 1988 (wydawnictwo Polskiej Prowincji Dominikanów W drodze, Poznań). Tekst sprzed pół wieku, ale niczego mu nie brakuje, jest współczesny, jakby go autor dziś napisał.

Nasza Wojna Trojańska

10 maja 1970

Dziś przed dziewiątą pobudzili nas ślepcy muzyką skrzypiec i harmonii. Drżący tenor odśpiewał Warszawskie dzieci pójdziemy w bój, Ten pierwszy marsz, Oto dziś dzień krwi. Słońce świeciło. Wyszliśmy na balkony w piżamach, w gatkach, w nocnych koszulach i rzucając monety niewidomym czciliśmy ćwierć wieku życia. Ćwierć wieku temu, chory na anginę, w gorączce, stałem kocem owinięty w oknie, patrząc poprzez gałęzie rozkwitających kasztanów na wojsko idące do rynku. Na karabinach kiście bzu. Płakać mi się chciało, że mnie tam w rynku nie będzie z wojskiem, z tłumem, gdy grają muzyki, dzwony biją. Wiosna beze mnie, pokój beze mnie, dzwony i trąby beze mnie. Wiła wianki i rzucała — śpiewali żołnierze. A ślepcy: Czy widzisz te gruzy na szczycie. Gardło boli.

Nasza wojna trojańska. Kto był jej żołnierzem, kto nią kierował, kto był więźniem, kto się przez nią tułał, kto jej się tylko przyglądał z ukrycia, komu wzięła dzieciństwo, komu je tylko zatruwają cudze wspomnienia o niej, wszyscyśmy coraz bardziej wobec niej równi, bo nas jednako od niej oddala czas, nikogo z nas wszakże nie uwalniając od zależności, jaką nałożyła naszym duszom. W całej Europie od Pirenejów po Władywostok nie ma człowieka, który by z nią, przez nią, lub przeciw niej nie myślał o świecie, o losie; żyjemy, oczywiście, nowymi problemami, ale zważcie, że wszystkie poważne między nami konflikty wzbudzają echa tej wojny już dawno minionej, jakbyśmy z niej, niby z ukrytej siłowni, wciąż pobierali prądy, wstrząsy, bodźce. Nie tylko o międzynarodowych konfliktach myślę, które wynikają z nie załatwionych do końca spraw politycznych, lecz także o konfliktach powstających z przeciwstawienia zasadniczych postaw wobec życia społecznego, wobec życia w ogóle. „Patriotyzm” i „kosmopolityzm”, „indyferentyzm” i „zaangażowanie”, „konsumpcjonizm” i jego — nie wiem jak je nazwać — przeciwieństwo, walczą z sobą w skali społeczeństw, i w skali rodzin. Gdy młodzież powstaje przeciw władzom, jak dwa lata temu we Francji i w innych krajach, albo gdy syn kłóci się z ojcem, co może zdarzyć się przy każdej kolacji, konflikt taki, jeśli nabierze rozpędu, powagi, zawsze, jakoś, którędyś, pokręconym swoim odgałęzieniem połączy się z tym, co się ćwierć wieku temu zakończyło.

„I poszli szaleni uparci” — śpiewają ślepcy, lecą monety w papierkach, dzieci je podnoszą i wtykają muzykantom w kieszenie. Ta wojna wydusiła z ludzkości (w Europie) maksimum cierpienia, wysiłku i dzielności, stając się miarą wszystkiego, co człowiek może. Z upływem czasu, gdy zaczynają siwieć najmłodsi jej żołnierze, miara staje się coraz bardziej mityczna, a więc tym bardziej absolutna. Podzieliła nas ta wojna na dobrych i złych, jakby była generalną próbą Sądu Ostatecznego, a zakończyła się przykładnym tryumfem Dobra nad Złem. Tak nam się przynajmniej dziś wydaje. Jak prosto było wtedy wybrać słuszną sprawę, i jak łatwo wierzyć w jej wygraną. Tak nam się przynajmniej dziś wydaje. Od trudności współczesnych uciekamy w mityczny czas wojny, jak w archaiczną, dziecinną epokę, aby w niej szukać wzorów dobra i męstwa. Cofamy się do niej jako do początku historii, jak do Troi cofali się Grecy, i jak każdy człowiek, przywołuje dziecinne, dawne swoje fantazmaty na pomoc, gdy mu ciężko podołać problemom dojrzałego życia.

