Z wolnej stopy 6

Zbigniew Milewicz

Myszy wolą bułki…

Zanim młodemu dziennikarzowi pozwolono napisać jakiś większy tekst, musiał poćwiczyć w kronice miejskiej. Biegałem więc po mieście w poszukiwaniu dziurawych ulic, a tych akurat w Katowicach nie brakowało, zepsutych latarni, zapchanych studzienek kanalizacyjnych, kolizji komunikacyjnych, pijanych już z rana budowlańców i dziesiątków innych tematów, które mogły zainteresować czytelników. Później to trzeba było odręcznie sklecić, przedyktować jednej z redakcyjnych maszynistek i na czas oddać do wstępnej oceny szefowej działu, pięknej, ale wymagającej Zofii Pietrzyckiej. Później materiał lądował w sekretariacie redakcji, przechodził adiustację i razem z tekstami kolegów i koleżanek po piórze docierał do drukarni na Liebknechta. Na kółkach naszego redakcyjnego Fiata 125 p, albo Wołgi, ale ta druga najczęściej była tylko do dyspozycji naczelnego.

Informacje do kroniki miejskiej, w naszym slangu – szpunty, musiały być zwięzłe, tematycznie zróżnicowane, napisane dobrą polszczyzną i oczywiście sprawdzone. Na luksus fantazjowania mógł sobie pozwolić felietonista, ale przyłapanemu na cygaństwie szpunciarzowi groziły konsekwencje w postaci służbowej nagany, obciętej wierszówki, a nawet zwolnienia z pracy. Poza tym kronika miejska była najuważniej czytanym działem gazety, więc przykładaliśmy się do roboty. Tylko, skąd tu było brać u licha ciągle nowe wiadomości, kiedy często w zasięgu wzroku, słuchu i węchu nic szczególnego się działo… Była to zmora, która nękała wszystkich początkujących dziennikarzy, także i mnie. Każdy z nas miał swoich informatorów w różnych miejskich służbach, którzy niejednokrotnie ratowali nam skórę, ale jak i oni nie mieli nic nowego do powiedzenia, to ostatnią deską ratunku był ślepy przypadek. Jemu też zawdzięczałem różne ciekawe materiały, chociażby takie:

Kiedyś obowiązywała taka maniera, że dziennikarz-narrator pisząc o sobie używał liczby mnogiej, co mnie dzisiaj trochę śmieszy i irytuje, ale to było i na szczęście  minęło.

Kilka innych faktów, które przypomniały mi się w trakcie lektury moich starych szpuntów z DZ:

Zdarzyło się, że dosłownie chwilę po moim wyjściu z Domu Prasy w Rynku, na sąsiedniej ulicy, pirat drogowy wjechał w grupę ludzi na przejściu dla pieszych, wśród których był inwalida o kulach, kobieta z dzieckiem i opisujący to zdarzenie. Jakimś cudem nikt z nas nie ucierpiał, kierowca nie zatrzymał się, przejechał obok posterunku milicyjnego w Rynku i zniknął za zakrętem. Udało mi się odnotować numery rejestracyjne pojazdu, nazajutrz w DZ ukazała się stosowna notatka na temat zdarzenia, jednak  jego sprawca nie został pociągnięty do odpowiedzialności. Kiedy uparcie próbowałem dociec w drogówce, kim był, bez ogródek dano mi do zrozumienia, że na takich tablicach jeżdżą tajniacy i powinienem dać sobie spokój ze sprawą. Tym bardziej, że nie było ofiar.

W 1971 roku swoje dwudzieste szóste urodziny odprawiłem w katowickiej restauracji „Fregata“, w której babcia klozetowa dorabiała handlem wówczas niedostępnymi w sklepach mięsnych… frankfurterkami. Raz łapiąc za ścierkę i wiadro, raz za kiełbaski, zachwalała swój towar nie gorzej od przekupki na bazarze, kazała mi go wąchać i ocenić świeżość, a ja to później opisałem, w szpuncie p.t. Babcia klozetowa i frankfurterki.

Ucząc się dziennikarskiego fachu, starałem się zaopatrywać swoje teksty w dobre tytuły. Jak tytuł jest słaby, to nikt nie przeczyta nawet najlepszego materiału – powtarzali starzy wyjadacze, powołując się na przedwojenną prasę, gdzie  wymyślaniem tytułów trudnili się ekstra fachowcy. Kiedy więc napisałem w nadtytule: Rozpędziła kolejkę, a później: Delikatesowa mysz, wiedziałem, że handel będzie miał do mnie pretensje, ale klienci zastanowią się, zanim przekroczą próg tego sklepu. Chodziło o Delikatesy w centrum Katowic i zdechłą mysz, znalezioną przez ekspedientkę w worku z bułkami oraz o panikę wśród personelu i klientów, która z tego powodu wybuchła, co zrelacjonowałem, jako naoczny świadek zdarzenia. Wtedy kupowałem chleb i pomyślałem sobie: dobrze, że myszy wolą bułki. Ten optymizm mi się skończył, kiedy do redakcji przyszła czytelniczka z połową bochenka, w której zapieczone były bliżej niezidentyfikowane, brzydko pachnące, obce ciała. Wtedy postanowiłem w ogóle zrezygnować z jedzenia pieczywa.

Kronika miejska urodziwej Zofii Pietrzyckiej była dla mnie dobrą szkołą. Pisząc o dziurach w drodze, wypadkach i społecznej znieczulicy nie odkrywałem Ameryki, ale uczyłem się patrzeć trzeźwo na otaczający świat, krytycznie go oceniać i w miarę możliwości definiować. Bardzo mi w tym pomogli w redakcji DZ tacy wspaniali ludzie, jak Bolesław Surówka, Stanisław Kalbarczyk, Kazimierz Skotnicki, Wicio Bieńkowski… Nie byłoby mnie w zespole redakcyjnym bez akceptacji naczelnego, Bronisława Schmidta-Kowalskiego, ale to już zupełnie inna historia.

Prowincjonalne Theatrum Mundi 2

Stefan Andrzejewski

Jest wiosna 1986 roku. Wszyscy uczniowie klasy pierwszej o profilu humanistycznym mają poczucie misji i mocno zakorzenione przekonanie o swojej wyjątkowości. Wszak w naszym miasteczku wojewódzkim jest tylko jedno liceum ogólnokształcące, a w nim klasa humanistyczna z rozszerzonym językiem francuskim. Noblesse oblige!

Jak przystało na intelektualną elitę tego miasta – Pani Polonistka nazwała tak uczniów klasy humanistycznej, i to całkiem na serio – młodzież zakłada czasopismo. Żeby tylko jedno! Nie wszyscy są zgodni co do jego profilu, wkrótce więc okaże się, że w trzydziestoczteroosobowej klasie ukazują się już dwa miesięczniki: jeden prowadzą chłopcy (jest ich siedmiu w całej klasie), drugi zaś redaguje kobieca większość.

Obydwa konkurencyjne periodyki mają charakter wybitnie literacki i artystyczny. Redaktorzy publikują w nich nie tylko swoje wiersze i opowiadania, ale także recenzje teatralne czy omówienia różnych dzieł malarskich. Jak przystało na poważne wydawnictwa, pisma te nie unikają jednak aktualiów. Wszak za trzy lata rozpoczną się obrady Okrągłego Stołu, później runie berliński mur. Trzeba się określić… W tym, jak się określić, przychodzi z pomocą samo życie. Ponieważ tata jednej z koleżanek, prowadzących damskie czasopismo, pracuje w Komitecie Wojewódzkim PZPR, do gazety wydawanej przez dziewczyńską większość szybko przylgnie łatka «komunistycznej» (wdzięczne terminy, takie jak «lewactwo» czy «lewacy», zrobią karierę dopiero dziesiątki lat później).

Tymczasem w redakcji gazetki chłopięcej pracuje aż dwóch ministrantów, zaangażowanych również w działające przy parafii struktury opozycyjne. Aktywność opozycyjna obu chłopców polega na tym, że przed mszą za Ojczyznę każdego trzynastego dnia miesiąca, mają zaszczytne zadanie przypięcia do ołtarza flagi z napisem «Solidarność». Może to jeszcze nie pierwsza linia frontu walki z komuną, ale wystarcza, by prowadzone przez nich pismo klasowe zyskało miano konserwatywnego i opozycyjnego.

Każdy z periodyków ma swoją grupę wiernych czytelników, nie wychodzącą poza ramy klasy. Są to więc czasopisma bardzo elitarne: gazetkę chłopięcą czytają sami jej redaktorzy – w liczbie Siedmiu Wspaniałych; gazetka dziewcząt ma trochę szerszą publikę, boć przecież jest ich w klasie przytłaczająca większość. Ale oczywiście każdy obóz sięga również po czasopismo przeciwnika! Trzeba bowiem mieć adwersarza, z którym można polemizować: każdy artykuł w konkurencyjnym piśmie ma szansę stać się inspiracją do ostrej repliki.

