Odcinek 5

Mieczysław Bonisławski

Czwartek, dłuższa chwila po przerwie na obiad

– …Posłuchaj mnie teraz, proszę, uważnie. Przeczytałam to podczas obiadu i potem jeszcze raz, i nic mi się tu nie zgadza.
– Czy nie podoba się…?
Nie, to nie to… – kobieta z zastanowieniem w głosie urywa wypowiadane zdanie. By niemal w tej samej chwili niespodziewanie zacząć, jakiś zupełnie inny, nowy wątek – A, wiesz ty jednak co? Ale to już tak zupełnie na marginesieOd jakiegoś czasu rozmawiasz ze mną wreszcie normalnie. Bez tego napięcia. Też to widzisz?
– Czy co widzę? – mężczyzna po raz drugi w krótkim czasie daje się jej zaskoczyć.
To, że nie jesteś już spięty podczas naszej rozmowy. Staranniej niż jeszcze przed miesiącem budujesz zdania, ograniczasz te swoje natręctwa.
– Pani też teraz mówi do mnie inaczej. – zdezorientowany szuka sposobu sparowania tego, domniemanego przez niego, ciosu od kobiety.
Jak to inaczej?
– Inaczej niż na początku. Może to stąd? Czy nie sądzi pani? – z nieukrywaną satysfakcją znajduje ripostę.
Ja… zatem… Wiesz co myślę? Tak nie planuje dnia dziesięciolatek. To jednak musi być ktoś dorosły. Kto tak naprawdę budzi się rano w tej opowieści?
– Januszek.
Nie, proszę….
– Tak!
Ja jednak znam profesora Pasternaka. To jest stateczny, wręcz majestatyczny mężczyzna.
– Jaki?
Majestatyczny…?
– Ha, ha, ha…
Zatem, dobrze, nie musi być majestatyczny. Ale znam go osobiście, faktycznie mieszka w takim punktowcu, ale on nie naprawiałby samochodu przed blokiem i nie popijałby wódki w piwnicy… I nie prowadziłby takiej filozoficznej dyskusji na ławce, z przypadkowymi ludźmi.
– Akurat wtedy, w tej piwnicy, to było wino, a nie wódka.
Nie, po prostu wymyślasz to wszystko sobie i oszukujesz mnie.
– Nie. Jednak nie.
Tak. Pomyśl czemu to robisz, czemu musisz to robić i zrób z tym coś tak, abym ci uwierzyła. Musisz być wiarygodny dla mnie i dla siebie samego. Musisz zrozumieć do czego potrzebne ci są te kłamstwa? Masz czas do jutra. Inaczej… – kobieta zawiesza głos. Nie chce powiedzieć czegoś oczywistego w tej sytuacji. Czegoś, co pragnie, aby zostało niewypowiedziane. To coś, jeżeli nie przejdzie jej przez usta, może właśnie dzięki temu się nie stanie? Nie ziści?
– Czy co inaczej…?
Musisz być wiarygodny – powtarza się, jakby w tym jednym właśnie tkwiło coś ważnego, coś najważniejszego. – I nie chodzi już nawet o mnie. Mów prawdę, wtedy one tu nie przyjdą i nie dokończą sprawy po swojemu…
Składa w zamyśleniu papiery, chowa je do torby, wstaje i podchodzi do drzwi. Wskazuje je mężczyźnie jednoznacznym skinieniem głowy.
– Kończymy? Nie wiem, czy tego chcę…? – on próbuje oponować. Ale tak zupełnie bez przekonania. Jakby nie wierzył jeszcze w to, co się dzieje. W to, co ona mu robi.
Tym razem ja tego chcę! – rzuca mu sucho, beznamiętnie. Nie wiedzieć czy dla samej siebie, tak aby utwierdzić się w już podjętej decyzji, czy bardziej jeszcze dla niego, aby go otrzeźwić. – Potrzebuję prawdy. Jeżeli zechcesz, możesz przyjść, ale dopiero jutro rano… Z prawdą.
– To wszystko prawda…! – mężczyzna w końcu zdaje sobie sprawę z powagi sytuacji. Zdeterminowany próbuje jakiejś ostatniej deski ratunku.
Do jutra. Oddziel kłamstwa.
– Kiedy to jest prawda… Co mam zrobić? – z jego głosu bije bezsilność, poczucie klęski, a co najgorsze, poczucie braku wpływu na bieg zdarzeń. Jakby rzeczywiście wszystko całkowicie wymykało mu się spod kontroli.

Piątek, godz. 8:30 rano

Przemyślałeś?
– Tak, drogi człowieku.
Nie jestem wcale drogim człowiekiem. Ani dobrym. Chcesz opowiedzieć dalej?
– Tak, bo wszystko to prawda. I jak pani da sobie z nią radę? Bo pani nie wierzy?
Nie wierzę. A ty znowu zaczynasz te swoje natręctwa.
– Czy co ja zaczynam? I jak uda się pani uwierzyć? Bo zacznie pani w końcu wierzyć!
Mów normalnie! Potrafisz rozwijać piękne zdania, gdy wyłazi z ciebie czaruś. Bo spotkamy się w pełnym gronie. Wiesz co to znaczy… – w powietrzu czuć ukrytą, niewypowiedzianą do końca groźbę. Groźbę czegoś, czego tak naprawdę żadne z nich nie chce, aby się ziściło.

Wtorek w następnym tygodniu
Godz. 9:00 rano

On jest jak zwykle w swoim beżowym, więziennym drelichu. Nadal, konsekwentnie nie chce korzystać z prawa osadzonego do prywatnego ubrania. Nawet sam Naczelnik tego nie rozumie. Dlaczego odmawia tego, o co dla niego, tak zapalczywie, walczyli ci profesorowie, zajmujący się etyką i wolnością? O co sami więźniowie jeszcze niedawno wznosili bunty?

Ona ma dzisiaj o wiele bardziej niż ostatnio stonowaną kreację: prostą ciemnobrązową rozkloszowaną sukienkę maxi, z rękawami niemal na całe ręce. Na nogach – ciemne kozaczki.
Prokurator zjawia się na tym pierwszym spotkaniu w popielatej garsonce. Żakiet prosty, lekko rozszerzający się u dołu, tylko poły fantazyjne, półokrągłe. Spódnica do połowy łydki. Nylonowe, popielate rajstopy.
Śledcza jakby nie pamięta o tym, że ma to być spotkanie kobiet, zaangażowanych do sprawy: ma na sobie po prostu swój mundur porucznika MO.

Mamy być pewni, że tak właśnie jest dobrze! Popatrzmy tutaj…!
– Czy jestem…? O, doskonale pewny. Do – sko – na – le, drogi człowieku. – mężczyzna nie widzi kobiet schowanych w cieniu surowej, XX-wiecznej „arkady” z betonu, epoki „wielkiej płyty”. Ale kieruje swoje wypowiedzi w kierunku, gdzie je zapamiętał. Zakłada, niemal z niepodważalną pewnością, że jego słowa docierają tam gdzie trzeba i tak jak trzeba.
Tylko bez eufemizmów. Stajecie, tam gdzie wtedy. – Prokurator wychodzi z cienia. Botki, mimo, że na niskim obcasie, nieco grzęzną, gdy podchodzi do łachy żółtego piachu i próbuje stanąć tak by mieć ją całą w zasięgu… ręki.
– Tu. Stałem tu, za tym filarem. – teraz on przechodzi dokładnie w odwrotnym kierunku i niknie nieco w cieniu – On bawił się w piasku. Na ułożonych torach, tak jak mówiłem poprzednio… A czy tak pani będzie to sobie wyobrażać?
Były ułożone tak jak teraz? – Śledcza próbuje przyśpieszyć akcję, nie bardzo zresztą wiedząc, o co dokładnie chodzi Prokurator. Czuje tylko, że musi coś zrobić, zaznaczyć swoją obecność.
– To był naprawdę bardzo pomysłowy chłopiec… – mężczyznę chyba bawi cała sytuacja. Odwraca wzrok od mundurowej, jakby jej tu w ogóle nie było i o nic go nie pytała.
Czy tak to wyglądało, człowieku!?! – porucznik daje się wyprowadzić z równowagi.
– Bo wiecie… – a on przerywa w końcu ten swój słowotok i udając troskę, pośpiesznie kończy – A tak, wiem, drogi człowieku… I będziesz chcieć usłyszeć, że dobrze wam to ułożyli.
Może jednak wszyscy podejdźmy. I proszę, wszystko odtwarzamy bardzo dokładnie. Po kolei, zdanie po zdaniu, już dobrze? A wy skończcie z tymi swoimi natręctwami!

Mężczyzna spogląda z tłumionym politowaniem na Psycholog. Ale powstrzymuje się przed kolejnym zagraniem przeciwko nim. Bierze w ręce porozrzucane po piasku patyczki. Zaczyna nimi manewrować ponad żółtą łachą, jednocześnie opowiadając:

– No więc bawił się takim małym modelem autobusu… – rozgląda się i nie znajdując na razie wokół siebie tej zabawki, próbuje ją opisywać – Niebieski „jelcz”, taki jaki można kupić w kiosku „Ruchu”…
Zanim go wyjął z tornistra i postawił na drodze nieopodal wiaduktu… – kopie lekko butem w niewielki pagórek z piasku, wznoszący się nad „torami” – Była rozmowa. Nie wiem gdzie, może w mieszkaniu, przed wyjściem z domu? A może już na przystanku autobusowym?
Ta większa postać mówiła głośno… – potrząsa patykiem – Ale takim wysokim, dźwięcznym głosem. To musiała być kobieta. A ten mniejszy patyczek mniejsza osoba… – druga ręka – To było jakieś dziecko, drodzy ludzie.
I patyczki zaczynają mówić do siebie. Jego głosem:
– „Pokaż jak wyglądasz? No i jak się ubrałeś! Przecież idziemy do pani psycholog…” – gderliwie pokrzykiwała kobieta.
Dziecko: „Nie chcę tam chodzić, nie chcę!”
Kobieta: „Nie mamy o czym rozmawiać. W nowej szkole miało być inaczej, i co? Sam tego chciałeś…”
Dziecko: „Nie chciałem!”
Kobieta: „Pamiętasz, jak pani psycholog się nazywa? Pani doktor Ber, powtórz… Gdzie ta przychodnia jest? Pamiętasz przy jakiej szkole?”
Dziecko: „Nic nie pamiętam!”
Kobieta: „To jest szkoła sportowa, numer dziesięć. Wysiądziemy na przystanku przy szpitalu, tam zaraz za parkiem. Pamiętasz co jest przed szkołą? Taki betonowy ptak w fontannie…”
Teraz do patyczków dobiera jeszcze małe, plastikowe zabawki a opowiadanie nabiera przez to nie tylko większej ekspresyjności, ale staje się też niezwykle dynamiczne. Mężczyzna dodaje też różne dźwięki, odgłosy, zwielokrotnione dialogi.
Autobus – zabawka, którą właśnie znalazł, postawiony jest już na ulicy, czyli na rozgarniętym bokiem buta śladzie na piasku. Popchnięty dłonią „podjeżdża” na przystanek. Długo „prycha” jego silnikiem, że niby, na wolnych obrotach, bo ludzi chcących jechać jest bardzo dużo i tłoczą się przy wsiadaniu.
– Pyr, pyr, pyr. Psik. Wry, wry, wrrrrrrrrryyy!
Imituje trzask zamykanych drzwi automatycznych. Wziuuu… Trach! I znowu, te głosy niby z autobusu:
– „Aua! Jezu, aaa…! /Boże, coś się stało! /Ludzie, spokojnie… /Panie kierowco! Zabiło człowieka. /Nie, przytrzasnęło w drzwiach. Ma złamaną rękę. /Panie kierowco, drzwi! Otworzyć drzwi. /Kierowco! Człowiek ranny, proszę otworzyć drzwi.”
– Pyr, pyr, i – iiiich!
Autobus – zabawka stoi teraz już na wiadukcie, nad torami dawnej kolejki szprotawskiej.
Kierowca a potem inne głosy z wnętrza:
– „Co tam? /Drzwi przytrzasły rękę. /Otwieram! /I co? /Żyje, ale cała łapa we krwi. Mdleje, trza mu na pogotowie. /Mam kurs. Przed dworcem skręcę na pogotowie. Wytrzymasz pan?”
Plastikowy, niebieski jelcz znowu jest w ruchu.
– Pry, pyr, wryyyyyy. I – iiiich…. Wry, wry, wrrrrrryyy!
Hamuje na zakręcie, skręca w inną ulicę, potem na skrzyżowaniu znowu. Staje na przystanku, rusza. Hamuje, skręca w jeszcze innym kierunku. Raz, drugi, przyspiesza. Z wewnątrz dochodzą rozmowy:
– „Była już pani w nowym domu towarowym? Jeszcze nie… Ja byłam. /A, dzień dobry. Warto tam zajrzeć? Sklepów dużo, towary takie lepsze, ale drogo. /Może w Poznaniu to „Centrum” ma ludzi, ale nie u nas… /Poukładane tak, że wszystko widać. Przestronnie jest, oświetlone. Wybór, luksusy. Gdzie nam do nich… /I co, pójdzie pani? Może na święta. Mam wesele w rodzinie. Prezent kupię. /Ja pójdę, popatrzę. Wezmę coś małego, na pamiątkę. /Słyszałam, że telewizory kolorowe mają. Bez zapisów. Córka dostała mieszkanie. Kupiłabym jej…”
Autobusik znowu skręca, przystaje. Głos w środku:
– „No, idź pan na to pogotowie. Co on taki miękki, nie zemdlej mi tu pan! Może ktoś z nim pójdzie? Weźmie go pan? Ja nie mogę czekać, mam kurs. Dobrze, ale pięć minut i jadę.”
Zabawka kierowana pewną ręką jedzie dalej. Niedaleko, ledwie do parku, za którym, za zakrętem – według informacji matki chłopca – jest ten, jakiś tam, szpital. I nagle, w jakimś nieokiełznanym zrywie, autobus skręca w dokładnie przeciwnym kierunku, wjeżdża na wiadukt wznoszący się naprzeciwko parku, przerywa barierki, a prowadząca go dotąd tak pewnie po ulicach ręka, rzuca nim w dół. Tak że spada ze środka wiaduktu na jadący pod nim pociąg. Wybuchy, wrzaski ludzi, zgrzyt deformowanych blach, zawodzenie rannych. Samochodzik podrzucany trzy, cztery razy przez mężczyznę wylatuje w górę i opada bokiem na piasek.

Cisza.

Nadal wtorek
Kilka minut po godz. 10:00, bez przerwy

– Niezła bomba. O, przepraszam… Naprawdę, ja tak niechcący. – miarkuje się poniewczasie Śledcza, ale Prokurator nie zwraca na nią uwagi.
– No widzicie… I taka szokująca historia… – próbuje wzbudzić w nich przychylne politowanie Psycholog. Z równie miernym skutkiem.
– Rozumiem, że to wszystko nagrywamy! To teraz to, co było dalej! Opowiadamy po kolei.

Mężczyzna przełyka ślinę, aż mu chodzi grdyka. Prokurator sprawia jednak na nim silne wrażenie. Traci nawet chęć na te swoje gierki, których tak chętnie próbuje na Śledczej i Psycholog. Posłusznie wykonuje polecenie:

– Odszedł. I zostawił zabawkę na tym pobojowisku i odszedł tam w kąt, o tam. – przechodzi, pokazuje – I stanął tutaj przy filarze, a z czasem uklęknął w piasku. Bo przez ten czas rozmawiali ze sobą trzej mężczyźni. A przy tym pod koniec, doszedł tutaj jeszcze i czwarty.
Jacy znowu oni? Co znaczy to tutaj! Czyli gdzie konkretnie? – piekli się mundurowa, podejrzewając kolejny podstęp z jego strony – Co to za mężczyźni, skąd się wzięli? Jakieś nazwiska. Po co i do kogo przyszli?
Spokojnie, spokojnie… Jednak może posłuchajmy tego… – uspakaja ją Psycholog, dając do zrozumienia, iż wie znacznie więcej od nich, że ma już tę historię przepracowaną z pacjentem podczas ich spotkań. I że na pewno wniesie ona dużo do postępowania, które razem prowadzą.

Uzyskuje przynajmniej tyle, że Prokurator w milczeniu kiwa potakująco głową. I znaczącym spojrzeniem ponagla mężczyznę.

I on znowu łapie za porozrzucane na piasku patyki. A te, tak jak kobiety widziały to już poprzednio, przed godziną dziesiątą, ponownie nabierają życia. I gadają jego głosem:
Patyk numer 1: „Jak tam idą treningi, panie magister?”
Patyk numer 2: „Nie gorzej niż panu zbieranie nowin, redaktorze.”
P1: „Ale tak robiwszy w piłce ręcznej…? To ja by rozumiał, gdyby w footballu, w żużelu, no, w podrzucaniu gały do kosza, ostatecznie…”
P2: „Zobaczy pan po Olimpiadzie. Niechby tylko nasi zdobyli jakiś medal, to całkowicie zmieni się postrzeganie dyscypliny…”
P1: „No bo i co to za wyczynowce? Gałą rzuciwszy przed siebie… Bez pożytku. Ta, gdybyż to jeszcze była granata…”
P2: „O piłce ręcznej pisze się, że rozwija człowieka. Na świecie…”
Patyk numer 3: „A, tak swoją drogą, to sukcesy magistra wydają się zrozumiałe. Chodzi po tych wszystkich szkołach. Namawia na te pierwsze treningi całe klasy. To i ma pod sobą wszystkich chłopców. Niczym jakiś Sztamm czy Łasak. No, i widać co osiągnął. Matki chłopców szyją i farbują mu potem te koszulki, numerki naszywają… No, no, masz, Sosiński, potem z czego wybierać. A ty, redaktorek, jak wyglądasz na tle trenera? Tobie został chyba tylko układ z samym diabłem? I co wykorzystujesz siły pozamaterialne, Demianiuk? Bo z tego co melduje nam komendant miejski, to tylko tak można cię tłumaczyć, redaktorku.
P1: „Dlaczego, tam gdzie nie potrzeba, doszukujecie się sił nieczystych, mój drogi panie Pułkownik?”
P3: „Zawsze jak ktoś kogoś ma pobić albo się gdzieś włamać, ty, Demianiuk, jesteś z magnetofonem i fotoaparatem przed milicją. Komendant miejski raportuje nam do Wydziału, że odnosi czasem wrażenie, że nawet przed sprawcami. Jak ma być jakiś wypadek na drodze, czy w zakładzie, to ty Demianiuk, jesteś ustawiony już jakby wcześniej – jak, nie przymierzając, takie Wajdy, czy inne Petelskie do nagrania. I jak to wytłumaczysz? Ty, redaktorek, albo z diabłem, albo z przestępcami trzymasz. Co i tak na jedno wychodzi…”

Mężczyzna wydaje się być w swej szczytowej formie. Odchodzi, podchodzi, pochyla się cały ku powierzchni piasku, prostuje. Operuje to jedną ręką, to drugą, to oboma naraz. Gestykuluje szeroko, to znowu dyskretnie, ale znacząco. Jakby każde drgnienie mięśnia, pojedynczego palca, delikatna zmiana ułożenia dłoni przekazywały inną, nową treść. Pełną ukrytych znaczeń, symboli i istoty jakiejś konkretnej sprawy, czy zdarzenia, które widz ma właśnie odczytać.
Moduluje głos. Animuje kukiełki – patyczki, niczym mistrz lalkarstwa. I chociaż lalkarz w więziennym drelichu wygląda trochę nierealnie, wręcz sarkastycznie, Psycholog przychodzi do głowy, aby porównać go do jakiegoś aktora ze Sceny Lalkowej, jaka prężnie działa w Zielonej Górze przy Teatrze Lubuskim lub do pełnego elegancji ruchu mima. Ale Prokurator samym swoim spojrzeniem, w reakcji na tę, niewypowiedzianą nawet przecież na głos, uwagę wybija jej to z głowy.

Śledcza zastanawia się nad tym, kim mogą być, ten tajemniczy Trener, ten dziwny Redaktor? Gdy pada nazwisko tego ostatniego, kręci tylko z niedowierzaniem głową. To miałby być akurat TEN dziennikarz? Tworząca się właśnie legenda miejscowej gazety wojewódzkiej i może nawet przyszła gwiazda krajowego reportażu? A Trener? Mamy takiego w Zielonej Górze, którego można porównywać ze Stammem, Łasakiem?
A Pułkownik? Czy to może jakiś wojskowy? Kto to może być? Znacząca postać w miejscowym środowisku, to rzecz oczywista. Ale kto? Z WuKaeR-u? Ze sztabu wojewódzkiego? Z prokuratury wojskowej? I dlaczego w momencie pojawienia się tej postaci Prokurator zareagowała tak, jakby ją rozbolał ząb…?
Czy ona wie? Przeraża ją jego pojawienie się w tej scenerii, wśród TYCH ludzi, w takiej sytuacji…?

Psycholog gestem, półsłówkiem nie wypowiedzianym głośno, a tylko takim, które można zaledwie spijać z jej warg, uspakaja ją. Bez słów, w jakimś telepatycznym kontakcie. Niech okaże jeszcze trochę cierpliwości. Jeszcze chwila i wszystko się wyjaśni. Również i ta wątpliwość.

W taki oto właśnie sposób:
P2: „Ja tak myślę, panie Pułkowniku, że jak już bezpieka takich rzeczy nie wie, to ten kraj musi upaść.”
P3: „A ty co Sosiński, redaktorka bronisz? Za mało wam jeszcze dosrał?”
P1: „A skąd takie słowo wziął pan Pułkownik? Skąd to de…? Jaki diabeł? Co za przestępcy? Mam szczęście, że jestem zawsze na czas…”
P3: „A co, Demianiuk nie dosrał wam wtedy w Broniszowie? Nie ciekawe, skąd wiedział, ty magisterek?”
P2: „Na dobre mi to wyszło. Ta afera była jak trampolina, dzięki redaktorowi wyrwałem się z tej zapadłej wsi i wróciłem do Zielonej Góry. Przecież pan Pułkownik wie…”
P3: „A wiemy, wiemy… My wszystko wiemy. I to jakimi to było nićmi szyte, też. Komu ty mydlisz oczy, Sosiński? Chcesz powiedzieć, że samym talentem, pracą doszedłeś do czegoś? Zaraz tu z ambicją wyjedziesz, tak? Ech, ty, magisterek, gdybyś nie był przydatny dla nas, to byś dalej macał kury, albo bujał jajca bykom, gdzieś w jakimś PeGeeRze. To nie przypadek, taki awans z wiejskiego gryzipiórka na pana profesorka od wuefu w liceum!”
P2: „Ja nikogo, tam w Broniszowie, nie miałem wystawiać ani redaktorowi, ani milicji… To nie było tak ułożone…”
P1: „A oto i mistrz Ryndak, panie Pułkownik. Witam, Zbyszek. Jego proszę pytać o drobnomiasteczkowe źródła. O to jak pozyskiwać sygnały po wsi?”