Wieczorem w telewizji film Bułata Okudżawy (kto nie widział, niech żałuje) o żołnierzu Małyszkinie. Pośmiewisko kolegów, utrapienie oficerów, nie może poradzić sobie z bronią ani z maszynerią katiuszy, ani z musztrą, choruje na czyraki, upija się jednym łykiem spirytusu, do dziewczyn zbliża się z lękiem i czcią, jak paź, i z tak wielkim pragnieniem miłości, że go od siebie pędzą z litością i śmiechem. Szwejk–poeta, Szwejk–Hamlet, Hamlet–Don Kichot, chudy, o wielkich, smutnych oczach, a z komiczną twarzą, skulony w kącie ziemianki lub ciężarówki, która go wiezie przez rosyjskie bezdroża, z szyją owiniętą brudnym bandażem, snuje sam sobie opowieść o swojej własnej, niepodobnej do prawdy wojnie bohaterskiej, o swojej miłości i o śmierci. Zmyśla sobie pechowe przygody, które kończą się zawsze szczęśliwie, gdyż ów Szwejk–Hamlet–Don Kichot–Bezuchow jest jednocześnie Ulyssesem — bohaterem wszystkich powieści, które przeczytał i które opowiada żołnierzom; jest dzieckiem 19-letnim, które z wojną razem poznaje świat, miłość, siebie. Może to była ostatnia wojna w Europie, może ostatnia, z której dało się wyjść z życiem. Do niedawna literatura o niej opowiadała. Kto ją przeżył, układa w literackie formy swoje względem niej kompleksy. Ale niedługo przeżycia oraz ich brak spadną na dno pamięci, którą zastąpi historia coraz obfitsza i coraz dokładniejsza. Wojna zstąpi w podświadomość poetów, którzy będą na jej temat coraz więcej i coraz śmielej fantazjować. Objawi nam się ona w nowych postaciach, rozpoznamy ją w różnych symbolach i alegoriach, i coraz cudowniejsze jej wersje będziemy czytać w powieściach i poematach. Literatura stworzy z niej jeden z tych wielkich mitów historycznych, które na wieki całe służą wyobraźni poetów za pole formowania się opowieści o człowieku próbującym swych sił w zetknięciu z nieprzyjaznym światem.

W filmie Okudżawy biegną żołnierze śnieżną równiną, krzycząc Urra–Urra, jak do szturmu, jak tyle razy w batalistycznych filmach. Podnoszą w górę pepesze, u ramion im powiewają pałatki — biegną wielkim mrowiem czarne sylwetki, jak uskrzydlone. Przed nimi morze — biegną do morza, jak Grecy na Anabasis. Aby się wykąpać!

„Z trzynastu cegieł, z cegieł trzynastu, zbuduję domek wielki jak miasto” — zaśpiewali ślepcy na zakończenie, po czym przysiedli na murku okalającym przedszkolny ogródek, aby przeliczyć dochód. Przebierali monety w palcach z głowami uniesionymi ku młodemu słońcu.

Czarny czwartek

Ewa Maria Slaska

17 grudnia 1970 roku
Gdynia

Tego dnia, podczas tak zwanych rozruchów grudniowych, partia wydała rozkaz strzelania do strajkujących robotników. Byli zabici. Ilu? Tego do dziś nikt nie wie. Pochowano ich ukradkiem na cmentarzu na Witominie w Gdyni i Emaus w Gdańsku.

Dziś, po pół wieku, pamięć o tym, co się zdarzyło pielęgnuje przede wszystkim ta piosenka.