Taki stan rzeczy trwa około dwóch semestrów. Jeden z redaktorów męskiej gazetki, autor niniejszego tekstu – wówczas ministrant i «działacz» opozycji – dzisiaj katolicki ksiądz, dokonuje przedziwnej wolty. Przechodzi do obozu wroga i zaczyna publikować w czasopiśmie dziewcząt! Dlaczego? Może dlatego, że uświadamia sobie, iż zgoda buduje, a niezgoda rujnuje? A może zdaje sobie sprawę z faktu, że w obydwu redakcjach są utalentowani ludzie i szkoda, by rozmieniali się na drobne, zamiast połączyć siły? Wszak wśród chłopców jest przyszły znany krytyk teatralny, który wiele lat później szpalty szkolnej amatorskiej gazetki zamieni na profesjonalne łamy krakowskiego Przekroju. Zaś pomiędzy dziewczynami kryje się późniejsza producentka filmowa, laureatka berlińskiego Złotego Niedźwiedzia….

Tego wszystkiego zdrajca jeszcze wtedy, w 1986 roku, nie wie. Ale przeczuwa, że wielu jego kolegów i wiele koleżanek zajdzie kiedyś wysoko.

Bo przecież uczniowie klasy humanistycznej mają poczucie misji i mocno zakorzenione przekonanie o swojej wyjątkowości!

Oczekujący mocnych wrażeń Czytelnik będzie rozczarowany. Zdrada naszego bohatera nie przyniosła mu ostracyzmu w męskim gronie, jego zbrodnia nie została napiętnowana ani przykładnie ukarana. Wkrótce bowiem dojdzie do fuzji obydwu czasopism: jej owoc ląduje na biurku wychowawczyni klasy, zyskując pełną aprobatę. Zaś ministrant, który zdradził męskie czasopismo, zostaje zastępcą redaktora naczelnego nowego periodyku; funkcję Naczelnej obejmuje była szefowa dziewczęcej gazetki. Nie ma zwycięzców ani pokonanych, wszyscy włączają się w nowe dzieło, każdy na miarę swych talentów i możliwości.

Wkrótce rozpoczną się kolejne Miejskie Spotkania Teatralne. Któregoś spośród wielu teatralnych wieczorów autor wraz z Naczelną udadzą się za kulisy, by przeprowadzić wywiad z aktorami Teatru im. Słowackiego w Krakowie, którzy przyjadą z przedstawieniem Ławeczka Aleksandra Gelmana. Będzie to prawdziwe dziennikarskie zadanie. I to jeszcze z błogosławieństwem dyrekcji szkoły! Kto wie – może ów wywiad stanie się tematem którejś z kolejnych opowieści?

Jakie były dalsze losy periodyku klasy humanistycznej po tym, gdy jego twórcy zdali już maturę? Tego autor nie wie. Jednak kilka lat temu trafił na stronę internetową swojego liceum, na której znalazł pewne informacje. Obecnie wydawana w szkole gazetka nosi tytuł Postscriptum – taki sam, jaki przed ponad trzydziestu laty uczniowie klasy humanistycznej wybrali dla swojego czasopisma….

Czy to tylko przypadek? Chyba nie! Wygląda na to, że następne pokolenia licealistów podjęły się kontynuacji dzieła. Może jakiś uczeń-archeolog wygrzebał na szkolnym strychu pożółkły egzemplarz gazetki sprzed trzech dekad? A może odpowiedź jest bardziej banalna: wszak jedna z redaktorek dawnego pisma pracuje obecnie w liceum jako romanistka. I przez sentyment do czasów młodości, zasugerowała taki tytuł swoim uczniom? Nieważne…

Ważne, że to, co było tak cenne dla uczniów klasy humanistycznej Anno Domini 1986, doczekało się kontynuacji. Piszący te słowa ma nadzieję, że «dzisiejszej młodzieży» nie brakuje pasji czy wyobraźni, a tym bardziej marzeń. Trzeba mieć marzenia, nawet jeśli nie zawsze zostaną w stu procentach zrealizowane. One niosą człowieka przez życie bardzo długo i mogą zaprowadzić daleko.

Ulisses Don Kichot Hamlet Szwejk

Dziś miały być wybory, a sposób w jaki je władza najpierw zamierzała przeprowadzić, a potem zadecydowała, że jednak ich nie będzie, przypomina zamach stanu. Dlatego pozwoliłam tu sobie zamieścić znaleziony na FB obraz Agnieszki Kann, zatytułowany Wybory. Ależ im się ta pandemia przydała.

A teraz w tył zwrot, do starej publicystyki ze “starych, dobrych czasów PRL”:

Andrzej Kijowski, zbiór felietonów publikowanych w Tygodniku Powszechnym w latach 1970-1971, książka wydana w roku 1988 (wydawnictwo Polskiej Prowincji Dominikanów W drodze, Poznań). Tekst sprzed pół wieku, ale niczego mu nie brakuje, jest współczesny, jakby go autor dziś napisał.

Nasza Wojna Trojańska

10 maja 1970

Dziś przed dziewiątą pobudzili nas ślepcy muzyką skrzypiec i harmonii. Drżący tenor odśpiewał Warszawskie dzieci pójdziemy w bój, Ten pierwszy marsz, Oto dziś dzień krwi. Słońce świeciło. Wyszliśmy na balkony w piżamach, w gatkach, w nocnych koszulach i rzucając monety niewidomym czciliśmy ćwierć wieku życia. Ćwierć wieku temu, chory na anginę, w gorączce, stałem kocem owinięty w oknie, patrząc poprzez gałęzie rozkwitających kasztanów na wojsko idące do rynku. Na karabinach kiście bzu. Płakać mi się chciało, że mnie tam w rynku nie będzie z wojskiem, z tłumem, gdy grają muzyki, dzwony biją. Wiosna beze mnie, pokój beze mnie, dzwony i trąby beze mnie. Wiła wianki i rzucała — śpiewali żołnierze. A ślepcy: Czy widzisz te gruzy na szczycie. Gardło boli.

Nasza wojna trojańska. Kto był jej żołnierzem, kto nią kierował, kto był więźniem, kto się przez nią tułał, kto jej się tylko przyglądał z ukrycia, komu wzięła dzieciństwo, komu je tylko zatruwają cudze wspomnienia o niej, wszyscyśmy coraz bardziej wobec niej równi, bo nas jednako od niej oddala czas, nikogo z nas wszakże nie uwalniając od zależności, jaką nałożyła naszym duszom. W całej Europie od Pirenejów po Władywostok nie ma człowieka, który by z nią, przez nią, lub przeciw niej nie myślał o świecie, o losie; żyjemy, oczywiście, nowymi problemami, ale zważcie, że wszystkie poważne między nami konflikty wzbudzają echa tej wojny już dawno minionej, jakbyśmy z niej, niby z ukrytej siłowni, wciąż pobierali prądy, wstrząsy, bodźce. Nie tylko o międzynarodowych konfliktach myślę, które wynikają z nie załatwionych do końca spraw politycznych, lecz także o konfliktach powstających z przeciwstawienia zasadniczych postaw wobec życia społecznego, wobec życia w ogóle. „Patriotyzm” i „kosmopolityzm”, „indyferentyzm” i „zaangażowanie”, „konsumpcjonizm” i jego — nie wiem jak je nazwać — przeciwieństwo, walczą z sobą w skali społeczeństw, i w skali rodzin. Gdy młodzież powstaje przeciw władzom, jak dwa lata temu we Francji i w innych krajach, albo gdy syn kłóci się z ojcem, co może zdarzyć się przy każdej kolacji, konflikt taki, jeśli nabierze rozpędu, powagi, zawsze, jakoś, którędyś, pokręconym swoim odgałęzieniem połączy się z tym, co się ćwierć wieku temu zakończyło.

„I poszli szaleni uparci” — śpiewają ślepcy, lecą monety w papierkach, dzieci je podnoszą i wtykają muzykantom w kieszenie. Ta wojna wydusiła z ludzkości (w Europie) maksimum cierpienia, wysiłku i dzielności, stając się miarą wszystkiego, co człowiek może. Z upływem czasu, gdy zaczynają siwieć najmłodsi jej żołnierze, miara staje się coraz bardziej mityczna, a więc tym bardziej absolutna. Podzieliła nas ta wojna na dobrych i złych, jakby była generalną próbą Sądu Ostatecznego, a zakończyła się przykładnym tryumfem Dobra nad Złem. Tak nam się przynajmniej dziś wydaje. Jak prosto było wtedy wybrać słuszną sprawę, i jak łatwo wierzyć w jej wygraną. Tak nam się przynajmniej dziś wydaje. Od trudności współczesnych uciekamy w mityczny czas wojny, jak w archaiczną, dziecinną epokę, aby w niej szukać wzorów dobra i męstwa. Cofamy się do niej jako do początku historii, jak do Troi cofali się Grecy, i jak każdy człowiek, przywołuje dziecinne, dawne swoje fantazmaty na pomoc, gdy mu ciężko podołać problemom dojrzałego życia.