Kobiety powoli zaczynają okazywać pierwsze oznaki znużenia. Śledcza z zazdrością spogląda na mały, zgrabny magnetofonik Psycholog. Sama musiała zostawić swojego MAK-a na komendzie. Raz, że nie sposób jest tachać się tutaj z takim gratem, dwa – jak go podłączyć na tej budowie do prądu…? Niby na tranzystorach, a jednak…
Prokurator skubie nerwowo poły żakietu. Gdy Śledcza zaciekawiona chętnie podpytała by dokładniej o istotę relacji Trenera z Pułkownikiem, ona odciąga Psycholog gdzieś na bok. Coś jej szepcze, peroruje, pochylona ku niej. Denerwuje się. Dwa, trzy gesty, które o tym świadczą, zmiana pozycji i ustawienia się obu kobiet względem siebie, pełne napięcia i aż buchające jakimś narastającym konfliktem, nagle nikną, tracą na znaczeniu.
Prokurator ze zdziwieniem konstatuje nazwisko znanego pisarza, które jak grom z jasnego nieba pada nagle w potoku wypowiadanych niesfornie i niedbale zdań. ON w tym gronie? Z niedowierzaniem kręci głową. Tak, teraz już nic nie pasuje do siebie, staje się niewiarygodne. Jak długo jeszcze to wytrzyma, kiedy przerwie to przedstawienie?
Mężczyzna nie obserwuje ich, do końca zaabsorbowany swoim występem. Nie śledzi zmian, jakie zachodzą w kobietach. Ich rozterki, emocje, nastawienia żyją bowiem swoim własnym życiem, wyłącznie w ich myślach, gestach, grymasach. To tylko gra ciała i do tego trudna do zauważenia, bo hamowana i skrywana, słabo dostrzegalna pod tym starannym kamuflażem.
Ani jednym słowem żadna z nich nie wychodzi ze swojej roli, poza służbową obojętność wobec treści przekazywanych w tak ekspresyjny sposób przez mężczyznę. Tak naprawdę przecież cały czas milczą, słuchają z raz mniej, raz bardziej udawanym skupieniem i zainteresowaniem, notują coś w swoich kajetach, nie mogą okazywać i nie okazują żadnego własnego nastawienia. To jest rekonstrukcja w miejscu zdarzenia, a nie spotkanie w kawiarni „Niger”, przy kremie sułtańskim kolorowo wypełniającym pucharki, ustawione na blacie wysokiego baru. A one nie siedzą na strzelistych taboretach i nie machają gołymi nogami, wyłaniającymi się miękkością ud z kusych spódnic, ze stopami nie sięgającymi podłogi. I nikt ich nie podgląda zza wielkiej szyby, z perspektywy szachownicy czarnych i białych płyt zielonogórskiego deptaka. Stoją w półmroku parteru rozpoczętej budowy, pomiędzy filarami dużej hali, pod sklepieniem, niosącym na sobie masywne piętro. Stoją na kupie żółtego, budowlanego piachu. I dlatego żaden gest, grymas nie może wyjść poza pewne granice nieczytelności…

Tylko mężczyzna może sobie folgować i wznosić się na coraz to wyższe poziomy ekspresji. I robi to.
P3: „To już mistrzami przychodzi ci strzelać, redaktorku… No, no… Dzień dobry, panie Ryndak.”
Patyk numer 4: „A w jakiż to spór wchodzę?”
P3: „A tak zastanawiamy się kto informuje naszego redaktora od nowinek, o tym, kto za chwilę włamie się, po pijaku da drugiemu obywatelowi po twarzy albo zajedzie drogę i zrobi czołówkę? Komendant MO żali się, że gdzie by nie zajechali na interwencję, to pierwsze kogo widzą, to naszego speca, który właśnie… odjeżdża z miejsca z gotowym nagraniem i aparatem pełnym zdjęć.”
P4: „Może to nie dziennikarz jest za szybki, ale milicjanci zbyt powolni?”
P3: „Doprawdy pan tak sądzi, panie Ryndak?”
P4: „Nie znam prawdy. Może mój kolega ma po prostu szczęście. Wszakże nie tylko ma nos do sensacji, ale i aspiruje w konkursach na najlepsze reportaże. Może jeszcze bez sukcesu, ale już blisko, blisko… Ja zbierałem materiały u siebie, tam gdzie mieszkałem, w Sulęcinie. Też sensacyjki, ale takie bardziej obyczajowe. A jedyne co osiągnąłem, to to, że potem, jak ludzie przeczytali moją książkę, nie mogłem się pokazać w miasteczku. Chociaż ostatecznie do postaci literackich wykorzystałem tylko obserwacje z życia różnych ludzi, każdy z bohaterów miał przemieszane cechy wielu pierwowzorów, to konkretni mieszkańcy Sulęcina zaczęli brać to zbyt osobiście… A to aptekarzowa obraziła się, że opisałem jej wielki biust. A to sędzia Jarosz i dyrektor szpitala Łukoszek – za sugestie o sutych, zakrapianych kolacyjkach i lewych sprawkach, na przykład skrobankach. A to Paprzycki… I tak dalej, nie miałem już tam życia.”
P3: „Ale nagródka wpadła, panie Ryndak.”
P1: „Jakie wpadła? Nie wpadła, ale należała się. W Zielonej Górze jesteśmy dobrzy w swoim fachu. Stąd sukcesy. Żadnych diabelskich sztuczek, panie Pułkownik.”

Psycholog zwiesza ze smutkiem głowę. Widzi jak Prokurator już się cała gotuje. Poły żakietu ma porządnie pomięte. Dłonie co rusz bądź to zaciskają się na ich brzegu, bądź suną,
jakby bezwiednie, wzdłuż ich krawędzi.
Nie ma potrzeby, aby wywoływany przez kukiełkę Pułkownika diabeł musiał się tu pojawić osobiście. Słoneczny blask piasku z wyspy demiurga pobladł. Mrok wokół jest jeszcze bardziej mroczny. A piekielna awantura wisi w gęstniejącym powietrzu, wypełniającym tę i tak duszną niszę.
Psycholog wie, że nic na to nie poradzi. Na pytanie o to, jak długo jeszcze wytrzyma Prokurator, ma w końcu jasną odpowiedź – niedługo! Zaraz, zaraz przerwie przedstawienie… Kobieta odsuwa się od reszty. Podchodzi do najbliższego filaru. Chowa się za nim. Stoi tu chwilę, ale to nie wystarcza. Wycofuje się jeszcze dalej, sunąc niczym zjawa w powłóczystej szacie ku wyjściu na zewnątrz, szukając bladego słonecznego światła. I rześkiego, listopadowego powietrza, które by ją orzeźwiło. Pozwoliło znowu myśleć w zdecydowany sposób. Jej długa i wąska, ciemnobrązowa suknia, oglądana teraz ze środka hali, pod to blade, późnojesienne słońce, zasłania niemal połowę jasnego tła – widoku na zewnątrz i zaczyna błyszczeć. Staje się jasna, nie jest już brązowa, ale złocista, przechodzi w żółcienie…
Prokurator odruchowo odwraca głowę i spogląda za odchodzącą kobietą. Patrzy przez chwilę, poddaje się temu optycznemu złudzeniu. I nagle nerwowo, bardzo nerwowo przeciera sobie dłonią oczy. Jej twarz wykrzywia coś, co ktoś nie znający jej, mógłby fałszywie wziąć za zapowiedź grymasu irytacji. Mieniąca się nierzeczywistą feerią barw postać Psycholog doprowadza ją do furii. Prokurator nie cierpi złudzeń, wszelkiej fatamorgany, szczególnie gdy sama staje się ich ofiarą. Rzeczowość i konkret! To jest jej domena. Z nimi czuje się najlepiej. Wyłącznie z nimi nie czuje się źle, nie odczuwa żadnego dyskomfortu.
Zachowując pełną kontrolę nad sobą, jednym susem doskakuje do mężczyzny. Nie musi się hamować, zawsze największą satysfakcję sprawia jej zachowanie powściągliwości. To przestępcy mają ulegać emocjom i robić głupie błędy. I w takim stanie odkrywać przed nią swoje słabości.
Nie wyrywa patyków z rąk rozgadanego mężczyzny, choć z jego reakcji można wnioskować iż przez moment przeraża go taka perspektywa. Cofa się przed nią odruchowo, jakby chcąc uniknąć fizycznej agresji z jej strony. Również Psycholog i Śledcza jakby na chwilę zamierają. Ale chyba bardziej ze zdziwienia, niż ze strachu, bo przecież znają Prokurator zbyt dobrze, aby podejrzewać ją o to, przed czym uchyla się mężczyzna.
Prokurator nie wyrywa patyków mężczyźnie, ale z marsową miną podnosi te, porozrzucane na piasku. Schyla się, bierze je w palce, prostuje plecy i wyciąga dłonie z patykami w jego stronę.

Skończmy już z tym teatrem, który tu odgrywacie! – rzuca oskarżycielskim tonem. – Dosyć tych jakichś wydumanych historii...

Odcinek 3

Mieczysław Bonisławski

MINĘŁY PRAWIE DWA MIESIĄCE. MAMY JUŻ LISTOPAD.

Środa po Wszystkich Świętych, od samego rana.

I jak tam na grobach? Zimny, cholera, ten listopad. I ten tłok, drożyzna… Za gałązkę choinki… doniczkę chryzantem… A tu, w mojej opowieści sytuacja się rozwija. Sami wiecie, że wrzesień to ledwo początek. Czas leci, święto nie święto, kobieta ciągle wyjaśnia z Olkiem sprawę tego chłopca. I, powiem wam, mamy duże zmiany. Zresztą, sami popatrzcie, oceńcie…

– Witam, usiądźmy. – Gospodyni zaczyna spotkanie zachęcającym uśmiechem, promieniującym wszystkimi jej gestami, samą postawą, grą całego ciała.
Bez pośpiechu siadają naprzeciw siebie. Chwilę moszczą się na swych miejscach. On ubrany jest oczywiście w te drelichowe spodnie i taką samą jak spodnie, beżową bluzę. Ona dziś ma granatową sukienkę za kolana, z ciężkiego, lekko sztywnego materiału, z plisowanym dołem. Gdy zakłada nogę na nogę, ukazuje łydki w takich śliwkowych, nylonowych pończochach. I gwałtownie musi przykryć rąbkiem tej sukienki kolano, które nie powinno jej tak wystawać.
– Chcę, abyś wrócił, proszę, do tego dnia, kiedy Januszek uciekł ze szkoły przed lekcją wychowania fizycznego. Wolisz to opisać, czy będziesz nam o tym mówić?
– Czy coś będzie bardziej preferowane?
Kobieta nie odpowiada od razu. Chwilę milczy, zastanawia się. Mężczyzna rozumie ją jednak bez słów. W lot odczytuje to wszystko, czego mu potrzeba, z jej mimiki, spojrzenia, gestów.
– Czy będę mógł prosić o coś do pisania?
– Tu są, proszę, kartki…
– …ale
– O, a tu leżą długopisy, weź może jeden.
– Długopisy… Nie! Tylko nie to! Czy nie będzie pani w stanie znaleźć nie-długopisów?!
Kobieta łapie się na jakimś wspomnieniu… I właśnie w tej chwili kojarzy nagłą zmianę na jego twarzy z posiadaną wiedzą o tym, czym może skończyć się taka trauma: przerażeniem, wycofaniem się. Stara się reagować profesjonalnie:
– Ach, dobrze, już dobrze. Zatem, zobacz, wyciągam z tego etui, powoli wyciągam, wieczne pióro. Proszę, weź je.
– O, pióro, wieczne pióro… drogi człowieku… Wychodzi z pani taki dobry człowiek…
– Tak, tylko jednak, nie zniszcz. Pamiątka, bardzo ważna dla mnie, pamiętasz?

Mężczyzna sięga po pióro. W zupełnej ciszy waży je chwilę w dłoni. „Mój drogi” – tak chciałby zacząć. Ale szybko skreśla te słowa. – Chłopcze. – i znów skreślenie. Postanawia początek dopisać na końcu. A na razie zacznie nie zwracając się wprost do niego, nie zwracając się do nikogo – W drugim pokoju dzwoni budzik. To na Ojca, który musi teraz wstać i iść otworzyć ten swój kiosk z gazetami i papierosami. Na razie słychać jednak tylko Matkę, która wstaje pierwsza, aby zrobić wszystkim kanapki.

Zza zasłony przebija się na poduszkę ostre światło słońca. Przez otwarte okno wpada lekki wiatr, porusza zasłoną, światło faluje, wdziera się pod zamknięte powieki. Raz masz żółto w oczach, raz odbierasz cień i tak w kółko, w zależności od tego jak zawieje wiatr, jak ułoży się, zafaluje zasłonka. Nie da się już spać, tak to denerwuje, że lepiej odrzucić kołdrę i wstawać.

Dzień zapowiada się pogodny, w słońcu będzie bardzo gorąco. Ten lekki wiatr powinien przynosić chwilami jakąś ochłodę. Jest połowa czerwca, jeszcze półtora tygodnia szkoły i zaczną się wakacje. Świadectwo będzie słabe, ale w mig zapomni się tę czwartą klasę. Nikt nie zostaje na drugi rok, wszyscy idą do piątej… Wszyscy, jaka szkoda…

Trzeba się szybko umyć, zjeść śniadanie i udając wyjście do szkoły zejść do piwnicy, sprawdzić szafkę z trofeami. Jak to dobrze, że Ojciec zaraz poleci do tej swojej nowej pracy, a Matka zadowala się małymi kłamstewkami, nie dociekając skrywanych tajemnic. Wystarczy wziąć tornister i cokolwiek powiedzieć jej o szkole. Nie dopyta dokładnie o ten prawdziwy plan lekcji, nie sprawdzi godziny wyjścia, ani powrotu. Dzięki temu można czmychnąć do labiryntu piwnic i gubiąc tych paru, zaglądających tam w godzinach pracy sąsiadów, oglądać w podniecającym chłodzie lochów trofea. Matka nic nie wie, nie domyśla się, a przez to i nie przeszkadza. W domu nie ma niebezpieczeństwa, że wejdą ci w paradę, wszystko odbiorą, lub każą oddawać… A tam, na dole, ten dreszcz czuwania, to nasłuchiwanie czy gdzieś nie trzasną drzwi, czy nie nadchodzi gospodarz domu lub jakiś pracownik spółdzielni mieszkaniowej, aby zajrzeć do szafki elektrycznej lub węzła cieplnego, ktoś kto mógłby cię złapać na gorącym uczynku, z trofeami w rękach… To takie wspaniałe, gdy czujesz, że wszystkich ograłeś, że wszyscy z tobą przegrywają. Jesteś od nich lepszy, bardziej cwany. Nikt cię nie złapie, bo będziesz szybszy, gdyż dalej od nich widzisz w mroku, dokładniej od nich słyszysz w odbijającym echa pogłosów labiryncie piwnic. To ty tu jesteś panem, w tych chłodnych ciemnościach masz swoją tajemnicę i ukryty skarb. Oni nawet się nie domyślają. Dla nich to tylko zwykłe piwnice z szafkami elektrycznymi, węzłami cieplnymi, zaworami wody i gazu. A przecież prawda jest zupełnie inna. To jest miejsce ukrycia zdobytych trofeów, gdzie ty sam wprowadziłeś drugie, zupełnie inne życie. TAKĄ tajemnicę!

Zupełnie drugi, równoległy, ukryty piwniczny świat. I on jest twój, tylko twój. Ty nim rządzisz, ustalasz wszystko co i jak. I potrafisz go chronić przed wrogami, czyli wszystkimi ludźmi wokół – matką, nauczycielami, klasą, pracownikami spółdzielni. Dla tego świata jesteś jego bohaterem, zdobywcą, opiekunem, ale jednocześnie sam czujesz się tu bezpiecznie, bo dopóki okrywa go tajemnica, nikt ci tutaj nie będzie narzucał reguł innych od tych, niż te które ty sam ustaliłeś i teraz tylko je uznajesz, chcesz aby były właśnie takie a nie inne. Rozglądasz się, nasłuchujesz. Skradasz się, gotów czmychnąć na każdy zbyt bliski odgłos lub gdybyś niespodziewanie zza węgła wpadł na jakiegoś człowieka. I jest, zwyczajna, wisząca na ścianie szafka elektryczna. Metalowe drzwiczki zamknięte są zakręconym drutem, który nauczyłeś się błyskawicznie rozsupływać lub – jak trzeba – „zasznurować”, czyli zrobić odpowiedni węzeł, tak aby nikt nie poznał, że przed chwilą ktoś niepowołany (jakiś dziesięcioletni dzieciak) otwierał szafkę, że tu był, że myszkował w jej wnętrzu.

W środku, po otwarciu drzwiczek ukazuje się wewnętrzna ścianka z blachy. Wystają z niej pokrętła, odcinające prąd od konkretnych pionów i korytarzy w bloku. Ścianka i plastikowe uchwyty są blisko, masz je przy samej twarzy. Skonstruowano je tak, że cały uruchamiany nimi mechanizm znajduje się w przestrzeni ukrytej bardziej w głębi szafki, pomiędzy tą przednią ścianką z pokrętłami a tylną ścianą metalowego pudła, dotykającego muru piwnicy, do którego jest ono przymocowane. W środkowej części tej wewnętrznej ścianki, obok pokręteł zieje duży, prostokątny otwór. Gdyby stanąć na palcach i wsadzić do niego rękę, tak aż za łokieć, można końcówkami palców dotknąć od tyłu tych mechanizmów. Ale one zajmują tylko małą część tamtej zamkniętej przestrzeni. Jej reszta nadaje się doskonale do tego, aby cokolwiek w niej ukryć. To skrytka jak marzenie, drut odkręca się tylko wtedy, gdy ktoś chce włączyć lub odłączyć prąd w piwnicy, na klatce schodowej lub w którymś z pionów mieszkań. A i tak, jak już ktoś otworzy z drutu te drzwiczki, to przecież ludzie dotykają tylko pokręteł, nikt nie grzebie dalej, choćby w samym otworze, a tym bardziej za ścianką, w głębi szafki. Bo i po cóż miałby to robić? To nielogiczne i bez celu, a dorośli w ten sposób nie postępują, a przynajmniej tak się zarzekają. Jeżeli zatem ktoś włożyłby przez ten otwór pewne przedmioty do środka, leżałyby one tam latami niezauważone przez nikogo postronnego.
I leżą. Uwierz mi, że naprawdę leżą.
Wyjmowane rankiem, przed wyjściem do szkoły. Nie codziennie, ale i niezbyt rzadko. I czasem też po południu, po powrocie, z reguły wtedy, kiedy lekcji jest tylko cztery albo pięć, a zatem jeszcze przed obiadem. Późniejszym popołudniem i wieczorem prawie wcale, bo sąsiedzi po godzinach pracy po prostu kręcą się po piwnicach niemal cały czas. Praktycznie niemożliwe jest wtedy upolować chwilę sam na sam z szafką energetyczną.
Wyjmowane z pietyzmem. Brane z miłością do rąk. Dotykane, muskane, oglądane po stokroć. Wzbudzające dumę. Dające przyjemność i satysfakcję z odczuwanego przez ich poprzednich właścicieli żalu, przykrości i kłopotów, a co ci w takich chwilach podsuwa wyobraźnia. Właścicieli, czyli tych, którym są one potrzebne, niezbędne przy tej najbardziej normalnej, przyziemnej, choć drobnej – ba, co by nie było to jednak po prostu – codziennej, życiowej wręcz czynności na każdej z kilku lekcji w szkole. Ileż to się oni tego naszukają, ileż napłaczą z powodu zauważonego w najmniej odpowiedniej chwili braku. A potem działając w malignie, roztargnieni starają się wyjść z trudnej, kłopotliwej sytuacji, jaką jest ta strata. Czasem skutecznie, a czasem bez sukcesu, co tylko potęguje ich nerwowość, nieskoordynowane, bezmyślne miotanie się, zagubienie. Odchodzi ich spokój i pewność siebie. Zapominają, co wiedzieli, to, czego się przedtem długo uczyli, tylko po to, aby właśnie w tej chwili zabłysnąć, wykazać się, odnieść sukces. I dzięki temu tracą nie tylko rzecz – to co chowasz w szafce jako trofeum, ale tracą też swój dobry wizerunek w oczach ludzi, na ocenie których im zależy, a przynajmniej – na tym etapie funkcjonowania – powinno zależeć. Wyrwani do odpowiedzi nie potrafią powiedzieć tego, co normalnie by im przyszło bez trudu i wyrecytowaliby z pamięci. Gubią wątek pisząc, licząc, rysując, wychodzą im złe wyniki, konstruują nieskładne zdania, mylą fakty i logiczne następstwa zdarzeń.
W skrzyni leżą długopisy czwartoklasistów. Dziesiątki długopisów…

– Tego dnia dyżur w klasie powinna mieć Beata Dunaj i jej najbliższa przyjaciółka, mieszkająca w bloku przy Waszkiewicza, na parterze…
Mężczyzna przerywa. Jest spokojny, tylko nerwowo porusza obsadką ponad blatem. Chociaż ma lekko podniesioną głowę, a wzrok utkwiony gdzieś w górze i nie patrzy na swoje, obracające pióro palce, kobieta odbiera całą sytuację w bardzo ograniczony, nieubłaganie ściśle zorientowany sposób:
– Co się stało? Pióro jest zepsute! – z jej głosu przebija strach o wartościowy dla niej przedmiot. I rozczarowanie, bo przecież zawierzyła mężczyźnie. Wbrew wszelkim regulaminom. A tu zamiast zrozumienia, współdziałania spotyka ją taki brak ostrożności i zupełne zlekceważenie…
Mężczyzna spogląda na nią z politowaniem. Ale bez krzty współczucia. I korzysta z osiągniętej przewagi, aby dostać to czego potrzebuje. Pomrukuje niewyraźnie:
– Mhm, u – u…
– Jesteś zmęczony? Chcesz przerwać?
Kobieta od pewnego już czasu nie jest sobą. Zrobiła fałszywy krok. I zaczyna ponosić tego konsekwencje. Los obchodzi się z nią w bezlitosny i okrutny sposób. Nie wybacza najmniejszego błędu, jakiekolwiek chwili słabości.