Ballada o Janku Wiśniewskim

Chłopcy z Grabówka, chłopcy z Chyloni
Dzisiaj milicja użyła broni
Dzielnieśmy stali, celnie rzucali
Janek Wiśniewski padł

Na drzwiach ponieśli go Świętojańską
Naprzeciw glinom, naprzeciw tankom
Chłopcy, stoczniowcy, pomścijcie druha
Janek Wiśniewski padł

Huczą petardy, ścielą się gazy
Na robotników sypią się razy
Padają starcy, dzieci, kobiety
Janek Wiśniewski padł

Jeden raniony, drugi zabity
Krew się polała grudniowym świtem
To partia strzela do robotników
Janek Wiśniewski padł

Krwawy Kociołek to kat Trójmiasta
Przez niego giną dzieci, niewiasty
Poczekaj draniu, my cię dostaniem
Janek Wiśniewski padł

Stoczniowcy Gdyni, stoczniowcy Gdańska
Idźcie do domu, skończona walka
Świat się dowiedział, nic nie powiedział
Janek Wiśniewski padł

Nie płaczcie matki, bo nie na darmo
Nad stocznią sztandar z czarną kokardą
Za chleb i wolność, i nową Polskę
Janek Wiśniewski padł

Słowa Krzysztof Dowgiałło, muzyka Andrzej Korzyński (pierwszej wersji muzycznej autorstwa Mieczysława Cholewy obecnie się nie wykonuje). Piosenka powstała w roku 1970. Na filmie widzimy inscenizację z roku 1990.

Krzysztof Dowgiałło, który napisał tę piosenkę na gorąco i od razu, nie wiedział, jak się nazywał zabity chłopak, którego na drzwiach zaniesiono pod komitet wojewódzki. Jednak nawet, kiedy już było wiadomo, nikt nie zmieniał słów piosenki. Janek Wiśniewski stał się symbolem Polaków walczących o wolność z czerwonym reżimem.

Ballada o Janku Wiśniewskim została wykorzystana w trzech filmach:

Andrzej Wajda, Człowiek z żelaza (1981), śpiewa Krystyna Janda, towarzyszą jej Jacek Kaczmarski i Przemysław Gintrowski;

Władysław Pasikowski, Psy (1992); balladę wykonują po pijanemu byli esbecy, niosąc na drzwiach pijanego w sztok kolegę; była to oczywiście kpina z tragedii robotników Stoczni z 1970 roku i wywołała spore oburzenie;

Antoni Krause, Czarny czwartek  (2011), śpiewa Kazik Staszewski.

Oprócz Jandy i Kazika piosenkę wykonuje też w wersji punck rocka zespół “Nauka o Gównie”, a podczas Koncertu dla Niepodległej 10 listopada 2018 roku na Stadionie Narodowym w Warszawie wykonali ją Olga Szomańska i Michał Kowalonek.

***
Kolejną odsłoną tej piosenki, jest gryząca, ironiczna parodia, śpiewana od kilku lat przez Suwerena (jeśli ktoś wie, jak się człowiek nazywa, to niech wpisze w komentarzu – ja nie znalazłam żadnych informacji).

Chłopcy z Targówka i ze Śródmieścia
Pomnijcie Jarka, co stan ten przespał
Ludzi łapali, w ludzi strzelali
Jarek Kaczyński spał!

Gdy w telewizji brak teleranka
Gdy na górników czeka łapanka
W wygodnym łożu, na Żoliborzu
Jarek Kaczyński spał!

Jeden zraniony, drugi zabity
krew się polała grudniowym świtem
A tam w łóżeczku, na poduszeczce
Jarek Kaczyński spał!

Gdy w kinie “Moskwa” film o Wietnamie
Jarosław woli drzemać przy mamie
Na prawym boku, w ciepłym półmroku
Jarek Kaczyński spał!

Już Kuroń leży na styropianie,
bo go pobili zomowskie dranie
drżą robotnicy, a on w szalfmycy!
Jarek Kaczyński spał!

Nie płaczcie dzieci, płakać nie warto
W miękiej piżamie, z różową kokardą.
Za chleb, za wolność, za nową Polskę
Jarek Kaczyński spał!

Przypomnę jeszcze, dla porządku, że autorem piosenki w oryginalnej wersji jest Krzysztof Dowgiałło z Trójmiasta, działacz Solidarności, aresztowany (nie internowany, tylko aresztowany!), a potem w roku 1989 kandydat do Senatu w pierwszych (na wpół) wolnych wyborach i wreszcie Senator RP, wybrany miażdżącą większością głosów. Moja teściowa, która była wówczas wolontariuszką podczas wyborów na Osiedlu Brodwino, gdzie mieszkała i gdzie mieszkali też Dowgiałłowie, opowiadała potem, że przy zliczaniu głosów wysortowali zaledwie trzy czy cztery głosy, oddane na kogoś innego, reszta – ogromna sterta – to były głosy na Krzysztofa.