Wieczorem w telewizji film Bułata Okudżawy (kto nie widział, niech żałuje) o żołnierzu Małyszkinie. Pośmiewisko kolegów, utrapienie oficerów, nie może poradzić sobie z bronią ani z maszynerią katiuszy, ani z musztrą, choruje na czyraki, upija się jednym łykiem spirytusu, do dziewczyn zbliża się z lękiem i czcią, jak paź, i z tak wielkim pragnieniem miłości, że go od siebie pędzą z litością i śmiechem. Szwejk–poeta, Szwejk–Hamlet, Hamlet–Don Kichot, chudy, o wielkich, smutnych oczach, a z komiczną twarzą, skulony w kącie ziemianki lub ciężarówki, która go wiezie przez rosyjskie bezdroża, z szyją owiniętą brudnym bandażem, snuje sam sobie opowieść o swojej własnej, niepodobnej do prawdy wojnie bohaterskiej, o swojej miłości i o śmierci. Zmyśla sobie pechowe przygody, które kończą się zawsze szczęśliwie, gdyż ów Szwejk–Hamlet–Don Kichot–Bezuchow jest jednocześnie Ulyssesem — bohaterem wszystkich powieści, które przeczytał i które opowiada żołnierzom; jest dzieckiem 19-letnim, które z wojną razem poznaje świat, miłość, siebie. Może to była ostatnia wojna w Europie, może ostatnia, z której dało się wyjść z życiem. Do niedawna literatura o niej opowiadała. Kto ją przeżył, układa w literackie formy swoje względem niej kompleksy. Ale niedługo przeżycia oraz ich brak spadną na dno pamięci, którą zastąpi historia coraz obfitsza i coraz dokładniejsza. Wojna zstąpi w podświadomość poetów, którzy będą na jej temat coraz więcej i coraz śmielej fantazjować. Objawi nam się ona w nowych postaciach, rozpoznamy ją w różnych symbolach i alegoriach, i coraz cudowniejsze jej wersje będziemy czytać w powieściach i poematach. Literatura stworzy z niej jeden z tych wielkich mitów historycznych, które na wieki całe służą wyobraźni poetów za pole formowania się opowieści o człowieku próbującym swych sił w zetknięciu z nieprzyjaznym światem.

W filmie Okudżawy biegną żołnierze śnieżną równiną, krzycząc Urra–Urra, jak do szturmu, jak tyle razy w batalistycznych filmach. Podnoszą w górę pepesze, u ramion im powiewają pałatki — biegną wielkim mrowiem czarne sylwetki, jak uskrzydlone. Przed nimi morze — biegną do morza, jak Grecy na Anabasis. Aby się wykąpać!

„Z trzynastu cegieł, z cegieł trzynastu, zbuduję domek wielki jak miasto” — zaśpiewali ślepcy na zakończenie, po czym przysiedli na murku okalającym przedszkolny ogródek, aby przeliczyć dochód. Przebierali monety w palcach z głowami uniesionymi ku młodemu słońcu.

Czarny czwartek

Ewa Maria Slaska

17 grudnia 1970 roku
Gdynia

Tego dnia, podczas tak zwanych rozruchów grudniowych, partia wydała rozkaz strzelania do strajkujących robotników. Byli zabici. Ilu? Tego do dziś nikt nie wie. Pochowano ich ukradkiem na cmentarzu na Witominie w Gdyni i Emaus w Gdańsku.

Dziś, po pół wieku, pamięć o tym, co się zdarzyło pielęgnuje przede wszystkim ta piosenka.

Ballada o Janku Wiśniewskim

Chłopcy z Grabówka, chłopcy z Chyloni
Dzisiaj milicja użyła broni
Dzielnieśmy stali, celnie rzucali
Janek Wiśniewski padł

Na drzwiach ponieśli go Świętojańską
Naprzeciw glinom, naprzeciw tankom
Chłopcy, stoczniowcy, pomścijcie druha
Janek Wiśniewski padł

Huczą petardy, ścielą się gazy
Na robotników sypią się razy
Padają starcy, dzieci, kobiety
Janek Wiśniewski padł

Jeden raniony, drugi zabity
Krew się polała grudniowym świtem
To partia strzela do robotników
Janek Wiśniewski padł

Krwawy Kociołek to kat Trójmiasta
Przez niego giną dzieci, niewiasty
Poczekaj draniu, my cię dostaniem
Janek Wiśniewski padł

Stoczniowcy Gdyni, stoczniowcy Gdańska
Idźcie do domu, skończona walka
Świat się dowiedział, nic nie powiedział
Janek Wiśniewski padł

Nie płaczcie matki, bo nie na darmo
Nad stocznią sztandar z czarną kokardą
Za chleb i wolność, i nową Polskę
Janek Wiśniewski padł

Słowa Krzysztof Dowgiałło, muzyka Andrzej Korzyński (pierwszej wersji muzycznej autorstwa Mieczysława Cholewy obecnie się nie wykonuje). Piosenka powstała w roku 1970. Na filmie widzimy inscenizację z roku 1990.

Krzysztof Dowgiałło, który napisał tę piosenkę na gorąco i od razu, nie wiedział, jak się nazywał zabity chłopak, którego na drzwiach zaniesiono pod komitet wojewódzki. Jednak nawet, kiedy już było wiadomo, nikt nie zmieniał słów piosenki. Janek Wiśniewski stał się symbolem Polaków walczących o wolność z czerwonym reżimem.

Ballada o Janku Wiśniewskim została wykorzystana w trzech filmach:

Andrzej Wajda, Człowiek z żelaza (1981), śpiewa Krystyna Janda, towarzyszą jej Jacek Kaczmarski i Przemysław Gintrowski;

Władysław Pasikowski, Psy (1992); balladę wykonują po pijanemu byli esbecy, niosąc na drzwiach pijanego w sztok kolegę; była to oczywiście kpina z tragedii robotników Stoczni z 1970 roku i wywołała spore oburzenie;

Antoni Krause, Czarny czwartek  (2011), śpiewa Kazik Staszewski.

Oprócz Jandy i Kazika piosenkę wykonuje też w wersji punck rocka zespół “Nauka o Gównie”, a podczas Koncertu dla Niepodległej 10 listopada 2018 roku na Stadionie Narodowym w Warszawie wykonali ją Olga Szomańska i Michał Kowalonek.

***
Kolejną odsłoną tej piosenki, jest gryząca, ironiczna parodia, śpiewana od kilku lat przez Suwerena (jeśli ktoś wie, jak się człowiek nazywa, to niech wpisze w komentarzu – ja nie znalazłam żadnych informacji).

Chłopcy z Targówka i ze Śródmieścia
Pomnijcie Jarka, co stan ten przespał
Ludzi łapali, w ludzi strzelali
Jarek Kaczyński spał!

Gdy w telewizji brak teleranka
Gdy na górników czeka łapanka
W wygodnym łożu, na Żoliborzu
Jarek Kaczyński spał!

Jeden zraniony, drugi zabity
krew się polała grudniowym świtem
A tam w łóżeczku, na poduszeczce
Jarek Kaczyński spał!

Gdy w kinie “Moskwa” film o Wietnamie
Jarosław woli drzemać przy mamie
Na prawym boku, w ciepłym półmroku
Jarek Kaczyński spał!

Już Kuroń leży na styropianie,
bo go pobili zomowskie dranie
drżą robotnicy, a on w szalfmycy!
Jarek Kaczyński spał!

Nie płaczcie dzieci, płakać nie warto
W miękiej piżamie, z różową kokardą.
Za chleb, za wolność, za nową Polskę
Jarek Kaczyński spał!

Przypomnę jeszcze, dla porządku, że autorem piosenki w oryginalnej wersji jest Krzysztof Dowgiałło z Trójmiasta, działacz Solidarności, aresztowany (nie internowany, tylko aresztowany!), a potem w roku 1989 kandydat do Senatu w pierwszych (na wpół) wolnych wyborach i wreszcie Senator RP, wybrany miażdżącą większością głosów. Moja teściowa, która była wówczas wolontariuszką podczas wyborów na Osiedlu Brodwino, gdzie mieszkała i gdzie mieszkali też Dowgiałłowie, opowiadała potem, że przy zliczaniu głosów wysortowali zaledwie trzy czy cztery głosy, oddane na kogoś innego, reszta – ogromna sterta – to były głosy na Krzysztofa.