Czwartek, godzina 9:00

– Odpocząłeś od wczoraj? Możesz kontynuować?
Spogląda mu prosto w oczy. On nie odwzajemnia spojrzenia, ucieka gdzieś wzrokiem.
Co ona sobie myśli, gdy z jeszcze większą troską w głosie zadaje kolejne pytanie?
– Tam w ogóle można odpocząć? Wyszedł mi chyba jakiś oksymoron, przepraszam… Nie rozmawialiśmy jeszcze o tym… Jak cię traktują… Możesz o tym mówić?
Widzi jego spuszczony wzrok, utkwiony w blacie. Słyszy niewyraźne mamrotanie, coś jakby:
– Czy traktują…? Co, mówić…?
– No tak, rozumiem. – odwraca ze wstydem głowę i rozkłada na stole zapisane arkusze kratkowanego papieru – Te wczorajsze zapiski już przeczytałam. Od deski do deski. Zatem, kontynuuj może, od dziewczyn dyżurnych tego dnia. Beata Dunaj i Mirella Grüner.
– Tak, to niezwykle ważne – mężczyzna doznaje nagłej przemiany. Dzisiaj, teraz jest już spokojny i pewny siebie – Akurat te dwie dyżurne zawsze na początku każdej przerwy, czy jest taka potrzeba, czy nie, lecą namoczyć pod kranem w ubikacji gąbkę do tablicy. I aby się nagadać ze sobą, zostają tam zawsze dłużej niż inne. Wracają obie gdzieś dopiero w połowie przerwy. W pogodny dzień klasa dzięki temu przez kilka minut jest zupełnie pusta…
– Skąd masz o tym takie informacje? – i nagle tknięta jakimś impulsem, rzuca jakby od niechcenia: – Wiesz co, opowiedz mi teraz, proszę, o Piotrku Pasternaku.
On, w końcu, patrzy prosto na nią. Jest zdziwiony, jednak daje się jej zaskoczyć. A ona uśmiecha się zadowolona.
– Spytaj swojej koleżanki, Wiolety, droga kobieto – mężczyzna ratuje się opryskliwym tonem.
– Pytam ciebie.
– Ale czy to nie ona skończyła to Studium Nauczycielskie!
– Jak wiele innych… Minęło dwadzieścia lat, teraz ty...
– Ja?
– Tak, ty, drogi człowieczku. Koniecznie ty.
– Niewielu z czwartej „c” mieszka na osiedlu Łużyckim, przy Waszkiewicza. Bo większość jest z tych punktowców poniżej szkoły, przy Kaczym Dole i z tego mrówkowca i z tych już gotowych wieżowców przy Jóźwiaka. I jeszcze z tego wieżowca blisko rogu Zubrzyckiego i Zawadzkiego. A Kotlarski mieszka przy Jóźwiaka, w wieżowcu. A Pasternak w punktowcu, poniżej. I Mariusz Sieja, też w wieżowcu, razem z Kotlarskim. A Kotlarski i Sieja ganiają przez Sawickiej i Findera, koło SAM-u „Monika” na tory dawnej kolei szprotawskiej i podkładają złotówki pod parowozy… Bo to, łobuzeria jest taka… A Pasternak bardziej czyta książki, przysłuchuje się ojcu, nie łobuzuje. I interesuje go psychologia.
– Jedenastolatka? Jesteś tego pewien?
– Czy ja jestem? A oczywiście! Bo niech pani tylko posłucha jak rozmawiają sobie z tą Dunajówną…
– Opowiedz mi, o tym, jak rozmawiają.
– Bo w bloku mieszkają różni ludzie. A stary Pasternak, co go zna pani koleżanka, Wioletta, jest na ten przykład profesorem w szkole pedagogicznej. I chyba zajmuje się książkami i pisarzami, ale interesuje go też psychologia. A w klatce są też tacy różni: dziennikarz z gazety, urzędnik, milicjant, czy żołnierz, księgowy. I spotykamy się przed blokiem, pogadamy o samochodach. A i zejdziemy się z raz w tygodniu w piwnicy i przepijemy do siebie. Bo ktoś komuś pomoże przy meblach, kto inny uszczelni drugiemu kran. Bo sąsiad sąsiadowi lepiej i prędzej pomoże niż ci, pożal się Boże, fachowcy ze spółdzielni.
– Przecież ty tam nie mieszkasz…?
– A, ale zachodzę często do takiego staruszka… Bo on też był SOKistą i teraz poszedł na emeryturę. A mnie wyrzucili… I przedtem… Bo jak obaj jeszcze byliśmy Strażnikami to on się mną niby opiekował, tak służbowo. I ja zacząłem do niego chodzić, do mieszkania. A on mieszka pod tym Pasternakiem… Profesorem. I jego synem, Piotrkiem, z tej właśnie czwartej klasy. Czwartej „c”.

Czwartek, godzina 9:20
Opowieść o lokatorach punktowca, sąsiadach prof. Pasternaka
Ojca Piotrka z IV klasy „c” szkoły podstawowej nr 1 (przy ul. Gwardii Ludowej)

To było tak.
Okienko od piwnicy miało całkowicie opuszczoną ramę. Na zewnątrz, tylnymi kołami na trawniku stał „maluch” z odchyloną klapą silnika, otwartymi drzwiami od strony kierowcy i podniesioną do góry maską. Ze ścianki działowej bagażnika wystawały kable, połączone w powietrzu klamrami z końcówkami przedłużacza, który napięty do granic znikał w piwnicznej czeluści.
– Dobra, mam! Już podłączone! – dobiegł stamtąd piskliwy jak na mężczyznę w sile wieku głos zefamowskiego elektryka spod dziesiątki na drugim piętrze.
Niewysoki, grubawy buchalter spółdzielni ogrodniczej, ten z parteru, otarł chusteczką pot z czoła i zanurzył się prawie cały we wnętrzu bagażnika fiata. Duża, okrągła głowa znikła zupełnie, tak samo wystające z podwiniętych rękawów koszuli, tłuste i krótkie ręce. Aż dziw jak to wszystko się tam zmieściło?
– Sąsiad, no może sąsiad już próbować zapalać – wydostał się miły, ciepły, choć silny głos
W maluchu na przednim siedzeniu po lewej, przed kierownicą siedział dosyć wysoki, ale przeciętnej postury mężczyzna w średnim wieku, o trójkątnej, podłużnej twarzy, z wysokim czołem i głęboko osadzonymi oczami. Spodnie od garnituru, biała koszula rozpięta pod szyją, gładko ogolona broda i policzki. Włożył kluczyk do stacyjki, przekręcił, poniżej kierownicy nacisnął na pedał gazu.
Samochód nie zareagował.
– Nie, nie tak, panie Profesorze! – zaoponował stojący przy otwartych drzwiach były strażnik kolejowy. Ten znajomy SOKisty, tego spod czwórki, ostatnio, odkąd zwolnili go ze Służby, przychodził tu na całe dnie. W sumie, nawet specjalnie nie było wiadomo po co, bo przecież już nie gadał, tak jak dawniej, ani ze starym ani z jego żoną. Za to najczęściej przesiadywał samotnie, godzinami, na ławce przy placu zabaw, po drugiej stronie osiedlowej zatoczki.
– Sąsiad, spokojnie, powolutku – wyprostował się buchalter, wyjrzał z tej swojej dziury i zrobił dwa kroki ku siedzącemu za kierownicą – Tak jak powiedziałem, sąsiad, próbuj zrobić to dokładnie. Wpierw sprzęgło – dodał łagodnie i szybko wrócił na swe stanowisko.
Twarz profesora przybrała zawzięty wyraz. Układ ust, jaki przybrał, wskazywał na wielką determinację. Mars pokrywał czoło. Ale polski fiat 126p to nie kolejna historia z pogranicza literaturoznawstwa i meandrów biografii właściwego wieszcza, czy klasyka. On się tak łatwo nie chciał poddać. Zacharczał, zacharczał – i znowu nic.
– Jak to nie akumulator, to do wymiany są szczotki, to pewne, identiko – pojawił się niczym spod ziemi właściciel piskliwego głosu.
Profesor z zatroskaną miną wygramolił się z auta.
Mikry, niski i chudziutki elektryk zielonogórskich zakładów meblarskich, który wyszedł w międzyczasie z piwnicy, pozostawiając tam całą swoją maszynerię złożoną z kabli, stanął nad otwartym bagażnikiem. Z drugiej strony, naprzeciwko ciągle schowanego w nim do połowy buchaltera.
Specjalista od rachunkowości, okrąglutki mieszkaniec parteru, zwany był w bloku „złotą rączką”. Z racji tego, że pomagał wszystkim we wszystkim. A potrafił doprowadzić każdą rzecz, za którą tylko się zabrał, do końca, czy to był mechanizm, czy elektryka, czy cieknąca rura. Wtedy też było wiadomo, że nie odpuści, nigdy nie odpuszczał, aż doszedł przyczyny awarii i ją usunął.
– To chyba gaźnik – wszedł w słowo elektrykowi – Chcę go próbować sąsiadowi czyścić…
Chudzinka spod dziesiątki obruszył się.
– A skąd znowu! To identiko sprawa elektryki. U nas na zakładzie było tak, że przyjechał nie dalej jak w zeszłym tygodniu, z Nowego Miasteczka, z podzakładu, ichni kierownik, do naszego działu wzornictwa… Starą „warszawą”. I ta też mu tak zgasła, identiko. Nie mógł zapalić, tak jak i tu, dokładniuśko. I to była prądnica. Ha, i zrobiłem mu ją, na cacy, a jakże…
– Drogi człowieku, czy prądnica w tym maluchu…? – zaczął z wyrzutem strażnik bez etatu.

– Sąsiedzi! – w oknie piwnicy pojawiła się rumiana, nieco nalana twarz tego milicjanta z czwartego piętra – Należy się, należy nam krótka przerwa. Ja odpalam nową butlę i właśnie…
– Ale co, na tym miłym słoneczku, czy musowo idziemy w lochy? – podjął temat elektryk.
– Drodzy ludzie, nie, wejdźmy do środka. Nie wypada, panowie, tak w ciągu dnia pić alkohol na oczach dzieciaczków – były strażnik wskazał ręką na piaskownicę, huśtawkę między słupami i huśtawkę – równoważnię z konikami, oblepione najmłodszymi mieszkańcami czterech okolicznych punktowców.
– No, to idziemy już, idziemy. Ja mam tu trzy składane krzesełka – zachęcał milicjant.
Ruszyli całą czwórką, profesor nawet nie zamykał samochodu, zostawił tak otwarty i z tyłu, i z przodu, tylko drzwiczki przy kierowcy klapnęły zatrzaśnięte, ale nie na klucz.
Przeszli po trawniku, potem chodnikiem przed drzwi wejściowe do budynku a dalej – już w środku – czekały ich kolejne, wewnętrzne drzwi i za nimi schody w dół.
W tych drugich drzwiach, za którymi było zejście do piwnic, natknęli się na konduktorkę z miejskich autobusów, mieszkającą pod dwójką z prawie dorosłą córką. Profesor wytwornie przepuścił ją przed wszystkimi, przytrzymał drzwi, aby swobodnie przeszła. Jako że niosła w obu rękach siatki z pustymi wekami, w jej oczach pojawiła się niema, ale głęboka wdzięczność.
Zeszli wszyscy dziewięć schodków w dół wąskim i niskim korytarzem. W niszy na dole rozgałęział się on na dwa kolejne, w ogóle stawało się bardziej przestronnie. Piwnice milicjanta, elektryka i konduktorki były na lewo. Po chwili doszli do kolejnego rozgałęzienia, a w zasadzie przecięcia się dwóch korytarzy na krzyż. Znowu skręcili w lewo gdzie w korytarzyku odchodzącym prostopadle od głównego ciągu była piwnica milicjanta i „złotej rączki”. Gdyby w tym miejscu skręcili w prawo, trafili by do piwnicy konduktorki.

Na wprost, za tym skrzyżowaniem, na ścianie wisiała duża skrzynia energetyczna a dalej obok niej wiodło główne przejście do kolejnych rozgałęzień. Wzdłuż tego głównego ciągu nie było bezpośrednio wejść do piwnic. Drzwi do piwnic konkretnych lokatorów ulokowane były w tych bocznych, prostopadłych korytarzykach. Były one krótkie, mieściła się wzdłuż nich zaledwie para piwnicznych drzwi po każdej stronie, a kończyły się oknem, jedynym źródłem naturalnego światła.
Tu też właśnie, przy skrzynce, spotkali pielęgniarkę z trzeciego piętra.
– A co to, znowu ma pan te problemy z maluchem, panie profesorze? – wskazała na zwisające kable, idące po posadzce w stronę otwartego okna. – Czy dzieciaki coś nabroiły?
Nad tym kablem milicjant rozstawił już trzy składane krzesełka turystyczne. Obite kolorowym materiałem, ułożonym w pasiasty deseń żywych barw – na przemian czerwony, zielony i żółty – drewniane stelaże wyróżniały się w jednolitej szarości piwnic.
– Co to się tam dzisiaj rano stało na trasie? – pielęgniarka szturchnęła w ramię konduktorkę. U nóg tej pierwszej stała kobiałka z ziemniakami. Widocznie kobieta zeszła do piwnicy po kartofle, które miała gotować na obiad dla męża, redaktora gazety i obojga drobiazgu, 9-letniej Eli i o trzy lata młodszego Czarka. Chwilę przedtem przymknęła kolanem drewniane drzwi swojego segmentu, włożyła kabłąk kłódki w metalowy skobel i przekręciła kluczyk. Zrobiła kilka kroków w stronę wyjścia, ale przystanęła w rozwidleniu, zaciekawiona tym całym pochodem. Mężczyźni ominęli ją w milczeniu, być może nawet nie zdając sobie w pełni sprawy z tego że ona tu jest. A ona sama nie ośmieliła się do nich pierwsza odezwać. Może gdyby byli pojedynczo, no we dwóch, albo gdyby, jakoś tak na nią akurat wypadło… – ale tak, starczyło jej odwagi tylko na tyle, aby zagaić profesora i kobietę, która z nimi zeszła.
Wszelako konduktorka tylko wzruszyła ramionami.
– A gdzie, niby?
– Chyba gdzieś na trasie „siódemki”. Z rana, przed wpół do ósmej… Jak dzieciaki do szkoły…
– Kochana, nie wiem! My już teraz na wozach nie jeździmy.
Milicjant wystawił tymczasem ze swojej klitki pękaty gąsior. Wyjął z zakorkowanego otworu wlewu rurkę fermentacyjną i zamienił ją na cienki wężyk. Pochylił się nad baniakiem, wziął w usta końcówkę węża i zassał. Jak tylko w rurce pojawił się ciemnoczerwony płyn, szybko wypluł wężyk i zanurzył go w szklance musztardówce. Ta powoli napełniała się…
– Łapiemy się, łapiemy za stołeczki. Każdy bierze swój i można siadać.
Mężczyźni wzięli w ręce po krzesełku i „każdy” lekko przestawił swoje, według jakiegoś, znanego tylko jemu schematu.
Profesor statecznie, z dozą majestatu. Oszczędne ruchy, bez poszarpywania – postawił swoje siedzisko przy przeciwnej ścianie niż gąsior i pozostałe krzesełka.
Buchalter, „złota rączka”, swoje podniósł niemal do niskiego, jak to w piwnicy, sufitu, wyprostował ręce i w takiej pozycji przeniósł je parę kroków, aż w końcu postawił na początku bocznego korytarzyka, przed jego skrzyżowaniem z ciągiem głównym. Za głową miał skrzynkę energetyczną i opierającą się o nią pielęgniarkę.
Elektryk tylko szurnął swoim po betonie, aż całość się zatrzęsła. Klepnął silnie dłonią w materiał, nerwowo, jakby trzepał dywan i zasiadł zamaszyście niemal przy samym gąsiorku, vis a vis profesora, a obok buchaltera (patrząc od strony najistotniejszego w tej sytuacji i scenerii gąsiorka – to de facto przed buchalterem).
Tylko były strażnik kolejowy, gość w bloku, a nie lokator, dla którego zabrakło krzesełka, po prostu odsunął się tak jakoś w kierunku „złotej rączki” i stanął wygodnie oparty o ścianę, przed skrzyżowaniem korytarzy, naprzeciw buchaltera, a obok obu kobiet. Mógł teraz jednako brać udział, tak w dyspucie mężczyzn, jak i przysłuchiwać się rozmowie pań.
Dopełniał tego wszystkiego milicjant, stojący okrakiem ponad gąsiorem, tak już bardziej za nim, a przed zamykającym przestrzeń oknem, z którego zwisały te przeciągnięte wcześniej przez elektryka od skrzynki do „malucha” profesora kable.
Wężyk przeszedł już przez wszystkie pięć musztardówek.
Każdy przechylił swoją szklankę, upił nieco płynu. Dały się słyszeć parsknięcia, pokasływanie, także takie pomruki: „yaa… a-a!”
– Mocne!
– Co tam sąsiad dolał, khe – khe…?!
– Czujemy co, czujemy? – milicjant dumnym głosem jednoznacznie zasugerował potwierdzenie przypuszczeń pozostałych.
– Czysty spirytus spróbował sąsiad? – podpytał buchalter.
– Czyściutki. Najprawdziwszy – delektował się własnym sukcesem gospodarz.
– Przy której próbie tak to wyszło sąsiadowi? – dociekał buchalter.
– A, ja nie mogę, nie mogę… – zawiesił głos milicjant – tajemnica zakładu, tajemnica!
Kobiety były na razie myślami daleko od degustacji.
– Przed ósmą, przywieźli nam autobusem na pogotowie rannego. Właśnie z linii „siódemki”. Pomyślałam sobie, że może pani będzie coś o tym wiedzieć? Nie miała dziś pani służby?
– Nie kochaniutka, od tego roku to my tylko sprawdzamy bilety. I to też tak, wiesz, jak… Wsiadamy do wozu na przystanku, sprawdzamy wszystkich pasażerów jak leci i na następnym przystanku wysiadamy i czekamy na nowy wóz. Chyba, że ludzi jest tyle, że musimy jechać dwa albo i trzy przystanki…
– Czy ludzie będą teraz wyłudzać przejazdy bez biletu? – zdziwił się strażnik.
– A będą, żebyś pan wiedział! – zapalczywie zgodziła się kobieta – I my teraz jesteśmy od tego, aby łapać takich gapowiczów. I dajemy im mandaty.
– Czy dobrze widziałem, pani konduktorko? Czy wasze siedziska, z których sprzedawaliście i kasowaliście wchodzącym pasażerom bilety, są nadal? W każdym autobusie, przy drzwiach…
– A są jeszcze. Przecież to ledwo co na wiosnę rozwiązali nas, czyli „żywych” konduktorów. Wtedy to powkładali te automatyczne kasowniki, samoobsługa! Marka „Krak”, kochaniutki!
– To skąd, droga pani, podróżni mają teraz brać same bilety…?
– A do kiosku „Ruchu”, kochany, to pójść nie łaska…?
– Tak, potwierdzamy to, potwierdzamy. Moja żona też tak kupuje, w kiosku… – wtrącił spod okna milicjant, dołączając do rozmowy.
Niepocieszona brakiem interesujących ją informacji, pielęgniarka sięgnęła po kobiałkę, gotowa pójść w końcu do mieszkania, pichcić ten obiad.
Ale ni stąd ni z owąd wspomógł ją elektryk.
– A kto to był, co go tak raniło w tym autobusie? Wypadek jakiś? Czy jak?
– Z tego co pacjent mówił, to wsiadał do „siódemki” na przystanku na Łużyckiej, ale nie na naszym. Na tym kolejnym, za wiaduktem. Za więzieniem. Jak to po siódmej, był tłok. Szofer ruszył zbyt szybko i zatrzasnął drzwi, gdy nasz pacjent jeszcze wsiadał. I nie zdążył schować ręki i przytrzasnął palce. Boże, nawet nie myślę, jakby trafił na dziecko, w drodze do szkoły!
– Mus to był San. W Sanie automatyczne drzwi tak dobijają, całą siłą do ramy wozu. – wtrąciła konduktorka – W Jelczu drzwi przymykają leciutko do środka, skrzydła tak ku sobie.
– W tych autobusach nie patrzą na ludzi! A kierowcy, to wcale! – ostro skrytykował elektryk, ale w obronie kierowców, w równie zapalczywym tonie, stanął strażnik:
– Nie wiadomo, jak to było drogi człowieku! Bo najczęściej jest tak, że to gówniarze z osiedli wskakują na ostatnią chwilę, gdy już drzwi się zamykają, a wóz rusza… Bo zabawę z tego sobie robią i chcą w ten sposób pojechać bez biletu w na pół otwartych drzwiach…
– …i jak ten robotnik zaczął krwawić i mdleć, to inni zaczęli krzyczeć. Aż szofer się zorientował i pojechał, prosto do nas, na pogotowie. Ale wiecie państwo, tak ze wszystkimi ludźmi – cicho dokończyła pielęgniarka – A ja jakbym już widziała wśród nich moją Elę.
– To widzimy to, widzimy, że daleko z trasy nie zjechał – trzeźwo zauważył milicjant – Tyle co z Westerplatte, zamiast w lewo na dworzec, skręcił w prawo… Ciekawi to, ciekawi pewnie wszystkich, czy wrócił potem jeszcze z powrotem, czy też minął przystanek przy „Lumelu”?
– Tak, tam można pojechać prosto Wyspiańskiego, identiko. Między parkiem a tym nowym wiaduktem nad torami. Tym przy dworcu PKP – to powiedział elektryk.
– No właśnie, sama byłam ciekawa, jak to dokładnie od początku było? I jak się potem skończyło dla szofera? Dlatego pani spytałam, sąsiadko…
– A poszkodowany? Jaki stan zdrowia? – dopytywał się, zaciekawiony, profesor.
Pielęgniarka niewiele jednak wiedziała.
– To był robotnik, bodaj z „Lumelu”. I jechał, tą „siódemką”, akurat do pracy. Chyba go tylko zszyli, bo rentgen nic nie wykazywał. I po zabiegu normalnie poszedł do roboty, blisko miał. Ja sama już byłam po nocce, szłam do domu, do dzieci. Tak to tylko podglądałam z daleka, na odchodnym, przez ramię… I wyślij tu dziecko autobusem do szkoły – zakończyła smutno.
Milicjant wziął w dłonie wężyk…
– No, sąsiedzi, jak smakuje, to komu smakuje – ja proponuję – na drugą nóżkę…!
Posmakowali znowu. Tym razem było słychać tylko cmoknięcia i odgłos głośnego przełykania. Przepędzone kilka razy domowej roboty wino, czyli de facto własny winiak, dodatkowo wzmocniony spirytusem, naprawdę wszystkim dogodził.

 

13 grudnia / 13th December / 13. Dezember

English
Deutsch

Michal Talma-Sutt

Drodzy Państwo

Fortuna kołem się toczy, jak się okazuje – historia też. Dla kogoś, kto całkiem już świadomie przeżył 13 grudnia 1981 roku w Polsce, obrazy z najnowszymi protestami w naszym kraju, a zwłaszcza rola jaką w nich odgrywa policja oraz obóz władzy, muszą budzić przykre skojarzenia. Także retoryka polityków Zjednoczonej Prawicy, na czele z głośnym już przemówieniem pewnego posła z kotem, pogłębia moje wrażenie, że podróże w czasie mogą być jednak możliwe. Tylko inaczej jak myśleliśmy, nie my wędrujemy w czasie (do tyłu), to czas przeszły zdaje się wędrować do nas, w wersji dość idiotycznej.