Zawsze ze wzruszeniem myślę, że znałam Krzysztofa od dzieciństwa i zawsze będę pamiętać pewien cudowny zimowy spacer w wigilijny poranek – Krzysztof wpadł do nas i wyciągnął na spacer Tatę i mnie. Poszliśmy do ciemniejącego lasu, po jakimś czasie Krzysztof rozpalił ogienek i wyciągnął z kieszeni bułki i kawałki kiełbasy, które, jakże niebogobojnie, upiekliśmy nad ogniem na patykach. Minęło od tego czasu 60 lat, a ja wciąż nas widzę w ciemniejącym lesie z patykami w ręku, takich obojętnych na wszystko i niezależnych – nikt nam nie powie co wolno, a czego nie wolno w lesie, w Wigilię, o zmroku. Jesteśmy wolnymi ludźmi…

Dziękuję, Krzysztofie!

I może ostatnia uwaga: Zawsze, ale to zawsze płaczę, gdy słucham tej piosenki. Też tam byłam w Gdańsku w roku 1970, w roku 1980, w roku 1981… Dopiero podczas wyborów w roku 1989 byłam w Berlinie, nie głosowałam więc na Krzysztofa tylko – jak zawsze Polacy za granicą – na kogoś z Warszawy. Niestety – nie pamiętam na kogo. Oczywiście na kogoś z naszych, ale na kogo? Nie wiem. Zawsze się łudzę, że na Gieremka albo Holoubka.

Barataria w każdym domu

Ewa Maria Slaska

Pani i pan stoją w pokoju i ściskają się niedwuznacznie. Pan chciałby przejść do działań w pozycji wygodniejszej, ale pani wysuwa się z objęć kochanka (a może zresztą męża) i biegnie do kuchni, aby wyjąć z lodówki globulki ZET. Taka była treść pierwszej reklamy kinowej, jaką zapamiętałam. Zasadniczo bowiem w polskim kinie nie było żadnych reklam, a tylko Polska Kronika Filmowa. A tu reklama. I to taka! O seksie! Nie wiadomo, czy małżeńskim. W kinie. Zapachniało wielkim światem miłości, dorosłości, wolności.

Gdy opowiadam pewnemu bardzo młodemu człowiekowi o tej reklamie, nie chce mi wierzyć, ale nie mogę mu pokazać tej reklamy – nie ma jej w internecie czyli po prostu nie ma już jej na świecie.

Ale to szukanie wprowadza mnie w cały tajemniczy świat peerelowskiej antykoncepcji. Prezerwatywy, które jeśli wierzyć dowcipom, często były wybrakowane, jak przecież cała produkcja komunistyczna. Globulki ZET, ręcznie ugniatane i wyciskane też ręcznie w foremkach do wafelków, jakieś dziwne kapturki.

Z Wikipedii:

Globulki ze środkiem plemnikobójczym wprowadza się do pochwy około 15 minut przed stosunkiem. Pod wpływem ciepła globulka zamienia się w pianę, stanowiącą mechaniczną i chemiczną barierę dla plemników. Przy każdym kolejnym stosunku lub po godzinie od założenia należy założyć kolejną globulkę.

Hasło cytowane przez znajomą chemiczkę – chemia żywi, chemia zdrowi, chemia zapobiega przyrostowi.

Ale to teoria. W kraju panuje ciemnota niebywała. Zdarzają się wypadki połykania prezerwatyw. Użytkownicy skarżą się, że globulki pienią się w… ustach. Kobiety najbardziej wierzą w trzy dni niepłodne przed i trzy po miesiączce, co jest chyba odmianą kościelnego kalendarzyka. Mężczyźni w tak zwaną “ucieczkę” czyli stosunek przerywany. Teraz, gdy szukam filmiku o globulkach ZET, czytam gdzieś, że stosunek przerywany to nie jest metoda zapobiegania ciąży. To ja się pytam – ale co to w takim razie jest? Taka perwersyjna odmiana seksu?