Zawsze ze wzruszeniem myślę, że znałam Krzysztofa od dzieciństwa i zawsze będę pamiętać pewien cudowny zimowy spacer w wigilijny poranek – Krzysztof wpadł do nas i wyciągnął na spacer Tatę i mnie. Poszliśmy do ciemniejącego lasu, po jakimś czasie Krzysztof rozpalił ogienek i wyciągnął z kieszeni bułki i kawałki kiełbasy, które, jakże niebogobojnie, upiekliśmy nad ogniem na patykach. Minęło od tego czasu 60 lat, a ja wciąż nas widzę w ciemniejącym lesie z patykami w ręku, takich obojętnych na wszystko i niezależnych – nikt nam nie powie co wolno, a czego nie wolno w lesie, w Wigilię, o zmroku. Jesteśmy wolnymi ludźmi…

Dziękuję, Krzysztofie!

I może ostatnia uwaga: Zawsze, ale to zawsze płaczę, gdy słucham tej piosenki. Też tam byłam w Gdańsku w roku 1970, w roku 1980, w roku 1981… Dopiero podczas wyborów w roku 1989 byłam w Berlinie, nie głosowałam więc na Krzysztofa tylko – jak zawsze Polacy za granicą – na kogoś z Warszawy. Niestety – nie pamiętam na kogo. Oczywiście na kogoś z naszych, ale na kogo? Nie wiem. Zawsze się łudzę, że na Gieremka albo Holoubka.

Barataria w każdym domu

Ewa Maria Slaska

Pani i pan stoją w pokoju i ściskają się niedwuznacznie. Pan chciałby przejść do działań w pozycji wygodniejszej, ale pani wysuwa się z objęć kochanka (a może zresztą męża) i biegnie do kuchni, aby wyjąć z lodówki globulki ZET. Taka była treść pierwszej reklamy kinowej, jaką zapamiętałam. Zasadniczo bowiem w polskim kinie nie było żadnych reklam, a tylko Polska Kronika Filmowa. A tu reklama. I to taka! O seksie! Nie wiadomo, czy małżeńskim. W kinie. Zapachniało wielkim światem miłości, dorosłości, wolności.

Gdy opowiadam pewnemu bardzo młodemu człowiekowi o tej reklamie, nie chce mi wierzyć, ale nie mogę mu pokazać tej reklamy – nie ma jej w internecie czyli po prostu nie ma już jej na świecie.

Ale to szukanie wprowadza mnie w cały tajemniczy świat peerelowskiej antykoncepcji. Prezerwatywy, które jeśli wierzyć dowcipom, często były wybrakowane, jak przecież cała produkcja komunistyczna. Globulki ZET, ręcznie ugniatane i wyciskane też ręcznie w foremkach do wafelków, jakieś dziwne kapturki.

Z Wikipedii:

Globulki ze środkiem plemnikobójczym wprowadza się do pochwy około 15 minut przed stosunkiem. Pod wpływem ciepła globulka zamienia się w pianę, stanowiącą mechaniczną i chemiczną barierę dla plemników. Przy każdym kolejnym stosunku lub po godzinie od założenia należy założyć kolejną globulkę.

Hasło cytowane przez znajomą chemiczkę – chemia żywi, chemia zdrowi, chemia zapobiega przyrostowi.

Ale to teoria. W kraju panuje ciemnota niebywała. Zdarzają się wypadki połykania prezerwatyw. Użytkownicy skarżą się, że globulki pienią się w… ustach. Kobiety najbardziej wierzą w trzy dni niepłodne przed i trzy po miesiączce, co jest chyba odmianą kościelnego kalendarzyka. Mężczyźni w tak zwaną “ucieczkę” czyli stosunek przerywany. Teraz, gdy szukam filmiku o globulkach ZET, czytam gdzieś, że stosunek przerywany to nie jest metoda zapobiegania ciąży. To ja się pytam – ale co to w takim razie jest? Taka perwersyjna odmiana seksu?

Te i inne rewelacje znajduję w jakimś cytowanym pokątnie artykule Ewy Winnickiej z Polityki.

Eugeniusz Siwik, czytam u pani Ewy, ginekolog, prekursor porodów domowych, także współpracował z Towarzystwem Świadomego Macierzyństwa. Porównałby je do antykoncepcyjnego Don Kichota, który walczy z wiatrakami oporu zogniskowanego wśród nauczycieli, księży czy innych o tradycyjnie wstydliwie ukształtowanych światopoglądach.

Ale zdanie! No, ale pomijając styl, sens jest jasny. O antykoncepcji polskiej myślało się poprzez słowo wstydliwość. Też mówię – cały świat to jedna wielka wyspa Barataria, od początku do końca skłamana i oszukana. Wszyscy się pieprzą, ale wszyscy są wstydliwi.

Winnicka pisze:

Długie lata antykoncepcja była sprawą bardziej wstydliwą niż aborcja. Kiedy kobieta zachodziła w niechcianą ciążę, poświęcała się i rodziła lub szła na zabieg, „bo miała pecha”. Natomiast ta, która zapobiegliwie starała się do niechcianej ciąży nie dopuścić, przy czym interesowała się prezerwatywą lub kapturkiem, uznawana była za osobę o krzywym kręgosłupie moralnym, wspominają seksuolodzy. Takie zainteresowanie oznaczało, że seks nie zdarza się kobiecie mimochodem. O zgrozo, być może jest nawet pozamałżeński i satysfakcjonujący. Słowem: ona interesuje się seksem, a wiadomo, że takimi rzeczami interesują się tylko prostytutki.

PRL cierpiał na seksualną schizofrenię. Z jednej strony o seksie się nie mówiło, a państwo było pruderyjne, z drugiej jednak strony wolny człowiek socjalistyczny miał być naprawdę wolny, a zatem wolno mu było uprawiać wolny seks. Jednak…

Szybko okazało się, że niekontrolowane obcowanie płciowe może rozregulować plany produkcyjne, demograficzne, mieszkaniowe i zaopatrzeniowe państwa. Kobiety miały pójść do pracy, nadmierne rodzenie dzieci wyłączało je z produkcyjnego cyklu, przeludnienie narażało społeczeństwo na niedobory, pokątne aborcje powodowały alarmującą śmiertelność, która w nowoczesnym państwie nie powinna była mieć miejsca. Nowoczesność, tłumaczono, oznacza niewielką liczbę potomków. Jednym ruchem państwo postanowiło zapobiec dzietności oraz zdrowotnym komplikacjom poaborcyjnym.

W roku 1956 wprowadzono prawo usuwania ciąży.

Społeczeństwu starano się więc uświadomić w końcu, że są sposoby, by decydować o własnej płodności. Sposoby te były ciągle wadliwe oraz trudno dostępne. W każdym razie świadomi żenującej podaży w 1958 r. działacze z TŚM własnym sumptem założyli przedsiębiorstwo o nazwie Securitas i uruchomili linię produkcyjną słynnej globulki Zet, a potem innych środków zabezpieczających. Produkcja miała charakter chałupniczy, niewystarczający. Równolegle z produkcją globulki ruszyła akcja „A”. Uprawiających seks traktowano cały czas jak grupę spiskowców. Gazety informowały tajemniczo: Globulka Zet zapobiega. „Nie dawaj dupulki bez Zet globulki” – pouczały podwórkowe wierszyki.

Globulka robiła karierę za granicą. W połowie lat 60 państwo R. pojechali na autokarową wycieczkę do Jugosławii. W schowkach nad siedzeniami upchano handlowy zapas globulek, które jednak pod wpływem południowej temperatury stopiły się i zaczęły kapać na głowy turystów. Ulepione ponownie sprzedano miejscowym amatorom, którzy następnego dnia wrócili z reklamacją. Globulki się pieniły, a ich pozostałości można było znaleźć w organizmie kobiety jeszcze długo po zbliżeniu.

Tylko margaryna mleczna przeciw ciąży jest skuteczna, głosił pewien podwórkowy wierszyk. No, ale może jednak globulkę?

 

O utopiach (Barataria)

Dla Konrada

Ewa Maria Slaska

Młody człowiek spędził u mnie jakąś część wakacji. Rozmawialiśmy o różnych ważnych sprawach, choć tak naprawdę to nie wiem, czy rozmawialiśmy o utopiach. Ale na pewno były podskórnie cały czas obecne. Jego zajmują utopie, bo jest jeszcze młody, mnie – bo już jestem stara.

On wie, czego chce, ja wiem, czego się nie da osiągnąć, choć mimo to nie należy ustawać w wysiłkach.