No cóż, najwyraźniej nie potrzeba dzisiaj Tuwima ze Słonimskim, aby pisać nową wersję „W oparach absurdu“, wystarczą nasi politycy, głównie ci lepszego sortu, niestety czasem także z opozycji. Nie zazdroszczę polskim satyrykom. W czasie, gdy życie zamienia się w jakiś, co prawda ponury, ale jednak kabaret, uprawianie satyry staje się tak trudne, że prawie niemożliwe. Trudno przecież przebić przygody posła Suskiego z Katarzyną Wielką w czasie przesłuchania komisji ds. Amber Gold. Wiem, że dowcip był nie zamierzony, ale mimo wszystko…

No i oczywiście, jakość tego kabaretu też kiepska, Laskowikowi i Smoleniowi do pięt to nie sięga. No cóż, to byli profesjonaliści, dzisiejsi komedianci w polskim Sejmie i Senacie, w ministerstwach i komisjach a także w Trybunale Konstytucyjnym i co raz częściej w prokuraturze, to amatorzy. Co gorsza, także we własnym wykonywanym zawodzie.

Mają też ogromnego pecha, na arenie międzynarodowej odgrywają coraz mniejszą rolę, szansy na zdobycie jakiejkolwiek nagrody politycznych złotych malin nie mają żadnej, te mianowicie we wszystkich kategoriach powędrują do Trumpa, czyli naczelnego Pajaca najważniejszego (chwilowo jeszcze) kraju na świecie.

Tak na marginesie, polityczna zmiana w USA, spowoduje, że jedynym sensownym wyjściem dla PiSu i przystawek, będzie wejście Polski w skład Monarchii Brytyjskiej, zaraz po tym jak Szkocja zrobi tam wolne miejsce dla nas. Terytorialnie Wielka Brytania na tym nie straci, a nawet zyska. Nowe znaczenie otrzyma termin wewnętrznej emigracji, młodzi Polacy nadal będą mogli masowo wyjeżdżać tam, gdzie zawsze najchętniej chcieli pracować. Pozostaje pytanie, czy Złoty czy Funt Sterling. Dostęp do morza mamy, można byłoby pomyśleć o odbudowaniu Imperium. Oczywiście można oczekiwać, że także Polska błyśnie dyplomatyczną propozycją, żeby to Wielka Brytania się do nas przyłączyła, bo fajnie byłoby mieć jeszcze jedną wyspę poza Wolinem, przepraszam, pół wyspy. Po długich negocjacjach i osiągnięciu kompromisu, ostatecznie przystąpimy do Królestwa Zjednoczonej Wielkiej Brytanii i Polski. Potem tylko hulaj dusza do kontusza, marzenia o wielkości spełnione, a co tam, że tylko w nazwie, która zresztą była naszą kartą przetargową wspomnianych negocjacji.

No i tak oto ratuję się jednak humorem, choć w sumie śmiesznie nie jest. Właściwie powinienem przestać się tym wszystkim przejmować i zająć się tylko sztuką, czyli moją muzyką. Ale jak na początku wspomniałem, Fortuna kołem się toczy i ostatnio się potoczyła tak, że nie mam na czym pracować, mój komputer odszedł do nieba lub piekła (kto to wie?) i liczę na Państwa pomoc. O moim problemie można przeczytać tutaj, po polsku, po niemiecku lub po angielsku.

Życząc Państwu Wesołych i spokojnych Świąt (na ile w tych szalonych czasach jest to możliwe) oraz Szczęśliwego Nowego Roku, serdecznie pozdrawiam z Berlina.

p.s. a tutaj można posłuchać mojej muzyki.

Odcinek 2

Pamiętacie? poprzedni odcinek kończył się tymi słowami:

A jednak. Te ostatnie dziesięć, czy nawet kilkanaście schodów sprowadza nas na skraj wielkiej, podziemnej sali. Nie widzisz jej sklepienia ani ścian. Wokół jest przecież ciemno, a one są daleko od ciebie, daleko od siebie. Wyczuwasz tylko tę przestrzeń poprzez niosące się echo twoich kroków, echo skapujących kropel wody, poprzez nagle rozrzedzoną wilgoć, powiew powietrza (skąd w tej pieczarze wiatr?) Czujesz ją intuicyjnie, nie widzisz jej, ale wyobrażasz ją sobie.

Mieczysław Bonisławski

Nie widzisz, ale zdajesz sobie sprawę, że pod nogami masz wodę. To nie są kałuże, ale stojąca woda. Od krańca, po kraniec. Wypełnia płytko, może tak do kostek, wszystkie zagłębienia. Ale nie, tu nie ma zagłębień. Chropowate, kamienne dno jest płaskie, całe zalane kilkunastocentymetrową tonią wody. Nie ma zagłębień, jest płaskość, z której co metr, dwa – a może tylko co półtora metra – wystają obrobione ręką ludzką, prostopadłościenne kamienne bloki. Jest ich dużo, całe mnóstwo. Wydają się być rozrzucone chaotycznie, ale w miarę równomiernie po całej przestrzeni.
Nie chcąc zamoczyć nóg, stąpasz po tych blokach. Skąd wiesz jaki trzymać kierunek? Przecież wokoło nic nie widać, w każdą stronę jest pozornie tak samo. Twój błędnik już dawno ogłupiał. Nie da się racjonalnie ocenić gdzie jesteś i dokąd zmierzasz? Czy to instynkt samozachowawczy ci podpowiada kierunek, nakazuje ci iść tam, (chyba) do przodu, zamiast uklęknąć i poddać się? Nadaje sens w sytuacji bez sensu, pokazuje jakieś wyjście z sytuacji bez wyjścia?
No i jednak. Kończy się zalane pole kamiennych prostopadłościanów. Docierasz do przeciwległego końca tej podziemnej hali. Przed tobą, na prawo, na lewo wyrasta pionowa, sucha, niemal płaska ściana skalna. Znowu nie wzrokiem, ale czuciem, słuchem, węchem namierzasz jedno, drugie, trzecie wąskie wejście gdzieś dalej, w głąb ściany.
U jej podnóża ciągnie się na szerokość trzech stóp chodniczek, tak wąziutki, że łatwo go nawet nie zauważyć. A co dopiero nim iść. Robisz jednak tędy kilka kroków w prawo. Zagłębiasz się w pierwsze wejście. Po chwili wracasz. Nie, tędy nie. Dlaczego? Gdy stoisz przed tą ścianą kończącą skalną halę, słyszysz jakby za tą ścianą ów podziemny wodospad. Przez szum spadającej wody przebija się chyba czyjś głos. Może to głos dziecka? Nie wiadomo, ale „tam” coś jeszcze jest. A może nawet coś i ktoś? Czy to cię tak ciągnie ku sobie, czy chcesz, pragniesz jeszcze czegoś nowego, tajemniczego, spotkania z kimś nieznanym, przybyłym ze świata wyobraźni?
Pierwszy korytarz, ten do którego prowadzi pierwsze wejście, był suchy, cichy. Odgłosów w nim nie było i wiódł w górę. Do wyjścia, ku codzienności normalnego świata, który właśnie opuściliśmy i do którego nie chcesz teraz jeszcze wracać.
Zatem nie wracasz do swojego dnia, wracasz na środek chodniczka wzdłuż skalnej ściany. Próbujesz kolejnego wejścia, tego o kilka kroków w lewo. I – niestety to samo. Gubisz w nim odgłosy, korytarz wydaje się krótki, wąski, ale nie przytłaczający. Proste, równe i bezpieczne schody prowadzą do góry. Gdzieś na końcu prześwituje słońce. Niemal widzisz ten tłum milczących teraz ludzi. Spoceni pod pachami, z odciskami plastikowych obręczy uchwytów toreb na dłoniach, z zaciśniętymi ustami. Mężczyzna nie mówi miłych słów do kobiety. Oczy ma zwężone, pełne złości. Kobieta idąca przed nim ucieka od tego wzroku. Sama niesie w swoich oczach rozczarowanie. Druga, gdzieś obok niej kryje w oczach tylko zmęczenie. Nie ma już w nich miejsca nawet na złe uczucia, na niespełnienie.
Z innego mężczyzny emanuje to, że pogodził się już z „tym wszystkim”. Widać jego wypalenie. To było niegdyś buchające snopem iskier ognisko, wulkan pomysłów na niezwykłe przygody. Troje wrzeszczących dzieciaków podąża za nim krok w krok. Przewodnik turystyczny bez skutku mozoli się, aby je czymkolwiek zainteresować. Patrzy z prośbą w stronę kobiety, ale ta ucieka wzrokiem (i myślami) gdzieś daleko, hen. Może do spokojnego pokoiku w rybackiej chacie, gdzie ponad prostym łóżkiem i małą komódką roją się nadzieje, miłość i pragnienia? Gdy się ocknie, poznać po niej, że „to” wie. „To”, że w klimatyzowanym hotelu, między telewizorem a automatem do wody sodowej już nic się nie roi. Może poza zmęczeniem… Tak, ten zmęczony, milczący tłum na placu przed starożytną świątynią, któremu nie pomoże już żadna modlitwa, do jakiegokolwiek, umarłego wraz z tą świątynią boga.
Ale przecież tego landszaftu nie widać z dna skalnej hali pod ziemią. To była tylko wyobraźnia. Jakaś tania makatka, podłego asortymentu. Jej autor nie utkał twórczej wizji, nie przekazał nic odkrywczego. Wyszedł mu nudny moralitet, z postaciami sztampowymi i bez wyrazu. Nachalna scholastyka, bez blasku i polotu. To nikogo nie porwie, nie zachęci do żadnych zmian. Porwać jedynie można kartkę, na której by to wszystko ktoś zapisał. Porwać z bezsilności, z nudów.
Czy obywatelka to zapisuje?

– Ja?

– Istotnie. Będzie mogła to obywatelka potem porwać. Te zapisane przez obywatelkę kartki.

– Przestańcie z tą „obywatelką”! Panie Olku, proszę, co to znaczy…!?

– Czy zapisuje to pani, drogi człowieku? I będzie chciała pani jednak sobie to poprzedzierać?

– Coś niecoś tam sobie zapisuję. Tak, troszeczkę bazgrolę… Ale! Proszę już mówić dalej… A ja, dlaczego miałabym to rwać…? To jest bardzo ciekawe.

– Czy naprawdę? Patrząc na panią, drogi człowieku, można odnosić przeciwne wrażenie.

– Tak. Naprawdę?

– Nie ma też żadnego blasku tam na górze. Są schody, które przyprawiają cię o wymioty, gdy pomyślisz o powrocie. Nie, cofasz się do hali, na twój chodniczek. Tu, gdzie tak wyraźnie słyszysz za ścianą wodospad i głos szczęśliwego dziecka. Skąd te tajemnicze odgłosy, którędy do nich dojść? Jak trafić?
I rozglądasz się, choć w tych ciemnościach tak naprawdę nic nie widać. A jak udało się tu dostać? Aż tutaj, do kresu. Do kresu, a może na granicę tajemnicy, za którą jest nowy początek a nie kres? I najpierw ten dziwny, klaustrofobiczny, kręty, prowadzący w dół, do piekieł korytarz. Gdy każdy kolejny krok w dół, to był kolejny stopień niepokoju, strachu. Gdy coś powstrzymywało przed zawróceniem, chociaż narastała panika, że to coś prowadzi ku zagładzie i jest nieodwracalne. A potem ten lekki oddech, fala jakiegoś uspokojenia – przestronna hala, oczyszczająca, bezpieczna. Bo przecież ta płytka i stojąca woda, w której można umyć nogi, zanurzyć dla odpoczynku strudzone stopy… I nagle uświadomienie sobie, że to zbyt łatwe, zbyt piękne, ta woda. Bo to pewnie trucizna. Albo jakieś bakterie, węże, pijawki. I było to nagłe hop, na te porozrzucane kamienne bloki. Bo przecież nie leżą tu przypadkowo. Bo są po to, aby z nich skorzystał ten, który chce przejść na drugą stronę. Do raju jakiegoś szczęśliwego zakończenia, które przecież musiało być po drugiej stronie. Tylko ono nadaje sens całej tej scenerii, sekwencji zdarzeń, wyjściu ze świata i wejściu w ten podziemny mrok. Bo bez niego… po co to wszystko? Nie, nie…
Ta cała wyobraźnia… Bo tak było jeszcze wtedy, tam… W uszach słychać syk wodnych węży, których tam nie ma. I szum wirów, które czekają na to, że wessą nierozważnie zanurzoną w wodzie stopę, a których naprawdę nie ma i nigdy nie było. A te kamienne bloki, no, bo który z nich okaże się zdradziecki, który z nich jest tylko pułapką, zapadnią? Po nastąpieniu na niego, but się przyklei, a ten który na nim stanął, zostanie wessany w głąb wody, w jakąś większą otchłań i w niej na wieki uwięziony.
A teraz… Bo, skoro udało się uniknąć tych niebezpieczeństw, to jedynym sensem jest nagroda. Jaka? A to elizjum za ścianą? A rajski wodospad i kontakt ze szczęśliwym, szczebioczącym dzieckiem. I kim ono się okaże? Młodym bogiem, demiurgiem, tobą po reinkarnacji, darem dla ciebie?
A trzeba zanurzyć się w tę bryzę i poczuć na skórze odbite od skały krople wody. Trzeba dotknąć dziecka, spojrzeć na nie, porozmawiać. I wyjaśnić. Co wyjaśnić?
Ale najpierw trzeba tam dojść. Najpierw trzeba odnaleźć właściwą drogę. Bo ile jeszcze będzie tych ślepych korytarzy? Ślepych, to znaczy prowadzących do wyjścia, czyli z powrotem do świata, do dnia, który – tak by się chciało – aby już nie wrócił. Albo żeby wrócił, ale jak najpóźniej, dopiero na końcu. Czyli po czym? Co jest za tym korytarzem, jeszcze następnym po lewej? Za ścianą?
I tym razem szczęście dopisuje. Przynajmniej częściowo.
Bo korytarz huczy echem wodospadu i nagle, po pięciu krokach urywa się. I otwiera się jeszcze większa przestrzeń, nieskończona. Tyle tylko, że jej dno rozpościera się kilkanaście metrów niżej od twoich stóp.
A przed tobą pionowa ściana w dół. I nic, żadnych stopni, uchwytów czy lin. A tylko w połowie wysokości, pod tobą, ze ściany wypływa obficie źródło i spienioną kaskadą opada w wirujące, kłębiące się wodne szaleństwo. Czyżby tu był koniec, taki kres przypisany jest twej drodze? A gdzie obiecana nagroda, gdzie dziecko, które obiecywało nowe życie? Ten bóg w wieku dziecięcym, przebrany demiurg, twoja reinkarnacja?
Ale jest i ono. Bo oto w oddali, gdzieś po środku tej przestrzeni w dole, pieniąca się woda obmywa wyspę złotego piasku. Takiego jaki sypie się na budowie, dla wypełnienia betonowych obramowań fundamentów. I na jakim kładzie się belki stropowe nie podpiwniczonego parteru budynku. A nad wyspą, sklepienie z odbijających iskry światła kryształków „czegoś tam”. Tylko skąd to światło, nie wiadomo? Bo wyspa wyłania się z mroku a na jej środku bawi się, niczym w piaskownicy, dziesięcio – gdzieś – letni chłopiec. I nie jest zupełnie widno, jest taki ćwierćmrok, wystarczający dla utrzymania klimatu i jednocześnie – rozróżniania szczegółów…
A chłopiec bawi się. I trudno jest dostrzec tak z góry, jakie zabawki ma wokół siebie. A na skraju kręgu tego przytłumionego światła, na skraju świata wykreowanego na potrzeby zabawy, widać jest jeszcze tylko porzucony, brązowy tornister.
I nagły plusk wyrywa cię z tego zapatrzenia. A plusk dochodzi z dołu, stamtąd gdzie spadająca woda niknie w wirach podziemnego jeziora. I tam właśnie kołysze się na falach szeroka łódź. Pusta. Ławki w poprzek, czekają na tego kto weźmie w ręce martwo zwisające wiosła i popłynie w kierunku złotej wyspy. I nic, tylko skorzystać, wsiadać, wziąć w dłonie wiosło i pokierować łódką w stronę szczęścia.
Tylko jak się do niej dostać? Skoczyć? Podjąć takie ryzyko? To musiała by być już skrajna determinacja. Łódka, bądź co bądź, nieduża, jak w nią trafić? A obok woda, kłębiącą się woda, może bardzo głęboka? A może bardzo płytka, ale za to dno najeżone skałami? Skrajna determinacja? Skrajna? A może odwaga? Odwaga sięgania po coś. Odwaga uczynienia następnego kroku, zamiast ciągłego grzęźnięcia w stagnacji. Tylko, czy to nie pułapka? Pułapka nadziei? No cóż, aby się przekonać, trzeba po prostu zrobić ten jeden krok przed siebie i skoczyć. A wtedy okaże się, czy było warto…?

Jeszcze raz ten sam poniedziałek, po krótkiej przerwie na obiad.

– …wyspa między ulicą Łużycką, a tą niedokończoną ulicą Waszkiewicza. Półmroczna grota pośrodku osiedla Łużyckiego. Tu gdzie zawsze zatrzymuje się piątoklasista Januszek w drodze ze szkoły do swojego domu w bloku. Gdzie żółta łacha budowlanego piachu jest sceną dla małego demiurga. Na której to scenie kreuje on nowe, przyszłe sytuacje…
Jednak ktoś podążył tu za nim.

– Ktoś… Na pewno? A któż to taki mógłby być? Czy pani będzie w stanie go rozpoznać?

– Ktoś… Ten ktoś… taki, zatem, ktoś….

– Takie stawianie sprawy nie stanowi rozwiązania dylematu przed którym pani stanęła.

– Zatem człowiek. Grotołaz.

– Grotołaz? Drogi człowieku, pani raczy sobie żartować… Ha, ha, ha…

– Nie, zatem nie grotołaz?

– Człowiek. Prawdziwy człowiek i przy tym zostańmy, obywatelko.

– Dobrze. Człowiek. Jednak jest już tak blisko, że może się kryć za którymś z filarów z betonu. I z mroku go podglądać. Czy nie szkoda, że nie posłuchał tych, którzy mu radzili aby się pilnował… Nie oczekuję odpowiedzi. Tu jest natomiast, proszę, o, dla pana kartka i długopis…

– A nie ma obywatelka pióra, takiego wiecznego pióra? Tak bardzo lubię pisać wiecznym piórem…

– Nie wiem, czy powinnam? Mam tylko swoje, pamiątkowe… Pióra się nie pożycza, przesąd taki… Ale, dobrze, proszę… Chcę, aby pan mi to napisał. Nie opowiadał, ale jednak napisał.

Płowowłosy chłopiec ma unurzane gołe kolanka w piachu. Bo piasek na wierzchu jest suchy, ale głębiej zachował skądś wilgoć. I teraz oblepia nagą skórę dziesięciolatka, gdy ten tylko zanurzy kolana, łydki, kostki wystające z krótkich spodenek głębiej w sypkim podłożu na którym klęczy. A klęczy, podnosi się, znów opada. I staje, obchodzi coś, schyla się, poprawia. I coś podśpiewuje, mruczy, pokrzykuje. A lepki, wilgotny piasek oblepia mu małe kolanka, zasycha i tak zaschnięty na nich pozostaje. I nie możesz się oderwać od tego widoku.
I patrzysz na zabawę chłopca, widzisz co szykuje ów demiurg – młody bóg. I wiesz, co cię czeka, gdy dostaniesz następną szansę, w tamtym wcieleniu i zaczynasz odczuwać niepokój. Strach. I boisz się. I wyciągasz wilgotne, spocone dłonie i za chwilę całkiem wyprostowane ręce trzymasz przed sobą. A choć cały trzęsiesz się z emocji, nie obejmujesz tego filara, za którym się kryjesz. Bo dotykasz go tylko czołem i czujesz jak spływają ci po twarzy krople potu. I opuszczasz ręce wzdłuż tułowia, a dłońmi dotykasz szwów swoich spodni. I jeszcze drżą, jeszcze drżysz ty cały. Ale już chłód idący od betonowego słupa powoli przenika twoje ciało…
…a tymczasem na wyspie demiurg wyrysował w piachu długie, idące szerokim łukiem przez całą jej powierzchnię, dwie równoległe linie. I w poprzek tych linii ułożył co kilka centymetrów krótkie, podłużne ścinki betonu. A przyniósł je spod tych betonowych słupów, które jeszcze schły po ich wylaniu. Bo spomiędzy desek szalunku wypływa zawsze nadmiar betonu, układając się na ich zewnętrznej powierzchni w płaskie paski. I po zaschnięciu można je sobie odrywać i przy zachowaniu odpowiedniej ostrożności, przenieść na środek groty i takie, nie połamane dłuższe wstęgi ułożyć na piasku w poprzek dwóch równoległych linii wyrysowanych czubkiem buta…
A potem demiurg przyniósł grube, frezowane pręty zbrojeniowe i kładąc je na tych ścinkach betonu, ale wzdłuż wyrysowanych linii, ułożył coś, co absolutnie nic ci nie mówi. Ale on sam wiedział, co robi, jego wyobraźnia kierowała nim konsekwentnie i bez zbędnego zastanawiania się…
A chłopiec wstaje znad ułożonej płasko na piasku konstrukcji, obciera o spodenki zupełnie czyste rączki i rozgląda się. I gdzieś obok wyłuskuje wzrokiem z półmroku to, czego potrzebuje. I odchodzi, bierze w dłonie, przynosi. Odchodzi jeszcze raz i jeszcze raz, wracając za każdym razem z pełnymi rączkami. A robi to bez trudu i z zadowoleniem, uśmiecha się. Ale w końcu odchodzi kawałek dalej, obejmuje rączkami znacznie większy przedmiot, którego nie może tak z marszu, na stojąco nie tylko podnieść, ale nawet ruszyć. I pochylony rozszerza nóżki, zapiera się i postękując bierze to oburącz, opierając ciężar na obu ramionkach. Z trudem podnosi, obraca się w kierunku wyspy i małymi krokami, na zgiętych w kolankach nóżkach, przyciskając ciężar do klatki piersiowej, człapie do celu. Sapie. I kładzie na miejscu, które od samego początku sobie obrał. Wzdycha, łapie głębszy oddech. I patrzy w dół, pod nóżki. Obchodzi wokoło. A na idących łukiem prętach leżą ułożone jedna za drugą, krótszymi krawędziami do siebie, białe cegły. I na początku ich ciągu jest ten tak ciężki, dużo od nich większy, ciemny blok betonu komórkowego.
I nadal nic nie rozumiesz. O co w tym chodzi? I robi ci się żal wymęczonego chłopca.
– Cholera – wyrywa ci się tylko na moment. Bo szybko zakrywasz sobie usta, ale i tak, o mało nie wychodzisz do niego ze swojego ukrycia.
– Ciuch, ciuch, ciuch!
I coś ci zaczyna świtać w głowie. A tymczasem młody bóg, rozkraczony na wyspie piasku… –
…- stanął ponad wykreowanym przez siebie światem… I wyglądał na bardzo zadowolonego z siebie. Ale chyba tylko on wiedział, dlaczego? A ty nie zrozumiałeś, z czego było się tu cieszyć?
– Ciuch! Uuuu…!
Na piasku coś się dzieje. A dźwiękom wydawanym przez chłopca towarzyszą jakieś zdarzenia, którymi steruje on przy pomocy rączek i nóg. Teraz bierze jakieś patyki. I patyki w jego dłoniach ożywają. Ten patyk nie, tamten nie, ale ten, o ten, tak. I patyk kierowany małą dłonią idzie, nie, podbiega do ostatniej w ciągu białej cegły.
– Ciuch, ciuch, ciuch! Uuuu…
A patyk jest krótki i cienki, gdyby miał imitować człowieka, byłby to zapewne niewysoki chłopiec. Bo rozpościera jeszcze dwie, cieńsze gałązki, wychodzące z głównego malutkiego konara. I jedna gałązka w lewo, druga – w prawo, nieco nierówno, ale prawie, prawie, niczym… dwie rozpostarte na boki ludzkie ręce… I patyk łapie gałązkami–rączkami tylną ściankę ostatniej cegłówki.
– Uuuu…
A ciąg cegłówek, ciągnięty przez większy od nich blok betonu odjeżdża. Tak to wygląda przynajmniej, patrząc na gesty chłopca–demiurga. Ale, co to? Gałązka–chłopiec leży na ostatniej cegłówce, a Januszek teraz stoi nad tym większym blokiem betonu. A w ręku ma gruby konar. I ten gruby konar…
– Ho, ho, ho!
Tak! Patrzy znad dużego, ciemnego bloku betonu na ciąg białych cegieł z tyłu, za nim, i… grozi, krzyczy na gałązkę–chłopca…
– Co ty tam robisz?! Chcesz spaść, połamać się! – piskliwie „pohukuje” Januszek.
I nagle robi ci się niedobrze. Bo zaczynasz rozumieć.
Nie, tego nie da się zrozumieć. Czy ten mały gnój cię jednak widzi, ale jak, kiedy? Nie, to niemożliwe.
– Ho, ho, ho! Zmiataj stąd, no szybko! W try miga cię tu nie ma! Za długo masz nogi przy dupie? Chcesz żeby ci je koła obcięły…?
A kto to woła? Ten mały Januszek, swoim piskliwym głosikiem, czy… Czy on wie? Czy on się domyśla – to nie może być. Ktoś mu powiedział, nastawił go, pouczył, co i jak i dokładnie wszystko opracował przeciwko tobie… Czyli to jednak jest pułapka… A ten zasrany gnój, tak ci się odpłaca. I czujesz ukłucie gdzieś w boku. I z żołądka cofa ci się coś do przełyku, zaraz zwymiotujesz.
I udaje ci się to przemóc. Ale teraz coś cię ciśnie w skronie, masz zawroty głowy, na moment odpływasz, wszystko wokół kręci się jak na karuzeli… A taki miły zasraniec… I motylki w brzuchu.
A wagony z cegłówek jadą dalej po szynach z drutu zbrojeniowego. Blok betonu – parowóz wydaje ustami Januszka dźwięki buchającej pary. A konar-maszynista przegania w końcu chłopca–gałązkę. I chłopiec zostawia skład pociągu samemu sobie i na końcu łuku usypuje teraz, po obu stronach torów, dwie piaszczyste skarpy. I łączy je na górze gałązkami, które układa ściśle jedną przy drugiej i też posypuje je piaskiem. Z tornistra wyciąga mały, plastikowy model ciężarówki marki „Star”. I delikatnie ustawia na przysypanych piaskiem gałązkach, ponad torem kolejowym. Bo parowóz pociągnie teraz za sobą wagony, wjeżdżając łukiem w głęboki jar i za chwilę przejedzie pod wiaduktem.