Te i inne rewelacje znajduję w jakimś cytowanym pokątnie artykule Ewy Winnickiej z Polityki.

Eugeniusz Siwik, czytam u pani Ewy, ginekolog, prekursor porodów domowych, także współpracował z Towarzystwem Świadomego Macierzyństwa. Porównałby je do antykoncepcyjnego Don Kichota, który walczy z wiatrakami oporu zogniskowanego wśród nauczycieli, księży czy innych o tradycyjnie wstydliwie ukształtowanych światopoglądach.

Ale zdanie! No, ale pomijając styl, sens jest jasny. O antykoncepcji polskiej myślało się poprzez słowo wstydliwość. Też mówię – cały świat to jedna wielka wyspa Barataria, od początku do końca skłamana i oszukana. Wszyscy się pieprzą, ale wszyscy są wstydliwi.

Winnicka pisze:

Długie lata antykoncepcja była sprawą bardziej wstydliwą niż aborcja. Kiedy kobieta zachodziła w niechcianą ciążę, poświęcała się i rodziła lub szła na zabieg, „bo miała pecha”. Natomiast ta, która zapobiegliwie starała się do niechcianej ciąży nie dopuścić, przy czym interesowała się prezerwatywą lub kapturkiem, uznawana była za osobę o krzywym kręgosłupie moralnym, wspominają seksuolodzy. Takie zainteresowanie oznaczało, że seks nie zdarza się kobiecie mimochodem. O zgrozo, być może jest nawet pozamałżeński i satysfakcjonujący. Słowem: ona interesuje się seksem, a wiadomo, że takimi rzeczami interesują się tylko prostytutki.

PRL cierpiał na seksualną schizofrenię. Z jednej strony o seksie się nie mówiło, a państwo było pruderyjne, z drugiej jednak strony wolny człowiek socjalistyczny miał być naprawdę wolny, a zatem wolno mu było uprawiać wolny seks. Jednak…

Szybko okazało się, że niekontrolowane obcowanie płciowe może rozregulować plany produkcyjne, demograficzne, mieszkaniowe i zaopatrzeniowe państwa. Kobiety miały pójść do pracy, nadmierne rodzenie dzieci wyłączało je z produkcyjnego cyklu, przeludnienie narażało społeczeństwo na niedobory, pokątne aborcje powodowały alarmującą śmiertelność, która w nowoczesnym państwie nie powinna była mieć miejsca. Nowoczesność, tłumaczono, oznacza niewielką liczbę potomków. Jednym ruchem państwo postanowiło zapobiec dzietności oraz zdrowotnym komplikacjom poaborcyjnym.

W roku 1956 wprowadzono prawo usuwania ciąży.

Społeczeństwu starano się więc uświadomić w końcu, że są sposoby, by decydować o własnej płodności. Sposoby te były ciągle wadliwe oraz trudno dostępne. W każdym razie świadomi żenującej podaży w 1958 r. działacze z TŚM własnym sumptem założyli przedsiębiorstwo o nazwie Securitas i uruchomili linię produkcyjną słynnej globulki Zet, a potem innych środków zabezpieczających. Produkcja miała charakter chałupniczy, niewystarczający. Równolegle z produkcją globulki ruszyła akcja „A”. Uprawiających seks traktowano cały czas jak grupę spiskowców. Gazety informowały tajemniczo: Globulka Zet zapobiega. „Nie dawaj dupulki bez Zet globulki” – pouczały podwórkowe wierszyki.

Globulka robiła karierę za granicą. W połowie lat 60 państwo R. pojechali na autokarową wycieczkę do Jugosławii. W schowkach nad siedzeniami upchano handlowy zapas globulek, które jednak pod wpływem południowej temperatury stopiły się i zaczęły kapać na głowy turystów. Ulepione ponownie sprzedano miejscowym amatorom, którzy następnego dnia wrócili z reklamacją. Globulki się pieniły, a ich pozostałości można było znaleźć w organizmie kobiety jeszcze długo po zbliżeniu.

Tylko margaryna mleczna przeciw ciąży jest skuteczna, głosił pewien podwórkowy wierszyk. No, ale może jednak globulkę?