Inteligentni młodzi ludzie czytają inteligentne książki i pełnymi garściami czerpią z nich wiedzę o świecie. Dziesięć lat temu inny wówczas taki młody inteligentny człowiek poinformował mnie, czerpiąc wiedzę z mądrych książek, że każdy w Niemczech zarabia  (minimum) 3000 euro miesięcznie i odłożył na boku średnio milion euro. Młody człowiek mieszkał w Polsce, a ja w Niemczech i mimo że bywał u mnie i widział na własne oczy, że ani trzy tysiące co miesiąc, ani odłożony milion, za nic nie mogliśmy się porozumieć, bo teoria była mocniejsza.

Choć chętnie bym na nią przystała.

Inteligentna książka przeczytana latem 2019 roku dotyczy ekonomii. Zawsze i wszystko co mądre, musi dotyczyć ekonomii – wszyscy to wiedzą oprócz ludzi z mojego pokolenia z PRL-u, bo w PRL-u ekonomia była śmiertelnie nudnym elementem ucisku socjalistycznego, a zajmowanie się nią obiecywało wprawdzie karierę, zarobki i wyjazdy za granicę, ale nie wynikały one z nabytej na studiach wiedzy, lecz z zaprzedania duszy komunie.

A tego nie chcieliśmy. Chcieliśmy być wolni, co rozumieliśmy jako stan, że możemy robić, co chcemy, i jako sytuację, w której nie musimy robić tego, czego inni od nas chcą. Warunkiem uzyskania takiego stanu było studiowanie czegoś bardzo nie-komunistycznego i zarazem nie-pragmatycznego. Lekarz i dentysta byli wprawdzie lepsi od ekonomistów, ale ciążyło na nich odium, że studiuje się “to” nie z zamiłowania, lecz z chęci zysku, co nieomalże zrównywało zawody w białych fartuchach z producentami lodów, parasolek i torebek. Nikt zresztą nie wiedział na pewno, czy zawody obiecujące dobre zarobki, nie obiecują ich w zamian za potulne zachowanie. Zresztą gdy byłam studentką, osobiście nie znałam nikogo, kto by studiował medycynę (choć oczywiście znałam lekarzy i miałam ich również w rodzinie).

Nie mieliśmy kontaktu ze światem zewnętrznym, nie wiedzieliśmy więc, że na Zachodzie tacy jak my studiowali różnego rodzaju nauki społeczne. My, siłą rzeczy, wybieraliśmy zawody humanistyczne, nieważne, a zatem nie skłaniające władzy do korumpowania nas. Tak myśleliśmy.

Byliśmy bandą utopistów i wymarzyliśmy sobie świat, który teraz mamy i który jest, niestety, podłym wynalazkiem. Skąd mogliśmy wiedzieć, że świat wolności od stałej pracy, a zatem (tak myśleliśmy) nacisku z góry, okaże się przedpieklem. To świat poszarpanego życia i biegania jak kot z pęcherzem za najgłupszymi nawet zleceniami. I nawet, jak w peerelowskim kabarecie, nie ma czasu, żeby załadować taczki. Nauczyliśmy się w tej wymarzonej przez nas utopii pierwszej i podstawowej zasady, jakiej w PRL-u w ogóle nie znaliśmy: wolność kosztuje! Nie jesteś wolny, jeśli przymierasz głodem. Trzeba było studiować coś konkretnego, zarobić jakieś konkretne pieniądze, założyć jakiś biznes, zostać prywaciarzem, ba, nawet bogato się ożenić lub wydać za mąż – mniejsza o to jak, ale trzeba było zadbać o to, by mieć w życiu pieniądze, bo bez pieniędzy nie kupimy i nie utrzymamy nawet rozpadającej się stajni na zapadłej wsi, w której my, wolne duchy i wolni ludzie, moglibyśmy się spotykać z innymi wolnymi duchami.

Ponadto nie chcieliśmy chodzić do pracy, przedkładaliśmy nad biuro i comiesięczny zarobek pracę wolnego umysłu w wolnym świecie, a  miała to być również taka praca, która zapewni nam rozwój wewnętrzny. Haha.

To się dziś nazywa praca na umowach śmieciowych. I taki był złośliwy koniec utopii mojego pokolenia. Jesteśmy biedni, nie mamy stałej pracy i stałych dochodów, harujemy w głupich pracach, niezgodnych z naszym wykształceniem i niegodnych naszych możliwości intelektualnych, niczego się nie dorobiliśmy, jeśli coś mamy to tylko dlatego, że nasi rodzice nam coś zostawili… Jesteśmy starzy i nie stać nas nawet na to, by sfinansować cokolwiek na większą skalę i udzielić komukolwiek jakiejkolwiek pomocy. Możemy co najwyżej pozbierać pieniądze na wydanie tomiku wierszy. Więcej, nawet zbiorowym wysiłkiem, nie osiągniemy.

Przeżyliśmy na tej drodze od młodzieńczych utopii do ich starczej realizacji kilka chwil zdumienia. Gdy upadła Komuna ze zdumieniem dowiedzieliśmy się, że dorabiają się nawet najszlachetniejsi, że organizowaniem coraz lepszych zarobków i zamożnego bytu zajęli się zarówno działacze solidarności jak księża.

Dowiedzieliśmy się też, że na Zachodzie utopiami zajmują się dobrze ustawieni starcy, a nie, jak u nas, młodzi ludzie nie posiadający niczego.

Było też oczywiście odkrycie, że podczas gdy my walczyliśmy za wolność naszą i waszą, o zlikwidowanie komuny, uznanie pacyfizmu i wegetarianizmu, miłości wolnej od konwenansów i przymusu ślubu i macierzyństwa, gdy konstruowaliśmy podwaliny tego, jak ma wyglądać świat przestrzegający praw kobiet, dzieci, chorych, kolorowych, starców i inwalidów, gejów i lesbijek, pod naszymi skrzydłami, nawet nie pół pokolenia po nas wyrośli ludzie, którzy bez żenady weszli na miejsca, których my nie zajęliśmy, bo mieliśmy w głowie wolność, równość, solidarność, i na tych miejscach nieźle się dorobili.

Ale chyba najgorszym zdumieniem było to, że zanim minęło ćwierć wieku, to, co osiągnęliśmy, przestało kogokowiek obchodzić, nasze utopie przejęli bogaci i rozsiedli się szczupłymi bogatymi tyłkami na naszych starych kanapach, które nagle stały się cool. Naszą sztukę produkują teraz agencje, nasze myśli – tekściarze, nasze ubrania – disajnerzy.

I to wszystko moglibyśmy byli przewidzieć, gdybyśmy czytali mądre książki i studiowali ekonomię. Ale myśmy czytali Manna, Prousta i Joyce’a, starych zapatrzonych w siebie, nudnych mężczyzn. I żebyśmy przynajmniej czytali Balzaka – on wiedział, jak to jest być człowiekiem, który nie ma pieniędzy w świecie, który te pieniądze ma.

Po tej wycieczce w perelowski świat mojej młodości wracam wreszcie to głównego tematu tego wpisu czyli mądrej książki przeczytanej tego lata przez mądrego młodego człowieka.

O yeah: The point is: to keep walking. Robić. Nie oglądać się, czy to coś daje. Bo jak nie będzie idealistów, którzy ustawili na horyzoncie utopię i idą do niej, mimo że wiedzą, iż jej nie osiągną, a sami zemrą w biedzie i zapomnieniu, świat stanie się potworną areną bezwzględnej walki o zysk. Jeśli myślicie, że już to mamy, to gwarantuję wam, że się mylicie. Jak zabraknie idealistów i utopii, nawet wywóz śmieci przestanie funkcjonować jak należy. Bądźmy więc zadowoleni, że wciąż komuś się chce okupować Wall Street, a komuś, mimo Aspergera, stanąć z transparentem pod budynkiem senatu, że są młodzi ludzie, którym się chce uciekać ze szkoły na piątkowe demonstracje i że jest Ania Alboth, która postanowiła dojść do Aleppo, aby zwrócić oczy świata na zbrodnie wojenne w Syrii.

Bo jak nas nie będzie, nas i takich jak my…

Barataria-Kulinaria

czyli Tortilla u Sancho Pansy

Wydawnictwo Watra, wydanie III, Warszawa 1988
– piękna podróż – nie tylko do Hiszpanii, ale i w przaśne czasy komuny
(wydanie I ukazało się w roku 1977)

Od Autorów

Kończyła się kolacja. Georges, nasz przyjaciel z Montpellier, nalał czerwonego wina, potem rozsiadł się wygodnie, popatrzył na nas i westchnął: “A więc to wasz ostatni porządny posiłek, jutro już będziecie u ces gens-là, u tych tam… Uważajcie, oni jedzą jak…” To machnął ręką wymownie i dolał Châteauneuf-du-Pape. “W razie czego zamawiajcie tortillę, tym się przynajmniej nie można otruć” – dodał bez przekonania.