Środa, od samego rana, ok. godz. 9

– Tak, faktycznie, to tutaj starsi od Januszka chłopcy z osiedla Łużyckiego, z ulicy Waszkiewicza i II Armii robią te swoje głupie zabawy.

– Skąd pan o tym wie? Bywa pan przy tych zabawach?

– Czy obywatelka nie ma już tego wszystkiego zapisanego? Od tych różnych ludzi… Po co obywatelka zadaje takie pytanie?

– Bo może chcę to wiedzieć od pana. Jakie to są zabawy? I skąd u pana taka wiedza o nich?

– A, bo pracowałem wtedy jeszcze w służbie ochrony kolei. Na węźle Zielona Góra, jako patrolujący. Głównie zielonogórski dworzec, od strony dyscypliny pasażerów – bo pani to nawet nie wie, co cywile potrafią robić na dworcu, nie tylko w gmachu. Na peronach i w wagonach… A już szczególnie w dni wypłaty, ci dojeżdżający do roboty, po trasie z Gubina, od Krosna znaczy się, albo po trasie na Nową Sól, Bytom. I co z tego, że w „Warsie” na dworcu zakazują piwa, jak pierwsza pijalnia jest zaraz naprzeciwko, przy Placu Kolejarza…
Ale chadzałem też na złodzieja, pod parowozownię, na tory manewrowe i odstawcze, numer osiem i dwanaście, bo tam stoją towarowe, czekając na rozładunek, albo osobowe do sprzątania, po zjechaniu z trasy.
A przez całą Zieloną Górę prowadzą też tory, które idą donikąd. Bo kiedyś, jeszcze za Niemca, była to linia do Szprotawy. Ale po wojnie ruscy ją rozebrali i teraz kończy się gdzieś w lesie, pod Jędrzychowem.
I choć pociąg już dalej nie jedzie, to nadal dostarczają tędy wszystko do kilku fabryk. A najwięcej jeździ węgla, do składu na Węglowej, do „mebli”, do „wełny”. I spirytus wożą do „monopolu” i są wagony do browaru, do winiarni, na tartak i na składy WZGS-u…
Czy to co mówię, jest dla pani nudne, tak?

– Nie, nie. Bynajmniej nie dla mnie. Chyba, że pan sam tak uważa?

– Czy co ja uważam?

– Ta praca, dostarczanie towarów do fabryk, nudziła pana? Nie to pan chciał robić w życiu?

– Ja nie pakowałem na wagony, ja goniłem złodziejstwo i pijaków, łobuzów. Czy obywatelka wie, ile jest wszędzie tego kurewstwa, wszędzie! Jaki tu wokół jest burdel do posprzątania? Pewnie nawet obywatelka nie wie…

– Przestańmy z tą „obywatelką”! Panie Olku, proszę…

– Nie mogę… Coś mnie zmusza… Jak pani pyta o TE rzeczy, o TEGO chłopca…

– Jednak coś możemy zrobić z tym strachem? Bo to chyba tak ze strachu, prawda…?

– Coś mi się tak przestawia w głowie. Może gdyby bez TYCH rzeczy… Ja mogę tyle ludziom powiedzieć. Niedługo, już niedługo przyjdzie ta chwila, gdy TO się zdarzy… I ja to wiem…. Ten chłopiec, jego Matka i moja praca… Nie mówmy już o tym…

– No, niestety, musimy… A zatem, drogi Olku, robił pan porządek? Sprzątał pan świat.

– Sprzątałem? Czy ja sprzątałem świat?

– Tak. To chyba ważne zajęcie? A jak w tym nieporządku pojawili się ci chłopcy?

– Czy pani, taka wielka dama, pyta o chłopaczków? O małych chłopców? Na co to pani?

– Chodzi mi o tych z osiedla, na torach. Chyba nie byli aż tak bardzo mali? Czy byli może wśród nich koledzy Januszka…?

– Bo to było tak, że dwa razy na dobę, na manewrowej spinano składy na tę wewnętrzną linię. Na teren samej Zielonej znaczy się. I potem dwa razy na dzień szedł skład kilku wagonów, a „Amerykanka” była wczepiona tak po środku. Z raz w tygodniu, składy były dłuższe i wtedy „Amerykanka” szła nie, jak zwykle, między wagonami, ale z przodu, a od tyłu pchał jeszcze dodatkowo jakiś maluch. Albo i druga „Amerykanka”, o ile tylko była wolna pod ręką.
„Amerykanka”, czy pani wie co to takiego? Bo to parowóz, Tr203 – 358.
A w jarze od Krośnieńskiej, a potem to przy Waszkiewicza oraz tam dalej, zwłaszcza tam dalej, przy Kukułczej i między Strzelecką a Sienkiewicza, jest mocno pod górę, a tory idą pod drzewami. I jak jesienią spadły liście na szyny, to leżały, aż przeleżały do wiosny i parowóz potrafił się na nich ślizgać i nie wepchnąć wagonów pod taką górkę. A po deszczach są do tego jeszcze nanosy na przejazdach przez ulice, na Kraszewskiego, przed Polską Wełną… I przy Ogrodowej… I wtedy tam jest najgorzej… Tak, jesienią i wiosną, to już bardzo często szły po dwa parowozy. Z tyłu albo z przodu albo jeden na jednym końcu a drugi na drugim. I wtedy też było najbardziej niebezpiecznie, bo maszyniści z obu lokomotyw nie mieli żadnego kontaktu między sobą. A przecież ten drugi musiał ciągnąć skład od przodu, ślizgając się po tych liściach i na nanosach, aby wspierać tego pierwszego, który by sam nie dał rady wepchnąć ślizgającego się składu. Tak, znacznie łatwiej było wtedy, gdy dwa szły razem i pchały od tyłu, albo oba ciągnęły pod przodu.
I podobnie było po każdych roztopach. Co tylko mróz ulżył, od późnej jesieni, przez zimę, aż do początku wiosny…
Czy mógłbym opowiedzieć jeszcze o spinaniu?
A to było tak. Pociągi z tymi wagonami, które przyszły na stację do Zielonej Góry, ale nie do rozładunku na miejscu, tylko u odbiorców, tych co mają własne bocznice, to dawano je na tor szesnasty. A potem na manewrowej, tam przy Traugutta, wypinano wagony według miejsca docelowego, czyli konkretnego zakładu w mieście. I te które przyszły późno, pod koniec dnia lub wieczorem, zaczynano spinać od czwartej w nocy, ale tak, żeby te do tartaku czy WZGS-u były przed parowozem, na samym przedzie, czyli najdalej od środka składu, od tej „Amerykanki”. A potem, już za parowozem, w kolejności szedł browar, „wełna”, „meble” i tak dalej.
I zawsze było tak, że wagon do najdalszego, ostatniego zakładu był od czoła składu. A „Amerykanka”, która jechała w środku, pchała przed sobą te wagony, najpierw wjeżdżając powiedzmy do tartaku, położonego na samym końcu trasy, już pod Jędrzychowem. I dzięki takiemu układowi, gdy pociąg wjechał na teren placu z drewnem, odczepialiśmy z samego przodu wagon przeznaczony dla tartaku a „Amerykanka” mogła teraz wypchać resztę składu w drugą stronę, z powrotem torem szlakowym, ku miastu. I na tym powrocie pociąg najpierw zajeżdżał do WZGS-u, gdzie zostawialiśmy kolejny wagon sprzed parowozu. A potem – do kolejnych odbiorców, do browaru, „wełny”, „mebli”, u których na ich bocznicach odczepiano następne wagony. I teraz, to z tego drugiego końca, bo po obsłużeniu WZGS-u, przed „Amerykanką” nie było już przecież niczego..
A puste wagony doczepiano do składu powrotnego w odwrotnej kolejności. Czasem przed „angielką” przy browarze, te wagony z tyłu parowozu zostawialiśmy na płozach i dopiero na powrocie z WZGS-u lub tartaku zabieraliśmy je dalej, samym parowozem.
A bywało też, że lokomotywa szła normalnie, czyli z przodu. I było to tylko wtedy, gdy wagony szły jedynie do browaru, „mebli” lub „wełny” i nigdzie indziej. No i po tym też można było poznać, dokąd tego dnia jechał skład. Bo jak parowóz ciągnął wagony za sobą, to był to pociąg do browaru, fabryki mebli i „Polskiej Wełny”.
A skład spinany od czwartej w nocy, szedł na trasę około siódmej rano.
A gdzieś między jedenastą w południe a pierwszą wracały z powrotem puste wagony z wczoraj. I w te dni, kiedy jeździły po dwa pociągi na dzień, powtarzało się to późnym popołudniem, tak aby na dziewiętnastą wrócić na wieczorne wyposażenie parowozu.
No i tu się pojawiała ta cała gówniażeria. Bo robili sobie zabawy, nie zważając w ogóle na niebezpieczeństwo.

– Na czym te niebezpieczne zabawy polegały?

– Bo to czepiali się skrajnego wagonu, ostatniego albo pierwszego. A było to zależne od tego, gdzie był parowóz. I podjeżdżali po kawałku, aż kto ich nie pogonił. I zawody takie sobie robili, kto wskoczy, przytrzyma się i dłużej nie spadnie. Albo kto wskoczy z jak najkrótszego rozbiegu, a nawet próbowali wskakiwać z miejsca.
A wyciągali też i płozy, gdy zostawialiśmy wagony, aby wziąć je później, po odstawieniu wagonów do tartaku czy WZGS-ie na górze lub do „budowlanki” czy na „węglarni” na dole.
Czy było to niebezpieczne? A było. A zresztą obsłudze składu nie brakło i innych kłopotów. Bo zdarzały się wypadki, gdy wagony się wyczepiały i wyczepione staczały się same w dół, wzdłuż torów. Bo parowozy się ślizgały, bo nie mogły pociągnąć w górę… I bywały problemy na przejazdach, bo pod pociąg wjeżdżali kierowcy samochodów lub były duże nanosy. No, a tu na dodatek ci gówniarze, czepiali się wagonów, podrzucali monety na szyny i inne jakieś blachy, aby pociąg po nich przejechał… I wyciągali te płozy, o których już mówiłem…
A tak było głównie przy tych nowych osiedlach, bo to byli gówniarze z bloków przy Waszkiewicza, z Sucharskiego, Jóźwiaka, Jaskółczej i okolic Ogrodowej.

– I pan ich gonił?

– A jakże! Bo obsługa składów, maszynista i manewrowi, ci co to wyskakiwali na ulice, aby wstrzymać ruch na przejeździe, nie dawali sobie z nimi rady. Bali się ich. Czy znaleźli jakieś rozwiązanie? Znaleźli! Poszukali sobie kogoś odważnego. I koniec końców poprosili nas, patrole Służb Ochrony, byśmy co pewien czas pojechali z nimi składem i pogonili gówniarzy.

– I co, pogonił ich pan?

– A oczywiście! I nie tylko pogoniłem, ale i złapałem też paru tych obwiesiów.

– A jak to się odbywało?

– A jak miało się niby odbywać?

– Co wtedy pan czuł?

– Nie rozumiem…

– Proszę opowiedzieć, co pan czuł tak ich goniąc? A jak ich pan złapał? Było panu jakoś lepiej, jak to pan zapamiętał? Poznał, może, pan bliżej któregoś z tych gówniarzy?

– Łobuzów?

– Łobuzów. Tak, oczywiście, że łobuzów, panie Olku…

Ciąg dalszy w następny piątek

Z wolnej stopy 24

Zbigniew Milewicz

Dalszy ciąg opowieści o i z ulicy Mariackiej w Katowicach. Odcinek 1 TU.

W cenzurze

Urodziłem się niedaleko tej chacharskiej ulicy, w kamienicy przy Starowiejskiej, o czym już pisałem kiedyś, w swoim cyklu rodzinnym W górę rzeki. W kościele Mariackim zostałem ochrzczony, ale na tym na razie skończyły się moje katowickie dzieje, bo niebawem dostałem nowy, chorzowski adres, w domu dziadków. Do Katowic wróciłem oficjalnie dopiero w 1969 roku, w związku z moją pierwszą pracą po studiach; to był Wojewódzki Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk, który mieścił się przy ulicy Mariackiej 1. Przepracowałem w nim mniej więcej rok i w tym momencie trzeba byłoby mi odpowiedzieć na pytanie, co robi młody człowiek, który jeszcze niedawno domagał się od komuny wolności słowa, w obozie wroga? Szczerze odpowiem, że nie wiem. Dobrze pamiętam natomiast, że po odsiedzeniu w Krakowie wyroku za Marzec 68 niełatwo mi było znaleźć pracodawcę, który chciałby mnie zatrudnić i dopiero Kazimierz Dworecki to zaryzykował. Naczelnika katowickiej cenzury znał prywatnie ktoś z kręgu znajomych mojej mamy, poręczył za mnie i tym sposobem wylądowałem w instytucji, mającej ostatnie zdanie w życiu ówczesnych mediów, wydawnictw i twórców kultury.

Zatrudniono mnie na stanowisku praktykanta i zgodnie ze zwyczajami panującymi pewnie w całym świecie, powierzono różne podrzędne roboty, takie jak odkurzanie i segregowanie akt, przesuwanie biurowych mebli, albo pilnowanie dalekopisu, który stale drukował jakieś wiadomości, a lubił się zacinać. Gdy szefostwo nabrało do mnie pewnego zaufania, dostałem dodatkowo funkcję tzw. biegłego przysięgłego, czyli kogoś, kto biegnie po wódkę i przysięga, że nikomu o tym nie powie. Byłem najmłodszy w tym kilkunastoosobowym zespole i trudno było nie pójść po flaszkę, jak ktoś jej potrzebował. A pili w urzędzie w czasie służby prawie wszyscy, jedni więcej, drudzy mniej, niektórzy codziennie, tylko Olek Ochenkowski nie mógł, bo prowadził służbowe auto.

Naczelnik Dworecki wódki nie lubił. Na emigracji we Francji, czy też w Belgii rozsmakował się w winach i niekiedy chodziłem po nie do delikatesów, gdzie zaprzyjaźniona z urzędem kierowniczka zawsze trzymała pod ladą odpowiedni zapasik. Przynosiłem mu dwie, trzy butelki i dziwiłem się w duchu, jak on może pić taką glicerynę, bo gustował w ciężkich, słodkich winach. Był to ludzki szef, zawsze pytał, czy nie mam ochoty na szklaneczkę i czasami dotrzymywałem mu towarzystwa. Przez chwilę, bo nie chciałem przeszkadzać mu w pracy, ani w rytuale samotnej degustacji trunku. Jak się przynosiło wódkę, to później biegły też musiał łyknąć, tylko mnie ciepła gorzała opornie przechodziła przez gardło, zwłaszcza bez zagrychy. Miła sekretarka Trudzia starała się więc zawsze coś wyczarować kulinarnie, a to śledzika, czy jajeczko, albo przynamniej kawałek ciasta i tym sposobem nauczyłem się pić, jak normalny człowiek. Tak to określał Dzidek Pietrzycki, który był najbardziej elokwentny w naszym zespole i poza urzędem miał niezliczone fuchy w postaci wykładów z marksizmu-leninizmu dla mas pracujących. Sączył czystą ze szklanki jak wodę, drobnymi łykami z miną olimpijskiego boga raczącego się nektarem, a Staszek Zaród potrafił łyknąć na raz setkę, ale w tym nawet nie próbowałem im dorównać. Tylko z pierwszą dawką alkoholu zawsze mieli kłopoty; grubawy Dzidek, który wił na swojej łysinie misternego ślimaka z resztek włosów, dławił się zawartością szklanki, jak gęś karmiona kluskami. Purpurowiał na twarzy i pocił się, płyn kilkakrotnie wracał, ale Dzidek zawsze w końcu go połknął. Staszek przechodził mniejsze męki, jako były partyzant wiedział, że z wrogiem nie należy się cackać.

Pierwszy pochodził z Ostrowca Świętokrzyskiego, drugi z Zagłębia Dąbrowskiego. Staszek Zaród, najniższy wzrostem, w urzędzie miał najwyższe notowania jeżeli chodzi o pracowitość w referacie prasy i był ogólnie lubiany za pogodny charakter, koleżeństwo i smakowite pieczonki, które urządzał dla nas na swojej działce w Gołonogu. Komunista z przekonania, jako młody chłopak walczył z Niemcami w szeregach Batalionów Chłopskich, albo Gwardii Ludowej. Był również zawołanym akordeonistą i chętnie nam przygrywał w czasie tych biesiad, najczęściej Samotną harmonię, Spoza gór i rzek, albo Na strażnicy.

O czym nie wolno było w PRL-u pisać i mówić traktowały zawiłe i obszerne zapisy cenzorskie. Do nich dopuszczono mnie dopiero po odbyciu szkolenia w głównym urzędzie, na ulicy Mysiej w Warszawie. Wtedy zagoniono mnie również do prawdziwej roboty, czyli do czytania szczotek drukarskich gazet i czasopism oraz książek, które czekały na wydanie. Działy prasy i publikacji miały najwięcej zadań i odpowiedzialności; największy luz był w widowiskach, którymi jednoosobowo zajmował się Dzidek i udało mi się go przekonać, że potrzebuje asystenta. W urzędzie spędzałem od tej pory mniej niż połowę roboczego dnia, resztę czasu zajmowały generalne próby sztuk w śląskich teatrach i wszelkich innych imprez kulturalnych, które cenzor musiał obejrzeć i zakwalifikować. Jako praktykant o niczym samodzielnie na ogół nie decydowałem, ale nie pamiętam poważniejszych ingerencji. U większości twórców działał mechanizm autocenzury, sami wiedzieli, na co mogą sobie w swojej twórczości pozwolić. Poza tym wcześniej czytaliśmy z Dzidkiem scenariusze przedstawień, ewentualne uwagi konsultowało się z autorami, lub reżyserami, którzy nanosili sugerowane zmiany w tekstach, albo korygowali interpretację i spektakle mogły się odbywać. Niemniej byliśmy dla nich klasycznym wrzodem na tyłku (proszę, jak działa autocenzura ) i to trzeba było przyjąć po męsku.

Najmilej wspominam przedpremierowe przeglądy filmów i próby variete, prowadzonego przez muzyczną gwiazdę – Marię Artykiewicz, z dopiero raczkującym na Śląsku stripteassem, gdzie raz osobiście rozpinałem czeskiej tancerce biustonosz. Kiedy zapytałem Dzidka, w co cenzor może ingerować w tańcu erotycznym, odparł, że w obrazę poczucia moralności widza. Biust tancerka mogła pokazać, ale majtki wolno jej było ściągnąć ewentualnie dopiero przy zgaszonych reflektorach na scenie. Opowiedział mi, że kiedyś stripteasserka miała na osobistej bieliźnie wydrukowaną flagę amerykańską i wtedy musiał zaingerować politycznie. Kazałem jej wszystko z siebie zdjąć, w Polsce nie ma miejsca dla wrogiej propagandy – uzasadnił. Nie wiedziałem, czy mówił prawdę, czy żartował, bo lubił.