Rano pełni emocji wsiedliśmy do ekspresu Marsylia-Barcelona, by po dwu godzinach w Cerbère przekroczyć granicę kraju, o którym marzyliśmy długie lata. Ponure przepowiednie Georgesa, którego typowo francuski szowinizm gastronomiczny zdążyliśmy poznać już przedtem, nie mogły nam oczywiście zatruć pierwszego haustu Hiszpanii. Ta kulinarna przestroga była ostatnią, jakiej nam przed wyjazdem udzielił. Barcelona powitała nas również gastronomiczną niespodzianką. Ledwo ulokowawszy rzeczy w przydworcowym “hostelu”, biegliśmy na stare miasto szukając, gdzie by tu coś zjeść, piekielnie głodni po wielogodzinnej podróży. I pierwsza notatka, jaką przywieźliśmy z pierwszego pobytu w Hiszpanii, brzmiała następująco:

El Bodegón El Raim, Calle Pescaderia 6, czwarta kategoria. Stara ciemna sala, zawieszona sieciami, szklanymi kulami i innymi akcesoriami rybackimi. Ciemne drewniane stoły i ławy. Pod sufitem wielkie szynki – ‘jamón serrano’. ‘Zarzuela de peix’ – rodzaj gulaszu rybnego w bardzo ostrym sosie (40 peset) z winem białym, łagodnym San Sandurini de Noya (25 peset za butelkę), na deser pomarańcze (5 peset). Kelner grzecznie odmówił napiwku…”

Od tej pory było kilka innych Hiszpanii. Kilka podróży, reportaże, jeden przewodnik, drugi… Z każdego pobytu, prócz zdjęć, pamiątek i notatek ze spotkań z ludźmi, przywoziliśmy także wspomnienia kulinarne, jakże barwne i wyraziste. Ta książeczka to właśnie owe wspomnienia. Nie piszemy w niej o zabytkach, geografii i historii i tym wszystkim, czym zwykle wypełnia się przewodniki. Będzie ro po prostu Hiszpania od kuchni. Takie książki wydawane są na całym świecie i często mają postać wykwintnych albumów, dorównyjących ksiągom przedstawiającym najsławniejsze galerie sztuki. Nie o to nam chodzi. Nasza kuchnia jest kuchnią zwykłych hiszpańskich domów i skromnych gospód, gdzie karmią dobrze i tanio. Skąd jej tytuą?

“Tortilla” – bo to chłopskie, najtańsze, najpopularniejsze, najbardziej hiszpańskie danie.
“Z Sancho Pansy” – bo ten znał sią na kuchni lepiej niż jego pan, rycerz Don Kichote.

Zebrane tu receptury staraliśmy się dostosować do polskich warunków i zaopatrzenia sklepów. Może wzbogacą nasze jadłosżisy? Kuchnia, która zna 500 sposobów przyrządzania omletów, 365 potraw z dorsza i kilkadziesiąt sposobów podania kury, wydaje się nie najgorzej przystosowana do potrzeb dzisiejszych czasów.

Oddając książkę w rące polskich czytelników, winni im jesteśmy jedno wyjaśnienie. Całkowicie świadomie podajemy przepisy, w których pewne składniki, np. szafran czy homary, są niedostępne na naszym rynku. Ale coraz częściej i coraz dalej podróżujemy. Wóród przywożonych pamiątek mogą się więc znaleźć egzotyczne przyprawy i niedostępne w sklepach wiktuały. W przepisach staraliśmy się proponować możliwie dużo polskich odpowiedników. Nie wahaliśmy się również przed proponowaniem potraw drogich, choć z pewnością nie będą one przygotowywane często. Warto chyba jednak popróbować tych receptur przy szczególnych okazjach czy po prostu dla zabawy. Mistrzowie kuchni twierdzą, że gotowanie nie może być śmiertelnie poważnym zajęciem dla ponurych skrupulantów, na aptekarskich wagach odmierzających składniki. Raczej – wesołą improwizacją, oczywiście improwizacją w rozsądnych granicach. Boć przecież żaden twóra potrawy nie przewidzi, jak słodka będzie cebula czy marchew, albo jaki zapach bądzie miała oliwa lub jak długo będzie się gotował ryż sprzedawany w danym kraju.

Najsłynniejszy dziś kuchmistrz francuski Paul Bocuse we wstępie do swej książki kucharskiej twierdzi, że należy ją czytać jak powieść, zaczynając od początku. Wtedy dopiero stanie się pasjonującą lekturą. Każdy przepis pobudza wyobraźnię; on sam czytając książki kucharskie przed snem, robi się tak głodny, że musi koniecznie coś zjeść. Jeżeli książka nie wywołuje takich reakcji – jest chybiona. Nie musimy chyba przekonywać
Czytelników, jak bardzo bylibyśmy szczęśliwi, gdyby poczuli głód czytając „Tortillę u Sancho Pansy”. A głód trzeba koniecznie zaspokoić, bo – jak twierdzi patron naszej książeczki – „ Wszystkie nasze szaleństwa pochodzą stąd, że żołądki mamy puste, a mózgi pełne powietrza”.

Zapraszamy więc – na tortillę u Sancho Pansy.

Ilustracja: Elżbieta Zubowska

Cd za tydzień

Reblog: W pociągu

Julitta Bielak

We śnie podróżuję. Zawsze pociągiem, zawsze nocą. Nie znam miasta ani nie wiem, dokąd jadę. Stoję. Wreszcie jest, na peron wtacza się wielka, czarna lokomotywa, wsiadam do najbliższego wagonu. Przez całą podróż szukam miejsca. Z półmroku przedziałów patrzą na mnie twarze bez wyrazu. Przechodzę dalej.
Budzę się bez tchu.
Czasami pociąg odjeżdża beze mnie. Ciągnę walizkę po ogromnej hali dworca, coś załatwiam, kupuję bilet. Biegnę na peron, odjechał, nie zdążyłam.
Budzę się bez tchu.
Jechałyśmy z mamą nad morze, opowiadała mi o nim przez długie tygodnie: „Zobaczysz morze, jest piękne, modre, pienią go fale, rozbijają się o złoty od słońca brzeg. Szumi wtedy tajemnicą, coś opowiada”. Była noc. Pociąg przyjechał z Wrocławia, zatłoczony do granic, stanęłyśmy w korytarzu. Mama trzymała dłońmi moją głowę, zasypiałam i budziłam się w gmatwaninie jawy z zamroczeniem. W Międzyzdrojach znalazłyśmy lokum, rozpakowałyśmy się. Wieczorem poszłyśmy w stronę plaży. Zaraz zobaczysz morze – powtarzała przez całą drogę mama. Zatrzymałam się na piasku. To? To jest morze? Ciche, płaskie, popielato-zielnonkawe, gubiące się w chmurach, zimne. Ustawiłam twarz na zachwyt.
Bo może nie zdarzyć się nic. Oby nie rozczarowanie.

Pociąg zatrzymał się nagle. Umilkło trzeszczenie, stukotanie i podzwanianie. Słychać było za to syk pary i szum wody, jakby strumyka. Konduktor krzyknął: „Koluszki”. Ktoś biegł tupocąc głucho po betonowych płytach peronu, głośna rozmowa przemknęła pod oknem i rozpłynęła się w smudze dudniących dźwięków nadawanego przez megafon komunikatu. Rozległ się daleki gwizd lokomotywy. *)

Pociąg był bardzo stary. Z niskiego sufitu na korytarzu ich wagonu zwisał rząd lamp naftowych, które kołysały się gwałtownie w przód i w tył, w takt podrygów sędziwego taboru. Tuż przed odjazdem ze stacji Kit w strasznych nerwach – jak przed każdą podróżą pociągiem – wyskoczyła z wagonu, pobiegła do kiosku i kupiła kilka francuskich czasopism. Teraz w mdłym połączeniu gasnącego światła dziennego i żółtego blasku lamp położyła je sobie na kolanach, przewracała kartki i usiłowała coś przeczytać. Widać było jednak tylko zdjęcia w magazynie ilustrowanym „Cine Pour Tous”. **)
Zdjęcie? Też ze snu. Z podróży w przeszłość.


*) Stanisław Dygat, Podróż, PIW, Warszawa 1979.
**) Paul Bowles, Pod osłoną nieba, tłum. Tomasz Bieroń, Świat Książki, Warszawa 2015.

O śpiewaniu

Zanim przejdę do tematu, chciałam podzielić się z wami maleńką obserwacją. We wspomnieniach dzisiejszych czterdziestolatków jak refren przewija się zdanie: Nie było Teleranka. Tak oni, wtedy dzieci, odebrali wybuch stanu wojennego. Nie było Teleranka.

Legenda głosi, że na wiadomość o wybuchu II wojny światowej wszyscy Anglicy zareagowali identycznie – ktoś powiedział do kogoś, żona do męża, brat do siostry, babcia do służącej: let’s make some tea (albo: put the water on, co oznacza dokładnie to samo – zagotuj wody na herbatę).

Bardzo proszę, jeśli przyjdą wam do głowy inne takie “historyczne” zdania – napiszcie tu o tym. 

Wpis dedykowany Annie Marii Patane i Łukaszowi Szopie.

Ewa Maria Slaska

O śpiewaniu

Swobodne dywagacje na temat felietonu Jana Zbigniewa Słojewskiego (Hamiltona) z wydanej w roku 1984 książki Pod znakiem Lwa i Armaty, felietony z lat 1975-1980.

Za chwilę miała się zdarzyć Solidarność (wybuchnąć – jak się mówiło za naszych czasów), na razie jednak świat był przerażająco smutny. Ciamkaliśmy się w “tym kraju” i w “tych czasach”, jak napisze autor parę rozdziałów dalej. Nawet jeśli osobiście byliśmy szczęśliwi albo przynajmniej zadowoleni, mieliśmy wspaniałych ludzi wokół siebie i  pełni byliśmy pomysłów. Jeśli przeżywaliśmy miłość, ślub, koniec studiów, początek pracy, dziecko, to perspektywy były porażająco szare i ograniczone – żyliśmy udławieni w Komunie, zamknięci w szarej papierowej torebce, która wprawdzie dziś byłaby szczytem ekologicznej doskonałości, wtedy natomiast była (przynajmniej dla mnie) symbolem grozy. Przynosiło się w niej do domu na przykład 10 jajek, z których jedno zawsze (zawsze!) się rozbiło i upaprało połowę zawartości siatki ze sprawunkami.


Zresztą rok wydania tej książki objawiał czytelnikowi taką samą porażająco beznadziejną perspektywę, a może nawet jeszcze gorszą, bo stworzyliśmy Solidarność i nie udało się nam jej utrzymać (wtedy zresztą nie wiedzieliśmy, że symbolem tej straty był stracony złoty róg, wtedy wierzyliśmy, że to “oni” nam tę “naszą Solidarność” przemocą odebrali. Teraz wiemy lepiej.)

***
Hamilton

Wokół piosenki

Emerytowany nauczyciel śpiewu pan H. zwrócił mi uwagę na paradoks. Żyjemy w czasach, gdy piosenka zyskała sobie prawo obywatelstwa, jakiego nie miała nigdy, równocześnie nie było chyba czasów, w których by przeciętny obywatel śpiewał tak mało jak dziś. Śpiewność zbiorowości spadła dziś właściwie do zera, co jest wynikiem nie tyle złego humoru czy złego słuchu, ile raczej tego, że takie obowiązują dziś konwencje i konwenanse obyczajowe. Śpiewa wojsko i śpiewa przedszkole. Śpiew poborowych na dworcach – oto co jeszcze słychać (też rzadkość). Śpiewa stadion. Po meczu ulice przyległe do stadionu rozbrzmiewają śpiewem schrypłym, nieskładnym. Okropność, okropność, jednak lepsze to niż ta cisza. Ale to tylko blisko stadionu. Kilkaset metrów dalej śpiewy coraz cichsze i oto już nie ma, ich, zgasły.

(…)

Śpiewać człowiek nauczył się wcześniej niż mówić. Najpierw zawył z radości, a dopiero potem powiedział, że się cieszy. Dziś radość – towar deficytowy, który trzeba schować głęboko w sobie i pod siebie, pod kocem i pod korcem. Śpiew budzi nieufność. Co mu tak wesoło? pijany? Wariat? Oczy nabite podejrzliwością wstrzeliwują się w nieszczęsnego śpiewaka jak kule karabinowe. Sparaliżowany tym wzrokiem milknie. I tak samo zaczyna patrzeć na innych. Jeśli ktoś zapomni się i coś zanuci, zaraz mu swymi oczkami melodię z ust i z duszy wypłoszy. (…) Śpiew zamiera na ustach spłoszony czymś w rodzaju wstydu. Czuje się jak złodziej schwytany za rękę (…).

Co to? kto śpiewa? Ależ to skandal? Coś, co wyłamuje się z normy. Co jest normą? Statystyczna przeciętność. Wszyscy idą, jeden biegnie – robi nieporządek. Wszyscy jadą, jeden idzie – nieporządek. Wszyscy milczą, jeden mówi – nieporządek. Nikt nie śpiewa, ja śpiewam – nieporządek. Ileś tam lat temu nieporządek robił ten, co nie śpiewał. Dziś jest na odwrót. Tak zmieniają się kryteria. Może by je uporządkować? Jak? Według jakich kryteriów? Kretynie, ułóż kryteria.

(…)

Śpiewność jakiejś zbiorowości można rozpatrywać sensownie tylko w kontekście obowiązującej w danym okresie i w danej populacji obyczajowości. Śpiew jest czynnością społeczną, bo śpiew słychać. Nawet najciszej wymruczaną historię jednak słychać. Kontroler w autobusie, który by gwizdał jakąś melodię. Ależ pasażer pomyślałby, że gwiżdże na niego. Pasażer zniesie wszystko i jeszcze więcej. Ale takiego chamstwa nie. Awantura pewna. Kiedyś śpiew ludzi łączył, dziś rozdziela. Nie chodzi o śpiew z taśmy czy z płyty, ale z gardła. Znajdźcie mi jednak te rozśpiewane gardła, a ja wam znajdę rosnącego na Marszałkowskiej borowika.

A teraz pytanie. Czasy się zmieniły czy miejsce? Minęło ze 40 lat. Nie ma Komuny, ja zresztą mieszkam i tak gdzie indziej czyli, jak wiadomo, w Berlinie. Berlin jest miastem pełnym muzyki. Pod mostami, w przejściach podziemnych, przy wyjściu z metra, ale i po prostu na ulicy całe mnóstwo grajków. Ta muzyka wszędzie mi ostatnio towarzyszy.
Wychodzę z kina, Leon siedzi pod mostem i gra na gitarze.
Pielęgniarz podający instrumenty chirurgowi, który zszywał mi głowę, gwizdał Bacha. I jak gwizdał!
Czekamy na pociąg przesiadkowy ze Szczecina do Berlina. Spóźni się. Mieliśmy tu stać 20 minut, będziemy ponad pół godziny. Młody chłopak zaczyna grać na gitarze i śpiewać. Śpiewa po niemiecku, ale czasem wtrąca jakieś słowa po polsku. Bijemy brawo. Ludzie na peronie z przyzwyczajenia sięgają po portmonetki – ulicznym grajkom się płaci, ale chłopak macha ręką. Nie zarabia śpiewaniem, po prostu śpiewa. To jego piosenka.
Wczesnym rankiem na stacji  metra klasa szkolna z jedną tylko nauczycielką (to dziwne, bo zgodnie z przepisami na taką gromadką powinny być ze trzy osoby dorosłe). Stoją swobodnie, ale wszystkie razem, nie “rozłażą się”, i śpiewają, najpierw jednym głosem, a potem dwoma jakąś wesołą piosenkę o tym, jak ciekawie jest mieszkać w naszej dzielnicy – Tempelhof.  Biję brawo. Jedziemy tym samym metrem. Głos pierwszy wsiada pierwszymi drzwiami, drugi – drugimi. Nie mamy daleko, ale dowiaduję się, że jadą do biblioteki, a potem pójdą do wielkiego parku, z którego czasem uciekają jelenie. Jak kiedyś po raz pierwszy o tym usłyszałam, bardzo się zdziwiłam – bo jeleń to w końcu wielkie zwierzę, ale okazało się że to są daniele (i tak lepiej niż pytony). Wysiadamy. Dzieci idą i śpiewają nauczycielka dyryguje.

Tego samego dnia wieczorem idziemy z przyjaciółmi do restauracji hiszpańskiej. Przy stoliku obok siedzą Irlandczycy i śpiewają. Nie wiem co, ale nie jest to śpiew zawodowy, to jakaś irlandzka Szła dzieweczka…

I tak dalej. Na wszystkich ulicach muzyka umyka w dal, i dalej w dal, wciąż dalej i dalej daniele biegają w dal, daleko w dal…

Jan Zbigniew Słojewski, pisze Wikipedia, (ps. Hamilton) urodził się w roku 1934, zmarł 9 sierpnia 2017 roku. Rok temu.

Nota bene, koledzy i koleżanki dziennikarze – Słojewski pisał felietony ręcznie, w domu lub w redakcji, po czym dyktował je maszynistce. Dyk-to-wał! Gdy o tym czytam, ogarnia mnie zdumienie. Dyktował.