Dziegciu do tego miodu dołożyłem sobie sam, na nocnym dyżurze w drukarni na Liebknechta, który dostałem w zastępstwie za chorego kolegę. Puściłem szpunta na sportowej stronie Trybuny Robotniczej o trzecioligowym meczu piłkarskim, którego powinienem był wywalić, bo jedna z drużyn reprezentowała barwy utajnionego w cenzorskich zapisach klubu wojskowego. Wrogi, zachodni szpieg mógł przeczytać tę informację i wydedukować, że w podanej miejscowości stacjonuje jednostka wojskowa, więc naraziłem system obronny Układu Warszawskiego na straty i musiałem ponieść za to konsekwencje. Naganę służbową na piśmie sporządził osobiście nowy naczelnik WUKPPiW, towarzysz Imielski, ponury aparatczyk z Sosnowca. Zastąpił mojego protektora, który naraził się czymś wojewódzkiej nomenklaturze i poszedł na boczny tor. Edward Gierek, z którym Dworecki znał się osobiście, nie użył swoich wpływów, żeby tę decyzję zmienić.

Na domiar złego prywatnie podłożyłem się nowej władzy, recytując w urzędzie fragmenty słonego Alfabetu Studenckiego. To było na moich urodzinach, które odprawiałem po pracy w pokoju konferencyjnym. Mój dobry kolega, Wicio Bieńkowski, z którym później spotkałem się znowu w Dzienniku Zachodnim, lubił po kieliszku recytować różne perełki z polskiej, klasycznej poezji. M.in. Maraton Kornela Ujejskiego, za którym przepadałem; robił to świetnie, a kiedy skończył i dostał od nas zasłużone brawa, dałem czadu na zupełnie inną nutę:

Armia nasza jest zwycięska
Alfons jest to k…. męska

Jakby tego było za mało, przy literze C, zaimprowizowałem:

Cygan w kartach lubi bujać
Cenzor to jest kawał h…

Naczelnika Imielskiego nie było przy tym, ze względu na wrzody żołądka unikał zakrapianych przyjęć i zabraniał picia na służbie, ale ktoś mu doniósł, że miały miejsce szkodliwe wypowiedzi. Nowy szef nosił imię Alfons i wziął tę moją recytację osobiście do siebie. Do tego przy literze C pokalałem własne gniazdo i nie pozostało mi nic innego, jak poszukać sobie nowego. Ciągnęło mnie do świata artystycznego, a wtedy akurat wakowało miejsce kierownika Organizacji Widowni w Teatrze Śląskim, ale to już temat na kiedy indziej. Jeszcze nie jestem gotów z Mariacką.

Odcinek 1

Rozpoczynam dziś publikację ogromnej powieści, której fragmenty już kiedyś tu umieściłam (Deszczowa delegacja), a której poszczególne części rozgrywają się co 10 lat. Główni bohaterowie tych historii znikają, pojawiają się nowi, jedni umierają, inni przesuwają się na boczny plan, przenosimy się wzdłuż osi czasu to wstecz, to do przodu, a sens całości zrozumiemy zapewne, jak się to monumentalne dzieło skończy, a może i wtedy nie, bo już pozapominamy, kto kiedy kogo o co podejrzewał, kto umarł i kto komu podstawił nogę. Trzeba więc będzie przeczytać całość raz jeszcze, łudząc się, że tym razem zrozumiemy, ale też, że autorowi nie przydarzyło się to, co mianowicie było udziałem Antoniego Gołubiewa, autora wielotomowej i wielowątkowej powieści Bolesław Chrobry. Gołubiew nie poradził sobie z tym, co stworzył i nie umiejąc rozplątać i zakończyć zawikłanych wątków, nigdy powieści nie dokończył.

No to zaczynamy.

Mieczysław Bonisławski

JESZCZE WE WRZEŚNIU. NIEMAL TUŻ PO WAKACJACH I URLOPIE

ok. godz. 9:00 rano

To posłuchajcie teraz tego. Przecież wy też wracacie z wakacji, urlopów. Z urlopów… Pierwszy dzień w pracy, jeszcze ta rozgrzana plaża, zimne piwo, gorące rytmy… A tu od rana sprawa, taka bardziej poważna. Posłuchajcie zatem mojej opowieści, trochę, właśnie o tym…

– Panie Olku… Niech pan sobie wyobrazi, proszę, słoneczne popołudnie w Zielonej Górze. Stoimy na zachodnim krańcu miasta. Jest ciepły, bardzo ciepły wrzesień. Złota jesień. Dzieci od dwóch tygodni znowu chodzą do szkoły. Właśnie wróciły po lekcjach do pustych mieszkań w bloku. Rodzice nie przyszli jeszcze z pracy. Dla tych, co nie jedzą obiadu w szkole, gorący posiłek przy rodzinnym stole będzie dopiero za godzinę. Albo za dwie lub trzy? Niech pan nam powie może, co dziesięcio-, dwunastolatek robi w bloku, gdy nie ma dorosłych?

– Właśnie wyobrażam sobie bloki.
Nowe bloki. I raczej szare, bo sklecone tak na szybko z betonowych płyt (zwanych nawet „wielką płytą”). Niskie, czteropiętrowe, są bardzo proste i bardzo długie. I przy tych ich kilkunastu klatkach schodowych i jednostajnym, wydłużonym kształcie, bez żadnych załamań czy skosów, wydają się takie niskie, jeszcze niższe niż te cztery piętra.
I całe są szare, chropowate od betonu, zimne. Bo jedyne żywsze barwy, to jakieś schnące po praniu szmaty, kwiat w doniczce, plażowy leżak. A rozłożone są one po wciśniętych w bryłę bloku balkonach (balkony tak zwanym kosztem pokoju). I pozostają tak stłamszone w czeluściach budynku, że nie stanowią krzykliwej toni w morzu szarości. I są raczej szeptem, niknącą w odmętach kolorową plamką…
Wokół domów ciągle coś się buduje, bo osiedle jest nowe. I nawet dojazdy nie są jeszcze do końca gotowe. I dlatego wzdłuż bloku prowadzi ulica z betonowych płyt, w pewnym momencie kończąca się łachą piachu. A dalej wiedzie już tylko rozjeżdżona ciężkim sprzętem piaszczysta, błotnista breja. Ta betonówka, to ulica generała Waszkiewicza. Wznosi się nieco i nagle urywa w miejscu, gdzie architekci zaplanowali na przyszłość niewielki wiadukt.
A między blokami widzę przestrzeń międzyblokową.
I próbuję przejść tunelem, ziejącym ni stąd ni zowąd z niczym nie zaburzonej bryły bloku na jego drugą stronę. Próbuję wejścia w tę przestrzeń…

– Tak, rozumiem to. I niech pan nam powie może, co się wówczas dzieje?

– A, staję przed drugim, takim samym blokiem. A dwie betonowe, równolegle do siebie ściany z szarej wielkiej płyty wygradzają przestrzeń, gdzie na boisku z betonu, wokół paru huśtawek i przy piaskownicy, obok ceglanego śmietnika dokazuje stadko dzieciaków. A nad ich głowami, spomiędzy betonowych ścian unosi się stłumiony zasłoną z wielkiej płyty gwar. I tonacja tych głosów jest zniekształcona swoistym echem tej studni i zwielokrotnieniem kakofonii dźwięków wydobywających się na raz z tak wielu gardeł. Gwar, szum głosów, głuchy dźwięk odbitej piłki od betonu, przenikliwego pisku rozbujanej huśtawki, może brzdęk dzwonka od roweru. I na pewno słychać odgłosy skakania przez skakankę.
I właśnie tu możesz, w oczekiwaniu na matkę, ciotkę, sąsiadkę, ojca, wujka robić to, co inni, ci wszyscy. O ile masz się do kogo przyłączyć. A tak właśnie powinno być, bo skoro tu, w jednym z tych bloków, mieszkasz…

– Wracamy jeszcze przed blok, proszę. Na rozkopaną, niedokończoną ulicę.

– Dobrze. Po jej drugiej stronie nie ma ani kolejnego bloku, ani śmietnika z placem zabaw. Bo tam zieje pustka, a raczej krajobraz, potocznie nazywany przez dorosłych, księżycowym.
I ciężko powiedzieć, czy tak właśnie powinno nazywać się dużą skarpę świeżego, żółtego piachu, która wznosi się po prostu na wysokość pierwszego piętra? I ułożone po jej bokach w sterty drewno budowlane (głównie deski i kantówki). I stos przygotowanych do układania cegieł, i pryzmę ułożonych jedne na drugich płyt stropowych? A jeżeli powinno, to dlaczego? Czy tak właśnie wygląda księżyc? Czy stojący też tutaj, na szeroko rozstawionych szynach, dźwig, w ogóle, czy to gabarytem, czy konstrukcją przypomina księżycowego łazika?
A za dźwigiem, nazwanym imieniem „Marian”, wyłania się niedokończona jeszcze budowla z białej cegły. I, co ciekawe, ta biel ożywia cały widok.
Czy nie mówią: biały to nie kolor? A niech tylko pani spojrzy na to morze szarości wielkiej płyty i bure błoto wkoło, a zrozumie pani, że świeża, śnieżna biel to też żywy, wesoły kolor!
A ta budowla jest bardzo ciekawa. Bo stanowi ją konstrukcja z żelbetonowych filarów łączonych belkami stropowymi i poprzecznymi (chyba też z betonu). Pustą przestrzeń pomiędzy nimi robotnicy wypełniali jeszcze przed godziną właśnie tą białą cegłą. I przypomina to trochę technikę budowy, zwaną pruskim murem, choć cegła tu znacznie większa i biała a nie czerwona, a szkielet przecież nie drewniany.
A czy nie jest dziwne, że cegły zaczęto układać od piętra? Tak, że dół tej konstrukcji na razie jest niezabudowany. I wygląda ona z daleka jak zadaszona hala, nad którą wznosi się jeszcze piętro. Otwarta całkowicie na zewnętrzne otoczenie, ale z przegrodami wewnątrz, niczym ciąg grot czy jaskiń.
Bo wrażenie to potęguje mrok panujący w tych zamkniętych od góry, ale nie obudowanych ścianami zewnętrznymi pomieszczeniach parteru. A tym głębszy, że białe ściany piętra wręcz lśnią we wrześniowym słońcu popołudnia. I kontrast jest przejmujący.
I do tego dochodzi ta zupełna pustka i towarzysząca jej cisza. Bo robotnicy zaczynają tu robotę z samego rana, stąd po godzinie piętnastej plac budowy zupełnie się wyludnia. A do niedawna nie było tu nawet stróża. I całe piętro i wszystkie nisze na parterze, przestrzeń między stosami desek i cegieł, zbocza hałdy piasku, dźwig są teraz po prostu jak martwe.

– Dobrze, znamy już czas i miejsce, czyli scenę dramatu. Teraz niech pan sobie wyobrazi może, w takiej mrocznej, ceglanej grocie, pustej i martwej, samego jak palec dziesięciolatka…

Dwa dni później, znowu ok. 9 rano

– Dzisiaj kogoś poznamy, panie Olku. Przenieśmy się, może, do pobliskiej szkoły. W nowym gmachu przy ulicy Gwardii Ludowej jest któraś z kolei lekcja. Na szczęście przedostatnia dzisiaj. W końcu! Przyjrzyjmy się, proszę, przez chwilę mikremu Januszkowi. Z ciężkim, wielkim tornistrem na przygarbionych pleckach. Niech pan nam o nim opowie może.

– A, wiem, że od kilkunastu dni mały chłopiec chowa coś na parapecie swojego pokoju. I cały czas czujemy razem tę tajemnicę, skrywaną nawet przed domownikami. Bo słoik jest wyciągnięty gdzieś z piwnicy, gaza podprowadzona z domowej apteczki w kuchni.
Bo woda w słoiku – po cichu przeniesiona nocą z łazienki. A nasączona nią gaza, chroniona ściankami słoika skrywa coś, co w końcu osiągnęło cel, udało się temu chłopcu. Bo ziarnko fasoli nie jest już ziarnkiem. Napęczniało, pękło, spomiędzy dwóch połówek wydostał się żółty ogonek. I teraz, po kilku dniach, ogonek nie jest już żółty, tylko zielony. I nie jest ogonkiem, ale coraz grubszą i wyższą łodyżką, obrastającą kolejnym listkiem.
I od paru nocy mały tuli co wieczór słoik, który zdejmuje z parapetu, zza zasłony i bierze pod pierzynę. I przytula buzię, muska usteczkami, szepce doń słowa pieszczoty. I bardzo uważa, aby nie zasnąć ze słoikiem, bo wtedy, we śnie mógłby go zrzucić z łóżka, stłuc. A to byłaby tragedia. Pilnuje się zatem, czeka do ostatniej chwili przed zaśnięciem i odkłada słoik na parapet, za zasłonę, czule go żegnając i życząc roślince w środku „dobranoc” i dobrych snów.
A zaraz potem zasypia, bezpieczny, silny, gotowy ustrzelić z haubicy wrogie czołgi, atakujące batalion Czernousowa i Marusi, przywalić Kotlarskiemu w ryja, najlepiej tak, aby to zobaczyła Kamila Graczyk…
…Czy Arleta Gratyniuk już się ze mnie nie naśmiewa, a nauczyciel techniki stoi z rozdziawionymi ustami, słuchając jak doskonale tłumaczę zasadę działania… A, czekaj, jak to się nazywa…? No, nie pamiętam. A, co tam wszystkim do tego! To jest cokolwiek, kolejne z urządzeń omawianych na poprzedniej lekcji. A ten „Technik” mówi tak niezrozumiale, dyktuje tak szybko i dużo. I jak tu zdążyć to wszystko zapisać w zeszycie i do tego wyraźnym, wyprostowanym pismem technicznym, tak aby potem, sprawdzając zeszyty, Technik nie krzyczał, nie wyśmiewał przy całej klasie? Czy to jest normalne, że im wszystkim się to udaje? Jak oni to robią? Kiedy się tego nauczyli?
…A przecież w twojej poprzedniej szkole nie było żadnego pisma technicznego, żaden nauczyciel tak nie dyktował. Pani rozmawiała z tobą, tłumaczyła, była taka bliska…

– Proszę, kto tak myśli!?

– A rankiem chowam się pod pierzyną i nie chcę wstawać, a przecież muszę. I nagle zrywam się, po długiej chwili ociągania się. A zanim pójdę do łazienki, tulę słoik, odkładam go. A gdy wracam stamtąd, wyciągam słoik, przyglądam mu się, gadam z fasolką i zaczynam się ubierać. I jem śniadanie. I w końcu wychodzę do szkoły. A przed wyjściem żegnam się z fasolką.

– Jednak, kto to wszystko robi!?

– Januszek. Bo on wie co go czeka. A to będą ciężkie chwile, ale trzeba się przemóc. Przeboleć te godziny, po to, by po południu wrócić do domu, gdzie jest słoik z rosnącą fasolką. I znowu jest do kogo się przytulić, z kim porozmawiać. A ona tak wszystko rozumie, wszystkiego wysłuchuje. I pociesza samym tylko tym, że po prostu jest, jego jest i z nim.
Ale dzisiaj słoik trzeba było zabrać ze sobą, do szkoły. I obaj wiemy, że to nic dobrego. Bo to coś złego, co czai się cały czas wokół nas. No i ta przyroda jest właśnie przedostatnią lekcją. Po niej jeszcze tylko technika. A wokół słoneczny, wrześniowy dzień, a w środku, w nas, mrok. Kiedy, gdzie i jak stąd szybko uciec, schować się…?

– Ale z kim my teraz rozmawiamy? Proszę, kim wy jesteście? Czy jest tu jeszcze pan Olek?

– Ja jestem Januszek, proszę pani… Drodzy ludzie! Tu nikogo więcej nie ma!

– Ten mały chłopiec, tak? A co się dzieje z panem Olkiem, jednak gdzie jest pan Olek?

– Ja nie wiem o kim pani mówi? Ja nie znam takiego pana!

– Zatem…

– Ja jestem Januszek. Januszek z piątej klasy… Tak, droga pani, kogo pani jeszcze będzie chciała tu widzieć?!

– Zatem, mój drogi Januszku… Tydzień temu też była przyroda. Dobrze to pamiętasz? Czy tak samo zapamiętałeś to jak ja…? Masz ciągle przed oczyma to…

… jak Arleta Gratyniuk stoi przy Kapale. I pokazuje na ciebie. A jest przerwa przed przyrodą. A do tego, dyżurująca nauczycielka znikła gdzieś z korytarza.
I tulisz się do ściany, tam gdzie hol zwęża się i kończą się okna, wychodzące na plac apelowy przed wejściem do szkoły, a zaczynają się ubikacje. I Szczepański ze złośliwym grymasem na twarzy podchodzi do ciebie.
– Co, ty – pada obraźliwie określenie, przed którym tak się wzdragasz, ilekroć ktoś nim w ciebie rzuca – znowu odpierdalasz?! Powiedziano ci ostatnio…
I Szczepański popycha cię silnie oboma rękoma. Zasłaniasz twarz tornistrem, który spada ci z ramion.
I doskakuje Kapała i wyrywa ci tornister. I otwiera go pospiesznie i niedbale, prawie wyrywając zamek.
– Dawaj, gdzie to masz? Jak znajdę, to…
I wyciąga ci z tornistra małe kartonowe pudełko z wyciętymi całkowicie dwoma ścianami. A to praca na lekcję przyrody, która będzie po tej przerwie. Bo to ulepiony z plasteliny kwiatostan pospolitej rośliny. Płatki, pręciki, szypułka są bardzo udane, bo odtworzone z wielką dokładnością, wiernie do ostatniego szczegółu. A delikatna linia krawędzi poszczególnych elementów płynnie rozdziela kolory różnych kawałków plasteliny. Naprawdę doskonały efekt kilkugodzinnej pracy, z którego można być dumnym. I może, w końcu, wpadnie piątka z przyrody, ta pierwsza piątka po kilku miesiącach w nowej szkole?
A tu nic z tego. Bo Kapała rechocząc wyciąga model kwiatu z chroniącej go tekturki. I bierze dwoma palcami, kładzie sobie na drugiej dłoni i powoli, celebrując poczucie satysfakcji zaciska pięść z tracącą jakąkolwiek postać, stającą się bezkształtną masą plasteliną w środku.
I podbiega zdziwiona Beata Dunaj, pełniąca w tym tygodniu funkcję dyżurnej.
– Co ty robisz? – strofuje rozbawionych Kapałę i Szczepańskiego. A nieco z tyłu, jakby nie mając z nimi, z tym co się tu dzieje, nic wspólnego, stoi jeszcze Kotlarski. I udaje ni to obojętność, ni to uprzejme ubolewanie.
– I po co mu to zabieracie? Przecież możecie mu to oddać, dlaczego ma mieć kolejną dwóję – pastwi się nad tobą tą swoją służbową litością Beatka z trzeciej ławki. Och, tylko nie to – dziewczyna broni cię przed dwoma największymi, klasowymi cwaniakami… I to tak przy wszystkich, na oczach całej szkoły…! A żeby to była chociaż Kama Graczyk, która gdzieś na uboczu, poza zasięgiem wzroku całej klasy i tak, tylko we dwoje, pomaga ci ulepić na nowo ten model…
– No, masz – Szczepański odbiera Kapale zniszczoną pracę i ze złośliwym uśmiechem oddaje ci ją.
I Kapała niemal rzuca w ciebie jeszcze pustą kartonową osłonką.
– I jeszcze to jest twoje. Bierz – krzyczy za tobą, gdy ty łykając łzy, tak aby ich nikt nie zobaczył uciekasz do szkolnej ubikacji. Aby jak najdalej od tych chłopaków i dziewczyn. I od nich wszystkich.
A z korytarza dobiega cię jeszcze dzwonek na lekcję przyrody.

Tego samego dnia, ale już późnym popołudniem

– Zacznijmy już, może, panie Olku. Dziś jest dla nas nowy dzień…
– I nowa lekcja przyrody. I masz ze sobą tę fasolkę, która wyrosła dla ciebie. A w dupę nawet z tą kolejną, ostatnią lekcją techniki, na której „Technik” znowu… Bo przed nią jest ta przyroda, która pozwala na najbliższy czas zapomnieć o technice.
I wychodzisz dumny z gabinetu matematycznego, dzierżąc w rękach słoik, w którym wykiełkowała dla ciebie twoja fasolka. Czy wszyscy patrzą i widzą jak wyrosła? Raczej nie patrzą, bo i co w tym nadzwyczajnego, każdy ma dzisiaj ze sobą taki słoik. I raczej nie widzą, ty jednak jesteś tak zapatrzony, że bodaj całego świata wokół nie dostrzegasz.
I wychodzisz z klasy. A przed sobą niesiesz słoik. I skręcasz w ten korytarz w stronę klatki schodowej. I jesteś na końcu korytarza. A za jego rogiem zaczynają się schody i nie widzisz czającego się tam w ukryciu Kotlarskiego. Nie zauważasz jego delikatnego gestu w stronę przyglądających się wszystkiemu z dołu Kapały, Szczepańskiego, Arlety i reszty. A może zresztą tej reszty nawet nie ma, przecież to nie kino, tylko szkoła?
I nie widzisz jak Kotlarski lekko wystawia nogę, o którą zahaczasz. I nie rozumiesz też dlaczego Kotlarski niby niechcący, zza węgła, delikatnie na ciebie wpada, popychając w stronę schodów. Jakby było mało już tego, że potykasz się o jego nogę, którą ci po chamsku podstawił.
I w pierwszej chwili nie widzisz też tego, jak słoik leci ci z rąk i toczy się po schodach, rozbijając się na wiele okruchów.
A ty spadasz na dół i podnosisz z podłogi złamany, zielony badyl ze zwisającym, naderwanym ostatnim liściem.
W pierwszej chwili nie rozumiesz co do ciebie mówi Kotlarski, pochylając się nad tobą z udawaną troską.
– Och, stary, przepraszam cię. Wyleciałeś na mnie taki, taki zza tego rogu. Nic nie mogłem zrobić. Wszystko w porządku?
I bierze połamaną fasolkę z twoich rąk.
– Czekaj, pomogę ci… Ale, ale z tego to chyba już nic nie będzie…? Bo tego się nie uratuje. Może wyrzucę ci to do kosza? Czy jednak chcesz to sobie zabrać, do domu…?
Ale oszołomienie mija. I zabierasz Kotlarskiemu trupa fasolki. I porywasz z podłogi otwarty tornister i tłumiąc płacz, rozpychając uczniów na korytarzu wybiegasz przez drzwi wejściowe ze szkoły…

– Gdzie wtedy pan był? Co pan czuł? Ten chłopiec…

– Drodzy ludzie! Przecież chłopiec cały czas jest tutaj! O co pani będzie jeszcze pytać?

– Gdzie? Tutaj, razem z nami, proszę…?

– Czy…? Tak, oczywiście! Januszku, drogi chłopcze, obywatelka się ciebie pyta…

– Zatem… Tak, powiedz nam zatem, chłopcze, może, o swych uczuciach, o swych przeżyciach.

– Januszek! Czemu milczysz…? To nie jest w porządku. Odpowiadaj obywatelce…
Czy nie pamiętasz tego? I nie wiesz jak to wtedy jest?
Wychodzisz pospiesznie do góry. Po rozkopanej, nieutwardzonej jeszcze skarpie, która okala szkolny plac apelowy, rozciągający się przed głównym wejściem do szkoły i wzdłuż jej całego gmachu. A buty grzęzną ci w miękkiej glinie. I potykasz się. Przystajesz. Ruszasz i dalej się ślizgasz w mokrej breji. I nieporadnie próbujesz założyć tornister, co udaje ci się za trzecim razem. I gdy jesteś na szczycie skarpy, wrogi korytarz szkolny, który masz gdzieś za plecami, wydaje ci się już tylko wspomnieniem. A włożony w to twój wielki wysiłek, jest ceną, którą płacisz za sukces, jaki udało ci się osiągnąć. I mierzysz to zmęczenie zgodnie ze skalą oddającą bezmiar twojego dokonania. Ale czujesz też na karku złowrogie skurcze. Bo to stres z obawy przed skuteczną pogonią.


A stając już na wzniesieniu, jesteś na skraju nowej, wyasfaltowanej niedawno ulicy. W lewo rozszerza się ona w dwujezdniową arterię, przedzieloną po środku pasem zieleni. I w tym kierunku idzie się do liceum i amfiteatru. A twoje osiedle jest jednak w prawo.
I masz do wyboru dwie drogi. Tę krótszą – gdyby zawrócić i stojąc znowu twarzą do szkoły – odbić w lewo ku długiemu czteropiętrowemu mrówkowcowi, stojącemu na górnym skraju obszernego, lejkowatego obniżenia, zwanego Kaczym Dołem, za którym, na dole, pieszy szlak biegnie dalej pomiędzy otynkowanymi na brązowo punktowcami. I ta trasa wiedzie obok ogrodzonego betonowym parkanem więziennego baraku, u podnóża wieżyczki strażniczej. A najgorsze jest to, że idzie się tędy, okrążając plac przed szkołą, niemal tuż nad nim i będąc cały czas widocznym z okien korytarzy szkoły. A tędy też wracają do siebie uczniowie z owego mrówkowca i ulicy punktowców. I na tej drodze do domu nikt nigdy przez to nie jest sam, pełno tu chłopaków i dziewczyn z różnych klas. I tu jesteś widoczny dla nauczycielki przyrody i innych nauczycieli, jeżeli tylko szukają cię, zaniepokojeni tym, że cię nie ma na lekcji przyrody. I tu widzi cię cała banda Szczepańskiego, o ile chce cię dopaść i pobić lub sprowadzić w niesławie do klasy, w taki haniebny sposób karząc cię za ucieczkę z lekcji. I tu cię zagadują, widzą, śmieją się z twoich wagarów ci wszyscy inni, wracający do domu tak jak się należy, po zakończeniu swoich lekcji.
A ty chcesz się schować, zniknąć. I dlatego skręcasz w prawo (czyli gdybyś zawrócił, to te „w prawo”, byłoby właśnie tamtym „w lewo”, obok więziennej wieżyczki, którego tak chcesz unikać), ale odbijasz nieco dalej (wyżej) niż więzienie, szerokim, odchodzącym od szkoły łukiem tej nowej, asfaltowej ulicy Gwardii Ludowej.
A ta ulica, choć jeżdżą nią już prywatne samochody osobowe, ciężarówki z zaopatrzeniem a nawet autobusy miejskie, jest jeszcze cały czas w budowie. Bo prowadzi praktycznie przez wielki plac budowy. I gotowa jest tylko nie za szeroka (dwa pasy), asfaltowa jezdnia, a nie ma ciągle chodników. I idzie się obok wylanej masy bitumicznej bez krawężników (niczym szosa gdzieś między polami lub w lesie), wydeptaną w gliniastej brei ścieżką. I w dni deszczowe jest to zdradliwe, wciągające buty bagno, a w porze suchej i słonecznej – najeżone koleinami twarde klepisko. A ścieżka wije się to przy samym asfalcie, to odchodząc od szosy, raz w dół raz w górę, jeszcze innym razem po płaskim. W zależności od położenia budowy konkretnego budynku względem tej, okrążającej, jeden po drugim, cały ich ciąg ulicy.
Szosa generalnie wiedzie szerokim łukiem w prawo, łukiem obchodzącym pozostającą nieco w dole szkołę i domy zgrupowane wokół Kaczego Dołu (na górze mrówkowiec, na dole punktowce). A w oddali, na linii horyzontu, stoją po wewnętrznej stronie tego łuku (na prawo od wygiętej ulicy) dwa zamieszkałe już dziesięciopiętrowe wieżowce. Bliższe, budowane zaraz za szkołą (patrząc wzdłuż łuku ulicy od strony liceum i amfiteatru) trzy inne wieżowce są już gotowe, ale jeszcze nieotynkowane i puste. A w jednym, najbliższym szkole, nie ma jeszcze nawet okien i drzwi balkonowych. I wszystkie tworzą jedną, wygiętą linię, po tej stronie ulicy. A po jej drugiej stronie jest pustka, pofałdowana łąka z kępami owocowych drzew, przechodząca w oddali w lity las. Gdzieś pośród tych traw i krzewów są glinianki, a w nich wielkie mrowie traszek i żab. I będą tam, dopóki w miejscu łąk nie powstanie kolejne osiedle.
Dla dziesięciolatka wybór tej trasy, to trzykrotne nadrobienie odległości i wyprawa niemal po skraju poznanego świata. Ale tylko tutaj jest szansa na przebycie drogi do domu w samotności, skutecznej ucieczki.
I dlatego idziesz w stronę domu właśnie tędy.

Początek następnego tygodnia, poniedziałek, godz. 11 przed południem.

– Wróćmy może jeszcze do tego co się stało po ucieczce z lekcji przyrody… Jednak od początku tej wędrówki wiadomo, że po drodze, daleko poza ostatnim blokiem osiedla Łużyckiego, aż na linii widnokręgu jest krzyżówka ulicy Gwardii Ludowej z ulicą Łużycką. To tędy trzeba wracać ku blokom przy Waszkiewicza. Ale zanim dojdzie się do bloku Januszka, przechodzi się obok tej budowli z piętrem z białych cegieł. Obok dźwigu na szeroko rozstawionych szynach. Januszek, gdy wie, że w domu nikogo nie ma, nie idzie do pustego mieszkania. Nie zostaje też na placu zabaw lub na boisku. Nie kładzie tornistra na trawie i nie dołącza się do kręgu bawiących się dzieci. Januszek skręca do białego budynku. Przenika przez ogrodzenie. Daje się wchłonąć mrocznym grotom na parterze budowli.
Niech pan nam teraz opowie coś, proszę, właśnie o tym.

– Wzrok ci się już przyzwyczaił do półmroku. Pomimo kontrastu z jasnym, pozostającym w ostrym słonecznym świetle otoczeniem, rozróżniasz dokładnie szczegóły wnętrz skrytych pod wymurowanym z cegieł piętrem. Czujesz się niczym przy wchodzeniu z olbrzymiej, otwartej przestrzeni do dusznej, wąskiej i niskiej pieczary. Pieczary, czyli jaskini? Nie, to chyba niezbyt trafne. To ma być zejście z pustyni, gorącej i nasłonecznionej do wnętrza piramidy? Zaprzeczamy. To jest raczej wejście z obszernego, zatłoczonego, pełnego spoconych i zmęczonych gwarem, intensywnością dnia wielu ludzi placu pod kolumnadę jakiejś starożytnej, greckiej lub rzymskiej budowli. Budowli opartej o kolumny, z dachem hen wysoko nad głową, bez ścian na wyciągnięcie ręki, w jej mrok, w jej ograniczoną przestrzeń, w jej otchłań. Otchłań? Skąd tu otchłań? Tylko dlatego, że schodzimy z pełnego słońca, z bezkresną linią horyzontu w cień? W ciemność tak kontrastującą, że ograniczającą do minimum wgląd w postrzegane granice widnokręgu?
Przy wchodzeniu między kolumnadę akropolu, jakichś ruin hellenistycznej świątyni, czy pozostałości imitacji innej Arkadii (gdzieś zupełnie z dala od Grecji czy Italii) nie towarzyszy poczucie zanurzania się w otchłani… To jest coś innego. Rzeczywiście wchodzisz ze strefy gorąca i jasności w obszar cienia, półmroku, mroku. Tak, robi się coraz mniej jasno, coraz mniej przestronnie. Jest coraz ciemniej, idziesz dalej, głębiej, nie rozróżniasz już kształtu kolumn, ich ilości, tego gdzie są. Robi się coraz ciaśniej, schodzisz w dół. Najpierw szerokim korytarzem, który łagodnie, ale systematycznie, za każdym kolejnym krokiem się zwęża. Możesz już dotknąć ściany z lewej, ściany z prawej, sklepienia. Jesteś w korytarzu, korytarz skręca, w lewo, w prawo, wyczuwasz stopami, że jego spąg się obniża. Czujesz całym ciałem, iż stąpasz w dół, zapadasz się… Ale…
Jak to się dzieje, że robisz zaledwie kilka kroków, a zmienia się całe twoje otoczenie, całe życie? Ze światłości, w mrok. Spomiędzy przestronnej, strzelistej kolumnady świątyni w kręty, wąski korytarz wiodący gdzieś w dół? Co to za głębia? Co to za czeluście?
Spąg nie jest już pochylony, pod nogami są schody. Schodzisz. Przed tobą jakieś szmery, odgłos spadającej wody. „Tam” jest gdzieś podziemny wodospad?
Zakręt w lewo, pod kątem prostym. I cztery bardzo wysokie stopnie w dół, ledwo dajesz radę je przestąpić, niemal obijasz sobie uda o kamienie. Teraz kilka, kilkanaście kroków ostro schodzącą upadową. I w prawo, tym razem prawie zawracasz, to niemal kąt półpełny. Znowu schody, tym razem płytsze, ale jest ich chyba z dziesięć. I nagle… co?
Zeszliśmy z placu pełnego turystów, z rynku (?), ze świątynnego wzgórza (?) pod dach zabytkowej arkady, opisywany w każdym szkolnym podręczniku, w tysiącach przewodników turystycznych, w stu pięćdziesięciu językach. Przestronnej, ale przecież skończonej, ograniczonej zamysłem architekta i wykonawcy. Po stokroć zbadanej, po tysiąckroć schodzonej. Skąd w tej ograniczonej budowli ten długi, niekończący się, pełen zakrętów korytarz, jak tu się mieści ten bezmiar? Jakieś podziemne wodospady, tajemnicze przejścia, labirynty. To niemożliwe.
A jednak. Te ostatnie dziesięć, czy nawet kilkanaście schodów sprowadza nas na skraj wielkiej, podziemnej sali. Nie widzisz jej sklepienia ani ścian. Wokół jest przecież ciemno, a one są daleko od ciebie, daleko od siebie. Wyczuwasz tylko tę przestrzeń poprzez niosące się echo twoich kroków, echo skapujących kropel wody, poprzez nagle rozrzedzoną wilgoć, powiew powietrza (skąd w tej pieczarze wiatr?) Czujesz ją intuicyjnie, nie widzisz jej, ale wyobrażasz ją sobie.

Ciąg dalszy za tydzień

Rozmowy z Konradem: kobiety

Wieczny dylemat, czyli mówić czy wyglądać?

Ewa Maria Slaska

Dla moich koleżanek i dla mnie, czyli tych kobiet, które zdały maturę w okolicy marca 1968 roku (to ważna cezura, jeszcze będę do niej wracać), bycie kobietą emancypowaną, było sprawą jak najbardziej naturalną. Miałyśmy nowoczesne matki, a niekiedy również babki, nasze nauczycielki były pełnokrwistymi indywidualnościami, a na dodatek nasze młode ciotki były dla nas jeszcze wzorem urody, powodzenia, ubierania się i czesania. Nie wiem, czy któraś z nas poświęciła w ciągu lat nauki choćby jedną myśl pytaniu, co to znaczy być kobietą emancypowaną, albo czy chcemy być emancypowane? To w ogóle nie było pytanie – było oczywiste, że już jesteśmy emancypowane i nie przychodzi nam do głowy żadna inna wersja losu kobiety. Miałyśmy studiować, a potem pracować, miałyśmy być piękne, dobrze ubrane i uczesane, chciałyśmy gotować fajne potrawy z oryginalnymi jarzynami i przyprawami (nie darmo Kalkowski od lat promował w Przekroju taki styl gotowania) i mieszkać w ładnych domach lub mieszkaniach z przystojnymi mężami podobnymi do Beatlesów i grzecznymi, inteligentnymi dziećmi.

Ten świetny model wielu z nas zatruł(by) życie, uczesane włosy były(by) w dwa dni po wizycie u fryzjera znowu potargane, na kolorowych podłogach zbierał(by) się kurz, mężczyźni podobni do Johna Lennona okazali(by) się zazdrosnymi nudziarzami, a szpinaku i tak nie było ani w sklepie, ani w polu, ani w zagrodzie.

Na szczęście w międzyczasie pojawili się hippisi i nie chodzi mi o te niewielkie grupki tzw. “prawdziwych hippisów PRL-u”, tylko o ideę, modę, muzykę, taniec, pacyfizm, tolerancję, luz, lekceważenie konwenansów, wegetarianizm, kwiaty we włosach, trawkę, wolny seks, pigułkę antykoncepcyjną i radio Luxemburg, czyli wszystko, co się zgromadziło wokół słowa “hippisi”. To osłabiło szczelny perelowski model emancypowanej kobiety i, choć w mniejszym stopniu, peerlowski model “prawdziwego mężczyzny”. Oba mocno się porysowały, a w drugiej połowie lat 60 zyskały nową treść – nasyciły się polityką. Dotychczas byliśmy, tak naprawdę, istotami apolitycznymi, urodziliśmy się po wojnie, stalinizmu świadomie nie pamiętaliśmy, nasi rodzice przezornie milczeli, partia i ZMS nie miały do nas dostępu, a kościół traktował nas łagodnie, kiedyś zostaliśmy ochrzczeni, potem poszliśmy do komunii, niektórzy z nas do bierzmowania, ale na pewno nie wszyscy. Partia przymykała oczy na sprawy społeczeństwa z kościołem, kościół nie żądał od społeczeństwa, by przestrzegało przykazań i zbyt surowo odcinało się od partii – wszyscy się jakoś “zaaranżowali”. Każdy próbował na swoją modłę urządzić sobie życie, no cóż – jak najprzyjemniej.

W drugiej połowie lat 60 polityka jednak gwałtownie wtargnęła w nasze życie. Zaczęło się od tego, że Willy Brandt podpisał umowy z Polską i z PRL zaczęli oficjalnie wyjeżdżać Niemcy. Okazało się wtedy, że w Polsce są jacyś Niemcy. Jeszcze nie otrząsnęliśmy się z faktu, że są Niemcy, gdy w roku 1968 pojawili się Żydzi. Pawłowi Jasienicy wytknięto jakiegoś ukraińskiego Łupaszkę, a to przypomniało, że byli kiedyś Łemkowie i Bojkowie, Ukraińcy. Rzeczpospolita przestała być jednolita “jak postaw czerwonego sukna” i mocno wystrzępiła się na brzegach. W roku 1970, właśnie próbowaliśmy być (mimo Marca 1968 roku) szczęśliwymi studentami, z całą mocą spadła na nas polityka, której już nie dało się pominąć. To nie były “obrzeża i skraje”, to nie byli Niemcy (nie byliśmy Niemcami), to nie byli Żydzi (nie byliśmy Żydami), to nie byli Ukraińcy. To był sam środek naszego życia. Polityka stała się jego główną treścią i, mimo iż stale przegrywaliśmy, a od czasu do czasu partia, rząd i milicja zabijały nas i biły, czuliśmy się silni, bo byliśmy razem. To była gra MY kontra ONI, i oni mogli mieć w garści wszystko, a my i tak byliśmy lepsi. Czyli było strasznie, ale wciąż było przyjemnie, pewnie dlatego że nie mieliśmy dylematów, czyli znaliśmy odpowiedzi na wszystkie pytania, jakie mogło zaserwować nam życie.

I tak było do roku 1980, czyli do strajków sierpniowych i powstania Solidarności, kiedy to cały ten pięknie funkcjonujący gmach, zbudowany przez nas w procesie wzajemnego aranżowania się Partii, Kościoła, Opozycji i Społeczeństwa, runął do śmietnika historii, a z każdego kąta zaczęły wyłazić upiory. Im więcej zdobywaliśmy wolności, tym było gorzej, tym więcej upiorów wsysało się nam w szyję i wypijało krew. Rozpadło się nasze “razem”, wszędzie czaili się wrogowie, często my nimi byliśmy dla innych. To czego nie dokonała Komuna, tego dokonała Wolność. Niestety, zaczęło się od razu po podpisaniu porozumień. Jeszcze nie wiadomo było, jak ruch się będzie nazywał, a już zaczęły się pojawiać zwiastuny tego, co nas zniszczy. Ruch w Obronie Dziecka Poczętego. Albo żołnierzy wyklętych. Skąd mogliśmy wiedzieć, że trzeba je zdusić w zarodku..

Przez ostatnie 40 lat podzieliśmy się, może na zawsze, a w każdym razie na długo. Nie  będę się tu zajmować “prawdziwymi Polakami”, nacjonalizmem, Obrońcami Jezusa, strefami wolnymi od uciekinierów, Żydów, gejów i gender, nie piszę rozprawy o Polsce PiSu, pozostanę zatem przy tym, co mnie dotyczy(ło) jak najbardziej bezpośrednio, czyli sprawie kobiet.

Pierwszy raz dowiedziałam się, że istnieje sprawa kobiet za czasów Solidarności. Przyjechały z Anglii dwie feministki i miałam im opowiedzieć o sprawie kobiet w Polsce. I w ogóle nie zrozumiałam, o co im chodzi. Przez cały czas mówiłam o polityce, o niesprawiedliwości społecznej, o potrzebie wolności, o skorumpowanej władzy i biedzie robotników i chłopów. A one pytały o sprawę kobiet. No to odpowiadałam, że nie ma podpasek, albo że są z ligniny twardej jak deska, że nie ma pieluch jednorazowych, ani proszku do prania pieluch z tetry. A one nadal pytały o sprawę kobiet, i nie interesowały ich nawet dziesięcioletnie kolejki po klucze do własnego mieszkania.
Wreszcie machnęły na mnie ręką.

Następne feministki spotkałam już w Niemczech. Był rok 1985. Zapytały mnie o sprawę kobiet, ale tym razem już wszystko wiedziałam. Poprosiły, żebym napisała o tym artykuł na światową konferencję kobiet w Nairobi. Czekałam na azyl polityczny w Niemczech i nie mogłam wyjechać, pojechał tylko mój referat. Nazywał się “The rights we don’t have”. Myślę, że był to taki tekst, może jedyny w moim życiu, który przeczytały miliony ludzi. Zapewne głównie kobiet. Był cytowany tak długo, że postradał i tytuł, i autorkę, a potem i sens, bo po roku 1989 wszystko się zmieniło. W referacie do Nairobi pisałam o tym, co się dzieje z prawami kobiet w kraju komunistycznym, jeśli kobieta nie należy (jak ja należałam) do uprzywilejowanej wyższej klasy średniej, nie ma emancypowanych rodziców, w miarę zamożnego życia i nie mieszka w wielkim mieście. O tym, że o obrazie świata decydowałyśmy my, inteligentne studentki z Warszawy, Gdańska, Krakowa i Poznania, a Polska wygląda zupełnie inaczej. Już Rzeszów albo Białystok są w stosunku do nich opóźnione o co najmniej 20 lat, miasta powiatowe są jeszcze bardziej zacofane, kobieta mieszkająca na wsi opóźniona była w stosunku do najbliższego miasta o kolejne 20 lat. O tym, co to jest potrójne obciążenie kobiety, czyli praca, dom i rodzina oraz, jako trzeci rodzaj zajęcia kobiety – zapewnianie zaopatrzenia, głównie stanie w kolejkach i dźwiganie siat. O źle płatnych sfeminizowanych zawodach, gdzie jednak zawsze nad całą gromadką pracownic stał kierownik lub dyrektor. O strajku głodowym pracownic fabryk włókienniczych. O wioskach, w których najbliższy ginekolog oddalony jest o 70 kilometrów, a autobus jeździ dwa razy dziennie. O szklanym suficie, czyli o tym, że dziewczęta lepiej się uczą, jest ich więcej w liceach i na studiach, a przecież ilość kobiet spada w miarę wspinania się po szczeblach kariery naukowej i że kadra profesorska to głównie mężczyźni. I że opozycja wcale nie jest lepsza, bo choć jest dużo niepokornych politycznie pisarek, to od roku 1962 do roku 1985 nagrodę Kościelskich dostało 85 osób piszących, a tylko 11 z nich to były kobiety, bo to nagroda dla polskich opozycjonistów, czyli dla mężczyzn. I że wszędzie (zresztą do dziś) przedstawia się Solidarność jako ruch brodatych mężczyzn koło 30, choć to kobiety wykonywały większość prac usługowych w Solidarności i niemal wszystkie, również przywódcze, w czasie stanu wojennego. I że w encyklopedii Solidarności nie było haseł kobieta, matka, prawa kobiet, aborcja, nierówne płace…

Był rok 1985, nie mogłam więc jeszcze napisać, że jak już w roku 1989 doszło do rozmów Okrągłego Stołu, to brała w nich udział tylko jedna kobieta, Grażyna Staniszewska.

I wtedy się okazało, że gdy odeszła Komuna, to sprawa kobiet przecież nie odeszła, ale wraz z Wolnością przyszła sprawa kobiet numer 2. Zaczęła się od odesłania kobiet do domu i publicznego głoszenia tezy, że miejscem kobiety jest rodzina. Pierwszy raz przeczytałam taką wypowiedź tuż po czerwcu 1989 roku. Właśnie tworzyliśmy zręby wolnej Polski. Powiedziała to w wywiadzie wnuczka Józefa Piłsudskiego, żona opozycjonisty i ważnego polityka nowej Polski, pierwszego cywilnego ministra obrony narodowej – Janusza Onyszkiewicza.
W roku 1993, za czasów, gdy Hanna Suchocka była premierką, wprowadzono niemal całkowity zakaz aborcji, obowiązujący do dziś i nazywany, nie wiadomo czemu – kompromisem aborcyjnym.

Poszliśmy do przodu, żebyśmy musiały się cofnąć, żeby się okazało, że tkwią w nas nauki nie tyle i nie tylko matek i babek, ale pewnie i praprababek. Gdzie one się podziewały, gdy byłam uczennicą i studentką? Skąd wychynęły?
Mężczyzna pracuje, kobieta przebywa w domu z dziećmi.
Kobieta nie odmawia seksu mężowi, nawet jeśli jest chora lub zmęczona.
Przetrwaj, przeczekaj.
Mąż może bić, poniżać i gwałcić. Wykorzystywać seksualnie dzieci.
Trzeba nieść swój krzyż.