Borowików na głównej ulicy Berlina nie widuję, ale kanie i wielkie pieczarki jak najbardziej, a ostatnio, doprawdy w samym centrum, spotkałam lisa. Chudy był jakiś, ale bardzo chyży…

To ta piosenka: Bei uns im Tempelhof. Stara piosenka, na pewno sprzed 1900 roku. Nie wiadomo, kto ułożył melodię, słowa układa się wciąż nowe, w zależności od okoliczności. Kiedyś pierwsza zwrotka tej piosenki głosiła, że mamy na Tempelhofie kościół kryty strzechą, w której gnieżdżą się myszy, a kolejna, że szkoła jest z gliny i ściany się trzęsą, gdy nauczyciel nas leje.

Es fügte sich so…

Ewa Maria Slaska

Über die Zufälle

Ab und zu schrieb ich oder meine AutorInnen über Zufälle. Aber das Thema kehrt immer wieder zurück. Die Pragmatiker sagen, man lebe umgeben von sovielen Eindrücken, Items, Menschen, Ideen, Gedanken, Bildern oder Zahlen, dass IMMER irgendetwas zu irgendetwas anderen “passt”. Die Irrationalisten kontern, dass doch jeder von uns selber beweisen kann, dass ab und zu hintern den bizzarren Zufällen ein Sinn steckt, der für uns von Bedeutung ist  oder uns gar in unserem Leben weiter führt und neue Perspektiven öffnet. Es fügt sich, so zu sagen…

Diesmal fügte sich zuerst ein Telefongespräch mit einem Unbekannten.
“Mein Name ist Peter Kleinfeld”, sagte er auf Polnisch mit leichten deutschen Akzent. “Ich habe für sie eine Graphik von ihrer Mutter. Wollen Sie sie haben?”
“Ja”, sagte ich. “Klar will ich sie haben.”
Es war Mitte Dezember.
“Ist wunderbar”, sagte Herr Kleinfeld, “jetzt habe ich aber keine Zeit. Ich melde mich wieder im Januar”.

Er tat es. Wir trafen uns vorgestern, gingen im Fliegersiedlung spazieren, die voller Blumen war. Ich zeigte meinem Gast verwelkte, aber immer noch volle Blumen Sommerrosen,  Herbstaster, blühende Winterjasminsträuche und schon Frühling ansagende Winterlinge. Kaffee habe ich zuhause, wir kauften untwerwegs Milch und Berliner und gingen hoch in meine Wohnung.

Erst dann sah ich mir, was Peter (wir nannten uns noch Frau Slaska und Herr Kleinfeld) mir mitgebracht hat. Es war die alte Graphik meiner Mutter, Irena Kuran-Bogucka, eine der ersten schwarz-weissen grob gehauenen Holzschnitte. Vorher waren die Bilder, die Mama machte, entweder ja schon schwarz-weiss, sie wirkten aber eigentlich grau – es waren Stahlstiche und so wie die Technik es verlangt mit dichten dünnen Linien aufgebaut, oder waren sie schon Holzschnitte, aber immer noch mit sehr dünnen Linien gezeichnet und im weissgesprenkelten Hintergrund leuchtend hlellblau. Von der ersten Technik habe ich eigentlich in Erinnerung nur Mamas Diplomarbeit, ein Bild von ihr im Atelier, wo man diese Stahlstiche fertigte. Die blauen müssten mehrere gewesen sein, ich weiss aber heute nur noch von zwei, ein laubloser Baum in einer Schneelandschaft und die Treppen von Veliko Tarnovo, die älteste und hübscheste Stadt in Gebirgen Bulgariens. Jetzt erkenne ich die Treppen wieder, aber das Bild ist völlig anders, schwarz-weiß, mit breiten Meisel im weichen dicken Lindenbrett gehauen. Ich weiss es nicht, aber durch Wiederholung des Themas in einem anderem Metier komme ich an Gedanke, das es vielleict das erste Mal gewesen ist, dass Mama die neue Technik und neue Arbeitsweise benutzte. Danach sollte sie mindestens zwei Jahrzehnte so gearbeitet haben.

Peter und Ewa (wir dutzen uns schon) und dazwischen, hinter an der Wand das Bild Veliko Trnovo.

Das ist mehr oder weniger diese Strasse:

Es bleibt natürlich zuerst unbeantwortet die Frage, woher Peter das Bild hat? Wir dutzen uns schon und sprechen abwechselnd Deutsch un Polnisch. Peters Polnisch ist erstaunlich gut, obwohl er die Sprache vor halbem Jahrhundert erlernt hat und seitdem selten benutzte. Um sich an das Treffen mit mir vorzubereiten las er vier Tage lang das einzige Polnische, was er zu Hand hatte und dies war ein Polnisches Büchlein: Rozmówki Polsko-Francuskie, eine aus kommunistischen Polen stammende Erfindung, kleine Bücher, die alle Rozmówki hiessen, Gespräche also in verschiedenen Sprachen, kleine Produkte der kommunistischen Buchindustrie, Sprachführer, die allesamt die rauhe Tatsache nicht beachten wollten, dass wir in der Volksrepublik Polen kaum wohin fahren dürften.

Das war in der DDR noch schlimmer. Es war das Jahr 1965, Peter, Geburtsjahr 1939, hat gerade sein Studium der Anglistik und Germanistik an der Humboldt-Universität zu Berlin abgeschlossen und wollte per Anhalter nach Polen. Er kannte dort niemanden und auch die Sprache nicht, dazu noch per Anhalter, etwas was in Polen zu dieser Zeit absolut “in” war und Autostop hiess. Wir hatten sogar ein Lied darüber, gesungen von Karin Stanek, erster polnischen Sängerin, die sich von der Politik gar nichts machte. Jede vor uns wollte so sein wie sie.

Text versprach, dass man per Anhalter in ganz Europa fahren konnte. Es war das Jahr 1963, ob Peter dank Karin Stanek nach Polen kam?
Weiß ich nicht und kann nicht nachfragen. Erst jetzt, als ich das schreibe, stelle ich fest, dass Peter zwar meine Adresse und Telefonnummer kennt, ich aber seine Contacting-Angaben nicht habe. Ich weiss nur, dass er weder Handy noch Internetzugang besitzt und irgendwo in der thüringischen Pampa wohnt. Und ist in Thüringen der Erste im 100-Meter-Lauf in seiner Alters-Klasse. Muss stimmen, fit ist er.

Bevor er nach Polen fuhr, fand man doch irgendein Kontakt dort. Die Familie wohnte in Sommerfeldsiedlung in Kleinmachnow und war, wie viele dort, antroposofisch im Sinne von Rudolf Steiner orientiert  (sind sie eigentlich bis heute). Dort kannte man einen polnischen Mathematik-Professor, Moren, der unter den gleichgesinnten polnischen Gärtner die antroposofischen Kalender verteilte. So kam der Junge unter die polnischen Antroposophen. Der Professor schickte ihn weiter zu Maria Hiszpanska-Neuman, selber Antroposophin, aber dazu noch Grafikerin und obendrein Freundin meiner Mutter. Daher gab es schon in diesem Blog zwei Beiträge über sie: HIER und HIER.

So hat es sich eben gefügt, dass Peter, den man schon in Warschau Piotr nannte und dem man schon einen Spitznamen zugab: Kot Poliglot, zu uns nach Danzig kam. “Kennst du mich? erinnerst du dich an mich?” fragt Piotr. Ich schaue ihn an und sehe nichts Familieres zu dem, was ich 1965 kannte. “Nee”, sag ich. Er war damals 26, ich 16 – ein Generationsunterschied. Er behauptet aber, er kann sich an mich erinnern und an meinen ersten Freund, Zygmunt. Ich entdecke ihn erst, als wir über komischen Sprachfehler sprechen, die jede macht, wenn er die fremde Sprache lernt. Ich erinnere mich an einen jungen Mann aus der DDR, der schon bißl Polnisch sprach und schönes Versprechen produzierte: statt na razie zu sagen, was “bis bald” bedeutet, sagte er zarazie – was im Dativ, Ansteckung ist.

Er kaufte sich tonnenweise Bücher, vor allem englische, die man bei uns im Klub Międzynarodowej Książki i Prasy kaufen konnte, dem Klub der Internationalen Presse-und Buch, aber auch in Antiquariat, und die in der DDR nie und nirgendwo z haben waren, und die Mauer stand schon da, dh. nach Westberlin konnte man schon auch nicht mehr. Als er nach Hause fuhr, packte er seine Reisetasche voll mit den English Books und deckte obendrauf nur sparsam mit der schmutzigen Wäsche. Eine Methode, die wir im Osten damals alle benutzten.

Als er wegfuhr, gab ihm meine Mama ihre Graphik, die ich jetzt, nach mehr als 50 Jahren, bekommen habe. Es fügte sich so…

So weit für heute, zarazie