Ale nie sięgajmy nawet do rejonów, które za moich młodych lat albo w ogóle nie istniały, albo uważałyśmy je za jakieś przeraźliwe patologie.
Bo nasze zniewolenie jest również znacznie subtelniejsze.
Mamy być powabne, ale przecież również chcemy być powabne. Zobaczcie, co robimy, jeśli do pokoju wchodzi mężczyzna. Porozwalałyśmy się z koleżankami na kanapach i fotelach, siedzimy wygodnie, naokoło nas bałagan, szklanki, gazety, ciastka. Gdy wchodzi mąż gospodyni, nagle wszystkie siadamy prosto, szybciutko uprzątamy bałagan, układamy nogi, by łydka zgrabnie się prezentowała, wciągamy brzuch…

Ale jest i na odwrót, mężczyzn w pokoju jest kilku, my dwie, a może nawet tylko jedna… Toczy się dyskusja na temat edukacji. Jedna z nas jest pedagożką i matką, miałaby coś do powiedzenia, ale póki co rezonują mężczyźni, nie ma jak dojść do głosu, wiedzą lepiej. No wreszcie, udało się, próbujemy coś powiedzieć, ale zanim to zrobimy, już się nas popędza. Właściwie może lepiej zamilknąć. Czy to znowu takie ważne, to co mamy do powiedzenia? OK, jednak udało się wygłosić jakieś zdanie, ale już ten Iksiński mi przerywa i… powtarza to, co ja właśnie powiedziałam jako swoją tezę. Tylko, że ja stosowałam wszystkie znane od tysiącleci sposoby mówienia niewolników, mówienia tak, by nie zirytować pana i jego przedstawicieli. Bo, gdy mówimy, irytujemy ich lub rozśmieszamy. Wiem, wszystkie wiemy, jak możemy próbować tego uniknąć. Mówiłam przepraszająco, ciszej, łagodniej, używałam słów chyba, może, wydaje mi się, a on po prostu zasuwa propagandową mowę z mównicy. Ale o co chodzi, przecież i tak było nienajgorzej, bo przecież mogłam usłyszeć, że nudzę i się wymądrzam, za dużo gadam, nie umiem się skracać, gdyby to było publiczne wystąpienie, można by mi było na przykład nie dać mikrofonu do ręki, tylko podetkać go pod nos lub głośnym szeptem pouczać, co mi wolno, a czego nie. To naprawdę nic trudnego publicznie mnie poniżyć i obrazić. Tak, żeby wszyscy słyszeli. A jeśli grzeczność będzie jednak wymagała przeprosin, zostanę przeproszona po cichu i prywatnie. Przez telefon albo smsem.
Ale nie mam czasu, żeby go przeczytać. Panowie stworzenia poszli na taras na papierosa. To ja tu tymczasem szybciutko trochę posprzątam… Bo przecież lubię, żeby naokoło było ładnie i powabnie.

Zasadniczo stale to robimy, automatycznie polepszamy nasz wygląd i wygląd naszego otoczenia, a pomniejszamy naszą inteligencję. Taki mechanizm obronny. Dzień w dzień próbujemy rozwiązać dylemat: mówić inteligentnie, czy ładnie wyglądać, czyli jak się nie narażać? I, moje młode, młodsze i najmłodsze, koleżanki. Nawet jeśli świadomie potraficie się temu przeciwstawić, w środku w Was tkwi wciąż ta istota, która pod atrakcyjnym wyglądem ukrywa fakt, że jest mądra. Nawet jeśli prowokujecie i mówicie jak zwyciężczynie. Przyjrzyjcie się sobie uważnie.

***

Nie mam racji? To proszę, posłuchajcie wystąpienia pastorki Pauli Stone Williams, która przeszła zmianę płci, a zatem dobrze wie jak to jest być mężczyzną, a jak kobietą. Jej całe wystąpienie jest właśnie o tym, nie o przemocy, gwałtach i niesprawiedliwości, nie, jej wystąpienie dotyczy tych subtelnych różnic:

Wystąpienie jest świetne, ale najlepsze jest zdanie: WHY DO I HAVE TO APOLOGISE FOR BEING RIGHT?

thatorfor

Przepraszam…

Z wolnej stopy 16

Zbigniew Milewicz

Mściwe niemowlę

Szperając w swoich starych publikacjach spod paragrafu, natrafiam przeważnie na historie cięższego kalibru – rozboje, oszustwa, tragiczne wypadki, ponure morderstwa w hotelach robotniczych, albo melinach, popełnione dla zdobycia pieniędzy na jeszcze jedną ćwiartkę… Nie mam ochoty do tych spraw wracać i ponownie się ładować ich złą energią, ale przecież były i lżejsze. Takie, jak Mściwe niemowlę, które napisałem jesienią, albo zimą 1975 r. Przytoczę je ze skrótami i poprawkami stylistycznymi, bo z perspektywy czasu dawny tekst aż prosi mi się o korektę:

Urodziło się planowo, w pierwszej połowie stycznia 1975 roku, w Gliwicach, zgodnie z obyczajem noworodków – rozwrzeszczane, zaborcze. Ile ważyło i mierzyło, nie wiem, ale spore chłopię to było i dano mu na imię Pawełek. Zaraz po przywiezieniu do domu, zażądał ten Pawełek całej masy rzeczy. Od rodziców – całodobowego czuwania nad kołyską, zawsze czynnego bufetu z błyskawiczną obsługą i takiej że wymiany brudnych pieluch na czyste. Od krewnych oczekiwał nieustannych wyrazów uwielbienia na swój widok, a od miejscowego proboszcza, że ochrzci go w stosownym czasie. Później miało się odbyć w domu wystawne przyjęcie z okazji chrztu i wręczenie dziecku okolicznościowych, godziwych prezentów.

Życzeniom Pawełka stało się zadość. Mama Maria i ojciec Marian nie liczyli bezsennych nocy, spędzonych nad kapryszącą zawartością becika, ani pieluch zmienianych w iście atomowym tempie. Nie milkły pełne zachwytu „ochy“ i „achy“, zgromadzonych wokół kołyski babć, cioć i wujów. Chrzest odbył się z iście królewską pompą, a o przyjęciu lepiej nie mówić, takie było udane. Z prezentów też był kontent, bogate były i ze szczodrego serca dane. Wszystkie, z wyjątkiem jednego… Chodziło o dar wujka Romka, brata mamy, tego co namiętnie palił fajkę. Otóż ten wujek Romek, w sposób nie licujący z bliskim pokrewieństwem, oszukał niemowlę, dając mu w prezencie podrobioną jednodolarówkę. Sądził, że Pawełek, z racji braku życiowego doświadczenia, weźmie ją za dobrą monetę, a raczej banknot, ale się pomylił i przyszło mu za to niebawem słono zapłacić.

W przeciwieństwie do swoich rodziców, cwany maluch od razu rozpoznał falsyfikat i żeby odegrać się na oszuście, wysłał ich do Pewexu po zachodnie kosmetyki dla niemowląt. Jak pamiętamy, choć pewnie nie wszyscy, w sieci tych sklepów, głównym środkiem płatniczym były dolary i tzw. bony dolarowe. Pan Marian dołożył jeszcze pięć swoich zielonych, które trzymał w szafie, w charakterze zaskórniaków i poszedł wraz z żoną do miejscowego Pewexu. Kasjerka rutynowo rozpoznała podróbę, dyskretnie wezwała milicję i tak, po nitce do kłębka, wyszło na jaw oszustwo wujka Romka. Wezwany na przesłuchanie do gliwickiej komendy milicji, przyznał się, że podrobiony dolar był przedtem jego własnością. Na temat okoliczności, w jakich wszedł w jego posiadanie, opowiedział następującą historię:

Gdzieś na początku stycznia zauważył, że kończy mu się Amphora, tytoń, którym zwykł był nabijać swą fajkę. W komisach go brakowało, więc od jakiegoś cinkciarza w mieście kupił 1 dolara, ale upłynęło trochę czasu zanim go upłynnił w sklepie PKO. Pracował jako technik w jednym z biur projektowych w Gliwicach i któregoś dnia dostał zlecenie, aby wykonać kserokopie pewnych dokumentów. Stojąc przy kserografie, przypomniał sobie o zakupionym dolarze i zastanowił się nad tym, jak też wyglądałaby jego kopia w stosunku do oryginału. Podkusiło go, żeby to sprawdzić. Koleżankę z pracy, która obsługiwała urządzenie również temat zaciekawił, więc zrobili kopię banknotu, ale ich rozczarowała. W domu porównał obydwa egzemplarze jeszcze raz i wpadł z kolei na pomysł, że można byłoby wyretuszować kopię kolorowymi kredkami, w kolorach oryginału. Był zdolnym rysownikiem, więc tym razem obydwa wizualnie prawie się nie różniły, ale papierem oczywiście – zdecydowanie tak. Powiedział śledczym, że wykonał tę kopię wyłącznie dla zabawy i kiedy wreszcie wydał oryginalnego dolara na swój ulubiony tytoń, o kopii niemal zapomniał.

Dopiero kiedy dowiedział się o chrzcinach siostrzeńca, na które został zaproszony wraz z małżonką, powstał problem prezentu. Wiedział, że ich krewni będą chcieli się postawić na forum rodzinnym i błysną kosztownymi podarkami, a im akurat wiodło się materialnie nienajlepiej. Byli młodym, startującym w życie małżeństwem, on zarabiał miesięcznie 1900 złotych, ona 2200. Spłacali raty za meble, ledwo radzili sobie z czynszem za ich M-3, coś trzeba było jeść, ciuchy kupić… W sumie nie stać ich było na wystawny prezent dla Pawełka. Poszli więc do sklepu z dewocjonaliami, kupili pamiątkowe serduszko w puzderku, a do środka włożyli tamtą podobiznę dolara, wykonaną dla zabawy.

W naszej rodzinie istnieje zwyczaj przechowywania prezentów, otrzymanych z okazji chrztu – stwierdził na sali sądowej wuj Pawełka, oskarżony o sfałszowanie zagranicznego środka płatniczego. – Nie przypuszczałem, że siostra będzie chciała puścić w obieg tę odbitkę i zamierzałem ją w późniejszym czasie wymienić na prawdziwego dolara. Gdybym wiedział, że sprawa przybierze tak fatalny obrót, nigdy nie odważyłbym się skopiować tego banknotu, nie miałem przecież zamiaru zostać fałszerzem pieniędzy – bronił się roztrzęsiony.

Pawełek otrzymał należytą satysfakcję. 23 czerwca 1975 roku Sąd Wojewódzki w Katowicach uznał jego wuja winnym popełnienia przestępstwa z art. 227 § 1 kk., ferując wyrok w postaci 1 roku i 6 miesięcy pozbawienia wolności, z zawieszeniem na 3 lata i 3 tysięcy złotych grzywny. Dodatkowo zasądzono od skazanego, tytułem opłat sądowych, kwotę 4.000 złotych na rzecz Skarbu Państwa i obciążono go wszystkimi kosztami postępowania w sprawie. Był to niewątpliwie najwyższy, światowy kurs amerykańskiego dolara, w historii tego środka płatniczego. Z czego nieszczęśnik zapłacił sądowe należności, tego się już nie dowiedziałem. Może zaczął kraść, albo zawodowo fałszować pieniądze, niejeden na jego miejscu by to zrobił. Nieznana mi jest również późniejsza droga życiowa Pawełka. Zapowiadał się dobrze na bezkompromisowego, mściwego człowieka władzy, jakich wielu po obydwu stronach polskiej sceny politycznej.

Z wolnej stopy 12

Zbigniew Milewicz

Fotopstryk nieuleczalny

W tej historii występuje troje bohaterów: zwierzę transportowe, nieboszczyk i Bogdan Kułakowski. O dwóch pierwszych wiadomo niewiele, koń był czarnej maści, prawdopodobnie już niemłody, nagle padł na drodze, czyli wyciągnął kopyta. Ciągnął zaś karawan z klientem, lub klientką zakładu pogrzebowego, co w drugiej połowie ubiegłego wieku praktykowano jeszcze w Polsce i może padł z przepracowania, albo go potrącił jakiś samochód, bo trasa była ruchliwa: Częstochowa – Katowice. Trzecim bohaterem tej opowieści jest fotoreporter Trybuny Robotniczej, najważniejszej niegdyś nomenklaturowej gazety na Śląsku, który wracał do Katowic służbowym samochodem z jakiegoś tematu pod Siewierzem. Kierowca w pewnym momencie zwolnił, bo zamieszanie na drodze, leży koń, a na przeciwnym pasie, jak raz, podąża regularny pogrzeb. Takiej perły nie mógł zmarnować, ale miał w aparacie ostatni film, a w nim jeszcze tylko dwie wolne klatki – wtedy techniki cyfrowej jeszcze nie było, a liczył się czas. Pierwsze zdjęcie spudłował, kondukt zasłoniła mu jakaś cysterna.

– Dopiero drugie, to ostatnie, które praktycznie mogłem zrobić, udało się. Był i koń, i karawan, i pogrzeb, i ksiądz, i ruch samochodowy na ruchliwej trasie – wspomina po latach

Tym zdjęciem najpierw wygrał konkurs na Śląską Fotografię Prasową, później pochylił się przed nim Ogólnopolski Konkurs Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, a kiedy stołeczny establishment łaskawie zgodził się wysłać jego pracę w świat, trafiła na prestiżową World Press Photo w Hadze. Za czasów PRL polscy fotoreporterzy nie mogli, jak obecnie, indywidualnie startować w zagranicznych konkursach. Praca nosiła tytuł Ich ostatnia droga i za tę pracę Bogdan otrzymał wyróżnienie. Dzisiaj równoznaczne z drugim miejscem w tym konkursie. To był wielki powód do dumy, jako drugi – po Stanisławie Jakubowskim –, śląski fotoreporter otrzymał nagrodę WPP, a rok był 1980.

Bogdan twierdzi, że pierwszy raz spotkaliśmy się na na rajdzie samochodów weteranów w beskidzkiej Wiśle, w latach 70. On wtedy zaczynał jako fotoreporter, ja już cos wiedziałem o pracy dziennikarza, więc na konferencji prasowej trochę się wymądrzałem, wtedy pomyślał sobie, ale gość. Podobnie, jak ja dzisiaj myślę sobie o Dudim, do tego zasłużenie.

Siedzimy i rozmawiamy w jego mieszkaniu w Katowicach na Słonecznej, mieszkaniu pełnym lwowskich pamiątek po dziadkach i rodzicach, w którym w latach 80, za łaskawym przyzwoleniem Maryli*, małżonki gospodarza, często balowaliśmy do białego rana. Otek Morawski, Włodek Paźniewski, Jaśniak, Filipek, Jasiu Lewandowski, Jurek Miciak, Michał Smolorz, Magda… i wielu innych druhów czasu minionego, nie zawsze słusznie przeszłego. Kiedy w stanie wojennym nieprawomyślni pracownicy mediów dostali wilczy bilet, katowicki Katolik zatrudnił niektórych z nich, między innymi Bogdana i mnie, w swojej redakcji. Pisałem o Katoliku w tym blogu 24. 04. 2015 r. O tym, że pierwszy numer miał być wydrukowany częściowo w kolorze złotym, nie wiedziałem. Posłowi PAX-u i naczelnemu pisma, Janowi Waleczkowi oraz Januszowi Jaśniakowi, jego prawej ręce, zachciało się mianowicie przypodobać kościelnej hierarchii i zarządzili, aby ileś tam egzemplarzy dla niej wydrukować na złoto. Drukarze wykonali zadanie, ale okazało się, że złota farba ma to do siebie, że już przy lekkim dotyku pyli i wszędzie zostawia ślady. Bogdan miał wtedy dyżur w drukarni i kiedy zobaczył Jaśniaka z plikiem szczotek do numeru pod pachą, całego na złoto, to o mało się nie przekręcił ze śmiechu. Katolicki PAX drukował w Katowicach na Liebknechta, w tym samym budynku, co Trybuna Robotnicza i inne pisma, i drukarze dowcipkowali, co by było, gdyby tę świętą pozłótkę zdmuchnęło na partyjne wydania i nazajutrz cały skład komitetu wojewódzkiego PZPR nadawałby się do kanonizacji…

Otek, fotoreporter z Trybuny, słynący nie tylko z dobrego, zawodowego rzemiosła, ale i z mocnej głowy tudzież sarkastycznego humoru, mieszkał w sąsiedztwie Bogdana. Niestety już go nie ma, pożegnaliśmy też Jaśniaka, Mariana Filipka, naczelnego Waleczka, Lewandowskiego i Smolorza, znakomitego felietonistę i gawędziarza. Filmowego reżysera, pisarza i polityka – Kazimierza Kutza, niepodzielnie zrośniętego z kulturą Śląska, którego nigdy osobiście nie poznałem, też już nie ma, a był z Bogdanem i jego rodziną serdecznie zaprzyjaźniony. Drugiego z jego zmarłych przyjaciół, Jacka Cieszewskiego, męża Basi, mojej redakcyjnej koleżanki z Dziennika Zachodniego, także bliżej nie poznałem, a przecież na jego tekstach uczyłem się pisać reportaże.

Odszedł zabrzanin Marek Dworaczyk, młody, pryszczaty i prywatnie nieśmiały fotoreporter z Katolika, którego zdjęcia Bogdan cenił najbardziej ze wszystkich… Wyjechał do Duisburga, wydał rewelacyjne albumy fotograficzne, później zachorował na chorobę nowotworową i wszystko się skończyło, szkoda.

Bogdan wie, że jest już na zasłużonej emeryturze, ale nie wyobraża sobie, żeby dokądkolwiek pójść, czy pojechać bez aparatu fotograficznego. Przecież w każdej chwili może się zdarzyć coś, co trzeba koniecznie uwiecznić. Osobiście jestem podobnego zdania, tylko warsztat mam inny. Kiedy parę lat temu zwierzyłem się pewnej swojej rosyjskiej znajomej, że żałuję przejścia w stan spoczynku, jako dziennikarz, odpowiedziała mi:
– Nie dręcz się się, podobnie jak nie ma byłych pracowników KGB, tak nie ma i byłych dziennikarzy.
Po rosyjsku brzmiało to soczyściej:Ne terzaj, net bywschych kagebeschnikow, kak i bywschych żurnalistow. Może sama pracowała w służbach, nie wiem. W każdym razie, tak trzymać Bogdan.


Od  góry: Bogdan Kułakowski i zdjęcie Ich ostatnia droga, a na dole kilka innych prac Bogdana Kułakowskiego.

1985 Piekary Śląskie
Fabryka wszystkich świętych, zakład wykonujący z betonu figury religijne


2013-10-02 Katowice
Ruiny Kopalni “Kleofas” w Katowicach


18.07.2018-Katowice
Uliczna śpiewaczka z Charkowa na Ukrainie

11.02.2008 Skaryszew
Targi koni w Skaryszewie organizowane w pierwszy (wstępny – stąd nazwa) poniedzialek po Środzie Popielcowej. Tradycja ta pozostała do dzisiejszego dnia. Drugi dzień targów (wtorek) jest dniem “poprawin”. Jarmark koni jest do dziś dnia jednym z najstarszych, najsłynniejszych i najpopularniejszych tego typu targów w Europie. Na tegorocznym jarmarku bylo ok. 1700 koni


Autor dodaje jeszcze:

***
Bogdan Kułakowski, fotoreporter ur. w roku 1944.

Fotografią prasową zajmuje się od 1962 roku. Członek legendarnego Gliwickiego Towarzystwa Fotograficznego. Pracował etatowo w dziennikach i tygodnikach wydawanych na Górnym Śląsku. Kierował działami fotoreporterskimi „Panoramy”, „Katolika”, „Gościa Niedzielnego”, „Trybuny Górniczej”, „Dziennika Zachodniego”. Sporadycznie pracuje na planach filmowych jako fotosista.

Uczestnik i laureat wielu wystaw i konkursów profesjonalnej fotografii reportażowej. Ostatnia (2016, w Katowicach, Gliwicach, Tychach) duża wystawa autorska „Bogdan Kułakowski-Fotografie”. Współautor fotograficzno-poetyckiej książki F.M.R.ydy. W 1980 roku wyróżnienie World Press Photo w kategorii życie codzienne, za zdjęcie „Ostatnia jazda” (last ride). Obecnie fotograf niezależny.

A ja dodam jeszcze tylko: dla przyjaciół to od zawsze Dudi, z racji swojego uderzającego podobieństwa do Ptaka Paradoksalnego artysty Andrzeja Dudzińskiego

***
Prof. dr hab. Maria Szwajger-Kułakowska jest profesorem zwyczajnym w Katedrze Kameralistyki Akademii Muzycznej w Katowicach. Prowadzi zajęcia dla pianistów z zakresu nauki akompaniamentu oraz zespoły kameralne.

Z wolnej stopy (7)

Zbigniew Milewicz

Na gapę przez życie

Moja przygoda z kryminalnym światem zaczęła się w liceum, od czytania powieści kryminalnych. Tytuły i autorzy już ulecieli mi z głowy, ale pamiętam, że zło zawsze było udziałem przestępców, a dobro po stronie stróżów prawa. Na czwartym roku studiów slawistycznych zamieszkałem w krakowskim „Żaku“, akademiku, z przyszłymi prawnikami i te pojęcia mi się trochę przemieszały. Na piątym natomiast, za politykę, poszedłem na miesiąc do kryminału i poznałem go od środka. Kiedy więc zacząłem w Dzienniku Zachodnim pisać “moje kryminałki”, to już nie byłem kompletnym amatorem, ale jak je dzisiaj czytam, to mi często głupio. Widzę młodzieńczą pychę autora, naiwność osądu, błędy gramatyczne… Dzisiaj na przykład historię Maksia napisałbym zupełnie inaczej, wtedy zakpiłem z bezdomnego i wstyd mi za to.

Pisaniem sądowych felietonów zajmował się za moich czasów w Dzienniku red. Marek Wydra, elegancki, starszy pan, zawsze pod muchą, albo krawatem, który publikował swoje teksty pod pseudonimem Marcin Prawda. Mnie początkowo musiały wystarczyć materiały, które uzyskiwałem z milicji, niekiedy jakiś smakowity kąsek podsunął mi mecenas Berezowski, albo Lolek Zahraj, który pracował w Prokuraturze Wojewódzkiej, z czasem jednak wywalczyłem sobie dostęp także do akt sądowych. Bohaterowie moich materiałów zwani byli w PRL-owskiej propagandzie ludźmi z marginesu, dla podkreślenia, że większość społeczeństwa jest zdrowa moralnie – nie kradnie, nie oszukuje ani broń Boże zabija, tylko owocnie pracuje dla dobra swojego kraju, a swój wolny czas spędza godziwie, przy herbacie i ciastku. Nikt jednak nie informował, jaki jest rozmiar owego marginesu. A ja, nawet gdybym to wiedział i napisał, to zaingerowałby cenzor, z powodu szkodliwych ustrojowo uogólnień, więc wystarczyło mi, że relacjonuję poszczególne przypadki społecznej patologii. Oto kilka dawnych tekstów z tego podwórka: